fot. ESL/Carlton Beener

Klątwa nad Liquid?

Zasilenie szeregów Teamu Liquid przez Keitha „NAF-a” Markovica przyniosło o wiele większe owoce, aniżeli pierwotnie zakładano. Po kilku gorszych miesiącach w historii Liquid, drużyna sygnowana tą nazwą ponownie zakotwiczyła wśród czołowych ekip na świecie. Aktualnie jest ona sklasyfikowana na trzecim miejscu w rankingu HLTV. W debiutanckim turnieju z najnowszym wówczas nabytkiem w składzie, TL sięgnął po zwycięstwo w ramach cs_summit2, pokonując w finale triumfatorów Majora, Cloud9. Do dzisiaj jest to ostatnia wygrana impreza przez reprezentantów Liquid, choć wielokrotnie byli oni bliscy powtórzenia tego wyczynu.

fot. ESL/Viola Schuldner

Zanim do Liquid zawitał NAF, organizacja zdecydowała się na zakontraktowanie Lucasa „steela” Lopesa z Immortals. Tego samego Immortals, które uległo Gambit w finale krakowskiego Majora. 24-latek zgodnie z regulaminem nie mógł wspomóc swoich nowych kompanów w pierwszej fazie Majora w Bostonie, gdyż uczestniczył we wcześniejszej fazie kwalifikacji. Wobec tej sytuacji piątym ogniwem drużyny stała się jedyna uprawniona do tego osoba, czyli trener, Wilton „zews” Prado. Absencja 100 Thieves w Fazie Nowych Pretendentów umożliwiła Liquid przebrnięcie do kolejnego etapu, mimo że końcowy bilans tej drużyny wynosił 2-3. W głównej fazie turnieju Russel „Twistzz” Van Dulken i spółka zostali już, zgodnie z oczekiwaniami, wyeliminowani z dalszej rywalizacji.

Zanim Markovic na dobre zaaklimatyzował się w nowym dla siebie środowisku, w składzie północnoamerykańskiej formacji doszło do kolejnej roszady personalnej. Wspomnianego steela zastąpił inny strzelec z Kraju Kawy, Epitácio „TACO” de Melo. Ten ruch budził pewne wątpliwości, gdyż TL z każdym kolejnym tygodniem notował progres w swojej grze i ogólnie rzecz ujmując nie istniała potrzeba zmian. Tym bardziej mając na względzie wypracowane zgranie oraz atmosferę wewnątrz zespołu. Niemniej jednak stało się i z perspektywy czasu był to nie tyle strzał w dziesiątkę, co trafne wykorzystanie sytuacji na rynku transferowym. Bo nie ulega wątpliwości, że pod kątem czystych umiejętności TACO ma do zaoferowania więcej, aniżeli jego rodak. Tym razem pierwsza impreza z nowym zawodnikiem nie przebiegła po myśli międzynarodowej piątki, której przygoda z DreamHack Masters Marseille zakończyła się już na fazie grupowej.

Oczywiście taki rezultat jedynie wzmocnił na sile komentarze w sprawie wcześniejszego pozbycia się steela. Wkrótce nieprzychylne wypowiedzi ucichły, gdyż od tamtego momentu Liquid przydarzył się tak naprawdę tylko jeden występ poniżej oczekiwań. Astralis – ta nazwa z pewnością utkwiła w głowach graczy przywdziewających niebiesko-białe trykoty. Duńczycy trzykrotnie stawali na ich drodze w finałach różnych rozgrywek i za każdym razem wychodzili z nich z podniesioną głową (3:1, 2:0, 2:0). Co więcej, Nicolai „dev1ce” Reedtz i kompani nie pozostawili suchej nitki na TL we wcześniejszych etapach turniejów. Z jednej strony, uleganie bezsprzecznie najlepszej drużynie świata nie stanowi powodu do rozpaczy, a z drugiej pozostawia olbrzymi niedosyt.

Team Liquid
fot. ESL/Helena Kristiansson

Rozpatrując przypadek Teamu Liquid warto zauważyć jedną istotną rzecz. Obecna rzeczywistość nie jest niczym nowym, z czym nie mieliśmy wcześniej do czynienia. W przeszłości Liquid wielokrotnie marnowało wyśmienite szanse ku temu, aby unieść w górę puchar czy to Majora, czy nieco mniej prestiżowych rozgrywek. Szczególnie bolesny był półfinał MLG Columbus 2016. Abstrahując od niesamowitego zagrania Marcelo „coldzery” Davida na pierwszej mapie, to spotkanie nie miało prawa zakończyć się na korzyść ówczesnego Luminosity Gaming. Próżno szukać jakiegokolwiek wytłumaczenia dla wypuszczenia z rąk następujących rezultatów: 15:9 na Mirage’u oraz 15:6 na Cache’u. Tak, w obu potyczkach Brazylijczycy dokonywali powrotu, aby następnie wyprowadzić zabójczy dla rywala cios w dogrywce.

W czym zatem można upatrywać powodów niemocy Liquid w kluczowych spotkaniach? Dwa lata temu skład tej formacji w dużej mierze bazował na młodych graczach, którzy bez wątpienia odznaczali się wysokimi indywidualnymi zdolnościami. Zawodnikom pokroju Oleksandra „s1mple’a” Kostylieva brakowało przede wszystkim doświadczenia, obycia z wielkimi imprezami. Kto wie, być może w pewnych fazach spotkań, przy sprzyjającym wyniku, strzelcy tracili koncentrację lub zbyt wcześnie witali się z gąską. Dzisiejsza drużyna Liquid znajduje się w o tyle w lepszej pozycji, że jej częścią jest TACO. Człowiek, który doskonale zna smak wygrywania finałów, a na scenie czuje się niczym ryba w wodzie. 23-latek może dostarczyć swoim kolegom cennych uwag oraz nauczyć ich radzenia sobie w konkretnych sytuacjach na serwerze.

Wspominałem o trzech klęskach w kolejnych finałach, gdy rywalem Liquid było Astralis. Nadszedł czas na FACEIT Major, gdzie wreszcie udało przełamać się niechlubną passę porażek z podopiecznymi Danny’ego „zonica” Sørensena. Choć i w tym przypadku kibice nie mogli narzekać na brak emocji. Triumfatorzy ELEAGUE Premier znaleźli się w niekomfortowym położeniu, mając na swoim koncie zaledwie dwa punkty po pierwszej połowie. Jednak TL nie byłoby tym samym zespołem, gdyby w kuriozalnych okolicznościach nie dopuściło do comebacku skandynawskiej formacji. W półfinale Astralis zaprezentowało się już dużo lepiej i zapewniło sobie przepustkę do wielkiego finału.

fot. ESL/Helena Kristiansson

I kiedy wydawało się, że podczas ESL One New York nadszedł dzień przełamania, TL znowu zawiodło. Na przestrzeni całego turnieju dowodzeni przez Nicholasa „nitr0” Cannelle gracze oddali zaledwie jedną mapę. W dodatku pozostali kandydaci do końcowego zwycięstwa przedwcześnie opuścili Nowy Jork. Decydujące starcie z mousesports nie rozpoczęło się zgodnie z planem, jednak po trzech mapach to Liquid było o krok od zakończenia całej serii. Czwarta odsłona tego pojedynku przebiegała pod znakiem dominacji niebiesko-białych. Uniesienie pucharu przed własną publicznością było już na wyciągnięcie ręki, brakowało wyłącznie postawienia „kropki nad i”. Gdy na tablicy wyników widniał rezultat 13:4 na korzyść TL, wielu sympatyków mousesports mogło już wyłączyć transmisję i pogodzić się z drugim miejscem swoich ulubieńców. Jednak nie zapominajmy, z kim tamtego dnia mierzyli się Janusz „Snax” Pogorzelski i koledzy.

Trudno w to uwierzyć, ale Dust2, podobnie jak piąta mapa, padł łupem europejskiej piątki. Piątki od dawna borykającej się z wewnętrznymi problemami czy nieskuteczną komunikacją. Piątki zdeklasowanej na niedawno zakończonym Majorze. Finały w wykonaniu Teamu Liquid to świetny temat na książkę, jednak potencjalny czytelnik dość szybko mógłby się nią znudzić. Zamiast tego przejdę do meritum całych rozważań. Niemalże każda ekipa chciałaby znaleźć się na miejscu podopiecznych zewsa, bez względu na ich bezradność w najważniejszych spotkaniach. Jedno zwycięstwo może przyczynić się do permanentnego zaszczepiania wśród zawodników genu wygrywania, a jestem przekonany co do tego, że takowe zwycięstwo nadejdzie. I to bez żadnych zbytecznych transferów. Potencjał drzemiący w NAF-ie, Twistzzie czy Jonathanie „EliGE” Jablonowskim jest nieograniczony, a podjęcie kadrowego ryzyka nie zawsze procentuje.

Tagi: , , , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Transferowa karuzela nad Wisłą – październik 2018

Koniec roku coraz bliżej, a święta już za pasem, ale nie oznacza to, że w szeregach polskich drużyn zapanował wreszcie spokój. Cóż, niektóre składy ni...