Wielka Gala Cybersportu… impreza na którą czekałem bardzo długo... To miała być moja pierwsza podróż na profesjonalnego lana, w dodatku przez całą Polskę i z logiem orzełka (tego napakowanego) na piersi. Z niecierpliwością odliczałem kolejne dni jeszcze przed opublikowaniem oficjalnego terminu, czytałem ciekawostki, wypytywałem o szczegóły. W ostateczności, gdy impreza w końcu wystartowała, strasznie się zawiodłem!
Nie drogi Cybersporcie, nie Wy jesteście winni. Niestety w ostatniej chwili musiałem zrezygnować z wyjazdu do Warszawy, a napakowany orzełek odszedł w niepamięć. Tym samym nie zobaczyłem, jak się później okazało, największego, najlepszego show w historii polskiego esportu, a co najważniejsze, nie poznałem tych wszystkich ludzi, z którymi miałem się spotkać. Z tej okazji zostałem zmuszony na spędzenie soboty przed monitorem i imprezę mogłem śledzić jedynie online. Niestety
wygodne krzesło, popcorn z
najlepszej mikrofalówki i pepsi w
najładniejszej szklance nie zrekompensowały mi tego, że siedzę w domu, a napływające zdjęcia, komentarze i opinie ludzi będących na miejscu tylko
dobijały leżącego (czyt. shavo).
Widok znajomych na miejscu, na dobitkę - w koszulce MYMu, potrafi przybić...
Jako człowiek znajdujący się w środowisku esportowym od jakiegoś czasu, z napięciem śledziłem wszelakiego rodzaju relacje na wielu portalach związanych z cybernetycznymi rozgrywkami. Muszę przyznać, że wybór był spory:
strony gamingowe, sam Cybersport.pl, NiceGame, ProGames czy wiele innych (wielkie oklaski dla Frag-eXecutors.com - za video, za zdjęcia i wiele innych). Choć frekwencja była świetna i widać progres w dziedzinie „dziennikarstwa isportowego” (jeżeli chodzi o ilość oczywiście), to tak naprawdę doznałem szoku – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Najbardziej zdziwił mnie Cybersport. Jako organizator powinien postarać się o wyrazisty, pełen koloru i rozmachu reportaż, a przede wszystkim na bieżąco go aktualizować. Doczekaliśmy się sztampowego wzoru w dodatku uzupełnianego na siłę i z niechącią lub w ogóle opustoszałego. Rozgrywki FIFY zostały strasznie zaniedbane, o StarCrafcie czy Battlefieldzie nie wspomnę. Dziwnym jest fakt, że największą bazę wyników, w dodatku ładnie i innowacyjnie oprawioną, miał serwis niewspółpracujący w żaden sposób z Cybersportem.
Powodów tego, chyba jedynego tak rażącego defektu może być wiele. Złe rozmieszczenie poszczególnych stref – raczej nie. Brak ekip na miejscu zdarzenia – to już wyeliminowaliśmy. Wyjścia więc są dwa: raz – gala była tak świetna, że biedni dziennikarze nie wytrzymali i rzucili swoją robotę, by złączyć się z resztą publiczności i z napięciem śledzić działania graczy i prezenterów, dwa – warunki pracy nie odpowiadały pismakom. Choć słyszałem, że tak
ZAJEEEEEEEEfajnego Internetu nie było na jeszcze żadnej imprezie, to kilka osób wielokrotnie skarżyło mi się na pressroom sam w sobie. Czy to za ciasno, czy za głośno, czy kurtek za dużo, czy genitalia zmiażdżone… Jednak bardziej skłaniałbym się ku opcji numer jeden, przecież niejednokrotnie przyszło nam pracować w gorszych warunkach. Na jedno ucho podsłuchałem również o tak zwanym „
kolesiostwie”. Nie wiem ile prawdy było w tym, że ekipa organizatorów dawała większe prawa swoim znajomym i niektórych osób nie wpuściła czy to na scenę czy gdzieś indziej, ale skoro ludzie plotkują, ktoś musiał zostać skrzywdzony.
Poza tym nigdy w życiu nie czytałem tylu podsumowań, rozmyśleń, referatów, rozprawek, opowiadań i innych bazgrołów na temat jednej imprezy. To tylko podkreśla fakt, iż
WGC było i jeszcze długo będzie najhuczniejszą, najbardziej sweetaśną imprezą w esportowej Polsce.
Uklęknę, złożę dłonie, zmówię zdrowaśkę i skład apostolski, ale… Cybersporcie zróbcie coś takiego za rok! Stwórzcie tak wielki event jeszcze raz i zagwarantujcie mi, że będę jego częścią.