
Finały
ESWC 2010 to już przeszłość. Zakończyły się prawie ponad tydzień temu, a przewinęło się przez nie kilkaset a może i nawet kilka tysięcy graczy. Imprezę odwiedziło również ponad trzy tysiące kibiców, co jest raczej małą liczbą, która nie zadowala sponsorów eventu. Jak wyglądały rozgrywki od strony organizacyjnej? Co na temat wyjazdu do stolicy Francji i wielu innych spraw mają do powiedzenia reprezentancji naszego kraju w Paryżu? Czy był to najlepszy turniej lanowy, na jakim mieli okazję gościć i grać? Zapraszamy do lektury.
lecho:
Jako całość światowe ESWC było bardzo dobrze zorganizowane, z tego co widziałem to wszystko odbywało się bez większych problemów, Francuzi byli zresztą przygotowywani na ich rozwiązywanie. Natomiast co do samego turnieju NFS-a to miałbym kilka zastrzeżen, zwłaszcza w porównaniu do niemieckiego EA Masters - np. całość rozgrywaliśmy tylko na dwóch konsolach (przy czym jedna była prywatną wlasnością Steffana), mieliśmy też do dyspozycji zaledwie dwa monitory, przy czym każdy był różny. No i jako jedyni w ogóle nie graliśmy na scenie.
Kibice? Moim zdaniem w normie, biorąc pod uwagę miejsce. Ta lokalizacja wykluczała możliwość dostania się na turniej "przypadkowych" oglądajacych, myślę więc, że te jak się mówi 3000 kibiców to całkiem sporo - bo to byli prawdziwi kibice esportu którzy przyjechali tam specjalnie po to, by oglądać mecze, nie przez przypadek, podczas robienia zakupów albo zwiedzania. Zwłaszcza, że do tej cześci Disneylandu było naprawdę cieżko się dostać, jeśli nie było się Paryżaninem i nie miało sie "ogarniętego" transportu. Czytałem też wypowiedzi m.in. powerki, która stwierdzała, że kibiców było mało - tyle, że gracze zasadniczo byli oddzieleni od kibiców, którzy nie mieli dostępu do strefy graczy zlokalizowanej w hotelu (ona była celowo wynajęta i zamknięta po to, by nikt zawodnikom nie przeszkadzał), z punktu widzenia "kibica" ESWC odbywało sie w wielkim namiocie na terenie Disneylandu, gdzie oprócz stoisk wystawowych były pokazywane tylko wybrane mecze.

lecho w czasie gry na ESWC 2010 / fot. frag-executors.com
Najlepszy event? Zdecydowanie nie, pod wzgledem turniejowym finaly EA Masters to byla zupelnie inna liga. Za ESWC stoi caly ten blichtr, Disneyland, medale, puchary, publika - to wszystko dzialalo na wyobraznie. Ale jako gracz najlepiej wspominam turnieje, na które przyjezdzam z pewnoscia, ze wszystko bedzie juz na mnie czekalo, dostane osobne stanowisko i zero problemów podczas samych rozgrywek. Niestety, mimo tego, ze byly to mistrzostwa swiata, w NFS nie bylo pod tym wzgledem najlepiej chocby ze wzgledu na to, ze praktycznie kazdy mecz musialem grac na innym stanowisku/monitorze, a czasu na treningi i rozgrzewki nie mielismy praktycznie wcale.
Do Beholdera mam żal o wiele spraw, ale myślę, że nie ma teraz sensu się nad tym rozwodzić i - jak to się mówi - "kopać leżącego". Ludzie z Beholdera dostali twardą szkołę, nauczyli się, że nikomu nie powinno sie wierzyć na słowo, zwłaszcza jeśli chodzi o duże pieniądze - mam nadzieję, że wyciągną z niej wnioski jeśli jeszcze kiedyś zdarzy im się organizować tego typu event.
sanczezik: ESWC wyglądało dobrze, miejsce było bardzo dobre, a przede wszystkim ciche i dało radę się skupić na grze. Może ostatni dzień nie wypalił zbytnio, ale to ze względu na duchotę, jaka miała miejsce w tym namiocie, organizatorzy próbowali schłodzić to jakoś, ale kiedy przyjechaliśmy to najczęściej temperatura była powyżej 30 stopni i wszystko się nagrzalo i za późno próbowali to ogarnać.
Nie wiem czy było dużo czy mało widzów, bo był to mój debiutancki turniej o takiej randze i nie mam pojęcia ile było ludzi dwa lata temu czy trzy. Ale sądze jednak że publika mogła by bardziej dopisać albo mogła się utrzymać frekwencja z pierwszego dnia jak przyjechaliśmy, bo z dnia na dzień przychodziło coraz mniej osób. Tak to był dla mnie najlepszy event , bo nawet nie mam go z czym porównywac.

sanczezik uczy pić młodego mistrza świata w FIFE
Żalu do Beholdera nie mam żadnego, na początku po smsie odczułem smutek, że nie wykorzystam takiej nadarzającej się okazji, ale potem jak udało się zalatwić pociąg, to mieliśmy okazję jechac w przedziale z Łukaszem (konkurs), Markiem (Street Fighter) oraz Dexterem i Emilią z Beholderu i na spokojnie wyjaśniliśmy sobie tą sytuację i w pełni ją rozumiem, trzeba się cieszyć, że w kilka godzin dali radę nam coś zalatwić i w ogóle dotarliśmy do Paryża. Z powrotem było już o wiele lepiej, więc jestem zadowolony, że w ogóle dostałem szansę dotarcia na turniej, pomimo tak długiej drogi.
bodzo:
Jeżeli mówimy o samych zawodach i ich rozgrywaniu to nie mam żadnych zastrzeżeń. Wszystkie mecze przebiegały według rozpiski i nie było żadnych opóźnień (oczywiście mowię o quake'u). Nie zauważyłem też, aby którykolwiek z graczy miał jakieś problemy ze sprzętem. Jeżeli natomiast mówimy o sprawach związanych z posiłkami to niestety, nie dotrzymano obietnicy. Zapewniano nas, że będą śniadania i obiady, a w praktyce okazało się, że trzeba było jechać przez 5 dni na jedzeniu z McDonalnda, którym to już praktycznie każdy rzygał.
Odnośnie widzów. Myślę, że było ich mało. Miejsce, w którym odbywały się finały było jednym z powodów tak małej ilości osób. Final odbywał się w dużym namiocie z gumy, w którym nie było żadnej klimatyzacji (możecie sobie wyobrazić jaka była temperatura wewnątrz przy upalach jakie tam zastaliśmy). Mimo tego uważam, że byl to jeden z lepszych eventow na jakich mialem okazję być i grać. Jest to mój pierwszy zagraniczny turniej, w związku z tym nie mam mozliwości porównać go do jakiegoś innego.

bodzo przed meczem / fot. frag-executors.com
Odnośnie Beholdera. Nie, nie mam żalu. Fakt, że siedzenie na okęciu 7-8h nie było przyjemne, do tego dochodzi niepotrzebne stresowanie się itd., ale sądze, że należą się duże podziękowania dla Emili i dextera oraz managerów kilku polskich organizacji za to, że udało się ostatecznie dotrzeć do Paryża i wziać udział w światowych finałach ESWC. Mam tylko nadzieję, że niektóre osoby wyciągną odpowiednie wnioski z tego wyjazdu i w przyszlości nie będziemy mieli już takiej sytuacji.
ths: Osobiście jestem lekko zawiedziony tegorocznym ESWC 2010 i nie mam tu na myśli naszych problemów i ogólnego zamieszania z wyjazdem na finały. Razem w drużynie gram z BEnem, który miał już okazję być na jednych z światowych finałów - ESWC 2008 w San jose - i po tym co opowiadał to wydaje mi się, że ESWC w Paryżu wypadło bardzo słabo w porównaniu z ostatnią edycją, ale jak wiemy zmienili się wlaściciele całej organizacji i myśle, że to było jednym z głównych powodów, które wpłyneły niekorzystnie na całe finały. Mecze rozgrywane były w jednym z disneylandowskich hoteli. Na dosyć dużą salę mieliśmy jednak możliwość wejść jedynie w dniu, kiedy graliśmy. W dniu playoffów przyszliśmy aby pokibicować fxom, udało się na chwilę wejść za plecy graczy, jednak po kilkunastu minutach zostaliśmy wyrzuceni nie tylko za barierki ale z całej hali. Więcej meczów ogladaliśmy z HLTV przez internet z naszego hotelu. Nie było żadnych telebimów, tak naprawdę jedyną możliwością śledzenia całego eventu był internet. Mecze finałowe we wszystkich grach były rozgrywane w wielkim namiocie, w którym było z 35 stopni i nie wiem jak ludzie mogli tam wysiedzieć przez tyle godzin. Osobiście ledwie wytrwalem tam mecz w CS’a pomiędzy SK a Navi.

Tomek z drużyną na Okęciu
Będąc rozczarowanym turniejem, liczyłem na fajne
afterparty, niestety była to kolejna rzecz,
na której się zawiodłem. Zapowiadany hucznie wielki koncert Boba Sinclaria, odbył się na malutkiej scenie w Disneylandzie. Nie interesuje się za bardzo tego typu muzyką, ale z tego co się dowiedziałem, to głównego artysty w ogóle tam nie było tylko gral ktos inny :P Do tego piwo 0,33L za 5euro – nie na polskie warunki.
Żal do Beholdera miałem na początku, w dniu wyjazdu. Później, kiedy wsiedliśmy już do pociągu, cieszyłem się, że w ogóle tam jedziemy. Podróż do Koloni w dodatku była bardzo ciekawa, mieliśmy dużo czasu na integracje, ogólnie nie narzekam na to, że nie lecieliśmy samolotem, a jechaliśmy ciuchcia. Najgorsze było czekanie na lotnisku, a później na dworcu w Niemczech no i oczywiście to, ze nie dotarliśmy do Francji dzień przed turniejem, tylko prosto na mecze. Droga powrotna przebiegała już raczej bez niemiłych niespodzianek, przynajmniej w naszym przypadku, niestety chłopakom z Fx szczęście nie dopisało i kolejny raz musieli wracać pociągiem.
Nenna:
Odnośnie organizacji turnieju to z mojej strony nie mam żadnych zastrzeżeń. Całość przebiegała raczej bezproblemowo, tak więc nie było co narzekać. Co do widzów, to zdziwiła mnie ich strasznie mała ilość. Na imprezie byli prawie niezauważalni, ponieważ większą ilość osób stanowili sami gracze. Tak było przynajmniej drugiego dnia rozgrywek, kiedy wspólnie z dziewczynami rozgrywałyśmy spotkania w fazie grupowej. Najwięcej ludzi było chyba ostatniego dnia, kiedy odbywał się finał Counter Strike'a, jednak znów, w większości byli to gracze.

Nenna podczas zwiedzania DisneyLandu
Do Beholdera żalu nie mam, ponieważ pomimo wielu problemów na samym początku dowieźli nas oni na miejsce jak i odstawili do domów. Jazda pociągiem i późniejsze sterczenie na dworcu w Kolonii było niesamowitą przygodą. Przy powrocie do kraju nie było żadnych problemów, a plusem, przynajmniej dla mnie jest to, że pierwszy raz w życiu miałam okazję lecieć samolotem

.
*niektóre zdjęcia pochodzą z serwisu frag-executors.com