

Tuż, tuż kolejna edycja QuakeConu, a ja zastanawiam się dlaczego mnie wciąż tam nie ma. Jestem jednym z nielicznych, zagorzałych fanów i przede wszystkimostatnich fanów Quake'a w Polsce, którzy wciąż namiętnie w niego grywają. Ba! Powinien należeć mi się za to jakiś medal, tak jak niegdyś proponowano (przynajmniej w żartach) takie odznaczenie wręczyć Krogothowi za ustawienie sobie w configu poruszania się postacią do przodu lewym przyciskiem myszy, a do tyłu prawym... I tak oto zacząłem sobie o dosyć późnej porze rozmyślać nad przyczyną i skutkami mojej manii.
Jestem świadom, iż owe dywagacje mogą posłużyć jako dowód o mojej niepoczytalności u psychiatry, bądź co gorsza fragmenty wyrwane z kontekstu zostaną zacytowane w kolejnej medialnej nagonce na gry, a ja wprost zostanę bezpardonowo określony bezmózgiem nie potrafiącym znaleźć sobie lepszego zajęcia od pucowania mychy 24/7 na dobę. No to lecim z tym koksem.
Nie będę kłamał, że kiedy po raz pierwszy zasiadłem do gry w Quake'a odrazu poczułem, że ta gra ma w sobie to "coś". To czegoś, czego na próżno było wówczas szukać w innych grach, a można było to określić jako zakończenie wojny białka z krzemem. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że jest to coś więcej. Że jest to gra, w której trzeba wykazać wyższość swojego refleksu, intelektu, znajomości mapy itd. itp. od współczynników prezentowanych przez przeciwnika z krwi i kości po drugiej stronie kabla. Nie. To uświadomiłem sobie dopiero z czasem.
Nie będę kłamał, że kiedy po raz pierwszy zasiadłem do gry w Quake'a fragowałem wszystko co się rusza z prezycją perfekcyjnej maszynki do zabijania. Nie. To udało mi się osiągnąć dopiero po latach ciężkich ćwiczeń... ale z botem. Od czołówki Polski wciąż dostaje tęgie baty, ani też nawet się do topowych graczy nie zaliczam. Ostatnio zdałem sobie sprawę, z tego, że to przyjdzie dopiero z czasem. Dokładnie za jakieś 67 lat, kiedy będę już naprawdę ostatnim Quakerem strafującym na ztn3tourney1.
Będę kłamał natomiast jeśli przyjdzie mi do rozgrzeszenia. Popełniłem grzech śmiertelny gracza sumiennego instalując na pececie gry, które wcale nie przypadły mi do gustu. Bo inni w nie grali. Przeważnie w pogoni za kasą. A ja, jak w kawale, byłem tylko w stadzie jeży podążających za pędzącymi mustangami i krzyczałem po cichu "jestem PRO!".
Będę nieco koloryzował wspominając jak Wstrząsnęło mnie z początku. A było to tak: (q3demo, q3dm17) - "O lampa...! Jak się ładnie mieni. Coś mnie zepchnęło. Co to za niedorzeczny wynik -1?". (Hm... może lepiej przybliżę pierwsze miesiące gry w Quake'a, nie sekundy). Wyglądało to tak: "oh fucking damn yeah! soczyste flaki zaciapały gościowi ekran monitara! BUAHAHAHAH! freak: =}". Szczerze mówiąc... tak naprawdę za czasów, kiedy to byłem gimnazjalnym królikiem minister Łybackiej, lubiałem się dobrze wyżyć. Efektowne fragi, rakiety powodujące wysyp z nieba gibów, niespodziewane kille, nerwowe trzęsienie i zabawne tiki na twarzy kompana z ławki przebywającego wspólnie ze mną w kawiarence internetowej, bądź sali informatycznej podczas rzekomych zajęć pozalekcyjnych to było to. To było to co mnie jarało i jara do dzisiaj.
Charakterystyczny i odmienny dla każdej innej wersji Quake'a dźwięk Quad Damage rozlegnie się w Dallas raptem za parę dni. I mnie tam nie będzie. Cholera wie dlaczego. Nieważne. Muszę odpalić ikonkę z futurystycznym gwoździem. Ktoś dziś ostro oberwie za to po uszach.










:ASD