martwa nadesłała swoje spostrzeżenia i podsumowanie
Finałów Pan-European Tournament - Zapraszam do lektury, warto :)
Pierwsza?!
Mój mózg nie wypoczął jeszcze dostatecznie po tegorocznym finale Cyberarena36i6, ale, z racji, iż zaczynam zajęcia na uniwerku, muszę zmusić się do spisania relacji już teraz, bo potem mogę nie znaleźć czasu. Po co ta relacja? A, ku pamięci.
Taka moja mała tradycja, podobnie jak rokroczna obecność na finałach, teraz już nie HLC, a LC.
Cyberarena 36i6, czyli Wielki Finał Ligi Cybersport

Już nie w Warszawie, a w Łodzi. Już nie jako oddzielna impreza, ale integralny element Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier. W tym roku po raz pierwszy z udziałem babunów z całej

Europy (

Rosja,

Szwecja,

Niemcy,

Bułgaria), w tym z

Polski, w ramach
Pan European Tournament . Już nie dwa dni, a trzy, trzy dni katorżniczego grania do upadłego.
Po stronie organizatorów, nie licząc całorocznego wytężania niekiepskich umysłów, tydzień stawania na rzęsach po to, aby Święto Graczy obfitowało w atrakcje z prawdziwego zdarzenia. Krew, pot i łzy w słusznej sprawie dogodzenia subkulturze gamerów oraz dania możliwości wykazania się prawdziwym cyber-atletom, a wszystko to dla dobra naszego rodzimego e-sportu, żeby jakoś się to wszystko do przodu kulało. A musi się kulać, bo imprez promujących sporty elektroniczne jest w Polsce tyle, co kot napłakał.
Finały Cyberarena 36i6 są po to, żebyśmy my, gracze, mieli się gdzie podziać w świecie, już nie wirtualnym, a realnym. Żebyśmy mogli na własnej skórze poczuć, że „granie w komputer” to autentyczny sport, gdzie, przy okazji rozgrywek na najwyższym poziomie wszystkim zgromadzonym skacze adrenalina. Chcemy tam być. Chcemy uściskać (bądź podać grabę) starym, częstokroć wieloletnim znajomym, i spotkać tych nowych, których poznaliśmy przez Internet, a którzy żyją swoim życiem gdzieś na drugim krańcu Polski. Nie wiem jak Wy, ale ja uważam, że to jest fajne i potrzebne, i dlatego też tam byłam, miód i wino piłam, a com widziała i słyszała... no właśnie :).
Miasto Łódź
Wprawdzie wina nie piłam, ale jadłam miód w hotelowej restauracji. W

Łodzi, w drugim (już trzecim - dop. ja, info - LukE) pod względem liczby ludności mieście w Polsce (
http://www.staypoland.com/miasta.htm), tuż po Warszawie, przed Krakowem (to on prześcignął Łódź - dop. ja, info - LukE), Wrocławiem i Poznaniem (skąd pochodzę). Wszyscy, których spytałam, byli zdania, że Łódź jest brzydka, ale ja uważam, że jest ładna. Budownictwo momentami nie zachwyca, ale jest dużo zieleni, i to się moim zdaniem liczy.
Pozytywnym zaskoczeniem dla mnie i naszej licznej rodziny (
mama-Yrenka,
tata-Hayabusa,
brat-Neo z dziewczyną Asią i mój mąż
Emil vel Emo) było to, że w Łodzi można się najeść do syta (a nawet do przesady) za naprawdę niewielkie pieniądze. W jadłodajni o dźwięcznej nazwie Tay Do, serwującej przysmaki kuchni, zdaje się, koreańskiej i wietnamskiej, góra, a raczej GÓRA jedzenia kosztowała ledwie 8 do 10 zł. Furorę robił kurczak w panierce sezamowej i wieprzowina w panierce Hanoi. Niczego sobie były sajgonki, a góra (a raczej GÓRA) frytek kosztowała... 2 zł. Nie do pomyślenia. Prawda jest jednak taka, że sporo ludzi nie było zachwyconych zmianą lokalizacji z Warszawy na Łódź, aczkolwiek nie zmartwiło mnie to zanadto – w końcu w większości byli to właśnie warszawiacy :).
Nie da się ukryć, że pierwsze razy przeważnie są trudne, dlatego też w łódzkiej Hali Expo pojawiło się mniej ludzi, niż w warszawskim CH Blue City. Stołeczna miejscówka miała to do siebie, że wszyscy zainteresowani znali jej położenie oraz mieli opanowany dojazd komunikacją miejską, toteż wystarczyło podać datę imprezy. To raz. Dwa, CH Blue City samo w sobie robiło za reklamę. Nie od dzisiaj wiadomo, że wielu Polaków wręcz uwielbia spędzać weekendy na, pozwolę sobie tak to ująć, „zamulaniu” w centrach handlowych. W ubiegłym roku wielu takich „zamulaczy” nie omieszkało do nas zajrzeć, w tym roku działo się zgoła co innego. W sąsiedniej hali odbywały się, niby przyjazne, moim zdaniem jednak konkurencyjne, Targi Gier i Zabawek. Super sprawa, aczkolwiek wielu rodziców z małymi dziećmi zostało nam, mówiąc wprost, skradzionych. Co więcej, niektórzy, głównie mamusie o zawziętych wyrazach twarzy, obadawszy, co się u nas święci, odwracali się na pięcie i czym prędzej czmychali z Hali Expo, nie zapominając przy tym o swoim potomstwie. Ja wiem, że bywają gry komputerowe, gdzie krew się leje, trup ściele się gęsto, ale naprawdę nie rozumiem, dlaczegóżby odbierać małoletnim frajdę poskakania na macie do cybertańca, pobrzdękolenia na gitarze cyberelektrycznej, pościgania się na wyścigach wyścigowych wyścigówką wyścigową..., etc.
No cóż. Tak po prawdzie, obawiałam się większych pustek, niż były. W piątek było „kiepściej”, a to z tej prostej przyczyny, że to dzień pracujący, także „adieu” dorośli i nieletni zarabiający. Sobota była dla mnie miłą odmianą, chociaż nie przepadam za tym całym przepychaniem się przez dziatwę. Niedziela też tak sobie, ale to już ku mojej wielkiej uciesze, bo zbliżał się koniec harówy. Tak to właśnie wyglądało w Łodzi.
Babunkowe granie

Rewolucją na tegorocznym Finale była obecność jedenastu 5-osobowych drużyn kobiecych w kategorii Counter-Strike 1.6. Tym sposobem pojawiło się w Łodzi 55 (!) skarbów w postaci grających babunków w pięknym wieku przedprodukcyjnym do maksymalnie 30-kilku lat, o ile dobrze się orientuję. Zanadto leniwa jestem, żeby zagłębiać się w całokształt przebiegu rozgrywek. Powiem tylko, że szwedzkie
Pink Zinic (
PT)z pięknooką
zAAz w szeregach zostało zdeklasowane przez

Rosjanki z niemieckiego
mousesports (
PT) , które sięgnęły tym sposobem po

Mistrzostwo Europy. Trzecie miejsce przypadło Niemkom z
Alternate Attax (
PT), gdzie strzelała przemiła
Eva vel IAMLOCO, która, co się okazało, urodziła się w

Polsce i całkiem nieźle mówi po „naszemu”. Całkiem nieźle mówi, całkiem nieźle rozumie. Mowa tutaj o „ale dobra dupa”, które dochodziło raz po raz zza jej pleców z ust napalonych podrostków. Ubaw po pachy :).
Miłym zaskoczeniem były dla mnie, jako osoby zainteresowanej babunkowym graniem, wyniki Polek. Szczerze powiedziawszy liczyłam wyłącznie na dziewczyny z
Universal Soldiers (
PT), a to z tej prostej przyczyny, iż gram raz po raz z
flowersikiem i wiem do czego jest zdolna. Podobnie
charlie, przeciwko której grałam w 2006 roku na ESWC – kolejna utalentowana zawodniczka.
Nennę miałam w teamie jeszcze przed czasami
Pentagram Ladies (o ile dobrze rozumuję), czyli grubo przed rokiem 2006, ale pamiętam jej grę, także do dziś dnia mogła zrobić jedynie postępy – w końcu trening czyni mistrza (bądź mistrzynię). Wracając do sedna, żeńska dywizja
Universal Soldiers pokonała 16:8 Dunki z
Aurory (
PT). Rany koguta! Jedną z tych Dunek, a mianowicie
Vildkatten, pamiętam jeszcze z czasów, ho ho, bardzo odległych, bo ta kobitka gra zapewne już grubo ponad 8 lat. Co więcej, nasze rodaczki z
tempus moriendi (
PT), mimo tego, że to nie im kibicowałam, jeżeli chodzi o polskie zawodniczki, wygrały z Niemkami ze
SpeedLinka (
PT), a wierzcie mi – staż tych dziewczyn, skoro mowa o „kanterze”, to też po 10 lat na łebka! Kolejna drużyna –
Happy Five Friends (
PT), mimo, iż nie wyszła z grupy, zbliżyła się do
Frankfurt 69ers (
PT) przegrywając tylko dwoma punktami, natomiast z
iNNEFiRE (
PT) był opór z wynikiem końcowym 16 dla

Bułgarek, 9 dla

Polek. W
iNNEFiRE znajduje się w tej chwili
FoXy. Nie powiem Wam, ile ta dziewczyna już gra. Ja gram od połowy roku 2000. Policzcie sobie. A ona? Ona była przede mną. Turbodymomen leży i kwiczy.

Do czego zmierzam? A do tego, że, po pierwsze –

Polska. Polki też potrafią, choćby nie wiem jak długie, kąśliwe felietony wychodziły spod paluszków hejterów naszej rodzimej sceny, gra Polek na
Finałach PT była dobra. Nie wyśmienita, a dobra. Hej, w końcu pokonały dwie zagraniczne drużyny, w których znajdują się indywidualności grające tyle, co najstarsze dinozaury „ceesa”. More, składy tych dinozaurzyc są razem dłużej, niż nasze świeżaki. More? Dziewczynom z

Niemiec, czy

Danii prawdopodobnie płacą za granie, tak samo jak opłacają im wyjazdy na wszelkiego rodzaju eventy. Wyniki naszych dziewczyn w tym roku to pierwsze W OGÓLE w historii polskiej, żeńskiej sceny CS’a osiągnięcia. Wprawdzie nie należą one do rodzaju osiągnięć, które wymienia się w oficjalnych oświadczeniach, ale są to dokonania, którymi naprawdę można się chwalić tu i ówdzie. Pierwsze achievementsy. Mam nadzieję, że nie ostatnie.
Moim zdaniem nasze dziewczyny mają autentycznego skilla, jeżeli chodzi o indywidualne umiejętności. Mają potencjał, ale brakuje im taktyk, zgrania, doświadczenia na eventach, dzięki któremu gracze pracują nad psychiczną odpornością na stres. Niestety, niektórym z naszych białogłowych, a stwierdzić to można choćby po wypowiedziach w komentarzach do newsów na szeregu portali e-sportowych, brakuje dojrzałości emocjonalnej, bądź dojrzałości w ogóle. Niektóre są przebrzydle wulgarne, jeszcze innym pokiełbasiło się w systemie wartości. Plotkarstwo jest domeną kobiet, także tego się nie czepiam. Mało tego, przecież co najmniej połowa z nas ma na drugie imię Szpieg (nawet ja:)). Zamieniłam jednak kilka słów z niektórymi z dziewczyn zza granicy i okazało się, że tam dzieje się dokładnie to samo. Przykład? W trakcie meczu finałowego
Pink Zinic vs
mousesports któraś z dziewczyn z
Alternate Attax doniosła, iż dostała sms-a z informacją, podług której paniom z

Rosji ktoś z widowni podpowiada via Skype (Rosjanki używają go zamiast Ventrilo). Uruchomiono machinę interwencyjną, ale logi nie kłamią – Ruskie grały czysto. Dowiedziałam się też, jak to jeden team nie lubi drugiego, jak to w klubie, tuż po imprezie, szpiegowskie oczy i uszy dziewczyn z teamu X śledziły mało skromne poczynania dziewczyn z teamu Y. Brzmi znajomo – bo u nas, na podwórku Polek, jest dokładnie to samo. Inna jest tylko gra, jaką zaprezentowały w finałowym meczu babunki z
Pink Zinic i babunki z
mousesports. Mowa jest o tym wszystkim, czego naszym braknie, czyli o taktykach, zgraniu, odporności psychicznej i może ciutkę o movemencie. To, jak grała
Svetaska z mousesports przeszło moje najśmielsze oczekiwania. To do niej, moim skromnym zdaniem, powinien należeć złoty diadem (koniecznie z kryształkami Swarovskiego) najlepszej zawodniczki
Wielkiego Finału PT. Nawet mój brat przyznał, że dziewczyny grają rewelacyjnie, aczkolwiek... no właśnie.

Nie chcę się tutaj rozwodzić nad tematem-rzeką, czyli podziałem sceny CS’a na męską i żeńską. Powiem więc najprościej jak potrafię. Tak, podział ten jest potrzebny i uzasadniony. Tak, najlepsze babuny świata grają gorzej niż najlepsi faceci. Tak, tak, grają nawet gorzej niż dziesiątki teamów średnich. I tak, gramy od Was gorzej, panowie, bo po pierwsze – istnieją badania opisane w tonach publikacji, badania, które dowodzą i opisują różnice w budowie i funkcjonowaniu naszych mózgów, i po drugie – inaczej się wychowuje dziewczynki, inaczej chłopców (tzw. wychowanie do ...). Nie życzyłabym sobie jednak, żebyście sapali do nas, że łatwiej jest nam się gamingowo „wybić” tylko dlatego, że mamy cycki. To tak, jakbym powiedziała, że w rzeczywistym świecie zarabiacie lepiej tylko dlatego, że Bóg obdarzył Was dyndającym przyrodzeniem. Te kwestie są zanadto złożone, żeby upraszczać je do parudziesięciu linijek napuszonego słowotoku pełnego złośliwych uwag. 99% z Was nie posiada wystarczających kompetencji żeby wypowiadać się o babunkowym graniu, dlatego lepiej siedźcie cicho. Swoją drogą zaimponowała mi
Pachella z
mousesports, z którą zamieniłam kilka słów w damskim kibelku (wc jednoczy ludzi). Powiedziała, że jest dla swojego teamu kimś w rodzaju mamuśki, troszczy się bowiem, żeby żadna z jej zawodniczek nie zaniedbała życia osobistego. Mało tego, szczególny nacisk kładzie ona na naukę i zawsze stawia swoim graczkom ultimatum, zgodnie z którym, żeby dalej grać, muszą ukończyć studia. Dla mnie bomba, a kto czytał ten trąba.
Hardcore must be

Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie sama obecność na
Finałach Ligi Cybersport jest czymś w rodzaju zaszczytu, bo mogę towarzyszyć ludziom, którzy w stu procentach oddają się temu w co wierzą. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Wyjątki w postaci młodych osobników płci męskiej, którzy, gdy prosi się ich o pomoc, udają, że ktoś ich woła... . Trzeba oczywiście nadmienić, że ta relacja pochodzi od osoby jakby z wewnątrz.
Ja pracowałam w biurze, czyli miałam zawsze ręce pełne roboty, choćby z racji przygotowywania pakietów z nagrodami, a potem ich rozdysponowywania, wydawania wszelkiej maści wejściówek, współprowadzenia wypożyczalni sprzętu, itd. Razem z Edytką (przemiłą osóbką) i moją Mamą (ona wie :-*) robiłyśmy za informację turystyczną, odpowiadałyśmy na pytania graczy, choć nie zawsze znałyśmy odpowiedzi (chyba, że trafił się jakiś CS’owiec), poszukiwałyśmy przez walkie-talkie lub osobiście ludzi zaginionych w akcji, a potrzebnych na miejscu. Starałyśmy się także z Mamą, w miarę możliwości, dbać o swoich mężów, którzy rzadko kiedy mieli czas zorganizować sobie jakieś jedzenie czy picie. Słowem, nie było czasu na nudę, szczególnie, że w tym roku było naprawdę ciężko, jeżeli chodzi o pracę w biurze, a to z racji wielu zmian, które nastąpiły w stosunku do lat ubiegłych, przez co popełnionych zostało dużo błędów organizacyjnych utrudniających nam sprawne działanie.
Mimo przeciwności losu i momentów, w których aż chciało się kogoś udusić, dawałyśmy z siebie wszystko i z niecierpliwością czekam na wieści od Edzi na temat tego, czy w tym roku skradziono vel zgubiono jakiś sprzęt (w 2008 była to tylko 1 klawiatura i myszka) oraz czy wszystkie spisane protokoły, a było ich multum, się zgadzają. Jako osoba, która w tym „siedzi” negatywnie odbieram komentarze z gatunku „organizatorzy dali ciała”, bo wiem ile wysiłków kosztuje wyszykowanie tego rodzaju imprezy. Wiem też, że nie wszystkim idzie jednakowo dogodzić, dlatego z przymrużeniem oka czytać będę relacje i komentarze innych ludzi. Ja jestem zadowolona z tegorocznego Wielkiego Finału Ligi Cybersport, a muszę przyznać, że tym razem się bałam. Bałam się jak diabli, bo przy takim evencie dla wypisania ilości wypadków i wpadek, jakie mogłyby się przydarzyć, nie starczyłoby ani liści na 200-letnim klonie, ani rolek srajtaśmy w zgrzewce. Tymi słowy kończę i dziękuję Wam The Organizers – po prostu
"Mowa tutaj o „ale dobra ****”, które dochodziło raz po raz zza jej pleców z ust napalonych podrostków"
Mala korekta, z ust cnk
gj :>
normalnie aż wam zazdroszcze .....
#19 Wy praktykujecie newsopisarstwo, a to zupełnie inna sprawa, niż to, co uda mi się spłodzić raz na rok :-).
P.S. W sierpniu tego roku zmieniłam nazwisko z Kubska na Jahnz (czytaj "Janc"
eee, yyy, uuu, hmmm... could you speak slower?
z anglikiem dawalem rade!
#reaktiv ja mowilem tylko,ze sie zakochalem nie uzywalem takich pojec:>
Jeszcze raz dzięx all