W ramach dzielenia się niepokojącymi bazgrołami (patrz - poprzednie blogi) wklejam coś, co napisałam na co nudniejszych wykładach. Proszę nie zadawać pytań zaczynających się od "Dlaczego...". Odpowiedź brzmi: nie wiem :-P. Oklaski dla tych, co dobrną do końca. Pozdrawiam!
Okoliczności nie były sprzyjające. Ben siedział okrakiem na worku zbutwiałych ziemniaków, błądząc wzrokiem po zakamarkach babcinej piwnicy. Wtem – usłyszał niepokojący głos, dochodzący wprost zza regału, na którym zalegało kilka ostatnich flaszek niezgorszego winka.
- Wujek Zozo potrzebuje twojej pomocy, Benny.
Chłopak zamarł. Nikt nie nazywał go w ten sposób, odkąd pierwszy raz rozwalił po pijanemu auto ojca. Co więcej – nie miał żadnego Wujka Zozo... Wbrew zdrowemu rozsądkowi, który podpowiadał mu, żeby dalej spokojnie opróżniać flaszkę wiśniowej nalewki (dla odmiany), odezwał się:
- Na Twoim miejscu nie chowałbym się w piwnicy Babci Seleny. Odezwij się do niej – a poczujesz na własnych plecach moc jej drewnianej laski.
Chwila ciszy.
- Wujek Zozo potrzebuje wsparcia. W godzinie Io obiecałeś mu wierność po Wsze Czasy. Pamiętaj o Crystobell – zagrzmiał głos zza regału.
Ben nie miał nic przeciwko konsekwencjom upojenia alkoholowego, ale halucynacje słuchowe – tego było już za wiele. „Przekonamy się zaraz, czy poza słuchem rzuciło mi się też na wzrok! I mózg przy okazji...” – pomyślał. Podniósł się z worka starych ziemniaków i podążył chwiejnym krokiem w stronę podejrzanego mebla, czy też – ściany. Na regale pozostało już tylko kilka pokrytych kurzem butelek czerwonego wina. Ben odłożył je z niemałą czcią pod ścianę i przytulił się do mebla, obejmując go swymi szesnastoletnimi ramionami. Używając niewielkiej tylko siły, w stosunku do pokładów swego całkiem wysportowanego ciała, odsunął pusty już regał na bok i – otworzył szeroko oczy. Za podejrzanym meblem zamiast gołej ściany znajdowało się zakratowane okienko więziennej celi, niewielki otwór, przez który sączyło się do piwnicy Babci Seleny światło dnia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, ze Ben zakradł się tam w najciemniejszą noc swego życia – w końcu przestał być jedynym prawiczkiem w West Yorkshire Anglican High-School, ale nie odbyło się to do reszty tak, jak to sobie chłopak wyobrażał. „100-kilowa, zalana w trupa Marylin Jenkins nie wyglądała dziś specjalnie atrakcyjnie...” – pomyślał Ben, wtem jednak doszło do niego, że nie warto płakać nad rozlanym mlekiem, szczególnie w obliczu nowoodkrytej tajemnicy! Z natury dość śmiały, Ben kucnął przy jaśniejącym dziwnym, pulsującym blaskiem okienku tak, by móc swobodnie zajrzeć do środka klitki. Gdy tylko spojrzał w głąb zagadkowego pomieszczenia okazało się, że jest ono mniejsze, niż sobie wyobrażał – i zawierało w sobie dalece bardziej niebezpieczną tajemnicę. „Coś” o bardzo wkurzonych, czerwonych oczkach podskoczyło, przycisnęło się do krat w sobie tylko wiadomym celu i... wbiło kijek w lewy policzek Bena. Na szczęście obyło się bez rozlewu krwi.
- Hej!!! – krzyknął Ben i opadł na łopatki, rozmasowując piekący policzek. Dziwna reakcja skóry jak na kontakt z niepozornym badylkiem.
- Gdyby tylko Crystobell zobaczyła cię w tym stanie, Benny – dziwny człowieczek zmrużył złośliwe oczka i dodał tym samym skrzeczącym głosem – wyskubałaby sobie wszystkie pióra, co do jednego, gdybyś pokazał się jej w tej obrzydliwej postaci. Na Zmurszałego Astrodonta! Musiałeś się ukryć aż tutaj?!
Nagle do Bena dotarło. Kompletnie ześwirował. Przykre doświadczenia minionej nocy musiały wpłynąć na niego bardziej destrukcyjnie, niż przewidywał.
- Chyba mi odbiło... – pomyślał głośno.
- HA! Nie wymigasz się od odpowiedzialności! Złożyłeś przysięgę! A Crystobell...
- W nosie mam jakąś Crystobell i w nosie mam ciebie! – krzyknął Benjamin. Wstał z podłogi, westchnął ociężale i, mijając schodki, wyszedł z piwnicy Babci Seleny. Nie miał już zamiaru z nikim dzisiaj rozmawiać. Wszedł na swoje okryte mrokiem piętro, kopiąc po drodze gumową zabawkę zgrzybiałego spaniela babuni. Tego dnia nic nie miało sensu, więc Ben postanowił skutecznie ten dzień zakończyć.
~
Następnego dnia w szkole Benowi nie było do śmiechu. Pogubił się w tym całym bajzlu, który rzekomo był jego młodzieńczą psychiką. Parokrotnie już mijał na szkolnym korytarzu definitywnie nieuroczą Marylin, udając, że nie ściga go ta złożona niczym lawina podbródków wczorajsza przygoda.
- Dobry, Benji – zagrzmiał głos zza pleców. Był to Bobby, pokaźnej postury afroamerykanin, fachowo zmywający szkolne korytarze przy pomocy szarego jak popiół mopa. Czasami fajnie było sobie z nim pogadać, szczególnie na dużej przerwie, kiedy wyciągał w kantorku woźnego swój sprzęt do rzeźbienia w mydle. Jego zwykle poważna twarz łagodniała, zmarszczki zniesmaczenia znikały jak ręką odjął, a on sam puszczał płazem nawet informacje o projekcie artystycznym młodych, realizowanym pod parapetami, a obfitującym w gumę do żucia.
- Powiedzmy, że dobry, panie Bubblehood – odparł Ben i ruszył korytarzem w stronę sali biologicznej. Nie miał dziś ochoty dosłownie na nic. Wszedł do sali powłócząc nogami. Przywitały go, oprócz kilku przyjaznych „Cześć Benji!”, „Siema Ben”, drwiące uśmieszki i gwizdy szyderców. Rzucił plecakiem o swoją ławkę, a potem sobą – o krzesło. Do sali zaraz po nim weszła pani Pumpkinpie i rozpoczęła nudną lekcję biologii. A Ben, z ciężką głową opartą czołem o blat ławki zasnął snem dalekim od słodyczy.
- Beee... nnnyyy! Beee... nnnyyy!! – wysoki, koiecy głosik dochodził jakby ze studni.
- Beeennny nooo! Obudź się wreszcie. Wujek Zozo nas potrzebuje... obiecałeś... obiecałeś... – wtem przed oczami ukazała mu się przedziwna postać. Młoda kobieta, o seledynowych oczach patrzących jakby... z wyrzutem, przysłaniała mu cały świat. Niemalże fizycznie odczuwał jej bliskość, a karzące spojrzenie trafiało w punkt czulszy niż ten, w który czasami trafia laska strwożonej Babci Seleny. W nagłym objawieniu płci bez wątpienia żeńskiej było coś niezwykłego. No tak, w końcu, poza białym gorsetem z metalowymi zdobieniami miała na sobie... pióra, śnieżnobiała, pierzasta czupryna i iście ptasie, zmierzwione pióra pokrywały większą część ramion, przedramion, pleców i generalnie całkiem znośnego „tyłu” jeszcze dziewczęcego ciała.
- Nie udawaj głupka, Benny! – była to Crystobell, a Bennemu zaczęło powoli coś świtać... dopóki nie obudził się z drzemki, a zamiast hipnotyzujących oczu Crystobell miał przed sobą pociętą zmarszczkami twarz sinowzrocznej biolożki.
- Benjaminie Swansey! Kiedyś się doigrasz!
~
Benny nie był w stanie zapamiętać wydarzeń minionego dnia. Od momentu, kiedy otworzył powieki, pomiędzy które od razu wpełzło leniwe światło poranku, myślał o Crystobell. Wczoraj, w klasie pani Pumpkinpie omal nie rozgryzł zagadki tej przedziwnej, niepokojąco pięknej istoty, ozdobionej piórami niczym... niczym jakaś korona wodza wioski tubylców! Jej bladoróżowe, lekko wydatne usteczka wypowiadały jego imię... a raczej prawie nieużywaną wersję jego imienia w taki sposób, jakby znali się od lat. „A może nawet setek lat” – wdarło się Bennemu do głowy, choć nie był do końca pewien kto jest autorem tych myśli. I ten diabelny człowieczek z piwnicy.... no właśnie! Benny zerwał się z pościeli. Zazwyczaj spał zupełnie odkryty. Gruba, wypchana gęsim pierzem kołdra to było stanowczo za wiele – kolejne „za wiele” pomysłu Babci Seleny, podobnie, jak za wiele troski o ilość warstw Benjaminkowego ubranka, za wiele gderania w sprawie Benowych wypadów na bilard, czy w ogóle wypadów z kumplami. Tematem tabu w domu rządzonym przez Selenę Swansey było Benowe prawo jazdy, którego rzeczony delikwent doczekać się miał dopiero po babcinym trupie. Babcia Selena nie była zła, po prostu odbiło jej po... no właśnie – po tragicznej śmierci rodziców chłopca. Miał wówczas 2 lata, ale wyraźnie zapamiętał dzień, w którym został zupełnie sam (no, może niezupełnie – nie zapominajmy o babuni i jej zapchlonym ulubieńcu Spocie).
» Polecono 2 razy
» odsłon: 1984» komentarzy: 5
Jeżeli uważasz, że ten materiał jest ciekawy to daj mu punkt
Kto lubi / komu chce się czytać moje wierszyki - zapraszam:
strony.aster.pl/ m4rtw4/our/wierszyki/poemz.htm l
Opinie / krytyka mile widziana, ale
(...)
Muszę koniecznie napisać o tym, jak Musashi (czyt. chomiczka syryjska długowłosa) zeżarła mi torebkę. No szlag mnie trafił, jak się zorientowałam, że
(...)
Moje HLCpbK 2008
Raz do roku odbywa się, znany powszechnie pod nazwą Święta Graczy, finał Heyah Logitech Cybersport powered by Komputronik. Zgodnie z
(...)
Jaka ja byłam kiedyś głupkowata to przechodzi najśmielsze pojęcie ;-). Oto co znalazłam na swoim komputerze. Przenosimy się 6 lat wstecz...
'The Thin
(...)
Arabskie:
Bóg nie ma głupcom za złe,
że sięnie uczą,
lecz ma za złe mądrym,
że nie uczą głupców.
Bóg po to cię obdarzył rozumem,
byś miał gdzie szukać ratunku.
Jeśli pokonasz (...)