
Siedzę sobie teraz w zaciszu mojego pokoju o ścianach w kolorze "jesień brzoskwiniowa" i czytam własne wspominki z poprzednich edycji... no właśnie. Psinka zalegająca po mojej prawicy posapuje przez sen (zwyczajowo niespokojny), a ja, własnym oczom nie dowierzając, trafiam pośród swoich zapisków z czegoś, co przed dwoma laty zwało się, w skrócie, "HLCpbK2k8", na fragment idealnie odzwierciedlający rozmach Wielkiej Gali Cybersportu sprzed dni paru.
Gdyby przemienić daty, przemianować warszawskie BlueCity na Złote Tarasy, "HLC" na "WGC", "Ostateczną Rozgrywkę" na "Wielką Galę", imprezę obchodzącą już nie czwarte, a szóste urodziny - wszystko pasowałoby jak ulał do tego, co żeśmy, szczęśliwcy, przeżyli 13 listopada bieżącego roku. A to, co czułam wtedy, i to, co czuję teraz, odzwierciedla poniższy cytat:
"Po pierwsze,
ośmielę się przechrzcić Święto Graczy w Urodziny Polskiego Sportu Elektronicznego. Z ruchomą datą oczywiście, bowiem w tym roku był to 18-19 października, a w ubiegłym roku 27-28 tego samego miesiąca.
Uczestniczyliśmy w imprezie z wielką pompą hołdującej cyber graniu (na ile to tylko w naszych realiach możliwe). Całe rzesze ludzi przybyłych do warszawskiego centrum handlowego BlueCity uderzyło nań po to,
by czynnie, aktywnie wyznawać e-sport - i ten duży, w wykonaniu pro-graczy, i ten malutki, dumnie reprezentowany przez zwykłych śmiertelników. Co jasne, jak na przyzwoite przyjęcie przystało, każdy, kto tylko chciał, mógł bawić się do upadłego. Brakło tylko tortu na tyle dużego, z taką ilością świeczek, by kilka tysięcy osób mogło je zdmuchnąć jednocześnie i wyszeptać w eter życzenia dalszego rozwoju przedmiotu naszej pasji w dobrym, pożądanym przez wszystkich kierunku. Wprawdzie polski sport elektroniczny narodził się daleko przed pierwszym HLC, ale moim zdaniem nasza rodzima liga kończąca się rokrocznie od lat czterech "Ostateczną Rozgrywką" powstała właśnie
ku czci tego wszystkiego, co nam cyber granie daje. Pracując i bawiąc się w klimacie charakterystycznym tylko dla HLC
dziękujemy sportowi elektronicznemu, że jest. Wspólnie bierzemy udział w wielkiej imprezie urodzinowej, która przeczy twierdzeniu: "Gram bo ... jestem nikim", jak to jakiś delikwent ujął w ulotce konkursowej, mijając się z monitorem 3D. Biorąc udział zarówno w przygotowaniach, przebiegu jak i zamknięciu HLCpbk2008 miałam wrażenie, że wypruwam z siebie flaki (z uśmiechem na ustach) nie tylko dla urodzinowych gości, czyli widzów, graczy, nas samych, ile dla jakiegoś wszędobylskiego ducha, niczym mgła zawieszonego w powietrzu, wyższego celu, idei. Dopiero po powrocie rozszyfrowałam imię solenizanta, które już wielokrotnie padało w tym pamiętniczku.
Niech nam sporcik elektroniczny żyje sto lat :-)."
Czary-Mary
Mimo tego, iż świętowaliśmy jedynie dzień, a nie dwa, jak przed laty,
goście dopisali po wielokroć. Niektórzy przychodzili już w piątek, aby zobaczyć, jak, za sprawą sprawnych rąk i nietęgich umysłów ekipy, uprzednio pusta przestrzeń Multikina obrasta w technologię. Każdorazowo przy okazji przygotowań nie mogę się nadziwić, jako osoba nieobyta w kwestiach podłączania różnych rzeczy do różnych rzeczy (gdyby w pobliżu mojej skromnej osoby nie było ojca, męża czy brata, mój komputer Stefan, uległszy usterce, zgrzybiałby nietknięty), jakim, bez wątpienia magicznym sposobem ta cała plątanina kabli, sprzętu i innego ustrojstwa przemienia się koniec końców w rozrywkonośną, zacnie śmigającą, wieloelementową machinę, czekającą potulnie na swoich Panów i Władców, czyli graczy, aż zasiądą na swoich tronach i zrobią z niej właściwy użytek. Z mojej strony wielki
ukłon dla ekipy Cybersportu za te wszystkie czary. Za to, że są i jacy są. Jestem też dumna z mojego Taty, Janusza "hayabusy" Kubskiego, ponieważ, po pierwsze - nie znam lepszego majstra od komputrów, po drugie - w moim odczuciu powstanie takiej imprezy bez jego osoby, jego umiejętności i doświadczenia (swoją drogą wczoraj nazwałam go mędrcem - cośtam odparsknął) byłoby trudne. Chwalę tylko go, jako jednostkę, bo z wszystkich Cyberludków go znam najlepiej i wiem co robi, niemniej,
żeby Wielka Gala Cybersportu działała - i to sprawnie, potrzeba nie jednej pary rąk, a kilkudziesięciu - i to nie bylejakich, dlatego też cenię i uwielbiam każdy (prawie), zwyczajowo płci męskiej trybik w tej maszynie. Żeby przy takiej ilości prądonośnych elementów nikogo nie popieściło? To już mnie,dwukrotnie z resztą, przyatakowała lampka nocna. Czary, ludziska, czary!
Ziomki, znajomki
Pomijając fakt, iż nie przepadam za Warszawą, miastem w moim odczuciu nadmiernie obetonowanym i przeludnionym (m.in. w trole - tymi słowy strażnik miejski z przejścia podziemnego określił buszujących nocą, podejrzanie wyglądających ludzi o odstręczającej aparycji, wydzielających częstokroć niekoniecznie przyjemną woń), zawsze
z chęcią tam wracam przy okazji imprezy Cybersportu, ponieważ wiem, że zobaczę starych znajomków (niektórych znam już lat 10) i będę miała szansę poznać nowych, z którymi dotąd mogłam konwersować wyłącznie via Net. W tym roku nie było inaczej, stąd moja radość, a także duma z kilku, czasem kilkudziesięciu centymetrów wzrostu, jakie przybyły coponiektórym, młodszym kolegom :-).
Cieszę się, że mogliśmy się znowu zobaczyć!
Ubaw po pachy
Wracając do samej Gali - mogę powiedzieć, że
się udało - i to bardzo! Mimo niedogodności związanych z usytuowaniem w Multikinie (np. salę kinową można było zacząć przygotowywać dopiero o północy z piątku na sobotę), mimo tego, że
nasze biuro o skąpym metrażu mieściło w sobie wszystko, co tylko możliwe - od sprzętu, poprzez nagrody, aż do dziesiątek plecaków, kurtek, sweterków i przepoconych, zmienianych naprędce koszulek.
Momentami trzeba tam było dosłownie kopać, żeby coś odnaleźć, nie mówiąc już o fakcie braku tlenu w tym "kamerliku" (opanowałam trochę śląskiej gwary).
Mimo wielu drobnych bolączek - było super. Mimo, że
chodziliśmy jak pierdzielone pingwinki, tak nas wszystkich bolały stopy od dreptania w tę i wewtę - też było super. Początkowo jak jeden mąż (;-))
baliśmy się momentu, kiedy trzeba będzie zrzucić kapcie - śmierć smrodowa - trochę obciach. Niemniej, kiedy było już po wszystkim, nie marzyłam o niczym innym, jak o zdjęciu butów. Rozwaliłam się na kanapie sytuując smrodliwe stopy na stoliczku. Zaraz przyłączyli się Piotrek (neqs) i drugi Piotrek (nie-neqs), i tak oto powstał
PWŚS, czyli Punkt Wietrzenia Śmierdzących Stóp ;-). Oj tak, bywało śmiesznie. W którymś momencie Mariusz ryczał do jakiejś tuby naśladując odgłosy godowe łosi. Innym razem quantin, Seaangel i Piotrek (nie-neqs) władowali swoje zakute łby w karton z wyciętymi dziurami na ruchome elementy twarzy i wyczyniali głupoty jako coś, co nazwali "Logi" (czyt. "lodzi") - chyba jakaś odmiana humanoidalnych Lego ;-). Do hotelu wracaliśmy dwukrotnie ok. 4-tej nad ranem, raz o 6-tej, po czym ja uskuteczniałam swoje "sikam i znikam", czyli kibelek i sus pod kołdrę. Chłopaki zaś uraczali się złotym płynem (nie mylić;-)). Po WGC, już wczesnym rankiem, acz wciąż na nogach, z tym, że mniej stabilnych (dzielnie maszerowali raz i drugi na miasto, gdy kończyło się im piwko-paliwko), danzig strzelił przy pomocy butelki gola w światło bramki pod postacią nocnej lampki - ucierpiał niebrzydki abażur ;-).
Jadło i piło się zazwyczaj naprędce - dzięki B. nasze piętro obfitowało w jadłodajnie, a poniżej znajdował się automat z energodajnym MD Adrenaline. Mimo, iż nie przepadam za Warszawą uradowałam się na widok otwartej, zdaje się, 24/h piekarni, gdzie trzykrotnie raczyłam się wracając, to z przygotowań, to z samej imprezy, świeżutkim pączkiem x2. Koniec o żarciu ;-).
Co by było, gdyby...
O czym to ja? ;-) Ach tak.
Było super i żałuję trochę, że nie byłam na miejscu w roli gościa. Gdybym była tam wolna od robocizny
poświęciłabym więcej czasu znajomym, niźli tylko 5-10 minut na osobę. Na pewno
posiedziałabym z jakąś zacną ekipą na sali kinowej (premierowej - była wielka - ale okazała się za mała:-)).
Obejrzałabym mecze brata, które, niestety, umknęły mi co do sekundy. Być może nawet
zagrałabym w "ceesa" w jakiejś wolnej strefie, od tak, dla "śmiechu na sali".
Na bonusy się załapałam, więc w tej kwestii prawie obyłoby się bez płaczu - mam koszulkę, mam kubek i smyczki, których koloru za Chiny ludowe nie potrafiliśmy określić, ale za to zgubiłam gdzieś moją przypinkę Qpada, a muszę powiedzieć, że Qpadowe czarne serce z napisem "Gaming" w środku przytwierdzone jest od paru lat na moim wyjazdowym plecaczku.
Grzyb na sali
Bywało też, zaprawdę powiadam, srogo. Kiedy po około 12 godzinach szeroko pojętej robocizny i niecałych 2 godzinach snu usłyszałam śpiewne "Słoneczkooo..." w wykonaniu mojej cudnej współlokatorki Karoliny (jej indiańskie imię brzmi: Kobieta Czerpiąca Energię z Kosmosu, taki ma power moja droga rówieśniczka) myślałam, że to jakiś piękny sen. Po chwili dotarło do mnie, że to jednak ohydny koszmar, że jest ledwo po 7 rano, a ja muszę wstać na +/- 20 godzin i nie ma zmiłuj. Trochę pomarudziłam, jak to baba (do tego płaczliwa, choć niby nie wyglądam) i po porannych ablucjach
wykulałam się z hotelu nie bez pomocy i silnego ramienia małżonka. Z Żurawiej do Tarasów mieliśmy 5 minut - szczęście w nieszczęściu i jeszcze raz w szczęściu (WGC;-)). Niemniej
to, co ja tam robiłam było niczym w porównaniu do pracy, jaką mieli chłopcy. Epidemia zsiniałych worów pod oczami i przekrwienia gałek (ocznych ofkoz), epidemia zbolałych do niemożliwości, smrodliwych stóp (mam nadzieję, że nikt po powrocie nie odkrył tam grzybka;-)), od świądu przepocenia do bóli rzędu kręgosłupów i innych części ciała aż do zachlaśnięć nożami (drobnych zachlaśnięć, acz wkurzających). Po tym całym bałaganie aż dziw, że do nikogo nie trzeba było wzywać karetki.
Być kobietą (vel babą)
Ja miałam to szczęście, że jak się "klapłam" na kanapkę gdzieś o 2-giej to nikt mnie w tyłek do roboty nie kopał - baby to jednak bywają uprzywilejowane - dokładnie tak, jak w e-sporcie. I niech nikt mi się tu nie burzy, bo taka jest prawda -
jest tylu młodych, utalentowanych graczy, którzy nawet z użyciem łokciów i kolan nie mają szans na to, żeby się wykazać, nie mówiąc już o zaistnieniu w profesjonalnej drużynie. Swoją drogą jest też tak, że
Polskie firmy, w odróżnieniu od tych zagranicznych, są jeszcze ślepe na potencjał tkwiący w e-sporcie, ślepe niczym mysie oseski. Ten brak wsparcia pokutuje, acz nie traćmy nadziei, czekajmy cierpliwie, aż oseski dojrzeją ;-), a w międzyczasie możemy kibicować FX-om, których absolutnie zasłużona pozycja jest na tę chwilę, tak by się zdawało, niezagrożona.
Fin
Nie pozostało mi już nic innego, jak podziękować za uwagę i jeszcze raz ukłonić się przed tymi wszystkimi, których nazywam do kupy ekipą Cybersportu.
W tym roku daliście rady, ba, daliście czadu! Jak zwykle cieszę się, że mogłam dorzucić do tego swoje wątłe trzy grosze.
Żałuję, że taka Gala jest tylko raz do roku, a nie dwa, albo i trzy najlepiej, bo a) jesteście fajni i b) fajne jest to, że via Wielka Gala Cybersportu
dajecie ludziom radość. Wspieracie, ba, na tę chwilę to chyba już nawet
"czynicie" e-sport w Polsce oraz, co ważne,
wygospodarowujecie, wyszykowujecie dla nas, graczy czas i miejsce, żebyśmy mogli się bawić, a to lubimy, a także cieszyć się spotkaniem w gronie, które tak szczerze się wzajemnie rozumie. Dziękuję, pozdrawiam i do zobaczenia (oby jak najszybciej).
Źródła fotek: Cybersport, Qpad, własne
Zapraszamy Was do dzielenia się w blogach Waszymi przeżyciami z Wielkiej Gali - wszystkie opinie, te dobre i te krytyczne są bardzo ważne i pozwolą nam przygotować w przyszłym roku jeszcze lepiej kolejną Galę -
Team Cybersport.
P.S. Cieszę się, że się dobrze czytało - ale być tam - bezcenne :-)).
tak tak, dla śmiechu ... byś tam nas poniżyła :>
gj, do zobaczenia :))
http://allegro.pl/unikalna-podkladka-qpad-polska-autografy-graczy-fx-i1330469151.html
jak zainteresowany wal na email funkyy at fnatic.com albo na gg 2 2 5 6 5 9 2