metka
Roccat_savu
cybersport
» Login
» Hasło
zapamietaj
»Szukaj
A A A A A
logo
SnajpeRka - każda porażka powinna być większą motywacją
aGiie. | 26.01.2012, 21:04
......................................................................................................................................
pic_small Scena female znów odżyła. Mamy 7 aktywnie grających drużyn i masę turniejów. Jest to doskonała okazja do przeprowadzenia krótkiego wywiadu z jedną z zawodniczek. Tym razem padło na reprezentantkę flag Alsen Team, a mianowicie flag Darię "SnajpeRka" Pasternakiewicz. Na co dzień Daria uczęszcza do zawodowej szkoły fryzjerskiej, co umożliwia jej pracę w salonie. Ponadto, zawodniczka interesuje się wojskiem, jest członkiem Jednostki Strzeleckiej. Czego jeszcze dowiecie się z tej rozmowy? Przeczytajcie i przekonajcie się sami!


Na dobry początek powiedz czym zajmujesz się na co dzień, jakie masz zainteresowania itp.?
Uczęszczam do szkoły zawodowej fryzjerskiej, a interesuję się przede wszystkim wojskiem. Chodzę do Jednostki Strzeleckiej (to samo co wojsko tylko inne regulaminy), pracuję w salonie fryzjerskim i przy okazji pozdrawiam moją wspaniałą Szefową, Emilkę. Ponadto, lubię tańce, lecz teraz mam na to mniej czasu, ponieważ niedługo egzaminy próbne z praktyk i kończy się pierwszy semestr.

Czym dla Ciebie jest Counter Strike?

Hobby. Gra pozwala mi się odstresować i miło spędzić czas, szczególnie z dziewczynami, bo zawsze można się z czegoś pośmiać i gdy jest mi smutno, zawsze mnie podniosą na duchu.

Na scenie aktualnie mamy 7 drużyn. Czy uważasz, że taka duża liczba zespołów może się utrzymać przez dłuższy czas?

Myślę, że tak. Jeżeli tylko dziewczyny będą miały dobrą motywację do gry i jak nie będzie problemu z komunikacją, bo to podstawa, to na pewno się utrzymają. Jest dużo drużyn female, są turnieje, więc na razie nie widzę przeciwwskazań.

No właśnie, nagły skok ilości cupów. Dziewczynom się to nie znudzi?
Dziewczynom może się znudzić jedynie czekanie na mecze, czasami jest zbyt duża przerwa między kolejnymi spotkaniami. Bardzo dobrze, że jest coraz więcej turniejów, bo zawodniczki mają szansę się rozwijać. Mam także nadzieję, że będą organizowane lany dla kobiet, bo taka duża ilość teamów może być motywacją dla organizatorów na zrobienie imprezy offline.



Powiedz nam coś o Twoich dotychczasowych zespołach.
Ogólnie moja przygoda z CS-em rozpoczęła się jakieś 3 lata temu. Wtedy grałam i pożyczałam płyty z różnymi grami. Pewnego dnia kolega z podwórka powiedział mi, że istnieje takie coś jak Counter-Strike i można grać przeciwko sobie w Internecie. Oczywiście spróbowałam i zaczęłam wchodzić na serwery FFA z moim bratem. Zainteresowanie wzrosło i dowiedziałam się, że jest takie coś jak Steam, więc kupiłam konto od kolegi i zaczęłam grać mixy razem z Acerką. Grałyśmy codziennie, z biegiem czasu poznawałam inne dziewczyny, np: Yuna czy ZieloOna, przez co przyszło zainteresowanie drużynami. Dołączyłam do pierwszego teamu jakiś rok temu, było to GunsGrip. Pojechałyśmy nawet na lana, nie grałyśmy ze sobą długo, więc nie osiągnęłyśmy dobrego wyniku, ale jak mówiłam: porażka jest dobrą motywacją i zaczęłam trenować jeszcze bardziej. Niestety bez skutku, bo nie było zawodniczek do grania, dopiero teraz pojawiła się okazja do dołączenia do Alsen.  

Możesz zdradzić kulisy tego transferu?
Z dziewczynami z ALSEN znałam się już bardzo długo, razem mixowałyśmy, gdy ich drużyna była niedysponowana, grałam z nimi w ESL bądź inne mecze. W końcu pewnego, pięknego dnia zaproponowały mi dojście do teamu. Oczywiście od razu się zgodziłam, ponieważ dobrze mi się z nimi gra i dogaduje.  

Co możesz powiedzieć o Twojej obecnej drużynie?
Moja drużyna jest wspaniała, grają tam osoby zdyscyplinowane, a ponieważ znam dziewczyny długo, tak jak już wspominałam, łatwo nam się dogadać. Grają w CS już długo, więc mają spore doświadczenie i wiedzą, czego chcą! Bardzo się cieszę, że trafiłam właśnie tutaj! 

Powiedz, jak wyglądają Wasze treningi, ile trenujecie, na czym się skupiacie?
Treningi trwają 5 dni w tygodniu po 2 godziny. Nie mogę ujawnić na czym się skupiamy, bo trzeba zaskoczyć czymś przeciwniczki. Mamy dobrą motywację do podbicia damskiej sceny, dajemy z siebie wszystko na treningach.

Jak myślisz, dlaczego faceci darzą kobiecą scenę taką nienawiścią?
Ja nie zauważyłam żeby faceci nas nie lubili, wręcz przeciwnie - zawsze chętnie chcieli brać kobiety do gamingu, ale nie przewidywali, że kobiety mogą coś ugrać, ponieważ nie było dużo drużyn i turniejów. Znam tylko napinaczy z mixów, którzy byli przekonani, że są lepsi od kobiet. Mam nadzieję, że dzięki temu "odrodzeniu" faceci zmienią zdanie na lepsze.



Bardziej chodzi mi o trollowanie. Jeśli powstaje jakaś drużyna lub zespól ma wyjechać, przypuśćmy na zagranicznego lana, zaczynają się ataki. 
Myślę, że nie wierzą w nasze siły, bo nie było z kim rywalizować w Polsce. Twierdzą, że to tylko wycieczka, ale nie byli tam i nie wiedzą jak dziewczyny się starają. Wiadomo, że jak się jedzie na lana to z myślą o wygranej i robi się wszystko, by to osiągnąć! Każdy oczywiście ma własne zdanie na ten temat, ale mam nadzieję, że zmieni się podejście facetów do takich wyjazdów kobiet i płeć męska będzie kibicować żeńskiej.

Co powinno charakteryzować profesjonalną drużynę esportową?
Moim zdaniem to przede wszystkim dobre zgranie i komunikacja, bo każda sprzeczka może spowodować zachwianie formy drużyny. Trzeba na sobie polegać i doskonale się rozumieć, aby podczas gry bez słów wiedzieć co robić. Ponadto, każda porażka drużyny powinna być jeszcze większą motywacją do cięższego trenowania i dawania z siebie jeszcze więcej, nie tylko 100%. Profesjonalna drużyna powinna mieć dobrego prowadzącego, ponieważ to od tej osoby zależy wszystko co się stanie. Trzeba być również cierpliwym i spokojnym, bo w dużym chaosie nie da się skupić.

Czy Wasza drużyna właśnie taka jest?
Na pewno nasza drużyna świetnie się dogaduje, bo znamy się z dziewczynami dosyć długo. Mamy także dobrą prowadzącą, wiemy co mamy robić, nie ma takiego chaosu. Ale jak wiadomo, nikt nie jest doskonały, pracujemy nad naszym zgraniem. Myślę, że to wyjdzie z czasem. Dziewczyny mają także doświadczenie i jak pisałam - robimy wszystko, aby osiągnąć cel. Nie poddamy się!



Trwa czwarty sezon Female Gaming League. Na swoim koncie macie dwie porażki, więc z całą pewnością nie jesteście zadowolone. Czego Wam brakuje do zwycięstwa?
Dla każdego porażka znaczy co innego, z jednej strony jest przegraną i nie osiąga się tego co się pragnie. Jednak z drugiej strony jest to dla mnie dobra motywacja do ciężkiej pracy i lepszej gry. Z tego powodu, że z dziewczynami chcemy osiągnąć jak najwięcej, nie poddajemy się i to właśnie te przegrane motywują nas do poprawienia błędów i cięższych treningów! Ja osobiście jestem zadowolona z naszej gry, szczególnie dlatego, że są to nasze początki. Z całych sił postaramy się nie popełniać więcej błędów i dojść po trupach do celu.

A co myślisz o postawie Practice Makes Perfect? Dziewczyny jak na razie bardzo dobrze sobie radzą. co dla mnie osobiście jest niespodzianką.
Tak, to racja. Dziewczyny nieźle sobie radzą. Mają dobry skład, każda z nich ma jakieś doświadczenie. Nie od dziś znam każdą z nich i oceniam je wysoko. Nie jeden mix pokazał na co je stać i jak dobrze strzelają. Takich właśnie zawodniczek potrzeba do wspólnej gry. Dziewczyny się nie poddają nawet po przegraniu kilku rund i życzę im jak najlepiej!

Jakie macie plany na przyszłość?
Każda drużyna ma zapewne plan osiągnięcia wygranej. Także i my staramy się to realizować. Myślę, że jak będzie okazja pojawić się na jakimś lanie, to to zrobimy. Mam również wielką nadzieję, że będzie jakiś lan tylko dla kobiet. Rywalizacja na takim turnieju daje większego kopa do zwycięstwa, są duże emocje i świetna zabawa. Nie mogę jednoznacznie ocenić, jakie są nasze plany na przyszłość, ponieważ dopiero zaczynamy, ale na pewno nie raz o nas usłyszycie!



Co chciałabyś osiągnąć w esporcie?
Jak każdy, chciałabym osiągnąć jak najwięcej. Dotąd raczej nie działo się za dużo w mojej karierze, ponieważ nie grałam poważnie w żadnym teamie. Były jakieś zespoły, ale byłam za młoda żeby odnieść sukces. Myślę, że teraz zdołam coś osiągnąć z dziewczynami! Dla mnie ważniejsza jest wygrana drużyny niż jakieś miano super graczki. Tak czy siak, nie uważam się za jakąś wspaniałą, dużo mi do tego brakuje. Każdy uczy się całe życie, szczególnie na błędach. Jeśli się wierzy w siebie i nie poddaje się, nawet gdy jest się na samym dnie, to można osiągnąć dużo. Sama wiem ile trzeba włożyć siły, aby odnieść sukces. Trenowałam akrobatykę przez 6 lat i wiem jak to jest z całych sił walczyć o wygraną. Dobrze jest mieć osoby, które zawsze Cię podniosą na duchu i postawią Cię na nogi, gdy tylko upadniesz na kolana. Dlatego pozwolę sobie podziękować dziewczynom z mojego teamu, że mimo wszystko dają mi nadzieję na lepsze i zawsze mnie wesprą, bo gdyby nie one to nie wiem co by się stało. Szczególnie dziękuję Monice i Anecie!

Najlepszym zespołem w Polsce jest… , ponieważ…
Jak dla mnie najlepszym zespołem w Polsce jest oczywiście ESC Gaming. Chłopacy są znani nie od dziś i każdy wie, że w Polsce to właśnie oni są królami Countera. Radzą sobie dobrze nie tylko w Polsce, ale również za granicą, za każdym razem im kibicuję. Na drugim miejscu postawiłabym ALSEN TEAM, zawodnicy mi zaimponowali swoją grą. Często ich obserwowałyśmy i patrzyłyśmy jak graja. Podoba mi się ich styl gry, warto się od nich uczyć.

To by było na tyle, tradycyjnie na końcu czas dla Ciebie i pozdrowienia.
Oczywiście pozdrawiam Ciebie jak i wszystkich czytelników Cybersportu, Moją kochaną Emi, Acerkuniuniuniu, Monis, dete, Asie, Yune, Eli, Malinową, Nath,Olcie vanye, Marsonke, Gosie, insane, Fli, Kleo, pasie, Wszystkich chłopaków z ALSEN TEAM, Mianosa, Amara, Paqsa, insidera, Brilla, Jopusie, Filipa pURe, Tomasza i Jarka, Czikite, Wszystkich z PGC PLAY, Moją całą Jednostkę Strzelecką 4033 Bydgoszcz i wszystkich hejterów.
Polecono: 4 razy >> Komentarzy: 132 >> ID: 19102
Podobne informacje:
pic_small
Komentarzy: 121, Polecono: 7 razy
Komentarzy: 34, Polecono: 1 razy
Komentarzy: 10, Polecono: 1 razy
Komentarzy: 27, Polecono: 2 razy
belka





belka
flag Brillu | punkty: 27 plus Ilość Komentarzy:23 | 28.01.2012 - 00:55
#81
Brillu
Pewna osoba rozbroila :) A moze prawda w oczy kole?:)
flag Ajkusia gold | punkty: 312 plus Ilość Komentarzy:113 | 28.01.2012 - 01:41
#82
Ajkusia
Nie chodzi tutaj o Ciebie, więc Tobie również radzę skończyć smile
flag Phoenix_ | punkty: 297 plus Ilość Komentarzy:228 | 28.01.2012 - 02:15
#83
Phoenix_
#68 
"Tych placzow w komentarzach nie da sie czytac..."
+1. Dlatego reszty twojego komentarza nie przeczytałem.

k1p trollin ladies
flag DarkTemplar | punkty: 439 plus Ilość Komentarzy:301 | 28.01.2012 - 05:52
#84
DarkTemplar
A pozdrowienia dla Tomasza, tzn. dla naszego tomiego z drunken five czy jestem w bledziesmile?
flag two gold | punkty: 106 plus Ilość Komentarzy:73 | 28.01.2012 - 10:28
#85
two
Jakich placzow? Jedyny powod spin to jest to, ze jestescie dziewczyny mierne :). No i Alsen Team mwhaahhaha! Bite kobietki bedziecie na kazdym kroku. Moze cos ugracie w PL bo tylko 7 teamow jest kobiecych ale za granic was zjedza :). Nawet ja bym Ja zbil :) Chcesz sie przekonac? PW! :)
flag Ojeja | punkty: 112 plus Ilość Komentarzy:60 | 28.01.2012 - 12:30
#86
Ojeja
# 85
brak mi słów.
flag huber[t] | punkty: 1216 plus Ilość Komentarzy:832 | 28.01.2012 - 12:51
#87
huber[t]
#85 fra
flag kubEEEE | punkty: 356 plus Ilość Komentarzy:259 | 28.01.2012 - 14:26
#88
kubEEEE
fajno :)
flag rdF gold | punkty: 207 plus Ilość Komentarzy:139 | 28.01.2012 - 16:41
#89
rdF
ale impreza
flag spaNk | punkty: 564 plus Ilość Komentarzy:200 | 28.01.2012 - 17:22
#90
spaNk
sama Ajkusia poleciała na fejm Piotrusia :)
flag Snaks | punkty: 447 plus Ilość Komentarzy:267 | 28.01.2012 - 19:27
#91
Snaks
ALE JAJCA
flag iss* | punkty: 973 plus Ilość Komentarzy:362 | 28.01.2012 - 22:27
#92
iss*
Dziaaaa Nie ma to jak staion Zawiszy w Bydgoszczy :)
flag jumpi | punkty: 978 plus Ilość Komentarzy:751 | 29.01.2012 - 02:43
#93
jumpi
#77 zawsze twierdziłem, że ******ona kobieta może więcej...
flag F1ORENT11E | punkty: 121 plus Ilość Komentarzy:41 | 29.01.2012 - 09:30
#94
F1ORENT11E
;o
Edytowano dnia: 29.01.2012 , 09:32
flag F1ORENT11E | punkty: 121 plus Ilość Komentarzy:41 | 29.01.2012 - 09:30
#95
F1ORENT11E
wszystko wszystkim , ale obrazac to Ty nie musisz ..#93
flag Golios gold | punkty: 327 plus Ilość Komentarzy:251 | 29.01.2012 - 13:48
#96
Golios
BEDZIE JAKIS SPOJLER TEGO E-FIGHTU BO KOMENTARZE ZA DLUGIE, A JA ZBYT LENIWY?!
flag skowr1ch | punkty: 110 plus Ilość Komentarzy:82 | 29.01.2012 - 14:30
#97
skowr1ch
 idzcie sie pokłócić na vt czy coś
Edytowano dnia: 29.01.2012 , 17:46
flag Eris gold | punkty: 12 plus Ilość Komentarzy:4 | 29.01.2012 - 15:45
#98
Eris
Niech kazda może najpierw zacznie od krytyki samej siebie, a dopiero pozniej wylewajcie jad publicznie? I po co sie starac, pisac, tlumaczyc ludziom, ze to ma sens, ze warto, ze kobiety moga razem cos ugrac? Kiedy przychodzi banda dziewuch i pokazje slowem swoj poziom i klase. 
flag brk1910 | punkty: 36 plus Ilość Komentarzy:30 | 29.01.2012 - 16:26
#99
brk1910
do garow !
flag polinn | punkty: 22 plus Ilość Komentarzy:5 | 29.01.2012 - 19:55
polinn
#99 SKORO PRZEPADASZ ZA GARAMI TO MOŻESZ UMYĆ MOJE RÓWNIEŻ
Wywiad stwierdzam że był interesujący, GL dla dziewczyn. A co do komentfightu, NIE MAM ZDANIA, xaxa
flag stanley | punkty: 46 plus Ilość Komentarzy:46 | 29.01.2012 - 21:20
stanley
Good wywiadzik, zyczę powodzenia :)


i bez spin proszę kociaki smile
flag analizator | punkty: 3801 plus Ilość Komentarzy:2576 | 30.01.2012 - 12:18
analizator
Taki hejt i nie biorę w nim udziału.. ech.. [*] ja
flag ReVo gold | punkty: 66 plus Ilość Komentarzy:36 | 30.01.2012 - 14:06
ReVo
 USTAWKA! ZALEWAM KIŚLEM FONTANNĘ POMIĘDZY CENTRALNYM A ŚRÓDMIEŚCIEM!


Ajkusiasmile Jak 2/3 lata temu z Tobą grałem strasznie spokojna byłaśsmile
flag HiszpaN | punkty: 957 plus Ilość Komentarzy:425 | 30.01.2012 - 14:23
HiszpaN
Dobra spina! Wymiana poglądów idealnie odzwierciedla spotkanie dwóch gangów dresiarzy w kebabie, którzy przyszli się najeść po nocnej libacji w klubie z TECHNO.
flag analizator | punkty: 3801 plus Ilość Komentarzy:2576 | 30.01.2012 - 14:28
analizator
TOĆ NIE RAPEM JAKUB!
flag HiszpaN | punkty: 957 plus Ilość Komentarzy:425 | 30.01.2012 - 14:30
HiszpaN
Paniczu Adamie! Ssij żeś pałę! : D
flag Maniek91 | punkty: 165 plus Ilość Komentarzy:103 | 30.01.2012 - 15:07
Maniek91
 Napisze ktoś streszczenie posta #77, bo całego nie ogarne...  ;/
flag HiszpaN | punkty: 957 plus Ilość Komentarzy:425 | 30.01.2012 - 17:22
HiszpaN
A kogo obchodzi ten tani bełkot spod monopolowego?!
flag deed gold | punkty: 72 plus Ilość Komentarzy:51 | 30.01.2012 - 22:53
deed
wiecej wywiadow z dziewuchami poprosze wiecej komentarzy bede bil smile
flag aGiie. gold | punkty: 4563 plus Ilość Komentarzy:1890 | 31.01.2012 - 08:45
aGiie.
#109 juz niedlugo bedzie kolejny :- ) tylko musze sesje zaliczyc :P 
flag snajpeRka gold | punkty: 74 plus Ilość Komentarzy:20 | 31.01.2012 - 12:51
snajpeRka
Widzę , że tutaj trwa jakieś bicie rekordów smile  w komentarzach ...

#84 jesteś w błędzie :) dla innego Tomasza
#85 sory  ziomek za słaba jestem żeby z Tobą grać eh smile
flag htu | punkty: 52 plus Ilość Komentarzy:40 | 31.01.2012 - 13:12
htu
Ale r0zp1erd0l się tu dzieje, widze miody pitne wraz z ambrozją się leją, kuso ubrane dziewki szaleją na dębowym parkiecie no po prostu http://kielbasachan.isgreat.org/b/src/131151790032.jpg
Edytowano dnia: 31.01.2012 , 13:13
flag ths gold | punkty: 312 plus Ilość Komentarzy:184 | 31.01.2012 - 19:19
ths
TOM I

Wstęp

Na Żmudzi żył od dawnych czasów ród Billewiczów, który – choć nie doszedł nigdy do wielkich urzędów – był ogólnie szanowany. Billewiczowie wsławili się przede wszystkim walką za ojczyznę. Ich gniazdem rodzinnym były Billewicze, w których mieszkał miecznik rosieński Tomasz Billewicz. Za panowania Jana Kazimierza patriarchą rodu był Herakliusz Billewicz, który mieszkał w Wodoktach. Należały do niego także Lubicz i Mitruny leżące w Laudzie. W zaściankach należących do Herakliusza mieszkały m.in. bitne rody Butrymów, Domaszczewiczów, Gasztowtowtów.

Herakliusz Billewicz, mąż oddany sprawie narodowej, umiera w 1654 roku na wieść o przegranej pod Szkłowem Radziwiłła, który rządził na Litwie. Wiadomość tę przywiózł Michał Wołodyjowski, który nie pochodził z tych okolic, ale miał tu czynić zaciągi wojska, ponieważ był szczególnie umiłowany przez szlachtę laudańską. Wołodyjowski, który zachorował po powrocie z wojny, pozostawał pod opieką Pakosza Gasztowta w Pucenelach, z których wywodziły się najpiękniejsze panny w okolicy.

Herakliusz Billewicz pozostawił po sobie testament. Zapisał w nim wszystkie swoje majątki, z wyjątkiem Lubicza, swojej wnuczce Aleksandrze Billewiczównie. Lubicz zapisał Andrzejowi Kmicicowi w dowód wdzięczności za zasługi i przyjaźń jego ojca. Podtrzymał także dawną umowę zawartą z ojcem Andrzeja - zgodnie z nią Andrzej i Aleksandra mieli zostać małżeństwem. Panna mogła odmówić wyjścia za Kmicica, gdyby ten zhańbił się złymi uczynkami lub gdyby chciała iść do klasztoru. Herakliusz powierzył całej szlachcie laudańskiej opiekę nad wnuczką. Szlachta laudańska rusza do Grodna, gdzie król Jan Kazimierz naznaczył generalną zbiórkę przed wojną.

Rozdział I

Jest mroźny styczeń 1655 roku. Zgodnie ze starym zwyczajem Billewiczów Aleksandra Billewiczówna siedzi w izbie czeladnej wraz ze swoją krewną starą panną Kulwiecówną oraz dziewczętami czeladnymi, które przędą kądziel. W rogu izby kudłaty Żmudzin huczy żarnami. Panna Aleksandra po cichu odmawia różaniec. Siedząc przed kominem, zaczyna rozmyślać o swoich losach; zastanawia się, gdzie jest i jaki jest człowiek, któremu przeznaczono ją za żonę. Rozważa, czy będzie ją kochał. Jej rozmyślania przerywa niespodziewane pojawienie się samego Andrzeja Kmicica. Panna jest zmieszana, ale od razu dostrzega urodę mężczyzny. Kmicic zachowuje się bardzo śmiało, ale, jak wyjaśnia, wszyscy w Smoleńskiem (skąd pochodzi) tacy są.

Rozdział II

Kmicic przybywa do dworu w Lubiczu. Tam czeka na niego czeladź, która wita swojego nowego pana chlebem i solą. Kompani Kmicica nie wychodzą go przywitać, ponieważ siedzą już za stołem. Wszyscy są pijani. Są wśród nich: Jaromir Kokosiński, pan Ranicki, Rekuć-Leliwa, pan Uhlik, pan Kulwiec-Hippocentaurus i Zend. Wielu z nich w przeszłości popełniło ciężkie przestępstwa i tylko wojna oraz protekcja Kmicica chronią ich przed karą. Kmicic chce obejrzeć gospodarstwo, ale towarzysze mówią, żeby zrobił to jutro, a teraz dołączył do nich. W trakcie pijatyki zaczynają strzelać pistoletami między rogi wiszące na ścianach. Przy okazji „postrzelone” zostają także wiszące na ścianach portrety Billewiczów. Przestraszona czeladź oraz dziewczęta dworskie zaglądają przez okna do izby. Pijący dostrzegają panny, które zaczynają uciekać, ale oni łapią je i zaciągają do izby.

Rozdział III

Kmicic zabiera swoich towarzyszy do Wodoktów, do Oleńki. W drodze Kmicic rozmawia w saniach z Kokosińskim zwanym Kokoszką. Zależy mu na tym, żeby Oleńka nie dowiedziała się o ich pijaństwie oraz zabawach z dziewczętami; nakazał już milczenie czeladzi z Lubicza w tej sprawie. Kokoszka mówi mu, że „będzie na pasku chodził”, skoro tak się boi swojej panny. Kiedy zjawiają się w Wodoktach, kompani Kmicica są pod wrażeniem urody i dworskością Oleńki; są zmieszani. Z Wodoktów ruszają kuligiem przez lasy do Mitrunów, gdzie czeka na nich z posiłkiem ciotka Kulwiecówna.

Oleńka jedzie z Kmicicem saniami, które przypominają srebrzystego niedźwiedzia; za nimi w saniach jedzie reszta towarzystwa. W trakcie jazdy Kmicic całuje Oleńkę; wyznają sobie miłość. Nagle kulig zostaje przerwany przez przybycie wachmistrza Soroki, który oznajmia, że Upita się pali. Kmicic zostawił w Upicie część swoich żołnierzy i teraz walczą oni z mieszczanami, ponieważ mieszczanie ani nie chcieli dawać obroku koniom, ani jedzenia ludziom; żołnierze zaczęli zabierać je siłą. Kompani Kmicica są gotowi do walki. Kmicic jednak mówi, że nie trzeba tam siekaniny i wysyła ich do Lubicza. Odsyła Oleńkę do domu, a sam jedzie do Upity.

Rozdział IV

Kmicic przebywa w Upicie. Tymczasem do Wodoktów przybywają Pakosz Gasztowt z Pucunelów, który gościł u siebie Michała Wołodyjowskiego, Kasjan Butrym, najstarszy człowiek w Laudzie oraz zięć Pakosza, Józwa Butrym. Opowiadają Oleńce o tym, że większość towarzyszy Kmicica to przestępcy, którzy tylko sprowadzają go na złą drogę. Mówią także o pijaństwie i rozpuście w Lubiczu. Oleńka jest oburzona. Postanawia postawić Kmicicowi ultimatum: albo wygoni swych towarzyszy, albo ona nie będzie jego żoną. Oleńka posyła po włódarza z Lubicza Znikisa, którego wypytuje o hulanki Kmicica. Znikis początkowo boi się mówić, ponieważ pamięta o srogim zakazie swojego nowego pana. Kiedy jednak Oleńka obiecuje mu, że od teraz będzie na służbie u niej, ten opowiada o strzelaniu do portretów, łapaniu dziewcząt, obżarstwie i pijaństwie kompani Kmicica.


- klp.pl bez reklam, 30 dni tylko 1,23 zł. Zamów teraz!

Następnego dnia towarzysze Kmicica, którzy wbrew jego zakazowi postanowili udać się do Upity, przyjeżdżają do Oleńki z prośbą o proch, strzelby oraz czeladź do pomocy w wyprawie. Oleńka ostrym tonem im odmawia. Mówi, że postępują wbrew rozkazowi Kmicica. Nazywa ich zdrajcami i zbrodniarzami, oskarża ich o sprowadzanie Kmicica na złą drogę i wygania z Wodoktów. Jedynie strach przed Kmicicem powstrzymuje ich przed zemszczeniem się na Oleńce. Postanawiają jechać do Upity poskarżyć się Kmicicowi. W drodze jeden z nich udaje krakanie wrony, co zwabia im nad głowy ich ogromne stado – nie widzą w tym złej wróżby. Kiedy przejeżdżają przez Wołmontowicze, zatrzymują się w karczmie, gdzie przebywali Butrymi i Butrymówny. Kompania Kmicica chce tańczyć z kobietami, ale sprzeciwia się temu Józwa Butrym. Rozpoczyna się bijatyka.

Rozdział V

Kmicic z częścią żołnierzy z Upity przybywa do Wodoktów. Oleńka, choć planowała chłodne powitanie, nie jest jednak w stanie ukryć radości. Kmicic przyznaje się do kolejnych niegodziwości, których dopuścił się w Upicie: kazał wychłostać burmistrza, a oficerów pognać gołych po śniegu. Oleńka jest zła, wstydzi się za Kmicica. Mówi mu, że wie o hulankach i rozpuście w Lubiczu oraz o tym, że wygnała jego towarzyszy. Każe mu wybierać między sobą a nimi. Kmicic nie widzi takiej konieczności. Oleńka mówi o tym, że nie zostanie jego żoną. Żegnają się obrażeni na siebie. Kmicic wraca jednak nagle, pada jej do nóg i obiecuje poprawę. Oleńka płacze.



Dzieki :*
Edytowano dnia: 31.01.2012 , 19:21
flag sonamed | punkty: 200 plus Ilość Komentarzy:131 | 31.01.2012 - 19:20
sonamed
W Tyńcu, w gospodzie „Pod Lutym Turem”, należącej do opactwa, siedziało kilku ludzi 
słuchając opowiadania wojaka bywalca, który z dalekich stron przybywszy prawił im o przygodach, 
jakich na wojnie i w czasie podróży doznał. Człek był brodaty, w sile wieku, pleczysty, 
prawie ogromny, ale wychudły; włosy nosił ujęte w pątlik, czyli w siatkę naszywaną paciorkami; 
na sobie miał skórzany kubrak z pręgami wyciśniętymi przez pancerz, na nim pas, 
cały z miedzianych klamr; za pasem nóż w rogowej pochwie, przy boku zaś krótki kord podróżny. 
 
 
Tuż przy nim za stołem siedział młodzieńczyk o długich włosach i wesołym spojrzeniu, 
widocznie jego towarzysz lub może giermek, bo przybrany także po podróżnemu, w taki sam 
powyciskany od zbroicy skórzany kubrak. Resztę towarzystwa stanowiło dwóch ziemian z 
okolic Krakowa i trzech mieszczan w czerwonych składanych czapkach, których cienkie końce 
zwieszały się im z boku aż na łokcie. 
 
Gospodarz Niemiec, w płowym kapturze z kołnierzem wycinanym w zęby, lał im z konwi 
sytne piwo do glinianych stągiewek i nasłuchiwał ciekawie przygód wojennych. 
 
Jeszcze ciekawiej jednak słuchali mieszczanie. W owych czasach nienawiść, jaka dzieliła 
za czasów Łokietkowych miasto od rycerskiego ziemiaństwa, znacznie już była przygasła, 
mieszczaństwo zaś nosiło głowy górniej niż w wiekach późniejszych. Jeszcze ceniono ich 
gotowość ad concessionem pecuniarum; dlatego też nieraz zdarzało się widzieć w gospodach 
kupców pijących za pan brat ze szlachtą. Widziano ich nawet chętnie, bo jako ludzie, u których 
o gotowy grosz łatwiej, płacili zwykle za herbowych. 
 
Tak więc siedzieli teraz i rozmawiali mrugając od czasu do czasu na gospodarza, aby napełniał 
stągiewki. 
 
– Toście, szlachetny rycerzu, zwiedzili kawał świata? – rzekł jeden z kupców. 
– Niewielu z tych, którzy teraz ze wszystkich stron ściągają do Krakowa, widziało tyle – 
odpowiedział przybyły rycerz. 
 
– A niemało ich ściągnie – mówił dalej mieszczanin. – Wielkie gody i wielka szczęśliwość 
dla Królestwa! Prawią też, i to pewna, że król kazał całą łożnicę królowej złotogłowem szytym 
perłami wysłać i takiż baldachim nad nią uczynić. Zabawy będą i gonitwy w szrankach, 
jakich świat dotąd nie widział. 
– Kumotrze Gamroth1, nie przerywajcie rycerzowi – rzekł drugi kupiec. 
– Nie przerywam ja, kmotrze Eyertreter2, tylko tak myślę, że i on rad będzie wiedział, co 
prawią, bo pewnie sam do Krakowa jedzie. Nie wrócim i tak dziś do miasta, gdyż bramy 
przedtem zamkną, a w nocy gad, który się w wiórach rodzi, spać nie daje, więc mamy czas na 
wszystko. 
– A wy na jedno słowo odpowiadacie dwadzieścia. Starzejecie się, kmotrze Gamroth! 
– Ale sztukę wilgotnego sukna pod jedną pachą jeszcze dźwignę. 
1 Nazwiska, a raczej przezwiska współczesne. 
2 Nazwiska, a raczej przezwiska współczesne. 
 

– O wa! takiego, co się przez nie świeci jak przez sito. 
Lecz dalszą sprzeczkę przerwał podróżny wojak, który rzekł: 
– Pewnie, że w Krakowie ostanę, bom słyszał o gonitwach i rad w szrankach siły mojej 
popróbuję – a i ten mój bratanek także, który choć młody jest i gołowąs, niejeden już pancerz 
widział na ziemi. 
Goście spojrzeli na młodzieńca, który uśmiechnął się wesoło i założywszy rękoma długie 
włosy za uszy podniósł następnie do ust naczynie z piwem. 
Stary zaś rycerz dodał: 
 
– Wreszcie, choćbyśmy chcieli wracać, to nie mamy dokąd. 
– Jakże to? – zapytał jeden ze szlachty. – Skąd jesteście i jako was zowią? 
– Ja zowię się Maćko z Bogdańca, a ten tu wyrostek, syn mego rodzonego, woła się 
Zbyszko. Herbu jesteśmy Tępa Podkowa, a zawołania Grady! 
– Gdzieże jest wasz Bogdaniec? 
– Ba! lepiej pytajcie, panie bracie, gdzie był, bo go już nie ma. Hej, jeszcze za czasów 
wojny Grzymalitczyków z Nałęczami spalili nam do cna nas Bogdaniec, tak że jeno dom stary 
ostał, a co było, pobrali, służebni zasie uciekli. Została goła ziemia, bo i kmiecie, co byli w 
sąsiedztwie, poszli dalej w puszczę. Odbudowaliśmy z bratem, ojcem tego oto wyrostka, ale 
następnego roku woda nam pobrała. Potem brat umarł, a jak umarł, ostałem sam z sierotą. 
Myślałem tedy: nie usiedzę! A prawili pod on czas o wojnie i o tym, że Jaśko z Oleśnicy, którego 
król Władysław po Mikołaju z Moskorzowa do Wilna wysłał, szuka skrzętnie w Polsce 
rycerzy. Znając ja więc godnego opata i krewniaka naszego, Janka z Tulczy, zastawiłem mu 
ziemię, a za pieniądze kupiłem zbroiczkę, konie – opatrzyłem się jako zwykle na wojenną 
wyprawę; chłopca, co mu było dwanaście lat, wsadziłem na podjezdka i haj! do Jaśka z Oleśnicy. 
– Z wyrostkiem? 
– Nie był ci on wówczas nawet wyrostkiem, ale krzepkie to było od małego. Bywało, w 
dwunastym roku oprze kuszę o ziemię, przyciśnie brzuchem i tak korbą zakręci, że i żaden z 
Angielczyków, którycheśmy pod Wilnem widzieli, lepiej nie naciągnie. 
– Takiż był mocny? 
– Hełm za mną nosił, a jak mu przeszło trzynaście zim, to i pawęż. 
– Już to wojny wam tam nie brakło. 
– Za przyczyną Witoldową. Siedziało książę u Krzyżaków i co roku wyprawy na Litwę 
pod Wilno czynili. Szedł z nimi różnych naród: Niemcy, Francuzy, Angielczykowie do łuków 
najprzedniejsi, Czechy, Szwajcary i Burgundy. Lasy przesiekli, zamki po drodze stawiali i w 
końcu okrutnie Litwę ogniem i mieczem pognębili, tak że cały naród, który tę ziemię zamieszkuje, 
chciał już ją porzucić i szukać innej, choćby na kraju świata, choćby między 
dziećmi Beliala, byle od Niemców daleko. 
– Słychać było i tu, że wszyscy Litwini chcieli pójść z dziećmi i żonami precz, aleśmy temu 
nie wierzyli. 
– A ja na to patrzył. Hej! Gdyby nie Mikołaj z Moskorzowa, nie Jaśko z Oleśnicy, a nie 
chwalący się, gdyby i nie my, nie byłoby już Wilna. 
– Wiemy. Zamkuście nie dali. 
– A nie daliśmy. Pilno tedy zważcie, co wam powiem, bom człek służały i wojny świadom. 
Starzy jeszcze mawiali: „zajadła Litwa” – i prawda! Dobrze się oni potykają, ale z rycerstwem 
nie im się w polu mierzyć. Gdy konie Niemcom w bagnach polgną albo gdy gęsty 
las – to co innego. 
– Niemcy dobrzy rycerze! – zawołali mieszczanie. 
– Murem oni chłop przy chłopie w żelaznych zbrojach stają tak okryci, że ledwie psubratu 
oczy przez kratę widać. I ławą idą. Uderzy, bywało, Litwa i rozsypie się jako piasek, a nie 
rozsypie się, to ją mostem położą i roztratują. Nie sami też między nimi Niemcy, bo co jest 

narodów na świecie, to u Krzyżaków służy. A chrobre są! Nieraz pochyli się rycerz, kopię 
przed się wyciągnie i sam jeden, jeszcze przed bitwą, w całe wojsko bije jako jastrząb w stado. 
 
 
– Christ! – zawołał Gamroth – którzy też z nich najlepsi? 
– Jak do czego. Do kuszy najlepszy Angielczyk, któren pancerz na wylot strzałą przedzieje, 
a gołębia na sto kroków utrafi. Czechowie okrutnie toporami sieką. Do dwuręcznego 
brzeszczota nie masz nad Niemca. Szwajcar rad żelaznym cepem hełmy tłucze, ale najwięksi 
rycerze są ci, którzy z francuskiej ziemi pochodzą. Taki będzie ci się bił z konia i piechotą, a 
przy tym będzie ci okrutnie waleczne słowa gadał, których wszelako nie wyrozumiesz, bo to 
jest mowa taka, jakobyś cynowe misy potrząsał, chociaż naród jest pobożny. Przymawiali 
nam przez Niemców, że pogan i Saracenów przeciw Krzyżowi bronimy, i obowiązywali się 
dowieść tego rycerskim pojedynkiem. Ma się też takowy sąd boży odbyć między czterema ich 
i czterema naszymi rycerzami, a zrok naznaczon jest na dworze u Wacława, króla rzymskiego 
i czeskiego3. 
Tu większa jeszcze ciekawość ogarnęła ziemian i kupców, tak że aż powyciągali szyje ponad 
kuflami w stronę Maćka z Bogdańca, i nuż pytać: 
 
– A z naszych którzy są? Mówcie żywo! 
Maćko zaś podniósł naczynie do ust, napił się i odrzekł: 
– Ej, nie bójcie się o nich. Jest Jan z Włoszczowy, kasztelan dobrzyński, jest Mikołaj z 
Waszmuntowa, jest Jaśko ze Zdakowa i Jarosz z Czechowa: wszystko rycerze na schwał i 
chłopy morowe. Pójdą-li na kopie, na miecze albo na topory – nie nowina im. Będą miały 
oczy ludzkie na co patrzeć i uszy czego słuchać – bo, jako rzekłem, Francuzowi gardziel nogą 
przyciśniesz, a on ci jeszcze rycerskie słowo prawi. Tak mi też dopomóż Bóg i Święty 
Krzyż, jako tamci przegadają, a nasi pobiją. 
– Będzie sława, byle Bóg pobłogosławił – rzekł jeden ze szlachty. 
– I św. Stanisław! – dodał drugi. 
Po czym zwróciwszy się do Maćka jął rozpytywać dalej: 
– Nuże, powiadajcie! Sławiliście Niemców i innych rycerzy, że chrobre są i że łatwo Litwę 
łamali. A z wami nie ciężejże im było? Zali równie ochotnie na was szli? Jakże Bóg darzył? 
Sławcie naszych! 
Lecz Maćko z Bogdańca nie był widocznie samochwał, bo odrzekł skromnie: 
 
– Którzy świeżo z dalekich krajów przyszli, ochotnie na nas uderzali, ale popróbowawszy 
raz i drugi, już nie z takim sercem. – Bo jest nasz naród zatwardziały, którą to zatwardziałość 
często nam wymawiali: „Gardzicie śmiercią, prawią, ale Saracenów wspomagacie, przez co 
potępieni będziecie!” A w nas zawziętość jeszcze rosła, gdyż nieprawda jest! Oboje królestwo 
Litwę ochrzcili i każden tam Chrystusa Pana wyznawa, chociaż nie każden umie. Wiadomo 
też, że i nasz Pan Miłościwy, gdy diabła w katedrze w Płocku na ziem zrzucono, kazał mu 
ogarek postawić – i dopiero księża musieli mu gadać, że tego się czynić nie godzi. a cóż pospolity 
człowiek! Niejeden też sobie mówi: „Kazał się kniaź ochrzcić, tom się ochrzcił, kazał 
Chrystu czołem bić, to biję, ale po co mam starym pogańskim diabłom okruszyny twaroga 
żałować albo im pieczonej rzepy nie rzucić, albo piany z piwa nie ulać. Nie uczynię tego, to 
mi konie padną albo krowy sparszeją, albo mleko od nich krwią zajdzie – albo w żniwach 
będzie przeszkoda.” I wielu też tak czyni, przez co się w podejrzenie podają. Ale oni to robią 
z niewiadomości i z bojaźni diabłów. Było onym diabłom drzewiej dobrze. Mieli swoje gaje, 
wielkie numy i konie do jazdy i dziesięcinę brali. A ninie, gaje wycięte, jeść nie ma co – 
dzwony po miastach biją, więc się to paskudztwo w najgęstsze bory pozaszywało i tam z tęskności 
wyje. Pójdzie Litwin do lasu, to go w chojniakach jeden i drugi za kożuch pociągnie – 
i mówi: „Daj!” Niektórzy też dają, ale są i śmiałe chłopy, co nie chcą nic dać albo ich jeszcze 
3 Historyczne. 
 

łapią. Nasypał jeden prażonego grochu do wołowej mechery, to mu trzynastu diabłów zaraz 
wlazło. A on zatknął ich jarzębowym kołkiem i księżom franciszkanom na przedaż do Wilna 
przyniósł, którzy dali mu z chęcią dwadzieścia skojców, aby nieprzyjaciół imienia Chrystusowego 
zgładzić. Sam tę mecherę widziałem, od której sprosny smród z daleka w nozdrzach 
człowiekowi wiercił – bo tak to one bezecne duchy trach swój przed święconą wodą okazywały... 
 
 
– A kto rachował, że ich było trzynastu? – spytał roztropnie kupiec Gamroth. 
– Litwin rachował, który widział, jak leźli. Widać było, że są, bo to z samego smrodu 
można było wymiarkować, a kołka wolał nikt nie odtykać. 
– Dziwy też to, dziwy! – zawołał jeden ze szlachty. 
– Napatrzyłem ja się wielkich dziwów niemało, gdyż – nie można rzec: naród to jest dobry, 
ale wszystko u nich osobliwe. Kudłaci są i ledwie który kniaź włosy trefi; pieczoną rzepą 
żyją, nad wszystkie jadło ją przekładając, bo mówią, że męstwo od niej rośnie. W numach 
swych razem z dobytkiem i wężami żyją; w piciu i jedle nie znają pomiarkowania. Za nic 
zamężne niewiasty mają, ale panny bardzo szanują i moc wielką im przyznaną: że byle 
dziewka natarła człeku suszonym jaferem żywot, to kolki od tego przechodzą. 
– Nie żal i kolek dostać, jeśli niewiasty cudne! – zawołał kum Eyertreter. 
– O to zapytajcie Zbyszka – odrzekł Maćko z Bogdańca. 
Zbyszko zaś roześmiał się, aż ława pod nim poczęła drgać. 
– Bywają cudne! – rzekł – alboż Ryngałła nie była cudna? 
– Cóże to za Ryngałła? pochutnica jakowaś czy co? Żywo! 
– Jakże to? Nie słyszeliście o Ryngalle? – pytał Maćko. 
– Nie słyszeliśmy ni słowa. 
– To przecie siostra księcia Witoldowa, a żona Henryka, księcia mazowieckiego. 
– Nie powiadajcie! Jakiego księcia Henryka? Było jedno książę mazowieckie tego imienia 
elektem płockim, ale zmarło. 
– Ten ci sam był. Miały mu przyjść z Rzymu dyspensy; ale śmierć dała mu pierwej dyspensę, 
gdyż widocznie niezbyt postępkiem swoim Boga ucieszył. Byłem wtedy posłany z 
pismem od Jaśla z Oleśnicy do księcia Witolda, kiedy od króla przyjechał do Ryterswerder 
książę Henryk, elekt płocki. Już się była Witoldowi wojna wtedy uprzykrzyła, dlatego właśnie 
że Wilna nie mógł dobyć, a królowi naszemu uprzykrzyli się rodzeni bracia i ich rozpusta. 
Widząc tedy król większą u Witolda niż u swych rodzonych obrotność i większy rozum, posłał 
do niego biskupa z namową, by Krzyżaków porzucił i do posłuszeństwa się nakłonił, za 
co mu rządy Litwy miały być oddane. A Witold, chciwy zawsze odmiany, mile poselstwa 
wysłuchał. Były też i uczty, i gonitwy. Rad elekt konia dosiadał, choć inni biskupi tego nie 
chwalą, i w szrankach siłę swą rycerską okazywał. A mocarni są z rodu wszyscy książęta mazowieccy 
– jako jest wiadomo, że nawet i dzieweczki z tej krwie łacnie podkowy łamią. Raz 
przeto zbił książę z siodeł trzech rycerzy, drugi raz pięciu – a z naszych mnie zwalił, i pod 
Zbyszkiem koń przy natarciu na zadzie siadł. Nagrody zaś brał wszystkie z rąk cudnej Ryngałły, 
przed którą w pełnej zbroi klękał. I rozmiłowali się tak w sobie, że na ucztach ciągnęli 
go od niej za rękawy clerici, którzy z nim przyjechali, a ją brat Witold hamował. Dopieroż 
książę mówił: „Sam sobie dyspensą dam, a papież mi ją, jeśli nie rzymski, to awinioński potwierdzi, 
a ślub zaraz ma być, bo zgorzeję!” Wielka była obraza boska, ale nie chciał się Witold 
przeciwiać, by posła królewskiego nie zlisić – i ślub był. Potem dojechali do Suraża, a 
potem do Słucka, z wielkim żalem tego oto Zbyszka, który sobie, niemieckim obyczajem, 
księżnę Ryngałłę za panią serca obrał i dozgonną wierność jej ślubował... 
– Ba! – przerwał nagle Zbyszko – prawda jest! Ale potem ludzie mówili, że księżna Ryngałła 
pomiarkowawszy, że nie przystoi jej być za elektem (bo ów, choć się ożenił, godności 
swej duchownej się wyrzec nie chciał) i że nie może być nad takim stadłem błogosławieństwa 

boskiego, otruła męża. Co ja usłyszawszy prosiłem jednego świątobliwego pustelnika pod 
Lublinem, by mnie od tego ślubowania rozwiązał. 
 
– Był ci on pustelnikiem – odparł śmiejąc się Maćko – ale czy był świątobliwy, nie wiem, 
bośmy go w piątek w boru zajechali, a on kości niedźwiedzie toporem łupał i śpik wysysał, aż 
mu gardziel grała. 
– Ale mówił, że śpik to nie mięso, a oprócz tego, że uprosił sobie na to pozwoleństwo, 
gdyż po śpiku widzenia cudowne we śnie miewa i nazajutrz prorokować może do południa. 
– No! no! – odrzekł Maćko. – A cudna Ryngałła wdowa jest i może cię na służbę wezwać. 
– Po próżnicy by wzywała, bo ja sobie inną panią obiorę, której do śmierci będę służył, a 
potem i żonę znajdę. 
– Pierwej znajdź rycerski pas. 
– O wa! albo to nie będzie gonitew po połogu królowej? A przedtem albo potem król będzie 
niejednego pasował. Stanę ja każdemu. Książę nie byłby mnie także obalił, żeby mi koń 
na zadzie nie siadł. 
– Będą tu lepsi od ciebie. 
Na to ziemianie spod Krakowa poczęli wołać: 
– Na miły Bóg! toż tu przed królową wystąpią nie tacy jak ty, ale rycerze w świecie najsławniejsi. 
Będzie gonił Zawisza z Garbowa i Farurej, i Dobko z Oleśnicy, i taki Powała z 
Taczewa, i taki Paszko Złodziej z Biskupic, i taki Jaśko Naszan, i Abdank z Góry, i Andrzej z 
Brochocic, i Krystyn z Ostrowa, i Jakub z Kobylan!... Gdzie ci się z nimi mierzyć, z którymi i 
tu, ni na dworze czeskim, ni na węgierskim nikt mierzyć się nie może. Cóż to prawisz; lepszyś 
od nich? Ile ci roków? 
– Ośmnasty – odpowiedział Zbyszko. 
– Tedy cię każdy między knykciami zgniecie. 
– Obaczym. 
Lecz Maćko rzekł: 
– Słyszałem, że król hojnie nagradza rycerzy, którzy z wojny litewskiej wracają. Mówcie, 
którzy stąd jesteście: prawda-li to? 
– Dalibóg, prawda! – odrzekł jeden ze szlachty. – Wiadoma po świecie hojność królewska, 
jeno się teraz docisnąć do niego nie będzie łatwo, gdyż w Krakowie aż roi się od gości, którzy 
się na połóg królowej i na chrzciny zjeżdżają, chcąc przez to panu naszemu cześć albo hołd 
oddać. Ma być król węgierski, będzie, jako powiadają, i cesarz rzymski, i różnych książąt a 
komesów, i rycerzy jako maku, że to każdy się spodziewa, iż z próżnymi rękoma nie odejdzie. 
Prawili nawet, iże sam papież Bonifacy zjedzie, któren także łaski i pomocy naszego pana 
przeciw swemu nieprzyjacielowi z Awinionu potrzebuje. Owóż w takim natłoku niełatwo 
będzie o dostęp, ale byle dostęp znaleźć, a pana pod nogi podjąć – to już zasłużonego hojnie 
opatrzy. 
– To go i podejmę, bom się wysłużył, a jeżeli wojna będzie, to jeszcze pójdę. Wzięło się 
tam coś łupem, a coś od księcia Witolda w nagrodę i biedy nie ma, tylko że już mi wieczorne 
lata nadchodzą, a na starość, gdy siła z kości wyjdzie, rad by człek miał kąt spokojny. 
– Mile król widział tych, którzy z Litwy pod Jaśkiem z Oleśnicy wrócili – i wszyscy oni 
tłusto teraz jadają. 
– Widzicie! A jam wtedy jeszcze nie wrócił – i dalej wojowałem. Bo trzeba wam wiedzieć, 
że się ta zgoda między królem a kniaziem Witoldem na Niemcach skrupiła. Kniaź chytrze 
zakładników pościągał, a potem, hajże na Niemców! Zamki poburzył, popalił, rycerzy pobił, 
siła ludu wyścinał. Chcieli się Niemcy mścić razem ze Świdrygiełłą, który do nich uciekł. 
Była znów wielka wyprawa. Sam mistrz Kondrat na nią poszedł z mnogiem ludem. Wilno 
oblegli, próbowali z wież okrutnych zamki burzyć, próbowali zdradą ich dostać – nic nie 
wskórali! A za powrotem tylu ich legło, że i połowa nie wyszła. Wychodziliśmy jeszcze w 
pole przeciw Ulrykowi z Jungingen, bratu mistrzowemu, który jest wójtem sambijskim. Ale 

się wójt kniazia przeląkł i z płaczem uciekł, od której to ucieczki jest spokój – i miasto na 
nowo się buduje. Jeden też święty zakonnik, który po rozpalonym żelezie boso mógł chodzić, 
prorokował, że o tej pory, póki świat światem, Wilno zbrojnego Niemca pod murami nie obaczy. 
Ale jeśli tak będzie, to czyjeż to ręce uczyniły? 
 
To rzekłszy Maćko z Bogdańca wyciągnął przed się dłonie – szerokie i nadmiar potężne – 
inni zaś poczęli kiwać głowami i przyświadczać: 
 
– Tak! tak! praw w tym, co powiada! Tak! 
Lecz dalszą rozmowę przerwał gwar dochodzący przez okna, z których błony były powyjmowane, 
albowiem noc zapadła ciepła i pogodna. Z dala słychać było brzękania, ludzkie 
głosy, parskania koni i śpiewy. Zdziwili się obecni, albowiem godzina była późna i księżyc 
wysoko już wybił się na niebo. Gospodarz, Niemiec, wybiegł na podwórzec gospody, lecz 
nim goście zdołali wychylić do dna ostatnie kufle, wrócił jeszcze pośpieszniej, wołając: 
 
– Dwór jakowyś wali! 
W chwilę zaś później we drzwiach zjawił się pachołek w błękitnym kubraku i składanej 
czerwonej czapce na głowie. Stanął, spojrzał po obecnych i ujrzawszy gospodarza rzekł: 
 
– Wytrzeć tam stoły i światła naniecić: księżna Anna Danuta na odpoczynek się tu zatrzyma. 
To rzekłszy zawrócił. W gospodzie uczynił się ruch: gospodarz począł wołać na czeladź, a 
goście spoglądali ze zdumieniem jeden na drugiego. 
 
– Księżna Anna Danuta – mówił jeden z mieszczan – toć to Kiejstutówna, żona Janusza 
Mazowieckiego. Ona już od dwóch niedziel w Krakowie, jeno że wyjeżdżała do Zatora, do 
księcia Wacława w odwiedziny, a ninie pewno wraca. 
– Kmotrze Gamroth – rzekł drugi mieszczanin – pójdźmy na siano do stodółki; za wysoka 
to dla nas kompania. 
– Że nocą jadą, to mi nie dziwno – ozwał się Maćko – bo w dzień upał, ale czemu, mając 
pod bokiem klasztor, do gospody zajeżdżają? 
Tu zwrócił się do Zbyszka: 
 
– Rodzona siostra cudnej Ryngałły, rozumiesz? 
A Zbyszko odrzekł: 
– I mazowieckich panien siła musi z nią być, hej! 

Rozdział 
drugi 
 
 
Wtem przez drzwi weszła księżna – pani średnich lat, ze śmiejącą się twarzą, przybrana w 
czerwony płaszcz i szatę zieloną, obcisłą, z pozłoconym pasem na biodrach, idącym wzdłuż 
pachwin i zapiętym nisko wielką klamrą. Za panią szły panny dworskie, niektóre starsze, niektóre 
jeszcze niedorosłe, w różowych i liliowych wianuszkach na głowach, po większej części 
z lutniami w ręku. Były takie, które niosły całe pęki kwiatów świeżych, widocznie uzbieranych 
po drodze. Zaroiła się izba, bo za pannami ukazało się kilku dworzan i małych pacholików. 
Weszli wszyscy raźno, z wesołością w twarzach, rozmawiając głośno lub podśpiewując, 
jakoby upojeni pogodną nocą i jasnym blaskiem księżyca. Między dworzanami było dwóch 
rybałtów, jeden z lutnią, drugi z gęślikami u pasa. Jedna z dziewcząt, młódka jeszcze, może 
dwunastolatka, niosła też za księżną małą luteńkę, nabijają miedzianymi ćwiekami. 
 
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – ozwała się księżna stając w pośrodku świetlicy. 
– Na wieki wieków, amen! – odpowiedzieli obecni bijąc zarazem niskie pokłony. 
– A gdzie gospodarz? 
Niemiec usłyszawszy wezwanie wysunął się naprzód i przyklęknął obyczajem niemieckim. 
– Zatrzymamy się tu dla wypoczynku i posiłku – rzekła pani. – Żywo się jeno zakrzątnij, 
bośmy głodni. 
Mieszczanie już byli odeszli, teraz zaś dwaj miejscowi szlachcice, a wraz z nimi Maćko z 
Bogdańca i młody Zbyszko, skłonili się powtórnie i zamierzali opuścić świetlicę nie chcąc 
dworowi przeszkadzać. 
 
Lecz księżna zatrzymała ich. 
 
– Szlachtą jesteście: nie przeszkodzicie! Zróbcie znajomość z dworzany. Skądże Bóg prowadzi? 
Oni wówczas zaczęli wymieniać swoje imiona, herby, zawołania i wsie, z których się pisali. 
Dopieroż pani usłyszawszy od Maćka, skąd wraca, klasnęła w dłonie i rzekła: 
 
– Otóż się przygodziło! Prawcie nam o Wilnie, o moim bracie i o siestrze. Zali zjedzie tu 
się książę Witold na połóg królowej i na krzciny? 
– Chciałby, ale nie wie, czy będzie mógł; dlatego kolebę srebrną przez księży i bojarzynów 
naprzód w darze królowej przysłał. Przy której kolebce i myśmy z bratańcem przyjechali 
strzegąc jej w drodze. 
– To kolebka tu jest? Chciałabym obaczyć. Cała srebrna? 
– Cała srebrna, ale jej tu nie ma. Powieźli ją do Krakowa. 
– A cóż wy w Tyńcu robicie? 
– My tu nawrócili do klasztornego prokuratora, naszego krewnego, by pod opiekę zacnych 
zakonników oddać, co nam wojna przysporzyła i co książę podarował. 
– To Bóg poszczęścił. Godneż łupy? Ale powiadajcie, czemu to brat niepewien, czy przyjedzie? 
– Bo wyprawę na Tatarów gotuje. 
– Wiem ci ja to; jeno mnie trapi, że królowa nie prorokowała szczęśliwego końca tej wyprawie, 
a co ona prorokuje, to się zawsze ziści. 

Maćko uśmiechnął się. 
 
– Ej, świątobliwa nasza pani, nijak przeczyć, ale z księciem Witoldem siła naszego rycerstwa 
pójdzie, chłopów dobrych, przeciw którym nikomu niesporo. 
– A wy to nie pójdziecie? 
– Bom z kolebką przy innych wysłan i przez pięć roków nie zdejmowałem z siebie blach – 
odrzekł Maćko pokazując na bruzdy powyciskane na łosiowym kubraku od pancerza – ale 
niech jeno wypocznę – pójdę – a choćbym sam nie szedł, to tego oto bratanka, Zbyszka, panu 
Spytkowi z Melsztyna oddam, pod którego wodzą wszyscy nasi rycerze pójdą. 
 
Księżna Danuta spojrzała na dorodną postać Zbyszka, lecz dalszą rozmowę przerwało 
przybycie zakonnika z klasztoru, który powitawszy księżnę począł jej pokornie wymawiać, że 
nie przysłała gońca z oznajmieniem o swoim przybyciu i że nie zatrzymała się w klasztorze, 
ale w zwyczajnej gospodzie, niegodnej jej majestatu. Nie brak przecie w klasztorze domów i 
gmachów, w których nawet pospolity człowiek znajdzie gościnę, a cóż dopiero majestat, 
zwłaszcza zaś małżonki księcia, od którego przodków i pokrewnych tylu dobrodziejstw 
opactwo doświadczyło. 
 
Lecz księżna odpowiedziała wesoło: 
 
– My jeno tu nogi wstąpili rozprostować, a na ranek trzeba nam do Krakowa. Wyspaliśmy 
się w dzień i jedziemy nocą dla chłodu, a że to już kury piały, nie chciałam pobożnych zakonników 
budzić, zwłaszcza z taką kompanią, która więcej o śpiewaniu i pląsach niżeli o odpocznieniu 
myśli. 
Gdy jednak zakonnik nalegał ciągle, dodała: 
 
– Nie. Tu już ostaniem. Dobrze czas na słuchaniu świeckich pieści zejdzie, ale na jutrznię 
do kościoła przyjdziemy, aby dzień z Bogiem zacząć. 
– Będzie msza za pomyślność miłościwego księcia i miłościwej księżnej – rzekł zakonnik. 
– Książę mój małżonek dopiero za cztery albo pięć dni zjedzie. 
– Pan Bóg potrafi i z daleka szczęście zdarzyć, a tymczasem niech nam, ubogim, wolno 
będzie choć wina z klasztoru przynieść. 
– Radzi odwdzięczym – rzekła księżna. 
Gdy zaś zakonnik wyszedł, poczęła wołać: 
– Hej, Danusia! Danusia! wyleź no na ławkę i uwesel nam serce tą samą pieśnią, którą w 
Zatorze śpiewałaś. 
Usłyszawszy to dworzanie prędko postawili na środku izby ławkę. Rybałci siedli po jej 
brzegach, między nimi zaś stanęła owa młódka, która niosła za księżną nabijaną miedzianymi 
ćwieczkami lutnię. Na głowie miała wianeczek, włosy puszczone po ramionach, suknię niebieską 
i czerwone trzewiczki z długimi końcami. Stojąc na ławce wydawała się małym dzieckiem, 
ale zarazem przecudnym jakby jakowaś figurka z kościoła albo z jasełeczek. Widocznie 
też nie pierwszy raz przychodziło jej tak stać i śpiewać księżnie, bo nie znać było po niej 
najmniejszego pomieszania. 
 
– Dalej, Danusia! dalej! – wołały panny dworskie. 
Ona zaś wzięła przed się lutnię, podniosła do góry głowę jak ptak, który chce śpiewać, i 
przymknąwszy oczęta poczęła srebrnym głosikiem: 
 
Gdybym ci ja miała 
 
Skrzydłeczka jak gąska, 
 
Poleciałaby ja 
 
Za Jaśkiem do Śląska! 
 
Rybałci zawrótowali jej zaraz, jeden na gęślikach, drugi na dużej lutni; księżna, która miłowała 
nad wszystko świeckie pieśni, poczęła kiwać głową na obie strony, a dzieweczka 
 

śpiewała dalej głosem cieniuchnym, dziecinnym i świeżym jak śpiewanie ptaków w lesie na 
wiosnę: 
 
Usiadłaby ci ja 
 
Na śląskowskim płocie: 
 
„Przypatrz się, Jasiulku, 
 
Ubogiej sierocie.” 
 
I znów wtórowali rybałci. Młody Zbyszko z Bogdańca, który przywykłszy od dzieciństwa 
do wojny i srogich jej widoków, nigdy nic podobnego w życiu nie widział, trącił w ramię 
stojącego obok Mazura i zapytał: 
 
– Co to za jedna? 
– To jest dzieweczka z dworu księżnej. Nie brak ci u nas rybałtów, którzy dwór rozweselają, 
ale z niej najmilszy rybałcik i księżna niczyich pieśni tak chciwie nie słucha. 
– Nie dziwno mi to. Myślałem, że zgoła anioł, i odpatrzyć się nie mogę. Jakże ją wołają? 
– A to nie słyszeliście? – Danusia. A jej ojciec jest Jurand ze Spychowa, komes możny i 
mężny, który do przedchorągiewnych należy. 
– Hej! nie widziały takiej ludzkie oczy. 
– Miłują ją też wszyscy i za śpiewanie, i za urodę. 
– A któren jej rycerz? 
– Dyć to jeszcze dziecko. 
Dalszą rozmowę znów przerwał śpiew Danusi. Zbyszko patrzał z boku na jej jasne włosy, 
na podniesioną głowę, na zmrużone oczki i na całą postać oświeconą zarazem blaskiem świec 
woskowych i blaskiem wpadających przez otwarte okna promieni miesiąca – i zdumiewał się 
coraz bardziej. Zdawało mu się, że już ją niegdyś widział, ale nie pamiętał, czy we śnie, czy 
gdzieś w Krakowie na szybie kościelnej. 
 
I znów trąciwszy dworzanina pytał przyciszonym głosem: 
 
– To ona z waszego dworu? 
– Matka jej przyjechała z Litwy z księżną Anną Danutą, która wydała ją za grabię Juranda 
ze Spychowa. Gładka była i możnego rodu, nad wszystkie inne panny księżnie miła i sama 
księżnę miłująca. Dlatego też córce dała to samo imię – Anna Danuta. Ale pięć lat temu, gdy 
przy Złotoryi Niemcy napadli na nasz dwór, ze strachu zmarła. Wtedy księżna wzięła dzieweczkę 
– i od tej pory ją hoduje. Ojciec też często na dwór przyjeżdża i rad widzi, że mu się 
dziecko zdrowo, w miłości książęcej chowa. Jeno ilekroć na nią spojrzy, tylekroć łzami się 
zalewa nieboszczkę swoją wspominając, a potem wraca na Niemcach pomsty szukać za swoją 
krzywdę okrutną. Miłował ci on tak tę swoją żonę, jako nikt do tej pory swojej na całym Mazowszu 
nie miłował – i siła już Niemców za nią pomorzył. 
A Zbyszkowi zaświeciły oczy w jednej chwili i żyły nabrały mu na czole. 
 
– To jej matkę Niemcy zabili? – spytał. 
– Zabili i nie zabili. Sama umarła ze strachu. Pięć roków temu pokój był, nikt o wojnie nie 
myślał i każdy bezpieczno chadzał. Pojechał książę wieżę jedną w Złotoryi budować, bez 
wojska, jeno z dworem, jako zwyczajnie czasu pokoju. Tymczasem wpadli zdrajcy Niemcy, 
bez wypowiedzenia wojny, bez żadnej przyczyny... Samego księcia, nie pomnąc ni na bojaźń 
boską, ni na to, że od jego przodków wszystkie dobrodziejstwa na nich spadły, przywiązali do 
konia i porwali, ludzi pobili. Długo książę w niewoli u nich siedział i dopiero gdy król Władysław 
wojną im zagroził, ze strachu go puścili; ale przy owym napadzie umarła matka Danusi, 
bo ją serce udusiło, które jej pod gardło podeszło. 
– A wy, panie, byliście przy tym? Jakoże was zowią, bom zapomniał? 
– Ja się zowię Mikołaj z Długolasu, a przezywają mnie Obuch. Przy napadzie byłem. Widziałem, 
jako matkę Danusiną jeden Niemiec z pawimi piórami na hełmie chciał do siodła 

troczyć – i jako w oczach mu na sznurze zbielała. Samego też mnie halebardą zacięli, od czego 
znak noszę. 
 
To rzekłszy ukazał głęboką bliznę w czaszce, ciągnącą się spod włosów na głowie aż do 
brwi. 
 
Nastała chwila milczenia. Zbyszko począł znów patrzeć na Danusię. Po czym spytał: 
 
– I rzekliście, panie, że ona nie ma rycerza? 
Lecz nie doczekał odpowiedzi, gdyż w tej chwili śpiew ustał. Jeden z rybałtów, człowiek 
tłusty i ciężki, podniósł się nagle, przez co ława przechyliła się w jedną stronę. Danusia zachwiała 
się i rozłożyła rączki, lecz nim zdołała upaść lub zeskoczyć, rzucił się Zbyszko jak 
żbik i porwał ją na ręce. 
 
Księżna, która w pierwszej chwili krzyknęła ze strachu, roześmiała się zaraz wesoło i poczęła 
wołać: 
 
– Oto rycerz Danusin! Bywajże, rycerzyku, i oddaj nam naszą miłą śpiewaczkę! 
– Chwacko ci ją ułapił! – ozwały się głosy wśród dworzan. 
Zbyszko zaś szedł ku księżnej trzymając przy piersiach Danusię, która objąwszy go jedną 
ręką za szyję, drugą podnosiła w górę luteńkę z obawy, by się nie zgniotła. Twarz miała 
śmiejącą się i uradowaną, choć trochę przestraszoną. Tymczasem młodzieńczyk doszedłszy 
do księżnej postawił przed nią Danusię, sam zaś klęknął i podniósłszy głowę rzekł z dziwną w 
jego wieku śmiałością: 
 
– Niechże będzie wedle waszych słów, miłościwa pani! Pora tej wdzięcznej panience mieć 
swego rycerza, a pora i mnie mieć swoją panią, której urodę i cnoty będę wyznawał, za czym 
z waszym pozwoleństwem tej oto właśnie chcę ślubować i do śmierci wiernym jej w każdej 
przygodzie ostać. 
Na twarzy księżnej przemknęło zdziwienie, ale nie z powodu słów Zbyszkowych, tylko 
dlatego, że wszystko stało się tak nagle. Obyczaj rycerskiego ślubowania nie był wprawdzie 
polski, jednakże Mazowsze, leżąc na rubieży niemieckiej i widując często rycerzy z dalekich 
nawet krajów, znało go lepiej nawet niż inne dzielnice i naśladowało dość często. Księżna 
słyszała też o nim dawniej, jeszcze na dworze swego wielkiego ojca, gdzie wszystkie obyczaje 
zachodnie były uważane za prawo i wzór dla szlachetniejszych wojowników – z tych 
przeto powodów nie znalazła w chęci Zbyszka nic takiego, co by obrazić mogło ją lub Danusię. 
Owszem, uradowała się, że miła sercu dwórka poczyna zwracać ku sobie rycerskie serca i 
oczy. 
 
Więc z rozbawioną twarzą zwróciła się do dziewczyny: 
 
– Danuśka, Danuśka! chceszli mieć swego rycerza? 
A przetowłosa Danusia podskoczyła naprzód trzy razy do góry w swoich czerwonych 
trzewiczkach, a następnie chwyciwszy księżnę za szyję poczęła wołać z taką radością, jakby 
jej obiecywano jakąś zabawę, w którą się tylko starszym bawić wolno: 
 
– Chcę! chcę! chcę!... 
Księżnie ze śmiechu aż łzy napłynęły do oczu, a z nią śmiał się cały dwór; wreszcie jednak 
pani uwolniwszy się z rąk Danusinych rzekła do Zbyszka: 
 
– Aj! ślubuj! ślubuj! cóż zasię jej poprzysiężesz? 
Lecz Zbyszko, który wśród śmiechu zachował niezachwianą powagę, ozwał się równie 
poważnie, nie wstając z klęczek: 
 
– Ślubuję jej, iże stanąwszy w Krakowie powieszę pawęż na gospodzie, a na niej kartę, 
którą mi uczony w piśmie kleryk foremnie napisze: jako panna Danuta Jurandówna najurodziwsza 
jest i najcnotliwsza między pannami, które we wszystkich królestwach bydlą. A kto 
by temu się przeciwił, z tym będę się potykał póty, póki sam nie zginę albo on nie zginie – 
chybaby w niewolę radziej poszedł. 
– Dobrze! Widać rycerski obyczaj znasz. A co więcej? 

– A potem – uznawszy od pana Mikołaja z Długolasu, jako mać panny Jurandówny za 
przyczyną Niemca z pawim grzebieniem na hełmie ostatni dech puściła, ślubuję kilka takich 
pawich czubów ze łbów niemieckich zedrzeć i pod nogi mojej pani położyć. 
Na to spoważniała księżna i spytała: 
 
– Nie dla śmiechu ślubujesz? 
A Zbyszko odrzekł: 
– Tak mi dopomóż Bóg i Święty Krzyż; któren ślub w kościele przed księdzem powtórzę. 
– Chwalebna jest z lutym nieprzyjacielem naszego plemienia walczyć, ale mi cię żal, boś 
młody i łatwo zginąć możesz. 
Wtem przysunął się Maćko z Bogdańca, który dotychczas, jako człowiek dawniejszych 
czasów, ramionami tylko wzruszał – teraz jednak uznał za stosowne przemówić: 
 
– Co do tego – nie frasujcie się, miłościwa pani. Śmierć w bitwie każdemu się może przygodzić, 
a szlachcicowi, stary-li czy młody, to nawet chwalebna jest. Ale nie cudna temu 
chłopcu wojna, bo chociaże mu roków nie dostaje, nieraz już trafiało mu się potykać z konia i 
piechtą, kopią i toporem, długim albo krótkim mieczem, z pawężą albo bez. Nowotny to jest 
obyczaj, że rycerz dziewce, którą rad widzi, ślubuje, ale że Zbyszko swojej pawie czuby obiecał, 
tego mu nie przyganię. Wiskał już Niemców, niech jeszcze powiska, a że od tego wiskania 
parę łbów pęknie – to mu jeno sława z tego urośnie. 
– To, widzę, nie z byle otrokiem sprawa – rzekła księżna. 
A potem do Danusi: 
– Siadajże na moim miejscu jako pierwsza dzisiaj osoba; jeno się nie śmiej, bo nie idzie. 
Danusia siadła na miejscu pani; chciała przy tym udać powagę, ale modre jej oczka śmiały 
się do klęczącego Zbyszka i nie mogła się powstrzymać od przebierania z radości nóżkami. 
 
– Daj mu rękawiczki – powiedziała księżna. 
Danusia wyciągnęła rękawiczki i podała Zbyszkowi, który przyjął je ze czcią wielką i 
przycisnąwszy do ust rzekł: 
 
– Przypnę je do hełmu, a kto po nie sięgnie – gorze mu! 
Po czym ucałował ręce Danusi, a po rękach nogi, i wstał. Ale wówczas opuściła go dotychczasowa 
odwaga, a napełniła mu serce wielka radość, że odtąd za dojrzałego męża wobec 
całego tego dworu będzie uchodził, więc potrząsając Danusine rękawiczki, począł wołać na 
wpół wesoło, na wpół zapalczywie: 
 
– Bywajcie, psubraty z pawimi czubami! bywajcie! 
Lecz w tej chwili wszedł do gospody ten sam zakonnik, który już był poprzednio, a wraz z 
nim dwóch innych, starszych. Słudzy klasztorni nieśli za nimi kosze z wikliny, a w nich łagiewki 
z winem i różne zebrane naprędce przysmaki. Dwaj owi poczęli witać księżnę i znów 
wymawiać jej, że nie zajechała do opactwa, a ona tłumaczyła im powtórnie, że wyspawszy się 
w dzień, wraz z całym dworem podróżuje nocą dla chłodu, więc wypoczynku jej nie trzeba – i 
że nie chcąc budzić ni znakomitego opata, ni zacnych zakonników wolała zatrzymać się dla 
wyprostowania nóg w gospodzie. 
 
Po wielu grzecznych słowach stanęło wreszcie na tym, że po jutrzni i mszy porannej 
księżna z dworem przyjmie śniadanie i wypoczynek w klasztorze. Uprzejmi zakonnicy zaprosili 
też wraz z Mazurami ziemian krakowskich i Maćka z Bogdańca, który i tak miał zamiar 
udać się do opactwa, aby dostatek zdobyty na wojnie albo darem od hojnego Witolda otrzymany, 
a przeznaczon na wykupno z zastawu Bogdańca, w klasztorze złożyć. Ale młody 
Zbyszko nie słyszał zaprosin, skoczył bowiem do wozów swoich i stryjowskich, stojących 
pod strażą służby, by się odziać i w przystojniejszej odzieży księżnie i Danusi się przedstawić. 
Wziąwszy więc z wozu łuby kazał je nieść do izby czeladnej i tam począł się przebierać. 
Utrefiwszy naprzód pośpiesznie włosy, wsunął je w pątlik jedwabny, bursztynowymi paciorkami 
wiązany, z przodu zaś mający perełki prawdziwe. Następnie wdział jakę z białego jedwabiu, 
naszytą w złote gryfy, u dołu zaś szlakiem ozdobną; z wierzchu opasał się pasem 
 

pozłocistym, podwójnym, przy którym wisiał mały kord w srebro i kość słoniową oprawny. 
Wszystko to było nowe, błyszczące i wcale krwią nie poplamione, chociaż łupem na młodym 
rycerzu fryzyjskim, służącym u Krzyżaków, wzięte. Naciągnął następnie Zbyszko prześliczne 
spodnie, w których jedna nogawica była w podłużne pasy zielone i czerwone, druga w fioletowe 
i żółte, obie zaś kończyły się u góry pstrą szachownicą. Za czym wdziawszy jeszcze 
purpurowe z długimi nosami trzewiki – piękny i wyświeżony udał się do izby ogólnej. 
 
Jakoż, gdy stanął we drzwiach, widok jego mocne na wszystkich sprawił wrażenie. Księżna 
widząc teraz, jak urodziwy rycerz ślubował miłej Danusi, uradowała się jeszcze bardziej. 
Danusia zaś skoczyła w pierwszej chwili ku niemu jak sarna. Lecz czy to piękność młodzieńca, 
czy głosy podziwu dworzan wstrzymały ją, nim dobiegła, tak że zatrzymawszy się na krok 
przed nim spuściła nagle oczka i splótłszy dłonie poczęła wykręcać paluszki, zapłoniona i 
zmieszana. 
 
Lecz za nią przybliżyli się inni: sama pani, dworzanie i dwór, i rybałci, i zakonnicy, wszyscy 
bowiem chcieli mu się lepiej przypatrzeć. Panny mazowieckie patrzyły na niego jak w 
tęczę, żałując teraz każda, że nie ją wybrał – starsze podziwiały kosztowność ubioru, tak że 
naokół utworzyło się koło ciekawych; Zbyszko zaś stał w środku z chełpliwym uśmiechem na 
swej młodzieńczej twarzy i okręcał się nieco na miejscu, aby lepiej mogli mu się przyjrzeć. 
 
– Któż to jest? – zapytał jeden z zakonników. 
– To jest rycerzyk, bratanek tego oto ślachcica – odrzekła księżna ukazując na Maćka – jen 
dopiero co Danusi ślubował. 
A zakonnicy nie okazali też zdziwienia, albowiem takie ślubowanie nie obowiązywało do 
niczego. Ślubowano częstokroć niewiastom zamężnym, a w rodach znamienitych, wśród których 
zachodni obyczaj był znany, każda prawie miała swego rycerza. Jeśli zaś rycerz ślubował 
pannie, to nie stawał się przez to jej narzeczonym: owszem, najczęściej ona brała innego 
męża, a on, o ile posiadał cnotę stałości, nie przestawał jej być wprawdzie wiernym, ale żenił 
się z inną. 
 
Trochę więcej dziwił zakonników młody wiek Danusi, wszelako i to nie bardzo, gdyż w 
owym czasie szesnastoletni wyrostkowie bywali kasztelanami. Sama wielka królowa Jadwiga 
w chwili przybycia z Węgier liczyła lat piętnaście, a trzynastoletnie dziewczęta szły za mąż. 
Zresztą, patrzano w tej chwili więcej na Zbyszka niż na Danusię i słuchano słów Maćka, który, 
dumny z bratanka, opowiadał, w jaki sposób młodzik przyszedł do szat tak zacnych. 
 
– Rok i dziewięć niedziel temu – mówił – byliśmy proszeni w gościnę przez rycerzy sak-
sońskich. A był też u nich także w gościnie pewien rycerz z dalekiego narodu Fryzów, którzy 
hen aż nad morzem mieszkają, a miał z sobą syna trzy roki od Zbyszka starszego. Raz na 
uczcie ów syn począł Zbyszkowi nieprzystojnie przymawiać, iże ni wąsów, ni brody nie ma. 
Zbyszko, jako jest wartki, nie słuchał tego mile, ale zaraz chwyciwszy go za gębę wszystkie 
włosy mu z niej wydarł – o co później potykaliśmy się na śmierć lub na niewolę. 
– Jak to – potykaliście się? – spytał pan z Długolasu. 
– Bo się ojciec za synem ujął, a ja za Zbyszkiem: więc potykaliśmy się samoczwart wobec 
gości na udeptanej ziemi. Taka zaś stanęła umowa, że kto zwycięży, ten i wozy, i konie, i 
sługi zwyciężonego zabierze. I Bóg zdarzył. Porznęliśmy owym Fryzów, choć z niemałym 
trudem, bo im ni męstwa, ni mocy nie brakło, a łup wzięliśmy znamienity: było wozów cztery, 
w każdym po parze podjezdków – i cztery ogiery ogromne, i sług dziewięciu – i zbroic 
dwie wybornych, jakich mało byś u nas znalazł. Hełmyśmy po prawdzie w boju połupili, ale 
Pan Jezus w czym innym nas pocieszył, bo szat kosztownych była cała skrzynia przednio kowana 
– i te, w które się Zbyszko teraz przybrał, także w niej były. 
Na to dwaj ziemianie z Krakowskiego i wszyscy Mazurowie poczęli spoglądać z większym 
szacunkiem na stryja i na synowca, zaś pan z Długolasu, zwany Obuchem, rzekł: 
 
– Toście, widzę, chłopy nieociągliwe i srogie. 
– Wierzym teraz, że ów młodzik czuby pawie dostanie! 

A Maćko śmiał się, przy czym w surowej jego twarzy było istotnie coś drapieżnego. 
 
Lecz tymczasem służba klasztorna powydobywała z wiklinowych koszów wino i przysmaki, 
a z czeladnej dziewki służebne poczęły wynosić misy pełne dymiącej jajecznicy, a okolone 
kiełbasami, od których rozszedł się po całej izbie mocny a smakowity zapach wieprzowego 
tłuszczu. Na ten widok wezbrała we wszystkich ochota do jedzenia – i ruszono ku stołom. 
 
Nikt jednak nie zajmował miejsca przed księżną, ona zaś siadłszy w pośrodku, kazała 
Zbyszkowi i Danusi usiąść naprzeciw przy sobie, a potem rzekła do Zbyszka: 
 
– Słuszna, abyście jedli z jednej misy z Danusią, ale nie przystępuj jej nóg pod ławą ani też 
trącaj ją kolany, jak czynią inni rycerze, bo zbyt młoda. 
Na to on odrzekł: 
 
– Nie uczynię ja tego, miłościwa pani, chyba za dwa albo za trzy roki, gdy mi Pan Jezus 
pozwoli ślub spełnić i gdy ta jagódka doźrzeje; a co do nóg przystępowania, choćbym chciał 
– nie mogę, boć one w powietrzu wiszą. 
– Prawda – odpowiedziała księżna – ale miło wiedzieć, że przystojne masz obyczaje. 
Po czym zapadło milczenie, gdyż wszyscy jeść poczęli. Zbyszko odkrawał co najtłustsze 
kawałki kiełbasy i podawał je Danusi albo jej wprost do ust je wkładał, ona zaś rada, że jej tak 
strojny rycerz służy, jadła z wypchanymi policzkami mrugając oczkami i uśmiechając się to 
do niego, to do księżnej. 
 
Po wyprzątnięciu mis słudzy klasztorni poczęli nalewać wino słodkie i pachnące – mężom 
obficie, paniom po trochu, lecz rycerskość Zbyszkowa okazała się szczególnie wówczas, gdy 
wniesiono pełne garncówki przysłanych z klasztoru orzechów. Były tam laskowe i rzadkie 
podówczas, bo z daleka sprowadzane, włoskie, na które też rzucili się biesiadnicy z wielką 
ochotą, tak że po chwili w całej izbie słychać było tylko trzask skorup kruszonych w szczękach. 
Lecz na próżno by kto mniemał, że Zbyszko myślał tylko o sobie, albowiem wolał on 
pokazywać i księżnie, i Danusi swoją rycerską siłę i wstrzemięźliwość niż łapczywością na 
rzadkie przysmaki poniżyć się w ich oczach. Jakoż nabierając co chwila pełną garść orzechów, 
czy to laskowych, czy włoskich, nie wkładał ich między zęby, jak czynili inni, ale zaciskał 
swe żelazne palce, kruszył je, a potem podawał Danusi wybrane spośród skorup ziarna. 
Wymyślił nawet dla niej i zabawę, albowiem po wybraniu ziarn zbliżał do ust pięść i wydmuchiwał 
nagle swym potężnym tchem skorupy aż pod pułap. Danusia śmiała się tak, że aż 
księżna z obawy, że się dziewczyna udławi, musiała mu nakazać, by tej zabawy zaniechał, 
widząc jednak uradowanie dziewczyny, spytała: 
 
– A co, Danuśka? dobrze mieć swego rycerza? 
– Oj! dobrze! – odpowiedziała dziewczyna. 
A potem wyciągnąwszy swój różowy paluszek dotknęła nim białej jedwabnej jaki Zbyszkowej 
i cofając go natychmiast zapytała: 
 
– A jutro też będzie mój? 
– I jutro, i w niedzielę, i aż do śmierci – odparł Zbyszko. 
Wieczerza przeciągnęła się, gdy po orzechach podano słodkie placki pełne rodzynków. 
Niektórym z dworzan chciało się tańcować; inni chcieli słuchać śpiewania rybałtów lub Danusi; 
ale Danusi pod koniec poczęły się oczka kleić, a główna chwiać w obie strony; raz i 
drugi spojrzała jeszcze na księżnę, potem na Zbyszka, raz jeszcze przetarła piąstkami powieki 
 
– i zaraz potem oparłszy się z wielką ufnością o ramię rycerzyka – usnęła. 
– Śpi? – zapytała księżna. – Ot, masz swoją „damę”. 
– Milsza mi ona we śnie niżeli inna w tańcu – orzekł Zbyszko siedząc prosto i nieruchomo, 
by dziewczyny nie zbudzić. 
Ale jej nie zbudziło nawet granie i śpiewy rybałtów. Inni też przytupywali muzyce, inni 
brząkali do wtóru misami, lecz im gwar był większy, tym ona spała lepiej, z otwartymi jak 
rybka ustami. 
 

Zbudziła się dopiero, gdy na odgłos piania kurów i dzwonów kościelnych wszyscy ruszyli 
się z ław wołając: 
 
– Na jutrznię! na jutrznię! 
– Pójdziem piechotą, na chwałę Boga – rzekła księżna. 
I wziąwszy za rękę rozbudzoną Danusię wyszła pierwsza z gospody, a za nią wysypał się 
cały dwór. 
Noc już zbielała. Na wschodzie nieba widać było leciuchną jasność, zieloną u góry, różową 
od spodu, a pod nią jakby wąską, złotą wstążeczkę, która rozszerzała się w oczach. Od 
zachodniej strony księżyc zdawał się cofać przed tą jasnością. Czynił się brzask coraz różowszy, 
jaśniejszy. Świat budził się mokry od obfitej rosy, radosny i wypoczęty. 
 
– Bóg dał pogodę, ale upał będzie okrutny – mówili dworzanie książęcy. 
– Nie szkodzi – uspokajał ich pan z Długolasu – wyśpimy się w opactwie, a do Krakowa 
przyjedziem pod wieczór. 
– Pewnikiem znów na ucztę. 
– Co dzień tam teraz uczty, a po połogu i po gonitwach nastąpią jeszcze większe. 
– Obaczym, jako się pokaże rycerz Danusin. 
– Ej, dębowe to jakieś chłopy!... Słyszeliście, co prawili o onej bitwie samoczwart? 
– Może do naszego dworu przystaną, bo się jakoś między sobą naradzają. 
A oni rzeczywiście się naradzali, gdyż starszy, Maćko, nie był zbyt rad z tego, co zaszło, 
idąc więc na końcu orszaku i przystając umyślnie, by swobodniej pogadać, mówił: 
 
– Po prawdzie, nic ci po tym. Ja się tam jakoś do króla docisnę, choćby z tym oto dworem 
– i może coś dostaniem. Okrutnie by mnie się chciało jakowegoś zameczku alibo gródka... 
No, obaczym. Bogdaniec swoją drogą z zastawu wykupim, bo co ojce dzierżyli, to i nam 
dzierżyć. Ale skąd chłopów? Co opat osadził, to i na powrót weźmie – a ziemia bez chłopów 
tyle, co nic. Tedy miarkuj, co ci rzekę: ty sobie ślubuj, nie ślubuj, komu chcesz, a z panem z 
Melsztyna idź do księcia Witolda na Tatary. Jeśli wyprawę przed połogiem królowej otrąbią, 
tedy na zlegnięcie ani na gonitwy rycerskie nie czekaj, jeno idź, bo tam może być korzyść. 
Kniaź Witold wiesz, jako jest hojny – a ciebie już zna. Sprawisz się, to obficie nagrodzi. A 
nade wszystko, zdarzy-li Bóg – niewolnika możesz nabrać bez miary. Tatarów jak mrowia na 
świecie. W razie zwycięstwa przypadnie i kopa na jednego. 
Tu Maćko, który był chciwy na ziemię i robociznę, począł marzyć: 
 
– Boga mi! Przygnać tak z pięćdziesiąt chłopa i osadzić na Bogdańcu! Przetrzebiłoby się 
puszczy szmat. Uroślibyśmy oba. A ty wiedz, że nigdzie tylu nie nabierzesz, ilu tam można 
nabrać! 
Lecz Zbyszko począł głową kręcić. 
 
– O wa! koniuchów natroczę, końskim padłem żyjących, roli niezwyczajnych! Co po nich 
w Bogdańcu?... A przy tym ja trzy niemieckie grzebienie ślubowałem. Gdzieże je znajdę między 
Tatary? 
– Ślubowałeś, boś głupi, ale takie to tam i śluby. 
– A moja rycerska cześć? jakże? 
– A jak było z Ryngałłą? 
– Ryngałła księcia otruła – i pustelnik mnie rozwiązał. 
– To cię w Tyńcu opat rozwiąże. Lepszy opat od pustelnika, jen to więcej zbójem niźli zakonnikiem 
patrzył. 
– A nie chcę. 
Maćko zatrzymał się i zapytał z widocznym gniewem: 
– No, to jakoże będzie? 
– Jedźcie sobie sami do Witolda, bo ja nie pojadę. 
– Ty knechcie! A kto się królowi pokłoni?... i nie żal ci to moich kości? 

– Na wasze kości drzewo się zwali, jeszcze ich nie połamie. A choćby mi też było was żal 
– nie chcą do Witolda. 
– Coże będziesz robił? Sokolnikiem czyli też rybałtem przy dworze mazowieckim zostaniesz? 
– Albo to sokolnik co złego? Skoro wolicie mruczeć niż mnie słuchać, to mruczcie. 
– Gdzie pojedziesz? Za nic ci Bogdaniec? Pazurami będziesz w nim orał? bez chłopów? 
– Nieprawda! Chwackoście wymądrowali z Tatarami. Zobaczyliście co prawili Rusini, że 
Tatarów tyle najdziesz, ile ich pobitych na polu leży, a niewolnika nikt nie ułapi, bo Tatara we 
stepie nie zgoni. Na czymże go będę gonił? Na onych ciężkich ogierach, któreśmy na Niemcach 
wzięli? Widzicie no! A co za łup wezmę? Parszywe kożuchy i nic więcej. O, to dopiero 
bogaczem do Bogdańca zjadę! to dopiero mnie komesem nazowią! 
Maćko umilkł, albowiem w słowach Zbyszkowych wiele było słuszności, i dopiero po 
chwili rzekł: 
 
– Aleby cię kniaź Witold nagrodził. 
– Ba, wiecie: jednemu da on za dużo, drugiemu nic. 
– To gadaj, gdzie pojedziesz. 
– Do Juranda ze Spychowa. 
Maćko przekręcił ze złości pas na skórzanym kaftanie i rzekł: 
– Bodajżeś olsnął! 
– Posłuchajcie – odpowiedział spokojnie Zbyszko. – Gadałem z Mikołajem z Długolasu i 
ten prawi, że Jurand pomsty na Niemcach za żonę szuka. Pójdę, pomogę mu. Po pierwsze, 
samiście rzekli, że niecudnie mi już z Niemcami się potykać, bo i ich, i sposoby na nich znamy. 
Po drugie, prędzej ja tam nad granicą one pawie czuby dostanę, a po trzecie, to wiecie, że 
pawi grzebień nie lada knecht na łbie nosi, więc jeśli Pan Jezus przysporzy grzebieni, to przysporzy 
i łupu. W końcu: niewolnik tamtejszy to nie Tatar. Takiego w boru osadzić – nie żal 
się Boże. 
– Cóżeś ty, chłopie, rozum stracił? przecie nie ma teraz wojny i Bóg wie, kiedy będzie! 
– O moiście wy! Zawarły niedźwiedzie pokój z bartnikami i barci nie psowają ni miodu 
nie jedzą! Ha, ha! A czy to nowina wam, że choć wielkie wojska nie wojują i choć król z mistrzem 
pod pergaminem pieczęcie położą, na granicy zawsze mąt okrutny? Zajmą-li sobie 
bydło, trzody, to się za jeden krowi łeb po kilka wsiów pali i zamki oblegają. A porywanie 
chłopów i dziewek? a kupców na gościńcach? Wspomnijcie czasy dawniejsze, o których samiście 
mi rozpowiadali. Źle to było onemu Nałęczowi, który czterdziestu rycerzy do Krzyżaków 
jadących chwycił, w podziemiu osadził i póty nie puścił, póki mu pełnego woza grzywien 
mistrz nie przysłał? Jurand ze Spychowa też nic innego nie czyni i nad granicą zawsze 
gotowa robota. 
Przez chwilę szli w milczeniu, tymczasem rozwidniło się zupełnie i jasne promienie słońca 
rozświeciły skały, na których pobudowane było opactwo. 
 
– Bóg wszędzie może poszczęścić – rzekł wreszcie udobruchanym głosem Maćko – proś, 
żeby ci błogosławił. 
– Pewno, że wszystko Jego łaska! 
– I myśl o Bogdańcu, bo w tym mnie nie przekonasz, że ty dla Bogdańca, nie dla tego kaczego 
kłapaka do Juranda ze Spychowa chcesz jechać. 
– Nie powiadajcie tak, bo się rozgniewam. Rad ją widzę i tego się nie zapieram; inne też to 
niż dla Ryngałły ślubowanie. Spotkaliście urodziwszą? 
– Co mi ta jej uroda! Wolej weź ją, jak dorośnie, jeśli możnego komesa córka. 
A Zbyszkowi rozjaśniła się twarz młodym, dobrym uśmiechem. 
– Może i to być. Ni innej pani, ni innej żony! Jak wam kości sparcieją, będziecie wy jeszcze 
wnuki po mnie i po niej piastowali. 
Na to uśmiechnął się z kolei Maćko i odrzekł całkiem już udobruchany: 
 

– Grady! Grady! a niechże ich będzie jako gradu. Na starość radość, a po śmierci zbawienie. 
To nam, Jezu, daj! 

Rozdział 
trzeci 
 
 
Księżna Danuta, Maćko i Zbyszko bywali już poprzednio w Tyńcu, ale w orszaku byli 
dworzanie, którzy widzieli go po raz pierwszy – i ci podnosząc oczy patrzyli ze zdumieniem 
na wspaniałe opactwo, na zębate mury biegnące wzdłuż skał nad urwiskami, na gmachy sto-
jące to na zboczach góry, to wewnątrz blanków, spiętrzone, wyniosłe i jaśniejące złotem od 
wschodzącego słońca. Z tych okazałych murów i gmachów, z domów, z budowli przeznaczonych 
na rozliczne użytki, z ogrodów leżących u stóp góry i ze starannie uprawnych pól, które 
wzrok z wysoka ogarniał, można było na pierwszy rzut oka poznać bogactwo odwieczne, 
nieprzebrane, do którego nie przywykli i którym zdumiewać się musieli ludzie z ubogiego 
Mazowsza. Istniały wprawdzie starożytne a możne opactwa benedyktyńskie i w innych częściach 
kraju, jak na przykład w Lubuszu nad Odrą, w Płocku, w Wielkopolsce w Mogilnie i 
w innych miejscach, żadne wszelako nie mogło porównać się z tynieckim, którego posiadłości 
przewyższały niejedno księstwo udzielne, a dochody mogły budzić zazdrość nawet ówczesnych 
królów. 
 
Między dworzany rósł więc podziw, a niektórzy oczom prawie nie chcieli wierzyć. Tymczasem 
księżna chcąc sobie drogę skrócić i zaciekawić panny przyboczne, poczęła prosić jednego 
z zakonników, by opowiedział starodawną a straszną powieść o Walgierzu Wdałym, 
którą opowiadano jej już, chociaż niezbyt dokładnie, w Krakowie. 
 
Usłyszawszy to panny zbiły się ciasnym stadkiem koło pani i szły zwolna pod górę, we 
wczesnych promieniach słońca do idących kwiatów podobne. 
 
– Niech o Walgierzu prawi brat Hidulf, któremu on się pewnej nocy ukazał – rzekł jeden z 
zakonników spoglądających na drugiego, człowieka sędziwych już lat, który w pochylonej 
nieco postawie szedł obok Mikołaja z Długolasu. 
– Żali widzieliście go własnymi oczyma, pobożny ojcze? – spytała księżna. 
– Widziałem – odpowiedział posępnie zakonnik – albowiem zdarzają się takowe terminy, 
w których z woli Bożej wolno mu jest opuszczać piekielne podziemia i ukazywać się światu. 
– Kiedyż to bywa? 
Zakonnik spojrzał na dwóch innych i zamilkł, albowiem istniało podanie, że duch Walgierza 
pojawia się wówczas, gdy w zakonie psują się obyczaje i gdy zakonnicy więcej, niż wypada, 
o światowych dostatkach i uciechach myślą. 
 
Tego właśnie żaden nie chciał głośno wyznać, że jednak mówiono także, iż widmo przepowiada 
również wojnę lub inne nieszczęścia, przeto brat Hidulf po chwili milczenia rzekł: 
 
– Ukazanie się jego nie wróży nic dobrego. 
– Nie chciałabym też go widzieć – rzekła żegnając się księżna – ale czemu to on jest w 
piekle, skoro, jak słyszałam, tylko za ciężką własną krzywdę się pomścił? 
– Choćby też i całe życie był cnotliwy – odparł surowo zakonnik – byłby i tak potępion, 
albowiem żył za pogańskich czasów i chrztem świętym nie został z pierworodnego grzechu 
obmyty. 

Po tych słowach brwi księżnej ściągnęły się boleśnie, przyszło jej bowiem na myśl, że jej 
wielki ojciec, którego miłowała całą duszą, zmarł także w błędach pogańskich – i miał gorzeć 
przez całą wieczność. 
 
– Słuchamy – rzekła po chwili milczenia. 
A brat Hidulf począł opowiadać: 
– Był za czasów pogańskich grabia możny, którego dla wielkiej urody zwano Walgierzem 
Wdałym. Cały ten kraj, jak okiem sięgnąć, należał do niego, a na wyprawy prócz pieszego 
ludu wodził po stu kopijników, wszyscy bowiem włodycy, na zachód aż po Opole, a na 
wschód po Sandomierz, wasalami jego byli. Trzód jego nie mógł nikt zliczyć, a w Tyńcu miał 
wieżę całą nasypaną pieniędzmi, jako teraz mają w Malborgu Krzyżacy. 
– Wiem, mają! – przerwała księżna Danuta. 
– I był jako wielkolud – ciągnął dalej zakonnik – i dęby z korzeniami wyrywał, a w piękności, 
w graniu na lutni i w śpiewaniu nikt w całym świecie sprostać mu nie mógł. A raz, gdy 
był na dworze króla francuskiego, rozmiłowała się w nim królewna Helgunda, którą ojciec na 
chwałę Bogu do zakonu chciał oddać, i uciekła z nim do Tyńca, gdzie w sprosności oboje 
żyli, gdy żaden ksiądz ślubu chrześcijańskiego dać im nie chciał. Był zaś w Wiślicy Wisław 
Piękny z rodu króla Popiela. Jen podczas niebytności Walgierza Wdałego grabstwo tynieckie 
pustoszył. Tego pokonał Walgierz i do Tyńca do niewoli przywiódł nie bacząc, że która tylko 
niewiasta ujrzała Wisława, gotowa była zaraz ojca, matki i męża odstąpić, byle swe żądze 
nasycić. Tak stało się i z Helgundą. Zaraz ona takowe więzy na Walgierza wymyśliła, że on 
wielkolud, choć dęby wyrywał, przerwać ich nie mógł – i Wisławowi go oddała, który do 
Wiślicy go powiózł. Lecz Rynga, siostra Wisława, usłyszawszy w podziemiu śpiewanie Walgierzowe, 
wnet rozmiłowana, uwolniła go z podziemia – a ów Wisława i Helgundę mieczem 
posiekłszy ciała ich krukom zostawił, a sam z Ryngą do Tyńca powrócił. 
– Żali niesłusznie uczynił? – spytała księżna. 
A brat Hidulf rzekł: 
– Gdyby był chrzest przyjął i Tyniec benedyktynom oddał, może by mu Bóg grzechy odpuścił, 
ale że tego nie uczynił, przeto go ziemia pożarła. 
– A to benedyktyni byli już w tym Królestwie? 
– Benedyktynów w tym Królestwie nie było, albowiem sami tu wówczas żyli poganie. 
– To jakże mógł chrzest przyjąć albo Tyniec oddać? 
– Nie mógł – i właśnie dlatego skazan jest do piekła na męki wiekuiste – odrzekł z powagą 
zakonnik. 
– Pewnie! słusznie mówi! – ozwało się kilka głosów. 
Lecz tymczasem zbliżyli się do głównej bramy klasztornej, w której czekał na księżnę opat 
na czele licznego orszaku zakonników i szlachty. Ludzi świeckich: „ekonomów”, „adwokatów”, 
„prokuratorów” i rozmaitych urzędników zakonnych, zawsze bywało w klasztorze sporo. 
Wielu też ziemian, możnych nawet rycerzy, trzymało nieprzeliczone ziemie klasztorne 
dość wyjątkowym w Polsce prawem lennym – i ci, jako „wasale”, radzi przebywali na dworze 
„suzerena”, gdzie przy wielkim ołtarzu łatwo było o darowizny, ulgi i wszelkiego rodzaju 
dobrodziejstwa, zależne nieraz od drobnej usługi, od zręcznego słowa lub od chwili dobrego 
humoru potężnego opata. Przygotowujące się uroczystości w stolicy ściągnęły też wielu takich 
wasalów z odległych stron, ci zaś, którym trudno było z powodu natłoku znaleźć gospodę 
w Krakowie, mieścili się w Tyńcu. Z tych powodów abbas centrum villarum mógł powitać 
księżnę w liczniejszym jeszcze niż zwyczajnie orszaku. 
 
Był to człowiek wysokiego wzrostu, z twarzą suchą, rozumną, z głową wygoloną na 
wierzchu, niżej zaś, nad uszami, otoczoną wieńcem siwiejących włosów. Na czole miał bliznę 
po ranie, widocznie za młodych rycerskich czasów otrzymanej, oczy przenikliwe, wyniośle 
spod czarnych brwi patrzące. Ubrany był w habit jak inni mnisi, ale na wierzchu miał czarny 
płaszcz podbity purpurą, na szyi zaś złoty łańcuch, na którego końcu zwieszał się również 
 

złoty, drogimi kamieniami sadzony krzyż – godło opackiej godności. Cała jego postawa zdradzała 
człowieka dumnego, przywykłego do rozkazywania i ufnego w siebie. 
 
Witał jednak księżnę uprzejmie, a nawet uniżenie, pamiętał bowiem, że mąż jej pochodził 
z tego samego rodu książąt mazowieckich, z którego pochodzili królowie Władysław i Kazimierz, 
a po kądzieli i obecnie panująca królowa, władczyni jednego z największych państw w 
świecie. Przestąpił więc próg bramy, skłonił nisko głowę, a następnie przeżegnawszy Annę 
Danutę i cały dwór małą złotą puszką, którą trzymał w palcach prawej ręki, rzekł: 
 
– Witaj, miłościwa pani, w ubogich progach zakonnych. Niechaj św. Benedykt z Nursji, 
św. Maurus, św. Bonifacy i św. Benedykt z Aniane, a także i Jan z Tolomei – patronowie nasi 
w światłości wiekuistej żyjący, obdarzą cię zdrowiem, szczęściem i niechaj błogosławią cię 
po siedem razy dziennie, przez wszystek czas żywota twego! 
– Chybaby głusi byli, gdyby nie mieli wysłuchać słów tak wielkiego opata – rzekła 
uprzejmie księżna – tym bardziej że my tu na mszę przybyli, podczas której ich opiece się 
oddamy. 
To rzekłszy wyciągnęła ku niemu rękę, którą on przyklęknąwszy dwornie na jedno kolano 
ucałował po rycersku, a następnie przeszli razem bramę. Ze mszą czekano już widocznie, 
gdyż w tej chwili ozwały się dzwony i dzwonki, trębacze zadęli przy drzwiach kościelnych na 
cześć księżny w donośne trąby, inni uderzyli w ogromne kotły, wykute z miedzi czerwonej i 
obciągnięte skórą, dającą huczny rozgłos. Na księżnę, która nie urodziła się w kraju chrześcijańskim, 
każdy kościół silne dotychczas czynił wrażenie, ów zaś, tyniecki, sprawiał tym 
większe, że pod względem wspaniałości mało innych mogło się z nim porównać. Mrok napełniał 
głębię świątyni, tylko przy wielkim ołtarzu drgały pasemka świateł rozmaitych, pomieszane 
z blaskiem świec rozjaśniających złocenia i rzeźby. Zakonnik przybrany w ornat 
wyszedł ze mszą, skłonił się księżnie – i rozpoczął ofiarę. Wnet wzniosły się dymy wonne a 
obfite, które przesłoniwszy księdza i ołtarz szły w spokojnych kłębach ku górze powiększając 
tajemniczą uroczystość kościoła. Anna Danuta pochyliła w tył głowę i rozłożywszy ręce na 
wysokości twarzy, poczęła się modlić żarliwie. Lecz gdy ozwały się rzadkie jeszcze wówczas 
po kościołach organy i poczęły to potrząsać całą nawą grzmotem wspaniałym, to wypełniać ją 
anielskimi głosami, to zasypywać jakoby pieśnią słowiczą, wówczas oczy księżny wzniosły 
się do góry, na twarzy jej obok pobożności i lęku odmalowała się rozkosz bez granic – i pa-
trzącemu na nią zdawać się mogło, że to jakowaś Błogosławiona, która w cudownym widzeniu 
ogląda niebo otwarte. 
 
Tak to modliła się urodzona w pogaństwie córka Kiejstuta, która choć w życiu codziennym 
równie jak i wszyscy ludzie tych czasów po przyjacielsku i poufale wspominała imię Boże, 
jednakże w domu Pana z dziecinną bojaźnią i pokorą wznosiła oczy ku tajemniczej i niezmierzonej 
potędze. 
 
A tak samo pobożnie, choć z mniejszym lękiem, modlił się cały dwór. Zbyszko klęczał 
przed stallami wśród Mazurów, bo tylko dwórki weszły z księżną za stalle, i polecał się opiece 
boskiej. Chwilami spoglądał na Danusię, która siedziała z przymkniętymi oczyma koło 
księżny – i myślał, że warto było wprawdzie zostać rycerzem takiej dzieweczki, ale że też nie 
lada rzecz jej obiecał. Więc teraz, gdy piwo i wino, które w gospodzie wypił, wywietrzało mu 
z głowy, zatroskał się niemało, jakim sposobem ją wypełni. Wojny nie było. Wśród nadgranicznego 
mętu łatwo było wprawdzie natknąć się na jakiego zbrojnego Niemca i albo jemu 
kości pokołatać, albo samemu głową nałożyć. Tak to on i mówił Maćkowi. „Jeno – myślał – 
nie byle Niemiec nosi pawi lub strusi czub na hełmie.” Z gości krzyżackich chyba jacy grafowie, 
a z samych Krzyżaków chyba komtur – i to nie każdy. Jeśli wojny nie będzie, to lata 
mogą upłynąć, nim on swoje trzy grzebienie dostanie, bo i to jeszcze przyszło mu do głowy, 
że nie będąc dotąd pasowany może tylko niepasowanych na pojedynkę w bój wyzywać. Spodziewał 
się wprawdzie, że pas rycerski otrzyma z rąk królewskich w czasie gonitw, które zapowiadano 
na chrzciny, bo na to dawno zarobił, ale potem co? Pojedzie do Juranda ze Spy
 
 

chowa, będzie mu pomagał, natłucze knechtów, ile się da – i na tym koniec. Knechci krzyżaccy 
to nie rycerze z pawimi piórami na głowach. 
 
Więc w tym utrapieniu i niepewności, widząc, że bez szczególnej łaski Bożej niewiele 
wskórać potrafi, począł się modlić: 
 
„Daj, Jezu, wojnę z Krzyżaki i z Niemcami, którzy są nieprzyjaciółmi Królestwa tego i 
wszystkich narodów w naszej mowie Imię Twoje Święte wyznawających. I nam błogosław, a 
ich zetrzyj, którzy radziej staroście piekielnemu niżeli Tobie służąc przeciwko nam zawziętość 
w sercu noszą, najbardziej o to gniewni, że król nasz z królową Litwę ochrzciwszy 
wzbraniają im mieczem chrześcijańskich sług Twoich ścinać. Za któren gniew ich ukarz. 
 
A ja, grzeszny Zbyszko, kajam się przed Tobą i od piąci ran Twoich wspomożenia błagam, 
abyś mi trzech znacznych Niemców z pawimi czuby na hełmach jako najprędzej zesłał i w 
miłosierdziu swoim pobić mi ich do śmierci pozwolił. Ale to z takowej przyczyny, iżem ja 
one czuby pannie Danucie, Juranda córce a Twojej służce, obiecał i na moją rycerską cześć 
poprzysiągł. 
 
Co zasię więcej przy pobitych się znajdzie, z tego ja dziesięcinę wiernie kościołowi Twemu 
świętemu oddam, byś i ty, słodki Jezu, pożytek i chwałę ze mnie odniósł i abyś poznał, 
żem Ci szczerym sercem, nie po próżnicy obiecował. A jako to jest prawda, tak mi dopomóż, 
amen!” 
 
Lecz w miarę jak się modlił, topniało w nim coraz bardziej z pobożności serce – i nową 
obietnicę przyrzucił: że po wykupieniu z zastawu Bogdańca odda także na kościół wszystek 
wosk, który pszczoły przez cały rok w barciach zrobią. Spodziewał się, że stryj Maćko temu 
się nie sprzeciwi, a Pan Jezus szczególniej będzie rad z wosku na świecie – i chcąc go prędzej 
dostać, prędzej mu też pomoże. Ta myśl wydała mu się tak słuszną, iż radość napełniła mu 
całkiem duszę: był teraz prawie pewien, że zostanie wysłuchany i że wojna niebawem nastąpi, 
a choćby nie nastąpiła, to i tak on swego dokaże. Poczuł w rękach, w nogach moc tak wielką, 
że w tej chwili byłby sam jeden na całą chorągiew uderzył. Pomyślał nawet, że przyczyniwszy 
obietnic Bogu można by i Danusi ze dwóch Niemców przyrzucić! Zapalczywość młodzieńcza 
popychała go do tego, lecz tym razem roztropność wzięła górę, albowiem bał się, by 
zbytnim żądaniem cierpliwości boskiej się nie uprzykrzyć. 
 
Jednakże ufność jego wzrosła jeszcze, gdy po mszy i po długim wypoczynku, na który 
udał się cały dwór, wysłuchał rozmowy, którą opat prowadził przy śniadaniu z Anną Danutą.
 
Ówczesne żony książąt i królów, zarówno przez pobożność, jak i wskutek wspaniałych darów, 
których nie szczędzili im mistrzowie Zakonu, wielką okazywały przyjaźń Krzyżakom. 
Nawet świątobliwa Jadwiga powstrzymywała, póki jej życia stało, wzniesioną nad nimi rękę 
swego władnego małżonka. Jedna tylko Anna Danuta doznawszy od nich okrutnych krzywd 
rodzinnych nienawidziła ich z całej duszy. Toteż gdy opat zapytał ją o Mazowsze i jego sprawy, 
poczęła gorzko skarżyć się na Zakon: „Jakoż się ma dziać w księstwie mającym takich 
sąsiadów? Niby jest pokój: mijają się poselstwa i listy, a mimo tego nie można być pewnym 
dnia i godziny. Kto wieczorem na pograniczu układa się spać, nigdy nie wie, czyli nie rozbudzi 
się w pętach albo z ostrzem miecza na gardzieli, albo z płonącym pułapem nad głową. Nie 
ubezpieczą od zdrady przysięgi, pieczęcie i pergaminy. Nie inaczej przecie zdarzyło się pod 
Złotoryją, gdy w czasach najgłębszego pokoju porwano księcia w niewolę. Prawili Krzyżacy, 
że zamek ów groźnym dla nich stać się może. Aleć zamki naprawia się dla obrony, nie dla 
napadu – i któryż książę nie ma prawa we własnej ziemi ich stawiać albo przebudowywać? 
Nie przejedna Zakonu ni słaby, ni mocny, bo słabym gardzą, mocnego zaś do upadku przywieść 
usiłują. Kto im dobrze uczyni, temu się złem wypłacą. Jestże na świecie zakon, który 
by w innych królestwach takie dobrodziejstwa otrzymał, jakie oni od polskich książąt otrzymali 
– a jakże się wypłacili? Oto nienawiścią, oto grabieżą ziem, oto wojną i zdradą. I próżno 
wyrzekać, próżno samej Stolicy Apostolskiej się na nich skarżyć, gdyż oni w zatwardziałości 
i pysze żyjąc nawet papieża rzymskiego nie słuchają. Przysłali niby teraz poselstwo na połóg 
 

królowej i na spodziewane chrzciny, ale tylko dlatego, że chcą od siebie gniew potężnego 
króla za to, co uczynili na Litwie, odwrócić. W sercach zawsze jednak myślą o zagładzie 
Królestwa i całego plemienia polskiego.” 
 
Opat słuchał uważnie i potakiwał głową, a potem rzekł: 
 
– Wiem, iż przyjechał do Krakowa na czele poselstwa komtur Lichtenstein, brat w Zakonie, 
dla znakomitego rodu, męstwa i rozumu wielce szanowany. Może go tu niebawem, miłościwa 
pani, ujrzycie, albowiem przysłał mi wczoraj wiadomość, że chcąc się przy naszych 
relikwiach pomodlić zjedzie do Tyńca w odwiedziny. 
Usłyszawszy to księżna poczęła nowe żale rozwodzić: 
 
– Prawią ludzie – i bogdaj słusznie, że wkrótce musi wielka wojna nastąpić, w której po 
jednej stronie będzie Królestwo Polskie i wszystkie narody mówiące podobną do polskiej 
mową, a z drugiej wszyscy Niemcowie i Zakon. Jest podobno o tej wojnie proroctwo jakowejś 
świętej... 
– Brygidy – przerwał uczony opat – osiem roków temu została ona w poczet świętych zaliczona. 
Pobożny Piotr z Alwastra i Maciej z Linköping spisali jej objawienia, w których wielka 
wojna istotnie jest przepowiedziana. 
Zbyszko aż zadrżał z radości na te słowa i nie mogąc wytrzymać zapytał: 
 
– A prędko ma być? 
Lecz opat, zajęty księżną, nie dosłyszał, a może udał, że nie dosłyszał pytania. 
Księżna zaś mówiła dalej: 
– Cieszą się i u nas młodzi rycerze na oną wojnę, ale starsi i rozważniejsi tak mówią: „Nie 
Niemców – mówią – się boim, choć wielka jest ich potęga i pycha, nie ich kopii i mieczów, 
ale – prawią – relikwii krzyżackich się boim, bo przeciw tym na nic wszelka moc ludzka.” 
Tu Anna Danuta spojrzała z przestrachem na opata i dodała cichszym głosem: 
 
– Podobno prawdziwe drzewo Krzyża Świętego mają: jakże z nimi wojować? 
– Przysłał im je król francuski – odrzekł opat. 
Nastała chwila milczenia – po czym zabrał głos Mikołaj z Długolasu, zwany Obuchem, 
człowiek bywały i doświadczony. 
 
– Byłem w niewoli u Krzyżaków – rzekł – i widywałem procesje, na których ową wielką 
świętość noszono. Ale oprócz tego jest w klasztorze w Oliwie siła innych najprzedniejszych 
relikwii, bez których nie byłby Zakon do takiej potęgi doszedł. 
Na to powyciągali benedyktyni głowy ku mówiącemu i z wielkim zaciekawieniem poczęli 
pytać: 
 
– Powiadajcie, co jest? 
– Jest krajka z szaty Najświętszej Panny – odrzekł dziedzic z Długolasu – jest trzonowy 
ząb Marii Magdaleny i głowienki z krza ognistego, w którym się sam Bóg Ojciec Mojżeszowi 
pokazał, jest ręka św. Liberiusza, a co kości innych świętych, tych bym na palcach u rąk i nóg 
nie zliczył... 
– Jakoże z nimi wojować? – powtórzyła z westchnieniem księżna. 
A opat zmarszczył swe wyniosłe czoło i zastanowiwszy się przez chwilę tak odrzekł: 
– Ciężko z nimi wojować choćby i dlatego, że są zakonnikami i krzyż na płaszczach noszą; 
ale jeśli przebrali miarę w grzechach, tedy i tym relikwiom może mieszkanie między nimi 
obrzydnąć, a naonczas nie tylko one mocy im nie dodadzą, ale im ją odejmą, dlatego żeby 
między pobożniejsze ręce się dostać. Niech Bóg oszczędzi krwi chrześcijańskiej, ale jeśli 
wielka wojna nastąpi, są też i w naszym Królestwie relikwie, które za nas będą wojować. 
Głos zasię w objawieniu św. Brygidy mówi: „Postanowiłem ich pszczołami pożyteczności i 
utwierdziłem na brzegu ziem chrześcijańskich. Ale oto powstali przeciwko mnie. Bo nie 
dbają o dusze i nie litują się ciał tego ludu, który z błędu nawrócił się ku wierze katolickiej i 
ku mnie. I uczynili z niego niewolników, i nie uczą go przykazań Bożych, i odejmując mu 
Sakramenta święte na większe jeszcze męki piekielne go skazują, niż gdyby był w pogaństwie 

pozostał. A wojny toczą ku rozpostarciu swej chciwości. Dlatego przyjdzie czas, iże wyłamane 
będą ich zęby i będzie im ucięta ręka prawa, a prawa noga im ochromieje, aby uznali grzechy 
swoje.” 
 
– Tak Bóg daj! – zawołał Zbyszko. 
Inni rycerze i zakonnicy nabrali także wielkiej otuchy słysząc słowa proroctwa, opat zaś 
zwrócił się do księżny i rzekł: 
 
– Dlatego miejcie ufność w Bogu, miłościwa pani, albowiem prędzej to ich dni niż wasze 
są policzone, a tymczasem przyjmijcie wdzięcznym sercem tę oto puszkę, w której palec od 
nogi św. Ptolomeusza, jednego z naszych patronów, się znajduje. 
Księżna wyciągnęła drżące ze szczęścia dłonie – i klęknąwszy przyjęła puszkę, którą zaraz 
poczęła do ust przyciskać. Radość pani podzielali dworzanie i dworki, nikt bowiem nie wątpił, 
że z takiego podarku spłynie błogosławieństwo i pomyślność na wszystkich, a może i na 
całe księstwo. Zbyszko czuł się także szczęśliwym, gdyż zdało mu się, że wojna powinna 
zaraz po uroczystościach krakowskich nastąpić. 
 

Rozdział 
czwarty 
 
 
Było już dobrze z południa, gdy księżna wraz z orszakiem wyruszyła z gościnnego Tyńca 
do Krakowa. Częstokroć ówcześni rycerze wjeżdżając do większych miast lub do zamków w 
odwiedziny do znakomitych osób przywdziewali na się pełny rynsztunek bojowy. Był 
wprawdzie zwyczaj zdejmować go zaraz po przebyciu bram, do czego w zamkach wzywał 
sam gospodarz uświęconymi słowy: „Zdejmcie zbroję, szlachetny panie, albowiem przybyliście 
do przyjaciół” – niemniej jednak wjazd „wojenny” uważał się za okazalszy i podnosił 
znaczenie rycerza. Gwoli tej to okazałości tak Maćko, jak i Zbyszko przybrali się w wyborne 
pancerze i w naramienniki zdobyte na rycerzach fryzyjskich – jasne, błyszczące i po brzegach 
wpuszczoną nicią złotą ozdobne. Mikołaj z Długolasu, który dużo świata i wielu rycerzy w 
życiu widział, a był rzeczy wojennych znawcą niemałym, poznał zaraz, iż są to zbroje kowane 
przez mediolańskich, najsłynniejszych w świecie płatnerzy, takie, na jakie najbogatsi tylko 
rycerze wspomóc się mogą i z których każda za dobrą majętność starczy. Wnioskował z tego, 
że owi Fryzowie musieli być znakomitymi ludźmi w swoim narodzie, i z tym większym szacunkiem 
począł spoglądać na Maćka i Zbyszka. Lecz hełmy ich, lubo także niepoślednie, nie 
były tak bogate, natomiast olbrzymie ogiery, pięknie pokryte, wzbudziły między dworzanami 
podziw i zazdrość. I Maćko, i Zbyszko, siedząc na niezmiernie wysokich kulbakach, spoglądali 
z góry na cały dwór. Każdy z nich dzierżył w ręku długą kopię, każdy miał miecz przy 
boku i topór u siodła. Tarcze oddali wprawdzie dla wygody na wozy, ale i bez nich obaj wyglądali 
tak, jakby ciągnęli na bitwę, nie do miasta. 
 
Obaj też jechali w pobliżu kolaski, w której na tylnym siedzeniu siedziała księżna z Danusią, 
na przodku zaś stateczna dwórka Ofka, wdowa po Krystynie z Jarząbkowa, i stary Mikołaj 
z Długolasu. Danusia spoglądała z wielkim zajęciem na żelaznych rycerzy, księżna zaś 
dobywając od czasu do czasu z zanadrza puszkę z relikwiami św. Ptolomeusza podnosiła ją 
do ust. 
 
– Ciekawam okrutnie, jak kości w środku wyglądają – rzekła wreszcie – ale sama nie 
otworzę, aby Świętego nie urazić. Niech otworzy biskup w Krakowie. 
Na co ostrożny Mikołaj z Długolasu odrzekł: 
 
– Ej, lepiej tego z rąk nie popuszczać, zbyt to łakoma rzecz. 
– Może i słusznie mówicie – rzekła po chwili zastanowienia księżna, po czym dodała: 
– Dawno mi nikt nie sprawił takiej uciechy jak ów zacny opat, i tym podarkiem, i tym, że 
strach mój przed krzyżackimi relikwiami uspokoił. 
– Mądrze mówili i sprawiedliwie – ozwał się Maćko z Bogdańca. – Mieli oni i pod Wilnem 
rozmaite relikwie, a to tym bardziej że chcieli gości przekonać, iż z poganami wojna. No 
i co? Obaczyli nasi, że byle w garście splunąć, a od ucha toporem machnąć, to i hełm puszczał, 
i łeb puszczał. Święci pomagają – grzech by mówić inaczej – ale jeno sprawiedliwym, 
którzy wedle słuszności w imię Boże do bitwy idą. Tak też i myślę, miłościwa pani, że przyjdzie-
li do wielkiej wojny, to chociażby wszystkie Niemcy pomagały Krzyżakom, zbijem ich 
na pował, bo większy jest nasz naród i Pan Jezus większą moc spuścił nam w kości. A co do 
relikwii – albo to u nas w klasztorze świętokrzyskim nie ma drzewa Krzyża Świętego? 

– Prawda, jak mi jest Bóg miły – rzekła księżna. – Ale u nas ono w klasztorze zostanie, a 
oni swoje ze sobą w potrzebie wożą. 
– Wszystko jedno! Dla mocy Bożej nie ma dalekości. 
– Prawdaże to? powiadajcie, jak jest? – pytała księżna zwracając się do mądrego Mikołaja 
z Długolasu, a on odrzekł: 
– Temu i każdy biskup przyświadczy. Do Rzymu też daleko, a papież światem rządzi – coże 
dopiero Bóg! 
Słowa te uspokoiły do reszty księżnę, więc zwróciła rozmowę na Tyniec i jego wspaniałości. 
Dziwiła Mazurów w ogóle nie tylko zamożność opactwa, ale i zamożność, a także piękność 
całego kraju, przez który teraz przyjeżdżali. Naokół były wsie gęste, dostatnie, przy nich 
sady pełne drzew owocowych, gaje lipowe, bocianie gniazda na lipach, a niżej ule ze słomianymi 
nakrywkami. Wzdłuż gościńca z jednej i drugiej strony ciągnęły się łany zbóż wszelkich. 
Wiatr chwilami pochylał zielonawe jeszcze morze kłosów, wśród którego gęsto jak 
gwiazdy na niebie migotały głowy modrych chabrów i jasnoczerwonych maków. Daleko, za 
łanami czerniał gdzieniegdzie bór, gdzieniegdzie weseliły oczy dąbrowy i olszyńce, skąpane 
w blasku słonecznym, gdzieniegdzie wilgotne łąki, pełne traw i czajek krążących nad mokra-
dłami, i znów wzgórza obsiadłe przez chaty, znów łany; widocznie ziemię tę zamieszkiwał 
lud rojny i pracowity, rozmiłowany w roli – i dokąd wzrok sięgnął, kraj wydawał się nie tylko 
mlekiem i miodem płynący, ale spokojny i szczęśliwy. 
 
– Kazimierzowe to królewskie gospodarstwo – rzekła księżna – ale też żyć tu i nie umierać. 
– I Pan Jezus się do takiej ziemi śmieje – odrzekł Mikołaj z Długolasu – i błogosławieństwo 
Boże jest nad nią; ale jakoż ma być inaczej, kiedy tu, gdy zaczną bić dzwony, to nie 
masz takowego kąta, do którego by odgłos nie doszedł! Wiadomo przecie, że złe duchy znieść 
tego nie mogąc muszą aż na granicę węgierską do głuchych borów uciekać. 
– To mi i dziwno – ozwała się pani Ofka, wdowa po Krystynie z Jarząbkowa – że Walgierz 
Wdały, o którym zakonnicy prawili, może się w Tyńcu pokazywać, gdzie siedem razy na 
dzień dzwony biją. 
Uwaga ta zakłopotała na chwilę Mikołaja, który też dopiero po pewnym namyśle odrzekł: 
 
– Naprzód, wyroki boskie są niezbadane, a po wtóre, to sobie zauważcie, że on osobne pozwoleństwo 
za każdym razem otrzymuje. 
– A niech ta będzie, jak chce, alem rada, że w klasztorze nie nocujemy. Umarłabym chyba 
ze strachu, gdyby mi się taki piekielny wielkolud pokazał. 
– Hej! nie wiadomo, bo mówią, że okrutnie wdały. 
– Choćby był i najurodziwszy, nie chcę ja pocałowania od takiego, któremu siarką z gęby 
bucha. 
– A skąd wiecie, że zaraz chciałby was całować? 
Na te słowa księżna, a za nią pan Mikołaj i obaj rycerze z Bogdańca poczęli się śmiać. 
Śmiała się nie rozumiejąc dlaczego, za przykładem innych, i Danusia – zaś Ofka z Jarząbkowa 
zwróciła zagniewaną twarz do Mikołaja z Długolasu i rzekła: 
 
– Wolałabym jego niż was. 
– Ej, nie wywołujcie wilka z lasu – odpowiedział wesoło Mazur – bo jędzon często i po 
gościńcu między Krakowem a Tyńcem się włóczy, a szczególnie pod wieczór; nuż was usłyszy 
i nuż się wam w postaci wielkoluda ukaże! 
– Na psa urok! – odrzekła Ofka. 
Lech w tej chwili Maćko z Bogdańca, który siedząc na wyniosłym ogierze dalej mógł widzieć 
niż ci, którzy siedzieli w kolasce, ściągnął lejce i rzekł: 
 
– O, jak mi bóg miły, a to co? 
– Co takiego? 
– Wielkolud jakowyś zza wzgórza przed nami wyjeżdża. 

– A słowo stało się ciałem! – zawołała księżna. – Nie powiadajcie byle czego! 
Lecz Zbyszko uniósł się na strzemionach i rzekł: 
– Jako żywo – wielkolud, Walgierz, nikt inny! 
Na to woźnica osadził ze strachu konie i nie wypuszczając z rąk lejc począł się żegnać, albowiem 
i on dojrzał już z kozła naprzeciwległym wzgórzu olbrzymią postać jeźdźca. 
Księżna podniosła się – i zaraz usiadła z twarzą zmienioną przez trwogę, Danusia pochowała 
głowę w fałdy sukni księżnej. Dworzanie, dwórki i rybałci, którzy jechali konno za kolasą, 
usłyszawszy złowrogie imię poczęli skupiać się koło niej. Mężowie niby śmiali się jeszcze, 
ale w oczach mieli niepokój; panny pobladły, jeno Mikołaj z Długolasu, który z niejednego 
pieca chleb jadał – zachował pogodne oblicze i chcąc uspokoić księżnę rzekł: 
 
– Nie bójcie się, miłościwa pani. Toć słońce jeszcze nie zaszło, a choćby była i noc, święty 
Ptolomeusz da rady Walgierzowi. 
Tymczasem nieznany jeździec wjechawszy na podługowaty grzbiet wzgórza zatrzymał 
konia i stanął nieruchomo. W promieniach zachodzącego słońca widać go było doskonale – i 
istotnie postać jego zdawała się przechodzić ogromem zwykłe ludzkie rozmiary. Przestrzeń 
między nim a orszakiem księżny nie wynosiła więcej nad trzysta kroków. 
 
– Czego on stoi? – rzekł jeden z rybałtów. 
– Bo i my stoim – odpowiedział Maćko. 
– Spogląda ku nam, jakby sobie kogo chciał wybrać – zauważył drugi rybałt – żebym wiedział, 
że człowiek, a nie złe, to bym ku niemu podjechał i lutnią go przez łeb zwalił. 
Kobiety przestraszyły się już całkiem i poczęły się głośno modlić. Zbyszko zaś chcąc się 
popisać odwagą wobec księżnej i Danusi rzekł: 
 
– A ja i tak pojadę. Co mi ta Walgierz! 
Na to Danusia poczęła wołać na wpół z płaczem: „Zbyszku! Zbyszku!”, lecz on ruszył koniem 
i jechał coraz prędzej, ufny, że choćby i prawdziwego Walgierza znalazł, to na wskróś 
go kopią przebodzie. 
 
A Maćko, który miał wzrok bystry, rzekł: 
 
– Wydaje się wielkoludem, bo na wzgórzu stoi. Chłopisko jakieś duże, ale człek zwyczajny 
– nic innego. O wa! pojadę i ja, żeby do zwady między nim a Zbyszkiem nie dopuścić. 
Zbyszko tymczasem jadąc rysią rozmyślał, czy od razu kopię nastawić, czy też wpierw z 
bliska obaczyć, jak wygląda ów stojący na wzgórzu człowiek. Postanowił jednak wpierw zobaczyć 
i zaraz przekonał się, że była to myśl lepsza, albowiem w miarę jak się zbliżał, nieznajomy 
począł tracić w jego oczach swoje nadzwyczajne rozmiary. Mąż był ogromny i siedział 
na olbrzymim koniu, roślejszym jeszcze od Zbyszkowego ogiera – ale miary ludzkiej 
nie przechodził. Był nadto bez zbroi, w czapce aksamitnej na głowie, mającej kształt dzwona, 
i w białej płóciennej osłaniającej od kurzu opończy, spod której wyglądała zielona szata. Sto-
jąc na wzgórzu głowę miał wzniesioną i modlił się. Widocznie też zatrzymał konia dlatego, 
by skończyć wieczorne pacierze. 
 
„Ej, co mi za Walgierz!” – pomyślał młody chłopak. 
Dojechał już tak blisko, że mógłby był dosięgnąć kopią nieznajomego; ów zaś, widząc 
przed sobą wspaniale uzbrojonego rycerza, uśmiechnął się do niego życzliwie i rzekł: 
 
– Pochwalony Jezus Chrystus! 
– Na wieki wieków. 
– Żali to nie dwór księżnej mazowieckiej tam w dole? 
– Tak jest. 
– To z Tyńca jedziecie? 
Lecz na to nie było już odpowiedzi, albowiem Zbyszko zdumiał się tak, że nawet nie usłyszał 
zapytania. Przez chwilę stał jak skamieniały, oczom własnym nie wierząc, gdyż oto na 
ćwierć stai za nieznanym mężem ujrzał kilkunastu konnych żołnierzy, na czele których, ale 
 

znacznie naprzód, jechał rycerz przybrany cały w świecącą zbroję, w biały sukienny płaszcz z 
czarnym krzyżem i w stalowy hełm z przepysznym pawim czubem w grzebieniu. 
 
– Krzyżak! – szepnął Zbyszko. 
I na ten widok pomyślał, że modlitwy jego zostały wysłuchane, że Bóg w miłosierdziu 
swoim zsyła mu takiego Niemca, o jakiego w Tyńcu prosił, że trzeba z łaski boskiej korzystać, 
więc nie wahając się ani chwili – zanim to wszystko przemknęło mu przez głowę, zanim 
miał czas ochłonąć ze zdumienia, pochylił się w kulbace, złożył glewię w pół końskiego ucha 
i wydawszy rodowy okrzyk: „Grady! Grady!” – ruszył co koń wyskoczy na Krzyżaka. 
 
A tamten zdumiał się także, gdyż wstrzymał konia i nie pochylając kopii sterczącej w górę 
od strzemienia, patrzył przed siebie jakby niepewny, czy w niego godzą. 
 
– Pochyl kopię! – wrzeszczał Zbyszko wbijając żelazne końce strzemion w boki końskie. 
– Grady! Grady! 
Przestrzeń dzieląca ich poczęła się zmniejszać. Krzyżak widząc, że napad wymierzony jest 
naprawdę ku niemu, ściągnął konia, nadstawił broń i już, już kopia Zbyszkowa miała się roztrzaskać 
o jego piersi, gdy naraz jakaś potężna dłoń przyłamała ją Zbyszkowi przy samym 
ręku jak zeschłą trzcinę, potem taż sama dłoń ściągnęła cugle jego konia z tak straszliwą siłą, 
aż rumak zarył się wszystkimi czterema nogami w ziemię i stanął jak wkopany. 
 
– Szalony człecze, co czynisz? – ozwał się głęboki, groźny głos – w posła godzisz, króla 
znieważasz! 
Zbyszko spojrzał i poznał tegoż samego olbrzymiego męża, który poczytan za Walgierza 
przestraszył przed chwilą dworskie niewiasty księżny. 
 
– Puszczaj na Niemca! Coś za jeden? – zawołał chwytając za rękojeść topora. 
– Precz z toporem! – na miły Bóg! precz z toporem – mówię – bo z konia zwalę! – zawołał 
groźniej jeszcze nieznajomy. – Obraziłeś majestat króla i pod sąd pójdziesz. 
Po czym zwrócił się ku ludziom, którzy jechali za Krzyżakiem, i krzyknął: 
 
– Bywaj! 
Ale tymczasem nadjechał Maćko z twarzą niespokojną i złowrogą. Rozumiał i on jasno, że 
Zbyszko postąpił jak szalony i że z tej sprawy zgubne dla niego mogą wyniknąć skutki, ale 
jednak gotów był do bitki. Cały orszak nieznanego rycerza i Krzyżaka wynosił zaledwie piętnastu 
ludzi, uzbrojonych po części w dzidy, po części w kusze – dwóch więc całkiem pokrytych 
rycerzy mogło się z nimi potykać nie bez nadziei zwycięstwa. Myślał też Maćko, że jeżeliby 
w następstwie miał im zagrozić sąd, to może i lepiej uniknąć go przejechawszy przez 
tych ludzi, a potem pochować się gdzie, póki burza nie przeminie. Więc twarz skurczyła mu 
się zaraz jak paszcza wilka gotowego kąsać i wsparłszy konia między Zbyszka a nieznajomego 
męża, począł pytać imając się jednocześnie miecza: 
 
– Coście za jedni? Skąd wasze prawo? 
– Prawo moje stąd – odparł nieznajomy – że król mi nad przezpieczeństwem okolicy czuwać 
rozkazał, a zowią mnie Powała z Taczewa. 
Na te słowa Maćko i Zbyszko spojrzeli na rycerza, a następnie pochowali na wpół już wyciągniętą 
broń do pochew i pospuszczali głowy. Nie strach ich obleciał, ale pochylili czoła 
przed głośnym i dobrze sobie znanym nazwiskiem, albowiem Powała z Taczewa, szlachcic 
znakomitego rodu i pan możny, posiadający liczne ziemie wedle Radomia, był zarazem jednym 
z najsławniejszych rycerzy w Królestwie. Rybałci opiewali go w pieśniach jako wzór 
honoru i męstwa, sławiąc jego imię na równi z imieniem Zawiszy z Garbowa i Farureja, i 
Skarbka z Góry, i Dobka z Oleśnicy, i Jaśka Naszana, i Mikołaja z Moskorzowa, i Zyndrama 
z Maszkowic. W tej chwili przedstawiał on przy tym poniekąd osobę królewską, więc porwać 
się na niego znaczyło tyle, ile oddać głowę pod topór kata. 
 
Maćko też ochłonąwszy ozwał się pełnym poszanowania głosem: 
 
– Cześć i pokłon wam, panie, waszej sławie i męstwu. 

– Pokłon i wam, panie – odpowiedział Powała – choć wolałbym nie w tak ciężkiej przygodzie 
uczynić z wami znajomość. 
– Czemu to? – spytał Maćko. 
A Powała zwrócił się do Zbyszka: 
– Cóżeś ty, młodzieniaszku, najlepszego uczynił? Na publicznym gościńcu, pod bokiem 
królewskim porwałeś się na posła! Żali wiesz, coć za to czeka? 
– Porwał się na posła, bo młody i głupi, przeto o uczynek łatwiej mu niż o zastanowienie – 
rzekł Maćko. – Ale nie osądzicie go surowie, gdy całą sprawę rozpowiem. 
 
– Nie ja go będę sądził. Moja rzecz jeno więzy mu nałożyć... 
– Jakże to? – ozwał się Maćko obrzucając znów ponurym wejrzeniem całą gromadę ludzi. 
– Wedle królewskiego rozkazania. 
Po tych słowach zapadło milczenie. 
– Szlachcic jest – rzekł wreszcie Maćko. 
– To niech zaprzysięże na rycerską cześć, że stawi się na wszelki sąd. 
– Poprzysięgnę na cześć! – zawołał Zbyszko. 
– To dobrze. Jakoże was zowią? 
Maćko wymienił nazwisko i herb. 
– Jeśliście z dworu księżny Januszowej, to proście jej, by się wstawiła za wami do króla. 
– Nie z dworu jesteśmy. Z Litwy od księcia Witolda jedziem. Bogdajeśmy byli nijakiego 
dworu nie napotkali! Z tego to spotkania przyszło na chłopa nieszczęście. 
I tu Maćko począł opowiadać, co się zdarzyło w gospodzie, więc mówił o spotkaniu dworu 
księżnej i o ślubowaniu Zbyszkowym, ale w końcu chwycił go nagły gniew na Zbyszka, przez 
którego nierozwagę popadli w tak ciężkie położenie, więc zwróciwszy się do niego zawołał: 
 
– A bodajeś ty był legł pod Wilnem! Cóżeś ty sobie, warchlaku, myślał? 
– Ba – rzekł Zbyszko – po ślubowaniu modliłem się do Pana Jezusa, by mi Niemców przysporzył 
– i dań mu obiecałem, więc gdym pawie pióra, a przy nich opończę z czarnym krzyżem 
ujrzał, zaraz jakowyś głos zawołał we mnie: „Bij w Niemca, bo to cud!” No – i skoczyłem 
– kto by był nie skoczył? 
– Słuchajcie – przerwał Powała. – Nie życzę ja wam złego, bo to widzę jasno, że ów młodzianek 
więcej przez płochość przyrodzoną wiekowi niźli przez złość zawinił. Rad bym też 
zgoła na jego uczynek nie baczyć i pojechać sobie dalej, jakoby się nic nie stało. Ale mógłbym 
to tylko w takim razie uczynić, gdyby ów komtur obiecał, że się królowi nie poskarży. 
Proście go o to: może i jemu żal się uczyni wyrostka. 
– Wolej pójdę pod sąd, niźlibym się miał Krzyżakowi pokłonić! – zawołał Zbyszko. – Nie 
przystoi to mojej czci szlacheckiej. 
Na to Powała z Taczewa spojrzał na niego surowo i rzekł: 
 
– Źle czynisz. Lepiej od ciebie starsi wiedzą, co przystoi, a co nie przystoi czci rycerskiej. 
O mnie też ludzie słyszeli, a to ci powiadam, że gdybym taki uczynek popełnił, nie sromałbym 
się o darowanie winy prosić. 
Zbyszko zawstydził się, ale rzuciwszy wokół oczyma odrzekł: 
 
– Tu ziemia równa, byle ją trochę udeptać. Niźli Niemca przepraszać, wolej bym się z nim 
potykał konną albo pieszą, na śmierć albo niewolę. 
– Głupiś! – przerwał Maćko. – Jakże to z posłem będzie się potykał? Ni tobie z nim, ni jemu 
z takim chłystkiem! 
Tu zwrócił się do Powały: 
 
– Wybaczcie, szlachetny panie. Do reszty rozwydrzyło mi się chłopisko przez wojnę, ale 
lepiej niech do Niemca nie gada, bo jeszcze by go zwymyślał. Ja będę gadał, ja będę prosił, a 
jeśliby po skończonym posłowaniu chciał się ów komtur w ogrodzieńcu samowtór potykać, to 
i ja mu stanę. 
– Wielkiego rodu to jest rycerz, który nie każdemu stanie – odrzekł Powała. 

– Jakże? Albo to ja pasa i ostróg nie noszę? Mnie choćby i książę może stanąć. 
– Prawda jest, ale mu o tym nie mówcie, chybaby sam wspomniał, bo się boję, żeby się na 
was nie zawziął. No, niech was tam Bóg wspomaga. 
– Pójdę za cię oczyma świecić – rzekł do Zbyszka Maćko – ale poczekaj! 
I to rzekłszy zbliżył się do Krzyżaka, który zatrzymawszy się o kilka kroków, siedział nieruchomie 
na swym ogromnym jak wielbłąd koniu, podobny do odlanego z żelaza posągu, i 
słuchał z największą obojętnością poprzedniej rozmowy. Maćko podczas długich lat wojny 
nauczył się nieco po niemiecku, więc począł teraz tłumaczyć komturowi w jego rodowitym 
języku, co się stało, składać winę na młody wiek i porywczy umysł chłopca, któremu wydawało 
się, że to sam Bóg zesłał mu rycerza z pawim czubem, a wreszcie prosić o darowanie 
Zbyszkowi winy. 
 
A twarz komtura ani drgnęła. Sztywny i wyprostowany, z podniesioną głową, spoglądał na 
mówiącego Maćka swymi stalowymi oczyma tak obojętnie, a zarazem i pogardliwie, jakby 
spoglądał nie na rycerza i nawet nie na człowieka, ale na kołek w płocie. Włodyka z Bogdańca 
dostrzegł to i lubo słowa jego nie przestały być dworne, dusza poczęła się w nim widocznie 
burzyć; mówił z coraz większym przymusem, a na ogorzałych policzkach pokazały się mu 
rumieńce. Widocznym było, że wobec tej zimnej pychy walczył ze sobą, by nie zazgrzytać 
zębami i nie wybuchnąć okropnie. 
 
Powała zaś spostrzegł to i mając dobre serce postanowił mu przyjść w pomoc. I on szuka-
jąc za młodych lat na dworach: węgierskim, rakuskim, burgundzkim i czeskim, różnych rycerskich 
przygód, które szeroko rozsławiły jego imię, wyuczył się był po niemiecku, więc 
teraz ozwał się w tym języku do Maćka głosem pojednawczym i umyślnie żartobliwym: 
 
– Widzicie, panie, że szlachetny komtur mniema, że cała sprawa nawet i słowa jednego 
niewarta. Nie tylko w naszym Królestwie, ale i wszędzie wyrostkowie bywają niespełna rozumu, 
ale taki rycerz z dziećmi nie wojuje ni mieczem, ni prawem. 
Na to Lichtenstein wydął swe płowe wąsy i nie rzekłszy ani słowa ruszył koniem przed 
siebie, pomijając Maćka i Zbyszka. 
A im gniew szalony począł podnosić włosy pod hełmami, a ręce drżały im ku mieczom. 
 
– Czekaj, krzyżacka mać – mówił przez zaciśnięte zęby starszy rycerz z Bogdańca – teraz 
ja ci będę ślubował i znajdę cię, byleś posłować przestał. 
Lecz Powała, któremu serce poczęło również zapływać krwią, rzekł: 
 
– To potem. Niech teraz księżna przemówi za wami, bo inaczej gorze chłopcu. 
To rzekłszy pojechał za Krzyżakiem, zatrzymał go i przez czas jakiś rozmawiali z ożywieniem. 
I Maćko, i Zbyszko zauważyli, że rycerz niemiecki nie spoglądał jednakże na Powałę z 
twarzą tak dumną jak na nich – a to ich do większej jeszcze złości przywiodło. Po chwili Powała 
zawrócił ku nim i poczekawszy chwilę, by się Krzyżak oddalił, rzekł im: 
 
– Mówiłem za wami, ale to nieużyty człek. Powiada, że tylko w takim razie się nie poskarży, 
jeśli uczynicie to, czego będzie chciał... 
– Czego chce? 
– Powiedział tak: „Ja zatrzymam się, by księżnę mazowiecką powitać: niech, prawi, nadjadą, 
niech zlazą z koni, niech zdejmą hełmy – i z ziemi, z gołymi głowami mnie proszą, wówczas 
odpowiem.” 
Tu spojrzał Powała bystro na Zbyszka i dodał: 
 
– Ciężko to ludziom szlachetnego rodu... rozumiem – ale muszę cię przestrzec, że jeśli tego 
nie uczynisz, kto wie, co cię czeka: może katowski miecz. 
Twarze Maćka i Zbyszka uczyniły się jakby kamienne. Nastało znów milczenie. 
 
– No i co? – spytał Powała. 
A Zbyszko odrzekł spokojnie i z taką powagą, jakby mu przez tę jedną chwilę dwadzieścia 
lat przybyło: 
 
– A cóż! Moc boska nad ludźmi! 

– Jak to? 
– Tak, że chociażbym miał dwie głowy i choćby mi kat obydwie miał uciąć – jedną mam 
cześć, której mi pohańbić nie wolno. 
Na to spoważniał Powała i zwróciwszy się do Maćka spytał jeszcze: 
 
– A wy co powiadacie? 
– Ja powiadam – odrzekł posępnie Maćko – żem tego chłopa od małości wypiastował... Na 
nim też stoi nasz ród, bom stary – ale tego on uczynić nie może, choćby miał sczeznąć. 
Tu sroga twarz poczęła mu drgać i nagle miłość do bratanka wybuchnęła w nim z taką siłą, 
że chwycił go w swoje okute żelazem ręce i począł wołać: 
 
– Zbyszku! Zbyszku! 
A młody rycerz aż zadziwił się i oddawszy stryjcowi uścisk rzekł: 
– Aj! tom nie wiedział, że mnie tak miłujecie!... 
– Widzę, żeście prawi rycerze – rzekł wzruszony Powała – a skoro młody przysiągł mi na 
cześć, że się stawi, to go nie będę więził; takim jak wy ludziom można zaufać. Bądźcie też 
dobrej myśli. Niemiec w Tyńcu z dzionek zabawi, więc ja króla prędzej obaczę i tak mu 
sprawę opowiem, żeby go jak najmniej rozsierdzić. Szczęście, żem zdążył kopię przyłapać – 
wielkie szczęście! 
Lecz Zbyszko rzekł: 
 
– Jeśli już koniecznie mam głowę dać, to niechbym miał przynajmniej tę uciechę, żem 
Krzyżakowi gnaty połamał. 
– Że też to swojej czci potrafisz bronić, a tego nie rozumiesz, że na cały nasz naród hańbę 
byś ściągnął! – odparł niecierpliwie Powała. 
– Rozumieć, to ja rozumiem – rzekł Zbyszko – ale dlatego mi i żal... 
Powała zaś zwrócił się do Maćka: 
– Wiecie, panie, jeśli temu wyrostkowi uda się jakowym sposobem wykręcić, powinniście 
mu kaptur na głowę założyć, jako czynią sokołom. Inaczej nie skończy on własną śmiercią. 
– Udałoby się mu wykręcić, gdybyście wy, panie, chcieli zataić przed królem to, co się 
przygodziło. 
– A z Niemcem cóż uczynim? Języka mu przecież na węzeł nie zawiążę. 
– Prawda! Prawda!... 
Tak rozmawiając ruszyli z powrotem ku dworowi księżny. Słudzy Powały, którzy przedtem 
pomieszani byli z ludźmi Lichtensteina, jechali teraz za nimi. Z dala widać było wśród 
mazowieckich czapek chwiejące się w powiewie pawie pióra Krzyżaka i jego jasny, świecący 
w słońcu hełm. 
 
– Dziwna to jest natura krzyżacka – ozwał się jakby w zamyśleniu rycerz z Taczewa. – 
Gdy z Krzyżakiem źle, będzie ci wyrozumiały jak franciszkanin, pokorny jak jagnię i słodki 
jak miód – tak że lepszego na świecie nie znajdzie. Ale niech jeno poczuje za sobą moc – nikt 
ci się więcej nie napuszy i u nikogo nie znajdziesz mniej zmiłowania. Widać Pan Jezus dał im 
krzemienie zamiast serc. Przypatrywałem ja się przeróżnym narodom i nieraz widziałem, jako 
prawy rycerz oszczędzi drugiego, który jest słabszy, mówiąc sobie: „Nie przybędzie mi czci, 
skoro leżącego potratuję.” A Krzyżak wtedy właśnie najzawziętszy. Dzierżże go za łeb i nie 
puszczaj, bo inaczej gorze ci! Oto i ów poseł! – zaraz chciał nie tylko waszego przeproszenia, 
ale i waszej hańby. Ale rad jestem, że tego nie będzie. 
 
– Niedoczekanie jego! – zawołał Zbyszko. 
– Miarkujcie też, żeby frasunku po was nie poznał, bo zaraz by się ucieszył. 
Po tych słowach dojechali do orszaku i połączyli się z dworem księżny. Poseł krzyżacki ujrzawszy 
ich przybrał natychmiast wyraz pychy i wzgardy, lecz oni zdawali się go wcale nie 
widzieć. Zbyszko stanął od strony Danusi i jął wesoło mówić jej, że ze wzgórza widać już 
dobrze Kraków, Maćko zaś opowiadał jednemu z rybałtów o nadzwyczajnej sile pana z Taczewa, 
który przyłamał kopię w ręku Zbyszka jak suchy badyl. 
 

– A po coże ją przyłomił? – spytał rybałt. 
– Bo się chłopak do Niemca złożył, ale jedno dla śmiechu. 
Rybałtowi, który był szlachcic i człek obyty, nie wydał się taki żart zbyt przystojnym, ale 
widząc, że Maćko mówi o nim lekko, nie brał go także do serca. Tymczasem Niemca poczęło 
takie zachowanie się korcić. Raz i drugi spojrzał na Zbyszka, potem na Maćka: wreszcie zrozumiał, 
że z koni nie zsiędą i że umyślnie na niego nie zważają. Wówczas błysnęło mu coś w 
oczach jakby stalą – i zaraz począł się żegnać... 
 
W chwili zaś gdy ruszył, pan z Taczewa nie mógł się powstrzymać i rzekł mu na rozstaniu: 
 
– Jedźcie śmiele, mężny rycerzu. Kraj to spokojny i nikt na was ni napadnie, chyba jakowy 
dzieciak krotofilny.... 
– Choć dziwne są obyczaje w tym kraju, nie obrony, ale towarzystwa waszego szukałem – 
odparł Lichtenstein – jakoż tuszę, że się jeszcze spotkamy i na tutejszym dworze, i gdzie indziej... 
 
 
W ostatnich słowach brzmiała jakby ukryta groźba, dlatego Powała odrzekł poważnie: 
 
– Bóg to da... 
To powiedziawszy skłonił się i odwrócił, po czym wzruszył ramionami i rzekł półgłosem, 
tak jednak, aby go najbliżsi słyszeli: 
 
– Chuchraku! Zdjąłbym cię z kulbaki ostrzem kopii i przez trzy pacierze dzierżył w powietrzu! 
I począł rozmawiać z księżną, którą znał dobrze. Anna Danuta pytała go, co robi na gościńcu, 
on zaś oznajmił jej, że jeździ z królewskiego rozkazania, by utrzymać bezpieczeństwo 
w okolicy, w której z powodu wielkiej liczby gości ściągających zewsząd do Krakowa, łatwo 
jakowaś zwada zdarzyć się może. I na dowód przytoczył to, czego przed chwilą sam był 
świadkiem. Pomyślawszy jednak, że o orędownictwo księżny za Zbyszkiem dość będzie czasu 
prosić wówczas, gdy okaże się tego potrzeba, nie nadawał zajściu zbyt wielkiego znaczenia 
nie chcąc psuć wesołości. Jakoż księżna śmiała się nawet ze Zbyszka, że mu tak pilno było do 
pawich czubów – inni zaś dowiedziawszy się o przyłamaniu kopii, podziwiali pana z Taczewa, 
że tak łatwo to jedną ręką uczynił... 
 
On zaś chełpliwym nieco będąc cieszył się w sercu, że go sławią, i sam wreszcie począł 
opowiadać o swoich czynach, które głośnym uczyniły imię jego szczególniej w Burgundii, na 
dworze Filipa Śmiałego. Raz on tam w czasie turnieju chwycił, po skruszeniu kopii, pewnego 
rycerza ardeńskiego wpół, wywlókł go z kulbaki i wyrzucił na wysokość kopii w górę, chociaż 
Ardeńczyk cały był w żelazo zakuty. Filip Śmiały ofiarował mu za to złoty łańcuch, a 
księżna aksamitny trzewiczek, który on odtąd na hełmie nosi. 
 
Słysząc to wszyscy wpadli w wielkie zdumienie, z wyjątkiem Mikołaja z Długolasu, którzy 
rzekł: 
 
– Nie ma już w dzisiejszych zniewieściałych czasach takich mężów, jacy bywali za mojej 
młodości, albo takich, o jakich ojciec mój mi opowiadał. Zdarzy się teraz szlachcicowi rozedrzeć 
pancerz, naciągnąć kuszę bez korby albo skręcić między palcami tasak żelazny, to się 
już mocarzem powiada i nad innych się wynosi. A drzewiej czyniły to i dziewki. 
– Nie przeciwię ja się temu, że dawniej byli luzie tężsi – odpowiedział Powała – ale znajdą 
się i dziś chłopy krzepkie. Mnie Pan Jezus siły w kościach nie poskąpił, wszelako nie powiadam 
się najmocniejszych w tym Królestwie. Widziałeś waść kiedy Zawiszę z Garbowa? Ten 
by mnie zmógł. 
– Widziałem. Bary u niego tak szerokie jak wał od krakowskiego dzwonu. 
– A Dobko z Oleśnicy? Raz on na turnieju, który Krzyżacy w Toruniu wyprawili, rozciągnął 
dwunastu rycerzy z wielką chwałą dla siebie i dla naszego narodu... 
– Ale nasz Mazur Staszko Ciołek tęższy był, panie, i od was, i od Zawiszy, i od Dobka. 
Powiadali o nim, że wziąwszy w garść świeży kołek sok z niego wyciskał.1 
1 Historyczne. 
 

– Sok ja też wycisnę! – zawołał Zbyszko. 
I nim go kto poprosił o próbę, skoczył na brzeg drogi, udarł sporą gałąź z drzewa, a następnie 
ścisnął ją za koniec w oczach księżny i Danusi tak silnie, że sok począł istotnie kapać 
kroplami na drogę. 
 
– Aj, Jezu! – zawołała na ten widok Ofka z Jarząbkowa – nie chadzajże na wojnę, bo 
szkoda by była, żeby taki zginął przed ożenkiem... 
– Szkoda by! – powtórzył zasępiwszy się nagle Maćko. 
Lecz Mikołaj z Długolasu począł się śmiać, a z nim i księżna. Inni wszelako wychwalali w 
głos siłę Zbyszkową, że zaś w owych czasach żelazną rękę ceniono nad wszystkie inne przymioty, 
więc panny wołały na Danuśkę: „Raduj się!” – ona zaś rada była, chociaż nie rozumiała 
dobrze, co jej przyjść może z tego kawałka wyciśniętego drzewa. Zbyszko zapomniawszy 
całkiem o Krzyżaku spoglądał tak górnie, iż Mikołaj z Długolasu pragnąc przywieść go 
do pomiarkowania rzekł: 
 
– Próżno byś puszył się, bo są lepsi od ciebie. Jam tego nie widział, ale ojciec mój był 
świadkiem czegoś lepszego, co przygodziło się na dworze Karola, cesarza rzymskiego. Pojechał 
do niego w odwiedziny nasz król Kazimierz z wielu dworzany, między którymi był właśnie 
i ów słynny z mocy Staszko Ciołek, syn wojewody Andrzeja. Pocznie się tedy raz chełpić 
cesarz, że ma między swoimi ludźmi pewnego Czecha, który niedźwiedzia wpół obłapiwszy, 
na miejscu go udusi. Dopieroż wyprawili widowisko i Czech dwóch niedźwiedzi po kolei 
udusił. Bardzo się tym zafrasował nasz król, żeby ze wstydem nie odjechać, i rzeknie: „Ale 
mój Ciołek nie da mu się pohańbić.” Naznaczyli, że za trzy dni będą się zmagać. Nazjeżdżało 
się pań i rycerzy znacznych, a po trzech dniach chycili się Czech z Ciołkiem na zamkowym 
dworzyszczu; ale niedługo tego było, bo ledwie się objęli, przełomił Ciołek Czechowi krzyż, 
pokruszył wszystkie żebra i dopiero nieżywego z wielką chwałą królewską, z rąk wypuścił.2 
Tenże, przezwan od tej pory Łomignatem, raz dzwon wielki na wieżę sam jeden zaniósł, którego 
dwudziestu mieszczan z miejsca ruszyć nie mogło.3 
– A ile mu było roków? – pytał Zbyszko. 
– Młody był! 
Tymczasem Powała z Taczewa jadąc po prawej stronie przy księżnie pochylił się wreszcie 
do jej ucha i powiedział całą prawdę o ważności przygody, a zarazem prosił ją, by go poparła, 
gdy się będzie wstawiał za Zbyszkiem, który ciężko może za swój postępek odpowiadać. 
Księżna, której się Zbyszko podobał, przyjęła tę wiadomość z smutkiem i zaniepokoiła się 
bardzo. 
 
– Biskup krakowski rad mnie widzi – rzekł Powała – to może go uproszę i królowę też, ale 
im więcej będzie orędowników, tym będzie dla młodziaszka lepiej... 
– Byle królowa za nim się ujęła, włos mu z głowy nie spadnie – rzekła Anna Danuta – bo 
król ją i za świątobliwość, i za wiano czci wielce, a szczególniej teraz, gdy zdjęta jest z niej 
hańba bezpłodności. Ale jest przecie w Krakowie umiłowana siostra królewska księżna Ziemowitowa 
– do niej się udajcie. Ja też uczynię, co będę mogła, ale ona mu rodzona, a ja stryjeczna. 
– Kocha król i was, miłościwa pani. 
– Ej, nie tak – odrzekła z pewnym smutkiem księżna – dla mnie ogniwko, dla niej cały 
łańcuch; dla mnie liszka, dla niej soból. Nikogo z rodzonych nie miłuje król tak jak Aleksandrę. 
Nie ma takiego dnia, żeby z próżnymi rękoma odeszła... 
Tak rozmawiając zbliżyli się do Krakowa. Gościniec, rojny od samego Tyńca, zaroił się 
jeszcze bardziej. Spotykali ziemian ciągnących do miasta na czele pachołków, czasem w 
zbrojach, czasem w letnich szatach i słomianych kapeluszach. Niektórzy jechali konno, niektórzy 
koleśno, z żonami i córkami, które chciały widzieć zapowiadane z dawna gonitwy. 
 
2 Historyczne. 
3 Historyczne. 
 

Miejscami cały gościniec zawalony był przez wozy kupców, którym nie wolno było omijać 
Krakowa, by nie pozbawić miasta licznych opłat. Wieziono na tych wozach sól, wosk, zboża, 
ryby, skóry bydlęce, konopie, drzewo. Inne szły z miasta ładowne suknem, beczkami piwa i 
przeróżnym miejskim towarem. Kraków było już widać dobrze: ogrody królewskie, pańskie i 
mieszczańskie, otaczające zewsząd miasto, za nimi mury i wieże kościołów. Im było bliżej, 
tym ruch czynił się większy, a przy bramach trudno było wśród ogólnego skrzętu przejechać. 
 
– To miasto! nie masz chyba takiego drugiego na świecie – rzekł Maćko. 
– Zawsze jakoby jarmark – odrzekł jeden z rybałtów. – Dawnoście tu byli, panie? 
– Dawno. I dziwuję się, jakobym je pierwszy raz widział, gdyż z dzikich krajów przyjeżdżamy. 
– Mówią, że Kraków okrutnie urósł od króla Jagiełły. 
Była to prawda: od czasu wstąpienia na tron wielkiego księcia Litwy niezmierzone kraje 
litewskie i ruskie otwarte zostały dla krakowskiego handlu, wskutek czego miasto z dnia na 
dzień porastało w ludność, w dostatki, w budowle – i czyniło się jednym ze znaczniejszych w 
świecie... 
 
– Krzyżackie miasta też zacne – ozwał się znów gruby rybałt. 
– By jeno się do nich dostać – odpowiedział Maćko. – Byłby łup godny! 
Lecz Powała myślał o czym innym, mianowicie, że młody Zbyszko, który tylko przez głupią 
zapalczywość zawinił, idzie jednak jak wilkowi w gardziel. Pan z Taczewa, srogi i zawzięty 
w czasie wojny, miał jednak w swych potężnych piersiach prawdziwie gołębie serce – 
że zaś lepiej rozumiał od innych, co winowajcę czeka, więc zdjęła go nad nim litość... 
 
– Waguję się i waguję – rzekł znów do księżny – czy mówić królowi, co się stało, czy nie 
mówić. Jeśli Krzyżak się nie poskarży, to i nijakiej sprawy nie będzie, ale jeśli się ma skarżyć, 
to może by lepiej wszystko pierwej powiedzieć, by pan nagłym gniewem nie zagorzał... 
– Krzyżak jak może kogo zgubić, to zgubi – odrzekła księżna – ale ja przedtem rzekę młodzieńcowi, 
żeby do naszego dworu przystał. Może też król nie tak srodze dworzanina naszego 
ukarze. 
To rzekłszy zawołała Zbyszka, który dowiedziawszy się, o co idzie, zeskoczył z konia, 
podjął ją pod nogi i z największą radością zgodził się być jej dworzaninem, nie tyle dla większego 
bezpieczeństwa, ile dlatego, że w ten sposób mógł blisko Danusi pozostać... 
 
Powała zaś spytał tymczasem Maćka: 
 
– A gdzie zamieszkacie? 
– W gospodzie. 
– W gospodach z dawna nie masz żadnego miejsca. 
– To pójdziem do kupca znajomka, Amyleja, może nas przenocuje... 
– A ja wam powiem tak: pójdźcie w gościnę do mnie. Bratanek wasz mógłby z dworzany 
księżny na zamku zamieszkać, ale lepiej mu będzie nie być królowi pod ręką. Co się w pierwszym 
gniewie uczyni, tego się w drugim nie uczyni. Pewnie się przy tym rozdzielicie dostatkiem, 
wozami i służbą, a na to potrzeba czasu. Wiecie! – dobrze wam u mnie będzie i przezpiecznie. 
Maćko, lubo zaniepokoił się trochę tym, że Powała tak o ich bezpieczeństwie myśli, podziękował 
z wielką wdzięcznością i wjechali do miasta. Lecz tu obaj ze Zbyszkiem zapomnieli 
znów na chwilę o troskach na widok cudów, które ich otoczyły. Na Litwie i na pograniczu 
widzieli tylko pojedyncze zamki, a z miast znaczniejszych jedno Wilno – źle pobudowane 
i spalone, całe w popiele i gruzach, tu zaś kamienice kupieckie częstokroć okazalsze 
były od tamtejszego wielkoksiążęcego zamku. Wiele domów było wprawdzie drewnianych, 
ale i te dziwiły wyniosłością ścian i dachów oraz oknami ze szklanych gomółek pooprawianych 
w ołów, które odbijały tak blaski zachodzącego słońca, że można było mniemać, iż w 
domu jest pożar. W ulicach bliższych rynku pełno było jednak dworzyszcz z czerwonej cegły 
albo zgoła kamiennych, wysokich, ozdobionych przystawkami i czarnym krzyżowaniem po 
 

ścianach. Stały jedne obok drugich jak żołnierze w szyku, niektóre szerokie, drugie wąskie na 
dziewięć łokci, ale strzeliste, ze sklepionymi sieniami – często ze znakiem Bożej Męki lub z 
obrazem Najświętszej Panny nad bramą. Były ulice, na których widać było dwa szeregi domów, 
nad nimi pas nieba, na dole drogę całkiem wymoszczoną kamieniami, a po obu bokach, 
jak okiem dojrzeć, składy i składy – sowite – pełne najprzedniejszych, częstokroć dziwnych 
albo zupełnie nieznanych towarów, na które przywykły do ciągłej wojny i brania łupu Maćko 
spoglądał jednak nieco łakomym okiem. Lecz w jeszcze większy podziw wprowadziły obydwóch 
gmachy publiczne: kościół Panny Marii w Rynku, sukiennice, ratusz z olbrzymią piwnicą, 
w której sprzedawano piwo świdnickie, dżinghus, toż inne kościoły, toż składy sukna, 
toż ogromne mercatorium przeznaczone dla kupców zagranicznych, toż budynek, w którym 
zamykano wagę miejską, toż postrzygalnie, łaźnie, topnie miedzi, topnie wosku, złota i srebra, 
browary, całe góry beczek koło tak zwanego Schrotamtu – słowem, dostatki i bogactwa, 
których nie obyty z miastem człowiek, choćby zamożny właściciel „grodku”, wyobrazić sobie 
nawet nie umiał... 
 
Powała zaprowadził Maćka i Zbyszka do swego domostwa przy ulicy Św. Anny, kazał im 
dać izbę obszerną, polecił ich swym giermkom, sam zaś udał się na zamek, z którego wrócił 
na wieczerzę dość późną nocą. Wraz z nim przybyło kilku jego przyjaciół – i używając obficie 
na winie i mięsie ucztowali wesoło, sam tylko gospodarz był jakiś zatroskany – a gdy 
wreszcie goście porozchodzili się do domów, rzekł do Maćka: 
 
– Gadałem z jednym kanonikiem, biegłym w piśmie i w prawie, któren powiada, że zniewaga 
posła to sprawa gardłowa. Proścież tedy Boga, by się Krzyżak nie skarżył... 
Usłyszawszy to obaj rycerze, lubo przy uczcie przebrali nieco miarę, jednakże udali się na 
spoczynek nie z tak już wesołym sercem. Maćko nie mógł nawet zasnąć i po niejakim czasie, 
gdy się już pokładli, ozwał się do bratańca: 
 
– Zbyszku? 
– A co? 
– Bo tak pomiarkowawszy wszystko, myślę wszelako, że ci głowę utną. 
– Myślicie? – spytał Zbyszko sennym głosem. 
I obróciwszy się do ściany zasnął smaczno, gdyż był utrudzon drogą... 

Rozdział 
piąty 
 
 
Następnego dnia obaj rycerze z Bogdańca wraz z Powałą udali się na ranną mszę do katedry, 
tak dla nabożeństwa, jak i dlatego, by widzieć dwór i gości, którzy schodzili się na zamek. 
Jakoż po drodze już Powała spotkał mnóstwo znajomych, a między nimi wielu rycerzy 
sławnych w kraju i za granicą, na których z podziwem patrzył młody Zbyszko obiecując sobie 
w duszy, że jeśli sprawa z Lichtensteinem ujdzie mu na sucho, to będzie się starał im wyrównać 
w męstwie i we wszystkich cnotach. Jeden z tych rycerzy, Toporczyk, krewny kasztelana 
krakowskiego, powiedział im nowinę o powrocie z Rzymu Wojciecha Jastrzębca, scholastyka, 
który jeździł do papieża Bonifacego IX z listem królewskim, zapraszającym na chrzciny 
do Krakowa. Bonifacy przyjął zaprosiny, a jakkolwiek wyraził wątpliwość, czy będzie mógł 
przybyć własną osobą, upoważnił posła, aby w jego imieniu trzymał do chrztu mające się 
narodzić dziecię, a zarazem prosił, by w dowód osobliwszej jego miłości dla obojga królestwa 
dziecku nadano imię Bonifacy lub Bonifacja. 
 
Mówiono także o bliskim przyjeździe króla węgierskiego Zygmunta i spodziewano się go 
na pewno. Zygmunt bowiem przyjeżdżał i proszony, i nieproszony, zawsze gdy zdarzyła się 
sposobność jakowychś odwiedzin, uczt i gonitw, w których z zamiłowaniem brał udział pragnąc 
zasłynąć po świecie i jako władca, i jako śpiewak, i jako jeden z pierwszych rycerzy. 
Powała, Zawisza z Garbowa, Dobko z Oleśnicy, Naszan i inni podobnej miary mężowie z 
uśmiechem wspominali sobie, jako za poprzednich bytności Zygmunta król Władysław prosił 
ich po cichu, aby na turnieju nie nacierali zbyt ostro i oszczędzali „węgierskiego gościa”, którego 
znana w świecie próżność była tak wielka, że w razie niepowodzenia wyciskała mu łzy z 
oczu. Lecz największe zajęcie między rycerstwem budziły sprawy Witoldowe. Rozpowiadano 
cuda o wspaniałości owej kolebki, ulanej ze szczerego srebra, którą od Witolda i żony jego 
Anny przywieźli w darze kniazie i bojarzyni litewscy. Potworzyły się, jako zwykle przed nabożeństwem, 
gromadki ludzi opowiadające sobie nowiny. W jednej z nich Maćko posłyszawszy 
o kolebce zabrał głos i opisywał kosztowność daru, ale więcej jeszcze opowiadał o zamierzonej 
ogromnej wyprawie Witolda przeciw Tatarom, gdyż zarzucano go o nią pytaniami. 
Wyprawa była prawie gotowa, albowiem ogromne wojska ruszyły już na wschód Rusi; gdy 
się zaś udała, rozciągnęłaby zwierzchnictwo króla Jagiełły niemal na pół świata, aż do nieznanych 
głębin azjatyckich, po granice Persji i brzegi Aralu. Maćko, który poprzednio był 
blisko osoby Witolda i mógł znać jego zamiary, umiał o nich rozpowiadać dokładnie, a nawet 
i tak wymownie, że zanim zadzwoniono na mszę, przed wschodami katedry utworzył się naokół 
niego krąg ciekawych. Szło – mówił – po prostu o wyprawę krzyżową. Sam Witold, 
chociaż go piszą wielkim kniaziem, rządzi przecie Litwą z ramienia Jagiełły i jest tylko wielkorządcą, 
zasługa więc spadnie na króla. I co za chwała będzie dla nowo ochrzczonej Litwy i 
dla potęgi Polski, gdy połączone wojska poniosą Krzyż w takie strony, w których, jeśli 
wspominają imię Zbawiciela, to chyba dlatego, by mu bluźnić, i w których nie postała dotąd 
noga Polaka ni Litwina! Wypędzony Tochtamysz, gdy go polskie i litewskie wojska posadzą 
na nowo na utraconym kapczackim tronie, uzna się „synem” króla Władysława i jako obiecał, 
wraz z całą Złotą Ordą pokłoni się Krzyżowi. 
 

Słuchano z natężeniem tych słów, lecz wielu nie wiedziało dobrze, o co chodzi, komu 
Witold ma pomagać, przeciw komu wojować – więc niektórzy poczęli pytać: 
 
– Powiadajcie wyraźnie, z kim wojna? 
– Z kim? Z Tymurem Chromym – odrzekł Maćko. 
Nastała chwila milczenia. O uszy rycerstwa zachodniego odbijały się wprawdzie niejednokrotnie 
nazwy Ord Złotych, Sinych, Azowskich i rozmaitych innych, ale sprawy tatarskie i 
wojny domowe między pojedynczymi Ordami nie były mu dobrze wiadome. Natomiast nie 
znalazłbyś ani jednego człowieka w ówczesnej Europie, który by nie słyszał o straszliwym 
Tymurze Chromym, czyli Tamerlanie, którego imię powtarzano z niemniejszą trwogą niż 
niegdyś imię Attyli. Był to przecie „pan świata” i „pan czasów” – władca dwudziestu siedmiu 
zawojowanych państw, władca Rusi Moskiewskiej, władca Sybiru, Chin po Indie, Bagdadu, 
Ispahanu, Aleppu, Damaszku – którego cień padał przez piaski arabskie na Egipt, a przez 
Bosfor na Cesarstwo Greckie – tępiciel ludzkiego rodzaju, potworny budowniczy piramid z 
czaszek ludzkich, zwycięzca we wszystkich bitwach, niezwyciężony w żadnej, „pan dusz i 
ciał”. 
 
Tochtamysz przez niego posadzon jest na tronie Złotej i Sinej Ordy – i uznan „synem”. 
Lecz gdy władztwo jego rozciągnęło się od Aralu do Krymu, przez więcej ziem, niż ich było 
w reszcie Europy, „syn” chciał być władcą niepodległym – za co „jednym palcem” strasznego 
ojca pozbawion tronu uciekł do litewskiego rządcy wzywając go o pomoc. Jego to właśnie 
zamierzył Witold wprowadzić na powrót na państwo, ale aby to uczynić, trzeba się było 
wpierw zmierzyć ze światowładnym Kulawcem. 
 
Z tego też powodu imię jego silne na słuchaczach sprawiło wrażenie – i po chwili milczenia 
jeden z najstarszych rycerzy, Wojciech z Jagłowa, rzekł: 
 
– Nie z byle kim sprawa. 
– A o byle co – ozwał się roztropnie Mikołaj z Długolasu. – Bo czy tam za dziesiątą ziemią 
będzie Tochtamysz, czy jakowyś Kutłuk panował synom Beliala, cóż nam z tego przyjdzie? 
– Tochtamysz wiarę chrześcijańską by przyjął – odpowiedział Maćko. 
– Przyjąłby albo nie przyjął. Żali można psubratom wierzyć, którzy Chrystusa nie wyznawają? 
– Lecz dla imienia Chrystusowego godzi się polec – odparł Powała. 
– I dla czci rycerskiej – dodał Toporczyk, krewny kasztelana. – Są przecie między nami tacy, 
którzy pójdą. Pan Spytko z Melsztyna młodą ma żonę i umiłowaną, a dlatego już do kniazia 
Witolda pociągnął. 
– Bo i nie dziwno – wtrącił Jaśko z Naszan – choćbyś miał najbezecniejszy grzech na duszy, 
odpust za taką wojnę pewny i zbawienie pewne. 
– A sława po wieki wieków – rzekł znów Powała z Taczewa. – Jak wojna, to wojna, a że 
nie byle z kim, to lepiej. Tymur świat zawojował i ma dwadzieścia siedem królestw pod sobą. 
Toż by była chwała dla naszego narodu, żebyśmy go starli. 
– Dlaczegoby nie? – odrzekł Toporczyk – choćby i sto królestw posiadał, niech się go inni 
boją, ale nie my! Godnie mówicie! Skrzyknąć by jeno z dziesięć tysięcy kopijników dobrych 
– to i świat przejdziem. 
– A któryż naród ma Chromego pokonać, jeśli nie nasz?... 
Tak rozmawiali rycerze, a Zbyszko aż się zdziwił, że przedtem nigdy nie przyszła mu 
ochota pociągnąć z Witoldem w dzikie stepy... Ale za czasu pobytu w Wilnie chciało mu się 
widzieć Kraków, dwór, wziąć udział w gonitwach rycerskich, a teraz pomyślał, że tu znaleźć 
może niesławę i sąd, tam zaś w najgorszym razie znalazłby śmierć pełną chwały... 
 
Lecz stuletni Wojciech z Jagłowa, któremu ze starości trzęsła się już szyja, ale który rozum 
miał odpowiedni wiekowi, oblał zimną wodą ochotę rycerzy: 
 
– Głupiście – rzekł. – Żali to żaden z was nie słyszał, że wizerunek Chrystusów przemówił 
do królowej, a jeżeli sam Zbawiciel do takiej dopuszcza ją poufałości, czemu by Duch Świę

ty, który jest trzecią Trójcy osobą, miał na nią być mniej miłościw. Przez to ona przyszłe rzeczy 
widzi, jakoby się przed nią działy, i mówiła tak... 
 
Tu zatrzymał się i przez chwilę trząsł głową, a następnie rzekł: 
 
– Zapomniałem, co powiedziała, ale zaraz sobie przypomnę. 
I począł się namyślać, oni zaś czekali w skupieniu, albowiem powszechne było mniemanie, 
że królowa widzi przyszłe zdarzenia. 
 
– Aha! – rzekł wreszcie – jużem się obaczył! Królowa powiedziała, że gdyby wszystko rycerstwo 
tutejsze poszło z kniaziem Witoldem na Chromego, tedy byłaby moc pogańska skruszona. 
Ale to nie może być, dla niepoczciwości panów chrześcijańskich. Trzeba granic pilnować 
i od Czechów, i od Węgrzynów, i od Zakonu, bo nikomu ufać nie można. Gdy zaś garść 
jeno Polaków z Witoldem pójdzie, pokona go Tymur Kulawy albo jego wojewodowie, którzy 
ćmom nieprzeliczonym przywodzą... 
– Przecie teraz jest spokój – ozwał się Toporczyk – i sam Zakon daje podobno jakowąś 
pomoc Witoldowi. Nie mogą nawet Krzyżacy inaczej uczynić, choćby dla wstydu – żeby Ojcu 
Świętemu pokazać, iże z pogany walczyć gotowi. Prawią też dworscy, że Kuno Lichtenstein 
nie tylko dla krzcin, ale i dla narad z królem tu bawi... 
– A oto i on! – zawołał ze zdziwieniem Maćko. 
– Prawda! – rzekł oglądają się Powała. – Dalibóg on! Krótko bawił u opata i musiał chyba 
do dnia z Tyńca wyjechać. 
– Jakoś mu było pilno – odrzekł posępnie Maćko. 
Tymczasem Kuno Lichtenstein przeszedł koło nich. Maćko poznał go po krzyżu wyszytym 
na płaszczu, ale on nie poznał ni jego, ni Zbyszka, gdyż widział ich poprzednio w hełmach, z 
hełmu zaś, nawet przy otwartej przyłbicy, widać było tylko małą część twarzy rycerza. Przechodząc 
skinął głową Powale z Taczewa i Toporczykowi, po czym wraz ze swymi giermkami 
począł wstępować po schodach do katedry krokiem poważnym i pełnym majestatu. 
 
Wtem ozwały się dzwony płosząc stada kawek i gołębi gnieżdżących się po wieżach, a zarazem 
oznajmiając, iż msza niebawem się rozpocznie. Maćko i Zbyszko weszli razem z innymi 
do kościoła, nieco zaniepokojeni szybkim powrotem Lichtensteina. Lecz starszy rycerz 
niepokoił się więcej, albowiem uwagę młodszego pochłonął całkowicie dwór królewski. 
Zbyszko nigdy w życiu nie widział nic równie świetnego jak ten kościół i to zebranie. Na 
prawo i na lewo otaczali go najznakomitsi mężowie Królestwa, słynni w radzie lub boju. 
Wielu, których rozum przeprowadził małżeństwo W. Księcia Litwy z cudną i młodziuchną 
królową polską, już pomarło, ale niektórzy żyli jeszcze, i na tych spoglądano ze czcią nadzwyczajną. 
Nie mógł się napatrzyć młody rycerz wspaniałej postaci Jaśka z Tęczyna, kasztelana 
krakowskiego, w której łączyła się surowość z powagą i prawością; podziwiał mądre i 
stateczne twarze innych rajców lub potężne oblicza rycerskie, z włosami równo przeciętymi 
nad brwią, a spływającymi w długich kędziorach z boków głowy i z tyłu. Niektórzy nosili 
siatki na głowach, niektórzy tylko przepaski utrzymujące w ładzie włosy. Goście zagraniczni, 
posłowie króla rzymskiego, czescy, węgierscy i rakuscy, oraz ich przyboczni dziwili największą 
wykwintnością ubiorów; kniazie i bojarzynowie litewscy przy boku króla zostający, pomimo 
lata i gorących dni, mieli na sobie dla okazałości szuby podbite futrem kosztownym; 
kniazie ruscy, w szatach sztywnych a szerokich, wyglądali na tle ścian i złoceń kościelnych 
jak obrazy bizantyńskie. Lecz z największą ciekawością oczekiwał Zbyszko wejścia króla i 
królowej i tłoczył się, ile mógł, ku stallom, za którymi w pobliżu ołtarza widać było dwie poduszki 
z czerwonego aksamitu, królestwo bowiem słuchali mszy zawsze na klęczkach. Jakoż 
nie czekano długo: król wszedł pierwszy drzwiami od zakrystii i zanim doszedł przed ołtarz, 
można mu się było dobrze przypatrzyć. Włosy miał czarne, zwichrzone i rzedniejące nieco 
nad czołem, długie, po bokach założone za uszy, twarz smagłą, całkiem ogoloną, nos garbaty 
i dość spiczasty, koło ust zmarszczki, oczki czarne, małe, świecące, którymi rzucał na 
wszystkie strony, jakby chciał, zanim dojdzie przed ołtarz, porachować wszystkich ludzi w 
 

kościele. Oblicze jego miało wyraz dobrotliwy, ale zarazem i czujny, człowieka, który wyniesion 
przez fortunę nad własne spodziewanie, musi myśleć ustawicznie o tym, czy jego po-
stępki odpowiadają godności, i który obawia się złośliwych przygan. Ale właśnie dlatego była 
w jego twarzy i ruchach jakby pewna niecierpliwość. Łatwo było odgadnąć, że gniew jego 
musi być nagły, straszny i że jest to zawsze ten sam książę, który swego czasu, zniecierpliwiony 
matactwami Krzyżaków, wołał do ich wysłanników: „Ty do mnie z pergaminem, a ja 
do ciebie z dzidą!” 
 
Lecz już teraz tę przyrodzoną zapalczywość hamowała wielka i szczera pobożność. Nie 
tylko świeżo nawróceni kniazie litewscy, ale i pobożni z dziada pradziada wielmoże polscy 
budowali się widokiem króla w kościele. Często on odrzuciwszy poduszkę klękał dla większego 
umartwienia na gołych kamieniach; często wzniósłszy ręce do góry trzymał je wzniesione 
dopóty, dopóki mu same nie opadły ze zmęczenia. Słuchał najmniej trzech mszy dziennie 
i słuchał ich niemal z chciwością. Odkrycie kielicha i odgłos dzwonka na Podniesienie 
napełniały zawsze duszę jego uniesieniem, zachwytem, rozkoszą i przestrachem. Po skończonej 
mszy wychodził z kościoła jakby zbudzon ze snu, uspokojony, łagodny, i dworzanie 
wcześnie zwiedzieli się, że wówczas najlepiej jest go prosić czy o przebaczenie, czy o dary. 
 
Jadwiga weszła przez drzwi od zakrystii. Ujrzawszy ją rycerze bliżsi stallów, jakkolwiek 
msza się jeszcze nie zaczęła, poklękali natychmiast, mimo woli oddając jej cześć jak świętej. 
Zbyszko uczynił to samo, albowiem w całym tym zgromadzeniu nikt nie wątpił, że ma naprawdę 
przed sobą świętą, której obrazy będą zdobiły z czasem ołtarze kościelne. Szczególniej 
od kilku lat, surowe, pokutnicze życie Jadwigi sprawiło, że obok czci, winnej królowej, 
oddawano jej cześć niemal religijną. Z ust do ust między panami i ludem chodziły głosy o 
cudach spełnianych przez królowę. Mówiono, iż dotknięcie jej dłoni leczyło chorych: ludzie 
pozbawieni władzy w rękach i nogach odzyskiwali ją po włożeniu starych szat królowej. Wiarogodni 
świadkowie zapewniali, iż słyszeli na własne uszy, jak raz Chrystus przemówił do 
niej z ołtarza. Czcili ją na klęczkach monarchowie zagraniczni, czcił i obawiał się ją obrazić 
nawet hardy Zakon krzyżacki. Papież Bonifacy IX nazywał ją świątobliwą i wybraną córką 
Kościoła. Świat patrzał na jej postępki i pamiętał, że to dziecię domu Andegaweńskiego i 
polskich Piastów, że ta córka potężnego Ludwika, wychowanka najświetniejszego dworu, a 
wreszcie najpiękniejsza z dziewic na ziemi, zrzekła się szczęścia, zrzekła się pierwszej dziewiczej 
miłości i poślubiła jako królowa „dzikiego” księcia Litwy, aby wraz z nim skłonić do 
stóp Krzyża ostatni pogański naród w Europie. Czego nie dokazały siły wszystkich Niemców, 
potęga Zakonu, wyprawy krzyżowe, morze przelanej krwi – tego dokazało jedno jej słowo. 
Nigdy chwała apostolstwa nie opromieniła młodszego i cudniejszego czoła – nigdy apostolstwo 
nie połączyło się z takim poświęceniem – nigdy niewieścia piękność nie zaświeciła taką 
anielską dobrocią i takim cichym smutkiem. 
 
Opiewali ją też minstrele na wszystkich dworach Europy; zjeżdżali się do Krakowa rycerze 
z najodleglejszych ziem, by widzieć tę polską królowę, kochał ją jak źrenicę oka jej własny 
naród, któremu przez związek z Jagiełłą przymnożyła potęgi i sławy. Jedna tylko wielka troska 
zaciążyła nad nią i nad narodem – oto tej wybrance swojej Bóg odmawiał przez długie 
lata potomstwa. 
 
Lecz gdy nareszcie i ta niedola minęła, radosna wieść o uproszonym błogosławieństwie 
rozbiegła się jak błyskawica od Bałtyku po Morze Czarne, po Karpaty i napełnia weselem 
wszystkie ludy olbrzymiego państwa. Z wyjątkiem stolicy krzyżackiej przyjęto ją radośnie 
nawet po dworach zagranicznych. W Rzymie śpiewano Te Deum. W ziemiach polskich 
utrwaliło się ostatecznie mniemanie, że o co „święta pani” Boga poprosi, to stanie się nieodmiennie. 
 
 
Przychodzili więc do niej ludzie błagać, by uprosiła im zdrowie, przychodzili wysłańcy od 
ziem i powiatów, by w miarę potrzeby modliła się to o deszcz, to o pogodę na żniwa, to o 
szczęśliwą kośbę, to o pomyślne miodobranie, to o obfitość ryby w jeziorach, to o zwierza w 
 

lasach. Groźni rycerze z nadgranicznych zamków i gródków, którzy przyjętym od Niemców 
zwyczajem trudnili się zbójnictwem lub wojną między sobą, na jedno jej napomnienie wkładali 
miecze do pochew, puszczali jeńców bez okupu, zwracali zagarnięte stada i podawali 
sobie dłonie do zgody. Wszelka niedola, wszelkie ubóstwo cisnęło się do bram krakowskiego 
zamku. Czysty duch jej przenikał w serca ludzkie, łagodził los niewolników, dumę panów, 
surowość sędziów i unosił się jak świt szczęścia, jak anioł sprawiedliwości i spokoju nad całą 
krainą. 
 
Wszyscy też z bijącymi sercami oczekiwali dnia błogosławieństwa. 
 
Rycerze pilnie spoglądali na postać królowej, aby z jej kształtów wywnioskować, jak długo 
przyjdzie im czekać na przyszłego dziedzica lub przyszłą dziedziczkę tronu. Ksiądz biskup 
krakowski Wysz, który był zarazem najbieglejszym w kraju, a słynnym i za granicą lekarzem, 
nie zapowiadał jeszcze rychłego połogu, jeśli zaś czyniono przygotowania, to dlatego, że 
zwyczajem wieku było rozpoczynać wszelkie uroczystości jak najwcześniej, a przeciągać je 
przez całe tygodnie. Jakoż postać pani, lubo podana nieco naprzód, zachowała dotychczas 
dawną wysmukłość. Odzież nosiła aż nazbyt prostą. Niegdyś – wychowana na świetnym 
dworze i piękniejsza od wszystkich współczesnych księżniczek – kochała się w kosztownych 
tkaninach, w łańcuchach, perłach, w złotych manelach i pierścieniach, obecnie – a nawet od 
lat już kilku – nie tylko nosiła szaty mniszki, ale przysłaniała nawet i twarz z obawy, by myśl 
 
o własnej piękności nie wzbudziła w niej pychy światowej. Próżno Jagiełło dowiedziawszy 
się o odmiennym jej stanie polecił w uniesieniu radości, by łożnicę przyozdobiła złotogłowiem, 
bisiorem i klejnotami. Odpowiedziała, że wyrzekłszy się z dawna okazałości pamięta, 
iż pora złogów bywa częstokroć porą śmierci, a więc nie wśród klejnotów, ale w cichej pokorze 
powinna przyjąć łaskę, którą ją Bóg nawiedza. 
Złoto i klejnoty szły tymczasem na Akademię lub na wysyłanie nowo ochrzczonej młodzieży 
litewskiej do zagranicznych uniwersytetów. 
 
Królowa zgodziła się tylko w tym zmienić zakonny pozór, iż od czasu jak nadzieja macie-
rzyństwa stała się zupełną pewnością, nie przysłaniała więcej twarzy słusznie mniemając, że 
nie przystoi jej od tej chwili strój pokutnicy... 
 
Jakoż wszystkie oczy spoczęły teraz z miłością na tym cudnym obliczu, któremu ni złoto, 
ni drogie kamienie nie mogły przydać ozdoby. Królowa szła zwolna od drzwi zakrystii ku 
ołtarzowi mając oczy wzniesione do góry, w jednej ręce książkę, w drugiej różaniec. Zbyszko 
ujrzał liliową twarz, niebieskie źrenice, rysy po prostu anielskie, pełne spokoju, dobroci, miłosierdzia, 
i serce poczęło mu bić jak młotem. Wiedział on, że z rozkazania Bożego powinien 
kochać i swego króla, i swoją królową, i miłował ich po swojemu, ale teraz serce zawrzało mu 
nagle miłością wielką, która powstaje nie z nakazu, ale bucha sama przez nią jak płomień, a 
jest zarazem i czcią największą, i pokorą, i chęcią ofiary. Młody był i porywczy rycerz 
Zbyszko, więc chwyciła go zaraz chęć, by tę miłość i wierność poddanego rycerza jakoś okazać, 
coś dla niej uczynić, gdzieś lecieć, kogoś popłatać, coś zdobyć i samemu przy tym karkiem 
nałożyć. „Pójdę chyba z kniaziem Witoldem – mówił sobie – bo jakże świętej Pani 
usłużę, skoro nie masz nigdzie blisko wojny?” Nie przyszło mu nawet do głowy, by można 
inaczej usłużyć niż mieczem, rohatyną lub toporem, ale za to gotów był sam jeden na całą 
potęgę Tymura Chromego uderzyć. Chciało mu się zaraz po mszy siąść na koń i coś zacząć. 
Co? sam nie wiedział. Wiedział tylko, że nie wytrzyma, że go palą ręce i pali się w nim dusza 
cała... 
 
Zapomniał też znów całkiem o niebezpieczeństwie, które mu groziło. Zapomniał nawet 
chwilowo i Danusi – a gdy przyszła mu ona na myśl z powodu dziecinnych śpiewów, które 
nagle ozwały się w kościele, miał poczucie, że „to co innego”. Danusi przyrzekł wierność, 
przyrzekł trzech Niemców – i tego dotrzyma, ale przecie królowa jest ponad wszystkie niewiasty 
– i gdy pomyślał, ilu by dla królowej chciał zabić – ujrzał przed sobą całe zastępy pancerzy, 
hełmów, piór strusich, pawich, i czuł, że wedle chęci jeszcze by tego było za mało... 
 

Tymczasem nie spuszczał z niej oka rozmyślając w wezbranym sercu, jaką by ją uczcić 
modlitwą, sądził bowiem, że za królową byle jak modlić się nie można. Umiał powiedzieć: 
Pater noster, qui es in coelis, sanctificetur nomen Tuum – tego bowiem wyuczył go pewien 
franciszkanin w Wilnie, ale być może, że zakonnik sam więcej nie umiał, być może, że 
Zbyszko reszty zapomniał, dość że całego „Ojcze nasz” wyrecytować nie mógł. Teraz jednak 
począł powtarzać w kółko tych kilka słów, które w jego duszy znaczyły: „Daj naszej umiłowanej 
pani zdrowie i życie, i szczęście – i więcej o nią dbaj niż o wszystko inne.” Że zaś to 
mówił człowiek, nad którego własną głową wisiał sąd i kara – przeto w całym kościele nie 
było szczerszej modlitwy... 
 
Po skończonej mszy myślał Zbyszko, że gdyby mu wolno było stanąć przed królową, 
upaść przed nią na twarz i objąć jej stopy, to niechby potem nawet koniec świata nastąpił, ale 
po pierwszej mszy wyszła druga, potem trzecia, a następnie pani odeszła do swoich komnat, 
zwykle bowiem suszyła aż do południa i umyślnie nie brała udziału w wesołych śniadaniach, 
przy których dla uciechy króla i gości występowali trefnisie i kuglarze. Natomiast przed 
Zbyszkiem pojawił się stary rycerz z Długolasu i wezwał go do księżny. 
 
– Będziesz posługiwał przy śniadaniu mnie i Danusi jako mój dworzanin – rzekła księżna 
– a nuż zdarzy ci się przypodobać królowi jakowymś krotochwilnym słowem albo postępkiem, 
którym serce jego sobie zjednasz. Krzyżak, jeśli cię pozna, nie będzie może się skarżył 
widząc, że przy stole królewskim mnie posługujesz. 
Zbyszko ucałował tedy rękę księżny, po czym zwrócił się do Danusi i jakkolwiek przywykły 
więcej do wojny i bitek niż do dworskich obyczajów, wiedział jednak widocznie, co rycerzowi 
czynić przystoi, gdy rankiem zobaczy damę swych myśli – gdyż cofnął się i przybrawszy 
wyraz zdumienia zawołał żegnając się: 
 
– W imię Ojca i Syna, i Ducha!... 
A Danusia spytała podnosząc na niego modre oczki: 
– Czego się Zbyszko żegna, kiedy już po mszy? 
– Bo przez tę noc tyle ci, piękna panno, gładkości przybyło, aże mi cudnie! 
Lecz Mikołaj z Długolasu nie lubił, jako człowiek stary, nowotnych zagranicznych zwyczajów 
rycerskich, więc wzruszył ramionami i rzekł: 
 
– Co tam będziesz po próżnicy czas tracił i o urodzie jej prawił! Skrzat to, któren ledwie od 
ziemi odrósł. 
Na to Zbyszko spojrzał zaraz na niego zawzięcie: 
 
– Warujcie się nazywać ją skrzatem – rzekł blednąc z gniewu – i to wiedzcie, że gdyby 
wam było mniej roków, zaraz bym kazał ziemię za zamkiem udeptać, i niechby przyszła wasza 
albo moja śmierć!... 
– Cichaj, chłystku!... dałbym ci rady jeszcze dziś! 
– Cichaj! – powtórzyła księżna. – To zamiast o własnej głowie myśleć, będzie tu jeszcze 
zwady szukał! Wolej bym była stateczniejszego dla Danusi poszukała rycerza. Ale to ci powiadam, 
że jeśli chcesz burzyć, chybaj sobie, gdzie chcesz, bo tu takich nie trzeba... 
Zbyszko zawstydził się słowami księżny i począł ją przepraszać. Pomyślał przy tym, że jeśli 
pan Mikołaj z Długolasu ma doletniego syna, to tam kiedyś wyzwie go na walkę pieszą lub 
konną, byle za skrzata nie darować. Tymczasem jednak postanowił zachować się na pokojach 
królewskich jak trusia i nie wyzywać nikogo, chybaby tego koniecznie rycerska cześć wymagała... 
 
 
Odgłos trąb oznajmił, że śniadanie gotowe, więc księżna Anna wziąwszy za rękę Danusię 
udała się do komnat królewskich, przed którymi stali czekając na jej przyjście świeccy dygnitarze 
i rycerze. Księżna Ziemowitowa weszła już była pierwej, gdyż jako rodzona siostra 
królewska wyższe brała miejsce za stołem. Wnet zaroiło się w komnacie od gości zagranicznych 
i zaproszonych miejscowych dygnitarzy i rycerzy. Król siedział u wyższego końca stołu 
mając przy sobie biskupa krakowskiego i Wojciecha Jastrzębca, który chociaż niższy godno
 
 

ścią od infułatów, siedział jako poseł papieski po prawicy króla. Dwie księżne zajęły miejsca 
następne. Za Anną Danutą rozparł się wygodnie na szerokim krześle były arcybiskup gnieźnieński 
Jan, książę pochodzący z Piastów śląskich, syn Bolka III, księcia opolskiego. Zbyszko 
słyszał o nim na dworze Witoldowym i teraz stojąc za księżną i Danusią poznał go natychmiast 
po niezmiernie obfitych włosach, które pozwijane w strąki czyniły głowę jego podobną 
do kościelnego kropidła. Na worach książąt polskich przezywano go też Kropidłem, a nawet 
Krzyżacy dawali mu imię „Grapidla”. Był to człowiek słynny z wesołości i lekkich obyczajów. 
Otrzymawszy wbrew woli króla paliusz na arcybiskupstwo gnieźnieńskie chciał je zająć 
zbrojną ręką, za co wyzuty z godności i wypędzon, związał się z Krzyżakami, którzy dali mu 
na Pomorzu ubogie biskupstwo kamieńskie. Wówczas dopiero zrozumiawszy, że z potężnym 
królem lepiej jest być w zgodzie, przebłagał go, wrócił do kraju i czekał na opróżnienie której 
ze stolic, spodziewając się, że ją z rąk dobrotliwego pana otrzyma. Jakoż nie zawiódł się w 
przyszłości, a tymczasem starał się krotochwilami zaskarbić sobie serce królewskie. Został 
mu jednak zawsze dawny pociąg do Krzyżaków. Nawet i teraz, na dworze Jagiełłowym – 
niezbyt mile widziany przez dygnitarzy i rycerstwo – szukał towarzystwa Lichtensteina i rad 
sadowił się obok niego przy stole. 
 
Tak było i obecnie. Zbyszko stojąc za krzesłem księżny znalazł się tak blisko Krzyżaka, że 
mógłby go był ręką dosięgnąć. Jakoż palce poczęły go zaraz swędzić i kurczyć się, lecz to 
było mimo woli, gdyż pohamował swą popędliwość zupełnie nie pozwolił sobie na zdrożną 
myśl. Nie mógł się jednak powstrzymać od rzucania od czasu do czasu nieco łakomych spojrzeń 
na łysiejącą nieco z tyłu płową głowę Lichtensteina, na szyję, plecy i ramiona, pragnąc 
zarazem wymiarkować, czyli też wiele miałby z nim do roboty, gdyby się im spotkać przyszło 
bądź w bitwie, bądź w pojedynczej walce. Wydawało mu się, iż niezbyt wiele, bo choć łopatki 
Krzyżaka rysowały się dość potężnie pod obcisłą, z szarego cienkiego sukna szatą, był on 
jednak chuchrakiem w porównaniu do takiego Powały, do Paszka Złodzieja z Biskupic, do 
obu przesławnych Sulimczyków, do Krzona z Kozichgłów i do wielu innych rycerzy siedzących 
przy stole królewskim. 
 
Na nich to z podziwem i zazdrością spoglądał Zbyszko, lecz główną uwagę jego zwrócił 
sam król, który rzucając spojrzenia na wszystkie strony, zagarniał co chwila palcami włosy za 
uszy, jakby zniecierpliwiony tym, że śniadanie się jeszcze nie rozpoczęło. Wzrok jego zatrzymał 
się przez mgnienie oka i na Zbyszku, a wówczas młody rycerz doznał pewnego uczucia 
strachu, i na myśl, że pewno przyjdzie mu stanąć przed gniewnym obliczem królewskim, 
opanował go okrutny niepokój. Pierwszy to raz pomyślał naprawdę o odpowiedzialności i 
karze, jaka nań spaść mogła, dotychczas bowiem wydawało mu się to wszystko dalekie, niewyraźne, 
zatem nie warte troski. 
 
Ale Niemiec ani się domyślał, że ów rycerz, który natarł na niego zuchwale na gościńcu, 
znajduje się tak blisko. Rozpoczęło się śniadanie. Wniesiono polewkę winną, zaprawną jajami, 
cynamonem, gwoździkami, imbirem i szafranem tak silnie, że zapach rozszedł się po całej 
izbie. Jednocześnie trefniś Ciaruszek siedzący we drzwiach na zydlu począł udawać śpiew 
słowika, co widocznie weseliło króla. Po nim drugi obchodził stół wraz ze służbą obnoszącą 
potrawy, stawał nieznacznie za gośćmi i naśladował bliskie brzęczenie pszczoły tak dokładnie, 
że jaki taki kładł łyżkę i poczynał oganiać czuprynę. Na ten widok inni wybuchali śmiechem. 
Zbyszko pilnie usługiwał księżnie i Danusi, lecz gdy z kolei i Lichtenstein począł się 
klepać w łysiejącą głowę, zapomniał znów o niebezpieczeństwie i począł śmiać się aż do łez, 
a stojący blisko niego młody kniaź litewski Jamont, syn namiestnika smoleńskiego, pomagał 
mu w tym tak szczerze, że aż ronił potrawy z półmisków. 
 
Lecz Krzyżak spostrzegłszy wreszcie pomyłkę sięgnął do kalety, a jednocześnie zwróciwszy 
się do biskupa Kropidły przemówił do niego kilka słów po niemiecku, które biskup zaraz 
po polsku powtórzył: 
 

– Szlachetny pan mówi ci tak: – rzekł zwracając się do błazna – dostaniesz dwa skojce, ale 
nie brzęcz za blisko, gdyż pszczoły się odpędza, a trutniów się bije... 
Na to trefniś pochował dwa skojce, które mu podał Krzyżak, i korzystając z przysługującej 
błaznom na wszystkich dworach wolności rzekł: 
 
– Dużo miodu w ziemi dobrzyńskiej,1 dlatego ją trutnie obsiadły. Bijże ich, królu Władysławie! 
– Naści i ode mnie grosz, boś dobrze powiedział – rzekł Kropiło – jedno pamiętaj, że gdy 
leziwo się urwie, to bartnik kark skręci. Mają żądła te malborskie trutnie, które Dobrzyń obsiadły, 
i niebezpiecznie leźć na ich barć. 
– O wa! – zawołał Zyndram z Maszkowic, miecznik krakowski – można ich wykurzyć! 
– Czym? 
– Prochem! 
– Albo toporem barć ściąć! – rzekł olbrzymi Paszko Złodziej z Biskupiec. 
Zbyszkowi rosło serce, sądził bowiem, że takie słowa zapowiadają wojnę. Ale rozumiał je 
i Kuno Lichtenstein, który przebywając długo w Toruniu i Chełmnie wyuczył się polskiej 
mowy – i nie używał jej tylko przez pychę. Teraz jednak, podrażnion słowami Zyndrama z 
Maszkowic, utopił w nim swoje szare źrenice i odrzekł: 
 
– Zobaczymy. 
– Widzieli ojce nasi pod Płowcami, a i my widzielim pod Wilnem – odpowiedział Zyndram. 
– Pax vobiscum! – zawołał Kropidło. – Pax, pax! Niechże jeno ksiądz Mikołaj z Kurowa 
ustąpi z biskupstwa kujawskiego, a król miłościwy mnie po nim naznaczy, powiem wam tak 
piękne kazanie o miłości między chrześcijańskimi narodami, iż was do cna skruszę. Cóż to 
jest bowiem nienawiść, jeśli nie ignis, a do tego ignis infernalis... ogień tak okrutny, że woda 
mu nie poradzi – i chyba winem trzeba go zalewać. Wina dawajcie! Pojedziemy na ops! jak 
mawiał nieboszczyk biskup Zawisza z Kurozwęk! 
– A z opsu do piekła, jak mówił diabeł! – dodał trefniś Ciaruszek. 
– Niechże cię porwie! 
– Cudniej będzie, jeśli was porwie. Nie widziano jeszcze diabła z Kropidłem, ale tak myślę, 
że wszyscy będziemy mieli tę uciechę... 
– Wpierw ciebie jeszcze pokropię. Wina dajcie i niech żywie miłość między chrześcijany! 
– Między prawdziwymi chrześcijany! – powtórzył z naciskiem Kuno Lichtenstein. 
– Jakże? – zawołał podnosząc głowę biskup krakowski Wysz – żali to nie w odwiecznie 
chrześcijańskim królestwie przebywacie? żali nie starsze tu kościoły niż w Malborgu? 
– Nie wiem – odpowiedział Krzyżak. 
Król szczególniej drażliwy był, gdy szło o chrześcijaństwo. Zdawało mu się, że Krzyżak 
może jemu właśnie chce przymówić, więc wystające policzki pokryły mu się zaraz czerwonymi 
piętnami, oczy poczęły błyskać. 
 
– Co to! – odezwał się grubym głosem. – Nie chrześcijański ja król? co? 
– Królestwo powiada się chrześcijańskim – odparł zimno Krzyżak – a obyczaje są w nim 
pogańskie... 
Na to podnieśli się groźni rycerze: Marcin z Wrocimowic, herbu Półkoza, Florian z Koryt-
nicy, Bartosz z Wodzinka, Domarat z Kobylan, Powała z Taczewa, Paszko Złodziej z Biskupic, 
Zyndram z Maszkowic, Jaksa z Targowiska, Krzon z Kozichgłów, Zygmunt z Bobowy i 
Staszko z Charbimowic, potężni, sławni, zwycięscy w wielu bitwach, w wielu turniejach, i to 
płonąc z gniewu, to blednąc, to zgrzytając zębami, poczęli wołać jeden przez drugiego: 
 
– Gorze nam! bo gościem jest i nie może być wyzwan! 
1 Ziemia dobrzyńska zagarnięta została na mocy bezprawnego układu z Władysławem Opolczykiem przez Krzyżaków. 
 
 

A Zawisza Czarny, Sulimczyk, najsłynniejszy między słynnymi, „wzór rycerzy”, zwrócił 
zmarszczone czoło do Lichtensteina i rzekł: 
 
– Nie poznaję cię, Kunonie. Jakże możesz rycerzem będąc hańbić wspaniały naród, gdy 
wiesz, że jako posłowi żadna ci za to kara nie grozi? 
Lecz Kuno wytrzymał spokojnie groźne spojrzenia i odrzekł zwolna, dobitnie: 
 
– Nasz Zakon, zanim od Prus przybył, wojował w Palestynie, ale tam nawet i Saraceni po-
słów szanowali. Wy jedni ich nie szanujecie – i dlategom obyczaj wasz nazwał pogańskim. 
Na to gwar uczynił się jeszcze większy. Naokół stołu ozwały się znów okrzyki: „Gorze, 
gorze!” 
Ale uciszyły się, gdy król, na którego obliczu wrzał gniew, klasnął obyczajem litewskim 
kilkakroć w dłonie. Wówczas wstał stary Jaśko Topór z Tęczyna, kasztelan krakowski, sędziwy, 
poważny, postrach dostojnością urzędu budzący, i rzekł: 
 
– Szlachetny rycerzu z Lichtensteinu, jeśli was jakowaś obelga jako posła spotkała, mówcie, 
a srogiej sprawiedliwości wartko stanie się zadość. 
– Nie przygodziłoby mi się to w żadnym innym chrześcijańskim państwie – odrzekł Kuno. 
– Wczoraj na drodze do Tyńca napadł mnie jeden wasz rycerz, i choć z krzyża na płaszczu 
łacnie mógł poznać, ktom jest – na życie moje godził. 
Zbyszko usłyszawszy te słowa pobladł mocno i mimo woli spojrzał na króla, którego twarz 
była wprost straszna. Jaśko z Tęczyna zdumiał się i rzekł: 
 
– Możeż to być? 
– Zapytajcie pana z Taczewa, któren był świadkiem przygody. 
Wszystkie oczy zwróciły się na Powałę, który stał przez chwilę mroczny ze spuszczonymi 
powiekami, po czym rzekł: 
 
– Tak jest!... 
Usłyszawszy to rycerze poczęli wołać: „Hańba! hańba! Bogdaj się ziemia pod takim zapadła!” 
I ze wstydu jedni uderzali się pięściami w uda i piersi, drudzy skręcali w palcach cynowe 
misy na stole nie wiedząc, gdzie oczy podziać. 
 
– Czemuś ty go nie ubił? – zagrzmiał król. 
– Bo głowa jego do sądu należy – odparł Powała. 
– Uwięziliście go? – spytał kasztelan Topór z Tęczyna. 
– Nie, bo na cześć rycerską poprzysiągł, że się stawi. 
– I nie stawi się! – zawołał szyderczo Kuno podnosząc głowę. 
Wtem jakiś młody, smutny głos ozwał się niedaleko za plecami Krzyżaka: 
– Nie daj Bóg, abych ja hańbę od śmierci wolał. Jam to uczynił: Zbyszko z Bogdańca. 
Po tych słowach porwali się rycerze ku nieszczęsnemu Zbyszkowi, lecz powstrzymało ich 
groźne skinienie króla, który powstawszy z zaiskrzonymi oczyma począł wołać zdyszanym 
od gniewu głosem, podobnym do turkotu, jaki wydaje wóz toczący się po kamieniach: 
 
– Uciąć mu szyję! Uciąć mu szyję! Niech Krzyżak głowę jego odeśle do Malborga mistrzowi! 
Po czym krzyknął na stojącego w pobliżu młodego kniazia litewskiego, syna namiestnika 
smoleńskiego: 
 
– Trzymaj go, Jamont! 
Przerażony gniewem królewskim Jamont położył drżące dłonie na ramionach Zbyszka, 
który zwróciwszy ku niemu pobladłą twarz rzekł: 
 
– Nie ucieknę... 
Lecz białobrody kasztelan krakowski, Topór z Tęczyna, podniósł rękę na znak, że chce 
mówić – i gdy się uciszyło, rzekł: 
 
– Miłościwy królu! Niechże się ów komtur przekona, że nie twoja zapalczywość, ale nasze 
prawa karzą śmiercią za porwanie się na osobę posła. Inaczej słusznie by mógł mniemać, że 
nie masz praw chrześcijańskich w tym Królestwie. Sąd nad winowajcą sam odprawię! 

Ostatnie słowa wyrzekł głosem podniesionym i widocznie nie dopuszczając nawet myśli, 
aby ów głos mógł być nie wysłuchanym, skinął na Jamonta: 
 
– Zamknąć go do wieży. Wy zaś, panie z Taczewa, świadczyć będziecie. 
– Opowiem całą winę tego wyrostka, której żaden źrzały mąż między nami nigdy by się 
nie dopuścił – odpowiedział Powała spoglądając posępnie na Lichtensteina. 
– Słusznie prawi! – powtórzyli zaraz inni – pacholę to jeszcze! za cóż nas wszystkich z jego 
przyczyny pohańbiono? 
Nastała chwila milczenia i niechętnych spojrzeń na Krzyżaka, a tymczasem Jamont wiódł 
Zbyszka, by oddać go w ręce łuczników stojących na zamkowym dziedzińcu. Czuł on w młodym 
sercu litość dla więźnia, którą potęgowała wrodzona mu nienawiść do Niemców. Ale 
jako Litwin, przywykły ślepo spełniać wolę wielkiego księcia i sam przerażony gniewem 
królewskim, począł po drodze szeptać do młodego rycerza sposobem życzliwej namowy: 
 
– Wiesz, co ci rzekę: powieś się! najlepiej od razu powieś się. „Korol” rozsierdził się, i tak 
ci głowę utną. Czemu byś go nie miał uweselić? Powieś się, druhu! u nas taki zwyczaj. 
Zbyszko, na wpół przytomny ze wstydu i strachu, zdawał się z początku nie rozumieć słów 
kniazika, ale wreszcie zrozumiał je i aż zatrzymał się ze zdumienia: 
 
– Coże ty prawisz? 
– Powieś się! Po co cię mają sądzić. Króla uweselisz! – powtórzył Jamont. 
– Powieśże się sam! – zawołał młody rycerz. – To cię niby ochrzcili, a skóra została na tobie 
pogańska, i tego nawet nie rozumiesz, że grzech chrześcijaninowi taką rzecz czynić. 
A kniaź ruszył ramionami: 
 
– Toż nie po dobrej woli. I tak ci głowę utną. 
Zbyszkowi przemknęło przez myśl, że za podobne słowa wypadałoby zaraz wyzwać bojarzynka 
na walkę pieszą lub konną, na miecze albo na topory, ale stłumił w sobie tę chęć 
wspomniawszy, że już mu czasu na to nie stanie. Więc spuścił smutnie głowę i w milczeniu 
pozwolił się oddać w ręce przywódcy pałacowych łuczników. 
 
A w sali tymczasem uwaga powszechna zwróciła się w inną stronę. Danusia, widząc co się 
dzieje, przelękła się z początku tak, iż dech zaparło w jej piersi. Twarzyczka jej pobladła jak 
płótno, oczki stały się okrągłe z przerażenia – i patrzała na króla bez ruchu jak woskowa figurka 
w kościele. Lecz gdy wreszcie usłyszała, że jej Zbyszkowi mają głowę uciąć, gdy go 
zabrali i wyprowadzili z izby, wówczas chwycił ją żal niezmierny; usta i brwi poczęły jej się 
trząść; nie pomógł nic ni strach przed królem, ni przygryzanie ząbkami ust – i nagle wybuchnęła 
płaczem tak żałosnym i donośnym, że wszystkie twarze zwróciły się ku niej, a sam król 
spytał: 
 
– Co to jest? 
– Królu miłościwy! – zawołała księżna Anna. – To jest córka Juranda ze Spychowa, której 
ów nieszczęsny rycerzyk ślubował. Ślubował ci jej trzy pawie czuby z hełmów zedrzeć – i 
ujrzawszy czub taki na hełmie tego komtura mniemał, że go mu sam Bóg zesłał. Nie ze złości 
on to czynił, panie, jeno przez głupstwo, przeto bądź mu miłościw i nie karz go, o co cię na 
kolanach prosimy. 
Tak rzekłszy wstała i chwyciwszy Danusię za rękę podbiegła z nią do króla, który widząc 
to, począł się cofać. Ale one obie uklękły przed nim i Danusia objąwszy rączynami nogi pańskie 
poczęła wołać: 
 
– Daruj Zbyszkowi, królu, daruj Zbyszkowi! 
I z uniesienia, a zarazem ze strachu, pochowała swą jasną główkę w fałdy szarej szaty 
królewskiej całując mu przy tym kolana i dygocąc jak liść. Księżna Anna Ziemowitowa klękła 
z drugiej strony i złożywszy ręce patrzyła błagalnie na króla, w którego twarzy odbiło się 
wielkie zakłopotanie. Cofał się wprawdzie wraz z krzesłem, ale nie odpychał przemocą Danusi, 
machał tylko obu rękoma jakby opędzając się od much. 
 
– Dajcie mi spokój! – wołał – zawinił, całe Królestwo pohańbił! niech mu głowę utną! 

Lecz małe rączyny zaciskały się coraz silniej wokół jego kolan, a dziecinny głosik wołał 
coraz żałośniej: 
 
– Daruj Zbyszkowi, królu, daruj Zbyszkowi! 
Wtem ozwały się głosy rycerskie: 
– Jurand ze Spychowa, rycerz sławny, postrach na Niemców! 
– I ów wyrostek wielce się już pod Wilnem zasłużył – dodał Powała. 
Lecz król bronił się dalej, lubo sam widokiem Danusi wzruszony: 
– Dajcie mi spokój! Nie mnie zawinił i nie ja mogę mu darować. Niech mu poseł Zakonu 
daruje, to i ja daruję, a nie, to niech mu głowę utną. 
– Daruj mu, Kunonie! – rzekł Zawisza Czarny, Sulimczyk – sam mistrz ci tego nie przygani! 
– Daruj mu, panie! – zawołały obie księżne. 
– Daruj mu, daruj! – powtórzyły głosy rycerskie. 
Kuno przymknął powieki i siedział z podniesionym czołem, jakby rozkoszując się tym, że 
obie księżne, i tak znamienici rycerze zanoszą do niego prośby. Nagle zmienił się w mgnieniu 
oka: spuścił głowę, skrzyżował ręce na piersiach, z dumnego stał się pokorny i ozwał się 
przyciszonym, łagodnym głosem: 
 
– Chrystus, Zbawiciel nasz, przebaczył łotrowi na krzyżu i nieprzyjaciołom swoim... 
– Prawy to rycerz mówi! – ozwał się biskup Wysz. 
– Prawy! prawy! 
– ...Jakżebym ja nie miał przebaczyć – ciągnął dalej Kuno – którym jest nie tylko chrześcijaninem, 
ale i zakonnikiem? Przeto przebaczam mu z duszy serca jako Chrystusowy sługa i 
zakonnik! 
– Sława mu! – huknął Powała z Taczewa. 
– Sława! – powtórzyli inni. 
– Ale – rzekł Krzyżak – jestem tu posłem między wami i noszę w sobie majestat całego 
Zakonu, który jest Chrystusowym Zakonem. Kto więc mnie jako posła ukrzywdził, ukrzywdził 
Zakon, a kto obraził Zakon – obraził samego Chrystusa, i takiej krzywdy ja wobec Boga i 
ludzi darować nie mogę – jeśli zaś prawo wasze ją daruje, niech się dowiedzą o tym wszyscy 
panowie chrześcijańscy. 
Po tych słowach zapadło głuche milczenie. Po chwili tylko ozwały się gdzieniegdzie 
zgrzytania zębów, ciężkie oddechy tłumionej wściekłości i łkanie Danusi. 
 
Do wieczora wszystkie serca przechyliły się ku Zbyszkowi. Ci sami rycerze, którzy z rana 
byliby go gotowi na jedno skinienie króla roznieść na mieczach, wysilali teraz umysły, jakim 
by sposobem przyjść mu z pomocą. Księżne postanowiły udać się z prośbą do królowej, by 
skłoniła Lichtensteina do zupełnego odstąpienia od skargi lub w razie potrzeby napisała do 
mistrza Zakonu prosząc, by ten rozkazał Kunonowi zaniechać sprawy. Droga zdawała się 
pewna, gdyż Jadwigę otaczała cześć tak nadzwyczajna, że wielki mistrz ściągnąłby na siebie 
gniew papieża i naganę wszystkich chrześcijańskich książąt, gdyby jej takiej rzeczy odmówił. 
Nie było też to prawdopodobnym i dlatego, że Konrad von Jungingen był człowiekiem spokojnym 
i o wiele od swoich poprzedników łagodniejszym. Na nieszczęście, biskup krakowski 
Wysz, który był zarazem głównym lekarzem królowej, zakazał najsurowiej wspominać jej 
choćby jednym słowem o całej sprawie. „Nigdy ona o śmiertelnych wyrokach rada nie słucha 
 
– mówił – i choćby o prostego zbója chodziło, zaraz to do serca bierze, a cóż dopiero, jeśli o 
szyję młodzianka idzie, któren słusznie jej miłosierdzia mógłby wyglądać. Ale wszelka turbacja 
łatwo do ciężkiej niemocy może ją przywieść, zdrowie zaś jej więcej dla całego Królestwa 
znaczy niżeli dziesięć głów rycerskich.” Zapowiedział wreszcie, że gdyby kto ośmielił się 
wbrew jego słowom turbować panią, na tego on ściągnie straszny gniew królewski, a w dodatku 
klątwą kościelną go obłoży. 

Zlękły się tej zapowiedzi obie księżne i postanowiły milczeć przed królową, a natomiast 
póty błagać króla, póki jakowejś łaski nie okaże. Cały dwór i wszyscy rycerze stali już po 
stronie Zbyszka. Powała z Taczewa zapowiadał, iż wyzna szczerą prawdę, ale że złoży świadectwo 
dla młodzieńca przychylne i całą sprawę przedstawi jako chłopięcą zapędliwość. Z 
tym wszystkim każdy przewidywał, a kasztelan Jaśko z Tęczyna głośno oświadczał, że jeśli 
Krzyżak się zatnie, to srogiemu prawu musi się stać zadość. 
 
Burzyły się więc tym bardziej przeciw Lichtensteinowi rycerskie serca i niejeden myślał 
lub nawet mówił otwarcie: „Posłem jest i w szranki powołan być nie może, ale gdy do Malborga 
wróci, nie daj Bóg, aby swoją własną sczezł śmiercią.” I nie były to próżne groźby, 
albowiem rycerzom, którzy nosili pas, nie wolno było jednego słowa na wiatr uronić, kto zaś 
co zapowiadał, musiał tego dokazać lub zginąć. Groźny Powała okazał się przy tym najzawziętszym, 
albowiem miał w Taczewie umiłowaną córuchnę w wieku Danusi – skutkiem 
czego łzy Danusine całkiem kruszyły w nim serce. 
 
Jakoż jeszcze tego samego dnia odwiedził Zbyszka w podziemiu, kazał mu być dobrej myśli 
i opowiedział o prośbach obu księżn i o łzach Danusi... Zbyszko dowiedziawszy się, iż 
dziewczyna rzuciła się dla niego do nóg królewskich, rozczulił się tym uczynkiem aż do łez i 
nie wiedząc, jak swoją wdzięczność i tęsknotę wyrazić, rzekł obcierając wierzchem dłoni powieki: 
 
 
– Hej! niechże ją Bóg błogosławi, a mnie jako najprędzej zezwoli jakową walkę pieszą albo 
konną za nią stoczyć! Za mało ja jej Niemców obiecał – bo takiej trzeba ich było tylu ślubować, 
ile ma roków. Byle mnie Pan Jezus z tej obierzy wybawił, juże ja jej nie poskąpię!... 
I podniósł pełne wdzięczności oczy ku górze... 
 
– Naprzód kościołowi jakiemu co obiecuj – odrzekł pan z Taczewa – bo jeśli się twoja 
obietnica Bogu spodoba, pewnikiem wnet wolny będziesz. A po wtóre, słuchaj: poszedł do 
Lichtensteina twój stryk, a potem pójdę jeszcze i ja. Nie hańba ci będzie przeprosić go za winę, 
boś zawinił – i nie żadnego Lichtensteina, ale posła będziesz przepraszał. Gotówże jesteś? 
– Skoro mi taki rycerz jak wasza miłość mówi, iż się to godzi – uczynię! ale jeśli będzie 
chciał, żebym go tak przepraszał, jako żądał na drodze z Tyńca, to niechże mi głowę utną. 
Stryk ostanie i stryk mu odpłaci, gdy się jego poselstwo skończy... 
– Obaczym, co powie Maćkowi – rzekł Powała. 
A Maćko rzeczywiście był wieczorem u Niemca, ale ten przyjął go wzgardliwie: światła 
nawet nie kazał zapalić i w zmroku z nim gadał. Wrócił więc stary rycerz od niego posępny 
jak noc i udał się do króla. Król przyjął go dobrotliwie, bo się już był całkiem uspokoił, i gdy 
Maćko klęknął, kazał mu zaraz wstać pytając, czego by żądał. 
 
– Miłościwy panie – rzekł Maćko – była wina, musi być kara, bo inaczej nie byłoby nijakiego 
prawa na świecie. Jeno jest i moja wina, iżem przyrodzonej zapalczywości tego wyrostka 
nie tylko nie hamował, alem mu ją jeszcze chwalił. Takem go to hodował, a potem od 
małości hodowała go wojna. Moja wina, miłościwy królu, bom mu nieraz powiadał: wpierw 
tnij, a potem obaczysz, kogoś rozciął. I dobrze z tym było na wojnie, źle zasię przy dworze! 
Ale to chłop jak szczere złoto, ostatni z rodu – i żal mi go okrutny... 
– Mnie pohańbił, Królestwo pohańbił – rzekł król – mam-li go za to miodem smarować? 
A Maćko umilkł, gdyż na wspomnienie o Zbyszku żal ścisnął go nagle za gardło, i dopiero 
po długiej chwili jął mówić wzruszonym jeszcze i przerywanym głosem: 
 
– Anim ja wiedział, że go tak miłuję – i dopiero teraz się okazało, jak bieda przyszła. Ale 
ja stary, a on z rodu ostatni. Nie będzie jego – nie będzie nas. Królu miłościwy i panie, ulitujże 
ty się nad rodem naszym! 
Tu klęknął znowu Maćko i wyciągnąwszy przed się spracowane na wojnach ręce mówił ze 
łzami: 
– Broniliśmy Wilna: łupy Bóg dał godne, komu ja to ostawię? Chce Krzyżak kary, panie – 
niech będzie kara, ale pozwólcie, abych ja swoją głowę oddał. Co mi tam po żywocie bez 
 

Zbyszka! Młody jest, niech ziemię wykupi i potomstwo płodzi, jako Bóg człowiekowi przykazał. 
Nie zapyta się nawet Krzyżak, czyja głowa spadła, byle spadła. Hańba też z tego nijaka 
na ród nie spadnie. Ciężko człowiekowi iść na śmierć, ale pomiarkowawszy, to lepiej, żeby 
człek zginął, niż żeby ród miał zginąć... 
 
I tak mówiąc objął nogi królewskie, król zaś począł mrugać oczyma, co było u niego oznaką 
wzruszenia, a wreszcie rzekł: 
 
– Nie będzie tego, żeby ja opasanemu rycerzowi głowę kazał niewinnie ucinać! nie będzie, 
nie będzie! 
– I nie byłoby w tym sprawiedliwości – dodał kasztelan. – Prawo winnego przyciśnie, ale 
nie smok ci to żaden, który nie patrzy, czyją krew chłepce. A wy uważcie, że właśnie hańba 
by na wasz ród spadła, bo jeśliby bratanek wasz przystał na to, co mówicie, tedyby i samego, i 
jego potomstwo za bezecnych wszyscy mieli... 
Na to Maćko: 
 
– Nie przystałby on. Ale gdyby się to bez jego wiadomości stało, to by mnie potem pomścił, 
jako i ja jego pomszczę. 
– Ha! – rzekł Tęczyński – wskórajcie u Krzyżaka, by skargi zaniechał... 
– Jużem u niego był. 
– I co? – spytał wyciągając szyję król – co powiedział? 
– Powiedział mi tak: „Trzeba było na tynieckiej drodze o darowanie prosić – nie chcieliście, 
to teraz i ja nie chcę.” 
– A wy czemu nie chcieli? 
– Bo przykazał nam z koni zsiąść i na piechotę przepraszać. 
Król założył włosy za uszy i chciał coś odpowiedzieć, gdy wtem wszedł dworzanin z 
oznajmieniem, iż rycerz z Lichtensteinu prosi o posłuchanie. 
Usłyszawszy to Jagiełło spojrzał na Jaśka z Tęczyna, potem na Maćka, lecz kazał im pozostać, 
może w nadziei, że uda mu się przy tej sposobności załagodzić sprawę swoją powagą 
królewską. 
 
Tymczasem Krzyżak wszedł, skłonił się królowi i rzekł: 
 
– Miłościwy panie! Oto jest spisana skarga o zniewagę, jaka mnie w królestwie waszym 
spotkała. 
– Skarżcie się jemu – odpowiedział król ukazując na Jaśka z Tęczyna. 
Krzyżak zaś rzekł patrząc wprost w twarz króla: 
– Nie znam waszych praw ni waszych sądów, wiem jeno, że poseł Zakonu przed samym to 
królem skarżyć się może. 
Małe oczki Jagiełły zamigotały z niecierpliwości, wyciągnął jednak rękę, wziął skargę i 
oddał Tęczyńskiemu. 
Ten zaś rozwinął ją i począł czytać, ale w miarę jak czytał, twarz stawała mu się coraz 
więcej frasobliwa i smutna. 
 
– Panie – rzekł wreszcie – tak nastajecie na życie tego młodzianka, jakby on całemu waszemu 
Zakonowi był straszny. Żali wy, Krzyżacy, już się i dzieci boicie? 
– My, Krzyżacy, nie boim się nikogo – odparł dumnie komtur. 
A stary kasztelan dodał z cicha: 
– A zwłaszcza Boga. 
Powała z Taczewa czynił nazajutrz przed sądem kasztelańskim wszystko, co było w jego 
mocy, aby winę Zbyszka umniejszyć. Lecz próżno uczynek przypisywał dzieciństwu i niedoświadczeniu, 
próżno mówił, że nawet i ktoś starszy, gdyby trzy pawie czuby ślubował i o ze-
słanie ich się modlił, a potem ujrzał nagle taki czub przed sobą, mógłby także pomyśleć, że 
jest w tym zrządzenie boskie. Jednej rzeczy nie mógł zacny rycerz zaprzeć, to jest, że gdyby 
nie on, to kopia Zbyszkowa byłaby uderzyła o pierś Krzyżaka. Kuno zaś kazał przynieść do 
sądu zbroję, w którą owego dnia był przybrany, i okazało się, że była z cienkiej blachy, uży
 
 

wana tylko do uroczystych odwiedzin i tak wiotka, że Zbyszko, zważywszy jego nadzwyczajną 
siłę, byłby ją niechybnie grotem na wylot przebódł i posła życia pozbawił. Za czym pytano 
jeszcze Zbyszka, czy myślał Krzyżaka zabić; lecz on nie chciał się tego zapierać. „Wołałem 
na niego z daleka – rzekł – by kopii nadstawił, bo jużci żywy nie dałby sobie ze łba hełmu 
zedrzeć – ale gdyby i on był z daleka wołał, iże jest posłem, tedybym go był w spokoju ostawił.” 
 
 
Podobały się te słowa rycerzom, którzy przez życzliwość dla młodzianka tłumnie się na 
sąd zgromadzili, i zaraz podniosły się liczne głosy: „Prawda! czemu nie wołał!” Lecz twarz 
kasztelana pozostała posępna i surowa. Nakazawszy obecnym milczenie sam także przez 
chwilę milczał, po czym utkwił w Zbyszku badawcze źrenice i zapytał: 
 
– Możesz-li na mękę Pańską poprzysiąc, żeś płaszcza i krzyża nie widział? 
– Nijak! – odpowiedział Zbyszko – żeby ja krzyża nie widział, to myślałbym, że to nasz 
rycerz, a w naszego przecie bym nie godził. 
– A jakoż mógł się inny Krzyżak pod Krakowem znajdować, jeśli nie poseł albo nie z poselskiego 
pocztu? 
Na to nic nie rzekł Zbyszko, bo nie było co rzec. Dla wszystkich było rzeczą aż nazbyt jasną, 
że gdyby nie pan z Taczewa, to w obecnej chwili leżałby przed sądem nie pancerz posła, 
ale sam poseł, z przebitą na wieczną hańbę narodowi polskiemu piersią – więc ci nawet, którzy 
z całej duszy sprzyjali Zbyszkowi, rozumieli, że wyrok nie może być dla niego łaskawy... 
 
Jakoż po chwili kasztelan rzekł: 
 
– Iżeś w zapalczywości swej nie pomyślał, w kogo bijesz, i czynił bez złości, przeto ci 
Zbawiciel nasz to policzy i daruje, ale ty się, nieboże, Najświętszej Pannie poleć, gdyż prawo 
nie może ci tego darować... 
Usłyszawszy to Zbyszko, chociaż spodziewał się podobnych słów, przybladł nieco, ale 
wnet potem wstrząsnął w tył swe długie włosy, przeżegnał się i rzekł: 
 
– Wola boska! Ano, trudno! 
Następnie zwrócił się do Maćka i ukazał mu oczyma na Lichtensteina, jakby polecając go 
jego pamięci, a Maćko kiwnął głową na znak, że rozumie i pamięta. Zrozumiał to spojrzenie i 
ten ruch także i Lichtenstein, i jakkolwiek w piersiach biło mu zarówno mężne, jak zawzięte 
serce, jednakże dreszcz przebiegł go na chwilę od stóp do głów, tak straszną i złowrogą twarz 
miał w tej chwili stary wojownik. Widział Krzyżak, że między nim a owym starym rycerzem, 
którego twarzy nie mógł nawet dobrze pod hełmem dojrzeć, pójdzie odtąd na śmierć i życie, 
że gdyby się nawet chciał przed nim skryć, to się nie skryje, i że gdy przestanie być posłem, 
to się muszą spotkać choćby w Malborgu. 
 
Tymczasem kasztelan udał się do przyległej izby, by podyktować wyrok na Zbyszka biegłemu 
w piśmie sekretarzowi. Ten i ów z rycerzy zbliżał się podczas owej przerwy do Krzyżaka 
mówiąc: 
 
– Bogdaj na sądzie ostatecznym łaskawiej-ć osądzono! Radżeś tej krwi? 
Lecz Lichtensteinowi chodziło tylko o Zawiszę, gdyż ten, z powodu swych czynów bojowych, 
znajomości praw rycerskich i niezmiernej surowości w ich przestrzeganiu, znany był 
po świecie szeroko. W sprawach najbardziej zawikłanych, w których chodziło o honor rycerski, 
udawano się do niego nieraz bardzo z daleka, i nikt nigdy nie śmiał mu przeczyć, nie tylko 
dlatego, że pojedyncza walka z nim była niepodobna, ale i dlatego, że uważano go za 
„zwierciadło czci”. Jedno słowo przygany albo pochwały z ust jego szybko rozchodziło się 
między rycerstwem Polski, Węgier, Czech, Niemiec i mogło stanowić o złej lub dobrej sławie 
rycerza. 
 
Do niego więc zbliżył się Lichtenstein i jakby chcąc usprawiedliwić się ze swej zawziętości 
rzekł: 
 
– Sam tylko wielki mistrz wraz z kapitułą mógłby mu łaskę okazać – ja nie mogę... 

– Nic waszemu mistrzowi do naszych praw; łaskę może tu okazać nie on, jeno król nasz – 
odpowiedział Zawisza. 
 
– A ja, jako poseł, musiałem żądać kary. 
– Pierwej byłeś rycerzem niż posłem, Lichtensteinie... 
– Żali mniemasz, żem czci uchybił? 
– Znasz nasze księgi rycerskie i wiesz, że dwoje zwierząt kazano naśladować rycerzowi: 
lwa i baranka. Któregożeś z nich w tej przygodzie naśladował? 
– Nie tyś moim sędzią... 
– Pytałeś, czyś czci nie uchybił, tom ci i odkazał, jako myślę. 
– Źleś mi odkazał, bo tego nie mogę przełknąć. 
– Własną się, nie moją złością udławisz. 
– Ale mi Chrystus policzy, żem o majestat Zakonu więcej dbał niż o swoją chwalbę... 
– On też nas wszystkich będzie sądził. 
Dalszą rozmowę przerwało wejście kasztelana i sekretarza. Wiedziano już, że wyrok będzie 
niepomyślny, jednakże uczyniła się głucha cisza. Kasztelan zajął miejsce za stołem i 
wziąwszy w rękę krucyfiks rozkazał Zbyszkowi klęknąć. 
 
Sekretarz zaczął odczytywać po łacinie wyrok. Ani Zbyszko, ani obecni rycerze nie zrozumieli 
go, jednakże wszyscy domyślili się, że jest to wyrok śmierci. Zbyszko po skończeniu 
czytania uderzył się kilkakrotnie pięścią w piersi powtarzając: „Boże, bądź miłościw mnie 
grzesznemu.” 
 
Po czym wstał i wrzucił się w ramiona Maćka, który począł całować w milczeniu jego 
głowę i oczy. 
 
Wieczorem zaś tego dnia herold ogłaszał przy odgłosie trąb rycerzom, gościom i mieszczaństwu 
na czterech rogach rynku, iż szlachetny Zbyszko z Bogdańca skazan jest z wyroku 
kasztelańskiego na ucięcie głowy mieczem. 
 
Lecz Maćko wyprosił, by egzekucja nie nastąpiła rychło, co mu przyszło łatwo, gdyż ludziom 
ówczesnym, zamiłowanym w drobiazgowym rozporządzaniu mieniem, zostawiano 
zwykle czas do układów z rodziną, jak również do pojednania się z Bogiem. Nie chciał też 
nastawać na prędkie wykonanie wyroku i sam Lichtenstein rozumiejąc, że skoro obrażonemu 
majestatowi Zakonu stało się zadość, nie należy do reszty zrażać potężnego monarchy, do 
którego był wysłan nie tylko dla wzięcia udziału w uroczystościach chrzcin, ale i dla układów 
 
o ziemię dobrzyńską. Najważniejszym jednak względem było zdrowie królowej. Biskup 
Wysz ani chciał słyszeć o egzekucji przed połogiem, słusznie mniemając, że takiej sprawy nie 
można będzie przed panią ukryć, ta zaś, gdy się raz o niej dowie, wpadnie w turbację mogącą 
jej ciężko zaszkodzić. W ten sposób pozostawało Zbyszkowi może i kilka miesięcy życia do 
ostatecznych rozporządzeń i pożegnania się ze znajomymi. 
Jakoż Maćko odwiedzał go codziennie i pocieszał, jak umiał. Rozmawiali żałośnie o nieuniknionej 
śmierci Zbyszkowej, a jeszcze żałośniej o tym, że ród może wyginąć. 
 
– Nie będzie inaczej, jeno musicie babę brać – rzekł raz Zbyszko. 
– Wolej bym krewniaka jakiego choć z dalekości odszukał – odpowiedział stroskany 
Maćko. – Gdzie mnie o babach myśleć, kiedy tobie mają szyję uciąć. A choćby też koniecznie 
przyszło którą brać, nie uczynię tego, nim Lichtensteinowi zapowiedzi rycerskiej nie poślę i 
pomsty nie dokonam. Już ty się nie bój!... 
– Bóg wam zapłać. Niechże mam choć tę uciechę! Alem to wiedział, że mu nie darujecie. 
Jakoże uczynicie? 
– Jak się posłowanie go skończy, będzie albo wojna, albo spokój – rozumiesz? Jeśli będzie 
wojna, wyślę mu zapowiedź, żeby przed bitwą do pojedynczej walki ze mną stanął. 
– Na udeptanej ziemi? 

– Na udeptanej ziemi, konno alibo pieszo, ale jeno na śmierć, nie na niewolę. Będzie-li zaś 
spokój, to do Malborga pojadę i kopią w bramę zamkową uderzę, a trębaczowi każę otrąbić, 
że go na śmierć wyzywam. Już ci się nie pochowa. 
– Pewnie, że się nie pochowa, i rady mu dacie, jakobym widział. 
– Rady?... Zawiszy bym nie dał, Paszkowi bym nie dał, Powale też; ale nie chwalący się, 
takim jak on poradzę dwom. Obaczy krzyżacka jego mać! Żali nie tęższy był ów rycerz od 
Fryzów? A jakem go ciął z góry przez hełm, gdzie mi się topór zatrzymał? Na zębach się zatrzymał. 
Albo nie? 
Odetchnął na to Zbyszko z wielką ulgą i rzekł: 
 
– Lżej będzie ginąć. 
I poczęli wzdychać obydwa, po czym stary szlachcic jął mówić wzruszonym głosem: 
– Ty się nie frasuj. Nie będą twoje kości szukały jedna drugiej na sądzie ostatecznym. 
Trumnę ci kazałem sporządzić dębową, taką, że i kanonicy od Panny Marii nie mają lepszych. 
Nie zginiesz ty jako ścierciałka2. Ba! i tego nawet nie dopuszczę, żebyć mieli ścinać na tym 
samym suknie, na którym mieszczanów ścinają. Jużem się z Amylejem zgodził, że da całkiem 
nowe, tak zacne, że starczyłoby i królowi na poszycie kożucha. I mszy ci nie pożałuję – nie 
bój się! 
Uradowało się na to serce Zbyszka, więc pochyliwszy się do ręki stryjca powtórzył: 
 
– Bóg wam zapłać. 
Czasem jednak, mimo wszystkich pociech, zdejmowała go okrutna tęsknota, więc innym 
razem, gdy Maćko przyszedł go odwiedzić, ledwie się z nim przywitawszy zapytał spoglądając 
przez kratę w murze: 
 
– A co tam na dworze? 
– Pogoda jak złoto, a słonko przygrzewa, aże całemu światu miło. 
Na to Zbyszko założył na kark obie dłonie i przechyliwszy w tył głowę mówił: 
– Hej, mocny Boże! Konia pod sobą mieć i jeździć po polach, po szerokich. Żal ginąć 
młodemu! Okrutny żal! 
– Giną ludzie i z konia! – odparł Maćko. 
– Ba! Ale ilu sami przedtem nabiją!... 
I począł wypytywać o rycerzy, których na dworze króla widział: o Zawiszę, o Farureja, o 
Powałę z Taczewa, o Lisa z Targowiska i o wszystkich innych – co robią, czym się zabawiają, 
na jakich zacnych ćwiczeniach czas im schodzi? I słuchał chciwie opowiadać Maćka, który 
prawił, jako rano we zbrojach przez konie skaczą, jako powrozy targają, jako się próbują na 
miecze i na topory z ołowianymi ostrzami, a w końcu, jak ucztują i jakie pieśni śpiewają. 
Chciało się Zbyszkowi lecieć do nich z całej duszy i serca, a gdy się dowiedział, że Zawisza 
zaraz po chrzcinach wybiera się aż hen gdzieś w dół Węgrów na Turków, nie mógł się 
wstrzymać od okrzyku: 
 
– Puściliby mnie z nim! niechbym choć przeciw poganom zginął. 
Ale nie mogło to być, a tymczasem zdarzyło się coś innego. Oto bowiem księżne mazowieckie 
nie przestały myśleć o Zbyszku, który ujął je swoją młodością i urodą. Wreszcie 
księżna Aleksandra Ziemowitowa umyśliła wysłać list do mistrza. Mistrz nie mógł wprawdzie 
zmienić wyroku wydanego przez kasztelana, ale mógł wstawić się za młodzieńcem do króla. 
Jagielle nie wypadało wprawdzie okazywać łaski, gdy szło o zamach na posła, zdawało się 
jednak rzeczą niewątpliwą, że rad ją okaże na wstawiennictwo samego mistrza. Więc nadzieja 
na nowo wstąpiła w serce obu pań. Księżna Aleksandra, mając sama słabość do polerowanych 
rycerzy zakonnych, była i przez nich nadzwyczaj ceniona. Niejednokrotnie szły dla niej z 
Malborga bogate dary i listy, w których mistrz nazywał ją czcigodną, świątobliwą dobrodziejką 
i osobliwszą orędowniczką Zakonu. Słowa jej wiele mogły i było rzeczą wielce prawdopodobną, 
iż nie doznają odmowy. Chodziło tylko o znalezienie gońca, który by dołożył 
 
2 Skartabella. 
 

wszelkiej gorliwości, aby jak najprędzej list oddać i z odpowiedzią powrócić. Usłyszawszy o 
tym stary Maćko podjął się tego bez wahania... 
 
Uproszony kasztelan wyznaczył termin, do którego obiecał powstrzymać wykonanie wyroku. 
Pełen otuchy Maćko zakrzątnął się tego samego dnia koło odjazdu, po czym udał się do 
Zbyszka, aby mu szczęśliwą nowinę zwiastować. 
 
Jakoż w pierwszej chwili Zbyszko wybuchnął tak wielką radością, jakby mu już otworzono 
drzwi wieży. Następnie jednak zamyślił się, sposępniał nagle i rzekł: 
 
– Kto się tam od Niemców czego dobrego doczeka! Lichtenstein też mógł prosić króla o 
łaskę – i jeszcze bym na tym wygrał, bo pomsty byłby się uchronił – a dlatego nie chciał nic 
uczynić... 
– On się zawziął za to, żeśmy go na tynieckiej drodze nie chcieli przeprosić. O mistrzu 
Kondracie nie mówią ludzie źle. Wreszcie stracić na tym – nie stracisz. 
– Pewnie – rzekł Zbyszko – ale mu się tam nisko nie kłaniajcie. 
– Co się mam kłaniać? List od księżnej Aleksandry wiozę i tyla... 
– Ha! kiedyście tacy dobrzy, to niech wam tam Bóg dopomoże... 
Nagle spojrzał bystro na stryjca i rzekł: 
– Ale jeśli mi król daruje, to Lichtenstein będzie mój, nie wasz. Pamiętajcie... 
– Jeszcześ szyi niepewny, to żadnych zapowiedzi nie czyń. Dość masz tamtych głupich 
ślubów – odrzekł z gniewem stary. 
Po czym rzucili się sobie w objęcia – i Zbyszko został sam. Nadzieja i niepewność miotały 
na przemian jego duszą, a gdy przyszła noc, a z nią burza na niebie, gdy zakratowane okno 
poczęło rozświecać się złowrogim światłem błyskawic, a mury trząść się od grzmotów, gdy 
wreszcie wicher wpadł ze świstem do wieży i zgasił mdły kaganek przy łożu: pogrążony w 
ciemności Zbyszko stracił znów wszelką otuchę – i całą noc ani na chwilę oczu nie mógł zamrużyć... 
 
 
„Już ja się śmierci nie wywinę – myślał – i wszystko nic nie pomoże.” 
 
Wszelako nazajutrz przyszła do niego w odwiedziny zacna księżna Anna Januszowa, a z 
nią i Danusia ze swoją luteńką za pasem. Zbyszko padł im kolejno do nóg, po czym jakkolwiek 
był w utrapieniu, po bezsennej nocy, w niedoli i niepewności, nie do tyla jednak zapomniał 
o rycerskiej powinności, aby nie okazać Danusi zdumienia nad jej urodą... 
 
Lecz księżna podniosła na niego oczy pełne smutku i rzekła: 
 
– Nie dziwuj się ty jej, bo jeśli Maćko dobrej odpowiedzi nie przywiezie albo zgoła nie 
wróci, będziesz ty się wkrótce, nieboże, lepszym rzeczom w niebie dziwował. 
Po czym jęła ronić łzy rozmyślając o przyszłym niepewnym losie rycerzyka, a Danusia 
zawtórowała jej zaraz. Zbyszko pochylił się na nowo do ich nóg, bo i jego serce zmiękło wobec 
tych płaczów jak wosk w cieple. Nie kochał on tak Danusi, jak mąż kocha niewiastę, poczuł 
jednak, że ją kocha z całej duszy i że na jej widok dzieje mu się w piersiach coś takiego, 
jakby w nich tkwił drugi człowiek, mniej srogi, mniej zapędliwy, mniej wojną dyszący, a natomiast 
jakby słodkiego kochania spragniony. Chwycił go wreszcie żal ogromny, iż musi ją 
porzucić i nie będzie mógł dotrzymać tego, co ślubował. 
 
– Już ja ci, niebogo, pawich czubów pod nogi nie podłożę – mówił. – Ale jeśli przed boskim 
obliczem stanę, tedy tak powiem: „Odpuść mi, Panie, grzechy, ale co jest dobra wszelkiego 
na ziemi, to daj nie komu innemu, tylko pannie Jurandównie ze Spychowa.” 
– Niedawnoście się poznali – rzekła księżna. – Nie da Bóg, by to było na próżno. 
Zbyszko zaczął wspominać wszystko, co zaszło w gospodzie tynieckiej, i rozczulił się zupełnie. 
W końcu jął prosić Danusi, by mu zaśpiewała tę samą pieśń którą śpiewała wówczas, 
kiedy ją to chwycił z ławki i przyniósł do księżnej. 
 
Więc Danusia, choć było jej nie do śpiewania, wzniosła zaraz główkę ku sklepieniu i 
przymknąwszy jako ptaszek oczki poczęła: 
 

Gdybym ci ja miała 
Skrzydłeczka jak gąska, 
Poleciałabym ja 
Za Jaśkiem do Śląska. 
 
 
Usiadłabym ci ja 
Na śląskowskim płocie... 
„Przypatrz się, Jasiulku...” 
 
 
Lecz nagle spod stulonych rzęsów wypłynęły jej łzy obfite – i nie mogła dłużej śpiewać. A 
Zbyszko porwał ją na ręce tak samo jak niegdyś w tynieckiej gospodzie i począł chodzić z nią 
po izbie powtarzając w uniesieniu: 
 
– Nie paniej jeno ja bym w tobie szukał. Niechby mnie Bóg wyratował, niechbyś dorosła – 
i niechby rodzic pozwolili – to by ja cię brał, dziewczyno!... Hej!... 
 
Danusia objąwszy go za szyję skryła spłakaną twarz na jego ramieniu – a w nim żal wstawał 
coraz większy, który płynąc z głębi wolnej natury słowiańskiej, zmieniał się w tej prostej 
duszy niemal w pieśń polną: 
 
To by ja cię brał, dziewczyno! 
To by ja cię brał!... 
 
 

Rozdział 
szósty 
 
 
Wtem zaszedł wypadek, wobec którego inne sprawy straciły wszelkie znaczenie w ludzkich 
oczach. Pod wieczór dnia 21 czerwca rozeszła się po zamku wiadomość o nagłym za-
słabnięciu królowej. Wezwani medycy pozostali wraz z biskupem Wyszem przez całą noc w 
jej komnacie, a tymczasem dowiedziano się od niewiast służebnych, iż pani zagroziła słabość 
przedwczesna. Kasztelan krakowski Jaśko Topór z Tęczyna wysłał tejże nocy gońców do 
nieobecnego króla. Nazajutrz rano wieść gruchnęła po mieście i okolicy. Był dzień niedzielny, 
więc tłumy napełniły wszystkie świątynie, w których księża nakazali modlitwy za zdrowie 
królowej. Wówczas ustała wszelka wątpliwość. Po nabożeństwie goście rycerscy, którzy się 
już byli zjechali na spodziewane uroczystości, szlachta oraz deputacje kupieckie udały się na 
zamek; cechy i bractwa wystąpiły z chorągwiami. Od południa nieprzeliczone roje ludu otoczyły 
Wawel, między którymi utrzymywali ład łucznicy królewscy nakazując spokojność i 
ciszę. Miasto wyludniło się prawie zupełnie i tylko przez opustoszałe ulice przeciągały od 
czasu do czasu gromady okolicznego chłopstwa, które również już zwiedziało się o chorobie 
uwielbianej pani i dążyło pod zamek. Wreszcie w głównej bramie pojawili się biskup i kasztelan, 
z nimi zaś kanonicy katedralni, rajcy królewscy i rycerze. Ci rozeszli się wzdłuż murów, 
między lud, z twarzami zwiastującymi nowinę, zaczęli jednak od surowego rozkazu, aby 
powstrzymano się od wszelkich okrzyków, te bowiem mogłyby chorej zaszkodzić. Za czym 
zwiastowali wszem wobec, iż królowa powiła córkę. Nowina napełniła radością serca, 
zwłaszcza gdy zarazem dowiedziano się, iż jakkolwiek połóg był przedwczesny, nie masz 
jednak widomego niebezpieczeństwa ni dla matki, ni dla dziecięcia. Tłumy poczęły się rozchodzić, 
albowiem pod zamkiem nie wolno było krzyczeć, każdy zaś chciał pofolgować radości. 
Jakoż, gdy wypełniły się ulice prowadzące na rynek, ozwały się wnet pieśni i radosne 
nawoływania. Nie trapiono się tym, że przyszła na świat córka. „Albo źle było, mówiono, że 
król Louis nie miał synów i że Królestwo dostało się Jadwidze? Przez jej to małżeństwo z 
Jagiełłą podwoiła się moc państwa. Tak będzie i teraz. Gdzież szukać takiej dziedziczki, jako 
będzie nasza królewna, gdy ni cesarz rzymski, ni żaden z innych królów nie powiadają tak 
wielkiego państwa, tak obszernych ziemi ni tak licznego rycerstwa! Będą się dobijali o jej 
rękę najpotężniejsi monarchowie ziemi, będą się kłaniali królowej i królowi, będą zjeżdżali 
do Krakowa, a nam, kupcom, korzyść z tego wypadnie, nie mówiąc o tym, że nowe jakieś 
państwo, czeskie albo węgierskie, z naszym się królestwem połączy.” Tak to między sobą 
mówili kupcy – i radość stawała się z każdą chwilą powszechniejsza. Ucztowano w domach 
prywatnych i w gospodach. Rynek zaroił się od latarni i pochodni. Po przedmieściach podkrakowscy 
kmiecie, których coraz więcej ścigało się do miasta, porozkładali się obozem przy 
wózkach. Żydzi rajcowali przy synagodze na Kazimierzu. Do późna w noc, prawie do brzasku, 
wrzało na rynku, szczególniej koło ratusza i wagi, jak w czasie wielkich jarmarków. 
Udzielano sobie wzajem wiadomości; posyłano po nie na zamek i oblegano tłumnie wracających 
z nowinami. 
 
Najgorsza z nich była ta, że biskup Piotr ochrzcił dziecko tej samej nocy, z czego wnoszono, 
że musi być bardzo słabe. Doświadczone mieszczki przytaczały jednak wypadki, w któ
 
 

rych dzieci urodzone na współ martwe odzyskiwały siłę do życia właśnie po chrzcie. Więc 
pokrzepiano się nadzieją, którą wzmagało i imię nadane dziewczynce. Mówiono, że żaden 
Bonifacy ni żadna Bonifacja nie może umrzeć zaraz po urodzeniu, gdyż przeznaczono im jest 
coś dobrego uczynić, w pierwszych zaś leciech, tym bardziej w pierwszych miesiącach życia, 
dziecko nie może czynić ni źle, ni dobrze. 
 
Następnego dnia jednak przyszły z zamku wiadomości niepomyślne i o niemowlęciu, i o 
matce – i wzburzyły miasto. W kościołach przez cały dzień panował tłok jak w czasie odpustu. 
Posypały się wota za zdrowie królowej i królewny. Widziano ze wzruszeniem ubogich 
wieśniaków ofiarujących ćwiartki zboża, jagnięta, kury, wianuszki suszonych grzybów lub 
krobie orzechów. Płynęły znaczne ofiary od rycerstwa, od kupców, od rzemieślników. Rozesłano 
gońców do cudownych miejsc. Astrologowie badali gwiazdy. W samym Krakowie nakazano 
uroczyste procesje. Wystąpiły wszystkie cechy i wszystkie bractwa. Całe miasto zakwitło 
chorągwiami. Odbyła się i procesja dzieci, sądzono bowiem, że niewinne istoty najłatwiej 
ubłagają Boga o łaskę. Przez bramy miejskie zjeżdżały coraz nowe tłumy z okolicy. 
 
I tak płynął dzień za dniem wśród ustawicznego bicia w dzwony, wśród gwaru po kościołach, 
procesyj i nabożeństw. Lecz gdy upłynął tydzień, a i dostojna chora, i dziecię żyły jeszcze, 
poczęła otucha wstępować w serca. Zdawało się ludziom rzeczą niepodobną, aby Bóg 
zabrał przedwcześnie władczynię państwa, która tyle dla niego uczyniwszy musiałaby pozostawić 
niedokończone ogromne dzieło – i apostołkę, która ofiarą własnego szczęścia przywiodła 
do chrześcijaństwa ostatni pogański naród w Europie. Uczeni wspominali, ile uczyniła 
dla Akademii, duchowni – ile dla chwały Bożej, statyści – ile dla pokoju między chrześcijańskimi 
monarchami, prawoznawcy – ile dla sprawiedliwości, biedni – ile dla ubóstwa, i 
wszystkim nie mieściło się w głowie, iżby życie tak potrzebne dla Królestwa i świata całego 
mogło być przedwcześnie przecięte. 
 
Tymczasem 13 lipca dzwony żałobne oznajmiły śmierć dziecka. Zawrzało znów miasto i 
niepokój ogarnął ludzi, a tłumy powtórnie obległy Wawel dopytując o zdrowie królowej. 
Lecz tym razem nikt nie wychodził z dobrą nowiną. Owszem, twarze panów wjeżdżających 
na zamek lub wyjeżdżających przez bramy były posępne i z każdym dniem posępniejsze. 
Mówiono, że ksiądz Stanisław ze Skarbimierza, mistrz nauk wyzwolonych w Krakowie, nie 
odstępuje już królowej, która codziennie przystępuje do komunii. Mówiono również, że po 
każdym przystąpieniu komnata jej napełnia się światłem niebieskim. Niektórzy widzieli je 
nawet przez okna, ale widok ten raczej przerażał oddane pani serca jako oznaka, że rozpoczyna 
się już dla niej życie zaziemskie. 
 
Niektórzy nie wierzyli jednak, aby się mogła stać rzecz tak straszna, i ci krzepili się nadzieją, 
że sprawiedliwe nieba poprzestaną na jednej ofierze. Tymczasem w piątek z rana dnia 
17 lipca gruchnęło między ludem, iż królowa kona. Kto żył, spieszył pod zamek. Miasto opustoszało 
tak, że zostali w nim tylko kalecy, albowiem nawet matki z niemowlętami pośpieszyły 
do bram. Sklepy były pozamykane; nie gotowano jadła. Ustały wszystkie sprawy, a 
natomiast pod Wawelem czerniało jedno morze ludu – niespokojne, przerażone, ale milczące. 
 
Wtem o godzinie dwunastej z południa ozwał się dzwon na katedralnej wieży. Nie zrozumiano 
od razu, co to znaczy, jednakowoż niepokój począł podnosić włosy na głowach. 
Wszystkie głowy i wszystkie oczy zwróciły się ku wieżycy na kołyszący się z coraz większym 
rozmachem dzwon, którego żałosny jęk poczęły powtarzać inne w mieście: u Franciszkanów, 
u Św. Trójcy, u Panny Marii – i hen dalej, jak miasto długie i szerokie. Zrozumiano 
wreszcie, co znaczą owe jęki; dusze ludzkie napełniły się przerażeniem i takim bólem, jakby 
one spiżowe serca dzwonów uderzały wprost w serca wszystkich obecnych. 
 
Nagle na wieży ukazała się czarna chorągiew z wielką trupią głową pośrodku, pod którą 
bielały dwa złożone na krzyż piszczele ludzkie. Wówczas ustała wszelka wątpliwość. Królowa 
oddała ducha Bogu. 
 

Pod zamkiem rozległ się ryk i płacz stu tysięcy ludzi – i pomieszał się z ponurymi odgłosami 
dzwonów. Niektórzy rzucali się na ziemię, inni darli na sobie szaty lub rozdrapywali 
twarze, inni spoglądali na mury w niemym osłupieniu, niektórzy jęczeli głucho, niektórzy 
wyciągając ręce ku kościołowi i komnacie królowej wzywali cudu i Bożego miłosierdzia. 
Lecz ozwały się także głosy gniewne, które w uniesieniu i rozpaczy dochodziły do bluźnierstw. 
„Przecz nam zabrano naszą umiłowaną? Na cóż się zdały nasze procesje, nasze modlitwy 
i błagania? To miłe były srebrne i złote wota, a za to nic? Wziąć wzięto, a dać nie dano!” 
Inni wszelako powtarzali, zalewając się łzami i jęcząc: „Jezu! Jezu! Jezu!” Tłumy 
chciały wejść do zamku, by spojrzeć jeszcze raz na ukochaną twarz Pani. Nie puszczono ich, 
ale im przyobiecano, że wkrótce ciało będzie wystawione w kościele, a wtedy każdy będzie 
mógł oglądać je i modlić się przy nim. Za czym pod wieczór posępne tłumy zaczęły wracać 
ku miastu opowiadając sobie o ostatnich chwilach królowej, o przyszłym pogrzebie i o cudach, 
które się będą działy przy jej ciele i około jej grobowca, a których wszyscy byli zupełnie 
pewni. Rozpowiadano również, że królowa zaraz po śmierci będzie kanonizowaną – gdy 
zaś niektórzy wątpili, czy się to może stać, poczęto się oburzać i grozić Awinionem... 
 
Smutek ponury padł na miasto, na cały kraj, i nie tylko ludowi pospolitemu, ale i wszystkim 
wydało się, że wraz z królową zagasła dla Królestwa pomyślna gwiazda. Nawet między 
panami krakowskimi byli tacy, którzy czarno patrzyli w przyszłość. Poczęto zadawać sobie i 
innym pytania, co teraz będzie? czyli Jagiełło po śmierci królowej ma prawo panować w 
Królestwie, czyli też wróci na swoją Litwę i poprzestanie na wielkoksiążęcym tronie? Niektórzy 
przewidywali – i jak się okazało, nie bez słuszności – że sam on zechce ustąpić i że w 
takim razie odpadną od Korony obszerne ziemie, rozpoczną się znów napady od strony Litwy 
i krwawe odwety zawziętych mieszkańców Królestwa. Zakon się wzmoże, wzmoże się cesarz 
rzymski i król węgierski – a Królestwo, od wczoraj jedno z najpotężniejszych w świecie, 
przyjdzie do upadku i pohańbienia. 
 
Kupcy, dla których stanęły otworem obszerne kraje litewskie i ruskie, czynili w przewidywaniu 
strat śluby pobożne, aby Jagiełło pozostał na Królestwie, lecz w takim znów razie 
przepowiadano rychłą wojnę z Zakonem. Wiadomo było, że powstrzymywała ją tylko królowa. 
Ludzie przypominali sobie teraz, jak niegdyś, oburzona na chciwość i drapieżność Krzyżaków, 
mówiła im w proroczym widzeniu: „Póki ja żyję, póty powstrzymuję rękę i słuszny 
gniew męża mojego, lecz pamiętajcie, iż po mojej śmierci spadnie na was kara za wasze grzechy!” 
 
 
Oni w pysze i zaślepieniu nie lękali się wprawdzie wojny licząc, że gdy po śmierci królowej 
urok jej świętobliwości nie będzie powstrzymywał napływu ochotników z państw zachodnich, 
naówczas przyjdą im w pomoc tysiące bojowników z Niemiec, z Burgundii, Francji 
i dalszych jeszcze krajów. Lecz śmierć Jadwigi była jednakże wypadkiem tak doniosłym, że 
poseł krzyżacki Lichtenstein nie czekając nawet na przyjazd nieobecnego króla ruszył co prędzej 
do Malborga, by jak najprędzej donieść wielkiemu mistrzowi i kapitule ważną i poniekąd 
groźną nowinę. 
 
Posłowie: węgierski, rakuski, cesarski, czeski, wyruszyli za nim lub też wysłali gońców do 
swych monarchów. Jagiełło przyjechał do Krakowa w ciężkiej rozpaczy. W pierwszej chwili 
oświadczył panom, że nie chce już dalej królować bez królowej i że odjedzie na swoje dziedzictwo 
do Litwy, po czym z żalu wpadł jakoby w odrętwienie, nie chciał rozstrzygać żadnych 
spraw, nie odpowiadał na pytania, chwilami zaś wpadał w straszny gniew na samego 
siebie za to, że był odjechał, że nie był przy śmierci królowej, że się z nią nie pożegnał i nie 
wysłuchał jej ostatnich słów i poleceń. Próżno Stanisław ze Skarbimierza i biskup Wysz 
przedkładali mu, że choroba królowej wypadła niespodzianie i że wedle ludzkich obliczeń 
miał wszelki czas wrócić, gdyby połóg odbył się był w porze właściwej. Nie przynosiło mu to 
żadnej pociechy ani nie koiło jego żalu. „Nie król ja bez niej – odpowiadał biskupowi – jeno 
 

grzesznik pokajany, który nie zazna pociechy.” Po czym wbijał oczy w ziemię i nikt nie mógł 
od niego słowa więcej wydobyć. 
 
Tymczasem wszystkie umysły zajęły się pogrzebem królowej. Z całego kraju poczęły 
ściągać nowe tłumy panów, szlachty i ludu, zwłaszcza ubóstwa, które spodziewało się obfitych 
zysków z jałmużn przy obrzędzie pogrzebowym, mającym trwać przez cały miesiąc. 
Ciało królowej ustawiono w katedrze na podwyższeniu urządzonym w ten sposób, że szersza 
część trumny, w której spoczywała głowa zmarłej, znajdowała się znacznie wyżej od dolnej. 
Urządzono tak umyślnie, by lud mógł lepiej widzieć twarz królowej. W katedrze odprawiało 
się nieustające nabożeństwo: przy katafalku płonęły tysiące świec woskowych, a wśród tych 
blasków i wśród kwiatów leżała Ona, spokojna, uśmiechnięta, podobna do białej róży mistycznej 
– ze złożonymi w krzyż rękoma na lazurowej sukni. Lud widział w niej świętą, przyprowadzano 
do niej opętanych, kaleki, chore dzieci – i raz w raz w środku świątyni rozlegał 
się krzyk to jakiejś matki, która na twarzy chorego dziecka spostrzegła rumieńce, zwiastuny 
zdrowia, to jakiegoś paralityka, który nagle odzyskiwał władzę w schorzałych członkach. 
Wówczas serca ludzkie przejmował dreszcz, wieść o cudzie przelatywała kościół, zamek, 
miasto i ściągała coraz większe roje nędzy ludzkiej, która od cudu tylko mogła spodziewać się 
poratowania. 
 
O Zbyszku zapomniano tymczasem zupełnie, któż bowiem wobec tak olbrzymiego nieszczęścia 
pamiętać mógł o zwyczajnym pacholęciu szlacheckim i o jego uwięzieniu w baszcie 
zamkowej! Zbyszko wiedział jednakowoż od stróżów więziennych o chorobie królowej, słyszał 
gwar ludu koło zamku, a gdy usłyszał jego płacz i bicie we dzwony, rzucił się na kolana i 
przepomniawszy o własnym losie, z całej duszy jął opłakiwać śmierć uwielbionej Pani. Zdawało 
mu się, że razem z nią zgasło coś i dla niego i że wobec takiej śmierci nie warto nikomu 
żyć na świecie. 
 
Echa pogrzebu, dzwony kościelne, śpiewy procesyj i zawodzenia tłumów dochodziły go 
przez całe tygodnie. Przez ten czas sposępniał, stracił ochotę do jadła, do snu i chodził po 
swoim podziemiu jak dziki zwierz po klatce. Ciążyła mu samotność, gdyż bywały dni, że nawet 
stróż więzienny nie przynosił mu świeżego jadła i wody, tak dalece wszyscy byli zajęci 
pogrzebem królowej. Od czasu jej śmierci nie odwiedził go nikt: ani księżna, ani Danusia, ani 
Powała z Taczewa, który dawniej tyle okazywał mu życzliwości, ani kupiec Amylej, znajomek 
Maćka. Zbyszko z goryczą myślał, że gdy Maćka nie stało, zapomnieli o nim wszyscy. 
Chwilami przychodziło mu do głowy, że może zapomni o nim i prawo – i że przyjdzie mu 
gnić do śmierci w tym więzieniu. Wówczas modlił się o śmierć. 
 
Wreszcie gdy od pogrzebu królowej upłynął miesiąc, a rozpoczął się drugi, począł wątpić i 
 
o powrocie Maćka. Obiecał przecie Maćko jechać pośpiesznie, konia nie żałować. Malborg 
nie na końcu świata. Przez dwanaście niedziel można było dojechać i wrócić – zwłaszcza gdy 
komuś pilno było. „Ale może i jemu niepilno! – myślał z żalem Zbyszko – może sobie gdzie 
po drodze babę upatrzył i rad ją do Bogdańca powiezie, aby się własnego potomstwa doczekać, 
a ja tu będę przez wieki zmiłowania boskiego wyglądał!” 
Stracił wreszcie rachubę czasu, przestał całkiem rozmawiać ze strozą i tylko z pajęczyny, 
pokrywającej coraz obficiej żelazną kratę w oknie, miarkował, że na świecie nadchodzi jesień. 
Siadywał teraz całymi godzinami na łożu, z łokciami na kolanach, z palcami we włosach, 
które mu już daleko za ramiona sięgały – i w półśnie, w półodrętwieniu nie podnosił 
głowy nawet i wówczas, gdy strażnik zagadał do niego przynosząc spyżę. Aż pewnego dnia 
skrzypnęły wrzeciądze i znajomy głos zawołał od progu więzienia: 
 
– Zbyszku! 
– Stryjko! – krzyknął Zbyszko zerwawszy się z tapczana. 
Maciek chwycił go w ramiona, po czym objął mu jasną głowę dłońmi i począł ją całować. 
Żal, gorycz i tęsknota tak wezbrały w sercu młodzianka, że począł płakać na piersiach stryjca 
jak małe dziecko. 
 

– Myślałem, że już nie wrócicie – rzekł łkając. 
– Boć i niewiele brakło – odrzekł Maciek. 
Dopieroż Zbyszko podniósł głowę i spojrzawszy na niego zawołał: 
– A z wami co się stało? 
I patrzył ze zdumieniem na wynędzniałą, zapadłą i bladą jak płótno twarz starego wojownika, 
na jego pochyloną postać i na posiwiałe włosy. 
 
– Co z wami? – powtórzył. 
Maćko siadł na tapczanie przez chwilę oddychał ciężko. 
– Co się stało? – rzekł wreszcie. – Ledwiem granicę przejechał, postrzelili mnie w boru 
Niemcy z kuszy. Zbóje-rycerze! – wiesz? Ciężko mi jeszcze dychać... Bóg zesłał mi pomoc – 
inaczej byś mnie tu nie widział. 
– Któż was zratował? 
– Jurand ze Spychowa – odrzekł Maćko. 
Nastała chwila milczenia. 
– Oni napadli mnie, a w pół dzionka później on ich. Ledwie połowa mu ich uszła. Mnie 
wziął do gródka, i tam w Spychowie ze śmiercią-m się przez trzy niedziele zmagał. Bóg nie 
dał skonać – i choć mi jeszcze ciężko, alem wrócił. 
– A to nie byliście w Malborgu? 
– Z czymżem miał jechać? Obdarli mnie do cna i list z innymi rzeczami zabrali. Wróciłem 
prosić księżny Ziemowitowej o drugi, alem się z nią w drodze rozminął – i czy ją zgonię – nie 
wiem – bo mi się też na tamten świat wybierać. 
To rzekłszy splunął na dłoń i wyciągnąwszy ją ku Zbyszkowi ukazał na niej czystą krew 
mówiąc: 
 
– Widzisz? 
A po chwili dodał: 
– Widać wola boska. 
Czas jakiś milczeli obaj pod brzemieniem posępnych myśli, po czym Zbyszko rzekł: 
– To tak ciągle krwią plwacie? 
– Jakoże nie mam plwać, kiedy mi na pół piędzi grota między żebrami utkwiło! Plwałbyś i 
ty – nie bój się. Ale u Juranda ze Spychowa już mi się lepiej uczyniło, jeno żem się ninie 
okrutnie znów zmęczył, bo droga długa, a pilnom jechał. 
– Hej! po co wam się było spieszyć? 
– Bom chciał księżnę Aleksandrę zdybać i brać od niej drugie pisanie. A Jurand ze Spychowa 
prawił tak: „Jedźcie – powiada – i wracajcie z listem do Spychowa. Ja – prawi – mam 
kilku Niemców pod podłogą, to jednego na słowo rycerskie uwolnię i ten list do mistrza powiezie.” 
A on ich tam zawsze kilku przez pomstę za śmierć żony pod sobą trzyma i rad słucha, 
jako mu nocami jęczą a żelaziwem brzękają, gdyż jest człek zawzięty. Rozumiesz? 
– Rozumiem. Jeno to mi dziwno, żeście pierwszy list stracili, bo skoro Jurand ułapił tych, 
którzy was napadli, to list powinien był być przy nich. 
– Nie ułapił ci ich wszystkich. Uszło coś z pięciu. Taka już dola nasza. 
To rzekłszy Maćko odchrząknął, splunął znów krwią i stęknął trochę z bólu w piersiach. 
– Ciężko was postrzelili – rzekł Zbyszko. – Jakże to? Z zasadzki? 
– Z kuszczów tak gęstych, że na krok nie było nic widać. A jechałem bez zbroi, bo mi 
kupcy mówili, że kraj bezpieczny – i upał był. 
– Któż zbójom przywodził? Krzyżak? 
– Nie zakonnik, ale Niemiec, Chełmińczyk z Lentzu, wsławion z rozbojów i grabieży. 
– Cóż się z nim stało? 
– U Juranda na łańcuchu. Ale on też ma w podziemiu dwóch szlachty Mazurów, których 
chce za siebie oddać. 
Znów zapadło milczenie. 
 

– Miły Jezus – rzekł wreszcie Zbyszko – to Lichtenstein będzie żyw i ów z Lentzu także, a 
nam trzeba ginąć bez pomsty. Mnie głowę utną, a i wy pewnikiem już się nie przezimujecie. 
– Ba! i do zimy nie dociągnę. Żeby choć ciebie jako zratować... 
– Widzieliście tu kogo? 
– Byłem u kasztelana krakowskiego, bo jakem się dowiedział, że Lichtenstein wyjechał, 
myślałem, że ci pofolgują. 
– A to Lichtenstein wyjechał? 
– Zaraz po śmierci królowej, do Malborga. Byłem tedy u kasztelana, ale on powiedział tak: 
„Nie dlatego waszemu bratankowi głowę utnę, aby się Lichtensteinowi pochlebić, jeno że taki 
jest wyrok, a czy Lichtenstein tu jest, czy go nie ma, to wszystko jedno. Choćby też Krzyżak i 
umarł, nic to nie zmieni, bo – powiada – prawo jest wedle sprawiedliwości – nie tak jako kubrak, 
któren możesz do góry podszewką przewrócić. Król – prawi – może łaskę okazać, ale 
nikt inny.” 
– A gdzie król? 
– Pojechał po pogrzebie aż na Ruś. 
– No, to i nie ma rady. 
– Nijakiej. Kasztelan powiadał jeszcze: „Żal mi go, bo i księżna Anna za nim prosi, ale jak 
nie mogę, to nie mogę...” 
– A księżna Anna jeszcze też jest?... 
– Niech jej ta Bóg zapłaci! To dobra pani. Jeszcze tu jest, bo Jurandówna zachorzała, a 
księżna ją miłuje jak własne dziecko. 
– O, dla Boga! To i Danuśkę chorość napadła. Coże jej takiego? 
– Bo ja wiem!... księżna powiada, że ją ktoś urzekł. 
– Pewnie Lichtenstein! nikt inny, jeno Lichtenstein – sobacza mać! 
– Może i on. Ale co mu zrobisz? – nic. 
– To dlatego wszyscy mnie tu zabaczyli, że i ona była chora... 
To rzekłszy Zbyszko jął chodzić wielkimi krokami po izbie, a wreszcie chwycił rękę Maćka, 
ucałował ją i rzekł: 
 
– Bóg wam zapłać za wszystko, boć z mojej przyczyny pomrzecie, ale skoroście jeździli aż 
do Prus, to póki do reszty nie zesłabniecie, uczyńcież jeszcze dla mnie jedną rzecz. Pójdźcie 
do kasztelana i proście, żeby mnie na słowo rycerskie puścił choć na dwanaście niedziel. Potem 
wrócę i niech mi szyją utną, ale – to przecie tak nie może być, byśmy bez nijakiej pomsty 
poginęli. Wiecie... pojadą do Malborga i zara zapowiedź Lichtenteinowi poślę. Już też nie 
może być inaczej. Jego śmierć albo moja! 
Maćko począł trzeć czoło: 
 
– Pójść pójdę, ale czy kasztelan pozwoli? 
– Słowo rycerskie dam. Na dwanaście niedziel – więcej mi nie trza... 
– Co ta gadać: na dwanaście niedziel! A jak będzie ranny i nie wrócisz, co pomyślą? 
– To choćby na czworakach wrócę. Ale nie bójcie się! I widzicie, może przez ten czas zjedzie 
król z Rusi; to mu się będzie można o zmiłowanie pokłonić. 
– Prawda jest – rzekł Maćko. 
Lecz po chwili dodał: 
– Bo mnie kasztelan i to jeszcze powiadał: „Przepomnieliście o waszym bratanku z przyczyny 
śmierci królowej, ale teraz niechże się to już skończy.” 
– Ej, pozwoli – odpowiedział z otuchą Zbyszko. – Jużci przecie wie, że szlachcic mu słowo 
zdzierży, a czy mi teraz głowę utną, czy po świętym Michale, to mu wszystko jedno. 
– Ha! pójdę dziś jeszcze. 
– Dziś idźcie do Amyleja i legnijcie trochę. Niech wam jakowej driakwi na ranę przyłożą, 
a jutro pójdźcie do kasztelana. 
– No, to z Bogiem! 

– Z Bogiem! 
Uściskali się i Maćko zwrócił się ku drzwiom, ale w progu zatrzymał się jeszcze i namarszczył 
czoło, jakby sobie coś nagle przypomniawszy. 
 
– Ba, toć przecie ty pasa rycerskiego jeszcze nie nosisz: powie ci Lichtenstein, że z niepasowanym 
nie będzie się potykał – i co mu zrobisz? 
Zbyszko zafrasował się, ale tylko na chwilę, po czym rzekł: 
 
– A jakoże bywa na wojnie? Czy to koniecznie pasowany tylko pasowanych wybiera? 
– Wojna to wojna, a walka samowtór co innego: 
– Prawda... ale... poczekajcie... Trzeba poradzić... Ano, widzicie! – jest rada. Książę Janusz 
będzie mnie pasował. Jak go księżna z Danuśką poproszą, to będzie pasował. A ja po drodze 
będę się zaraz na Mazowszu z synem Mikołaja z Długolasu też potykał. 
– Za co? 
– Bo Mikołaj – wiecie – ten, co jest przy księżnie i którego Obuchem zowią – powiedział 
na Danuśkę: „skrzat”. 
Maćko popatrzył na niego ze zdumieniem, a Zbyszko chcąc widocznie lepiej wytłumaczyć, 
o co mu chodziło, mówił dalej: 
 
– Jużci tego też darować nie mogę, a z Mikołajem przecie nie będę się potykał, bo mu 
chyba z osiemdziesiąt lat. 
Na to Maćko: 
 
– Słuchaj, chłopie! szkoda mi twojej głowy, ale rozumu nie szkoda, ile żeś głupi jak cap. 
– A wy się czego sierdzicie? 
Maćko nie odrzekł nic i chciał wyjść, ale Zbyszko poskoczył jeszcze ku niemu: 
– A jakoże Danuśka? zdrowa już? Nie gniewajcie się za byle co. Przecie was tyle czasu nie 
było. 
I pochylił się znów do ręki starego, ten zaś wzruszył ramionami, ale odrzekł łagodniej: 
 
– Jurandówna zdrowa, jeno jej jeszcze z komnaty nie puszczają. Bywaj zdrów. 
Zbyszko pozostał sam, ale jakby odrodzony na duszy i ciele. Miło mu było pomyśleć, że 
będzie miał jeszcze ze trzy miesiące życia przed sobą, że pojedzie w dalekie kraje, wyszuka 
Lichtensteina i stoczy z nim walkę śmiertelną. Na samą myśl o tym radość zapełniała mu 
piersi. Dobrze choć przez dwanaście niedziel czuć konia pod sobą, jeździć po szerokim świecie, 
bić się i nie zginąć bez pomsty. A potem – niech się dzieje, co chce – to przecie ogromny 
szmat czasu. Może król wrócić z Rusi i darować winę, może wybuchnąć ta wojna, którą 
wszyscy z dawna zapowiadali – może i sam kasztelan, gdy po trzech miesiącach ujrzy zwycięzcę 
hardego Lichtensteina, powie: „Ruszajże teraz na bory, lasy!” Czuł bowiem jasno 
Zbyszko, że zawziętości nikt, prócz Krzyżaka, przeciw niemu nie żywił – i że sam surowy 
pan krakowski tylko jakoby z musu skazał go na śmierć. 
 
Więc nadzieja wstępowała w niego coraz większa, gdyż nie wątpił, że mu tych trzech miesięcy 
nie odmówią. Owszem, myślał, że mu dadzą nawet więcej, to bowiem, by szlachcic 
poprzysiągłszy na cześć rycerską miał słowa nie dotrzymać, nawet nie przyjdzie staremu panu 
z Tęczyna do głowy. 
 
Toteż gdy Maćko przyszedł nazajutrz o zmroku do więzienia, Zbyszko, który ledwie mógł 
już usiedzieć, skoczył ku niemu do proga i zapytał: 
 
– Pozwolił? 
Maćko siadł na tapczanie, bo stać z wielkiego osłabienia nie mógł, przez chwilę oddychał 
ciężko i wreszcie rzekł: 
 
– Kasztelan powiedział tak: „Jeśli wam potrzeba podzielić grunt albo statek, to waszego 
bratanka na jedną albo na dwie niedziele na rycerskie słowo wypuszczę, ale na dłużej nie.” 
Zbyszko zdumiał się tak, iż czas jakiś słowa nie mógł przemówić. 
 

– Na dwie niedziele? – zapytał po chwili. – A toć ja przez dwie niedziele nawet do granicy 
nie zajadę! – Cóże to jest?... Chybaście kasztelanowi nie powiedzieli, po co ja chcę do Malborga? 
– Nie tylko ja za tobą prosiłem, ale i księżna Anna. 
– No i co? 
– I co? Powiedział jej stary, że mu po twojej szyi nic i że sam cię żałuje. „Niechbym, powiada, 
jakie prawo za nim znalazł – ba! niechby i pozór – to bym go całkiem puścił – ale jak 
nie mogę, to nie mogę. Nie będzie, powiada, dobrze w tym Królestwie, gdy ludzie poczną na 
prawo oczy zamykać i po przyjaźni sobie folgować; czego ja nie uczynię, choćby o Toporczyka, 
mego krewniaka, albo zgoła brata chodziło.” – Tacy to tu ludzie nieużyci. – A on jeszcze 
powiadał tak: „My nie potrzebujemy się oglądać na Krzyżaków, ale hańbić się nam przed 
nimi nie wolno. Co by pomyśleli i oni, i ich goście, którzy z całego świata przychodzą, gdyby 
ja skazanego na śmierć szlachcica puścił po to, by miał wolę pojechać sobie do nich na bitkę? 
Żaliby uwierzyli, że go kara dosięgnie i że jest jakaś w naszym państwie sprawiedliwość? 
Wolę ja jedną głowę uciąć niźli króla i Królestwo na śmiech podawać.” – Powiedziała na to 
księżna, że cudna jej taka sprawiedliwość, od której nawet krewna królewska nie może człeka 
wyprosić, ale stary jej odrzekł: „I samemu królowi służy łaska, ale nie służy bezprawie.” Dopieroż 
wzięli się kłócić, bo księżnę porwał gniew: „To go, powiada, nie gnójcie w więzieniu!” 
A kasztelan na to: „Dobrze! od jutra każę pomostek na rynku stawić.” I na tym się rozeszli. 
Już ciebie, nieboże, chyba sam Pan Jezus zratuje... 
Nastała długa chwila milczenia. 
 
– Jakże? – ozwał się głuchym głosem Zbyszko. – To to już zaraz będzie? 
– Za dwa albo trzy dni. Jak nie ma rady, to nie ma. Co ta mogłem tom uczynił. Padłem do 
nóg kasztelanowi, proszę o zmiłowanie, ale on swoje: „Wynajdź prawo alibo pozór.” A co ja 
wynajdę? Byłem u księdza Stanisława ze Skarbimierza, aby do ciebie z Panem Bogiem przyszedł. 
Niechże choć ta sława będzie, że cię ten sam spowiadał, co i królową. Ale go nie znalazłem 
doma, bo był u księżny Anny. 
– Może u Danuśki? 
– Bogdać tam. Dziewka coraz zdrowsza. Pójdę do niego jeszcze jutro do dnia. Powiadają, 
że po jego spowiedzi to ci zbawienie tak pewne, jakobyś je miał w torbie. 
Zbyszko siadł, wsparł łokcie na kolanach i pochylił głowę tak, że włosy całkiem mu pokryły 
oblicze. Stary wpatrywał się w niego przez czas długi, wreszcie począł z cicha wołać: 
 
– Zbyszku! Zbyszku! 
Chłopak podniósł twarz raczej rozdrażnioną i pełną chłodnej zawziętości niż zbolałą. 
– A co? 
– Słuchajże pilnie, bom może co i znalazł. 
To rzekłszy przysunął się blisko i począł prawie szeptać: 
– Słyszałeś ty o księciu Witoldzie, jako drzewiej, uwięzion przez dzisiejszego naszego 
króla w Krewie, wyszedł z więzienia w niewieścim przebraniu. Niewiasta tu żadna za ciebie 
nie ostanie, ale bierz mój kubrak, bierz kaptur i wychodź – rozumiesz. A nuż się nie postrzegą. 
I pewno. Za drzwiami ciemno. W oczy nie będą ci świecić. Widzieli mnie wczoraj, jakom 
wychodził, i żaden ani spojrzał. Cicho bądź i słuchaj: znajdą mnie jutro – i co? Utną mi głowę? 
To ci im będzie pociecha, kiedy mnie i tak za dwie lub trzy niedziele śmierć pisana. A ty, 
jak stąd wyjdziesz, siadaj na konia i prosto do kniazia Witolda ruszaj. Przypomnisz mu się, 
pokłonisz, to cię przyjmie i będzie ci u niego jak u Pana Boga za piecem. Tu ludzie gadają, że 
wojska kniaziowe zniesione przez Tatarów. Nie wiadomo, czy prawda, ale może być, bo nieboszczka 
królowa tak prorokowała. Jeśli prawda, to tym bardziej będzie kniaź rycerzy potrzebował 
i rad cię obaczy. Ty zasię trzymaj się go, bo nie masz na świecie lepszej służby. Przegra-
li inszy król wojnę, to już po nim, a w kniaziu Witoldzie taka obrotność, że po przegranej 
jeszcze się czyni potężniejszy. I hojny jest, a naszych miłuje okrutnie. Powiedz mu wszystko, 

jako było. Powiedz, żeś chciał na Tatary z nim iść, aleś nie mógł, boś w wieży siedział. Bóg 
da, że cię obdarzy ziemią, chłopami – i rycerzem będzie cię pasował, i do króla się za tobą 
wstawi. Dobry to orędownik – obaczysz! – co? 
 
Zbyszko słuchał w milczeniu. Maćko zaś jakby podniecony własnymi słowami mówił dalej: 
 
 
– Nie ginąć tobie za młodu, ale do Bogdańca wracać. A jak wrócisz, zaraz masz żonę brać, 
żeby nasz ród nie zginął. Dopiero jak dzieci napłodzisz, możesz Lichtensteina na śmierć pozwać, 
ale przedtem waruj mi się od szukania pomsty, bo nużby cię postrzelili gdzie w Prusach 
tak jako mnie – to by już nie było nijakiej rady. Bierzże teraz kubrak, bierz kaptur i ruszaj w 
imię Boga. 
To rzekłszy Maćko wstał i począł się rozdziewać – lecz Zbyszko podniósł się także, zatrzymał 
go i rzekł: 
 
– Nie uczynię ja tego, czego ode mnie chcecie, tak mi pomagaj Bóg i Święty Krzyż. 
– Czemu? – spytał ze zdumieniem Maćko. 
– Bo nie uczynię. 
A Maćko aż pobladł ze wzruszenia i gniewu. 
– Bogdajżeś ty się był nie rodził. 
– Mówiliście już kasztelanowi – rzekł Zbyszko – iże swoją głowę za moją oddajecie. 
– Skąd wiesz? 
– Powiadał mi pan z Taczewa. 
– To i co z tego? 
– Co z tego? A cóż wam kasztelan rzekł, że hańba by spadła na mnie i na cały nasz ród. 
Żali nie większa by jeszcze hańba była, gdyby ja stąd uciekł, a was tu na pomstę prawu zostawił? 
– Na jaką pomstę! Co mnie prawo uczyni, kiedy ja i tak zamrę? Miejże rozum, na miłosierdzie 
Boże! 
– A toś tym bardziej. Niechże mnie Bóg pokarze, jeśli ja was starego i chorego tu opuszczę. 
Tfu! hańba... 
Nastało milczenie; słychać było tylko ciężki, rzężący oddech Maćka – i nawoływanie 
łuczników stojących na straży przy bramach. Na dworze uczyniła się już noc głęboka... 
 
– Słuchaj – ozwał się wreszcie Maćko złamanym głosem – nie była hańba kniaziowi Witoldowi 
uciekać tak z Krewa – nie będzie i tobie... 
– Hej! – odrzekł z pewnym smutkiem Zbyszko – wiecie! kniaź Witold, wielki kniaź: ma ci 
koronę z rąk królewskich, bogactwo i panowanie – a ja, ubogi ślachcic – jeno cześć... 
Po chwili zaś zawołał jakby z nagłym wybuchem gniewu: 
 
– A to nie rozumiecie, że was takoż miłuję i że waszej głowy za swoją nie dam? 
Na to Maćko podniósł się na chwiejnych nogach, wyciągnął przed się ręce – i choć natury 
ówczesnych ludzi twarde były, jakby je kowano z żelaza – ryknął nagle rozdzierającym głosem: 
 
 
– Zbyszku!... 
A następnego dnia pachołcy sądowi poczęli zwozić na rynek belki na rusztowanie, które 
miało być wzniesione naprzeciw głównej bramy ratusza. 
 
Księżna jednakże naradzała się jeszcze z Wojciechem Jastrzębcem, ze Stanisławem ze 
Skarbimierza i z innymi uczonymi kanonikami, biegłymi zarówno w prawie pisanym i obyczajowym. 
Zachęcały ją do tych usiłowań słowa kasztelana, który oświadczył, że gdyby mu 
znaleziono „prawo alibo pozór”, nie omieszkałby Zbyszka uwolnić. Radzono więc długo i 
gorliwie, czyby nie można czegoś znaleźć, a chociaż ksiądz Stanisław przygotował Zbyszka 
na śmierć i dał mu Ostatnie Sakramenta, jednakże prosto z podziemia wrócił raz jeszcze na 
naradę, która trwała niemal do świtu. 
 

Tymczasem nadszedł dzień egzekucji. Od rana tłumy ściągały na rynek, gdyż głowa 
szlachcica większą budziła ciekawość niż zwykła, a do tego pogoda uczyniła się cudna. Między 
kobietami rozeszła się też wieść o młodzieńczym wieku i nadzwyczajnej piękności skazanego, 
więc cała droga wiodąca od zamku zakwitła jak kwiatami od całych gromad strojnych 
mieszczanek; w oknach na rynku i w wystających przystawkach widać też było czepce, 
złote i aksamitne czołka lub przetowłose głowy dziewcząt, zdobne tylko wieńcami z róż i lilij. 
Rajcy miejscy, choć sprawa właściwie do nich nie należała, wyszli wszyscy dla dodania sobie 
powagi i ustawili się w pobliżu rusztowania tuż za rycerstwem, które chcąc okazać swoje 
współczucie młodzieńcowi stanęło gromadnie najbliżej pomostu. Za nimi pstrzył się tłum, 
złożony z pomniejszych kupców i rzemieślników w barwach cechowych. Żaki i w ogóle dzieci, 
wypychane w tył, krążyły jak uprzykrzone muchy wśród tłumu wdzierając się wszędzie, 
gdzie ukazało się choć trochę wolnego miejsca. Nad ową zbitą masą głów ludzkich widniał 
pomost pokryty nowym suknem, na którym stało trzech ludzi: jeden kat, barczysty i groźny 
Niemiec przybrany w czerwony kubrak i takiż kaptur, z ciężkim, obosiecznym mieczem w 
ręku – i dwóch jego pachołków z obnażonymi ramionami i powrozami u pasów. U nóg ich 
stał pień i trumna obita również suknem. Na wieżach Panny Marii biły dzwony napełniając 
miasto spiżowym dźwiękiem i płosząc stada kawek i gołębi. Ludzie patrzyli to na drogę wiodącą 
z zamku, to na pomost i sterczącego na nim kata z pałającym w słonecznym blasku mieczem, 
to wreszcie na rycerzy, na których zawsze z chciwością i szacunkiem spoglądali mieszczanie. 
Tym razem było zaś na co patrzeć, gdyż najsławniejsi stanęli w kwadrat koło rusztowania. 
Podziwiano więc szerokość ramion i powagę Zawiszy Czarnego, jego kruczy włos 
spadający na ramiona – podziwiano krępą, kwadratową postać oraz pałączaste nogi Zyndrama 
z Maszkowic i olbrzymi, nadludzki niemal wzrost Paszka Złodzieja z Biskupic, i groźną twarz 
Bartosza z Wodzinka – i urodę Dobka z Oleśnicy, który w Toruniu pokonał na turnieju dwunastu 
rycerzy niemieckich – i Zygmunta z Bobowy, który podobnie wsławił się z Węgrami w 
Koszycach – i Krzona z Kozichgłów, i strasznego w ręcznym spotkaniu Lisa z Targowiska, i 
Staszka z Charbimowic, który konia w biegu doganiał. Powszechną uwagę zwracał także 
Maćko z Bogdańca swoją wybladłą twarzą, podtrzymywany przez Floriana z Korytnicy i 
Marcina z Wrocimowic. Sądzono powszechnie, iż jest to ojciec skazanego. 
 
Ale największą ciekawość wzbudzał Powała z Taczewa, który stojąc w pierwszym szeregu 
trzymał w swych potężnych ramionach Danusię, przybraną całkiem biało, z zielonym wianuszkiem 
na jasnych włosach. Ludzie nie rozumieli, co to znaczy i dlaczego ta biało ubrana 
dzieweczka ma patrzeć na egzekucję skazanego. Jedni mówili sobie, że to siostra, inni odgadywali 
w niej panią myśli młodego rycerza, ale i ci nie umieli sobie wytłumaczyć ani jej ubioru, 
ani obecności przy pomoście. Natomiast we wszystkich sercach widok jej podobnej do 
rumianego jabłuszka, ale zalanej łzami twarzy – budził współczucie i wzruszenie. W zbitych 
tłumach ludu poczęto szemrać na nieugiętość kasztelana, na surowość prawa – i szemrania 
owe przechodziły stopniowo w pomruk wprost groźny – a wreszcie tu i ówdzie jęły podnosić 
się głosy, że gdyby zburzono rusztowanie, egzekucja musiałaby być odłożona. 
 
Tłum ożywił się i rozkołysał. Podawano sobie z ust do ust, że gdyby król był obecny, byłby 
niewątpliwie ułaskawił młodzianka, który, jak zapewniano, nie dopuścił się żadnej winy. 
 
Ale wszystko ucichło, gdy dalekie okrzyki oznajmiły zbliżanie się łuczników i halebardników 
królewskich, między którymi szedł skazany. Jakoż wkrótce orszak pojawił się na rynku. 
Pochód otwierało bractwo pogrzebowe, przybrane w czarne, do ziemi sięgające opończe i 
takież zasłony na twarzach z powycinanymi otworami na oczy. Lud bał się tych posępnych 
postaci i na ich widok umilkł. Za nimi szedł oddział kuszników, złożony z doborowych Litwinów, 
przybranych w łosiowe niewyprawne kubraki. Był to oddział gwardii królewskiej. Z 
tyłu orszaku widać było halebardy drugiego oddziału, w środku zaś, między pisarzem sądowym, 
który miał czytać wyrok, a księdzem Stanisławem ze Skarbimierza, niosącym krucyfiks, 
szedł Zbyszko. 
 

Wszystkie oczy zwróciły się teraz na niego i ze wszystkich okien i przystawek wychyliły 
się niewieście postacie. Zbyszko szedł przybrany w swą zdobyczną białą jakę, haftowaną w 
złote gryfy i zdobną złotą frędzlą u dołu – i w tym świetnym stroju wydawał się oczom tłumów 
jakowymś książątkiem albo pacholęciem z wielkiego domu. Ze wzrostu, z barków, widnych 
pod obcisłym ubraniem, z tęgich ud i szerokich piersi wydawał się być mężem całkiem 
dojrzałym, ale nad tą postawą męża wznosiła się głowa dziecinna prawie i twarz młoda, z 
pierwszym meszkiem nad ustami – i zarazem cudna – twarz królewskiego pazia ze złotym 
włosem, uciętym równo nad brwiami, a puszczonym długo na ramiona. Szedł krokiem równym 
i sprężystym, ale z czołem pobladłym. Chwilami patrzył na tłum jakby nieco przez sen, 
chwilami wznosił oczy ku wieżom kościelnym, ku stadom kawek i ku rozkołysanym dzwonom, 
które wydzwaniały mu ostatnią godzinę; chwilami wreszcie odbijało mu się na twarzy 
jakby zdziwienie, że te dźwięki i szlochania niewieście, i cała ta uroczystość, to wszystko dla 
niego. Na rynku ujrzał wreszcie z daleka pomost i na nim czerwoną sylwetkę kata. Wówczas 
drgnął i przeżegnał się – ksiądz zaś w tejże chwili podał mu krucyfiks do pocałowania. O kilka 
kroków dalej padł mu pod nogi pęk chabrów rzucony przez młodą dziewczynę z ludu. 
Zbyszko schylił się, podniósł go, a następnie uśmiechnął się do dziewczyny, która wybuchnęła 
głośnym płaczem. Lecz on pomyślał widocznie, że wobec tych tłumów i wobec niewiast 
powiewających chustkami z okien trzeba umrzeć odważnie i zostawić po sobie przynajmniej 
pamięć „dzielnego chłopa”, więc wytężył całą odwagę i wolę, nagłym ruchem odrzucił w tył 
włosy, podniósł głowę jeszcze wyżej i szedł hardo, tak prawie, jak idzie zwycięzca po skończonych 
rycerskich gonitwach, gdy go prowadzą po nagrodę. Posuwali się jednak zwolna, 
gdyż tłum był przed nimi coraz większy i niechętnie ustępujący. Próżno kusznicy litewscy, 
idący w pierwszym szeregu, wołali co chwila: „Eyk szalin! Eyk szalin! (precz z drogi!). Nie 
chciano się domyślać, co znaczą te słowa – i czyniło się coraz ciaśniej. Jakkolwiek ówczesne 
mieszczaństwo krakowskie składało się w dwóch trzecich z Niemców – jednakże naokół rozlegały 
się groźne klątwy przeciw Krzyżakom: „Hańba! hańba! niechby sczezły te krzyżowe 
wilki, jeśli dzieci gwoli im będą tu wytracać! Wstyd dla króla i Królestwa!” Litwini widząc 
opór, zdjąwszy napięte kusze z ramion poczęli spoglądać spode łbów na lud, nie śmieli jednak 
szyć w gęstwę bez rozkazu. Lecz kapitan wysłał naprzód halebardników, halebardami bowiem 
łatwiej było torować sobie drogę, i w ten sposób dotarli aż do rycerzy stojących w kwadrat 
koło rusztowania. 
 
Ci rozstąpili się bez oporu. Pierwsi weszli halebardnicy, za nimi szedł Zbyszko z księdzem 
i pisarzem. Lecz wówczas stało się to, czego się nikt nie spodziewał. Oto nagle spomiędzy 
rycerzy wystąpił Powała z Danusią na ręku i krzyknął: „Stój!”, tak grzmiących głosem, iż 
cały orszak zatrzymał się jak wkopany w ziemię. Ni kapitan, ni nikt z żołnierzy nie chciał 
sprzeciwić się panu i pasowanemu rycerzowi, którego codziennie widywano w zamku, a nieraz 
w poufnych z królem rozmowach. Wreszcie i inni, również znamienici, poczęli wołać 
rozkazującymi głosami: „Stój! stój!” – pan z Taczewa zaś zbliżył się do Zbyszka i podał mu 
biało ubraną Danusię. 
 
Ów mniemając, że to pożegnanie, chwycił ją, objął i przycisnął do piersi – lecz Danusia, 
zamiast przytulić się do niego i zarzucić mu na szyję rączęta, zerwała co prędzej ze swych 
jasnych włosów, spod rucianego wianka, białą zasłonę i owinęła w nią całkiem głowę Zbyszka, 
a jednocześnie poczęła wołać z całej siły rozpłakanym dziecinnym głosem: 
 
– Mój ci jest! mój ci jest! 
– Jej ci jest! – powtórzyły potężne głosy rycerzy. – Do kasztelana! 
Odpowiedział im podobny do grzmotu krzyk ludu: „Do kasztelana! do kasztelana!” Spowiednik 
podniósł oczy w górę, zmieszał się pisarz sądowy, kapitan i halebardnicy opuścili 
broń, albowiem wszyscy zrozumieli, co się stało. 
 
Był stary, polski i słowiański obyczaj, mocny jak prawo, znany na Podhalu, w Krakowskiem, 
a nawet i w innych krajach, że gdy na prowadzonego na śmierć chłopca rzuciła nie
 
 

winna dziewka zasłonę na znak, że chce za niego wyjść za mąż, tym samym zbawiała go od 
śmierci i kary. Znali ów obyczaj rycerze, znali kmiecie, znał polski lud miejski – a słyszeli o 
jego mocy i Niemcy, z dawniejszych czasów w grodach i miastach polskich zamieszkali. Stary 
Maćko też aż zesłabł na ten widok ze wzruszenia, rycerze odsunąwszy wnet kuszników 
otoczyli Zbyszka i Danusię; wzruszony i rozradowany lud krzyczał coraz potężniej: „Do 
kasztelana! do kasztelana!” Tłumy ruszyły się nagle, na kształt olbrzymich wełn morskich. 
Kat i pomocnicy zbiegli co prędzej z pomostu. Uczyniło się zamieszanie. Dla wszystkich 
stało się jasnym, że gdyby Jaśko z Tęczyna chciał się teraz oprzeć uświęconemu obyczajowi, 
w mieście wszcząłby się groźny rozruch. Jakoż ława ludzka rzuciła się zaraz na rusztowanie. 
W mgnieniu oka ściągnięto sukno i rozerwano je w kawałki, potem belki i deski, ciągnięte 
silnymi rękoma lub rąbane toporami, poczęły uginać się, trzeszczeć, pękać – i w kilka pacierzy 
później na rynku nie zostało śladu z pomostu. 
 
A Zbyszko wciąż trzymając Danusię na ręku wracał na zamek, ale tym razem jak prawdziwy 
zwycięzca-tryumfator. Naokół niego bowiem szli z radosnymi twarzami pierwsi rycerze 
Królestwa, a z boków, z przodu i z tyłu tłoczyły się tysiące kobiet, mężczyzn i dzieci 
krzycząc wniebogłosy, śpiewając, wyciągając ręce ku Danusi i sławiąc obojga męstwo i urodę. 
Z okien białe ręce bogatych mieszczek biły im oklaski, wszędzie widać było oczy zalane 
łzami radości. Deszcz wianuszków różanych, liliowych, deszcz wstążek, a nawet złocistych 
przepasek i pątlików padał szczęśliwemu młodziankowi pod nogi, a on, rozpromieniony jak 
słońce, z sercem przepełnionym wdzięcznością, podnosił co chwila w górę swoją białą panienkę, 
czasem całował jej w uniesieniu kolana, a ten widok rozczulał do tego stopnia 
mieszczki, że niektóre rzucały się w objęcia swoim kochankom oświadczając, że byle zasłużyli 
na śmierć – zostaną także uwolnieni. I Zbyszko, i Danusia stali się jakby ukochanymi 
dziećmi rycerzy, mieszczan i pospolitego tłumu. Stary Maćko, którego wiedli wciąż pod ręce 
Florian z Korytnicy i Marcin z Wrocimowic, odchodził niemal od zmysłów z radości i zarazem 
ze zdumienia, że taki środek ratunku dla bratanka nawet mu do głowy nie przyszedł. Powała 
z Taczewa opowiadał wśród ogólnego wrzasku swym potężnym głosem rycerzom, jako 
ów sposób wymyślili, a raczej przypomnieli na naradach z księżną Wojciech Jastrzębiec i 
Stanisław ze Skarbimierza, biegli w prawie pisanym i obyczajowym – rycerze zaś dziwili się 
jego prostocie mówiąc między sobą, że chyba dlatego nikt inny o owym obyczaju nie pamiętał, 
iż w mieście przez Niemców zamieszkanym z dawna już nie był praktykowany. 
 
Wszystko jednak zależało jeszcze od kasztelana. Rycerze i lud pociągnęli na zamek, w którym 
pod niebytność króla mieszkał pan krakowski – i zaraz pisarz sądowy, ksiądz Stanisław 
ze Skarbimierza, Zawisza, Farurej, Zyndram z Maszkowic i Powała z Taczewa udali się do 
niego, aby przedstawić moc obyczaju i przypomnieć, jako sam mówił, iż gdyby znalazł „prawo 
alibo pozór” – to wnet by skazanego uwolnił. A czyż mogło być lepsze prawo nad starodawny 
obyczaj, którego nie łamano nigdy? Pan z Tęczyna odpowiedział wprawdzie, że więcej 
się do prostego ludu i do podhalskich zbójników ów obyczaj stosuje niż do szlachty, ale 
zbyt on sam był biegłym we wszelakim zakonie, aby mógł siły jego nie uznać. Przykrywał 
przy tym srebrną brodę dłonią i uśmiechał się pod palcami, bo widocznie był rad. Wreszcie 
wyszedł na niski krużganek mając przy sobie księżnę Annę Danutę, kilku duchownych i rycerzy. 
 
 
Zbyszko ujrzawszy go podniósł znów w górę Danusię – a on położył zgrzybiałą rękę na jej 
złotych włosach, chwilę ją trzymał – a potem skinął poważnie i dobrotliwie sędziwą głową. 
 
Zrozumiano ten znak i aż mury zamkowe zatrzęsły się od okrzyków. „Pomagaj ci Bóg! żyj 
długo, sprawiedliwy panie! żyj i sądź nas!” – wołano ze wszystkich stron. Potem nowe 
okrzyki wzniosły się dla Danusi i Zbyszka, a w chwilę później oboje wszedłszy na krużganek 
padli do nóg dobrej księżnie Annie Danucie, której Zbyszko zawdzięczał życie, ona to bowiem 
obmyśliła z uczonymi sposób i nauczyła Danusię, co ma robić. 
 
– Niech żywie młoda para! – zawołał na widok klęczących Powała z Taczewa. 

– Niech żywie! – powtórzyli inni. 
A sędziwy kasztelan zwrócił się do księżny i rzekł: 
– Już też, miłościwa księżno, zrękowiny muszą być zaraz, bo ów obyczaj tak każe. 
– Zrękowiny uczynię zaraz – odpowiedziała z rozpromienioną twarzą dobra pani – ale po-
kładzin bez ojcowej woli Juranda ze Spychowa nie dopuszczę. 

Rozdział 
siódmy 
 
 
U kupca Amyleja Maćko i Zbyszko naradzali się nad tym, co czynić. Stary rycerz spodziewał 
się rychłej śmierci, a że przepowiadał mu ją także znający się na ranach franciszkanin 
 
o. Cybek, więc chciał wracać do Bogdańca, aby być pochowanym wedle ojców na cmentarzu 
w Ostrowiu. 
Nie wszyscy jednak ojce tam leżeli. Był to niegdyś liczny ród. Czasu wojen zwoływali się 
okrzykiem: „Grady!”, w herbie zaś – mieniąc się lepszymi od innych włodyków, którym nie 
zawsze przysługiwało prawo herbu – nosili Tępą Podkowę. Roku 1331, w bitwie pod Płowcami, 
siedmdziesięciu czterech wojowników z Bogdańca wystrzelali na bagnie kusznicy niemieccy, 
ocalał tylko jeden, Wojciech, przezwiskiem Tur, któremu król Władysław Łokietek 
po pogromie Niemców potwierdził osobnym przywilejem herb i ziemie bogdanieckie. Tamtych 
kości bielały odtąd na polach płowieckich, Wojciech zaś wrócił do domowych pieleszy, 
lecz po to tylko, by całkowitą zgubę rodu swego oglądać. 
 
Albowiem, podczas gdy mężowie z Bogdańca ginęli pod strzałami Niemców, zbójnicy-
rycerze z pobliskiego Śląska napadli na ich gniazdo, spalili do cna osadę, ludność wysiekli 
lub uprowadzili w niewolę po to, by ją sprzedać w odległe kraje niemieckie. Wojciech został 
sam jeden w starym domostwie, które ocalało od ognia, jako dziedzic obszernych, ale pustych 
ziem, poprzednio do całego włodyczego rodu należących. W pięć lat później ożenił się i spłodziwszy 
dwóch synów, Jaśka i Maćka – od tura w lesie na łowach zabit. 
 
Synowie rośli pod opieką matki, Kachny ze Spalenicy, która w dwóch wyprawach po-
mściła na śląskich Niemcach dawne krzywdy, w trzeciej zaś poległa. Jaśko doszedłszy do lat 
pojął w małżeństwie Jagienkę z Mocarzewa, z którą spłodził Zbyszka. Maćko zaś pozostawszy 
w stanie bezżennym pilnował majętności i synowca, o ile pozwalały mu na to wyprawy 
wojenne. 
 
Lecz gdy w czasie wojny domowej Grzymalitów z Nałęczami spalono po raz drugi chałupy 
w Bogdańcu i rozproszono kmieciów, samotny Maćko próżno usiłował go na nowo dźwignąć. 
Nabiedziwszy się lat niemało zastawił wreszcie ziemię krewnemu opatowi, sam zaś z 
małym jeszcze Zbyszkiem pociągnął na Litwę przeciw Niemcom. 
 
Nigdy on jednak nie tracił z oczu Bogdańca. Na Litwę pociągnął właśnie dlatego, by 
wzbogaciwszy się łupami z czasem powrócić, wykupić ziemię, zaludnić ją jeńcami, odbudować 
gródek i osadzić na nim Zbyszka. Teraz też, po szczęśliwym ocaleniu młodzianka, o tym 
tylko myślał i nad tym naradzał się z nim u kupca Amyleja. 
 
Ziemię mieli za co wykupić. Z łupów, z okupów, które składali wzięci przez nich do niewoli 
rycerze, i z darów Witolda zebrali zapasy dość znaczne. Szczególnie dużą korzyść przyniosła 
im owa walka na śmierć z dwoma rycerzami fryzyjskim. Same zbroje, które po nich 
wzięli, stanowiły w owych czasach prawdziwą majętność, prócz zbroi zaś wzięli przecie wozy, 
konie, ludzi, szaty, pieniądze i cały bogaty sprzęt wojenny. Wiele z tych łupów nabył teraz 
kupiec Amylej, a między innymi dwie sztuki cudnego flandryjskiego sukna, które przezorni i 
możni Fryzyjczycy mieli z sobą na wozach. Maćko przedał także kosztowną zdobyczną 
zbroję mniemając, że wobec bliskiej śmierci na nic mu się już nie przyda. Płatnerz, który ją 
 

nabył, odprzedał ją na drugi dzień Marcinowi z Wrocimowic herbu Półkoza z zyskiem znacznym, 
gdyż pancerze pochodzenia mediolańskiego ceniono wówczas nad wszystkie w świecie. 
Zbyszkowi też żal było tej zbroi z całej duszy. 
 
– Jeśli wam Bóg wróci zdrowie – mówił do stryjca – gdzie taką drugą znajdziecie? 
– Tam, gdziem i tę znalazł, na jakowym innym Niemcu – odpowiedział Maćko. – Ale już 
ja się śmierci nie wywinę. Żeleźce się mi między żebrami rozszczepiło i szczebrzuch ostał we 
mnie. Com go zmacał i chciałem pazurami wyciągnąć, tom go jeno głębiej zapychał. A teraz 
nijakiej rady nie ma. 
– Niedźwiedziego sadła by wam się saganek jeden i drugi napić! 
– Ba! Ojciec Cybek mówił też, że dobrze by było, bo może by się jako drzazga wyślizgła. 
Ale skąd tu dostanę? W Bogdańcu jeno by topór wziął, a pod barcią na noc przykucnął! 
– To i trza do Bogdańca. Tylko mi tam gdzie w drodze nie zamrzyjcie. 
Stary Maćko spojrzał z pewnym rozczuleniem na bratanka. 
– Wiem ja, gdzie by ci się chciało: na dwór księcia Janusza albo do Juranda ze Spychowa, 
chełmińskich Niemców najeżdżać. 
– Tego się nie zaprę. Razem z dworem księżny rad bym do Warszawy albo do Ciechanowa 
pojechał, a to z przyczyny, by jako najdłużej być z Danuśką. Nikaj mi teraz bez niej, bo to nie 
tylko moja pani, ale i moje miłowanie. Tak ci ją rad widzę, że jak o niej myślę, to aż mnie 
ciągoty biorą. Pójdę ja za nią choćby na kraj świata, ale teraz pierwsze moje prawo to wy. Nie 
opuściliście mnie, to ja i was nie opuszczę. Jak do Bogdańca, to do Bogdańca! 
– Toś dobry chłop – rzekł Maćko. 
– Bóg by mnie skarał, gdyby ja był dla was inny. Obaczcie, że już wozy ładują, a jeden kazałem 
sianem dla was wymościć. Amylejówna podarowała też pierzynę zacną, jeno nie wiem, 
czy na niej od gorąca wyleżycie. Pojedziemy wolno razem z księżną i dworem, żeby wam 
starunku nie zbrakło. Potem oni nawrócą na Mazowsze, a my do siebie – i pomagaj Bóg! 
– Niechbym tyle pożył, by gródek na nowo wznieść – rzekł Maćko – bo to wiem, że po 
mojej śmierci niewiele ty będziesz o Bogdańcu myślał. 
– Co nie miałbym myśleć! 
– Bo ci będą w głowie bitki i kochanie. 
– A wam to nie była w głowie wojna? Właśnie, żem sobie już całkiem wymiarkował, co 
mamy czynić – i pierwsza rzecz gródek z dębiny mocnej zbudujem, a rowem każemy okopać 
na porządek. 
– Także myślisz? – spytał zaciekawiony Maćko. – No, a jak gródek stanie?... Gadaj! 
– Jak gródek stanie, dopieroż na dwór książęcy do Warszawy albo do Ciechanowa pojadę. 
– Po mojej śmierci? 
– Jeśli prędko zamrzecie, to po waszej śmierci, ale wprzód was godnie pochowam; a jeśli 
Pan Jezus da wam zdrowie, to w Bogdańcu ostaniecie. Mnie księżna obiecała, że tam pas rycerski 
od księcia dostanę. Inaczej nie chciałby się ze mną Lichtenstein potykać. 
– To potem do Malborga wyruszysz? 
– Do Malborga albo choćby na kraj świata, byle tylko Lichtensteina dostać. 
– Tego ci nie przyganię. Twoja śmierć albo jego! 
– Już ja wam jego rękawicę i pas do Bogdańca przywiozę – nie bójcie się! 
– Jeno się strzeż zdrady. U nich o zdradę łatwo. 
– Pokłonię się księciu Januszowi, żeby posłał po glejt do mistrza. Teraz jest spokój. Pojadę 
za glejtem do Malborka, a tam zawsze gości rycerstwa kupa. To wiecie? – naprzód Lichtenstein, 
a potem będę upatrywał, którzy pawie czuby na hełmach mają – i po kolei ich wyzywał. 
Boga mi! zdarzy-li Pan Jezus zwycięstwo, to zarazem i ślub spełnię. 
Tak mówiąc Zbyszko uśmiechał się do swoich własnych myśli, przy czym twarz miał zupełnie 
pacholęcia, które zapowiada, jakich to czynów rycerskich dokona, gdy dorośnie. 
 

– Hej! – rzekł kiwając głową Maćko – żebyś ty trzech rycerzy ze znakomitych rodów pokonał, 
to nie tylko byś ślub spełnił, ale jaki byś sprzęt po nich wziął – miły Boże! 
– Co to trzech! – zawołał Zbyszko. – Już ja w więzieniu powiedziałem sobie, że nie będę 
Danuśce skąpił. Ile palców u rąk – nie trzech! 
Maćko wzruszył ramionami. 
 
– Dziwujcie się albo i nie wierzcie – rzekł Zbyszko – a ja przecie z Malborga do Juranda 
ze Spychowa pojadę. Jakże mu się nie pokłonić, kiedy to Danuśkowy ojciec? I z nim będziem 
chełmińskich Niemców najeżdżali. Samiście przecie mówili, że większego wilkołaka na 
Niemców nie masz na całym Mazowszu. 
– A jak ci Danuśki nie da? 
– Miałby nie dać! On swojej pomsty szuka, ja swojej. Kogóż lepszego sobie upatrzy? 
Wreszcie, skoro księżna na zrękowiny pozwoliła, to i on się nie przeciwi. 
– Już ja jedno miarkuję – rzekł Maćko – że ty wszystkich ludzi z Bogdańca zabierzesz, żeby 
poczet mieć, jako się rycerzowi patrzy, a ziemia ostanie bez rąk. Póki będę żyw, to nie 
dam, ale po mojej śmierci, już widzę, że zabierzesz. 
– Pan Bóg mi poczet obmyśli, a przecie i Janko z Tulczy krewniak, więc nie poskąpi. 
A wtem drzwi się otworzyły, i jakby na dowód, że Pan Bóg Zbyszkowi poczet obmyśli, 
weszło dwóch ludzi, czarniawych, krępych, przybranych w żółte, podobne do żydowskich 
kaftany, w czerwone krymki i w niezmiernie szerokie hajdawery. Ci, stanąwszy we drzwiach, 
poczęli przykładać palce do czoła, do ust, do piersi i zarazem bić pokłony aż do ziemi. 
 
– Cóż to za odmieńcy? – zapytał Maćko. – Coście za jedni? 
– Niewolnicy wasi – odpowiedzieli polskim łamanym językiem przybysze. 
– A to jak? skąd? kto was tu przysłał? 
– Przysłał nas pan Zawisza w darze młodemu rycerzowi, abyśmy niewolnikami jego byli. 
– O dla Boga! dwóch chłopów więcej – zawołał z radością Maćko. – A z jakiego narodu? 
– My Turki. 
– Turki? – powtórzył Zbyszko. – Będę miał dwóch Turków w poczcie. Widzieliście kiedy 
Turków? 
I skoczywszy ku nim począł ich okręcać dłońmi i oglądać jak osobliwe zamorskie stworzenia. 
Maćko zaś rzekł: 
 
– Widzieć, nie widziałem, alem słyszał, że pan z Garbowa ma w służbie Turków, których 
pobrał wojując nad Dunajem u cesarza rzymskiego Zygmunta. Jakże to? psubraty, poganie? 
– Pan kazał się ochrzcić – rzekł jeden z jeńców. 
– A wykupić się nie mieliście za co? 
– My z daleka, z azjatyckiego brzegu, z Brussy. 
Zbyszko, który chciwie zawsze słuchał wszelkich opowiadań wojennych, a zwłaszcza gdy 
chodziło o czyny przesławnego Zawiszy z Garbowa, począł wypytywać ich, jakim sposobem 
dostali się do niewoli. Ale w opowiadaniach jeńców nie było nic nadzwyczajnego: Zawisza 
napadł ich kilkudziesięciu przed trzema laty w wąwozie, częścią wytracił, częścią pochwytał 
 
– i wielu potem rozdarował. Zbyszkowi i Maćkowi serca zalewały się radością na widok tak 
znakomitego daru, zwłaszcza że o ludzi było w owych czasach trudno i posiadanie ich stanowiło 
prawdziwy majątek. 
Tymczasem po chwili nadszedł i sam Zawisza w towarzystwie Powały i Paszka Złodzieja 
z Biskupic. Ponieważ wszyscy oni pracowali nad ocaleniem Zbyszka i radzi byli, że udało im 
się tego dokazać, przeto każdy składał mu jakowyś dar na pożegnanie i pamiątkę. Hojny pan z 
Taczewa dał mu kropierz na konia, szeroki, bogaty, obszyty na piersiach frędzlą złotą. Paszko 
zaś miecz węgierski, wartości kilku grzywien. Nadeszli potem Lis z Targowiska, Farurej i 
Krzon i Kozichgłów z Marcinem z Wrocimowic, a na ostatku przyszedł Zyndram z Maszko-
wic – każdy z pełnymi rękoma. 
 

Zbyszko witał ich z wezbranym sercem, podwójnie uszczęśliwiony – i z darów, i z tego, że 
najsławniejsi w Królestwie rycerze okazują mu przyjaźń. Oni zaś wypytywali go o odjazd i o 
zdrowie Maćka radząc, jako ludzie doświadczeni, choć młodzi, rozmaite maści i driakwie 
cudownie rany gojące. 
 
Lecz Maćko polecał im jeno Zbyszka, sam zaś wybierał się na tamten świat. Trudno żyć z 
żelazną drzazgą pod żebrami. Skarżył się też, że ustawicznie krwią spluwa i jeść nie może. 
Kwarta wyłuskanych orzechów, dwie piędzie kiełbasy, misa jajecznicy – ot i całe jego dzienne 
jedzenie. Ojciec Cybek puszczał mu krew kilkakrotnie, myśląc, że w ten sposób odciągnie 
mu gorączkę spod serca i wróci ochota do jadła – ale i to nie pomogło. 
 
Był jednak tak uradowany z darów dla bratanka, że w tej chwili czuł się zdrowszym, i gdy 
kupiec Amylej kazał dla uczczenia tak znakomitych gości przynieść do izby baryłkę z winem 
 
– zasiadł razem z nimi do kielicha. Poczęto rozmawiać o ocaleniu Zbyszka i o jego zrękowinach 
z Danuśką. Rycerze nie wątpili, iż Jurand ze Spychowa nie będzie się chciał sprzeciwić 
woli księżny, zwłaszcza jeśli Zbyszko pomści pamięć jej matki i ślubowane pawie czuby 
zdobędzie. 
– Jeno co do Lichtensteina – rzekł Zawisza – nie wiemy, czy ci będzie chciał stanąć, gdy 
jest zakonnik, a do tego i jeden ze starostów w Zakonie. Ba! powiadali ludzie z jego orszaku, 
że byle doczekał, to i wielkim mistrzem z czasem zostanie. 
– Jeśli walki odmówi, to cześć utraci – ozwał się Lis z Targowiska. 
– Nie – odpowiedział Zawisza – gdyż nie jest rycerz świecki, zakonnikom zaś nie wolno 
do pojedynczej walki stawać. 
– A przecież często bywa, że stają. 
– Bo się prawa w Zakonie popsowały. Różne oni składają śluby – i słyną z tego, że ku 
zgorszeniu całego chrześcijańskiego świata raz w raz je łamią. Ale do walki na śmierć może 
Krzyżak, a zwłaszcza komtur, nie stanąć. 
– Ha! to go chyba na wojnie dostaniesz. 
– Kiedy powiadają, że wojny nie będzie – rzekł Zbyszko – gdyż Krzyżacy boją się teraz 
naszego narodu. 
Na to Zyndram z Maszkowic rzekł: 
 
– Niedługo tego spokoju. Z wilkiem nie może być zgody, bo on musi cudzym żyć. 
– A tymczasem może nam przyjdzie z Tymurem kulawym za bary się wziąć – ozwał się 
Powała. – Książę Witold klęskę poniósł od Edygi – to już pewna. 
– Pewna. I wojewoda Spytko nie wrócił – przywtórzył Paszko Złodziej z Biskupic. 
– A kniaziów litewskich siła została na polu. 
– Królowa nieboszczka przepowiadała, że tak będzie – rzekł pan z Taczewa. 
– Ha! to może i przyjdzie nam na Tymura wyruszyć. 
Tu rozmowa zwróciła się na litewską wyprawą przeciw Tatarom. Nie było już żadnej wątpliwości, 
że książę Witold, wódz więcej porywczy niż biegły, poniósł straszliwą klęskę pod 
Worsklą, w której legło mnóstwo bojarów litewskich, ruskich, a z nimi razem garść posiłkowych 
rycerzy polskich, a nawet i krzyżackich. Zebrani u Amyleja biadali szczególnie nad 
losem młodego Spytka z Melsztyna, największego pana w Królestwie, który pociągnął na 
wyprawę jako ochotnik i po bitwie przepadł bez wieści. Wynoszono też pod niego jego prawdziwie 
rycerski postępek, że dostawszy od wodza nieprzyjaciół kołpak ochronny, nie chciał 
takowego w czasie bitwy wdziać, przekładając śmierć sławną nad życie z łaski pogańskiego 
władcy. Nie było jednak jeszcze pewności, czy zginął, czy popadł w niewolę. Z niewoli miał 
zresztą czym się wykupić, gdyż bogactwa jego były niezmierne, a w dodatku król Władysław 
puścił mu był w lenne posiadanie całe Podole. 
 
Lecz klęska Litwinów mogła być groźną i dla całego Jagiełłowego państwa, nikt bowiem 
dobrze nie wiedział, czy Tatarzy zachęceni zwycięstwem nad Witoldem nie rzucą się na ziemie 
i grody przynależne do W. Księstwa. W takim razie zostałoby wciągnięte do wojny i 
 

Królestwo. Wielu też rycerzy, którzy jak Zawisza, Farurej, Dobko, a nawet i Powała, przywykli 
byli szukać przygód i bitew na dworach zagranicznych, nie opuszczało umyślnie Krakowa 
nie wiedząc, co niedaleka przyszłość przyniesie. Gdyby Tamerlan, pan dwudziestu siedmiu 
królestw, poruszył cały świat mongolski, wówczas niebezpieczeństwo mogło być straszne. 
Otóż byli ludzie, którzy przewidywali, że to nastąpi. 
 
– Jeżeli będzie potrzeba, to się i z samym Kulawcem zmierzymy. Nie pójdzie mu tak łatwo 
z naszym narodem, jako poszło z tymi wszystkimi, które wytracił i podbił. A przecie inni 
książęta chrześcijańscy przyjdą nam w pomoc. 
Na to Zyndram z Maszkowic, który płonął szczególną nienawiścią przeciw Zakonowi, odrzekł 
z goryczą: 
 
– Książęta – nie wiem, ale Krzyżacy gotowi z Tatarami się pokumać i na nas z drugiej 
strony uderzyć. 
– To i będzie wojna! – zawołał Zbyszko – ja przeciw Krzyżakom! 
Lecz inni rycerze zaczęli zaprzeczać. Nie znają Krzyżacy bojaźni Bożej i swego dobra tylko 
patrzą, ale przecie poganom by przeciw chrześcijańskiemu narodowi nie pomagali. Zresztą 
Tymur daleko gdzieś w Azji wojuje, a wódz tatarski Edyga tyle ludzi w bitwie utracił, że się 
podobno własnego zwycięstwa przeląkł. Książę Witold zaradny jest i pewno grody dobrze 
opatrzył, a zresztą, chociaż nie udało się tym razem Litwinom, jednakże nie nowina im Tatarów 
zwyciężać. 
 
– Nie z Tatarami nam, ale z Niemcami na śmierć i życie – rzekł Zyndram z Maszkowic – i 
jeśli ich nie zetrzem, od nich zguba przyjdzie. 
Po czym zwrócił się do Zbyszka: 
 
– A najpierw zginie Mazowsze. Znajdziesz tam zawsze robotę – nie bój się! 
– Hej! żeby stryj był zdrów, zaraz bym tam pociągnął. 
– Pomagaj ci Bóg! – rzekł Powała wznosząc kielich. 
– Na zdrowie twoje i Danuśki! 
– A na zatratę Niemcom! – dodał Zyndram z Maszkowic. 
I poczęli go żegnać. A tymczasem wszedł dworzanin księżny z sokołem na ręku i skłoniwszy 
się obecnym rycerzom zwrócił się z jakimś dziwnym uśmiechem do Zbyszka: 
 
– Księżna pani kazała wam powiedzieć – rzekł – że przenocuje jeszcze w Krakowie, a w 
drogę ruszy jutro rano. 
– To i dobrze – rzekł Zbyszko – ale czemu to? zali kto nie zachorzał? 
– Nie. Jeno księżna ma gościa z Mazowsza. 
– Samże książę przyjechał? 
– Nie książę, jeno Jurand ze Spychowa – odrzekł dworzanin. 
Usłyszawszy to Zbyszko zmieszał się okrutnie i serce poczęło mu się tak tłuc w piersi jak 
wówczas, gdy mu czytano wyrok śmierci. 
 

Rozdział 
ósmy 
 
 
Księżna Anna nie zdziwiła się zbytnio przyjazdem Juranda ze Spychowa, zdarzało się bowiem 
często, że wśród ustawicznych pościgów, napadów i walk z sąsiednimi rycerzami niemieckimi 
porywała go nagła tęsknota za Danusią. Wówczas zjawiał się niespodzianie bądź w 
Warszawie, bądź w Ciechanowie lub gdziekolwiek czasowo bawił dwór księcia Janusza. Na 
widok dziecka wybuchał zawsze okropną żałością. Danusia bowiem z upływem lat stawała 
się tak do matki podobna, że za każdym razem zdawało mu się, że widzi swoją nieboszczkę, 
taką, jaką niegdyś poznał u księżny Anny w Warszawie. Ludzie myśleli nieraz, że od tej żałości 
skruszeje w nim wreszcie żelazne, zemście tylko oddane serce. Księżna namawiała też go 
często, by porzuciwszy swój krwawy Spychów został przy dworze i przy Danusi. Sam książę 
ceniąc jego męstwo i znaczenie, a zarazem chcąc uniknąć kłopotów, na jakie narażały go 
ustawiczne zajścia graniczne, ofiarował mu urząd miecznika. Zawsze na próżno. Właśnie 
widok Danusi rozdzierał w nim dawne rany. Po kilku dniach tracił ochotę do jadła, do snu, do 
rozmowy. Serce poczynało mu się widocznie burzyć i zalewać krwią, a wreszcie znikał z 
dworu i wracał w swoje bagna spychowskie, by żal i gniew we krwi zatopić. Ludzie wówczas 
mówili: „Gorze Niemcom! wcale ci oni nie owce, ale dla Juranda owce, bo on im wilkiem.” 
Jakoż po upływie pewnego czasu rozchodziły się wieści to o pochwytanych gościach, ochotnikach, 
którzy szlakiem granicznym dążyli do Krzyżaków, to o popalonych gródkach, to o 
zagarniętych chłopach lub walkach na śmierć, z których straszny Jurand zawsze wychodził 
zwycięsko. Przy drapieżnym usposobieniu Mazurów i rycerzy niemieckich, którzy z ramienia 
Zakonu dzierżyli ziemię i gródki do Mazowsza przyległe, nawet w czasach największego pokoju 
między książęty mazowieckimi a Zakonem na granicy nie ustawała nigdy wrzawa bojowa. 
Nawet na ścinanie drzew w boru lub na żniwa mieszkańcy wybierali się z kuszami lub 
zbrojni w dzidy. Ludzie żyli w niepewności jutra, w ciągłym wojennym pogotowiu, w zatwardziałości 
serc. Nikt nie przestawał na samej obronie, ale za grabież płacił grabieżą, za 
pożogę pożogą, za napad napadem. I zdarzało się, że gdy Niemcy przekradali się cicho leśnymi 
rubieżami, by ubiec jakowyś gródek, porwać chłopów lub stada, Mazury w tym samym 
czasie czynili to samo. Nieraz też spotykali się z sobą i bili się do upadłego, często wszakże 
tylko wodzowie wyzywali się na śmiertelną walkę, po której zwycięzca zabierał poczet pokonanego 
przeciwnika. Toteż gdy na dwór warszawski przychodziły skargi na Juranda, książę 
odpowiadał skargami na napady poczynione w innych stronach przez rycerzy niemieckich. W 
ten sposób, gdy obie strony żądały sprawiedliwości, a nie chciała i nie mogła jej uczynić żadna 
– wszystkie grabieże, pożogi, napady uchodziły całkiem bezkarnie. 
 
Lecz Jurand siedząc w swym błotnym, porosłym sitowiem Spychowie i płonąc nieugaszoną 
chęcią zemsty stał się tak ciężkim dla swych zagranicznych sąsiadów, iż w końcu przestrach 
ich stał się większym od zawziętości. Pola graniczące ze Spychowem leżały odłogiem, 
lasy zarastały dzikim chmielem i leszczyną, łąki szuwarem. Niejeden rycerz niemiecki, przywykły 
do prawa pięści w ojczyźnie, próbował osiadać w sąsiedztwie Spychowa, lecz każdy 
po pewnym czasie wolał odbiec lenna, stad i chłopów, niż żyć pod bokiem nieubłaganego 
męża. Często też rycerze zmawiali się, aby uczynić wspólną na Spychów wyprawę, lecz każ
 
 

da z nich kończyła się klęską. Próbowano różnych sposobów. Raz sprowadzono znanego z 
siły i srogości rycerza znad Menu, który we wszystkich walkach bywał zwycięzcą, aby wyzwał 
Juranda na udeptaną ziemię. Lecz gdy stanęli w szrankach, upadło w Niemcu jakoby 
przez czary serce na widok strasznego Mazura i zwrócił konia do ucieczki, Jurand zaś mu 
niezbrojny pośladek kopią przeszył i w ten sposób czci i światłości dziennej go pozbawił. Od 
tej pory tym większa trwoga ogarnęła sąsiadów, i który Niemiec chociaż z daleka dymy spychowskie 
spostrzegł, wnet żegnał się i do patrona swego w niebiesiech rozpoczynał modlitwę, 
albowiem utrwaliła się wiara, że Jurand nieczystym siłom duszę dla pomsty zaprzedał. 
 
Opowiadano też o Spychowie straszliwe rzeczy: że przez grząskie bagna, wśród drzemiących, 
zarosłych rzęsą i wodnym rdestem topielisk, wiodła do niego droga tak wąska, iż dwóch 
mężów na koniach nie mogło obok siebie po niej jechać; że po obu jej stronach walały się 
kości niemieckie, nocami zaś przechadzały się na pajęczych nogach głowy potopionych jęcząc, 
wyjąc i wciągając ludzi razem z końmi w głębinę. Powtarzano, że w samym gródku 
częstokół przybrany był w czaszki ludzkie. Prawdą w tym wszystkim było tylko to, że w zakratowanych 
jamach, wykopanych pod dworzyszczem w Spychowie, jęczało zawsze kilku 
lub kilkunastu jeńców i że imię Juranda straszniejsze było od owych wymysłów o kościotrupach 
i topielcach. 
 
Zbyszko dowiedziawszy się o jego przybyciu pośpieszył do niego natychmiast, ale jako do 
ojca Danusi, szedł z pewnym niepokojem w sercu. Że Danuśkę obrał sobie na panią myśli i że 
jej ślubował, tego mu nikt nie mógł wzbronić, ale później księżna wyprawiła mu z Danuśką 
zrękowiny. Co Jurand na to powie? Zgodzi się czy nie zgodzi! i co będzie, jeżeli jako ojciec 
zakrzyknie, iż nigdy tego nie dopuści? Pytania te przejmowały trwogą duszę Zbyszka, gdyż 
już mu o Danusię chodziło więcej niż o wszystko na świecie. Otuchy dodawała mu tylko 
myśl, że Jurand poczyta mu za zasługę, nie za ujmę, napaść na Lichtensteina, bo przecie to 
uczynił także przez zemstę za Danusiną matkę – i omal własnej szyi nie stracił. 
 
Tymczasem jął badać dworzanina, który po niego przyszedł do Amyleja: 
 
– A gdzie mnie wiedziecie? – pytał – na zamek? 
– Juści na zamek. Jurand razem z dworem księżny stanął. 
– Powiedzcie mi też, jaki to człowiek?... żebym wiedział, jako z nim gadać... 
– Co wam powiem! To jest człek zgoła od innych ludzi odmienny. Powiadają, że dawniej 
był wesół, póki mu się krew w wątrobie nie zapiekła. 
– A mądry jest? 
– Chytry jest, bo innych łupi, a sam się nie da. Hej! jedno on oko ma, gdyż drugie mu 
Niemcy z kuszy wystrzelili, ale tym jednym do dna ci człowieka przejrzy. Nikt z nim na 
swoim nie postawi... Jeno księżnę, naszą panią, to miłuje, bo jej dwórkę za żonę wziął, a teraz 
się dziewka u nas hoduje. 
Zbyszko odetchnął. 
 
– To mówicie, że on się woli księżny nie sprzeciwi? 
– Wiem ja, czego byście się chcieli dowiedzieć, i com zaś słyszał, to powiem. Mówiła z 
nim księżna o waszych zrękowinach, boć nieładnie byłoby utaić, ale co on na to rzekł – nie 
wiadomo. 
Tak rozmawiając doszli do bramy. Kapitan łuczników królewskich, ten sam, który poprzednio 
prowadził Zbyszka na śmierć, skinął mu teraz przyjaźnie głową, więc przeszedłszy 
warty znaleźli się w dziedzińcu, a potem weszli na prawo do oficyny, którą zajmowała księżna. 
 
 
Dworzanin, spotkawszy przed drzwiami pachołka, spytał: 
 
– A gdzie Jurand ze Spychowa? 
– W krzywej komnacie, z córką. 
– To tamój – rzekł dworzanin ukazując drzwi. 

Zbyszko przeżegnał się i podniósłszy zasłonę w otwartych drzwiach wszedł z bijącym sercem. 
Ale nie od razu dostrzegł Juranda z Danusią, gdyż komnata nie tylko była krzywa, ale i 
mroczna. Po chwili dopiero ujrzał jasną główkę dziewczyny siedzącej na kolanach ojca. Oni 
też nie usłyszeli, gdy wszedł, więc zatrzymał się przy zasłonie, chrząknął i wreszcie ozwał 
się: 
 
– Niech będzie pochwalony. 
– Na wieki wieków – odpowiedział wstając Jurand. 
W tej chwili Danusia skoczyła ku młodemu rycerzowi i chwyciwszy go za rękę poczęła 
wołać: 
 
– Zbyszku! Tatuś przyjechali! 
Zbyszko ucałował jej ręce, po czym wstał, zbliżył się wraz z nią do Juranda i rzekł: 
– Przyszedłem się wam pokłonić; wiecie, ktom jest? 
I schylił się lekko, czyniąc rękoma ruch, jakby go chciał podjąć pod nogi. Lecz on chwycił 
jego dłoń, obrócił go ku światłu i począł mu się w milczeniu przypatrywać. 
Zbyszko już był nieco ochłonął, więc podniósłszy zaciekawiony wzrok ku Jurandowi ujrzał 
przed sobą męża postawy ogromnej, z płowym włosem i również płowymi wąsami, z 
twarzą dziobatą i jednym okiem barwy żelaza. Zdawało mu się, że oko to chce go przewiercić 
na wylot, tak że zmieszanie poczęło go znów ogarniać, wreszcie nie wiedząc, co ma rzec, a 
chcąc koniecznie coś powiedzieć, by przerwać kłopotliwe milczenie, zapytał: 
 
– To wyście Jurand ze Spychowa, ociec Danusin? 
Lecz tamten wskazał mu tylko ławę obok dębowego krzesła, na którym sam zasiadł, i nie 
odrzekłszy ni słowa przypatrywał mu się dalej. 
Zbyszko zniecierpliwił się wreszcie. 
 
– Bo wiecie – rzekł – nieskładnie mi tak siedzieć jako na sądzie. 
Dopieroż Jurand ozwał się: 
– Tyś chciał bić w Lichtensteina? 
– Ano! – odrzekł Zbyszko. 
W oku pana ze Spychowa błysnęło jakieś dziwne światło i groźna jego twarz rozjaśniła się 
nieco. Po chwili spojrzał na Danusię i znów spytał: 
 
– I to dla niej? 
– A dla kogoż by? Musieli wam stryjko powiadać, jakom jej ślubował Niemcom ze łbów 
pawie czuby pozdzierać. Ale nie będzie ich trzy, jeno co najmniej tyle, ile palców u obu rąk. 
Przez to i wam do pomsty dopomogę, boć to przecie za Danusiną mać. 
– Gorze im! – odrzekł Jurand. 
I znów zapadło milczenie. Zbyszko jednak pomiarkowawszy, iż okazując swoją zawziętość 
na Niemców, trafia do serca Jurandowego, rzekł: 
 
– Nie daruję ja za swoje, choć mało mi już szyi nie ucięli. 
Tu zwrócił się ku Danusi i dodał: 
– Ona mnie zratowała. 
– Wiem – rzekł Jurand. 
– I nie krzywiście o to? 
– Skoroś jej ślubował, to jej służ, bo jest taki rycerski obyczaj. 
Zbyszko zawahał się nieco, lecz po chwili począł mówić z widocznym niepokojem: 
– Bo to uważcie... nałęczką mi głowę nakryła... Wszystko rycerstwo słyszało i franciszkanin, 
który był przy mnie krzyżem, słyszał, jako rzekła: „Mój ci jest!” I pewno, iż niczyj inny 
do śmierci nie będą, tak mi dopomóż Bóg. 
To rzekłszy przyklęknął znów i chcąc pokazać, że zna rycerski obyczaj, ucałował z wielką 
czcią oba trzewiki siedzącej na poręczy od krzesła Danusi, po czym wstał i zwróciwszy się do 
Juranda zapytał: 
 
– Widzieliście taką drugą... co? 

A Jurand założył nagle na głowę swe straszne mężobójcze ręce – i zamknąwszy powieki 
odrzekł głucho: 
 
– Widziałem, ale Niemce ci mi ją zabili. 
– To słuchajcie – rzekł z zapałem Zbyszko – jedna nam krzywda i jedna pomsta. I naszych 
kupę z Bogdańca, co im konie w młace polgnęły, psubraty z kusz wystrzelali... Już wy nikogo 
lepszego ode mnie do waszej roboty nie znajdziecie... Nie nowina mi to! Spytajcie stryka. Na 
kopie alibo na topory, na długie alibo na krótkie miecze, za jedno mi! A powiadał wam stryk 
o onych Fryzach?... Narznę ja wam Niemców jako baranów, a co do dziewczyny, to wam 
klękajęcy ślubuję, jako się będę o nią bodaj z samym piekielnym starostą potykał i jako nie 
odstąpię jej ni za ziemię, ni za stada, ni za sprzęt żaden, a choćby mi i zamek o szklanych 
oknach bez niej dawali, to i zamek porzucę, a za nią na kraj świata powędruję. 
Jurand siedział czas jakiś z głową w dłoniach, lecz wreszcie ocknął się jakoby ze snu i 
rzekł z żałością i smutkiem: 
 
– Udałeś ty mi się, pachołku, ale ci jej nie dam, bo nie tobie ona pisana, nieboże! 
Zbyszko usłyszawszy to aż oniemiał i począł patrzeć na Juranda okrągłymi oczyma, nie 
mogąc słowa przemówić. 
Lecz Danusia przyszła mu w pomoc. Bardzo jej miły był Zbyszko i miło jej było uchodzić 
nie za „skrzata”, ale za „źrzałą dziewkę”. Podobały jej się i zrękowiny, i słodkości, jakie jej 
rycerzyk codziennie znosił, więc teraz, gdy zrozumiała, że jej to wszystko chcą odjąć, zsunęła 
się co prędzej z poręczy krzesła i ukrywszy głowę na kolanach ojca poczęła wołać: 
 
– Tatulu! tatulu! bo będem płakać! 
On zaś widocznie kochał ją nad wszystko, gdyż położył łagodnie dłoń na jej głowie. W 
twarzy jego nie było ni zawziętości, nie gniewu, tylko smutek. 
Zbyszko tymczasem ochłonął i rzekł: 
 
– Jakże to? To woli boskiej chcecie się przeciwić? 
A na to Jurand: 
– Jak będzie wola boska, to ją dostaniesz, jeno ci mojej nie mogę przychylić. Ba, rad bym 
ci przychylił, ale nie lża... 
To powiedziawszy podniósł Danusię i wziąwszy ją na ręce skierował się ku drzwiom, gdy 
zaś Zbyszko chciał mu zastąpić drogę, zatrzymał się jeszcze na chwilę i rzekł: 
 
– Nie będę na cię krzyw o rycerskie służby, ale mnie więcej nie pytaj, gdyż nie mogę ci nic 
rzec. 
I wyszedł. 
 

Rozdział 
dziewiąty 
 
 
Następnego dnia nie unikał Jurand bynajmniej Zbyszka ani mu też przeszkadzał w oddawaniu 
Danusi w drodze rozmaitych przysług, które jako rycerz powinien był jej oddawać. 
Owszem – Zbyszko, choć wielce w sercu strapiony, zauważył przecie, iż posępny pan ze Spychowa 
spogląda na niego życzliwie i jakby z żalem, że musiał mu dać tak okrutną odpowiedź. 
Próbował też młody włodyka niejednokrotnie zbliżyć się do niego i zacząć z nim rozmowę. 
Po wyruszeniu z Krakowa, w czasie podróży, o sposobność nie było trudno, gdyż obaj towarzyszyli 
księżnej konno. Jurand, lubo zwykle milczący, rozmawiał dość chętnie, ale gdy tylko 
Zbyszko chciał dowiedzieć się czegoś o przeszkodach dzielących go od Danusi, rozmowa 
urywała się nagle, a twarz Jurandowa czyniła się chmurna. Myślał Zbyszko, że księżna wie 
więcej – upatrzywszy zatem sposobną chwilę, starał się od niej jakąkolwiek wiadomość wydostać, 
ale ona niewiele także mogła mu powiedzieć. 
 
– Jużci jest tajemnica – rzekła. – Powiedział mi o tym sam Jurand, jeno prosił zarazem, 
abym go nie wypytywała. Pewnikiem przysięgą jakowąś związan, jak to między ludźmi bywa. 
Bóg wszelako da, że z czasem wszystko to wyjdzie na jaw. 
– Tako by mi bez Danuśki na świecie było jako psu na powrozie albo jak niedźwiedziowi 
w dole – odrzekł Zbyszko. – Ni radości nijakiej, ni uciechy. Nic, jeno frasunek i wzdychanie. 
Poszedłby ja już do Tawani z księciem Witoldem, niechby mnie tam Tatarzy zabili. Ale 
wpierw muszę stryjca odwieźć, a potem one pawie czuby Niemcom ze łbów pościągać, jakom 
zaprzysiągł. Może mnie przy tym zabiją – co i wolę niż patrzeć, jako Danuśkę inny zabierze. 
Księżna podniosła na niego swoje dobre, niebieskie oczy i spytała z pewnym zdziwieniem: 
 
– A to byś na to przyzwolił? 
– Ja? Póki mi tchu w nozdrzach, nie będzie tego! Chybaby mi ręka uschła i topora zdzierżyć 
nie mogła! 
– Ano, widzisz. 
– Ba! Ale jakoże mi ją przeciw ojcowej woli brać? 
Na to księżna jakby do siebie: 
– Mocny Boże! albo to się i tak nie przytrafia... 
Potem zaś do Zbyszka: 
– Zali wola boska nie mocniejsza od ojcowej? A coże Jurand rzekł? „Jak – powiada – będzie 
wola boska, to ją dostanie.” 
– To samo i mnie rzekł! – zawołał Zbyszko. – „Jak – powiada – będzie wola boska, to ją 
dostaniesz.” 
– A widzisz? 
– Toż przy waszej łasce, miłościwa pani – jedyna pociecha. 
– Moją łaskę masz, a Danuśka ci dotrzyma. Wczoraj jeszcze mówię jej: Danuśka, a dotrzymasz-
li ty Zbyszkowi? A ona powiada tak: „Będem Zbyszkowa albo niczyja.” Zielona to 
jeszcze jagoda, ale jak co powie, to i dotrzyma, boć to szlacheckie dziecko, nie żadna powsinoga. 
I matka jej była taka sama. 
– Dałby Bóg! – rzekł Zbyszko. 

– Jeno pamiętaj, byś i ty dotrzymał – bo to niejeden chłop bywa płochy: obiecuje wiernie 
miłować, a zaraz ci potem dęba do innej, że go i na postronku nie utrzymasz! Sprawiedliwie 
mówię! 
– A niechże mnie Pan Jezus wpierw skarze! – zawołał z zapałem Zbyszko. 
– No, to pamiętaj. A jak stryjca odwieziesz, to na nasz dwór przyjeżdżaj. Zdarzy się tam 
sposobność, że ostrogi dostaniesz, a potem zobaczym, jako Bóg da. Danuśka przez ten czas 
dojrzeje i wolę Bożą poczuje, bo teraz miłuje cię ona wprawdzie okrutnie – inaczej nie mogę 
rzec – ale nie tak jeszcze, jako wyrosłe dziewki miłują. Może też i Jurand się w duszy do ciebie 
nakłoni, bo jako miarkuję, to on by rad. Pojedziesz i do Spychowa, i razem z Jurandem na 
Niemców, może się przytrafić, że mu się jako przysłużysz i całkiem go sobie zjednasz. 
– To właśnie, miłościwa księżno, tak samo myślałem uczynić, ale z pozwoleństwem będzie 
mi łacniej. 
Rozmowa tak wielce dodała ducha Zbyszkowi. Tymczasem jednak na pierwszym popasie 
stary Maćko zachorzał tak, że trzeba było przyzostać i czekać, póki choć trochę sił do dalszej 
podróży nie odzyska. Zostawiła mu dobra księżna Anna Danuta wszystkie leki i driakwie, 
jakie z sobą miała, ale sama musiała jechać dalej, przyszło więc obu rycerzom z Bogdańca 
rozstać się z dworem mazowieckim. Padł Zbyszko jak długi do nóg naprzód księżnie, potem 
Danusi, poprzysiągł jej jeszcze raz wierne służby rycerskie, obiecał przyjechać rychło do Ciechanowa 
albo do Warszawy, wreszcie porwał ją w swoje silne ramiona i podniósłszy do góry 
jął powtarzać wzruszonym głosem: 
 
– Pamiętajże ty o mnie, kwiatuszku najmilejszy, pamiętaj, rybeńko moja złota! 
A Danusia, objąwszy go ramionami tak właśnie jak młodsza siostra obejmuje miłego brata, 
przyłożyła swój zadarty nosek do jego policzka i płakała wielkimi jak groch łzami, powtarzając: 
 
 
– Nie chcę do Ciechanowa bez Zbyszka, nie chcę do Ciechanowa! 
Widział to Jurand, ale gniewem nie wybuchnął. Owszem, pożegnał i sam bardzo życzliwie 
młodzianka, a gdy już siedział na koniu, nawrócił jeszcze raz ku niemu i rzekł: 
 
– Ostawaj z Bogiem i urazy do mnie nie chowaj. 
– Jakobym miał urazę do was chować, kiedyście Danuśków ojciec! – odrzekł szczerze 
Zbyszko. 
I pochylił mu się do strzemion, ów zaś ścisnął mu silnie rękę i rzekł: 
 
– Szczęść ci Boże we wszystkim!... rozumiesz? 
I odjechał. Zbyszko jednakże zrozumiał, jak wielka życzliwość tkwiła w ostatnich jego 
słowach, i wróciwszy do wozu, na którym leżał Maćko, rzekł: 
 
– Wiecie? on by też chciał, jeno mu coś przeszkadza. Wyście byli w Spychowie i rozum 
macie bystry, to starajcie się wymiarkować, co to jest. 
Lecz Maćko zbyt był chory. Gorączka, którą miał od rana, powiększyła się pod wieczór do 
tego stopnia, że począł tracić przytomność, więc zamiast odpowiedzieć Zbyszkowi, spojrzał 
na niego jakby ze zdziwieniem, potem spytał: 
 
– A gdzie tu dzwonią? 
Zbyszko zląkł się, przyszło mu bowiem do głowy, że skoro chory słyszy dzwony, to widać, 
że już śmierć ku niemu idzie. Pomyślał też, że stary może umrzeć bez księdza, bez spowiedzi, 
a tym samym dostać się, jeżeli zgoła nie do piekła, to przynajmniej na długie wieki do czyśćca 
– więc postanowił go jednak wieźć dalej, by jak najprędzej dojechać do jakowejś parafii, w 
której Maćko mógłby przyjąć Ostatnie Sakramenta. 
 
W tym celu ruszyli na całą noc. Zbyszko siadł na wóz z sianem, na którym leżał chory, i 
czuwał nad nim aż do białego dnia. Od czasu do czasu poił go winem, którym zaopatrzył ich 
na drogę kupiec Amylej, a które spragniony Maćko pił chciwie, albowiem przynosiło mu ono 
widoczną ulgę. Po drugiej kwarcie odzyskał nawet przytomność, po trzeciej zaś zasnął tak 
głęboko, że Zbyszko pochylał się nad nim chwilami, by się przekonać, że nie umarł. 
 

I na myśl o tym zdejmował go żal głęboki. Do czasu swego uwięzienia w Krakowie nie 
zdawał sobie nawet dobrze sprawy, jak dalece miłuje tego stryjca, który mu był w życiu ojcem 
i matką. Lecz teraz wiedział o tym dobrze, a zarazem czuł, że po jego śmierci będzie 
okrutnie sam na świecie – bez krewnych, prócz opata, który trzymał w zastawie Bogdaniec, 
bez przyjaciół i bez pomocy. Jednocześnie przychodziło mu na myśl, że Maćko, jeśli umrze, 
to też przez Niemców, przez których on sam mało szyi nie stracił, przez których zginęli wszyscy 
jego ojce i Danusina matka, i wielu, wielu niewinnych ludzi, których znał lub o których 
słyszał od znajomych – i aż poczynało go zdejmować zdziwienie. „Żali – mówił sobie – w 
całym tym Królestwie nie ma człowieka, który by od nich krzywdy nie doznał i pomsty nie 
pragnął?” Tu przypomniał sobie Niemców, z którymi wojował pod Wilnem, i pomyślał, że 
pewnie i Tatarzy srożej od nich nie wojują i że takiego drugiego narodu chyba na świecie nie 
ma. 
 
Świt przerwał mu te rozmyślania. Dzień wstawał jasny, ale chłodny. Maćko widocznie 
miał się lepiej, bo oddychał również i spokojniej. Zbudził się dopiero, gdy słońce dobrze już 
przygrzało, otworzył oczy i rzekł: 
 
– Ulżyło mi. A gdzie jesteśmy? 
– Dojeżdżamy do Olkusza. Wiecie?... gdzie srebro kopią i olbory do skarbu oddają. 
– Żeby tak mieć, co jest w ziemi! Ot by można Bogdaniec zabudować! 
– Widać, że wam lepiej – odrzekł śmiejąc się Zbyszko. – Hej! Starczyłoby i na murowany 
zamek! Ale zajedziem do fary, bo tam i gościnę nam dadzą, i będziecie się mogli wyspowiadać. 
Wszystko jest w boskich ręku, ale równo lepiej mieć sumienie na porządek. 
– Ja grzeszny człowiek, rad się pokajam – odrzekł Maćko. – Śniło mi się w nocy, że mi 
diabli skórznie z nóg ściągają... I po niemiecku z sobą szwargotali. Bóg łaskaw, że mi ulżyło. 
A ty spałeś krzynę? 
– Jakożem miał spać, kiedym was pilnował? 
– To przylegnij sobie trochę. Jak dojedziemy, to cię zbudzę. 
– Gdzie mnie tam do spania! 
– A co ci przeszkadza? 
Zbyszko spojrzał na stryjca oczyma dziecka. 
– A co, jak nie kochanie? Aże mnie kolki od wzdychania w dołyszku sparły, ale siędę trochę 
na konia, to mi ulży. 
I zlazłszy z wozu siadł na konia, którego mu Turczynek, podarowany przez Zawiszę, 
sprawnie podał. Maćko tymczasem brał się nieco z bólu za bok, ale widocznie myślał o czym 
innym, nie o własnej chorobie, bo kręcił głową, cmokał ustami i wreszcie rzekł: 
 
– Toć dziwuję się, dziwuję i nie mogę się wydziwować, skądeś ty na to kochanie taki pażerny, 
bo ani twój rodzic nie był taki, ani ja też. 
Lecz Zbyszko zamiast odpowiedzieć wyprostował się nagle w kulbace, wziął się w boki, 
głowę zadarł do góry i huknął całą siłą piersi: 
 
Płakałem ci bez noc, płakałem i z rana. 
 
Gdzieś mi się podziała, dziewucho kochana! 
 
Nic mi nie pomoże, choć oczy wypłaczę, 
 
Bo ciebie, dziewczyno, nigdy nie zobaczę. 
 
Hej! 
 
I to „hej!” runęło po lesie, odbiło się o pnie przydrożne, wreszcie ozwało się dalekim 
echem i ucichło w gęstwinach. 
 
A Maćko pomacał się znów po boku, w którym ugrzęzło niemieckie żeleźce, i rzekł stękając 
trochę: 
 
– Drzewiej ludzie byli mądrzejsi – rozumiesz? 

Po chwili jednak zamyślił się, jakby sobie przypominając jakieś dawne czasy, i dodał: 
 
– Chociaż poniektóry bywał i drzewiej głupi. 
Ale tymczasem wyjechali z boru, za którym ujrzeli szopy gwarków, a dalej zębate mury 
Olkusza wzniesione przez króla Kazimierza i wieżę fary zbudowanej przez Władysława Łokietka. 
 
 

Rozdział 
dziesiąty 
 
 
Kanonik od fary wyspowiadał Maćka i zatrzymał ich gościnnie na nocleg, tak że wyjechali 
dopiero nazajutrz rano. Za Olkuszem skręcili ku Śląskowi, którego granicą mieli wciąż jechać 
aż do Wielkopolski. Droga szła po większej części puszczą, w której pod zachód słońca odzywały 
się często, podobne do podziemnych grzmotów, ryki turów i żubrów, nocami zaś po-
błyskiwały spośród leszczynowej gęstwy oczy wilcze. Większe jednak niebezpieczeństwo niż 
od zwierza groziło na tej drodze wędrownikom i kupcom od niemieckich lub zniemczałych 
rycerzy ze Śląska, których zameczki wznosiły się tu i ówdzie nad granicą. Wprawdzie wskutek 
wojny z Opolczykiem Naderspanem, któremu pomagali przeciw królowi Władysławowi 
synowcowie śląscy, większą część tych zameczków pokruszyły ręce polskie, zawsze jednak 
trzeba się było mieć na baczności i zwłaszcza po zachodzie słońca nie popuszczać broni z 
ręki. 
 
Jechali jednak spokojnie, tak że Zbyszkowi poczynała się już droga przykrzyć, i dopiero na 
dzień kołowej jazdy od Bogdańca posłyszeli za sobą pewnej nocy parskanie i tupot koni. 
 
– Jacyś ludzie jadą za nami – rzekł Zbyszko. 
Maćko, który nie spał, spojrzał na gwiazdy i odpowiedział jako człowiek doświadczony: 
– Świt niedaleko. Przecieżby zbóje nie napadali przy schyłku nocy, bo nade dniem czas im 
do domu. 
Zbyszko wstrzymał jednak wóz, uszykował ludzi w poprzek drogi czołem do nadjeżdżających, 
sam zaś wysunął się naprzód i czekał. 
Jakoż po pewnym czasie ujrzał w pomroce kilkunastu konnych. Jeden z nich jechał na 
czele, na kilka kroków przed innymi, ale widocznie nie miał zamiaru się ukrywać, albowiem 
śpiewał głośno. Zbyszko nie mógł dosłyszeć słów, ale do uszu jego dochodziło wesołe: „hoc! 
hoc!”, którym nieznajomy kończył każdą zwrotkę pieśni. 
 
– Nasi! – rzekł sobie. 
Po chwili jednak zawołał: 
– Stój! 
– A ty se siednij – odpowiedział żartobliwy głos. 
– Coście za jedni? 
– Coście za drudzy? 
– A czemu nas najeżdżacie? 
– A czemuż drogę zagradzasz? 
– Odpowiadaj, bo kusze napięte. 
– A u nas... wypięte – strzelaj! 
– Odkazujże po ludzku, bo ci będzie bieda. 
Na to odpowiedziała Zbyszkowi wesoła pieśń: 
Jedna bieda z drugą biedą 
 
Na rozstaju w taniec idą... 
 
Hoc! hoc! hoc! 
 

Na cóż im się taniec przyda? 
Dobry taniec, chociaż bieda... 
Hoc! hoc! hoc! 
 
 
Zdumiał się usłyszawszy taką odpowiedź Zbyszko; a tymczasem pieśń ustała, ale ten sam 
głos spytał: 
 
– A jak się ta ma stary Maćko? Dycha jeszcze? 
Maćko przypodniósł się na wozie i rzekł: 
– Dla Boga, to jacyś swoi! 
Zbyszko zaś ruszył koniem naprzód: 
– Kto o Maćka pyta? 
– A somsiad, Zych ze Zgorzelic. Już z tydzień jadę za wami i rozpytuję ludzi po drodze. 
– Rety! Stryjku! Zych ze Zgorzelic tu jest! – zawołał Zbyszko. 
I poczęli się witać radośnie, Zych bowiem był istotnie ich sąsiadem, a do tego człowiekiem 
dobrym i powszechnie lubionym dla wielkiej wesołości. 
 
– No, jak się macie? – pytał potrząsając dłoń Maćka. – Hoc jeszcze, czyli już nie hoc! 
– Hej, już nie hoc! – odrzekł Maćko. – Ale rad was widzę. Miły Boże, to jakbym już był w 
Bogdańcu! 
– A co wam jest, bo jak słyszałem, to was Niemce postrzelili? 
– Postrzelili psubraty! Żeleźce mi się między żebrami ostało... 
– Bójcie się Boga! No i co? A próbowaliście niedźwiedziego sadła się napić? 
– Widzicie! – rzekł Zbyszko – każdy niedźwiedzie sadło rai. Byle do Bogdańca. Zara pójdę 
na noc z toporem po barcie. 
– Może Jagienka będzie miała, a nie, to poślę pytać. 
– Jaka Jagienka? Waszej przecie było Małgochna? – spytał Maćko. 
– Oo! co ta Małgochna! Na święty Michał będzie trzecia jesień, jak Małgochna na księżej 
grudzi. Zadzierżysta była baba – Panie, świeć nad jej duszą! – Ale Jagienka po niej poszła, 
jeno że młoda... 
...Za dołami świeci górka, 
Jaka mać taka i córka... 
Hoc! hoc! 
 
 
...A Małgochnie gadałem: Nie leź na sosnę, kiedy ci pięćdziesiąt roków. Nieprawda! Wlazła. 
A to gałąź się ułomiła i buch! To powiadam wam, że aż dziurę w ziemi wybiła, ale też we 
trzy dni puściła ostatnią parę. 
 
– Panie, świeć jej! – rzekł Maćko. – Pamiętam, pamiętam... kiedy to się w boki wzięła, a 
poczęła cudować, to się parobcy w siano chowali. Ale do gospodarki była sprawna! I z sosny 
jej się zleciało?... Widzicie ludzie!... 
– Zleciała jak szyszka na zimę... Oj, był frasunek. Wiecie? po pogrzebie tom się tak z żałości 
upił, że trzy dni nie mogli mnie dobudzić. Myśleli, żem się też wykopyrtnął. A com się 
potem napłakał, to byście cebrem nie wynieśli! Ale do gospodarstwa i Jagienka sprawna. 
Wszystko to teraz na jej głowie. 
– Ledwie że ją pamiętam. Nie większa była, kiedym wyjeżdżał, jak toporzysko. Pod koniem 
mogła przejść głową o brzuch nie zawadziwszy. Ba! dawno to już i musiała wyrosnąć. 
– Na świętą Agnieszkę skończyła piętnaście lat; alem jej też już blisko rok nie widział. 
– A cóż się z wami działo? Skąd wracacie? 
– Z wojny. Albo to mi niewola majęcy Jagienkę w domu siedzieć? 
Maćko, chociaż chory, na wzmiankę o wojnie nadstawił ciekawie uszu i zapytał: 
– Byliście może z kniaziem Witoldem pod Worsklą? 

– A byłem – odrzekł wesoło Zych ze Zgorzelic. – No, Pan Bóg mu nie poszczęścił: ponieśliśmy 
klęskę od Edygi okrutną. Naprzód konie nam wystrzelali. Tatar ci nie uderzy wręcz 
jako rycerz chrześcijański, jeno z łuków z daleka szyje. Ty na niego obces, to ci się umknie i 
znów szyje. Róbże z nim, co chcesz! Bo widzicie, w naszym wojsku chełpili się rycerze bez 
pomiarkowania i gadali tak: „Kopij nawet nie będziemy pochylać ni mieczów dobywać, jeno 
na kopytach to robactwo rozniesiem.” Tak to oni się chwalili, aż tu jak wzięły groty warczeć, 
to aż się ciemno uczyniło – i po bitwie, co? Ledwie jeden na dziesięciu żyw ostał. Dacie wiarę? 
Więcej niż połowa wojska, siedemdziesięciu kniaziów litewskich i ruskich zostało na polu, 
a co bojarzynów i różnych tam dworzan, czyli jako oni zowią: otroków, tego byście i bez 
dwie niedziele nie policzyli. 
– Słyszałem – przerwał Maćko. – I naszych posiłkowych rycerzy też siła legło. 
– Ba, nawet i dziewięciu Krzyżaków, gdyż i ci musieli Witoldowej potędze służyć. A naszych 
także kupa, że to, jako wiecie, gdzie inny się obejrzy za siebie, tam nasz się nie obejrzy. 
Dufał najbardziej wielki kniaź naszym rycerzom i nie chciał mieć innej straży w bitwie koło 
siebie, jeno samych Polaków. Hi! hi! Mostem się też koło niego położyli, a jemu nic! Legł 
pan Spytko z Melsztyna i miecznik Bernat, i cześnik Mikołaj, i Prokop, i Przesław, i Dobrogost, 
i Jaśko z Lazewic, i Pilik Mazur, i Warsz z Michowa, i wojewoda Socha, i Jaśko z Dąbrowy, 
i Pietrko z Miłosławia, i Szczepiecki, i Oderski, i Tomko Łagoda. Kto by ich ta 
wszystkich zliczył! A niektórych tom widział tak nabitych grotami, że jako jeże po śmierci 
wyglądali, aż śmiech brał patrzeć! 
Tu roześmiał się istotnie, jak gdyby opowiadał rzecz najweselszą – i nagle począł śpiewać: 
 
Oj poznałeś, co to Tatar, 
Kiej ci dobrze skóry natarł! 
 
 
– No, a potem co? – spytał Zbyszko. 
– Potem umknął wielki kniaź, ale zaraz ducha nabrał, jako to on zwykle. Im mocniej go 
przygniesz, tym ci lepiej odskoczy, jak leszczynowy kierz. Poskoczyliśmy tedy do Tawańskiego 
brodu bronić przeprawy. Przyszła też garść rycerzy nowych z Polski. No i nic! Dobrze! 
Na drugi dzień nadciągnął Edyga z ćmą tatarstwa, ale już nic nie wskórał. Hej, było 
wesele! Co on chce przez bród, to my go w pysk. Nijak nie mógł. Jeszcześmy ich nabili i nałapili 
niemało. Ja sam pięciu ułowiłem, których z sobą do Zgorzelic prowadzę. Obaczycie po 
dniu, jakie mają psie mordy. 
– W Krakowie powiadali, że i na Królestwo może przyjść wojna. 
– Albo to Edyga głupi. Wiedział ci on dobrze, jakie u nas rycerstwo, a i to też, że najwięksi 
rycerze ostali doma, bo królowa nierada była, że Witold na swoją rękę wojny wszczyna. Ej, 
chytry on jest – stary Edyga! Zaraz pomiarkował u Tawani, że kniaź w siłę rośnie, i poszedł 
sobie precz, hen, za dziewiątą ziemię!... 
– A wyście wrócili? 
– A wróciłem. Już tam nie ma co robić. I w Krakowie dowiedziałem się o was, żeście mało 
co przede mną wyjechali. 
– To dlatego wiedzieliście, że to my? 
– Wiedziałem, że to wy, bom się wszędzie o was na popasach pytał. 
Tu zwrócił się do Zbyszka: 
– Hej, mój Boże, to ja cię małego ostatni raz widział, teraz zasie choć i po ciemku miarkuję, 
żeś chłop jak tur. A zaraz gotów był z kuszy dziać!... Widać, że na wojnie bywałeś. 
– Mnie od małości wojna chowała. Niech stryjko powie, czyli mi doświadczenia brak. 
– Nie potrzebuje mi stryjko nic mówić. Widziałem w Krakowie pana z Taczewa, który mi 
o tobie rozpowiadał... Ale pono ów Mazur nie chce ci dziewki dać, a ja bym ta nie był taki 

zawzięty, boś mi się udał... Zapomnisz ty o tamtej, jeno zobaczysz moją Jagienkę. To ci rzepa!... 
 
 
– A nieprawda! Nie zapomnę, choćbym i dziesięć takich jak wasza Jagna obaczył. 
– Za nią pójdą Moczydoły, gdzie jest młyn. Było też na łęgach, jakem wyjeżdżał, dziesięć 
świerzop dobrych ze źrebięty... Niejeden mi się jeszcze o Jagnę pokłoni – nie bój się! 
Zbyszko chciał odpowiedzieć: „Ale nie ja!” – lecz Zych ze Zgorzelic począł sobie znów 
pośpiewywać: 
 
Ja wam się do kolan nagnę, 
A wy za to dajcie Jagnę, 
Bogdaj was! 
 
 
– Wam zawsze wesołość i śpiewanie w głowie – zauważył Maćko. 
– Ba, a cóż błogosławione dusze w niebie robią? 
– Śpiewają. 
– No, to widzicie! A potępione płaczą. Wolę ja ich do śpiewających niż do płaczących. 
Święty Pieter też powie tak: „Trzeba go puścić do raju, bo inaczej będzie jucha i w piekle 
śpiewała, a to nie przystoi.” Patrzcie – świta już. 
I rzeczywiście czynił się dzień. Po chwili wyjechali na szeroką polanę, na której było już 
wcale widno. Na jeziorku zajmującym większą część polany jacyś ludzie łapali ryby, ale na 
widok zbrojnych mężów porzucili niewód i wypadłszy z wody pochwycili co prędzej za osęki, 
za drągi i stanęli w groźnej postawie, gotowi do bitki. 
 
– Wzięli nas za zbójów – rzekł śmiejąc się Zych. – Hej, rybitwy! a czyiście wy? 
Tamci stali jeszcze czas jakiś w milczeniu, spoglądając nieufnie, na koniec jednak starszy 
między nimi rozpoznawszy rycerzy odrzekł: 
 
– Księdza opata z Tulczy. 
– Naszego krewniaka – rzekł Maćko – który Bogdaniec w zastawie trzyma. To muszą być 
jego bory, ale chyba niedawno je kupił. 
– Bogać kupił – odpowiedział Zych. – Wojował on o nie z Wilkiem z Brzozowej i widać 
wywojował. Mieli się nawet rok temu potykać konno na kopie i na długie miecze o całą tę 
stronę, ale nie wiem, jako się skończyło, bom był wyjechał. 
– No, my swojaki – rzekł Maćko – z nami się nie będzie darł, a może jeszcze co z zastawu 
odpuści. 
– Może. Z nim byle po dobrej woli, to jeszcze ze swego dołoży. Rycerski to opat, któremu 
nie nowina hełmem głowę nakryć. A przy tym pobożny i bardzo pięknie odprawia nabożeństwo. 
Musicie przecie pamiętać... Jak ci huknie przy mszy, to aż jaskółki pod pułapem z 
gniazd wylatują. No, i chwała Boża rośnie. 
– Co nie mam pamiętać! Przecie o dziesięć kroków świece tchem w ołtarzu gasił. Zajeżdżałże 
on choć raz do Bogdańca? 
– A jakże. Zajeżdżał. Pięciu nowych chłopów z żonami na karczunkach osadził. I u nas, w 
Zgorzelicach, też bywał, bo jako wiecie, on mi krzcił Jagienkę, którą zawsze bardzo nawidzi i 
córuchną ją zowie. 
– Dałby Bóg, żeby chciał mi chłopów ostawić – rzekł Maćko. 
– O wa! co tam dla takiego bogacza pięciu chłopów! Wreszcie, jak Jagienka go poprosi, to 
ostawi. 
Tu rozmowa umilkła na chwilę, albowiem znad ciemnego boru i znad rumianej zorzy podniosło 
się jasne słońce i rozświetliło okolicę. Powitali je rycerze zwykłym: „Niech będzie 
pochwalony!”, a następnie przeżegnawszy się poczęli ranne pacierze. 
 
Zych skończył pierwszy i uderzywszy się po kilkakroć w piersi ozwał się do towarzyszów: 
 

– Teraz się wam dobrze przypatrzę. Hej, zmieniliście się obaj... Wy, Maćku, musicie 
wpierw do zdrowia przyjść... Jagienka będzie miała o was staranie, bo to w waszym dworze 
baby nie uświeci... Ano, znać, że wam szczebrzuch tkwi między żebrami... I dobrze nie bardzo... 
Tu zwrócił się do Zbyszka: 
 
– Pokażże się i ty... Oj, mocny Boże! Pamiętam cię maleńkim, jakoś przez ogon źrebakom 
na grzbiet łaził, a teraz, wciornaści, co za rycerzyk!... Z gęby czyste paniątko, ale chłop pleczysty... 
Takiemu się choć i z niedźwiedziem brać... 
– Co mu ta niedźwiedź! – rzekł na to Maćko. – Toć młodszy był niż dziś, gdy go ów Fryzyjczyk 
nazwał gołowąsem, a on, że to nie całkiem mu się spodobało, zaraz mu garścią wąsy 
wydarł... 
– Wiem – przerwał Zych. – I potykaliście się potem, i wzięliście ich poczet. Wszystko mi 
rozpowiadał pan z Taczewa: 
Wyszedł Niemiec z wielkim zyskiem, 
 
Pogrzebli go z gołym pyskiem, 
 
Hoc! hoc! 
 
I począł spoglądać na Zbyszka rozbawionymi oczyma, on zaś patrzył także z wielką ciekawością 
na jego długą jak tyczka postać, na chudą twarz z ogromnym nosem i na okrągłe, 
pełne śmiechu oczy. 
 
– O! – rzekł – przy takim somsiedzie, byle Bóg stryjkowi wrócił zdrowie – to i nie będzie 
smutku. 
– Lepiej mieć wesołego somsiada, bo z wesołym nie może być zwady – odrzekł Zych. – A 
teraz posłuchajcie, co wam po dobremu i po krześcijańsku powiem. Doma dawnoście nie byli 
i porządków nijakich w Bogdańcu nie zastaniecie. Nie mówię: w gospodarstwie – bo opat 
dobrze gospodarzył... lasu szmat wykarczował i chłopów nowych osadził... Ale że sam jeno 
czasem dojeżdża, więc w spiżarni będą pustki, ba, i w domu ledwie tam ława jaka jest – albo i 
wiązka grochowin do spania – a choremu potrzeba wygody. Więc wiecie co? – jedźcie ze 
mną do Zgorzelic. Zabawicie jaki miesiączek albo dwa, to mi będzie po sercu, a bez ten czas 
Jagienka o Bogdańcu pomyśli. Tylko się na nią zdajcie i niech was głowa o nic nie boli... 
Zbyszko będzie dojeżdżał gospodarki pilnować, a księdza opata też wam do Zgorzelic sprowadzę, 
to się z nim zaraz pora*****cie... O was, Maćku, będzie dziewka miała taki starunek 
jak o ojcu – a w chorobie babski starunek od innego lepszy. No! Moiście wy! uczyńcieże tak, 
jako was proszę. 
– Wiadoma rzecz, żeście dobry człowiek i zawszeście tacy byli – odrzekł z pewnym wzruszeniem 
Maćko – ale widzicie, mam-li umrzeć przez tę juchę zadziorę, co mi pod ziobrem 
siedzi, to wolę na własnych śmieciach. Przy tym w domu, choć ta człek i chory, to o niejedno 
się rozpyta, niejednego dopatrzy i niejedno zładzi. Jeśli Bóg każe iść na tamten świat – no, to 
nie ma rady! Czy przy większym starunku, czy przy mniejszym – jednako się nie wykręcisz. 
Do niewygód my na wojnie przywykli. Miła i wiącha grochowin temu, co przez kilka roków 
na gołej ziemi sypiał. Ale za wasze serce to wam szczerze dziękuję, i jeśli nie ja się wywdzięczę, 
to da Bóg, Zbyszko się wywdzięczy. 
Zych ze Zgorzelic, który słynął istotnie z dobroci i uczynności, począł znów nalegać i prosić, 
ale Maćko się uparł: kiedy umierać, to na własnym podwórku! Cniło mu się oto bez tego 
Bogdańca całymi latami, więc teraz, gdy granica już niedaleko, nie wyrzeknie się go za nic, 
choćby to miał być ostatni nocleg. Bóg łaskaw i tak, że mu choć pozwolił tu się przywlec. 
 
Tu roztarł pięściami łzy, które wezbrały mu pod powiekami, obejrzał się wkoło i rzekł: 
 
– Jeśli tu już bory Wilka z Brzozowej, to zaraz po południu dojedziem. 
– Nie Wilka z Brzozowej, jeno ninie opatowe – zauważył Zych. 

Uśmiechnął się na to chory Maćko i po chwili odrzekł: 
 
– Jeśli opatowe, to może kiedyś będą nasze. 
– Ba! dopieroście mówili o śmierci – zawołał wesoło Zych – a teraz chce wam się opata 
przetrzymać. 
– Nie ja go przetrzymam, jeno Zbyszko. 
Dalszą rozmowę przerwały im odgłosy rogów w boru, które ozwały się daleko przed nimi. 
Zych wstrzymał zaraz konia i począł słuchać. 
 
– Ktoś ci tu chyba poluje – rzekł. – Poczekajcie. 
– Może opat. To by dobrze było, żebyśmy się zaraz spotkali. 
– Cichajcie no! 
Tu zwrócił się do orszaku: 
– Stój! 
Stanęli. Rogi ozwały się bliżej, a w chwilę później rozległo się szczekanie psów. 
– Stój! – powtórzył Zych. – Ku nam idą. 
Zbyszko zaś zeskoczył z konia i począł wołać: 
– Dawajcie kuszę! może zwierz na nas wypadnie! wartko! wartko! 
I porwawszy kuszę z rąk pachołka wsparł ją o ziemię, przycisnął brzuchem, pochylił się, 
wyprężył grzbiet jak łuk i chwyciwszy palcami obu rąk cięciwę, naciągnął ją w mgnieniu oka 
na żelazny zastawnik, za czym założył strzałę i skoczył przed siebie w bór. 
 
– Napiął! bez korby ci napiął! – szepnął Zych zdumiony przykładem tak nadzwyczajnej 
siły. 
– Ho, to morowy chłop! – odszepnął z dumą Maćko. 
Tymczasem rogi i granie psów ozwało się jeszcze bliżej, aż nagle po prawej stronie boru 
rozległ się ciężki tupot, trzask łamanych krzów i gałęzi – na drogę wypadł z gęstwiny, jak 
piorun, stary brodaty żubr z olbrzymią, nisko pochyloną głową, z krwawymi oczyma i wywalonym 
ozorem, zziajany, straszny. Trafiwszy na wyrwę przydrożną przesadził ją jednym 
skokiem, upadł z rozpędu na przednie nogi, ale podniósł się i już, już miał skryć się w gęstwinie 
po drugiej stronie drogi, gdy nagle zawarczała złowrogo cięciwa kuszy, rozległ się świst 
grotu, po czym zwierz wspiął się, zakręcił, ryknął okropnie i runął jak gromem rażony na 
ziemię. 
 
Zbyszko wychylił się zza drzewa, napiął znów kuszę i zbliżył się gotów do strzału ku leżącemu 
bykowi, którego zadnie nogi kopały jeszcze ziemię. 
Lecz popatrzywszy chwilę zawrócił spokojnie do orszaku i z daleka począł wołać: 
 
– Tak dostał, aże gnojem popuścił! 
– A niechże cię! – ozwał się podjeżdżając Zych – od jednej strzały! 
– Ba, blisko było, a to przecie okrutny pęd. Obaczcie: nie tylko żeleźce, ale i brzechwa 
całkiem mu się schowała pod łopatką. 
– Myśliwcy muszą być już blisko; pewnikiem ci go zabiorą. 
– Nie dam! – odpowiedział Zbyszko – na drodze zabit, a droga niczyja. 
– A jeśli to opat poluje? 
– A, jeśli opat, to niech go bierze. 
Tymczasem z lasu wychyliły się naprzód psy, których było kilkanaście. Ujrzawszy zwierza 
rzuciły się na niego ze strasznym harmidrem, zbiły się na nim w kupę i niebawem poczęły się 
między sobą gryźć. 
 
– Zaraz będą i myśliwi – rzekł Zych. – Ot patrz! już są, jeno dalej przed nami wypadli i nie 
widzą jeszcze zwierza. Hop! hop! bywajcie tu, bywajcie!... leży! leży!... 
Lecz nagle umilkł, przysłonił oczy ręką, a po chwili ozwał się: 
 
– Dla Boga! coże to jest! Czym oślepł, czy mi się zdaje... 
– Jeden na wronym koniu na przedzie – rzekł Zbyszko. 
Lecz Zych zawołał nagle: 

– Miły Jezu! dyć to chyba Jagienka! 
I naraz począł krzyczeć! 
– Jagna! Jagna!... 
Po czym ruszył naprzód, ale nim zdążył puścić w cwał podjezdka, Zbyszko ujrzał najdziwniejsze 
w świecie widowisko: Oto na chybkim srokaczu sadziła ku nim siedząc po męsku 
dziewczyna z kuszą w ręku i z oszczepem na plecach. W rozpuszczone od pędu włosy powszczepiały 
jej się chmielowe szyszki; twarz miała rumianą jak zorza, na piersiach rozchełstaną 
koszulinę, a na koszuli serdak wełną do góry. Dopadłszy osadziła na miejscu konia; 
przez chwilę na twarzy jej odbijało się niedowierzanie, zdumienie, radość – na koniec jednak 
nie mogąc świadectwom oczu i uszu zaprzeczyć, poczęła krzyczeć cienkim, nieco jeszcze 
dziecinnym głosem: 
 
– Tatulo! Tatuś najmilejsi! 
I w mgnieniu oka zsunęła się z konia, a gdy Zych zeskoczył także dla powitania jej na 
ziemię, rzuciła mu się na szyję. Przez długi czas Zbyszko słyszał tylko odgłos pocałunków i 
dwa wyrazy: „Tatulo! Jagula! Tatulo! Jagula!” – powtarzane w radosnym upojeniu. 
 
Nadjechały oba poczty, nadjechał na wozie Maćko, a oni jeszcze powtarzali: „Tatulo! Ja-
gula!”, i jeszcze się obejmowali za szyję. Aż gdy wreszcie mieli już do sytu powitań i okrzyków, 
poczęła go Jagienka wypytywać: 
 
– To z wojny wracacie? Zdrowiście aby? 
– Z wojny. Co nie mam być zdrów! A ty? A młodsze chłopaki? Myślę, że zdrowe? – tak? 
Bo inaczej nie latałabyś po lesie. Ale coże ty tu robisz najlepszego, dziewczyno? 
– Przecie widzicie: poluję – odpowiedziała śmiejąc się Jagienka. 
– W cudzych lasach? 
– Opat dał i pozwoleństwo. Jeszcze przysłał pachołków do tego uczonych i psy. 
Tu zwróciła się do swej czeladzi: 
– A odpędzić mi ta psy, bo skórę podrą! 
Po czym do Zycha: 
– Oj, też rada jestem, rada, ż was widzę!... U nas wszystko dobrze. 
I poczęli się znów całować, a gdy skończyli, Jagna rzekła: 
– Do domu okrutny szmat drogi... takeśmy się za oną bestią zagnali. Chyba ze dwie mileśmy 
gnali, że już i konie ustawały. Ale tęgi żubr – widzieliście?... ma on ze trzy moje strzały 
w sobie, a od ostatniej musiał paść. 
– Padł on od ostatniej, ale nie od twojej: ten to rycerzyk go ustrzelił. 
Jagienka odgarnęła dłonią włosy, które się jej nasunęły na oczy, i pojrzała bystro, lubo niezbyt 
życzliwie na Zbyszka. 
 
– Wiesz, kto to jest? – spytał Zych. 
– Nie wiem. 
– Nie dziwota, żeś go nie poznała, bo wyrósł. Ale może starego Maćka z Bogdańca poznasz? 
– Dla Boga! to Maćko z Bogdańca! – zawołała Jagienka. 
I zbliżywszy się do woza pocałowała Maćka w rękę. 
– Toście wy? 
– A ja. Jenom na wozie, bo mnie Niemcy postrzelili. 
– Jakie Niemcy? przecie to z Tatary była wojna? Wiem ci ja to, bom się niemało tatula naprosiła, 
żeby mnie z sobą wziął. 
– Była wojna z Tatary, ale my na niej nie byli, bośmy na Litwie przedtem wojowali i ja, i 
Zbyszko. 
– A gdzie jest Zbyszko? 
– Toś nie poznała, że to Zbyszko? – rzekł ze śmiechem Maćko. 
– To jest Zbyszko? – zawołała dziewczyna spoglądając znów na młodego rycerza. 

– A jakże! 
– Dajże mu po znajomości gęby – zawołał wesoło Zych. 
Jagienka zwróciła się żywo ku Zbyszkowi, lecz nagle cofnęła się i zakrywszy ręką oczy 
rzekła: 
 
– Kiedy się wstydam... 
– My się przecie od małości znamy! – ozwał się Zbyszko. 
– Aha! dobrze się znamy. Pamiętam ci ja, pamiętam. Z ośm roków temu przyjechaliście do 
nas z Maćkiem i nieboszczka matula przynieśli nam orzechów z miodem. A wy, jak jeno starsi 
wyszli z izby, zaraz mnie pięścią w nos, a orzechy samiście zjedli! 
– Nie uczyniłby on teraz tego! – rzekł Maćko. – U kniazia Witolda bywał, w Krakowie na 
zamku bywał i obyczaj dworski zna. 
Lecz Jagience przyszło co innego do głowy, zwróciwszy się bowiem do Zbyszka spytała: 
 
– To wyście żubra zabili? 
– Ja. 
– Obejrzym, gdzie tkwi grot. 
– Nie obaczycie, bo mu się całkiem pochował pod łopatką. 
– Daj spokój, nie prawuj się – rzekł Zych. – Widzielim wszyscy, jak go ustrzelił, i widzie-
lim jeszcze coś lepszego, bo kuszę w mig bez korby naciągnął. 
Jagienka spojrzała po raz trzeci na Zbyszka, ale tym razem z podziwem: 
 
– Naciągnęliście kuszę bez korby? – spytała. 
Zbyszko odczuł w jej głosie jakby pewne niedowierzanie, wsparł więc o ziemię kuszę, którą 
był poprzednio spuścił, naciągnął ją w mgnieniu oka, aż zaskrzypiała żelazna obręcz, po 
czym chcąc pokazać, że zna dworski obyczaj, przyklęknął na jedno kolano i podał ją Jagience. 
 
 
Dziewczyna zaś, zamiast ją wziąć z jego rąk, zaczerwieniła się nagle, sama nie wiedząc 
dlaczego, i poczęła zaciągać pod szyją zgrzebną koszulę, która się była od szybkiej jazdy po 
lesie otwarła. 
 

Rozdział 
jedenasty 
 
 
Drugiego dnia po przyjeździe do Bogdańca Maćko i Zbyszko poczęli rozglądać się po 
swojej starej siedzibie i wkrótce dostrzegli, iż Zych ze Zgorzelic miał słuszność mówiąc, że z 
początku dokuczy im bieda niemała. 
 
Z gospodarstwem szło jeszcze jako tako. Było kilka łanów obrabianych przez chłopów 
dawnych albo świeżo osadzonych przez opata. Niegdyś bywało w Bogdańcu prawnej ziemi 
daleko więcej, ale od czasu gdy w bitwie pod Płowcami ród Gradów wyginął prawie do 
szczętu – zbrakło rąk roboczych, a po napadzie śląskich Niemców i po wojnie Grzymalitów z 
Nałęczami żyzne niegdyś niwy bogdańskie pozarastały po większej części lasem. Maćko nie 
mógł sam dać rady. Próżno chciał przed kilkunastu laty przyciągnąć wolnych kmieciów z 
Krześni i puścić im ziemię za odsepy – ci bowiem woleli siedzieć na swoich własnych „lechach” 
niźli uprawiać cudzy zagon. Przywabił jednak nieco ludzi bezdomnych; w różnych 
wojnach wziął kilkunastu jeńców, których pożenił, osadził po chatach – i w ten sposób wieś 
poczęła się dźwigać na nowo. Ale trudno mu to szło, więc gdy zdarzyła się sposobność zastawu, 
zastawił Maćko skwapliwie cały Bogdaniec, mniemając naprzód, że możnemu opatowi 
łatwiej będzie zagospodarować ziemię, a po wtóre, że tymczasem jemu i Zbyszkowi wojna 
przysporzy ludzi i pieniędzy. Jakoż opat rządził sprężyście. Siłę roboczą Bogdańca powiększył 
o pięć rodzin chłopskich, stada bydła i koni pomnożył, a przy tym zbudował śpichlerz, 
chruścianą oborę i takąż stajnię. Natomiast nie mieszkając stale w Bogdańcu, o dom nie dbał 
 
– i Maćko, który marzył czasami, że wróciwszy zastanie go otoczonym rowem i częstokołem, 
zastał wszystko tak, jak był zostawił, z tą chyba różnicą, że węgły pokrzywiły się nieco, a 
ściany wydawały się niższe, bo osiadły i zasunęły się w ziemię. 
Dwór składał się z ogromnej sieni, dwóch obszernych izb z komorami i z kuchni. W 
izbach były okna z błon, na środku zaś każdej ognisko w ulepionej z gliny podłodze, z którego 
dym wychodził przez szpary w pułapie. Pułap ów, czarny zupełnie, bywał za lepszych czasów 
zarazem i wędlarnią, na kołkach bowiem powbijanych w belki wieszano wówczas szynki 
wieprzowe, dzicze, niedźwiedzie i łosie, combry jelenie i sarnie, grzbiety wołowe i całe zwoje 
kiełbas. W Bogdańcu jednak haki były teraz puste, jak również i półki biegnące wzdłuż ścian, 
na których po innych „dworach” ustawiano misy cynowe i gliniane. Tylko ściany pod półkami 
nie wydawały się już zbyt nagie, Zbyszko bowiem kazał ludziom porozwieszać na nich 
pancerze, hełmy, miecze krótkie i długie, a dalej oszczepy, widły, kusze, kopie rycerskie, 
wreszcie tarcze i topory, i kropierze na konie. Broń czerniała od takiego rozwieszania w dymie 
i trzeba było często ją czyścić, ale za to była wszystka pod ręką i w dodatku czerw nie 
toczył drzewa w kopiach, kuszach i toporzyskach. Szaty kosztowne kazał troskliwy Maćko 
poprzenosić o komory, w której sypiał. 
 
W przednich izbach były też w pobliżu błoniastych okien stoły zbite z sosnowych desek i 
takież ławy, na których panowie zasiadali wraz z czeladzią do jadła. Ludziom odwykłym 
przez długie lata wojny od wygód nie trzeba było wiele, w Bogdańcu jednak brakło chleba, 
mąki i różnych innych zapasów, a zwłaszcza statków. Chłopi poznosili, co mogli, liczył 
 

głównie Maćko na to, że jako bywa w takich razach, przyjdą mu w pomoc sąsiedzi – i rzeczywiście 
nie omylił się, przynajmniej co do Zycha ze Zgorzelic. 
 
Drugiego dnia po przyjeździe siedział właśnie stary na kłodzie przed domem chcąc użyć 
pięknej jesiennej pogody, gdy na dziedziniec zajechała na tym samym wronym koniu Jagienka. 
Czeladnik, który drzewo rąbał koło płota, chciał jej do zsiadania pomóc, lecz ona zeskoczywszy 
w jednej chwili na ziemię zbliżyła się do Maćka, zdyszana nieco od prędkiej jazdy i 
zarumieniona jak jabłuszko. 
 
– Niech będzie pochwalony! Przyjechałam pokłonić się wam od tatula i zapytać o zdrowie. 
– Nie gorzej niż było w drodze – odrzekł Maćko – człek się przynajmniej wyspał na własnych 
śmieciach. 
– Ale niewygodę musicie mieć wielką, a choremu potrzeba starunku. 
– Twarde my chłopy. Jużci, z początku nie ma wygód, ale nie ma i głodu. Kazalim zarżnąć 
wołu i dwie owce, mięsa jest dość. Poznosiły też baby trochę mąki i jaj, ale tego mało, a już 
najgorzej statków nam brak. 
– Bo ja kazałam wyładzić dwa wozy. Na jednym idą dwie pościele i statki, a na drugim 
spyża różna. Są placki i mąka, i słonina, i suszone grzyby, jest beczułeczka piwa, a druga 
miodu – i co tam było w domu, ze wszystkiego po trochu. 
Maćko, który rad był zawsze z każdego przybytku, wyciągnął rękę, pogładził Jagienkę po 
głowie i rzekł: 
 
– Bóg zapłać tobie i twojemu rodzicowi. Jak się zagospodarujem, to oddamy. 
– Bogdajże was! A czy to my Niemce, żebyśmy mieli odbierać to, co dajem! 
– No, to jeszcze bardziej Bóg wam zapłać. Powiadał o tobie rodzic, jakaś gospodarna. Toś 
ty całymi Zgorzelicami bez rok rządziła? 
– Ano!... Jak wam będzie czego więcej potrzeba, to kogoś przyślijcie, jeno takiego, co by 
wiedział, czego trzeba – bo to czasem głupi jaki sługa przyjedzie i nie wie, po co go przysłali. 
Tu Jagienka poczęła się nieco oglądać, a Maćko spostrzegłszy to uśmiechnął się i zapytał: 
 
– Za kimże się oglądasz? 
– Nie oglądam się za nikim! 
– Przyślę Zbyszka, niech za mnie tobie i Zychowi podziękuje. Udał ci się Zbyszko? co? 
– A, nie patrzyłam! 
– To przypatrzże mu się teraz, bo ci właśnie nadchodzi. 
Jakoż Zbyszko nadchodził rzeczywiście od wodopoju i ujrzawszy Jagienkę przyśpieszył 
kroku. Ubrany był w łosi kubrak i okrągłą pilśniową myckę, taką, jakich używano pod hełmy, 
włosy miał bez pątlika, obcięte równo nad brwiami, a po bokach spływające w złotych zwojach 
na ramiona – i zbliżał się szybko, rosły, hoży, do giermka z wielkiego domu zupełnie 
podobny. 
 
Jagienka odwróciła się całkiem do Maćka, aby przez to okazać, że tylko do niego przyjechała, 
lecz Zbyszko przywitał ją wesoło, a następnie wziąwszy jej rękę podniósł ją do ust mimo 
uporu dziewczyny. 
 
– Czemu mnie w rękę całujesz? – spytała – czy to ja ksiądz? 
– Nie brońcie się! To taki zwyczaj. 
– A choćby cię i w drugą pocałował za to, coś przywiozła – wtrącił Maćko – nie byłoby 
nadto. 
– Co zaś przywiozła? – zapytał Zbyszko rozglądając się po dziedzińcu, nie widząc nic 
więcej prócz wronego konia, który stał przywiązany do palika. 
– Wozy jeszcze nie nadeszły, ale przyjdą – odpowiedziała Jagienka. 
Maćko począł wymieniać, co przywiozła, niczego nie opuszczając, gdy zaś wspomniał o 
dwóch pościelach, Zbyszko rzekł: 
 
– Ja tam rad i na żubrowej skórze przylegam, ale dziękuję wam, żeście i o mnie pomyśleli. 

– To nie ja: tatulo... – odrzekła czerwieniąc się dziewczyna. – Jeśli wolicie na skórze, to 
niewoli nie ma. 
– Wolę, na czym wypadnie. Bywało, nieraz w polu, po bitwie, to się sypiało i z zabitym 
Krzyżakiem pod głową. 
– Alboście to zabili kiedy Krzyżaka? Pewno, że nie! 
Zbyszko, zamiast odpowiedzieć, począł się śmiać. Maćko zaś zawołał: 
– Bójże się Boga, dziewczyno, to ty jego nie znasz! Nic ci on innego nie czynił, jeno w 
Niemców bił, aże grzmiało. Na kopie, na topory, do wszystkiego gotów, a jak Niemca z dala 
dopatrzy, to choć go na powrozie trzymaj, tak się do niego rwie. W Krakowie chciał nawet w 
posła Lichtensteina bić, za co mało mu głowy nie ucięli. Taki to chłop! I o Fryzach dwóch ci 
opowiem, po których wzięliśmy poczet i łup tak godny, że za połowę tego można by Bogdaniec 
wykupić. 
Tu Maćko jął opowiadać o pojedynku z Fryzyjczykami, a następnie o innych przygodach, 
jakie się im przytrafiały, i czynach, jakich dokonali. Potykali się przecie zza murów i w 
otwartym polu z największymi rycerzami, jacy w cudzoziemskich krajach żyją. Bili w Niemców, 
bili we Francuzów, bili w Angielczyków i w Burgundów. Bywali w zaciekłych wirach 
bitew, że z koni, z ludzi, ze zbroi, z Niemców i piór czynił się jakoby jeden kłąb. A czego to 
oni przy tym nie widzieli! Widzieli krzyżackie zamki z czerwonej cegły, litewskie grodźce 
drewniane i kościoły, jakich koło Bogdańca nie ma, i miasta, i srogie puszcze, w których nocami 
kwiliły powypędzane ze świątyń litewskie bożeczki, i różne, różne cuda; wszędzie zaś, 
gdzie do bitki przyszło, Zbyszko na przedzie, tak że dziwowali mu się najwięksi rycerze. 
 
Jagienka przysiadłszy na kłodzie obok Maćka słuchała z otwartymi ustami tego opowiadania 
kręcąc głową, jakby ją miała na śrubkach, to w stronę Maćka, to w stronę Zbyszka, i spoglądając 
na młodego rycerza z coraz większym podziwem. Wreszcie, gdy Maćko skończył, 
westchnęła i rzekła: 
 
– Bogdaj się to chłopakiem urodzić! 
Lecz Zbyszko, który przez czas opowiadania przyglądał się jej również bacznie, myślał w 
tej chwili widocznie o czym innym, gdyż niespodzianie rzekł: 
 
– Ale też z was kraśna dziewka! 
Jagienka zaś odrzekła, na wpół z niechęcią, a na wpół ze smutkiem: 
– Widzieliśmy wy kraśniejsze ode mnie. 
Zbyszko jednak mógł bez kłamstwa odpowiedzieć jej, że wiele takich nie widział, gdyż od 
Jagienki bił po prostu blask zdrowia, młodości i siły. Stary opat nie próżno mawiał o niej, że 
wygląda jak na wpół kalina, wpół sosenka. Wszystko w niej było piękne: i wysmukła postawa, 
i szerokie ramiona, i piersi jak ze skały wykute, i czerwone usta, i modre oczki bystro 
patrzące. Była też przybrana staranniej niż poprzednio w lesie na łowach. Na szyi miała kraśne 
paciorki, kożuszek otwarty na przodzie, kryty zielonym suknem, spódnicę z samodziału w 
prążki i nowe buty. Nawet stary Maćko zauważył ten piękny strój i popatrzywszy na nią przez 
chwilę zapytał: 
 
– A czemuś to się tak przybrała, jako na odpust? 
Lecz ona, zamiast odpowiedzieć, poczęła wołać: 
– Idą wozy, idą!... 
Jakoż, gdy wozy zajechały, skoczyła ku nim, a za nią poszedł Zbyszko. Wyładowanie 
trwało aż do zachodu słońca, ku wielkiemu zadowoleniu Maćka, który każdą rzecz z osobna 
oglądał i za każdą wysławiał Jagienkę. Mrok też już zapadał zupełny, gdy dziewczyna poczęła 
się zabierać do domu. Przy wsiadaniu na koń Zbyszko chwycił ją nagle wpół i nim zdążyła 
słowo wymówić, podniósł ją w górę i posadził na kulbakę. Wówczas zarumieniła się jak 
zorza i zwróciwszy ku niemu twarz rzekła przytłumionym nieco głosem: 
 
– Mocarny z was pachołek... 

On zaś, nie dojrzawszy jej rumieńców i zmieszania z powodu ciemności, roześmiał się i 
zapytał: 
 
– A nie boicie się zwierza?... już zaraz noc! 
– Jest na wozie oszczep... podajcie mi go. 
Zbyszko poszedł do wozu, wyjął oszczep i wręczył go Jagience: 
– Bądźcie zdrowi! 
– Bądźcie zdrowi! 
– Bóg wam zapłać! Przyjadą jutro alibo pojutrze do Zgorzelic pokłonić się Zychowi i wam 
za somsiedzką uczynność. 
– Przyjeżdżajcie! Radzi będziem! Wiśta! 
I ruszywszy koniem znikła po chwili w przydrożnych krzakach. 
Zbyszko wrócił do stryja. 
– Czas wam do izby wracać. 
Lecz Maćko odrzekł nie ruszając się z kłody: 
– Hej! co za dziewczyna! Aże podwórze od niej pojaśniało! 
– Bo pewnie! 
Nastała chwila milczenia. Maćko zdawał się o czymś rozmyślać patrząc w ukazujące się 
gwiazdy, po czym znów rzekł jakby sam do siebie: 
 
– I przyszczypne to, i gospodarne, choć nie ma więcej nad piętnaście roków... 
– Ano! – rzekł Zbyszko – stary Zych miłuje ją też jak oko w głowie. 
– I mówił, że Moczydoły za nią pójdą, a tam jest w łędach stadko świerzop ze źrebięty. 
– W borach moczydłowskich ponoś okrutne bagna?... 
– Ale żeremia bobrowe nich są. 
I znów nastało milczenie. Maćko spoglądał czas jakiś z ukosa na Zbyszka, a wreszcie spytał: 
 
 
– Cóżeś się tak zapamiętał? O czym rozmyślasz? 
– Bo... widzicie... po Jagience tak mi się Danuśka przypomniała, aże mnie coś w sercu zabolało. 
– Chodźmy do izby – rzekł na to stary. – Późno już. 
I wstawszy z trudem, wsparł się na Zbyszku, który odprowadził go do komory. 
Zbyszko pojechał jednak zaraz nazajutrz do Zgorzelic, albowiem Maćko bardzo o to przynaglał. 
Wymógł również na bratanku, by wziął z sobą dla okazałości dwóch pachołków i 
przybrał się jak najpiękniej, aby w ten sposób cześć Zychowi wyrządzić i należytą wdzięczność 
mu okazać. Zbyszko ustąpił i pojechał wystrojony jak na wesele w tę samą zdobyczną 
jakę z białego atłasu, obszytą złotą frędzlą i zahaftowaną w złote gryfy. Zych przyjął go z 
otwartymi ramionami, radością i ze śpiewaniem, Jagienka zaś wszedłszy na próg izby stanęła 
jak wryta i omal nie upuściła łagiewki z winem na widok młodziana, myślała bowiem, że 
królewicz jaki przyjechał. Straciła też od razu śmiałość i siedziała w milczeniu, przecierając 
tylko kiedy niekiedy oczy, jak gdyby się chciała ze snu obudzić. Zbyszko, któremu brakło 
doświadczenia, myślał, że z niewiadomych mu przyczyn nierada go widzi, rozmawiał więc 
tylko z Zychem sławiąc jego sąsiedzką hojność i podziwiając dwór zgorzelicki, który rzeczywiście 
w niczym nie był do bogdanieckiego podobny. 
 
Wszędzie znać tu było dostatek i zasobność. W izbach były okna z szybami z rogu, zestruganego 
cienko i tak wygładzonego, że był prawie jak szkło przeźroczysty. Nie było ognisk na 
środku izb, tylko wielkie kominy z okapami po rogach. Podłoga była z modrzewiowych desek 
czysto umyta, na ścianach zbroje i mnóstwo mis błyszczących jak słońca oraz pięknie wyciętych 
łyżników, z szeregami łyżek, z których dwie były z srebra. Gdzieniegdzie wisiały też 
makatki, złupione w wojnach lub nabyte od wędrownych kupców. Pod stołami leżały olbrzymie 
płowe skóry turze, a takoż żubrze i dzicze. Zych z chęcią pokazywał swoje bogactwa 
mówiąc co chwila, że to Jagienkowe gospodarowanie. Zaprowadził także Zbyszka do alkie
 
 

rza, pachnącego całkiem żywicą i miętą, w którym u pułapu wisiały całe pęki skór wilczych, 
lisich, kunich i bobrowych. Pokazał mu sernik, składy wosku i miodu, beczki z mąką, składy 
sucharów, konopi i suszonych grzybów. Wziął go następnie do śpichrzów, obór, stajen i 
chlewów, do szop, w których były wozy, sprzęty myśliwskie, sieci, i tak olśnił oczy jego dostatkiem, 
że Zbyszko wróciwszy na wieczerzę nie mógł utrzymać w sobie podziwu. 
 
– Żyć nie umierać w waszych Zgorzelicach! – rzekł. 
– W Moczydołach bez mała takie same porządki – odrzekł Zych. – Pamiętasz Moczydoły? 
To przecie ku Bogdańcowi. – Drzewiej wadzili się nawet nasi ojce o granice i zapowiedzi 
sobie posyłali na bitki, ale ja ta nie będę się wadził. 
Tu trącił się ze Zbyszkiem kubkiem miodu i zapytał: 
 
– A może byś chciał sobie coś zaśpiewać? 
– Nie – rzekł Zbyszko – ciekawie was słucham. 
– Zgorzelice, widzisz, wezmą niedźwiadki. Byle się jeno kiedyś o nie podarli!... 
– Jakie niedźwiadki? 
– Ano, chłopaki, Jagienkowi bracia. 
– Hej! nie będą potrzebowali łapy przez zimę ssać. 
– A nie. Ale i Jagience w Moczydołach sperki w gębie nie zabraknie... 
– Pewnikiem! 
– A czemu nie jesz i nie pijesz? Jagienka, nalej i jemu, i mnie. 
– Jem i piję, jako mogę. 
– Jak nie będziesz mógł, to się odpasz... Piękny pas! Wy też na Litwie musieliście wziąć 
łup godny? 
– Nie narzekamy – odrzekł Zbyszko korzystając ze sposobności, aby okazać, że i dziedzice 
Bogdańca nie byle włodyczkowie. – Część łupów przedaliśmy w Krakowie i wzięliśmy czterdzieści 
grzywien srebra... 
– Bój się Boga! Toż za to można kupić wieś. 
– Bo była jedna zbroja mediolańska, którą stryjko spodziewając się śmierci sprzedał, a to 
wiecie... 
– Wiem! No! to warto na Litwę iść. Ja swego czasu chciałem, alem się bojał. 
– Czego? Krzyżaków? 
– E, kto by się ta ich bał. Póki cię nie zabiją, to czegóż się bać, a jak cię zabiją, to już i nie 
czas na strach. Bojałem się onych pogańskich bożków, czyli diabłów. Po lasach to podobno 
tego jak mrowia. 
– A gdzież mają siedzieć, kiedy im bożnice popalili?... Dawniej mieli dostatek, a teraz jeno 
grzybami i mrówkami żyją. 
– Widziałeś też ich? 
– Ja sam nie widziałem, ale słyszałem, że ludzie widzieli... Wysunie ta poniektóry kosmatą 
łapinę i zza drzewa potrząsa nią, żeby mu co dać... 
– Powiadali to samo Maćko – ozwała się Jagienka. 
– A jakże! prawił ci i mnie o tym w drodze – dodał Zych. – No, nie dziwota! Przecie i u 
nas, choć kraj dawno krześcijański, czasem się coś po bajorach śmieje, a i w domu, choć księża 
o to krzyczą, lepiej zawsze skrzatom miskę z jadłem na noc ostawić, bo inaczej tak ci skrobią 
w ściany, że i oka nie zmrużysz... Jagienka!... postaw, córuchno, pod progiem miskę! 
Jagienka wzięła glinianą miskę pełną klusków z serem i postawiła ją pod progiem. Zych 
zaś rzekł: 
 
– Księża krzyczą, pomstują! Panu Jezusowi przecie przez trochę klusków chwały nie ubędzie, 
a skrzat byle był syt i życzliwy, to i od ognia, i od złodzieja ustrzeże. 
Po czym zwrócił się do Zbyszka: 
 
– Ale może byś się odpasał i trochę sobie zaśpiewał? 

– Zaśpiewajcie wy, bo już widzę, że z dawna macie ochotę, ale może panna Jagienka zaśpiewa? 
– Będziem po kolei śpiewali – zawołał uradowany Zych. – Jest też w domu pachołek, który 
nam do wtóru na drewnianej fujarce zapiska. Wołać pachołka! 
Zawołano pachołka, który siadł na zydlu i włożywszy „piszczkę” w usta, a następnie rozstawiwszy 
na niej palce, jął spoglądać po obecnych czekając, komu ma zawtórować. 
Oni zaś poczęli się sprzeczać, nikt bowiem nie chciał być pierwszy. Kazał wreszcie Zych 
dać przykład Jagience, więc Jagienka, chociaż bardzo jej było wstyd Zbyszka, wstała z ławy, 
włożyła ręce pod fartuch i poczęła: 
 
Gdybym ci ja miała 
 
Skrzydłeczka jak gąska, 
 
Poleciałabym ja 
 
Za Jaśkiem do Śląska!... 
 
Zbyszko otworzył naprzód szeroko oczy, po czym zerwał się na równe nogi i zawołał 
wielkim głosem: 
 
– A wy skąd to umiecie śpiewać? 
Jagienka spojrzała na niego ze zdumieniem. 
– Przecie to wszyscy śpiewają... Co wam? 
Zych zaś, który sądził, że Zbyszko podpił, zwrócił ku niemu rozradowaną twarz i rzekł: 
– Odpasz się! Zaraz ci ulży! 
Lecz Zbyszko stał przez chwilę z mieniącą się twarzą, po czym opanowawszy wzruszenie 
ozwał się do Jagienki: 
 
– Przepraszam was. Cosik mi się niespodzianie przypomniało. Śpiewajcie dalej. 
– A może wam smutno słuchać? 
– Ej, gdzie tam! – odrzekł drgającym głosem. – Słuchałbym tego przez całą noc. 
To rzekłszy siadł i zakrywszy dłonią brwi umilkł, nie chcąc żadnego słowa uronić. 
Jagienka zaśpiewała drugą zwrotkę, lecz skończywszy ją spostrzegła wielką łzę staczającą 
się po palcach Zbyszkowej dłoni. 
Wówczas przesunęła się żywo ku niemu i siadłszy obok poczęła go trącać łokciem: 
 
– No? Co wam? Nie chcę, byście płakali. Mówcie, co wam jest? 
– Nic, nic! – odrzekł z westchnieniem Zbyszko. – Siła by gadać... Co było, to przeszło. Już 
mi weselej. 
– A może byście się wina słodkiego napili? 
– Poćciwa dziewka! – zawołał Zych. – Czemu to mówicie sobie: wy? Mów mu: Zbyszku, 
a ty jej: Jagienko. Znacie się przecie od małości... 
Po czym zwrócił się do córki: 
 
– Że cię tam ongi sprał, to nic!... Ninie tego nie uczyni. 
– Nie uczynię! – rzekł wesoło Zbyszko. – Niechże mnie ona za to teraz spierze, jeśli jej 
wola. 
Na to Jagienka chcąc go do reszty rozweselić złożyła dłoń w piąstkę i śmiejąc się poczęła 
udawać, że bije Zbyszka. 
 
– A masz ci za mój rozbity nos! a masz! a masz! 
– Wina! – zawołał rozochocony dziedzic Zgorzelic. 
Jagienka skoczyła do komory i po chwili wyniosła kamionkę z winem, dwa kubki piękne, 
wygniatanie w srebrne kwiaty, roboty wrocławskich złotników, i parę gomółek z daleka 
pachnących. 
 
Zycha, mającego już w głowie, rozczulił ten widok zupełnie, więc przygarnął do siebie 
kamionkę, przycisnął ją do łona i sądząc widocznie, że to Jagienka, począł mówić: 
 

– Oj, córuchno ty moja! oj, niebogo sieroto! Co ja, biedny chudzina, w Zgorzelicach pocznę, 
jak mi cię zabiorą – co ja pocznę!... 
– A trza ją będzie niezadługo dać! – zawołał Zbyszko. 
Zych zaś w mgnieniu oka z rozczulenia przeszedł do śmiechu: 
– Chy! chy! A dziewce piętnaście roków i już ją do chłopów ciągnie!... już jak którego 
choć z daleka uwidzi, to aże kolanem o kolano trze!... 
– Tatusiu, bo sobie pójdę – rzekła Jagienka. 
– Nie chodź! dobrze z tobą... 
Po czym jął mrugać tajemniczo na Zbyszka. 
– Zajeżdża ich tu dwóch: jeden młody Wilk, syn starego Wilka z Brzozowej, a drugi 
Cztan1 z Rogowa. Żeby cię tu zastali, zaraz by wzięli na cię zgrzytać, jako i na się wzajem 
zgrzytają. 
– O wa! – rzekł Zbyszko. 
Po czym zwrócił się do Jagienki i mówiąc jej: ty, wedle polecenia Zycha, zapytał: 
– A ty którego wolisz? 
– Żadnego. 
– Wilk, sierdzisty pachołek! – zauważył Zych. 
– Niech w inną stronę wyje! 
– A Cztan? 
Jagienka poczęła się śmiać. 
– Cztan – mówiła zwracając się do Zbyszka – takie ci ma kudły na gębie jak cap, że mu 
oczu nie widać – i sadła tyle na nim co na niedźwiedziu. 
A Zbyszko uderzył się w głowę, jakby coś sobie nagle przypominając, i rzekł: 
 
– Ale!... kiedyście tacy dobrzy, to was jeszcze o jedną rzecz poproszę: nie ma też u was w 
domu niedźwiedziego sadła, bo stryjkowi na lek potrzebne, a w Bogdańcu nie mogłem dopytać? 
– Było – rzekła Jagienka – ale chłopaki na dwór wynieśli do smarowania łuków – i psi do 
szczętu zjedli... Bodajże to! 
– Nic nie ostało? 
– Do czysta wylizane! 
– Ha! to nie ma innej rady, jeno trza będzie w boru poszukać. 
– Uczyńcie obławę, bo niedźwiedzi nie brak, a jeśli myśliwskiego sprzętu chcecie, to damy. 
– Gdzie mi tam czekać! Pójdę na noc pod barcie. 
– Weźcie z pięciu naroczników. Są między nimi chłopy sprawne. 
– Nie będę kupą chodził, bo jeszcze mi zwierza spłoszą. 
– To jakże? Z kuszą pójdziecie? 
– A co bym z kuszą w boru po ciemku zrobił? Miesiąc teraz przecie nie świeci. Wezmę 
widły z zadziorami, topór dobry i pójdę jutro sam. 
Jagienka umilkła na chwilę, po czym w twarzy jej odbił się niepokój. 
 
– Poszedł od nas łońskiego roku – rzekła – myśliwiec Bezduch i niedźwiedź go rozdarł. 
Zawsze to jest nieprzezpieczna rzecz, bo on, jak samego człowieka w nocy uwidzi, a tym bardziej 
przy barciach, to zaraz na zadnie łapy staje. 
– Żeby uciekał, to by się go nie dostało – odrzekł Zbyszko. 
Tymczasem Zych, który się był zdrzemnął, zbudził się nagle i począł śpiewać: 
A ty, Kuba, od roboty, 
A ja, Maciek, od ochoty! 
Idźże rano z sochą w pole! 
 
 
1 Cztan, skrócone: Przecław. 
 

A ja z Kasią w żytko wolę. 
Hoc! hoc! 
 
 
Po czym do Zbyszka: 
 
– Wiesz? jest ich dwóch: Wilk z Brzozowej i Cztan z Rogowa... a ty... 
Lecz Jagienka bojąc się, żeby Zych nie powiedział czegoś nadto, zbliżyła się szybko do 
Zbyszka i jęła wypytywać: 
 
– I kiedy pójdziesz? jutro? 
– Jutro, po zachodzie słońca. 
– A do których barci? 
– Do naszych, do bogdańskich, niedaleko od waszych kopców, wedle Radzikowego błota. 
Powiadali mi, że tam o misia łatwo. 

Rozdział 
dwunasty 
 
 
Zbyszko wybrał się, jak zapowiedział, gdyż Maćko czuł się coraz gorzej. Z początku podtrzymywała 
go radość i pierwsze domowe zajęcia, lecz trzeciego dnia wróciła mu gorączka i 
ból w boku ozwał mu się z taką siłą, iż musiał się położyć. Zbyszko poszedł naprzód w dzień, 
obejrzał barci, zobaczył, że jest blisko ogromny ślad na błocie – i rozmówił się z bartnikiem 
Wawrkiem, który nocami sypiał w pobliżu w szałasie, razem z parą srogich podhalskich kundli, 
ale właśnie miał się już wynieść do wsi z powodu chłodów jesiennych. 
 
Obaj rozrzucili szałas, zabrali psy, tu i ówdzie rozsmarowali trochę miodu po pniach, by 
zapach znęcił zwierza, za czym Zbyszko wrócił do domu i począł się gotować na wyprawę. 
Ubrał się dla ciepła w kubrak łosi, bez rękawów; na ciemię nawdział żelazny czepiec z drutu, 
aby niedźwiedź nie mógł mu obedrzeć skóry z głowy, wreszcie wziął widły dobrze okute, 
dwuzębne, z zadziorami, i topór stalowy, szeroki, na dębowym toporzysku nie tak krótkim, 
jakich zażywają cieśle. O wieczornym udoju był już u celu i wybrawszy sobie dogodne miejsce 
przeżegnał się, zasiadł i czekał. 
 
Czerwone promienie zachodzącego słońca świeciły między gałęziami chojarów. Po wierz-
chołkach sosen tłukły się wrony kracząc i łopocąc skrzydłami; gdzieniegdzie kicały ku wodzie 
zające czyniąc szelest po żółciejących jagodziskach i po opadłych liściach; czasem śmignęła 
po buczku chybka kuna. W gąszczach odzywał się jeszcze świegot ptaków, który stopniowo 
ustawał. 
 
O samym zachodzie nie było w boru spokoju. Przeszło niebawem opodal Zbyszka stadko 
dzików z wielkim hałasem i fukaniem, a potem kłusowały łosie długim rzędem trzymając 
jeden drugiemu łeb na ogonie. Suche gałęzie trzeszczały im pod racicami i las aż dudnił, one 
atoli połyskując czerwono w słońcu dążyły do błota, gdzie im było nocą bezpiecznie i błogo. 
Nareszcie zorze rozpaliły się na niebie, od których wierzchołki sosen zdawały się płonąć jak 
w ogniu, i zwolna jęło się wszystko uspokajać. Bór szedł spać. Mrok wstawał od ziemi i podnosił 
się w górę ku świetlistym zorzom, które też w końcu poczęły omdlewać, zasępiać się, 
czernieć i gasnąć. 
 
„Teraz póki się wilki nie odezwą, to będzie cicho” – pomyślał Zbyszko. 
 
Żałował jednak, że nie wziął kuszy, mógłby był bowiem z łatwością położyć dzika lub łosia. 
Tymczasem od strony błota dochodziły jeszcze czas jakiś przytłumione odgłosy, podobne 
do ciężkiego stękania i poświstywania. Zbyszko spoglądał ku temu błotu z pewną nieufnością, 
albowiem chłop Radzik, który mieszkał tu niegdyś w ziemnej chacie, znikł razem z rodziną, 
jakby się pod ziemię zapadł. Jedni mówili, że porwali ich zbóje, byli wszelako ludzie, 
którzy widzieli później wedle chaty jakieś dziwne ślady ni to ludzkie, ni zwierzęce – i którzy 
bardzo kręcili nad tym głowami, a nawet namyślali się, czyby nie sprowadzić księdza z Krześni, 
aby tę chałupę poświęcił. Nie przyszło wprawdzie do tego, bo nie znalazł się nikt, który 
by chciał tu zamieszkać, i chatę, a raczej glinę na chruścianych ścianach, rozpłukały z czasem 
dżdże – miejsce jednakże nie używało odtąd dobrej sławy. Nie uważał wprawdzie na to 
Wawrek, bartnik, który tu nocował latem w szałasie, ale i o tym Wawrku różnie mówiono. 
Zbyszko mając widły i topór nie obawiał się dzikich zwierząt – myślał natomiast z pewnym 
niepokojem o siłach nieczystych i rad też był, gdy owe gwary wreszcie umilkły. 
 

Ostatnie odblaski znikły i uczyniła się noc zupełna. Wiatr ustał, nie było nawet zwykłego 
szumu w wierzchołkach sosen. Kiedy niekiedy spadała tu i ówdzie szyszka wydając na tle 
ogólnego milczenia odgłos mocny i donośny, ale zresztą było tak cicho, że Zbyszko słyszał 
własny oddech. 
 
W ten sposób przesiedział długi czas rozmyślając naprzód o niedźwiedziu, który mógł nadejść, 
a następnie o Danusi, która z dworem mazowieckim jechała w dalekie strony. Przypomniał 
sobie, jak ją chwycił na ręce w chwili rozstania się z książną i jak jej łzy spływały mu 
po policzkach, przypomniał sobie jej jasną twarz, jej przetowłosą główkę, jej chabrowe wianuszki 
i jej śpiewanie, jej czerwone trzewiczki z długimi nosami, które całował na odjezdnym 
 
– wreszcie wszystko, co zaszło od chwili, jak się poznali; i ogarnął go taki żal, że jej blisko 
nie ma, i taka po niej tęsknota, że całkiem w niej zatonął, stracił pamięć, że jest w lesie, że 
czatuje za zwierza, a natomiast począł sobie mówić w duszy: 
„Pójdę ja k’tobie, bo mi nie żyć bez ciebie.” 
 
I czuł, że tak jest – i że musi jechać na Mazowsze, bo inaczej skapieje w Bogdańcu. Przyszedł 
mu na myśl Jurand i jego dziwny opór, więc pomyślał, że tym bardziej trzeba mu jechać, 
aby się dowiedzieć, co to za tajemnica, co za przeszkody i czyby jakowyś pozew do 
walki na śmierć nie zdołał ich usunąć. Wreszcie wydało mu się, że Danusia wyciąga do niego 
ręce i woła: „Bywaj, Zbyszku, bywaj!” Jakże mu do niej nie iść! 
 
I nie spał – a widział ją tak wyraźnie, jakby w zjawieniu albo we śnie. Jedzie teraz oto Danuśka 
obok księżny, brząka jej na luteńce i pośpiewuje, a myśli o nim. Myśli, że go ujrzy niezadługo, 
a może się i obziera, czy on za nimi w skok nie pędzi – a on tymczasem w boru 
ciemnym. 
 
Tu ocknął się Zbyszko – i ocknął się nie tylko dlatego, że sobie przypomniał bór ciemny, 
ale i dla tej przyczyny, że z dala za nim ozwał się jakiś szelest. 
 
Wówczas ścisnął mocniej widły w garściach, nadstawił uszu i począł słuchać. 
 
Szelest zbliżał się i po niejakim czasie stał się całkiem wyraźny. Chrupały pod czyjąś 
ostrożną stopą suche gałązki, szurały opadłe liście i jagodziska... Coś szło. 
 
Chwilami szelest ustawał, jak gdyby zwierz zatrzymywał się przy drzewach, i wówczas 
robiła się taka cisza, że Zbyszkowi poczynało aż w uszach dzwonić – po czym znów odzywały 
się kroki wolne i przezorne. W ogóle było w tym zbliżaniu się coś tak ostrożnego, że 
Zbyszka ogarnęło zdziwienie. 
 
– Musi się „Stary” psów bać, które tu były przy szałasie – rzekł sobie – ale może to i wilk, 
który mnie zwietrzył. 
Tymczasem kroki ucichły. Zbyszko jednak słyszał wyraźnie, że coś zatrzymało się może o 
dwadzieścia albo o trzydzieści kroków za nim i jakby przysiadło. Obejrzał się raz i drugi – ale 
lubo pnie rysowały się w zmroku dość wyraźnie, nie mógł nic dojrzeć. Nie było innej rady, 
tylko czekać. 
 
I czekał tak długo, że aż zdziwienie ogarnęło go po raz wtóry. 
 
– Niedźwiedź nie przyszedłby tu przecie spać pod barcią, a wilk byłby mnie już zawietrzył 
i też by nie czekał do rana. 
 
I nagle mrowie przeszło go od stóp do głowy. 
 
A nuż to co „paskudnego” wylazło z błota i zachodzi mu z tyłu? Nuż niespodzianie chwycą 
go jakie oślizgłe ramiona topielca albo zajrzą mu w twarz zielone oczy upiora, nuż się coś 
roześmieje okropnie tuż za nim albo zza sosny wylezie sina głowa na pajęczych nogach? 
 
I uczuł, że pod żelaznym czepcem włosy poczynają mu się jeżyć. 
 
Lecz po chwili szelest odezwał się przed nim – i tym razem wyraźniejszy jeszcze niż po
 
 
przednio. Zbyszko odetchnął. Przypuszczał wprawdzie, że to samo „dziwo” obeszło go, a 
teraz zbliża się z przodu. Ale to wolał. Chwycił wygodnie widły, podniósł się cicho i czekał. 
Wtem nad głową usłyszał szum sosen, na twarzy uczuł silny powiew, ciągnący od strony 
błota, a jednocześnie do jego nozdrzy doleciał swąd niedźwiedzi. 
 

Nie było teraz najmniejszej wątpliwości: szedł miś! 
 
Zbyszko jednej chwili przestał się bać i pochyliwszy głowę, wytężył wzrok i słuchał. Kroki 
zbliżały się ciężkie, wyraźne, swąd czynił się ostrzejszy; wkrótce dało się słyszeć sapanie i 
pomruk. 
 
„Byle nie szło dwóch!” – pomyślał Zbyszko. 
 
Ale w tej chwili zobaczył przed sobą wielki i ciemny kształt zwierzęcia, które idąc z wiatrem, 
do ostatniej chwili nie mogło go zwietrzyć, tym bardziej że zajmował je zapach rozsmarowanego 
po pniach miodu. 
 
– Bywaj, dziadku! – zawołał Zbyszko wysuwając się spod sosny. 
Niedźwiedź ryknął krótko, jakby przerażony niespodzianym zjawiskiem, lecz był już zbyt 
blisko, aby mógł ratować się ucieczką, więc w jednej chwili podniósł się na zadnie łapy rozwarłszy 
przednie jak do uścisku. Tego właśnie czekał Zbyszko; zebrał się w sobie, skoczył 
jak błyskawica i całą siłą potężnych ramion oraz własnego ciężaru wbił widły w piersi zwierza. 
 
 
Cały bór zatrząsł się teraz od przeraźliwego ryku. Niedźwiedź chwycił łapami widły pragnąc 
je wyrwać, ale zadziory przy ostrzach wstrzymały, więc poczuwszy ból zagrzmiał jeszcze 
straszliwiej. Chcąc dosięgnąć Zbyszka wsparł się na widłach i wbił je w siebie mocniej. 
Zbyszko nie wiedząc, czy ostrza weszły dość głęboko, nie puszczał rękojeści. Człowiek i 
zwierz poczęli się szarpać i szamotać. Bór trząsł się wciąż od ryku, w którym brzmiała wściekłość 
i rozpacz. 
 
Zbyszko nie mógł się jąć topora nie wbiwszy poprzednio drugiego, zaostrzonego końca 
wideł w ziemię, niedźwiedź zaś chwyciwszy za osadę łapami miotał nią i Zbyszkiem jakby 
rozumiejąc, o co chodzi, i – mimo bólu, który sprawiało mu każde poruszenie utkwionych 
głęboko ostrzy, nie dając się „podeprzeć”. W ten sposób straszna walka przedłużała się – i 
Zbyszko zrozumiał, że siły jego w końcu wyczerpią się. Mógł także upaść, a wówczas byłby 
zginął, więc zebrał się w sobie, wytężył ramiona, rozstawił nogi, wygiął grzbiet jak łuk, by się 
nie przewrócić na wznak, i począł powtarzać przez zaciśnięte zęby: 
 
– Moja śmierć albo twoja!... 
I chwycił go wreszcie taki gniew, taka zawziętość, że istotnie wolałby był w tej chwili sam 
zginąć niż bestię puścić. Wreszcie zawadziwszy nogą o korzeń sosny zachwiał się i byłby 
padł, gdyby nie to, że w tej chwili stanęła przy nim jakaś ciemna postać – i drugie widły 
„podparły” bestię, a jednocześnie głos jakiś zawołał mu nagle tuż nad uchem: 
 
– Toporem!... 
Zbyszko w uniesieniu walki ani na jedno mgnienie oka nie zastanowił się, skąd mu niespodziewana 
pomoc nadeszła, natomiast chwycił topór i ciął strasznie. Trzasnęły teraz widły 
złamane ciężarem i ostatnią konwulsją zwierza – ów zaś zwalił się jakby piorunem rażony na 
ziemię i począł na niej chrapać. Lecz zaraz ustał. Nastała cisza przerywana tylko głośnym 
oddechem Zbyszka, który wsparł się o sosnę, gdyż nogi chwiały się pod nim. Po chwili dopiero 
podniósł głowę, spojrzał na stojącą obok siebie postać – i przeląkł się myśląc, że to może 
nie człowiek. 
 
– Ktoś jest? – zapytał niespokojnie. 
– Jagienka! – odpowiedział cienki niewieści głos. 
Zbyszko aż zaniemówił ze zdziwienia oczom własnym nie wierząc. Ale wątpliwości jego 
nie trwały długo, gdyż głos Jagienki ozwał się znowu: 
 
– Nakrzesam ognia... 
Wraz ozwał się szczęk krzesiwa o krzemień, iskry poczęły się sypać i przy ich migotliwym 
blasku ujrzał Zbyszko białe czoło, ciemne brwi i wysunięte naprzód usta dziewczyny, które 
dmuchały w zatloną hubkę. Wówczas dopiero pomyślał, że ona przyszła do tego boru, żeby 
mu dać pomoc, że bez jej wideł mogłoby być z nim źle – i poczuł tak wielką wdzięczność dla 
niej, że nie namyślając się długo, chwycił ją wpół i ucałować w oba policzki. 
 

A jej hubka i krzesiwo wypadły na ziemię. 
 
– Daj spokój! Czego? – poczęła powtarzać stłumionym głosem, ale jednocześnie nie usuwała 
mu twarzy, owszem, ustami dotknęła nawet niby wypadkiem ust Zbyszka. 
On zaś puścił ją i rzekł: 
 
– Bóg ci zapłać. Nie wiem, co by się bez ciebie przygodziło. 
A Jagienka kucnąwszy w ciemności, by odnaleźć krzesiwo i hubkę, poczęła się tłumaczyć: 
– Bojałam się o ciebie, bo Bezduch poszedł też z widłami i z toporem – i niedźwiedź go 
ozdarł. Broń czego Boże, Maćkowi byłoby markotno, a on przecie i tak ledwie dycha... No, to 
i wzięłam widły, i poszłam. 
– Toś to ty zachodziła tam za sosny? 
– Ja. 
– A ja myślał, że to „złe”. 
– Niemały i mnie strach brał, bo tu koło Radzikowego błota w nocy bez ognia niedobrze. 
– Czemuś się nie obezwała? 
– Bom się bała, że mnie odpędzisz. 
I to rzekłszy znów zaczęła krzesać, a następnie położyła na hubkę kłaczek suchych konopnych 
paździerzy, które wnet strzeliły jasnym płomieniem. 
 
– Mam dwie szczypki – rzekła – a ty nazbieraj wartko sucharzy; będzie ogień. 
Jakoż po chwili buchnęło rzeczywiście wesołe ognisko, którego blask rozświecił ogromne, 
rude cielsko niedźwiedzia leżące w kałuży krwi. 
 
– Hej, sroga stwora! – ozwał się z pewną chełpliwością Zbyszko. 
– Ale ci łeb prawie caluśki rozwalony! o Jezu! 
To powiedziawszy schyliła się i zanurzyła rękę w kudły niedźwiedzie, aby przekonać się, 
czy zwierz dużo ma w sobie sadła, po czym podniosła się z wesołą twarzą: 
 
– Będzie sadła na jakie dwa roki! 
– A widły połamane, patrz! 
– To i bieda, bo co ja w domu powiem? 
– Albo co? 
– Bo tatuś nie byliby mnie wcale do boru puścili, więc musiałam czekać, póki się wszyscy 
nie pokładą. 
Po chwili zaś dodała: 
 
– Nie powiadaj też, żem tu była, żeby nade mną nie cudowali. 
– Ale cię pod dom odprowadzę, bo jeszcze wilcy na cię napadną, a wideł nie masz. 
– No – dobrze! 
I tak rozmawiali czas jakiś przy wesołym brzasku ogniska, nad trupem niedźwiedzia, podobni 
oboje do jakichś młodych leśnych stworzeń. 
Zbyszko popatrzał na wdzięczną twarz Jagienki oświeconą blaskiem płomienia i rzekł z 
mimowolnym zdziwieniem: 
 
– Ale takiej drugiej dziewczyny jak ty, to chyba na świecie nie ma. Tobie by na wojnę 
chodzić! 
Ona zaś spojrzała mu na chwilę w oczy, po czym odrzekła prawie smutno: 
 
– Ja wiem... ale nie śmiej się ze mnie. 

Rozdział 
trzynasty 
 
 
Jagienka sama wytopiła duży garnek niedźwiedziego sadła, którego pierwszą kwartę wypił 
Maćko z ochotą, albowiem było świeże, nie przypalone i miało zapach dzięgielu, którego 
znająca się na lekach dziewczyna dorzuciła w miarę do garnka. Pokrzepił się też zaraz Maćko 
na duchu i nabrał nadziei, że wyzdrowieje. 
 
– Tego mi było trzeba – mówił. – Jak się w człeku wszystko godnie wytłuści, to się może i 
ta, psia mać, drzazga którędy wypsnie. 
Następne kwarty nie smakowały mu jednak tak dobrze jak pierwsza, ale pił przez rozum. 
Jagienka dodawała mu też otuchy mówiąc: 
 
– Będziecie zdrowi. Biludowi z Ostroga wbili ogniwa od kolczugi głęboko pod karkiem, a 
od sadła mu wyszły. Jeno, jak się rana otworzy, trzeba skromem bobrowym zatykać. 
– A skrom masz? 
– Mamy. Jeśli zasie świeżego będzie trzeba, to pójdziem ze Zbyszkiem do żeremiów. O 
bobra nietrudno. Ale nie wadziłoby także, żebyście jakiemu świętemu co przyobiecali, takiemu, 
który jest patronem od ran. 
– Mnie już to przez głowę przechodziło, tylko że nie wiem dobrze: któremu? Święty Jerzy 
jest patronem rycerzów: on ci strzeże wojennika od przygody i wżdy męstwa we wszelakiej 
potrzebie mu przydawa, a powiadają, że często osobą własną po sprawiedliwej stronie staje i 
niemiłych Bogu bić pomaga. Ale taki, co sam rad bije, rzadko rad sam smaruje, i od tego może 
być inny, któremu on nie będzie chciał wchodzić w drogę. Każdy święty ma w niebie swój 
urząd i swoją gospodarkę – to się wie! A jeden od drugiego nigdy się nie miesza, bo z tego 
mogłyby niezgody wyniknąć, w niebie zaś nie przystoi się świętym wadzić alibo się potykać... 
Są Kosma i Damian, też święci, do których się medycy modlą o to, by choróbska na 
świecie nie wyginęły, gdyż inaczej nie mieliby co jeść. Jest także święta Apolonia od zębów i 
święty Liboriusz od kamienia – ale to wszystko nie to! Przyjedzie opat, to mi powie, do kogo 
mam się udać – bo i nie byle kleryk wszystkie tajemnice boskie posiadł, i nie każdy takie rzeczy 
wie, chociaż ma głowę wygoloną. 
– A żebyście samemu Panu Jezusowi ślubowali. 
– Pewnie, że On nad wszystkimi. Ale to byłoby tak, jakoby mi, nie przymierzając, twój ojciec 
chłopa pobił, a ja bym do Krakowa do króla na skargę jechał. Co by mi ta król powiedział? 
Powiedziałby tak: „Ja nad całym Królestwem gospodarz, a ty do mnie z twoim chłopem 
przychodzisz! A to nie masz urzędów? nie możesz iść do grodu, do mojego kasztelana i 
pośrzednika?” Pan Jezus jest gospodarzem nad całym światem – rozumiesz? – a od mniejszych 
spraw ma świętych. 
– To ja wam powiem – rzekł Zbyszko, który nadszedł na koniec rozmowy – ślubujcie naszej 
nieboszczce królowej, że jeśli się za wami przyczyni, to pielgrzymkę do Krakowa, do jej 
grobu odprawicie. Albo to się tam mało cudów już w naszych oczach przygodziło? Po co obcych 
świętych szukać, kiedy jest swoje Pani od innych lepsza. 
– Ba! Żebym to wiedział, że ona od ran! 

– A choćby ta i nie była od ran! Nie będzie się śmiał na nią skrzywić byle święty, a skrzywi 
się, to jeszcze sam od Pana Boga oberwie, boć to przecie nie żadna zwyczajna nawojka, 
ale królowa polska... 
– Która w ostatku pogańską krainę do krześcijańskiej wiary przywiodła. Toś mądrze rzekł 
– odpowiedział Maćko. – Wysoko ona tam musi siadać w boskim wiecu i pewno, że lada pachołek 
przeciw niej nie wskóra. Tak też uczynię, jak radzisz, żebym tak zdrów był! 
Rada ta podobała się i Jagience, która nie mogła oprzeć się podziwieniu dla Zbyszkowego 
rozumu, a Maćko uczynił uroczysty ślub tego samego wieczora i odtąd z większą jeszcze otuchą 
pił niedźwiedzie sadło wyglądając z dnia na dzień niechybnego uzdrowienia. Po tygodniu 
jednak począł tracić nadzieję. Mówił, że sadło „burzy” mu w żywocie, a na skórze, wedle 
ostatniego żebra, coś mu rośnie jakoby guz. Po dziesięciu dniach było jeszcze gorzej: guz 
urósł i poczerwieniał, a sam Maćko zesłabł bardzo, i gdy przyszła gorączka, począł znów gotować 
się na śmierć. 
 
Aż pewnej nocy zbudził nagle Zbyszka: 
 
– Zapal wartko łuczywo – rzekł – bo cości się dzieje ze mną, ale nie wiem, czy co dobrego, 
czy złego. 
Zbyszko zerwał się na równe nogi i nie krzesząc ognia rozdmuchał w przyległej do komory 
izbie ognisko, zapalił od niego smolną szczypkę i wrócił. 
 
– Co z wami? 
– Co ze mną! Guz mi coś przebodło, pewno zadziora! Trzymam ci ją, ale wydobyć nie 
mogę! czuję jeno, jako mi pod pazdurami brzęka i zbyrczy... 
– Zadziora! nic innego. Chyćcie dobrze i ciągnijcie. 
Maćko jął się przekręcać i syczeć z bólu, ale tkał palce coraz głębiej, póki nie objął dobrze 
twardego przedmiotu; wreszcie szarpnął i wyciągnął. 
 
– O Jezu! 
– Jest? – spytał Zbyszko. 
– Jest. Aż na mnie zimne poty uderzyły. Ale jest: patrzaj! 
To rzekłszy pokazał Zbyszkowi podługowatą, ostrą drzazgę, która się była od źle ukutego 
grotu odłupała i od kilku miesięcy tkwiła w ciele. 
 
– Chwała Bogu i królowej Jadwidze! Teraz będziecie zdrowi. 
– Może, że mi ulżyło, ale okrutnie boli – mówił Maćko wyciskając guz, z którego poczęła 
wypływać obficie krew pomieszana z ropą. – Tyle będzie tego paskudztwa w człeku mniej, to 
i musi chorość popuścić. Jagienka mówiła, że teraz trzeba będzie skromem bobrowym zatykać. 
– Pójdziemy po bobra zaraz jutro. 
Maćkowi jednakże zrobiło się zaraz nazajutrz znakomicie lepiej. Spał do późna, a zbudziwszy 
się wołał o jedzenie. Na niedźwiedzie sadło nie mógł już patrzeć, ale za to rozbito 
mu dwadzieścia jaj do rynki, gdyż na więcej nie chciała przez ostrożność Jagienka pozwolić. 
On zaś spożył je łapczywie wraz z półbochenkiem chleba i popił garncem piwa, po czym jął 
wołać, by mu przywiedli Zycha, bo mu się uczyniło wesoło. 
 
Posłał więc Zbyszko jednego ze swoich Turczynków, darowanych przez Zawiszę, po Zycha, 
który siadł na koń i przyjechał po południu, właśnie wtedy kiedy młodzi wybierali się do 
Odstajanego jeziorka po bobry. Było z początku śmiechu, żartów i śpiewania przy miodzie 
bez miary, ale później starzy poczęli rozmawiać o dzieciach i wychwalać każdy swoje. 
 
– Co to za chłop Zbyszko! – mówił Maćko – to takiego drugiego na świecie nie ma. A 
mężne to, a wartkie jako ryś, a sprawne. Wiecie! jak go na śmierć w Krakowie prowadzili, to 
tak dziewki w oknach piszczały, jakby je kto z tyłu stojący szydłem kłuł, i to jakie dziewki: 
rycerskie i kasztelańskie córki, o różnych cudnych mieszczkach nie wspominając. 
– A niech ta będą i kasztelańskie, i cudne, a od mojej Jagienki nie lepsze! – odrzekł Zych 
ze Zgorzelic. 

– Albo ja wam mówię, że lepsze? Milszej dziewki ku ludziom niże Jagienka chyba nie 
znaleźć. 
– Ja też na Zbyszka nic nie powiadam: kuszę ci bez pokrętki naciąga!... 
– I niedźwiedzia sam jeden podeprze. Widzieliście, jak go ciął? Cały łeb z jedną łapą odwalił. 
– Łeb odwalił, ale podparł nie sam, Jagienka mu pomogła. 
– Pomogła?... nie mówił mi nic. 
– Bo jej obiecał... że to dziewce wstyd po nocy po boru chodzić. Mnie zaraz powiedziała, 
jako było. Inne rade zmyślają, ale ona prawdy nie ukryje. Szczerze rzekłszy nie byłem rad, bo 
kto ta wie... Chciałem ją skrzyczeć, ona zasie powiedziała tak: „Jak ja sama wianka nie upilnuje, 
to i wy, tatulu, nie upilnujecie, ale nie bójcie się. Zbyszko też wie, co rycerska cześć.” 
– Bo pewno. Przecie i dziś sami poszli. 
– Ale przed wieczorem wrócą. Po nocy diabeł najgorszy, a wstydzić się dziewce nie potrzeba, 
bo ciemno. 
Maćko pomyślał chwilę, po czym rzekł jakby do siebie: 
 
– A wszelako radzi się oni widzą... 
– Ba! Żeby to innej nie był ślubował. 
– To, jak wiecie, jest rycerski obyczaj... Który by z młodych swojej paniej nie miał, tego 
inni za prostaka uważają... Ślubował on pawie czuby i te musi ze łbów pozdzierać, gdyż poprzysiągł 
na rycerską cześć; Lichtensteina też musi dostać, ale od innych ślubów może go 
opat uwolnić. 
– Opat zjedzie lada dzień... 
– Myślicie? – spytał Maćko, po czym ozwał się znów: – Wreszcie co tam takie ślubowanie, 
kiedy Jurand wręcz mu powiedział, że dziewki nie da! Czy ją innemu obiecał, czy na 
służbę Bożą ochwiarował, tego ja nie wiem – ale wręcz powiedział, że nie da... 
– Mówiłżem wam – zapytał Zych – że opat tak Jagienkę miłuje, jakby była jego? Ostatni 
raz to jej rzekł tak: „Krewnych mam jeno po kądzieli, ale z tej kądzieli więcej będzie nici dla 
ciebie niż dla nich.” 
Na to Maćko spojrzał niespokojnie, a nawet podejrzliwie na Zycha i dopiero po chwili odpowiedział: 
 
 
– Naszej krzywdy przecie byście nie chcieli... 
– Za Jagienką pójdą Moczydoły – rzekł wymijająco Zych. 
– Zaraz? 
– Zaraz. Innej bym nie popuścił, a jej popuszczę. 
– Bogdaniec i tak w połowie Zbyszków, a da Bóg zdrowie, to mu go zagospodaruję jako 
się patrzy. Miłujecież wy Zbyszka? 
Na to Zych począł mrugać oczyma i rzekł: 
 
– Gorzej to, że jakoś Jagienka, byle kto o nim wspomniał, zaraz się do ściany obraca. 
– A jak wspominacie innych? 
– Jak innego wspomnę, to jeno prychnie i powiada: „czegóż?!” 
– Ano widzicie. Da Bóg, że przy takiej dziewce zapomni Zbyszko o tamtej. Ja stary, a też 
bym zapomniał... Napijecie się miodu? 
– Napiję się. 
– No, opat... juści mądry człowiek: Bywają między opatami, jako wiecie, całkiem świeccy 
ludzie, ale ten, choć między mnichami nie siedzi – przecie jest ksiądz – a ksiądz zawsze lepiej 
poradzi od zwykłego człeka, bo i na czytaniu się zna, i z Duchem Świętym jest w pobliskości. 
A wy, że dziewczynie zaraz Moczydoły puścicie – to słusznie. Ja też, byle Pan Jezus do 
zdrowia pomógł, co będę mógł Wilkowi z Brzozowej kmieciów odmówić, to odmówię. Po 
źrebiu dobrej ziemi każdemu dam, bo w Bogdańcu ziemi nie brak. A Wilkowi niech się na 
Boże Narodzenie pokłonią i do mnie przyjdą. Albo to im nie wolno? Z czasem to i gródek w 

Bogdańcu zbuduję, godny kasztelik z dębów i z rowem wokół... Zbyszko i Jagienka niech 
sobie ninie na polowiczko razem chadzają... Myślę, że i śniegu niezadługo czekać... Wezwyczai 
się jedno do drugiego – i chłopak o tamtej zapomni. Niech sobie chadzają. Co tam długo 
gadać! Dalibyście mu Jagienkę czy nie dali? 
 
– Dałbym. Z dawna my to oprzecie uradzili, żeby jedno było dla drugiego, a Moczydoły i 
Bogdaniec dla naszych wnuków. 
– Grady! – zawołał z radością Maćko. – Bóg da, że posypie się ich jak gradu. – Opat będzie 
ich nam krzcił... 
– Byle nadążył! – zawołał wesoło Zych. – Ale was to już dawno w takiej radości nie widziałem. 
– Bo mi pocieszno w sercu... Zadziora wyszła, a co do Zbyszka, wy się o niego nie bójcie. 
Wczoraj, jak Jagienka na koń siadała... wiecie... wiatr dął... Pytam ja tego Zbyszka: „Widziałeś?” 
– a jego zaraz ciągoty wzięły. I tom też zmiarkował, że z początku mało ze sobą gadali, 
a teraz, jak razem chodzą, to ciągle jedno ku drugiemu szyję obraca i tak uradzają... uradzają!... 
Napijcie się jeszcze. 
– Napiję się... 
– Za zdrowie Zbyszka i Jagienki! 

Rozdział 
czternasty 
 
 
Stary Maćko nie mylił się mówiąc, że Zbyszko i Jagienka radzi z sobą przestają, a nawet 
tęsknią do siebie. Jagienka pod pozorem odwiedzin chorego Maćka przyjeżdżała częstokroć 
do Bogdańca, z ojcem lub sama, Zbyszko przez samą wdzięczność wpadał co czas jakiś do 
Zgorzelic, więc wraz z upływem dni wyrodziła się między nimi bliska zażyłość i przyjaźń. 
Poczęli się lubić i chętnie z sobą „uradzać”, to jest rozmawiać o wszystkim, co ich mogło 
obchodzić. Było też trochę wzajemnego podziwu w tej przyjaźni, albowiem młody i śliczny 
Zbyszko, który i na wojnie się już wsławił, i w gonitwach brał udział, i na pokojach królewskich 
bywał, wydawał się dziewczynie w porównaniu z takim Cztanem z Rogowa lub z Wilkiem 
z Brzozowej prawdziwym dworskim rycerzem i niemal królewiczem, jego zaś zdumiewała 
chwilami uroda dziewczyny. Myślał wiernie o swojej Danusi, nieraz jednak, gdy spojrzał 
niespodzianie na Jagienkę, czy to w lesie, czy w domu, mimo woli mówił sobie: „Hej! to 
ci łania!” – gdy zaś wziąwszy ją pod boki wsadzał na konia i wyczuwał pod dłońmi jej czerstwe, 
jakby z kamienia wykrzesane ciało, to aż go ogarniał niepokój i – jak powiadał Maćko: 
 
– „brały go ciągoty”, a zarazem coś poczynało mu chodzić po kościach i morzyć go niby sen. 
Jagienka, z natury harda, skora do wyśmiewania, a nawet zaczepna, stawała się stopniowo 
z nim coraz pokorniejsza, zupełnie jak służka, która tylko w oczy patrzy, w czym by usłużyć i 
dogodzić, on zaś rozumiał tę jej wielką przychylność, był jej wdzięczen i coraz mu milej było 
z nią przestawać. W końcu, zwłaszcza od czasu gdy Maćko począł pijać niedźwiedzie sadło, 
widywali się prawie codziennie, a po wyjściu szczebrzucha z rany, wybrali się razem na bobry 
po świeży skrom do gojenia bardzo potrzebny. 
 
Wzięli kuszę, siedli na koń i pojechali naprzód do Moczydołów, które miały być przyszłości 
wianem Jagienkowym, potem pod las, gdzie zostawili konie pachołkowi, i dalej poszli 
piechotą, gdyż przez gęstwę i mokradła trudno było przejechać. Po drodze pokazała Jagienka 
za rozległą, pokrytą szuwarami łąką siną wstęgę lasu i rzekła: 
 
– To bory Cztana z Rogowa. 
– Tego, który by cię rad wziął? 
A ona poczęła się śmiać: 
– Wziąłby, żebym się jedno dała! 
– Łacnie mu się obronisz mając Wilka do pomocy, który, jako słyszałem, na tamtego zęby 
szczerzy. I dziwno mi to nawet, że się jeszcze nie pozwali na śmierć. 
– Bo tatulo jadąc na wojnę powiedzieli im tak: „Jeśli się pobijecie, to żadnego na oczy nie 
chcę widzieć.” To i cóż mieli robić? Jak są w Zgorzelicach, to na się sapią, ale potem piją 
razem w gospodzie w Krześni, póki pod ławy nie pozlatują. 
– Głupie chłopy! 
– Czemu? 
– Bo jak Zycha nie było doma, powinien był jeden alibo drugi nastąpić na Zgorzelice i siłą 
cię brać. Cóż by Zych uczynił, jeśliby wróciwszy znalazł cię z dzieciakiem na ręku! 
A modre oczy Jagienki zaiskrzyły się od razu: 
 

– To myślisz, żebym się była dała? A czy to w Zgorzelicach nie ma ludzi, a ja to nie 
umiem chycić oszczepu albo kuszy? Niechby spróbowali! Pognałabym ja każdego do domu, 
jeszcze bym sama Rogów albo Brzozową najechała. Wiedzieli tatuś, że mogą przezpiecznie 
na wojnę iść. 
I tak mówiąc poczęła marszczyć swe śliczne brwi i potrząsać tak groźnie kuszą, że aż 
Zbyszko roześmiał się i rzekł: 
 
– No, tobie rycerzem być, nie dziewczyną. 
Ona zaś uspokoiwszy się odrzekła: 
– Cztan mnie strzegł od Wilka, a Wilk od Cztana. Byłam ci ja zresztą pod opatową opieką, 
a z opatem lepiej nikomu nie zadzierać... 
– O wa! – odpowiedział Zbyszko – wszyscy się tu opata boją! A ja, niech mi tak święty Jerzy 
pomaga, jako ci mówię prawdę, że nie bojałbym się ni opata, ni Zycha, ni zgorzelickich 
osaczników, ni ciebie, jeno bym cię brał... 
Na to Jagienka zatrzymała się na miejscu i podniósłszy oczy na Zbyszka spytała jakimś 
dziwnym, miękkim i przewlekłym głosem: 
 
– Brałbyś?... 
Po czym usta jej rozchyliły się i czekała odpowiedzi, zarumieniona jak zorza. 
Lecz on widocznie myślał tylko o tym, co by uczynił na miejscu Cztana lub Wilka, po 
chwili bowiem potrząsnął swą złotą głową i mówił dalej: 
 
– Co tu dziewce z chłopami wojować, kiedy jej trzeba za mąż! Nie zdarzy-li się trzeci, to 
jednego z nich musisz wybrać, bo jakże? 
– Ty mi tego nie podawaj – odpowiedziała smutno dziewczyna. 
– Bo co? Dawnom tu nie bywał, więc nie wiem, zali tu jest kto koło Zgorzelic, który by ci 
się więcej udał?... 
– Hej! – odrzekła Jagienka. – Daj spokój! 
I szli dalej w milczeniu, przedzierając się przez gęstwę tym bardziej zbitą, że krze i drzewa 
pokryte były dzikim chmielem. Zbyszko szedł naprzód rozrywając zielone zwoje, łamiąc tu i 
ówdzie gałęzie, Jagienka zaś podążała za nim z kuszą na plecach jak jakowaś boginka myśliwa. 
 
 
– Będzie – rzekła – za tą gęstwiną głęboka struga, ale wiem miejsce, gdzie jest bród. 
– Mam skórznie za kolana, to i sucho przejdziem – odparł Zbyszko. 
Jakoż po niejakim czasie trafili na strugę. Jagienka znająca dobrze moczydolskie lasy odnalazła 
z łatwością bród, pokazało się jednak, że rzeczułka nieco wezbrała od deszczów i że 
woda jest dość głęboka. Wówczas Zbyszko nie pytając chwycił dziewczynę na ręce. 
 
– Przeszłabym i tak – rzekła Jagienka. 
– Trzymaj się szyi! – odpowiedział Zbyszko. 
I szedł zwolna przez rozlaną wodę próbując za każdym krokiem nogą, czy nie trafi na głębinę, 
dziewczyna zaś przytulała się wedle rozkazu do niego, wreszcie gdy już byli niedaleko 
drugiego brzegu, rzekła: 
 
– Zbyszku! 
– Ano? 
– Nie pójdem ni za Cztana, ni za Wilka... 
On tymczasem doniósł ją, spuścił uważnie na szczerk i odpowiedział nieco wzburzony: 
– A niech ci ta Bóg da jak najlepszego! Nie będzie on miał krzywdy. 
Do Odstajanego jeziorka nie było już daleko. Jagienka idąc teraz na przedzie odwracała się 
niekiedy i kładąc palce na usta nakazywała Zbyszkowi milczenie. Szli wśród kęp łozin i szarych 
wierzb po gruncie mokrym i niskim. Od prawej strony dolatywały ich gwary ptasie, którym 
dziwił się Zbyszko, gdyż była to już pora odlotu. 
 
– Tam oparzelisko – szepnęła Jagienka – gdzie kaczki zimują, ale i w jeziorku woda jeno z 
brzegu na wielkie mrozy zamarza. Obacz, jako dymi... 

Zbyszko spojrzał przez łozinę i spostrzegł przed sobą jakoby tuman mgły: było to Odstajane 
jeziorko. 
 
Jagienka znów przyłożyła palec do ust i po chwili doszli. Dziewczyna pierwsza wczołgnęła 
się cicho na grubą starą wierzbę, pochyloną całkiem nad wodą. Zbyszko poszedł za jej 
przykładem i przez długi czas leżeli spokojnie nie widząc przed sobą nic z powodu mgły, 
słysząc tylko żałośliwy pisk czajek i rybitew nad głowami. Wreszcie jednak powiał wiatr, 
zaszeleścił łoziną, żółciejącymi liśćmi wierzb, i odsłonił zapadłą toń jeziorka, zmarszczoną 
nieco od powiewu i pustą. 
 
– Nie widać? – szepnął Zbyszko. 
– Nie widać. Cichaj!... 
Jakoż po chwili wiatr opadł i nastała cisza zupełna. Wówczas na powierzchni wody zaczerniała 
jedna głowa, potem druga – a wreszcie znacznie bliżej spuścił się do wody z brzegu 
duży bóbr ze świeżo uciętą gałęzią w pysku i począł płynąć wśród rzęsy i kaczeńca podnosząc 
paszczę w górę i holując gałąź przed sobą. Zbyszko, leżąc na pniu poniżej Jagienki, ujrzał 
nagle, jak łokcie jej poruszyły się cicho, a głowa pochyliła się ku przodowi: widocznie mierzyła 
do zwierza, który nie podejrzewając żadnego niebezpieczeństwa przepływał nie dalej 
niż na pół strzelenia ku niezarosłej toni. 
 
Wreszcie zawarczała cięciwa kuszy, a jednocześnie głos Jagienki zawołał: 
 
– Jest! jest!... 
Zbyszko wdrapał się w mgnieniu oka wyżej i spojrzał przez gałęzie na wodą: bóbr to zanurzał 
się, to wypływał na powierzchnię koziołkując przy tym i ukazując chwilami jaśniejszy od 
grzbietu brzuch. 
 
– Dobrze dostał! zaraz się uspokoił! – rzekła Jagienka. 
I zgadła, gdyż ruchy zwierza stawały się coraz słabsze, a po upływie jednej zdrowaśki 
spłynął na powierzchnię brzuchem do góry. 
 
– Pójdę po niego – rzekł Zbyszko. 
– Nie chodź. Tu z brzegu jest mułu na kilku chłopów. Kto nie wie, jak sobie poradzić, utopi 
się na pewno. 
– To jakże go dostaniem? 
– Już on wieczorem będzie w Bogdańcu, niech cię o to głowa nie boli; a nam czas do domu... 
– Aleś go dobrze ustrzeliła! 
– Ba! nie pierwszego!... 
– Inne dziewki boją się i spojrzeć na kuszę, a z taką to choćby całe życie po boru chodzić!... 
Jagienka słysząc tę pochwałę uśmiechnęła się z radości, ale nie odrzekła nic, i poszli tą 
samą drogą przez łozinę. Zbyszko począł wypytywać o żeremia bobrowe, ona zaś opowiadała 
mu, ile jest bobrów na Moczydołach, ile na Zgorzelicach i jak sobie po jeziorkach i strugach 
bobrują. 
 
Nagle jednak uderzyła się dłonią po biodrze. 
 
– Ot! – zawołała – zabaczyłam grotów na wierzbie. Czekaj! 
I nim zdążył odpowiedzieć, że sam po nie pójdzie, skoczyła jak sarna z powrotem, a po 
chwili znikła mu z oczu. Zbyszko czekał i czekał, aż wreszcie począł się dziwić, dlaczego jej 
tak długo nie ma. 
 
– Chyba pogubiła groty i szuka ich – rzekł sobie – ale pójdę, obaczę, czy jej się co nie stało... 
Zaledwie jednak przeszedł parę kroków, gdy dziewczyna zjawiła się przed nim z kuszą w 
ręku, ze śmiejącą się rumianą twarzą i z bobrem na plecach. 
 
– Dla Boga! – zawołał Zbyszko – a ty jakeś go wyłowiła? 

– Jak? wlazłam do wody i tyla! mnie nie pierwszyzna, a ciebie nie chciałam puścić, bo kto 
tam nie wie, jak pływać, zaraz go muł wciągnie. 
– A jam ci tu czekał jak kto głupi! Chytra z ciebie dziewka. 
– No to i co? Miałam się przy tobie rozdziewać czy jak? 
– Toś i grotów nie zapomniała? 
– A nie, jeno chciałam cię odwieść od brzegu. 
– Ba, a żebym tak za tobą poszedł, to bym dopiero dziwo zobaczył. Byłoby się nad czym 
cudować! Hej!... 
– Cichaj! 
– Jak mi Bóg miły, takem już szedł. 
– Cichaj!... 
Po chwili zaś chcąc widocznie odwrócić rozmowę rzekła: 
– Wyżmij mi warkocz, bo mi okrutnie plecy moczy. 
Zbyszko chwycił jedną ręką warkocz blisko głowy, drugą zaś począł go wykręcać mówiąc 
przy tym: 
 
– Najlepiej go rozpleć, to wiatr zaraz wysuszy. 
Lecz ona nie chciała tego uczynić z powodu gęstwiny, przez którą musieli się przedzierać. 
Zbyszko wziął teraz bobra na plecy, Jagienka zaś idąc na przedzie mówiła: 
 
– Prędko teraz Maćko wyzdrowieje, bo na rany nie masz nad niedźwiedzie sadło do środka, 
a bobrowy skrom na wierzch. Za jakie dwie niedziele na koń będzie siadał. 
– Dajże mu Boże! – odrzekł Zbyszko. – Czekam też tego jak zbawienia, bo mi nijak od 
chorego odjeżdżać, a ciężko mi tu siedzieć. 
– Ciężko ci tu siedzieć? – spytała Jagienka. – Czemu to? 
– To ci nic Zych nie mówił o Danusi? 
– Coś mi tam mówił... Wiem... ona cię nałęczką nakryła... wiem!... Mówił mi także, że 
każdy rycerz śluby jakoweś czyni, że będzie swojej paniej służył... Ale powiadał, że to nic – 
taka służba... bo poniektóry, choć żeniaty, a też jakowejś pani służy. A ta Danusia, Zbyszku, 
to co? – powiadaj!... co ona Danusia? 
I przysunąwszy się blisko podniosła oczy i poczęła patrzeć z wielkim niepokojem w jego 
twarz, on zaś nie zwróciwszy najmniejszej uwagi na jej trwożny głos i spojrzenie rzekł: 
 
– Pani ci to jest moja, ale i kochanie najmilejsze. Nie mówię ja tego nikomu, ale tobie powiem 
jakoby właśnie siostrze, bo się od małego znamy. Poszedłby ja za nią za dziewiątą rzekę 
i za dziewiąte morze, do Niemców i do Tatarów, gdyż nie ma takiej drugiej w caluśkim 
świecie. Niech stryk w Bogdańcu siedzi, a ja zaś przed się ku niej powędruję... Co mi ta bez 
niej Bogdaniec, co statek, co stada, co opatowe bogactwa! Siądę, ot na koń i na zamry pojadę, 
a tak mi dopomóż Bóg, jako że to, com jej ślubował, spełnię, chyba że wprzódy sam legnę. 
– Nie wiedziałam... – odparła głucho Jagienka. 
Zbyszko zaś począł jej opowiadać, jako się z Danusią w Tyńcu poznali, jak jej zaraz ślubował, 
i wszystko, co nastąpiło potem, więc swoje uwięzienie, ratunek, jaki mu dała Danusia, 
Jurandową odmowę, pożegnanie, swoje tęsknoty i wreszcie radość z tego, że po wyzdrowieniu 
Maćka będzie mógł jechać do kochanej dziewczyny, by spełnić, co jej obiecał. Opowiadanie 
przerwał mu dopiero widok pachołka z końmi, który czekał na skraju lasu. 
 
Jagienka siadła zaraz na koń i poczęła się żegnać ze Zbyszkiem. 
 
– Niech pachołek jedzie z bobrem za tobą, a ja nawrócę do Zgorzelic. 
– A to nie pojedziesz do Bogdańca? Zych tam jest. 
– Nie. Tatulo mieli wrócić i mnie kazali. 
– No, to Bóg ci zapłać za bobra. 
– Z Bogiem... 

I po chwili Jagienka została sama. Jadąc przez wrzosy ku domowi czas jakiś oglądała się 
za Zbyszkiem, a gdy znikł wreszcie za drzewami, zakryła oczy dłonią jakby chroniąc się od 
blasku słońca. 
 
Wkrótce jednak spod ręki poczęły jej spływać po policzkach łzy wielkie i padać jedna za 
drugą jak groch na siodło i grzywę końską. 
 

Rozdział 
piętnasty 
 
 
Po rozmowie ze Zbyszkiem Jagienka przez trzy dni nie ukazywała się w Bogdańcu, atoli 
czwartego wpadła z wiadomością, że opat przyjechał do Zgorzelic. Maćko przyjął nowinę z 
pewnym wzruszeniem. Miał on wprawdzie z czego spłacić sumę zastawną, a nawet wyliczył, 
że dość mu zostanie na pomnożenie osadników, zaprowadzenie stad i inne potrzeby gospodarskie, 
niemniej jednak dużo w całej sprawie zależało od życzliwości bogatego krewnego, 
który mógł na przykład chłopów, osadzonych przez się na źrebiach, zabrać albo zostawić, i 
tym samym zniżyć albo powiększyć wartość majątku. 
 
Wypytał zatem Maćko bardzo dokładnie Jagienkę o opata, jaki przyjechał: wesół czy 
chmurny, co o nich mówił i kiedy zjedzie do Bogdańca? – ona zaś odpowiadała mu roztropnie 
na pytania starając się pokrzepić go i uspokoić we wszystkim. 
 
Mówiła, iż opat przyjechał zdrów i wesół, ze znacznym pocztem, w którym prócz zbrojnych 
pachołków było kilku kleryków-wagantów i rybałtów, że pośpiewuje z Zychem i rad 
podaje ucha pieśniom, nie tylko duchownym, lecz i świeckim. Zauważyła też, że rozpytywał z 
wielką troskliwością o Maćka, a opowiadań Zychowych o przeprawach Zbyszka w Krakowie 
chciwie słuchał. 
 
– Sami najlepiej wiecie, co wam czynić należy – rzekła w końcu mądra dziewczyna – ale 
ja tak myślę, iże wypadałoby Zbyszkowi zaraz jechać, starszego krewnego powitać, nie czekając, 
aż on pierwszy do Bogdańca zjedzie. 
Maćkowi trafiła ta rada do przekonania, więc kazał przywołać Zbyszka i rzekł mu: 
 
– Przybierz się pięknie i pojedziesz pod nogi opata podjąć, cześć mu wyrządzić, aby i on 
cię umiłował. 
Następnie zwrócił się do Jagienki: 
 
– Nie dziwowałbym się, choćbyś była głupia, boś od tego niewiasta, ale że rozum masz, to 
się dziwuję. Powiedzże mi, jako mam najlepiej opata ugościć i czym go ucieszyć, gdy tu 
przyjedzie? 
– Co do jadła, sam powie, na co ma ochotę; lubi on dobrze podjeść, ale byle dużo było szafranu, 
to i nie przebredza. 
Maćko słysząc to porwał się za głowę. 
 
– Skąd ja mu szafranu wezmę!... 
– Przywiozłam – rzekła Jagienka. 
– A bogdaj się takie dziewki na kamieniu rodziły! – zawołał uradowany Maćko. – I ku 
oczom to miłe, i gospodarne, i roztropne, i ludziom życzliwe! Hej! żebym tak był młody, zaraz 
bym cię brał!... 
Na to Jagienka spojrzała nieznacznie na Zbyszka i westchnąwszy cicho, mówiła dalej: 
 
– Przywiozłam też i kości, i kubek, i sukno, bo on po każdym jedzeniu rad się kośćmi zabawia. 
– Miał ten obyczaj i drzewiej, a gniewliwy przy tym bywał okrutnie. 
– Gniewliwy to on ci i teraz bywa; nieraz kubkiem o ziemię praśnie i precz za drzwi do 
pola wyskoczy. Ale potem śmiejący się wraca i sam pierwszy nad swoim gniewem wydzi

wia... Wy go przecie znacie... Jeno mu się nie przeciwić, to nie ma lepszego człowieka na 
świecie. 
 
– A kto by mu się tam sprzeciwiał, kiedy on i rozum ma od innych większy! 
Tak to oni ze sobą rozmawiali, gdy tymczasem Zbyszko przebierał się w alkierzu. Wyszedł 
wreszcie tak piękny, że Jagienkę aż olśniło, zupełnie jak wówczas, gdy pierwszy raz przyjechał 
w swojej białej jace do Zgorzelic. Ale tym razem zdjął ją głęboki żal na myśl, że ta jego 
uroda nie dla niej i że on inną umiłował. 
 
Maćko zaś rad był, pomyślał bowiem, że opat pewno sobie Zbyszka upodoba i przy układach 
nie będzie czynił trudności. Ucieszył się nawet tą myślą tak dalece, iż postanowił jechać 
razem. 
 
– Każ mi wymościć wóz – rzekł do Zbyszka – mogłem jechać z Krakowa aże do Bogdańca 
z żeleźcem między żebrami, to mogę teraz bez żeleźca do Zgorzelic. 
– Byle was nie zamroczyło – rzekła Jagienka. 
– Ej, nic mi nie będzie, bo już czuję w sobie moc. A choćby mnie ta trochę i zamroczyło, 
będzie wiedział opat, jakom ku niemu śpieszył, i tym hojniejszym się okaże. 
– Milsze mi wasze zdrowie niż jego hojność – ozwał się Zbyszko. 
Lecz Maćko uparł się i postawił na swoim. Po drodze stękał trochę, nie przestawał jednak 
dawać Zbyszkowi nauki, jak się ma zachować w Zgorzelicach, szczególniej zaś zalecał mu 
posłuszeństwo i pokorę wobec możnego krewnego, który nigdy nie znosił najmniejszego oporu. 
 
 
Przyjechawszy do Zgorzelic znaleźli Zycha i opata na przyłapie, spoglądających przed się 
na pogodny świat Boży i popijających wino. Za nimi, pod ścianą, siedziało rzędem na ławie 
sześciu pocztowych, w tym dwóch rybałtów i jeden pątnik, którego łatwo było rozeznać po 
zakrzywionym kiju, obońce u pasa i po małżowinach naszytych na ciemnej opończy. Inni 
wyglądali na kleryków, albowiem głowy mieli z wierzchu pogolone, odzież jednakże nosili 
świecką, pasy z byczej skóry, a przy boku kordy. 
 
Na widok Maćka, który zajechał na wozie, ruszył się żywo Zych, opat zaś widocznie bacząc 
na swą duchowną godność został na miejscu, począł tylko coś mówić do swoich kleryków, 
których jeszcze kilku wysypało się przez otwarte drzwi izby. Zbyszko i Zych wprowadzili 
pod ręce słabego Maćka na przyłap. 
 
– Trocha jeszcze nie mogę – rzekł Maćko całując opata w rękę – alem przyjechał, aby się 
wam, dobrodziejowi mojemu, pokłonić, za gospodarstwo w Bogdańcu podziękować i o błogosławieństwo 
poprosić, które grzesznemu człowiekowi najpotrzebniejsze. 
– Słyszałem, żeście zdrowsi – rzekł opat ściskając go za głowę – i żeście się do grobu naszej 
nieboszczki królowej ofiarowali. 
– Bo nie wiedząc, do którego świętego się udać, do niej się udałem. 
– Dobrzeście uczynili! – zawołał zapalczywie opat – lepsza ona od innych i niechby jej 
który śmiał pozazdrościć! 
I w jednej chwili gniew wystąpił mu na oblicze, policzki napełniły krwią, oczy poczęły się 
iskrzyć. 
Znali tę jego zapalczywość obecni, więc Zych począł się śmiać i wołać: 
 
– Bij, kto w Boga wierzy! 
Opat zaś odsapnął rozgłośnie, potoczył oczyma po obecnych, za czym roześmiał się równie 
nagle jak poprzednio wybuchnął i spojrzawszy na Zbyszka zapytał: 
 
– A to wasz bratanek i mój krewniak? 
Zbyszko pochylił się i ucałował go w rękę. 
– Małego widziałem; nie poznałbym! – mówił opat. – Pokaż się jeno! 
I począł go oglądać od stóp do głowy bystrymi oczyma, a wreszcie rzekł: 
– Zbyt urodziwy! Panna to, nie rycerz! 
Na to Maćko: 

– Brali tę pannę Niemce w taniec, ale co ci ją który wziął, wnet się wykopyrtnął i już nie 
wstał. 
– I kuszę bez pokrętki napnie! – zawołała nagle Jagienka. 
Opat zwrócił się ku niej: 
– A ty tu czego? 
Ona zaś zaczerwieniła się tak, że aż szyja i uszy jej stały się różowe, i odrzekła ogromnie 
zmieszana: 
 
– Bom widziała... 
– Strzeżże się, by cię przypadkiem nie ustrzelił; musiałabyś się bez trzy kwartały goić... 
Na to rybałtowie, pątnik i klerycy-waganci wybuchnęli jednym gromkim śmiechem, od 
którego Jagienka stropiła się do reszty, tak że opat ulitował się nad nią i podniósłszy ramię 
ukazał jej olbrzymi rękaw swej sukni. 
 
– Pochowaj się, dziewucho – rzekł – bo ci krew z jagód tryśnie. 
Tymczasem Zych usadził Maćka na ławie i kazał przynieść wina, po które skoczyła Jagienka. 
Opat zwrócił oczy na Zbyszka i począł tak mówić: 
 
– Dość krotochwil! Nie dla sromoty ja cię do dziewki porównał, jeno z wesołości dla twojej 
urody, której i niejedna dziewka mogłaby pozazdrościć. Ale wiem, żeś chłop na schwał! 
Słyszałem i o twoich uczynkach pod Wilnem, i o Fryzach, i o Krakowie. Powiadali mi Zych o 
wszystkim – rozumiesz!... 
Tu począł patrzeć przenikliwie w oczy Zbyszka i po chwili ozwał się znowu: 
 
– Iżeś trzy pawie czuby poprzysiągł, to ich sobie szukaj! Chwalebny to jest i Bogu miły 
uczynek nieprzyjaciół naszego plemienia ścigać... Ale jeżeliś – i co innego przy tym ślubował, 
to wiedz, że cię tu na poczekaniu mogą od onych ślubów rozwiązać, to takową moc 
mam. 
– Hej! – rzekł Zbyszko – jak człowiek co Panu Jezusowi w duszy obiecał, to jakaż moc 
może go od tego rozwiązać? 
Usłyszawszy to Maćko spojrzał z pewną obawą na opata, lecz on widocznie był w wybornym 
humorze, gdyż zamiast wybuchnąć gniewem pogroził wesoło palcem Zbyszkowi i rzekł: 
 
– To ci mądrala! Bacz, by ci się nie przygodziło to, co Niemcowi Beyhardowi. 
– A co mu się przygodziło? – spytał Zych. 
– A spalili go na stosie. 
– Za co? 
– Bo gadał, że świecki człek potrafi tak samo tajemnice boskie wyrozumieć jako i osoba 
duchowna. 
– Surowie ci go pokarali! 
– Ale słusznie! – zagrzmiał opat – gdyż przeciw Duchowi Świętemu pobluźnił. Cóż to sobie 
myślicie! Może-li człek świecki co z tajemnic boskich wymiarkować? 
– Nijak nie może! – ozwali się zgodnym chórem wędrowni klerycy. 
– A wy, „szpylmany”, cicho siedzieć! – rzekł opat – boście też żadni duchowni, choć głowy 
macie pogolone. 
– Nie szpylmany my już ni goliardowie, jeno waszej miłości dworzanie – odpowiedział jeden 
z nich zaglądając w tymże czasie do dużej konwi, od której z daleka bił zapach słodu i 
chmielu. 
– Patrzcie!... mówi jakoby z beczki! – zawołał opat. – Hej, ty kudłaty! A czego do konwi 
zaglądasz? Łaciny tam na dnie nie znajdziesz. 
– Ja też nie łaciny szukam, jedno piwa, którego nie mogę naleźć. 
Opat zaś zwrócił się do Zbyszka, który ze zdziwieniem spoglądał na tych dworzan, i rzekł: 
– Wszystko to clerici scholares, choć każdy wolał prasnąć książkę, a chycić lutnię i z nią 
włóczyć się po świecie. Przygarnąłem ich i żywię, bo cóż mam robić? Nicponie i powsinogi 
wierutne, ale umieją śpiewać i trochę służby Bożej liznęli, więc mam z nich przy kościele 

pożytek, a w potrzebie i obronę, bo niektórzy sierdzite pachołki! Ten tu pątnik prawi, że był w 
Ziemi Świętej, ale próżno byś go pytał o jakowe morza alibo kraje, bo on tego nawet nie wie, 
jak cesarzowi greckiemu na imię i w którym mieście mieszka. 
 
– Wiedziałem – odrzekł ochrypłym głosem pątnik – ale jak mnie wzięła frybra na Dunaju 
trząść, tak i wszystko wytrzęsła. 
– Najbardziej się mieczom dziwuję – rzekł Zbyszko – to takich nigdy u wędrownych kleryków 
nie widziałem. 
– Im wolno – rzekł opat – gdyż nie mają święceń, a że ja także kord przy boku noszę, to 
nie dziwota. Rok temu pozwałem Wilka z Brzozowej na udeptaną ziemię o te bory, przez 
któreście przejeżdżali do Bogdańca. Nie stawił się... 
– Jakoże miał duchownemu stawać? – przerwał Zych. 
Na to zaperzył się opat i uderzywszy pięścią w stół zawołał: 
– Gdym we zbroi, to ja nie ksiądz, jeno ślachcic!... A on nie stanął, bo mnie wolał z pachołkami 
nocą w Tulczy najechać. Ot, dlaczego kord przy boku noszę!... Omnes leges, omniaque 
iura vim vi repellere cunctisque sese defensare permittunt! Ot, dlaczego i im dałem 
miecze. 
Umilkli zasłyszawszy łacinę Zych, Maćko i Zbyszko i schylili głowy przed mądrością 
opata, gdyż żaden ni jednego słowa nie wyrozumiał; on zaś toczył jeszcze czas jakiś wokoło 
gniewnymi oczyma, a wreszcie rzekł: 
 
– Kto go wie, czy on i tu na mnie napadnie? 
– O wa! niech jeno napadnie – zawołali wędrowni klerycy chwytając za rękojeść mieczów. 
– A niechby napadł! Cni się już i mnie bez bitki. 
– Nie uczyni on tego – rzekł Zych – prędzej z pokłonem i zgodą przyjdzie. Borów się już 
wyrzekł, a o syna mu chodzi... Wiecie!... Ale niedoczekanie jego!... 
Tymczasem opat uspokoił się i rzekł: 
 
– Młodego Wilka widziałem, jako pił z Cztanem z Rogowa w gospodzie w Krześni. Nie 
uznali nas zrazu, było ciemno – i precz uradzali o Jagience. 
Tu zwrócił się do Zbyszka: 
 
– I o tobie. 
– A oni czego ode mnie chcieli? 
– Oni od ciebie niczego nie chcieli, jeno nie po myśli im to, iż jest w pobliżu Zgorzelic 
trzeci. Tak tedy mówi Cztan do Wilka: „Jak mu skórę wygarbuję, to przestanie być gładki.” A 
Wilk mówi: „Może się nas będzie bojał, a nie, to mu gnaty w mig połamię!” A potem poczęli 
się obaj upewniać, że się będziesz bojał. 
Usłyszawszy to Maćko spojrzał na Zycha, Zych na niego, i oblicza obu przybrały wyraz 
chytry i radosny. Żaden nie był pewny, czy opat słyszał istotnie taką rozmowę, czy też zmyśla 
dlatego jedynie, by Zbyszkowi dodać bodźca; natomiast rozumieli obaj, a zwłaszcza znając 
dobrze Zbyszka Maćko, że nie było na świecie lepszego sposobu, aby go popchnąć do Jagienki. 
 
 
A opat jakby umyślnie dodał: 
 
– I po prawdzie, morowe to chłopy!... 
Zbyszko zaś nie pokazał po sobie nic, tylko począł pytać Zycha jakimś jakby nieswoim 
głosem: 
 
– A to jutro niedziela? 
– Niedziela. 
– Na mszę świętą zaś pojedziecie? 
– Ano!... 
– Dokąd? do Krześni? 
– Bo najbliżej. Gdzieżbyśmy jechali? 
– No, to dobrze! 

Rozdział 
szesnasty 
 
 
Zbyszko dogoniwszy Zycha i Jagienkę jadących w towarzystwie opata i jego kleryków do 
Krześni przyłączył się do nich i jechał razem, chodziło mu bowiem o to, by dowieść opatowi, 
że się ni Wilka z Brzozowej, ni Cztana z Rogowa nie lęka i chować się przed nimi nie myśli. 
Zdziwiła go znów w pierwszej chwili uroda Jagienki, bo chociaż nieraz widywał ją w Zgorzelicach, 
i w Bogdańcu przybraną pięknie do gości, ale nigdy tak, jak teraz do kościoła. 
Odzież miała z czerwonego sukna podbitą gronostajami, czerwone rękawiczki i gronostajowy, 
naszyty złotem kapturek na głowie, spod którego wysuwały się na ramiona dwa warkocze. 
Nie siedziała też na koniu po męsku, ale na wysokim siodle z poręczą i z ławeczką pod 
stopy, które ledwie było widać spod długiej i ułożonej w równe zagiętki spódnicy. Zychowi, 
który pozwalał dziewczynie ubierać się w domu w kożuch i jałowicze buty, chodziło o to, by 
przed kościołem każdy poznał, iż przyjechała nie córka byle szarego włodyczki albo ścieciałki1, 
lecz panna z możnego rycerskiego domu. W tym celu konia jej prowadziło dwóch wyrostków, 
przybranych od dołu obcisło, od góry w buchaste szaty, jakie nosili zwykle paziowie. 
Czterech dworskich ludzi jechało z tyłu, a z nimi opatowi klerycy, z kordami i lutniami 
przy pasach. Zbyszko podziwiał wielce cały orszak, szczególnie zaś Jagienkę, wyglądającą 
jak obrazek, i opata, który w czerwieni i z olbrzymimi rękawami u sukni wydawał mu się jak 
jaki podróżujący książę. Najskromniej ze wszystkich przybrany był sam Zych, który dbał o 
okazałość dla innych, dla siebie zaś tylko o wesołość i śpiewanie. 
 
Zrównawszy się jechali w szeregu: opat, Jagienka, Zbyszko i Zych. Opat z początku kazał 
śpiewać nabożne pieśni swoim szpylmanom – później atoli mając ich dosyć począł rozmawiać 
ze Zbyszkiem, który z uśmiechem spoglądał na jego potężny kord, nie mniejszy od dwu-
ręcznych niemieckich brzeszczotów. 
 
– Widzę – rzekł z powagą – że cudujesz się nad moim mieczem; wiedz przeto, że synody 
zezwalają duchownym na miecze, a nawet na balisty i katapulty w podróży – my zasie jesteśmy 
w podróży. Wreszcie gdy Ojciec Święty mieczów i czerwonych szat księżom zabraniał, 
to pewnikiem myślał o ludziach niskiego stanu, ślachcica bowiem Bóg stworzył do broni, i 
kto by mu chciał ją odjąć, ten by się odwiecznym Jego wyrokom przeciwiał. 
– Widziałem księcia mazowieckiego Henryka, który się w szrankach potykał – odrzekł 
Zbyszko. 
– Nie to mu się też gani, że się potykał – odpowiedział podnosząc w górę palec opat – ale 
to, że się ożenił, i do tego nieszczęśliwie, albowiem fornicariam i bibulam wziął mulierem, 
która, jak mówią, Bacchum od młodości adorabat, a do tego i adultera była, z czego też nic 
dobrego wypaść nie mogło. 
Tu aż zatrzymał konia i począł nauczać z większą jeszcze powagą: 
 
– Kto-li bo masz się żenić, czyli uxorem wybierać, masz baczyć, aby była bogobojna, dobrych 
obyczajów, gospodarna i ochędożna, co wszystko, oprócz Ojców Kościoła, jeszcze ci i 
pewien pogański mędrzec imieniem Seneka poleca. A jakoż uznasz, iżeś dobrze utrafił, jeśli 
nie znasz gniazda, z którego towarzyszkę dozgonną wybierasz? Albowiem inny mędrzec Pań1 
Skartabella 
 

ski powiada: Pomus non cadit absque arbore... Jaki wół, taka i skóra, jaka mać, taka i córka... 
Z czego bierz, grzeczny człowiecze, tę naukę, abyś nie w dalekości, ale w pobliżu żony szukał, 
bo jeśli złą i fryjowną dostaniesz, nieraz na nią zapłaczesz, jako płakał oto filozof, gdy 
mu swarliwa niewiasta aquam sordidam na głowę w gniewie wylała. 
 
– In saecula saeculorum, amen! – zagrzmieli jednym głosem wędrowni klerycy, którzy odpowiadając 
tak zawsze opatowi nie bardzo baczyli, czyli odpowiadają do sensu. 
Wszyscy słuchali w wielkim skupieniu słów opata dziwiąc się jego wymowie i biegłości w 
Piśmie, on zaś nie mówił rzekomo wprost do Zbyszka, owszem, więcej zwracał się do Zycha i 
Jagienki, jakby szczególnie ich chciał zbudować. Jagienka jednak pojęła widocznie, o co chodzi, 
gdyż spoglądała pilnie spod swoich długich rzęs na chłopaka, który namarszczył brew i 
spuścił głowę niby głęboko rozważając to, co słyszał. 
 
Po chwili orszak ruszył dalej, ale w milczeniu; dopiero gdy już Krześnię było widać, zmacał 
się opat po pasie, obrócił go ku przodowi, tak aby łatwo było chwycić za rękojeść korda, i 
rzekł: 
 
– A stary Wilk z Brzozowej pewnie z dobrym pocztem przyjedzie. 
– Pewnie – potwierdził Zych – ale coś tam słudzy gadali, że zachorzał. 
– A jeden z moich kleryków słyszał, że ma na nas nastąpić przed gospodą po kościele. 
– Nie uczyniłby on tego bez zapowiedzi i zwłaszcza po mszy świętej. 
– Niech mu tam Bóg ześle upamiętanie. Ja wojny z nikim nie szukam i krzywdy cierpliwie 
znoszę. 
Tu obejrzał się na swoich szpylmanów i rzekł: 
 
– Nie wydobywać mi mieczów i pamiętać, żeście duchowni słudzy, a dopiero gdyby tamci 
pierwsi wydobyli, to w nich! 
Zbyszko zaś jadąc wedle Jagienki wypytywał ją ze swej strony o sprawy, o które mu 
głównie chodziło. 
 
– Cztana i młodego Wilka zastaniem niechybnie w Krześni – mówił. – Pokażesz mi ich z 
daleka, abym wiedział, którzy są. 
– Dobrze, Zbyszku – odrzekła Jagienka. 
– Przed kościołem i po kościele zapewne cię oni spotykają. Coże wówczas robią? 
– Służą mi, jako umieją. 
– Nie będą ci dziś służyli, rozumiesz? 
A ona odrzekła znów niemal z pokorą: 
– Dobrze, Zbyszku. 
Dalszą rozmowę przerwał im głos drewnianych kołatek, gdyż w Krześni nie było jeszcze 
dzwonów. Po chwili dojechali. Z tłumów czekających na mszę przed kościołem wysunęli się 
natychmiast młody Wilk i Cztan z Rogowa, lecz Zbyszko uprzedził ich, zeskoczył z konia, 
nim zdołali dobiec, i chwyciwszy pod boki Jagienkę, zsadził ją z siodła, po czym wziął za 
rękę i spoglądając na nich wyzywająco, prowadził do kościoła. 
 
W przedsionku kościelnym czekał ich nowy zawód. Obaj pospieszyli do kropielnicy i obaj 
zanurzywszy w nią ręce wyciągnęli je do dziewczyny. Lecz to samo uczynił Zbyszko, ona zaś 
dotknęła jego palców, a następnie przeżegnała się i z nim razem weszła do kościoła. Wtedy 
nie tylko młody Wilk, ale i Cztan z Rogowa, chociaż miał rozum miałki, domyślił się, iż to 
wszystko było uczynione umyślnie, i obydwóch ogarnął gniew tak dziki, że aż włosy poczęły 
się im jeżyć pod pątlikami. Zachowali zaledwie tyle przytomności, że w gniewie nie chcieli, 
bojąc się kary boskiej, wchodzić do kościoła; natomiast Wilk wypadł z przedsionka i leciał 
jak szalony przez cmentarz między drzewami, sam nie wiedząc dokąd. Cztan leciał za nim 
także nie wiedząc, w jakim to czyni celu. 
 
Zatrzymali się aż w rogu parkanu, gdzie leżały wielkie kamienie przygotowane pod fundamenta 
dzwonnicy, którą miano stawiać w Krześni. Tam Wilk chcąc spędzić złość, która 
burzyła mu się aż pod szyję w piersiach, chwycił za jeden z głazów i jął nim potrząsać ze 
 

wszystkich sił, co widząc Cztan chwycił go także i po chwili poczęli obaj toczyć go ze wściekłością 
przez cały cmentarz, aż ku wrotom kościelnym. 
 
Ludzie patrzyli na nich ze zdziwieniem mniemając, że uczynili ślub jakowyś i że w ten 
sposób chcą się do budowy dzwonnicy przyczynić. Lecz im wysiłek ów ulżył znacznie, tak że 
oprzytomnieli obaj, stali tylko bladzi z natężenia, sapiąc i spoglądając na się niepewnym 
wzrokiem. 
 
Milczenie przerwał pierwszy Cztan z Rogowa. 
 
– No i co? – spytał. 
– A co? – odpowiedział Wilk. 
– Zaraz-li go napadniem? 
– Jakoże w kościele będziesz napadał? 
– Nie w kościele, jeno po mszy. 
– Z Zychem jest – i z opatem. A toś zabaczył, co mówił Zych, że niech-li się zdarzy bitka, 
obydwóch ze Zgorzelic wyżenie. Gdyby nie to, byłbym ci dawno żebra połomił. 
– Albo ja tobie! – odparł Cztan ściskając swe potężne pięści. 
I oczy poczęły im się skrzyć złowrogo, lecz wnet pomiarkowali obaj, że teraz więcej im 
potrzeba zgody niż kiedykolwiek. Nieraz już oni bili się z sobą, lecz zawsze jednali się po 
bitce, bo chociaż rozdzielała ich miłość do Jagienki, jednak żyć bez siebie nie mogli i tęsknili 
jeden do drugiego zawsze. Obecnie zaś mieli wspólnego wroga i czuli obaj, że jest to wróg 
okrutnie niebezpieczny. 
 
Po chwili Cztan spytał: 
 
– Co robić? Chyba mu zapowiedź posłać do Bogdańca? 
Wilk, który był mądrzejszy, nie wiedział jednakże na razie, co robić. Na szczęście przyszły 
mu w pomoc kołatki, które ozwały się znowu na znak, iż nabożeństwo się poczyna. Więc 
rzekł: 
 
– Co robić? Pójść na mszę, a potem będzie, co Bóg da. 
Ucieszył się z tej rozumnej odpowiedzi Cztan z Rogowa. 
– Może ta Pan Jezus nas natchnie – rzekł. 
– I pobłogosławi – dodał Wilk. 
– Po sprawiedliwości. 
I poszli do kościoła, a wysłuchawszy pobożnie nabożeństwa nabrali otuchy. Nie stracili 
głów nawet wówczas, gdy Jagienka po mszy w przedsionku znowu przyjęła wodę święconą z 
ręki Zbyszka. Na cmentarzu przy wrotach podjęli pod nogi Zycha, Jagienkę, a nawet i opata, 
choć ten był nieprzyjacielem starego Wilka z Brzozowej. Na Zbyszka patrzyli wprawdzie 
spode łba, ale żaden nie warknął, chociaż serca skowytały im w piersiach z bólu, z gniewu i 
zazdrości, gdyż nigdy Jagienka nie wydawała im się tak cudną i tak do królewny podobną. 
Dopiero gdy świetny orszak ruszył z powrotem i gdy z dala doszła ich wesoła pieśń wędrownych 
kleryków, Cztan począł ocierać pot ze swych zarosłych policzków i parskać jak koń. 
Wilk zaś ozwał się zgrzytając zębami: 
 
– Do gospody! do gospody! gorze mi!... 
Po czym pamiętając, co im poprzednio ulżyło, chwycili znów głaz i potoczyli go zapalczywie 
na dawne miejsce. 
Zbyszko zaś jechał wedle Jagienki słuchając pieśni opatowych szpylmanów, lecz gdy ujechali 
pięć albo sześć stajań, zatrzymał nagle konia i rzekł: 
 
– Ba, miałem dać na mszę za stryjkowe zdrowie i zabaczyłem, wrócę się. 
– Nie wracaj! – zawołała Jagienka. – Poślem ze Zgorzelic. 
– Wrócę, a wy nie czekajcie na mnie. Z Bogiem! 
– Z Bogiem! – rzekł opat. – Jedź! 
I twarz mu poweselała, a gdy Zbyszko znikł im z oczu, trącił nieznacznie Zycha i rzekł: 
– Rozumiecie? 

– Co mam rozumieć? 
– Pobije się w Krześni z Wilkiem i Cztanem, jako amen w pacierzu, ale tegom chciał i do 
tegom prowadził. 
– To morowe chłopy! Jeszcze go poranią, i co z tego? 
– Jak to co z tego? Jeśli za Jagienkę się pobije, to jakże mu potem o tej Jurandównie myśleć? 
Jagienka ci mu odtąd będzie panią – nie tamta; tego zaś chcę, bo to mój krewny i udał 
mi się! 
– Ba, a ślubowanie? 
– Na poczekaniu go rozgrzeszę! Zaliście nie słyszeli, żem to już obiecał? 
– Wasza głowa na wszystko poradzi – odrzekł Zych. 
Opat uradował się pochwałą, po czym przysunął się do Jagienki i zapytał: 
– Czegożeś taka frasobliwa? 
Ona pochyliła się w siodle i chwyciwszy rękę opatową podniosła ją do ust: 
– Ojcze krzestny, a może byście też podesłali z paru szpylmanów do Krześni. 
– Po co? Popiją mi się w gospodzie i tyla. 
– Ale może jakowej zwadzie przeszkodzą. 
Opat spojrzał jej bystro w oczy i nagle rzekł ostro: 
– A choćby go tam i zabili! 
– To niech i mnie zabiją! – zawołała Jagienka. 
I gorycz, która nagromadziła się z żalem w jej piersiach od czasu rozmowy ze Zbyszkiem, 
spłynęła teraz nagłym potokiem łez. Widząc to opat objął ramieniem dziewczynę, tak że nakrył 
ją prawie całą swoim olbrzymim rękawem, i począł mówić: 
 
– Nie bój się, córuchno, o nic. Zwada może się przygodzić, ale przecie i tamci są ślachtą, 
przeto go kupą nie napadną, jeno na pole rycerskim obyczajem pozwą, a już tam on da sobie 
rady, choćby się na raz z obydwoma miał potykać. A co do Jurandówny, o której słyszałaś, to 
ci jeno tyle rzekę, że drzewo na tamtą łożnicę w nijakim boru nie rośnie. 
– Skoro mu tamta milsza, to i ja o niego nie dbam! – odpowiedziała przez łzy Jagienka. 
– To czegoż chlipiesz? 
– Bo się o niego boję 
– Ot, babski rozum! – rzek– śmiejąc się opat. 
Po czym schyliwszy się do ucha Jagienki począł mówić: 
– Pomiarkuj się, dziewczyno, że choć cię i weźmie, to też nieraz zdarzy mu się potykać, bo 
od tego ślachcic. 
Tu schylił się jeszcze niżej i dodał: 
 
– A weźmie cię – i to niezadługo, jako Bóg w niebie! 
– Zaśby tam brał! – odpowiedziała Jagienka. 
A jednocześnie poczęła się uśmiechać przez łzy i spoglądać na opata, jakby się go chciała 
zapytać, skąd to wie. 
A tymczasem Zbyszko wróciwszy do Krześni zajechał wprost do księdza, chciał bowiem 
rzeczywiście dać na mszę za zdrowie Maćka; po załatwieniu zaś tej sprawy udał się wprost do 
gospody, w której spodziewał się znaleźć młodego Wilka z Brzozowej i Cztana z Rogowa. 
 
Jakoż zastał obydwóch, a oprócz tego pełno ludzi – i szlachty, i skartabellów, i kmieciów, i 
kilku „sowizdrzałów” pokazujących rozmaite niemieckie sztuki. W pierwszej chwili nie mógł 
jednakże nikogo rozeznać, gdyż okna karczmy z błonami z wołowych pęcherzy mało przepuszczały 
światła – i dopiero gdy miejscowy pachołek dorzucił na komin szczypek sosnowych, 
ujrzał w kącie za łagwiami piwa włochaty pysk Cztana i srogą, zapalczywą twarz Wilka 
z Brzozowej. 
 
Wtedy począł iść zwolna ku nim roztrącając po drodze ludzi i doszedłszy uderzył pięścią w 
stół, aż zagrzmiało w całej gospodzie. 
 

A oni podnieśli się natychmiast i jęli śpiesznie przekręcać na sobie skórzane pasy, nim 
jednakże chwycili za rękojeści, Zbyszko rzucił na stół rękawicę i mówiąc przez nos, jak mieli 
zwyczaj mówić rycerze przy wyzwaniu, ozwał się w następujące, niespodziane dla nikogo 
słowa: 
 
– Pakliby który z was dwóch albo z innych ludzi rycerskich w izbie będących przeciwił się 
temu, iże najcudniejsza i najcnotliwsza dziewka na świecie jest panna Danuta Jurandówna ze 
Spychowa, tego pozywam na walkę konną albo pieszą do pierwszego klęknięcia alibo do 
ostatniego tchu. 
Zdumieli się Wilk i Cztan, równie jak byłby zdumiał się opat, gdyby coś podobnego usłyszał 
– i przez chwilę słowa nie mogli przemówić. Co to za panna? Im przecie o Jagienkę, nie 
 
o nią chodziło?... A jeśli temu żbikowi nie o Jagienkę idzie, to czego od nich chce? Czemu ich 
rozsierdził przed kościołem? Po co tu przyszedł i po co szuka z nimi zaczepki? – Od tych pytań 
zrobiła im się w głowie taka kasza, że pootwierali szeroko usta, Cztan zaś wytrzeszczył 
tak oczy, jakby nie człowieka, ale jakby jakie dziwo niemieckie miał przed sobą. 
Lecz bystrzejszy Wilk, który znał nieco rycerskie zwyczaje i wiedział, że nieraz innym 
niewiastom rycerze służby ślubują, a z innymi się żenią, pomyślał, że i w tym wypadku tak 
być może i że gdy zdarza się taka sposobność ujęcia się za Jagienką, to należy w lot z niej 
skorzystać. 
 
Więc wysunął się zza stołu i zbliżywszy się ze złowrogą twarzą do Zbyszka zapytał: 
 
– Jak to, psubracie, to nie Jagienka Zychówna najcudniejsza? 
Za nim wysunął się Cztan – a ludzie poczęli się wokół nich kupić, bo już wszystkim było 
wiadomo, że się to na byle czym nie skończy. 
 

Rozdział 
siedemnasty 
 
 
Jagienka wróciwszy do domu wysłała natychmiast parobka do Krześni, aby dowiedział się, 
czy w gospodzie nie zaszła jakowaś bitka albo czy kto kogo nie wyzwał. Ten jednakże dostawszy 
na drogę skojca począł pić z księżymi sługami i nie myślał o powrocie. Drugi, wysłany 
do Bogdańca, który miał zapowiedzieć Maćkowi przyjazd opata, wrócił spełniwszy polecenie 
i zarazem oznajmił, że widział Zbyszka zabawiającego się ze starym dziedzicem w kości. 
 
 
Uspokoiło to w części Jagienkę, wiedząc bowiem o doświadczeniu i sprawności Zbyszkowej 
nie tyle bała się dla niego wyzwania, ile jakowejś doraźnej ciężkiej przygody w karczmie. 
Miała też ochotę razem z opatem jechać do Bogdańca, ale ów sprzeciwił się temu, pragnął 
bowiem rozmówić się z Maćkiem w sprawie zastawu i w innej, jeszcze ważniejszej, przy której 
nie chciał mieć za świadka Jagienki. 
 
Zresztą wybierał się na noc. Dowiedziawszy się o szczęśliwym powrocie Zbyszka wpadł w 
wyborny humor i kazał swoim klerykom-wagantom śpiewać i hukać tak, że aż się bór trząsł, a 
w samym Bogdańcu aż kmiecie wyglądali z chałup patrząc, czy się nie pali albo czy nieprzyjaciel 
nie nastąpił. Ale jadący naprzód pątnik z krzywą lagą uspokajał ich, iż to jedzie osoba 
duchowna wysokiej godności – więc kłaniali mu się, a niektórzy nawet kładli na piersi znak 
krzyża; on zaś widząc, jak go szanują, jechał w dumie radosnej, rad ze świata i pełen dla ludzi 
życzliwości. 
 
Maćko i Zbyszko zasłyszawszy krzyki i śpiewy wyszli aż do wrót na jego spotkanie. Niektórzy 
z kleryków bywali już z opatem w Bogdańcu, ale byli i tacy, którzy przyłączywszy się 
niedawno do kompanii nie widzieli go dotychczas nigdy. Tym upadły serca na widok nędznego 
domu, który nie mógł iść w porównaniu z obszernym dworzyszczem w Zgorzelicach. 
Skrzepił ich jednakowoż widok dymu dobywającego się przez słomiane poszycie dachu, a 
zwłaszcza nabrali całkiem otuchy, gdy wszedłszy do izby poczuli zapach szafranu i rozmaitych 
mięsiw, a zarazem spostrzegli dwa stoły pełne cynowych mis, jeszcze wprawdzie pustych, 
ale tak ogromnych, iż każde oczy musiały poweseleć na ich widok. Na mniejszym stole 
świeciła przygotowana dla opata misa cała srebrna i takaż cudnie rzeźbiona łagiewka, obie 
zdobyte razem z innymi skarbami na Fryzach. 
 
Maćko i Zbyszko poczęli zaraz prosić do stołu, lecz opat, który był dobrze podjadł na odjezdnym 
w Zgorzelicach, odmówił, tym bardziej że zajmowało go co innego. Od pierwszej 
chwili przybycia spoglądał on bacznie, a zarazem niespokojnie na Zbyszka, jakby chciał śladów 
bitki na nim dopatrzyć, widząc zaś spokojną twarz młodzianka niecierpliwił się widocznie, 
aż wreszcie nie mógł już dłużej ciekawości swej pohamować. 
 
– Pójdziemy do alkierza – rzekł – o zastawie uradzać. Nie przeciwcie się, bo się zgniewam. 
Tu zwrócił się do kleryków i zagrzmiał: 
– A wy, cicho mi siedzieć i pode drzwiami nie podsłuchiwać! 
To rzekłszy otworzył drzwi do alkierza, w które zaledwie mógł się pomieścić, i wszedł, a 
za nim weszli Zbyszko i Maćko. Tam, gdy siedli na skrzyniach, opat zwrócił się do młodego 
rycerza. 
 

– Byłeś z nawrotem w Krześni? – zapytał. 
– Byłem. 
– No i co? 
– A dałem na mszę za stryjowe zdrowie, i tyla. 
Opat poruszył się niecierpliwie na skrzyni. 
„Ha! – pomyślał – nie spotkał się ni z Cztanem, ni z Wilkiem; może ich nie było, a może 
ich nie szukał. Omyliłem się!” 
Ale zły był, że się pomylił i że go wyrachowanie zawiodło, więc zaraz poczerwieniało mu 
oblicze i począł sapać. 
 
– Gadajmy o zastawie! – rzekł po chwili. – Macie pieniądze?... bo jak nie, to dziedzina 
moja!... 
Na to Maćko, który wiedział, jak z nim postępować, podniósł się w milczeniu, otworzył 
skrzynię, na której siedział, wydobył z niej przygotowany już widocznie worek z grzywnami i 
rzekł: 
 
– Ubodzyśmy ludzie, ale pieniądze mamy, i co się należy, to płacimy, jako stoi w „liście” i 
jakom znakiem krzyża świętego sam poświadczył. Jeżelibyście zasie chcieli jeszcze za po-
rządki i za dobytek dopłaty, to też nie będziem się sprzeczali, jeno zapłacim, co każecie, i pod 
nogi was, dobrodzieja naszego, podejmiem. 
To rzekłszy pochylił mu się do kolan, a za nim uczynił też to samo Zbyszko. Opat, który 
spodziewał się sporów i targów, wielce był takim postępowaniem zaskoczony, a nawet i nie 
całkiem rad, gdyż przy targach chciał stawiać różne swoje warunki, a tymczasem sposobność 
ominęła. 
 
Więc oddając „list”, czyli kwit zastawny, na którym Maćko był znakiem krzyża podpisany, 
rzekł: 
 
– Czego mi o dopłacie prawicie? 
– Bo nie chcem darmoch brać – odpowiedział chytrze Maćko wiedząc, że im więcej będzie 
się w tym wypadku sprzeczał, tym więcej zyska. 
Jakoż opat zaperzył się w mgnieniu oka: 
 
– Widzicie ich! Nie chcą od krewnych darmoch brać! Chleb ludzi bodzie! Nie brałem 
pustki i nie oddaję pustki, a jak mi się spodoba i tym tu oto workiem prasnąć, to i prasnę! 
– Tego nie uczynicie! – zawołał Maćko. 
– Nie uczynię? Ot mi wasz zastaw! ot mi wasze grzywny! Dałem, bo moja łaska, a choćby 
mi wola była na gościńcu ostawić, to wam do tego nic. Ot, jak nie uczynię! 
To rzekłszy porwał worek za zwitkę i grzmotnął nim o podłogę, aż z rozpękłego płótna posypały 
się pieniądze. 
 
– Bóg zapłać! Bóg wam zapłać, ojcze i dobrodzieju! – począł wołać Maćko, który tylko 
czekał na tę chwilę. – Od innego bym nie wziął, ale od krewniaka i duchownego – wezmę... 
Opat zaś spoglądał czas jakiś groźnie to na niego, to na Zbyszka, wreszcie rzekł: 
 
– Wiem ci ja, choć i gniewający się, co robię; za czym trzymajcie, coście dostali, bo to 
wam też zapowiadam, że więcej jednego skojca nie uwidzicie. 
– Nie spodziewaliśmy się i tego. 
– Ale wiedzcie, że co po mnie zostanie, to weźmie Jagienka. 
– I ziemię? – spytał naiwnie Maćko. 
– I ziemię! – huknął opat. 
Na to przedłużyła się Maćkowi twarz, ale opanował się i rzekł: 
– Ej, co tam o śmierci myśleć! Niech wam Pan Jezus da sto lat albo i więcej, a przedtem 
biskupstwo zacne. 
– A choćby!... albo to ja gorszy od innych! – odrzekł opat. 
– Nie gorszy, jeno lepszy. 
Te słowa podziałały uspokajająco na opata, gdyż w ogóle gniew jego był krótkotrwały. 

– No – rzekł – wyście moi krewni, a ona tylko krześniaczka, ale ja miłuję i ją, i Zycha od 
dawnych lat. Lepszego człeka niż Zych nie ma na świecie, i lepszej dziewki niż Jagienka też! 
Co będzie miał kto na nich powiedzieć? 
I począł toczyć wyzywającym wzrokiem, lecz Maćko nie tylko nie przeczył, ale skwapliwie 
potwierdził, że godniejszego sąsiada próżno by w całym Królestwie szukać. 
 
– A co do dziewki – rzekł – córki rodzonej więcej bym nie miłował, niźli ją miłuję. Za jej 
to przyczyną przyszedłem do zdrowia i tego jej do śmierci nie zapomnę. 
– Potępieni będziecie i jeden, i drugi, jeśli zapomnicie – rzekł opat – i pierwszy was za to 
przeklnę. Ja krzywdy waszej nie chcę, boście moi krewni, i dlatego wymyśliłem sposób, żeby 
to, co po mnie zostanie, było i Jagienkowe, i wasze – rozumiecie? 
– Dałby Bóg, aby się to stało! – odrzekł Maćko. – Miły Jezu! piechtą bym poszedł do grobu 
Królowej w Krakowie i na Łysą Górę, aby się drzewu Krzyża Świętego pokłonić. 
Uradował się opat szczerością, z jaką mówił Maćko, uśmiechnął się i rzekł: 
 
– Dziewka ma prawo przebierać, bo i gładka, i wiano godne, i ród zacny! Co ta dla niej 
Cztan albo Wilk, kiedy i wojewodziński syn nie byłby nadto. Ale niechbym tak ja, nie przymierzając, 
kogo zaswatał – to by za niego poszła, bo mnie miłuje i wie, że jej źle nie poradzę... 
– Dobrze temu będzie, kogo zaswatacie – rzekł Maćko. 
Lecz opat zwrócił się do Zbyszka: 
– A ty co? 
– Ano, ja tako myślę, jako i stryjko... 
Zacne oblicze opata rozjaśniło się jeszcze bardziej; uderzył Zbyszka dłonią w łopatkę, aż 
się rozległo w alkierzu, i zapytał: 
 
– Czemuś to przy kościele ni Cztana, ni Wilka do Jagienki nie dopuścił?... co?... 
– By zaś nie myśleli, że się ich boję, i byście nie myśleli i wy. 
– Ale i święconą wodę jej podałeś. 
– A podałem. 
Opat uderzył go po raz drugi: 
– To... to ją bierz! 
– Bierz ją! – zawołał jak echo Maćko. 
Na to Zbyszko zagarnął pod siatkę włosy i odpowiedział spokojnie: 
– Jakoże ją mam brać, kiedym ja przed ołtarzem w Tyńcu Danusi Jurandównie ślubował? 
– Ślubowałeś pawie czuby, to ich szukaj, a Jagienkę zaraz bierz. 
– Nie – odrzekł Zbyszko – potem jak na mnie nałęczką rzuciła, ślubowałem, że ją za żonę 
wezmę. 
Twarz opata poczęła nabiegać krwią; uszy mu posiniały, a oczy poczęły wychodzić na 
wierzch: zbliżył się do Zbyszka i rzekł potłumionym przez gniew głosem: 
 
– Twoje śluby plewa, a ja wiatr – rozumiesz! Ot! 
I dmuchnął mu w głowę tak potężnie, że aż pątlik zleciał, a włosy rozsypały się w nieładzie 
po ramionach i plecach. Wówczas Zbyszko zmarszczył brwi i patrząc opatowi wprost w 
oczy rzekł: 
 
– W moim ślubowaniu moja cześć, a nad moją czcią ja sam stróża! 
Usłyszawszy to nieprzywykły do oporu opat stracił do tego stopnia dech, iż mowa była mu 
na czas jakiś odjęta. Nastało złowrogie milczenie, które przerwał wreszcie Maćko: 
 
– Zbyszku! – zawołał – upamiętaj się! coć jest? 
Opat tymczasem podniósł ramię i wskazując młodzianka począł krzyczeć: 
– Co mu jest? Ja wiem, co mu jest: dusza w nim nie rycerska i nie ślachecka, jeno zajęcza. 
To mu jest, że się Cztana i Wilka boi! 
A Zbyszko, który nie stracił ani na chwilę zimnej krwi, ruszył niedbale ramionami i odpowiedział: 
 
 

– O wa! porozbijałem im łby w Krześni. 
– Bój się Boga! – zawołał Maćko. 
Opat patrzał czas jakiś na Zbyszka wytrzeszczonymi oczyma. Gniew walczył w nim o lepszą 
z podziwem, a jednocześnie przyrodzony bystry rozum począł mu przypominać, że z tego 
pobicia Wilka i Cztana może dla swych zamiarów korzyć wyciągnąć. 
 
Więc ochłonąwszy nieco krzyknął na Zbyszka: 
 
– Czemuś nie gadał? 
– Bo mi było wstyd. Myślałem, że mnie pozwą, jako rycerzom przystało, na walkę konną 
albo pieszą, ale to zbóje, nie rycerze. Pierwszy Wilk udarł deskę ze stołu, Cztan udarł drugą, i 
do mnie! To i cóżem miał robić? Chwyciłem ławę też, no... i wiecie!... 
– Żywi aby? – zapytał Maćko. 
– Żywi, jeno ich zamroczyło. Ale jeszcze przy mnie poczęli dychać. 
Opat słuchał, tarł czoło, po czym zerwał się nagle ze skrzyni, na której był poprzednio 
przysiadł dla lepszego namysłu, i zawołał: 
 
– Poczkaj!... Ja ci teraz coś powiem! 
– A co powiecie? – zapytał Zbyszko. 
– To ci powiem, że jeśliś ty się za Jagienkę bił i ludziom przez nią łby rozwalał, toś ty naprawdę 
jej rycerz, nie czyj inny, i musisz ją brać. 
To rzekłszy wziął się w boki i począł spoglądać tryumfalnie na Zbyszka, lecz ów uśmiechnął 
się tylko i rzekł: 
 
– Hej, dobrzem ja wiedział, dlaczegoście chcieli mnie na nich napuścić, ale to wam zgoła 
chybiło. 
– Czemu chybiło?... gadaj! 
– Bo ja im kazał przyświadczyć, jako najgładsza i najcnotliwsza dziewka w świecie jest 
Danuśka Jurandówna, a oni właśnie ujęli się za Jagienką, i z tego była bitka. 
Usłyszawszy to opat stał przez chwilę na miejscu jak skamieniały i tylko po mruganiu 
oczyma można było poznać, że żyw jeszcze. Nagle zawrócił się na miejscu, wywalił nogą 
drzwi alkierza, wpadł do izby, tam chwycił krzywą lagę z rąk pątnika i począł nią okładać 
swoich szpylmanów rycząc przy tym jak ranny tur: 
 
– Na koń, skomorochy! na koń, psiawiary! Noga moja w tym domu nie postanie! Na koń, 
kto w Boga wierzy! Na koń!... 
I znów wywaliwszy drzwi wyszedł na dziedziniec, a przerażeni klerycy-waganci za nim. 
Tak ruszywszy hurmem do szopy poczęli w mig kulbaczyć konie. Próżno Maćko pogonił za 
opatem, próżno prosił, błagał, bożył się, że nie winien – nic nie pomogło! Opat klął, przeklinał 
dom, ludzi, pola, a gdy podano mu konia, skoczył na niego bez strzemion i puścił się w 
cwał z miejsca, z rozwianymi przez wiatr rękawami, podobny do olbrzymiego czerwonego 
ptaka. Klerycy lecieli za nim w trwodze na kształt stada, które podąża za przewodnikiem. 
 
Maćko spoglądał czas jakiś za nimi, aż gdy znikli w boru, wrócił zwolna do izby i rzekł do 
Zbyszka kiwając posępnie głową: 
 
– Cóżeś ty najlepszego narobił!... 
– Nie byłoby tego, gdybym był sobie wcześniej pojechał, a żem nie pojechał, to przez was. 
– Jak to przeze mnie? 
– Ba, bom nie chciał was chorych odjeżdżać. 
– A teraz jako będzie? 
– A teraz pojadę. 
– Dokąd? 
– Na Mazury, do Danuśki... – i pawich czubów szukać między Niemców. 
Maćko pomilczał chwilę, po czym rzekł: 
– „List” oddał, ale zastaw jest i w księdze sądowej zapisany. Nie daruje nam tera opat ni 
skojca. 

– To niech nie daruje. Pieniądze macie, a ja na drogę nie potrzebuję. Przecie mnie wszędzie 
przyjmą i koniom dadzą żreć; a bylem miał pancerz na grzbiecie a kord w garści, to i o 
nic nie dbam. 
Maćko zamyślił się i począł rozważać wszystko, co się stało. Nic nie poszło po jego myśli 
ni wedle jego serca. Sam on życzył sobie także z całej duszy Jagienki dla Zbyszka; zrozumiał 
jednak, że nie może być chleba z tej mąki i że wobec gniewu opata, wobec Zycha i Jagienki, 
wreszcie wobec bójki z Cztanem i Wilkiem lepiej, żeby sobie Zbyszko pojechał, niż żeby 
miał być dalszych niezgód i poswarków przyczyną. 
 
– Ha! – rzekł wreszcie – łbów krzyżackich i tak musisz szukać, więc skoro nie ma innej 
rady, to jedź. Niech się ta stanie wedle woli Pana Jezusowej... Ale mnie trzeba zaraz do Zgorzelic; 
może jako Zycha i opata przejednam... Zycha mi osobliwie żal. 
Tu spojrzał w oczy Zbyszkowi i spytał nagle: 
 
– A tobie Jagienki nie żal? 
– Niechże jej Bóg da zdrowie i wszystko najlepsze! – odrzekł Zbyszko. 

Rozdział 
osiemnasty 
 
 
Maćko czekał cierpliwie przez kilka dni, czy nie dojdzie go jaka wieść ze Zgorzelic lub 
czy opat się nie udobrucha, aż wreszcie sprzykrzyła mu się niepewność i czekanie i postanowił 
sam wybrać się do Zycha. Wszystko, co się stało, stało się bez jego winy, chciał jednak 
wiedzieć, czy Zych nie czuje i do niego urazy bo co do opata był pewnym, że gniew jego będzie 
odtąd ciążył i na Zbyszku, i na nim. 
 
Chciał jednak uczynić wszystko, co było w jego mocy, by ów gniew złagodzić, więc jadąc 
rozmyślał i układał sobie, co komu w Zgorzelicach powie, aby urazę zmniejszyć i starą sąsiedzką 
przyjaźń zachować. Myśli jednak nie kleiły mu się jakoś w głowie, rad też był, że 
zastał samą Jagienkę, która przyjęła go po staremu pokłonem, ucałowaniem ręki – słowem: 
przyjaźnie, choć trochę smutno. 
 
– A ojciec doma? – zapytał. 
– Doma, jeno się wybrali z opatem na łowy. Mało patrzeć, jak wrócą... 
To rzekłszy wprowadziła go do izby, w której zasiadłszy milczeli oboje przez dłuższą 
chwilę, po czym dziewczyna spytała pierwsza: 
 
– Cni się wam samemu w Bogdańcu? 
– Cni – odpowiedział Maćko. – A to już wiesz, że Zbyszko pojechał? 
Jagienka westchnęła cicho: 
– Wiem. Wiedziałam tego samego dnia – i pomyślałam... że wstąpi choć dobre słowo rzec, 
a nie wstąpił. 
– Jakże mu było wstępować! – rzekł Maćko – toć opat chybaby go rozerwał na dwoje, a i 
ojciec twój nierad by go też widział. 
Ona zaś potrząsnęła głową i odrzekła: 
 
– Ej! Nie dałaby ja mu krzywdy uczynić nikomu. 
Na to Maćko, choć serce miał hartowne, wzruszył się jednak, przyciągnął do się dziewczynę 
i rzekł: 
 
– Bóg z tobą, dziewucho! Tobie smutek, ale i mnie smutek, bo to ci jeno rzekę, że ni opat, 
ni ociec rodzony nie miłują cię barziej ode mnie. Niechbym był lepiej sczezł od tej rany, z 
której mnie wygoiłaś, byle on ciebie brał, nie inną. 
A na Jagienkę przyszła taka chwila żalu i tęsknoty, w której człowiek nie potrafi niczego w 
sobie zataić i rzekła: 
 
– Nie obaczę już ja go nigdy, a jeśli obaczę, to z Jurandówną – wolałabym zasię wpierw 
oczy wypłakać. 
I podniósłszy końce fartucha przesłoniła nim oczy, które zaszły jej łzami. 
A Maćko: 
 
– Daj spokój! Pojechał ci, bo pojechał, ale za łaską boską z Jurandówną nie wróci. 
– Co nie ma wrócić! – ozwała się spod fartucha Jagienka. 
– Bo mu Jurand nie chce dziewki dać. 
Na to Jagienka odsłoniła nagle twarz i zwróciwszy się do Maćka spytała żywo: 
– Mówił mi! – ale prawda-li to? 

– Prawda, jako Bóg na niebie. 
– A czemu? 
– Kto jego wie. Ślubowanie jakieś czy co, a na ślubowanie nie ma rady! Udał mu się 
Zbyszko, ile że mu obiecował do pomsty pomagać, ale i to nie pomogło. Na nic było i księżny 
Anny swatanie. Ni prośby, ni namowy, ni rozkazania nie chciał Jurand słuchać. Powiadał, że 
nie może. No, i widać przyczyna takowa jest, że nie może, a to człek twardy, który tego, co 
rzekł, nie zmieni. Ty, dziewczyno, nie trać otuchy i pokrzep się. Po sprawiedliwości musiał 
chłop jechać, boć te pawie grzebienie w kościele zaprzysiągł. Dziewka też go nałęczką przykryła 
na znak, że go chce za męża brać, bez co mu głowy nie ucięli – za to jej powinien – nie 
ma co gadać. Nie będzie, da Bóg, ona jego, ale on jest wedle prawa jej. Zych na niego krzyw, 
opat pewnikiem pomstuje, a że skóra cierpnie, mnie też gniewno, a wszelako pomiarkowawszy, 
co on miał robić? Skoro tamtej powinien, to i trza mu było jechać. Przecie jest ślachcic. 
Ale ci to jeno powiadam, że jeśli go tam gdzie Niemce godnie nie pokołaczą, to jak pojechał, 
tak i wróci – i wróci nie tylko do mnie starego, nie tylko do Bogdańca, ale do ciebie, bo cię 
strasznie rad widział. 
– Gdzie on mnie ta rad widział! – rzekła Jagienka. 
Ale jednocześnie przysunęła się do Maćka i trąciwszy go łokciem zapytała: 
– Skąd wiecie? – co? Pewnie nieprawda?... 
– Skąd wiem? – odrzekł Maćko. – Bo widziałem, jak mu ciężko było odjeżdżać. I jeszcze 
było tak, że jak już stanęło na tym, że ma jechać, tak pytam go: „A nie żal ci też Jagienki?” – 
A on prawi: „Niechże jej Bóg da zdrowie i wszystko najlepsze.” I tak ci zaraz wziął wzdychać, 
jakby miał kowalski miech w brzuchu... 
– Pewnie nieprawda!... – powtórzyła ciszej Jagienka – ale powiadajcie jeszcze... 
– Jak mi Bóg miły, prawda!... Już mu tamta nie będzie tak po tobie smakować, bo to i sama 
wiesz, że jędrniejszej a zaś urodziwszej dziewki na całym świecie nie znaleźć. Czuł on do 
ciebie wolę Bożą – nie bój się – może i więcej niż ty do niego. 
– Bogać tam! – zawołała Jagienka. 
I pomiarkowawszy, co w prędkości wyrzekła, zakryła rumianą jak jabłko twarz rękawem, 
a Maćko uśmiechnął się, pociągnął ręką po wąsach i rzekł: 
 
– Hej, żeby ja był młody! Ale ty się pokrzep, bo już widzę, jako będzie: Pojedzie, ostrogi 
na dworze mazowieckim zyszcze, gdyż tam granica blisko i o Krzyżaka nietrudno... Jużci 
wiem, że i między Niemcami bywają tędzy rycerze, a żelazo od jego skóry nie odskoczy, ale 
tak myślę, że byle który rady mu nie da, bo to jucha do bitki okrutnie sprawna. Patrzże, jako 
Cztana z Rogowa i Wilka z Brzozowej w mig potarmosił, choć to przecie, mówiąc, chłopy na 
schwał i mocarne jak niedźwiedzie. Przywiezie on swoje czuby, jeno Jurandówny nie przywiezie, 
bo i ja gadałem z Jurandem i wiem, jako jest. No, a potem co? Potem tu wróci, bo 
gdzieżby miał wracać. 
– Kiedy tam wróci? 
– Ba! jeśli nie wytrzymasz, to ci nie będzie krzywdy. Ale tymczasem powtórz opatowi i 
Zychowi to, co ci mówię. Niechby ta w gniewie na Zbyszka choć trochę pofolgowali. 
– Jakoże mam mówić? Tatuś więcej frasobliwi niż gniewni, ale przy opacie i wspomnieć o 
Zbyszku nieprzezpiecznie. Dał ci on i mnie, i tatusiowi za tego pachołka, którego Zbyszkowi 
posłałam. 
– Za jakiego pachołka? 
– Wiecie. Był tu u nas Czech, co go tatuś pojmali pod Bolesławcem, dobry pachołek i 
wierny. Wołali na niego Hlawa. Tatuś mi go dali do posług, bo się powiadał tamtejszym włodyką, 
a ja dałam ci mu zbroiczkę godną i posłałam go Zbyszkowi, aby mu służył i strzegł go 
w przygodzie, a broń Boże czego, żeby dał znać... Dałam ci mu i trzosik na drogę, a on zaprzysiągł 
mi na zbawienie duszy, że do śmierci będzie Zbyszkowi wiernie służył. 
– Mojaż ty dziewczyno! Bóg ci zapłać! a Zych się nie przeciwił? 

– Co się miał przeciwić! Zrazu całkiem tatuś nie pozwalali, dopiero jak wzięłam go pod 
nogi podejmować, tak i stanęło na moim. Z tatusiem nijakiego kłopotu nie masz, ale jak opat 
zwiedział się o tym od swoich skomorochów, w mig pełniuśką izbę naklął i taki był sądny 
dzień, że tatuś do stodół uciekli. Dopiero wieczorem ulitował się opat moich łez i jeszcze mi 
paciorki podarował... Ale ja rada byłam pocierpieć, byle Zbyszko poczet miał większy. 
– Jak mi Bóg miły, tak nie wiem, czy więcej jego miłuję, czy ciebie, ale on i tak poczet 
wziął zacny – i pieniędzy też mu dałem, choć nie chciał... No, Mazury przecie nie za morzem... 
Dalszą rozmowę przerwało im ujadanie psów, okrzyki i odgłosy trąb mosiężnych przed 
domem. Usłyszawszy to Jagienka rzekła: 
 
– Tatuś i opat wrócili z łowów. Pójdziemy na przyłap, bo lepiej, żeby was opat pierwej z 
daleka uwidział, nie zaś znienacka w izbie. 
To rzekłszy wyprowadziła Maćka na przyłap, z którego ujrzeli w podwórzu na śniegu kupę 
ludzi, koni, psów, a zarazem pobodzone oszczepami lub postrzelone z kuszy łosie i wilki. 
Opat ujrzawszy Maćka, zanim jeszcze zsiadł z konia, cisnął w jego stronę oszczepem, nie 
dlatego wprawdzie, aby go ugodzić, ale by w ten sposób tym dowodniej swą zawziętość przeciw 
bogdanieckim ludziom okazać. Lecz Maćko skłonił mu się z dala czapką, jak gdyby nic 
nie zauważył, Jagienka zaś nie zauważyła tego istotnie, gdyż przede wszystkim zdumiała ją 
obecność dwóch jej zalotników w orszaku. 
 
– Są Cztan i Wilk! – zawołała – musieli się w boru z tatusiem zdybać. 
A Maćka aż zakłuło coś w dawnej ranie na ich widok. W lot przez głowę przebiegła mu 
myśl, że jeden z nich może dostać Jagienkę, a z nią Moczydoły, opatowe ziemie, bory i pieniądze... 
I żal wespół ze złością chwyciły go za serce, zwłaszcza że po chwili ujrzał rzecz 
nową. Oto Wilk z Brzozowej, choć z jego ojcem chciał się niedawno opat potykać, skoczył 
teraz do jego strzemienia, aby mu pomóc zsiąść z konia, on zaś zsiadając oparł się przyjaźnie 
na ramieniu młodego szlachcica. 
 
„Pogodzi się opat ze starym Wilkiem takowym sposobem – pomyślał Maćko – że za 
dziewczyną odda bory i ziemie.” 
Lecz przerwał mu owe przykre myśli głos Jagienki, która w tej samej chwili rzekła: 
 
– Wygoili się już po Zbyszkowym biciu, ale choćby tu co dnia przyjeżdżali – niedoczekanie 
ich! 
Maćko spojrzał – twarz dziewczyny była rumiana zarówno z gniewu, jak i z zimna, a modre 
jej oczy iskrzyły się gniewem, pomimo iż wiadomo jej było dobrze, że Wilk i Cztan za nią 
właśnie ujęli się w gospodzie i przez nią zostali pobici. 
 
Więc Maćko rzekł: 
 
– Ba! uczynisz, co opat każe. 
A ona na to z miejsca: 
– Opat uczyni, co ja zechcę. 
„Miły Boże! – pomyślał Maćko – i ten głupi Zbyszko takiej dziewki odbieżał!” 

Rozdział 
dziewiętnasty 
 
 
A tymczasem „głupi Zbyszko” wyjechał był z Bogdańca istotnie z ciężkim sercem. Naprzód, 
było mu jakoś obco i nieswojo bez stryjca, z którym dotychczas od dawnych lat się nie 
rozłączał i do którego tak nawykł, że sam teraz dobrze nie wiedział, jak się bez niego i w podróży, 
i na wojnie obejdzie. Po wtóre, żal mu było i Jagienki, bo chociaż mówił sobie, że jedzie 
do Danusi, którą miłował z całej duszy, jednakże bywało mu tak dobrze przy Jagience, iż 
teraz dopiero uczuł, jaka przy niej była radość, a jaki bez niej może być smutek. I aż sam się 
dziwił swojemu żalowi, a nawet się nim zaniepokoił, bo żeby to tęsknił po Jagience, jak brat 
tęskni po siostrze, nic by to było. Ale on spostrzegł, że mu się „cni” za tym, by ją przed się 
pod boki brać i na konia sadzać albo z kulbaki zdejmować, by ją przez strugi przenosić, wodę 
jej z warkocza wykręcać, by z nią po lasach chadzać i patrzeć na nią, i „uradzać” z nią. Tak 
zaś do tego przywykł i takie mu to było miłe, że gdy teraz począł o tym myśleć, zaraz się zapamiętał 
i całkiem zapomniał, że w długą drogę aż na Mazury jedzie, a natomiast stanęła mu 
w oczach ta chwila, gdy Jagienka dała mu pomoc w lesie, gdy się z niedźwiedziem borykał. I 
zdało mu się, że to było wczoraj, jak również że wczoraj chodzili na bobry do Odstajanego 
jeziorka. Nie widział jej przecie wówczas, gdy się wpław po bobra puściła, a teraz zdało mu 
się, że ją widzi – i zaraz poczęły go brać takie same ciągoty, jakie brały go parę tygodni temu, 
gdy wiatr nazbyt z Jagienkową suknią poswawolił. Potem zaś przypomniał sobie, jak jechała 
wspaniale przybrana do kościoła w Krześni i jak się dziwił, że taka prosta dziewczyna naraz 
wydała mu się niby dwornie jadące wysokiego rodu paniątko. Wszystko to sprawiło, że koło 
serca zaczęło mu się czynić jakoś bałamutnie, zarazem błogo i smutno, i pożądliwie, a gdy 
jeszcze pomyślał, że byłby z nią mógł uczynić, co chciał, i jak ją też ku niemu ciągnęło, jak 
mu patrzyła w oczy i jak się do niego garnęła, to ledwie że na koniu mógł usiedzieć. „Niechbym 
jej był gdzie dopadł i choć pożegnał, a objął na drogę – mówił sobie – może by mnie 
było popuściło” – ale wnet uczuł, że to nieprawda i że nie byłoby go popuściło, gdyż na samą 
myśl o takim pożegnaniu poczęły mu skry po skórze chodzić, chociaż na świecie był przymrozek. 
 
 
Aż wreszcie przestraszył się owych wspomnień nazbyt do żądz podobnych i strząsnął je z 
duszy jak suchy śnieg z opończy. 
 
– Do Danuśki jadę, do mojej najmilejszej! – rzekł sobie. 
I wraz zmiarkował, że to jest inne kochanie, jakby pobożniejsze i mniej po kościach chodzące. 
Powoli też, w miarę jak w strzemionach marzły mu nogi, a chłodny wiatr studził mu 
krew, wszystkie myśli jego poleciały ku Danusi Jurandównie. Tej – to był naprawdę powinien. 
Gdyby nie ona, dawno by jego głowa była spadła na krakowskim rynku. Przecie gdy 
wyrzekła wobec rycerzy i mieszczan: „Mój ci jest” – to go przez to samo katom z rąk odjęła – 
i od tej pory on tak należy do niej jak niewolnik do pana. Nie on ją brał, ale ona jego wzięła; 
na to żadne sprzeciwianie się Jurandowe nie poradzi. Ona jedna mogłaby go odpędzić, jako 
pani może sługę odpędzić, chociaż on i wówczas nie poszedłby daleko, bo go i własne ślubowanie 
wiąże. Pomyślał jednak, że ona go nie odpędzi, że raczej pójdzie za nim z mazowieckiego 
dworu choćby na kraj świata – i pomyślawszy to począł ją wysławiać w duszy ze szko
 
 

dą Jagienki, jakby to była wyłącznie jej wina, że go napastowały pokusy i że dwoiło się w 
nim serce. Nie przyszło mu do głowy teraz, że Jagienka wygoiła starego Maćka, a prócz tego, 
że bez jej pomocy byłby mu może niedźwiedź obdarł owej nocy ze skóry głowę – i burzył się 
przeciw Jagience rozmyślnie, sądząc, że tym sposobem Danusi się zasłuży i we własnych 
oczach się usprawiedliwi. 
 
A wtem nadjechał Czech Hlawa wysłany przez Jagienkę – prowadząc ze sobą wjucznego 
konia. 
 
– Pochwalony! – rzekł kłaniając się nisko. 
Zbyszko widział go raz lub dwa razy w Zgorzelicach, ale go nie poznał, więc ozwał się: 
– Pochwalony na wieki wieków. A coś za jeden? 
– Wasz pachołek, slowutny panie. 
– Jak to mój pachołek? Tamci moi pachołcy – rzekł ukazując na dwóch Turczynków, podarowanych 
mu przez Sulimczyka Zawiszę, i na dwóch tęgich parobków, którzy siedząc na 
mierzynach prowadzili rycerskie ogiery – tamci moi – a ciebie kto przysłał? 
– Panna Jagienka Zychówna ze Zgorzelic. 
– Panna Jagienka? 
Zbyszko dopiero co właśnie burzył się był przeciw niej i serce jego pełne było jeszcze niechęci, 
więc rzekł: 
 
– Wróćże do dom i podziękuj pannie za łaskę, bo cię nie chcę. 
Lecz Czech potrząsnął głową. 
– Nie wrócę, panie. Mnie wam podarowali, a prócz tego ja zaprzysiągł do śmierci wam 
służyć. 
– Jeśli mi cię podarowali, toś mój sługa. 
– Wasz, panie. 
– Więc rozkazujęć wrócić. 
– Ja zaprzysiągł, a choć ja jeniec spod Bolesławca i chudy pachołek, ale włodyczka... 
A Zbyszko rozgniewał się: 
– Ruszaj precz! Jakże to! Będziesz mi zaś przeciw mojej woli służył czy co? Ruszaj, bo 
każę kuszę napiąć. 
Czech zaś odtroczył spokojnie sukienną opończę podbitą wilkami, oddał ją Zbyszkowi i 
rzekł: 
 
– Panna Jagienka i to wam przysłała, panie. 
– Chcesz, abych ci kości połomił? – zapytał Zbyszko biorąc drzewce z rąk parobka. 
– A jest i trzosik na wasze rozkazanie – odrzekł Czech. 
Zbyszko zamierzył się drzewcem, lecz wspomniał, że pachołek, chociaż jeniec, jest jednakże 
z rodu włodyką, któren widocznie dlatego tylko został u Zycha, że nie miał się za co 
wykupić – więc opuścił ratyszcze. 
 
Czech zaś pochylił mu się do strzemienia i rzekł: 
 
– Nie gniewajcie się, panie. Nie każecie mi ze sobą jechać, to pojadę za wami o stajanie 
albo o dwa, ale pojadę, bom to na zbawienie duszy mojej zaprzysiągł. 
– A jak cię każę ubić albo związać? 
– Jak mnie każecie ubić, to nie będzie mój grzech, a jak mnie każecie związać, to ostanę, 
póki mnie dobrzy ludzie nie rozwiążą alibo wilcy nie zjedzą. 
Zbyszko nie odpowiedział – ruszył jeno koniem przed siebie, a za nim ruszyli jego ludzie. 
Czech z kuszą za plecami i z toporem na ramieniu wlókł się z tyłu zatulając się w kosmatą 
skórę żubrzą, albowiem począł dąć ostry wiatr niosący krupki śniegowe. 
 
Nawałnica wzmagała się nawet z każdą chwilą. Turczynkowie, lubo w tołubach, kostnieli 
od niej, parobcy Zbyszkowi poczęli „zabijać” ręce, a on sam, będąc również przybrany nie 
dość ciepło, rzucił raz i drugi oczyma na wilczą opończę przywiezioną przez Hlawę i po 
chwili rzekł do Turczynka, aby mu ją podał. 
 

I owinąwszy się w nią szczelnie, wkrótce poczuł ciepło rozchodzące się po całym ciele. 
Wygodny był szczególnie kaptur, który osłaniał mu oczy i znaczną część twarzy, tak iż wicher 
przestał mu prawie dokuczać. Wówczas mimo woli pomyślał, że Jagienka to jednak poczciwa 
z kościami dziewka – i wstrzymał nieco konia, albowiem wzięła go chęć wypytać 
Czecha o nią i o wszystko, co się w Zgorzelicach działo. 
 
Więc skinąwszy na pachołka rzekł: 
 
– Zali stary Zych wie, że cię panna do mnie wysłała? 
– Wie – odpowiedział Hlawa. 
– I nie przeciwił się? 
– Przeciwił. 
– Powiadajże, jako było. 
– Pan chodził po izbie, a panna za nim. On krzyczał, a panienka nic – jeno co się ku niej 
nawrócił, to ona mu do kolan. I ani słowa. Powiada wreszcie panisko: „Czyś ogłuchła, że nic 
nie mówisz na moje przyczyny? Przemów, bo wreszcie pozwolę, a jak pozwolę, to mi opat 
łeb urwie!” Dopieroż panna pomiarkowała, że już na swoim postawi, i nuż z płaczem dziękować. 
Pan jej wymawiał, że go pozbadła, i narzekał, że we wszystkim musi być jej wola, w 
końcu zaś rzekł: „Przyrzecz mi, że chyłkiem nie wyskoczysz żegnać się z nim, to pozwolę, 
inaczej nie.” Dopieroż zafrasowała się panienka, ale przyrzekła – i pan rad był, bo oni oba z 
opatem okrutnie się tego bali, by jej nie przyszła chęć widzieć się z waszą miłością... o, nie na 
tym koniec, bo później panna chciała, by były dwa konie, a pan bronił, panna chciała wilczury 
i trzosika, pan bronił. Ale co tam z takich zakazowań! Żeby jej się umyśliło dom spalić, to by 
też panisko przystał. – Dlatego jest drugi koń, jest wilczura i jest trzosik... 
„Poćciwa dziewka!” – pomyślał w duchu Zbyszko. 
Po chwili zaś zapytał głośno: 
 
 
– A z opatem nie było biedy?... 
Czech uśmiechnął się jak roztropny pachołek, który zdaje sobie sprawę z wszystkiego, co 
się wokół niego dzieje, i odrzekł: 
 
– Oni to oboje w tajemnicy przed opatem czynili, a nie wiem, co było, gdy się dowiedział, 
bom wcześniej wyjechał. Opat jako opat! – huknie czasem i na panienkę, ale potem to jeno 
oczyma za nią wodzi i patrzy, czyli jej zbyt nie pokrzywdził. Sam widziałem, jako ją raz 
skrzyczał, a potem do skrzyni poszedł, łańcuch przyniósł taki, że zacniejszego i w Krakowie 
nie dostać – i powiada jej: „na!” – Poradzi sobie ona i z opatem, gdyż i ojciec rodzony więcej 
jej nie miłuje. 
– Pewnie, że tak jest. 
– Jak Bóg na niebie... 
Tu umilkł i jechali dalej wśród wiatru i śnieżnych krupów; nagle jednak Zbyszko powstrzymał 
konia, gdyż z pobocza leśnego ozwał się jakiś żałosny głos, na wpół przytłumiony 
przez szum leśny: 
 
– Chrześcijanie, ratujcie Bożego sługę w nieszczęściu! 
I jednocześnie na drogę wybiegł człowiek, przybrany w odzież na wpół duchowną, na 
wpół świecką, i stanąwszy przed Zbyszkiem począł wołać: 
 
– Ktokolwiek jesteś, panie, daj pomoc człowiekowi i bliźniemu w ciężkiej przygodzie! 
– Coć się przytrafiło i coś zacz? – zapytał młody rycerz. 
– Sługam Boży, chociaż bez święceń, a przygodziło mi się, iż dzisiejszego rana wyrwał mi 
się koń, skrzynie ze świętościami niosący. Zostałem sam, bez broni, a wieczór się zbliża i 
rychło czekać, jako luty zwierz ozwie się w boru. Zginę, jeśli mnie nie poratujecie. 
– Jeślibyś z mojej przyczyny zginął – odrzekł Zbyszko – musiałbym za twoje grzechy odpowiadać, 
ale po czymże poznam, że prawdę mówisz i żeś nie powsinoga jakowyś albo nie 
rzezimieszek, jakich wielu po drogach się włóczy? 

– Po skrzyniach poznasz, panie. Niejeden oddałby trzos nabity dukatami, byle posiąść to, 
co się w nich znajduje, ale ja tobie darmo z nich udzielę, byleście mnie i moje skrzynie zabrali. 
– Mówisz, żeś sługa Boży, a tego nie wiesz, że poratunek nie dla ziemskich, jeno dla niebieskich 
trzeba dawać nagród. Ale jakżeś to skrzynie ocalił, skoro ci niosący je koń uciekł? 
– Bo konia, nimem go odnalazł, wilcy w lesie na polance zarznęli, a zasię skrzynie ostały, 
które ja do drogi przywlokłem, aby czekać na zmiłowanie i pomoc dobrych ludzi. 
To rzekłszy i chcąc zarazem dać dowód, że prawdę mówi, wskazał na dwie łubowe 
skrzynki leżące pod sosną. Zbyszko patrzył na niego dość nieufnie, gdyż człowiek nie wydawał 
mu się zbyt zacnym, a przy tym, mowa jego, lubo czysta, zdradzała pochodzenie z dalekich 
stron. Nie chciał jednakże odmówić mu pomocy i pozwolił mu przysiąść się wraz ze 
skrzyniami, które okazały się dziwnie lekkie, na luźnego konia, którego powodował Czech. 
 
– Niech Bóg pomnoży twoje zwycięstwa, mężny rycerzu! – rzekł nieznajomy. 
Po czym widząc młodocianą twarz Zbyszkową dodał półgłosem: 
– A również twoje włosy na brodzie. 
I po chwili jechał obok Czecha. Przez czas jakiś nie mogli rozmawiać, albowiem dął silny 
wiatr i w boru szum był okrutny, lecz gdy się nieco uspokoiło, Zbyszko usłyszał za sobą następującą 
rozmowę: 
 
– Nie przeczę ci, że w Rzymie byłeś, ale wyglądasz na piwożłopa – mówił Czech. 
– Strzeż się wiekuistego potępienia – odrzekł nieznajomy – albowiem mówisz do człowieka, 
który zeszłej Wielkanocy jadł jaja na twardo z Ojcem Św. Nie mów mi na takie zimno o 
piwie, chyba o grzanym, ale jeśli masz gdzie przy sobie gąsiorek z winem, to daj mi dwa lub 
trzy łyki, a ja ci miesiąc czyśćca odpuszczę. 
– Nie masz święceń, bom słyszał, żeś sam o tym mówił, jakoże więc odpuścisz mi miesiąc 
czyśćca? 
– Święceń nie mam, ale głowę mam ogoloną, gdyż na to pozwoleństwo otrzymałem, prócz 
tego odpusty i relikwie wożę. 
– W tych łubach? – zapytał Czech. 
– W tych łubach. A gdybyście wszystko ujrzeli, co mam, padlibyście na twarze nie tylko 
wy, ale i wszystkie sosny w boru razem z dzikimi zwierzęty. 
Lecz Czech, który był pachołek roztropny i doświadczony, spojrzał podejrzliwie na przekupnia 
odpustów i rzekł: 
 
– A wilcy konia zjedli? 
– Zjedli, gdyż są diabłom pokrewni, ale popękali. Jednegom ci rozpukniętego na własne 
oczy widział. Jeśli masz wino, to daj, bo choć wiatr ustał, alem przemarzł siedząc przy drodze. 
Czech wina jednak nie dał i znów jechali w milczeniu, aż przekupień relikwij sam począł 
pytać: 
 
– Dokąd jedziecie? 
– Daleko. Ale tymczasem do Sieradza. Pojedziesz z nami? 
– Bo muszę. Prześpię się w stajni, a jutro może mi też pobożny rycerz konia podaruje – i 
ruszę dalej. 
– Skądże jesteś? 
– Spod pruskich panów, spod Malborga. 
Usłyszawszy to Zbyszko zwrócił głowę i kiwnął na nieznajomego, aby się przybliżył. 
– Spod Malborga jesteś? – rzekł. – Stamtąd jedziesz? 
– Spod Malborga. 
– Ale chyba nie Niemiec, ile że naszą mową dobrze mówisz. Jako cię wołają? 

– Niemiec jestem, a wołają mnie Sanderus; waszą mową mówię, gdyż się w Toruniu urodziłem, 
gdzie wszystek naród tak mówi. Później mieszkałem w Malborgu, ale i tam to samo! 
Ba! nawet i bracia zakonni waszą mowę rozumieją. 
– A dawnoś z Malborga? 
– Byłem, panie w Ziemi Św., potem zaś w Konstantynopolu i w Rzymie, skąd przez Francję 
wróciłem do Malborga, a z Malborga jechałem na Mazowsze obwożąc relikwie święte, 
które pobożni chrześcijanie radzi dla zbawienia duszy kupują. 
– Byłeś w Płocku czyli też w Warszawie? 
– Byłem i tu, i tu. Niech Bóg da zdrowie obum księżnom! Nie próżno księżnę Aleksandrę 
nawet panowie pruscy miłują, bo to świątobliwa pani – chociaż i księżna Anna Januszowa nie 
gorsza. 
– Widziałeś w Warszawie dwór? 
– Nie napotkałem go w Warszawie, jeno w Ciechanowie, gdzie mnie oboje księstwo jako 
sługę Bożego gościnnie przyjęli i hojnie na drogę obdarowali. Ale i ja też zostawiłem im relikwie, 
które błogosławieństwo boskie muszą na nich ściągnąć. 
Zbyszko chciał zapytać o Danusię, ale naraz zdjęła go jakby pewna nieśmiałość i pewien 
wstyd, zrozumiał bowiem, że byłoby to samo, co zwierzyć się z miłości przed nieznajomym, 
gminnego pochodzenia człekiem, który przy tym wyglądał podejrzanie i mógł być prostym 
oszustem. Więc po chwili milczenia spytał: 
 
– Jakież to relikwie po świecie wozisz? 
– Wożę i odpusty, i relikwie, które to odpusty są różne: są całkowite i na pięćset lat, i na 
trzysta, i na dwieście, i na mniej, tańsze, aby i ubodzy ludzie mogli je nabywać i tym sposobem 
czyśćcowe męki sobie skracać. Mam odpusty na przeszłe grzechy i na przyszłe, ale nie 
myślcie, panie, abym pieniądze, za które je kupują, sobie chował... Kawałek czarnego chleba i 
łyk wody – ot, co dla mnie – a resztę, co zbieram, do Rzymu odwożę, aby się z czasem na 
nową wyprawę krzyżową zebrało. Jeździ ci wprawdzie po świecie wielu wydrwigroszów, 
którzy wszystko mają fałszywe: i odpusty, i relikwie, i pieczęcie, i świadectwa – i takich 
słusznie Ojciec Święty listami ściga, ale mnie przeor sieradzki krzywdę i niesprawiedliwość 
wyrządził – gdyż moje pieczęcie są prawdziwe. Obejrzyjcie, panie, wosk i sami powiecie. 
– A cóż przeor sieradzki? 
– Ach, panie! Bogdajbym niesłusznie mniemał, że heretycką nauką Wiklefa zarażon. Ale 
jeśli, jako mi wasz giermek powiedział, jedziecie do Sieradza, tedy mu się wolę nie pokazować, 
aby go do grzechu i bluźnierstw przeciw świętościom nie przywodzić. 
– To się znaczy, niewiele mówiąc, że cię wziął za oszusta i rzezimieszka? 
– Żebyś to mnie, panie! odpuściłbym mu dla miłości bliźniego, jak zresztą już uczyniłem, 
ale on przeciw towarom moim świętym pobluźnił, za co, obawiam się wielce, że potępiony 
zostanie bez ratunku. 
– Jakież to masz towary święte? 
– Takie, że się i mówić o nich z nakrytą głową nie godzi, ale tym razem, mając gotowe odpusty, 
daję wam, panie, pozwolenie nie zrzucać kaptura, gdyż wiatr dmie znowu. Kupicie za 
to odpuścik na popasie i grzech nie będzie wam policzon. Czego ja nie mam! Mam kopyto 
osiołka, na którym odbyła się ucieczka do Egiptu, które znalezione było koło piramid. Król 
aragoński dawał mi za nie pięćdziesiąt dukatów dobrym złotem. Mam pióro ze skrzydeł archanioła 
Gabriela, które podczas Zwiastowania uronił; mam dwie głowy przepiórek zesłanych 
Izraelitom na puszczy; mam olej, w którym poganie św. Jana chcieli usmażyć – i szczebel z 
drabiny, o której się śniło Jakubowi – i łzy Marii Egipcjanki, i nieco rdzy z kluczów św. Piotra... 
Ale wszystkiego wymienić nie zdołam, dlatego żem przemarzł, a twój giermek, panie, 
nie chciał mi dać wina, a po wtóre dlatego, że do wieczora bym nie skończył. 
– Wielkie są te relikwie, jeśli prawdziwe! – rzekł Zbyszko. 

– Jeśli prawdziwe? Weź, panie, dzidę z rąk pachołka i nadstaw, bo diabeł jest w pobliżu, 
który ci takie myśli poddaje. Trzymaj go, panie, na długość kopii. A nie chcesz-li nieszczęścia 
na się sprowadzać, to kup u mnie odpust za ten grzech – inaczej w trzech niedzielach umrze ci 
ktoś, kogo najwięcej na świecie miłujesz. 
Zbyszko przeląkł się groźby, gdyż przyszła mu na myśl Danusia, i odrzekł: 
 
– Toć nie ja nie wierzę, jeno przeor dominikanów w Sieradzu. 
– Obejrzyjcie, panie, sami wosk na pieczęciach; a co do przeora, Bóg wie, zali on jeszcze 
żyw, albowiem prędka bywa sprawiedliwość boska. 
Lecz gdy przyjechali do Sieradza, pokazało się, że przeor był żyw. Zbyszko udał się nawet 
do niego, aby dać na dwie msze, z których jedna miała się odprawić na intencję Maćka, druga 
na intencję owych pawich pióropuszów, po które Zbyszko jechał. Przeor, jak wielu wówczas 
w Polsce, był cudzoziemcem, rodem z Cylii, ale przez czterdzieści lat życia w Sieradzu wyuczył 
się dobrze polskiej mowy i był wielkim nieprzyjacielem Krzyżaków. Za czym dowiedziawszy 
się o Zbyszkowym przedsięwzięciu rzekł: 
 
– Większa ich jeszcze spotka kara boska, ale i ciebie od tego, coś zamierzył, nie odwodzę 
naprzód z tej przyczyny, iżeś zaprzysiągł, a po wtóre, że za to, co tu w Sieradzu uczynili, nigdy 
ich dosyć polska ręka nie przyciśnie. 
– Coże uczynili? – zapytał Zbyszko, który rad był wiedzieć o wszystkich nieprawościach 
krzyżackich. 
Na to staruszek przeor rozłożył dłonie i naprzód począł odmawiać głośno „Wieczny odpoczynek”, 
potem zaś siadł na zydlu, przez chwilę oczy trzymał zamknięte, jakby chcąc zebrać 
dawne wspomnienia, i wreszcie tak mówić począł: 
 
– Sprowadził ich tu Wincenty z Szamotuł. Było mi wtedy dwanaście roków i właśniem 
przybył tu z Cylii, skąd mnie wuj mój Petzoldt, kustosz, zabrał. Krzyżacy napadli w nocy na 
miasto i zaraz je podpalili. Widzieliśmy z murów, jako w rynku mężów, dzieci i niewiasty 
ścinali mieczami albo jako niemowlęta rzucali w ogień... Widziałem zabijanych i księży, gdyż 
w złości swej nie przepuszczali nikomu. A zdarzyło się, iż przeor Mikołaj, z Elbląga rodem 
będąc, znał komtura Hermana, który wojskiem przewodził. Wyszedł on tedy ze starszymi 
braćmi do owego lutego rycerza i klęknąwszy przed nim zaklinał go po niemiecku, aby się 
chrześcijańskiej krwi ulitował. Któren mu rzekł: „Nie rozumiem” – i dalej rzezać ludzi nakazał. 
Wtedy to wycięto i zakonników, a z nimi wuja mego Petzoldta, a zasię Mikołaja koniowi 
do ogona przywiązali... A nad ranem nie było jednego żywego człowieka w mieście, prócz 
Krzyżaków i prócz mnie, który się na belce ode dzwonu zataiłem. Bóg ich już pokarał za to 
pod Płowcami, ale oni ciągle na zgubę tego chrześcijańskiego Królestwa dybią i póty dybać 
będą, póki ich całkiem nie zetrze ramię boskie. 
– Pod Płowcami toż – odrzekł Zbyszko – wszyscy prawie mężowie z rodu mego wyginęli; 
ale ich nie żałuję, skoro Bóg króla Łokietka tak wielkim zwycięstwem udarował i dwadzieścia 
tysięcy Niemców wygubił. 
– Doczekasz ty się jeszcze większej wojny i większych zwycięstw – rzekł przeor. 
– Amen! – odpowiedział Zbyszko. 
I poczęli mówić o czym innym. Młody rycerz wypytywał trochę o przekupnia relikwii, 
którego zdybał w drodze, i dowiedział się, iż wielu podobnych oszustów włóczy się po drogach 
durząc łatwowiernych ludzi. Mówił mu także przeor, iż są bulle papieskie nakazujące 
biskupom ścigać podobnych przekupniów, i któren by nie miał prawdziwych listów i pieczęci, 
zaraz go sądzić. Ponieważ świadectwa owego włóczęgi wydały się przeorowi podejrzane, 
więc chciał go zaraz do jurysdykcji biskupiej odesłać. Jeśliby się okazało, że prawdziwym jest 
wysłannikiem od odpustów, tedyby mu się krzywda nie stała. Ale on wolał uciec. Może jednak 
bał się mitręgi w podróży – ale przez tę ucieczkę w jeszcze większe podejrzenie się podał. 
 
Pod koniec odwiedzin zaprosił też przeor Zbyszka na odpoczynek i nocleg do klasztoru, 
lecz ów nie mógł się na to zgodzić, chciał bowiem wywiesić kartę przed gospodą z wyzwa
 
 

niem na „walkę pieszą alibo konną” wszystkich rycerzy, którzy by zaprzeczyli, że panna Danuta 
Jurandówna jest najurodziwszą i najcnotliwszą dziewką w Królestwie – nie wypadało 
zaś żadną miarą wywieszać takowego wyzwania na furcie klasztornej. Ni przeor, ni inni księża 
nie chcieli mu nawet karty napisać, skutkiem czego młody rycerz wpadł w wielki kłopot i 
całkiem nie wiedział, jak sobie poradzić. Aż dopiero po powrocie do gospody przyszło mu na 
myśl udać się o pomoc do przekupnia odpustów. 
 
– Przeor zgoła nie wie, czyliś nie hultaj – rzekł – bo powiada tak: „Czego by się miał bać 
biskupiego sądu, gdyby prawe miał świadectwa?” 
– Nie boję się też biskupa – odrzekł Sanderus – jeno mnichów, którzy się na pieczęciach 
nie znają. Właśnie chciałem do Krakowa jechać, ale że konia nie mam, więc muszę czekać, 
póki mi go ktoś nie podaruje. Ale tymczasem pismo poślę, do którego własną pieczęć przyłożę. 
– Jam też sobie pomyślał, iż jeśli pokaże się, że znasz pismo, to będzie znak, żeś nie prostak. 
Ale jakże list poślesz? 
– Przez jakiego pątnika albo wędrownego mnicha. Małoż to ludzi do Krakowa do grobu 
królowej jeździ? 
– A mnie potrafisz kartę napisać? 
– Wypiszę, panie, wszystko, co każecie – gładko a do rzeczy, choćby na desce. 
– Lepiej, że na desce – rzekł uradowany Zbyszko – bo to się nie zedrze i na później się 
przyda. 
Jakoż, gdy po upływie pewnego czasu pacholikowie znaleźli i przynieśli świeżą deskę, zabrał 
się Sanderus do pisania. Co tam napisał, tego Zbyszko przeczytać nie umiał, ale kazał 
zaraz przybić wyzwanie na wrotach, pod nim zaś zawiesić tarczę, której Turczynkowie pilnowali 
na przemian. Kto by w nią kopią uderzył, ten by dał znak, że wyzwanie przyjmuje. W 
Sieradzu jednak brakło widocznie ochotników do takich spraw, tego bowiem dnia ani nazajutrz 
do południa nie zadźwięczała tarcza ani razu od uderzenia – o południu zaś wybrał się 
strapiony nieco młodzieńczyk w dalszą drogę. 
 
Jednakże przedtem jeszcze przyszedł do Zbyszka Sanderus i rzekł mu: 
 
– Gdybyście, panie, wywiesili tarczę w krajach panów pruskich, pewnie by już teraz giermek 
musiał za was rzemienie od zbroi dociągać. 
– Jak to! przecie Krzyżak, jako zakonnik, nie może mieć damy, w której się kocha, bo mu 
nie wolno. 
– Nie wiem, czy im wolno, jeno wiem, że je miewają. Prawda, że Krzyżak bez zgorszenia 
do pojedynczej walki stanąć nie może, gdyż przysięga, że tylko za wiarę będzie się wespół z 
drugimi potykał, ale tam prócz zakonników siła jest i świeckich rycerzy z dalekich stron, którzy 
panom pruskim w pomoc przychodzą. Ci patrzą jeno, z kim by się sczepić, a szczególniej 
rycerze francuscy. 
– O wa! widziałem ja ich pod Wilnem, a da Bóg zobaczę i w Malborgu. Potrzeba mi pawich 
piór z hełmów, bom to ślubował – rozumiesz? 
– Kupcie, panie, ode mnie dwie albo trzy krople potu św. Jerzego, które wylał ze smokiem 
walcząc. Żadna relikwia lepiej się rycerzowi nie przygodzi. Dacie mi za to konia, na którego 
kazaliście mi się przysiąść, to wam jeszcze i odpust dołożę za tę krew chrześcijańską, którą w 
walce przelejecie. 
– Daj spokój, bo się zaś zgniewam. Nie będę twego towaru brał, póki nie wiem, czy dobry. 
– Jedziecie, panie, jakoście rzekli, na dwór mazowiecki do księcia Janusza. Spytajcie się 
tam, ile relikwiów ode mnie nabrali – i sama księżna, i rycerze, i panny na weselach, na którym 
byłem. 
– Na jakich weselach? – zapytał Zbyszko. 
– Jako zwyczajnie przed adwentem. Żenili się rycerze jeden przez drugiego, bo ludzie 
prawią, że będzie wojna między królem polskim a pruskimi pany o ziemię dobrzyńską... Mó

wi też sobie poniektóry: „Bogu wiadomo, czy żyw będę” i chce przedtem szczęśliwości z 
niewiastą zażyć. 
 
Zbyszka zajęła mocno wieść o wojnie, ale jeszcze mocniej to, co Sanderus mówił o zamęściach, 
więc zapytał: 
 
– Jakież tam dziewki się wydały? 
– A dwórki księżny. Nie wiem, czy jedna ostała, bom słyszał, jako księżna mówiła, że 
przyjdzie jej nowych służebnych niewiast szukać. 
Usłyszawszy to Zbyszko umilkł na chwilę, po czym spytał nieco zmienionym głosem: 
 
– A panna Danuta Jurandówna, której imię na desce stoi, też się wydała? 
Sanderus zawahał się z odpowiedzią, naprzód dlatego, że sam nic dobrze nie wiedział, a po 
wtóre, że pomyślał, iż utrzymując rycerza w niepewności, nabierze nad nim pewnej przewagi 
i potrafi go lepiej wyzyskać. Już on poprzednio rozważył to w duszy, iż należy mu się trzymać 
tego rycerza, któren poczet miał zacny i opatrzon był dostatnio. Sanderus znał się na ludziach 
i na rzeczach. Wielka młodość Zbyszka pozwalała mu przypuszczać, że będzie to pan 
hojny a nieopatrzny i łatwo groszem rzucający. Zobaczył już był także ową kosztowną zbroję 
mediolańską i ogromne ogiery bojowe, których byle kto posiadać nie mógł – więc powiedział 
sobie, że przy takim paniątku będzie się miało i gościnność po dworach zapewnioną, i niejedną 
sposobność do zyskownej sprzedaży odpustów, i bezpieczeństwo w drodze – i wreszcie 
obfitość jadła i napoju, o którą mu przede wszystkim chodziło. 
 
Zatem usłyszawszy Zbyszkowe pytanie namarszczył czoło, podniósł w górę oczy, jakby 
natężając pamięć, i odrzekł: 
 
– Panna Danuta Jurandówna... A skąd ona jest? 
– Jurandówna Danuta ze Spychowa. 
– Widziałem ci ja je wszystkie, ale jak tam na którą wołali – nie bardzo pomnę. 
– Młódka to jeszcze jest, na luteńce grywająca, która śpiewaniem księżnę rozwesela. 
– Aha... młódka... na luteńce grywająca... wychodziły i młódki... Nie czarnać ona jako 
agat? 
Zbyszko odetchnął. 
 
– To nie ta! Tamta biała jako śnieg, jeno na jagodach rumiana – i płowa. 
A na to Sanderus: 
– Bo jedna, czarna jak agat, przy księżnie ostała, a inne prawie wszystkie się wydały. 
– Przecie mówisz, że „prawie wszystkie”, to się znaczy, że nie co do jednej. Na miły Bóg, 
chcesz-li ode mnie co mieć, to sobie przypomnij. 
– Tak we trzy albo cztery dni to bym sobie przypomniał – a najmilszy byłby mi koń, który 
by moje święte towary nosił. 
– To go dostaniesz, byleś prawdę rzekł. 
Wtem Czech, który słuchał tej rozmowy od początku i uśmiechał się w garść, ozwał się: 
– Prawda będzie wiadoma na mazowieckim dworze. 
Sanderus popatrzył na niego przez chwilę, po czym rzekł: 
– A to myślisz, że się dworu mazowieckiego boję? 
– Ja nie mówię, że się dworu mazowieckiego boisz, jeno że zaraz ni też po trzech dniach z 
koniem nie odjedziesz, a pokaże się li, żeś zełgał, to i na własnych nogach nie odejdziesz, bo 
ci je Jego Miłość każe połamać. 
– Jako żywo! – rzekł Zbyszko. 
Sanderus pomyślał, że wobec takiej zapowiedzi lepiej być ostrożnym, i odrzekł: 
– Gdybym chciał zełgać, to byłbym od razu powiedział, że się wydała albo że się nie wydała, 
a ja rzekłem: nie pomnę. Żebyś miał rozum, to byś zaraz cnotę moją z tej odpowiedzi 
wymiarkował. 
– Nie brat mój rozum twojej cnocie, bo ona może być psu siostra. 

– Nie szczeka moja cnota, jako twój rozum; a kto za życia szczeka, ten snadnie może wyć 
po śmierci. 
– I pewnie! Twoja cnota nie będzie po śmierci wyła, jeno zgrzytała, chyba że za życia na 
usługach diabłu zęby straci. 
I poczęli się kłócić, gdyż Czech wartki miał język i na każde słowo Niemca dwa znajdował. 
Lecz tymczasem dał Zbyszko rozkaz odjazdu i niebawem ruszyli wypytawszy wprzód 
dobrze ludzi bywałych o drogę do Łęczycy. Wkrótce za Sieradzem wjechali w głuche bory, 
którymi większa część kraju była porośnięta. Lecz środkiem ich szedł gościniec, miejscami 
nawet okopany, miejscami na nizinach wymoszczony okrąglakami, zabytek króla Kazimierzowej 
gospodarki. Wprawdzie po jego śmierci wśród zawieruchy wojennej, jaką wzniecili 
Nałęcze i Grzymalici, po****dły nieco drogi, lecz za Jadwigi po uspokojeniu Królestwa zawrzały 
znów w rękach zabiegłego ludu łopaty po bagnach, siekiery po lasach i pod koniec jej 
życia wszędzie już kupiec mógł między znaczniejszymi grodami prowadzić swoje ładowne 
wozy bez obawy, iż mu się połamią wśród wybojów lub pogrzęzną w młakach. Zwierz chyba 
dziki lub zbóje mogli wstręt czynić po drogach, lecz od zwierza były kaganki na noc, zaś kusze 
do obrony w dzień, a zbójów, zawalidrogów mniej było niż w krajach ościennych. Zresztą, 
kto jechał z pocztem i zbrojny, ten mógł się niczego nie obawiać. 
 
Zbyszko też nie obawiał się zbójów ni zbrojnych rycerzy, a nawet i nie myślał o nich, gdyż 
opadł go srogi niepokój – i duszą całą był na mazowieckim dworze. Zastanie-li jeszcze swoją 
Danuśkę dwórką księżny, czyli też żoną jakiego mazowieckiego rycerza – sam nie wiedział i 
od rana do nocy bił się z myślami nad tym pytaniem. Czasem wydawało mu się to niepodobieństwem, 
by ona miała o nim zapomnieć – lecz chwilami przychodziło mu do głowy, że 
może Jurand przybył na dwór ze Spychowa i wydał dziewkę za mąż za jakiego sąsiada lub 
przyjaciela. Mówił on przecie jeszcze w Krakowie, że nie Zbyszkowi Danusia pisana i że mu 
jej oddać nie może – więc widocznie przyrzekł ją komuś innemu, widocznie był związan 
przysięgą, a teraz przysięgi dotrzymał. Zbyszkowi, gdy o tym myślał, zdało się rzeczą pewną, 
że już nie ujrzy Danuśki dziewczyną. Wołał wówczas Sanderusa i znów go badał, znów wypytywał, 
ale ów mącił coraz bardziej. Nieraz już, już przypominał sobie dwórkę Jurandównę i 
jej wesele – a potem nagle wsadzał palec w usta, zamyślał się i odpowiadał: „Chyba nie ta!” 
W winie, które mu miało jasność w głowie czynić, nie odnajdował też Niemiec pamięci – i 
trzymał ciągle młodego rycerza między śmiertelną obawą a nadzieją. 
 
Jechał więc Zbyszko w trosce, zmartwieniu i niepewności. Po drodze nie myślał już wcale 
ni o Bogdańcu, ni o Zgorzelicach, tylko o tym, co mu należy czynić. Przede wszystkim należało 
jechać dowiedzieć się prawdy na mazowieckim dworze, jechał więc spiesznie, zatrzymując 
się tylko na krótkie noclegi po dworach, gospodach i miastach, aby koni nie zniszczyć. 
W Łęczycy kazał wywiesić znów deskę z wyzwaniem przed bramą rozumując sobie w duszy, 
że czy Danuśka jeszcze trwa w panieńskim stanie, czy za mąż wyszła, zawsze jest panią jego 
serca i potykać się o nią powinien. Ale w Łęczycy nie bardzo kto umiał wyzwanie przeczytać, 
ci zaś z rycerzy, którym odczytali je biegli w piśmie klerycy, wzruszali ramionami nie znając 
obcego obyczaju i mówiąc: „Głupi to jakiś jedzie, bo jakże mu kto ma przyświadczyć albo się 
sprzeciwić, skoro onej dziewki na oczy nie widział.” A Zbyszko jechał dalej w coraz większym 
strapieniu i z coraz większym pośpiechem. Nigdy on nie ustawał kochać swojej Danuśki, 
ale w Bogdańcu i w Zgorzelicach „uradzając” prawie co dzień z Jagienką i patrząc na jej 
urodę, nie tak często o tamtej myślał, a teraz dniem i nocą nie schodziła mu ni z oczu, ni z 
pamięci, ni z myśli. We śnie nawet widywał ją przed sobą, przetowłosą, z lutnią w ręku, w 
czerwonych trzewikach i z wianeczkiem na głowie. Wyciągała do niego ręce, a Jurand ją od 
niego odciągał. Rankiem, gdy sny pierzchały, przychodziła zaraz na ich miejsce tęsknota 
większa, niż była przedtem – i nigdy tak Zbyszko tej dziewczyny nie kochał w Bogdańcu, jak 
zaczął ją kochać właśnie teraz, gdy nie był pewien, czy mu jej nie zabrali. 
 

Przychodziło mu też do głowy, że pewnie ją po niewoli wydali, więc jej w duszy nie 
oskarżał, zwłaszcza że dzieckiem będąc woli swej jeszcze mieć nie mogła. Burzył się natomiast 
w duszy przeciw Jurandowi i przeciw księżnie Januszowej, a gdy pomyślał o Danusinym 
mężu, zaraz serce podnosiło mu się aż po szyję w piersiach i groźnie się na pachołków, 
wiozących pod oponami zbroje, oglądał. Układał też sobie, że służyć jej nie przestanie i że 
choćby ją cudzą żoną zastał, to pawie grzebienie złożyć jej u nóg musi. Ale było w tej myśli 
więcej żalu niż pociechy, bo całkiem nie wiedział, co pocznie potem. 
 
Pocieszała go tylko myśl o wielkiej wojnie. Chociaż nie chciało mu się bez Danuśki żyć, 
nie obiecywał sobie, że koniecznie zginie, natomiast czuł, że tak mu się jakoś zapodzieje w 
czasie wojny dusza i pamięć, iż zbędzie wszelkich innych trosk i frasunków. A wielka wojna 
wisiała jakby w powietrzu. Nie wiadomo było, skąd się brały o niej wieści, gdyż między królem 
a Zakonem panował spokój – a jednakże wszędy, gdzie Zbyszko zajechał, nie mówiono o 
niczym innym. Ludzie mieli jakby przeczucie, że to nastąpić musi, a niektórzy mówili otwarcie: 
„Po cóż nam się było z Litwą łączyć, jeśli nie przeciw onym wilkom krzyżackim? Raz 
więc trzeba z nimi skończyć, aby zaś dłużej nie szarpali nam wnętrzności.” Inni wszelako 
powiadali: „Szaleni mnichowie! mało im było Płowców! Śmierć jest nad nimi, a oni jeszcze 
ziemię dobrzyńską porwali, którą wraz z krwią wyrzygać muszą.” I gotowano się po wszystkich 
ziemiach Królestwa poważnie, bez chełpliwości, jako zwyczajnie do boju na śmierć i 
życie, ale z głuchą zawziętością potężnego ludu, który zbyt długo krzywdy znosił i wreszcie 
do wymierzenia straszliwej kary się gotował. Po wszystkich dworach spotykał Zbyszko ludzi 
przekonanych, że lada dzień trzeba będzie na koń siadać, i aż dziwił się temu, albowiem 
mniemając również jak i inni, że do wojny przyjść musi, nie słyszał jednak o tym, by miała 
nastąpić tak prędko. Nie przyszło mu wszelako do głowy, że ludzka chęć wyprzedza w tym 
razie wypadki. Wierzył innym, nie sobie, i radował się w sercu na widok owej przedwojennej 
krzątaniny, którą na każdym spotykał kroku. Wszędzie wszystkie inne troski ustępowały trosce 
o konie i zbroje, wszędzie oglądano w wielkim skupieniu kopie, miecze, topory, rohatyny, 
hełmy, pancerze, rzemienie przy napierstnikach i kropierzach. Kowale dzień i noc bili młotami 
w żelazne blachy kowając zbroje grube, ciężkie, które by ledwie dźwignąć mogli wytworni 
rycerze z Zachodu, ale które z łatwością nosili krzepcy „dziedzice” z Wielkopolski i Małopolski. 
Starcy wydobywali ze skrzyń w alkierzach spleśniałe worki z grzywnami na wojenną 
wyprawę dla dzieci. Raz nocował Zbyszko u możnego szlachcica Bartosza z Bielaw, który 
mając dwudziestu dwóch tęgich synów, zastawił liczne ziemie klasztorowi w Łowiczu, aby 
zakupić dwadzieścia dwa pancerze, tyleż hełmów i innych przyborów na wojnę. Więc Zbyszko, 
choć o tym w Bogdańcu nie słyszał, myślał także, że zaraz przyjdzie do Prus pociągnąć, i 
dziękował Bogu, że tak przednio jest na wyprawę opatrzon. Jakoż zbroja jego budziła powszechny 
podziw. Brano go za wojewodzińskie dziecko, a gdy powiadał ludziom, że prostym 
jest tylko szlachcicem i że taką zbroję można u Niemców kupić, byle godnie toporem zapłacić, 
wzbierały serca ochotą wojenną. Lecz niejeden na widok tej zbroi nie mogąc pożądliwości 
potłumić doganiał Zbyszka na gościńcu i mówił: „Nuż byś się o nią spotkał?” Ale on mając 
drogę pilną nie chciał się potykać, a Czech kuszę naciągał. Przestał nawet Zbyszko wywieszać 
po gospodach deskę z wyzwaniem, albowiem pomiarkował, iż im głębiej od granic w 
kraj wjeżdżał, tym mniej się ludzie na tym rozumieli i tym bardziej poczytywali go za głupiego. 
 
 
Na Mazowszu mniej ludzie mówili o wojnie. Wierzyli i tu, że będzie, ale nie wiedzieli kiedy. 
W Warszawie spokój był, tym bardziej że dwór bawił w Ciechanowie, który książę Janusz 
po dawnym napadzie litewskim przebudowywał, a raczej całkiem na nowo wznosił, gdyż z 
dawnego został tylko zamek. W grodzie warszawskim przyjął Zbyszka Jaśko Socha, starosta 
zamkowy, syn wojewody Abrahama, który pod Worsklą poległ. Jaśko znał Zbyszka, gdyż był 
z księżną w Krakowie, więc też i ugościł go z radością – on zaś, nim do jadła i napoju zasiadł, 
 

zaraz począł go wypytywać o Danusię i o to, czy się wraz z innymi dwórkami księżny nie 
wydała. 
 
Lecz Socha nie umiał mu na to odpowiedzieć. Księstwo bawili na zamku ciechanowskim 
od wczesnej jesieni. W Warszawie została tylko garść łuczników i on dla straży. Słyszał, że 
były w Ciechanowie różne uciechy i wesela, jak bywa zwyczajnie przed adwentem, ale która 
by z dwórek za mąż poszła, a która się ostała, o to, jako człek żonaty, nie wypytywał. 
 
– Myślę wszelako – mówił – że Jurandówna się nie wydała, gdyżby się to bez Juranda 
obyć nie mogło, a nie słyszałem, aby przyjeżdżał. Bawią też u księstwa w gościnie dwaj bracia 
zakonni, komturowie, jeden z Jansborku, a drugi ze Szczytna, a z nimi podobno jacyś goście 
zagraniczni – a wtedy Jurand nigdy nie przyjeżdża, gdyż jego widok białego płaszcza do 
szaleństwa zaraz przywodzi. Nie było zasię Juranda, nie było i wesela! A chcesz, to poślę ci 
gończego zapytać, któremu pilno wracać każę, choć jako żywo tak myślę, że Jurandównę w 
panieńskim jeszcze stanie napotkasz. 
– Sam zaraz jutro pojadę, ale za pociechę Bóg ci zapłać. Niech jeno konie odpoczną, to 
pojadę, gdyż nie będę miał spokoju, póki się prawdy nie dowiem, Bóg ci wszelako zapłać, bo 
zaraz mi ulżyło. 
Socha nie poprzestał jednak na tym i począł się przepytywać między szlachtą bawiącą 
przygodnie w zamku i między żołnierzami, czy kto czego o weselu Jurandówny nie słyszał. 
Nie słyszał jednak nikt – choć znaleźli się tacy, którzy byli w Ciechanowie, a nawet i na niektórych 
weselach: „Chybaby kto ją wziął w ostatnich tygodniach albo w ostatnich dniach.” 
Jakoż mogło się i tak zdarzyć, gdyż w owych czasach nie tracili ludzie czasu na namysł. Ale 
tymczasem Zbyszko poszedł spać wielce pokrzepiony. Już w łożu będąc namyślał się, czy nie 
odpędzić nazajutrz Sanderusa, pomyślał jednak, że hultaj może mu się dla swej znajomości 
niemieckiej mowy przydać wówczas, gdy się przeciw Lichtensteinowi wybierze. Pomyślał 
także, że Sanderus nie okłamał go, a chociaż był nabytkiem kosztownym, gdyż jadł i pił po 
gospodach za czterech, był jednak usłużny i okazywał nowemu panu pewne przywiązanie. 
Nadto posiadał także sztukę pisania, czym górował nad giermkiem Czechem i nad samym 
Zbyszkiem. 
 
To wszystko sprawiło, iż młody rycerz pozwolił mu jechać ze sobą do Ciechanowa, z czego 
Sanderus był rad nie tylko dla wiktu, ale i dlatego, iż zauważył, że w zacnym towarzystwie 
więcej wzbudza ufności i łacniej znajduje kupców na swój towar. Po jeszcze jednym noclegu 
w Nasielsku, jadąc ni zbyt wartko, ni zbyt wolno, ujrzeli następnego dnia pod wieczór mury 
ciechanowskiego zamku. Zbyszko zatrzymał się w gospodzie, aby wdziać na się zbroję i wjechać 
obyczajem rycerskim do zamku, w hełmie i z kopią w ręku – za czym siadł na olbrzymiego 
zdobycznego ogiera i uczyniwszy w powietrzu znak krzyża – ruszył przed siebie. 
 
Lecz nie ujechał i dziesięciu kroków, gdy jadący z tyłu Czech porównał się z nim i rzekł: 
 
– Wasza miłość, rycerze jacyś za nami walą, Krzyżaki chyba czy co? 
Zbyszko zawrócił konia i nie dalej jak na pół stajania za sobą ujrzał okazały poczet, na którego 
czele jechało dwóch rycerzy na tęgich pomorskich koniach, obaj w pełnych zbrojach, 
każdy w białym płaszczu z czarnym krzyżem i w hełmie z wysokim pawim pióropuszem. 
 
– Krzyżacy, na miły Bóg! – rzekł Zbyszko. 
I mimo woli pochylił się w siodle i złożył kopię w pół ucha końskiego, co widząc Czech 
splunął w garście, aby mu się nie ślizgało w nich toporzysko. 
Czeladnicy Zbyszkowi, ludzie bywali i znający obyczaj wojenny, stanęli także w gotowości 
– nie do walki wprawdzie, albowiem w spotkaniach rycerskich służba nie brała udziału, 
ale do odmierzenia miejsc pod bitwę konną lub do udeptania zaśnieżonej ziemi pod pieszą. 
Jeden Czech tylko szlachcicem będąc miał się ku robocie, lecz i on spodziewał się, że Zbyszko 
przemówi, zanim uderzy, i w duszy mocno się nawet dziwił, iż młody pan pochylił kopię 
przed wyzwaniem. 
 

Lecz i Zbyszko opamiętał się w porę. Przypomniał sobie swój szalony uczynek pod Krakowem, 
gdy nieopatrznie chciał bić w Lichtensteina – i wszystkie nieszczęścia, jakie z tego 
wynikły, więc podniósł kopię, oddał ją Czechowi i nie dobywając miecza ruszył koniem ku 
rycerzom zakonnym. Zbliżywszy się zauważył, że prócz nich był jeszcze trzeci rycerz, również 
z piórami na głowie, i czwarty, niezbrojny, długowłosy, który wydawał mu się Mazurem. 
 
Widząc zaś ich rzekł sobie w duszy: 
 
„Ślubowałem mojej panience w więzieniu nie trzy czuby, jeno tyle, ile paliców u rąk, ale 
trzy, byle to nie byli posłowie – mogłoby być zaraz.” 
 
Jednakże pomyślał, że to właśnie muszą być jacyś posłowie do księcia mazowieckiego, 
więc westchnąwszy ozwał się głośno: 
 
– Pochwalony Jezus Chrystus! 
– Na wieki wieków – odpowiedział długowłosy niezbrojny jeździec. 
– Szczęść wam Boże. 
– I wam, panie. 
– Chwała św. Jerzemu! 
– Nasz ci to patron. Witajcie, panie, w podróży. 
Tu poczęli się sobie kłaniać, a następnie Zbyszko wymienił, kto jest, jakiego herbu, zawołania 
i skąd na dwór mazowiecki podąża, długowłosy zaś rycerz oznajmił, iż zowie się Jędrek 
z Kropiwnicy i gości księciu wiedzie: brata Gotfryda, brata Rotgiera oraz pana Fulka de Lor-
che z Lotaryngii, który u Krzyżaków bawiąc chce księcia mazowieckiego, a zwłaszcza księżnę, 
córkę sławnego „Kynstuta”, na własne oczy obaczyć. 
 
Przez ten czas, gdy wymieniano ich nazwiska, rycerze zagraniczni siedząc prosto na koniach 
pochylali raz po raz przybrane w żelazne hełmy głowy, sądząc bowiem ze świetnej 
zbroi Zbyszkowej mniemali, że książę kogoś znacznego, może krewnego lub syna, na spotkanie 
ich wysłał. 
 
Jędrek zaś z Kropiwnicy mówił dalej: 
 
– Komtur, jakobyście po naszemu rzekli: starosta z Jansborku, bawi w gościnie u księcia, 
któremu rozpowiadał o tych trzech rycerzach, jako mają żywną ochotę przybyć, ale nie śmią, 
a zwłaszcza ów rycerz z Lotaryngii, on bowiem z daleka będąc mniemał, że za krzyżacką 
granicą zaraz mieszkają Saraceny, z którymi wojna nie ustaje. Książę, jako ludzki pan, wnet 
mnie na granicę posłał, abym ich bezpiecznie wśród zamków przeprowadził. 
– To bez waszej pomocy nie mogliby przejechać? 
– Jest nasz naród okrutnie na Krzyżaków zawzięty, a to z przyczyny nie tyle ich napaści – 
bo i my do nich zaglądamy, ile z przyczyny wielkiej ich zdradliwości, że to, jeśli cię Krzyżak 
obłapi, a z przodu w gębę cię całuje, to z tyłu gotów cię w tym samym czasie nożem żgnąć, 
któren obyczaj zgoła jest świński i nam Mazurom przeciwny... a! jużci!... Pod dach i Niemca 
każdy przyjmie, i gościowi krzywdy nie uczyni, ale na drodze rad mu zastąpi. A są i tacy, 
którzy nic innego nie czynią, przez pomstę alibo dla chwały, którą daj Bóg każdemu. 
 
– Którenże jest między wami najsławniejszy? 
– Jest jeden taki, że lepiej by Niemcu śmierć obaczyć niż jego; zowie się Jurand ze Spychowa. 
Zadrgało w młodym rycerzu serce, gdy usłyszał to nazwisko – i wraz postanowił pociągnąć 
Jędrka z Kropiwnicy za język. 
 
– Wiem! – rzekł – słyszałem: to ów, którego córka Danuta dwórką księżny była, póki się 
nie wydała. 
I to rzekłszy począł pilnie patrzyć w oczy mazowieckiego rycerza tamując prawie dech w 
piersiach, ów zaś odrzekł z wielkim zdziwieniem: 
 
– A wam to kto powiadał? Dyć to młódka. Bywa po prawdzie, że i takie wychodzą za mąż, 
ale Jurandówna nie wyszła. Sześć dni temu, jak wyjechałem z Ciechanowa i widziałem ją 
przy księżnie. Jakoże jej w adwencie wychodzić? 

Zbyszko słysząc to wytężył całą siłę woli, by nie pochwycić Mazura za szyję i nie zakrzyknąć 
mu: „Bóg ci zapłać za nowinę!” – pohamował się jednak i rzekł: 
 
– Bo słyszałem, że ją Jurand komuś oddał. 
– Księżna chciała ją oddać, nie Jurand, jeno przeciw woli Jurandowej nie mogła. Chciała ją 
oddać jednemu rycerzowi w Krakowie, który dziewce ślubował i którego ona miłuje. 
– Miłuje ci go? – zakrzyknął Zbyszko. 
Na to Jędrek spojrzał na niego bystro, uśmiechnął się i rzekł: 
– Wiecie, jakoś strasznie się o tę dziewuchę przepytujecie. 
– Przepytuję o znajomych, ku którym jadę. 
Mało Zbyszkowi widać było twarzy spod hełmu, ledwie oczy, nos i trochę policzków, ale 
za to nos i policzki tak były czerwone, że skory do drwin, a przechera, Mazur rzekł: 
 
– Pewnikiem od mrozu tak wam gęba pokraśniała jako wielkanocne jaje! 
A młodzian zmieszał się jeszcze bardziej i odpowiedział: 
– Pewnikiem... 
Ruszyli i jechali czas jakiś w milczeniu, tylko konie parskały wyrzucając z nozdrzy słupy 
pary – i obcy rycerze poczęli między sobą szwargotać. Lecz po chwili Jędrek z Kropiwnicy 
zapytał: 
 
– Jakoże was zowią, bom niedobrze dosłyszał? 
– Zbyszko z Bogdańca. 
– Moiście wy! A toć tamtemu, co to Jurandównie ślubował, podobnie było. 
– Zali myślicie, że się zaprę? – odpowiedział prędko i z dumą Zbyszko. 
– Bo i nie ma czego. Miły Boże, to wyście ów Zbyszko, któremu dziewucha nałęczką głowę 
nakryła! Po powrocie z Krakowa wszystkie dwórki o niczym innym nie gadały, jeno o 
was, a niejednemu to aż śluzy, słuchajęcy, po jagodach ciekły. Toście wy! Hej! radość też 
będzie na dworze... że to i księżna was nawidzi. 
– Bóg jej błogosław i wam także za dobrą nowinę... Bo jak mi powiedzieli, że się wydała, 
to ażem ścierpł. 
– Co się miała wydać!... Łakoma to jest rzecz taka dziewka, bo za nią cały Spychów stoi, 
ale choć siła jest gładkich chłopów na dworze, żaden ci jej w ślepia nie zaglądał, bo każden i 
jej uczynek, i wasze ślubowanie szanował. Nie byłaby też dopuściła do tego księżna. Hej! 
będzie radość. Po prawdzie przekomarzali się czasem dziewusze! Powie jej kto: „Nie wróci 
twój rycerz” – to ona jeno piętami przytupuje: „Wróci! wróci!” – chociaż nieraz, gdy kto jej 
rzekł, żeście inną wzięli, to i do płakania przychodziło. 
Rozczuliły te słowa Zbyszka, ale zarazem chwycił go gniew na ludzkie gadanie, więc 
rzekł: 
 
– Kto o mnie takie rzeczy szczekał, to go pozwę! 
A Jędrek z Kropiwnicy począł się śmiać: 
– Baby na przekór gadały! Będziecie pozywać baby? Mieczem przeciw kądzieli nie poradzisz! 
Zbyszko rad, że mu Bóg zesłał tak wesołego i życzliwego towarzysza, począł go wypytywać 
o Danusię, potem o obyczaje mazowieckiego dworu, i znów o Danusię, potem o księcia 
Janusza, o księżnę, i znów o Danusię – na koniec jednak wspomniawszy o swych ślubach 
rozpowiedział Jędrkowi, co słyszał po drodze o wojnie – jako się ludzie do niej gotują, jako 
jej z dnia na dzień czekają – a wreszcie zapytał, czyli i w księstwach mazowieckich tak samo 
myślą. 
 
Lecz dziedzic Kropiwnicy nie myślał, aby wojna była tak bliska. Gadają ludzie, że nie może 
inaczej być, ale on słyszał oto, jak raz sam książę mówił do Mikołaja z Długolasu, że pochowali 
rogi Krzyżacy i że byle król nastawał, to i z ziemi dobrzyńskiej, którą porwali, odstąpią, 
bo się potęgi jego boją – albo przynajmniej będą sprawę przewłóczyć, póki się dobrze nie 
przygotują. 
 

– Zresztą – rzekł – książę niedawno do Malborga jeździł, gdzie pod niebytność mistrza 
wielki marszałek go podejmował i gonitwy dla niego wyprawił, a teraz u księcia komtury 
bawią – i ot, nowi goście jeszcze jadą... 
Tu jednak zastanowił się przez chwilę i dodał: 
 
– Powiadają ludzie, że te Krzyżaki nie bez przyczyny u nas i u księcia Ziemowita w Płocku 
siedzą. Chcieliby oni pono, żeby w razie wojny nasi książęta nie wspomagali króla polskiego, 
jeno ich, a jeśli się nie dadzą do tego pociągnąć, to żeby choć na boku spokojnie ostali 
– ale tego nie będzie... 
– Bóg da, że nie będzie. Jakżebyście to w domu usiedzieli? Wasi książęta przecie Królestwu 
Polskiemu powinni. Nie usiedzicie, myślę. 
– Nie usiedzimy – odrzekł Jędrek z Kropiwnicy. 
Zbyszko spojrzał znów na obcych rycerzy i na ich pawie pióra: 
– To i ci po to jadą? 
– Bracia zakonni, może i po to. Kto ich wie? 
– A ów trzeci? 
– Trzeci jedzie, bo ciekawy. 
– Znaczny jakiś musi być. 
– Ba! wozów idzie za nim okutych trzy z godnym sprzętem, a ludzi pocztowych jest dziewięciu. 
Bogdajby się z takim zewrzeć! Aże ślina do gęby idzie. 
– Ale nie możecie? 
– Jakże! Toć mi książę kazał ich strzec. Włos im z głowy nie spadnie do Ciechanowa. 
– A nużbym ich pozwał? Nużby się chcieli ze mną potykać? 
– Tedy musielibyście się wpierw ze mną potykać, bo pókim żyw, nie będzie z tego nic. 
Zbyszko usłyszawszy to spojrzał przyjaźnie na młodego szlachcica i rzekł: 
– Rozumiecie, co rycerska cześć. Z wami nie będę się potykał, bom wam przyjacielem, ale 
w Ciechanowie, da Bóg, przyczynę przeciw Niemcom znajdę. 
– W Ciechanowie róbcie sobie, co wam się podoba. Nie obejdzie się też tam bez jakowychś 
gonitw, to może pójść i na ostre, byle książę i komturowie dali pozwoleństwo. 
– Mam ci ja taką deskę, na której stoi pozwanie dla każdego, kto by nie przyznał, że panna 
Danuta Jurandówna najcnotliwsza i najgładsza dziewka na świecie. Ale wiecie... wszędy ludzie 
jeno ramionami ruszali i śmiali się. 
– Bo też to jest obcy obyczaj, a prawdę rzekłszy, głupi, którego u nas ludzie nie znają, 
chyba gdzieś na pograniczach. To i ten tu Lotaryńczyk zaczepiał po drodze szlachtę każąc 
jakąś swoją panią nad inne wysławiać. Ale go nikt nie rozumiał, a jam do bitki nie dopuszczał. 
– Jak to? kazał swoją panią wysławiać? Bójcie się Boga! Chyba że wstydu w oczach nie 
ma. 
Tu spojrzał na zagranicznego rycerza, jakby się chcąc przekonać, jak też wygląda człowiek, 
który wstydu w oczach nie ma, ale w duszy musiał jednak przyznać, iż Fulko de Lorche 
nie wyglądał wcale na zwykłego zawalidrogę. Owszem, spod uchylonej przyłbicy patrzyły 
oczy łagodne i wychylała się twarz młoda, a pełna jakiegoś smutku. 
 
– Sanderus! – zawołał nagle Zbyszko. 
– Do usług – odpowiedział zbliżając się Niemiec. 
– Zapytaj się tego rycerza, jaka jest najcnotliwsza i najcudniejsza dziewka na świecie. 
– Jaka jest najcudniejsza i najcnotliwsza dziewka na świecie? – zapytał Sanderus. 
– Ulryka de Elner! – odpowiedział Fulko de Lorche. 
I podniósłszy oczy w górę począł raz po razu wzdychać, Zbyszkowi zaś, gdy usłyszał takie 
bluźnierstwo, oburzenie zaparło dech w piersi, a gniew chwycił go tak wielki, że zdarł na 
miejscu ogiera; zanim jednak zdołał przemówić, Jędrek z Kropiwnicy przedzielił go koniem 
od cudzoziemca i rzekł: 
 

– Nie będziecie się tu wadzić. 
Lecz Zbyszko zwrócił się znów do przekupnia relikwij. 
– Powiedz mu ode mnie, że sowę miłuje. 
– Pan mój mówi, szlachetny rycerzu, że miłujecie sowę! – powtórzył jak echo Sanderus. 
Na to pan de Lorche puścił cugle i prawą ręką począł odpinać, a następnie ściągać żelazną 
rękawicę, po czym rzucił ją w śnieg przed Zbyszkiem, ów zaś skinął na swego Czecha, aby ją 
podjął ostrzem kopii. 
 
Wtem Jędrek z Kropiwnicy zwrócił się do Zbyszka z twarzą już groźną i rzekł: 
 
– Nie spotkacie się, powiadam, póki się moje stróżowanie nie skończy. Nie pozwolę, ni 
jemu, ni wam. 
– Przecie ja go nie pozwałem, jeno on mnie. 
– Ale za sowę. Dość mi tego, a który by się przeciwił... Ejże!... wiem i ja, jako pas okręcić. 
– Nie chcę się z wami bić. 
– A musielibyście ze mną, bo ja tamtego poprzysiągł bronić. 
– To jakże będzie? – spytał uparty Zbyszko. 
– Ciechanów niedaleko. 
– Ale co Niemiec pomyśli? 
– Niech mu wasz człowiek powie, że tu spotkania być nie może i że pierwej musi być 
książęce pozwoleństwo dla was, a komturowe dla niego. 
– Ba! a jeżeli pozwoleństwa nie dadzą? 
– To się przecie znajdziecie. Dość gadania. 
Zbyszko widząc, że nie ma rady, i rozumiejąc, że Jędrek z Kropiwnicy nie może istotnie na 
bitkę pozwolić, zawołał znów Sanderusa, aby wytłumaczył lotaryńskiemu rycerzowi, że bić 
się będą, dopiero jak staną na miejscu. De Lorche wysłuchawszy słów Niemca skinął głową 
na znak, że rozumie, a następnie wyciągnąwszy ku Zbyszkowi rękę potrzymał przez chwilę 
jego dłoń i ścisnął ją mocno po trzykroć, co wedle zwyczajów rycerskich oznaczało, że bić 
się ze sobą gdziekolwiek i kiedykolwiek muszą. Po czym w pozornej zgodzie ruszyli ku ciechanowskiemu 
zamkowi, którego tępe wieże widać już było na tle zarumienionego nieba. 
 
Wjechali jeszcze za widna, lecz nim opowiedzieli się przy bramach zamkowych i nim 
spuszczono most, nastała głęboka noc. Przyjął ich i ugościł znajomy Zbyszkowy, Mikołaj z 
Długolasu, któren przywodził załodze złożonej z garści rycerstwa i trzystu niechybnych łuczników 
puszczańskich. Zaraz na wstępie dowiedział się ku wielkiemu swemu strapieniu 
Zbyszko, że dworu nie było. Książę chcąc uczcić komturów ze Szczytna i z Jansborka wyprawił 
wielkie łowy w puszczy, na które udała się dla przydania okazałości widowisku i 
księżna wraz z dworskimi pannami. Ze znajomych niewiast znalazł Zbyszko tylko Ofkę, 
wdowę po Krzychu z Jarząbkowa, która była klucznicą w zamku. Ta rada mu była bardzo, 
albowiem od czasu powrotu z Krakowa opowiadała każdemu, kto chciał i nie chciał, o jego 
miłości do Danusi i przygodzie z Lichtensteinem. Jednały jej te opowiadania wielki mir 
wśród młodszych dworzan i panien – była więc wdzięczna Zbyszkowi – i teraz starała się 
pocieszyć młodzianka w smutku, jakim przejęła go nieobecność Danusi. 
 
– Nie poznasz jej – mówiła. – Dziewczynie roki idą, i w szatkach już jej szwy poczynają 
pod szyją trzaskać, bo wszystko w niej pęcznieje. Nie skrzat to już taki, jaki był, i inaczej cię 
miłuje niż dawniej. Teraz niech jej kto jeno krzyknie do ucha: „Zbyszko” – to jakby ją kto 
szydłem żgnął. Taka już nas wszystkich niewiast dola, przeciw czemu nie ma rady, gdyż to z 
rozkazania boskiego... A stryjko twój, powiadasz, zdrowi? Czemu zaś nie przyjechali?... Jużci, 
że taka dola... Cni się, cni samej niewieście na świecie... Łaska boska, że dziewczyna nóg 
nie połamała, bo co dzień na wieżę wyłazi, a na drogę spogląda... Każda z nas potrzebuje 
przyjacielstwa... 
– Popasę jeno konie i pojadą ku niej – choćby i noc pojadę – odpowiedział Zbyszko. 
– Uczyń to, jeno przewodnika z zamku weź, bo w puszczy zabłądzisz. 

Jakoż na wieczerzy, którą Mikołaj z Długolasu dla gości wyprawił, oświadczył Zbyszko, 
że zaraz za księciem pojedzie i o przewodnika prosi. Zdrożeni bracia zakonni poprzysuwali 
się po uczcie do olbrzymich kominów, na których płonęły całe pnie sosnowe, i postanowili 
jechać dopiero nazajutrz, po wypoczynku. Lecz de Lorche wypytawszy się, o co chodzi, 
oznajmił chęć jechania razem ze Zbyszkiem, mówiąc, że inaczej mogliby się spóźnić na łowy, 
które chciał widzieć koniecznie. 
 
Po czym zbliżył się do Zbyszka i wyciągnąwszy doń rękę znów trzykrotnie ścisnął jego 
palce. 
 

Rozdział 
dwudziesty 
 
 
Lecz nie miało i tym razem przyjść między nimi do bitki, gdyż Mikołaj z Długolasu dowiedziawszy 
się od Jędrka z Kropiwnicy, o co im chodzi, wziął od obydwóch słowo, że się 
bez wiedzy księcia i komturów potykać nie będą, w razie zaś oporu groził zamknięciem bram. 
Zbyszkowi chciało się jak najprędzej zobaczyć Danusię, więc nie śmiał się sprzeciwiać, de 
Lorche zaś, który bił się chętnie, gdy było trzeba, ale nie był człowiekiem krwiożerczym, poprzysiągł 
bez trudności na swą rycerską cześć, iż będzie czekał na pozwolenie księcia, tym 
bardziej że postępując przeciwnie obawiałby się mu ubliżyć. Chodziło też Lotaryńczykowi, 
który nasłuchawszy się pieśni o turniejach lubił świetne zgromadzenia i okazałe uroczystości, 
aby potykać się właśnie wobec dworu, dostojników i dam – gdyż sądził, że w ten sposób 
zwycięstwo jego nabierze większego rozgłosu i tym łatwiej złote ostrogi mu wyjedna. Przy 
tym zaciekawiał go kraj i ludzie, więc po myśli była mu zwłoka – zwłaszcza że Mikołaj z 
Długolasu, któren lata całe u Niemców w niewoli przesiedział i z cudzoziemcami mógł łatwo 
się rozmówić, dziwy opowiadał o łowach książęcych na różne bestie nie znane już w krajach 
zachodnich. O północy więc ruszyli razem ze Zbyszkiem ku Przasnyszowi mając ze sobą swe 
zbrojne poczty i ludzi z kagankami dla ochrony od wilków, które zbierając się zimą w nieprzeliczone 
gromady mogły okazać się groźne nawet dla kilkunastu jeźdźców, choćby najlepiej 
uzbrojonych. Z tej strony Ciechanowa nie brakło już także lasów, które niedaleko za 
Przasnyszem przechodziły w olbrzymią puszczę kurpieską, łączącą się na wschód z nieprzebytymi 
borami Podlasia i dalszej Litwy. Przed niedawnymi czasy tymi to borami spływała 
zwykle na Mazowsze, omijając jednak groźnych miejscowych osadników, dzicz litewska, 
która w r. 1337 doszła aż pod Ciechanów i zburzyła miasto. De Lorche z największą ciekawością 
słuchał opowiadań o tym starego przewodnika, Maćka z Turobojów, albowiem pałał w 
duszy chęcią zmierzenia się z Litwinami, których – jak i inni rycerze zachodni – za Saracenów 
uważał. Przybył on przecie w te strony na wyprawę krzyżową pragnąc uzyskać sławę i 
zbawienie duszy, a jadąc mniemał, że wojna nawet i z Mazurami, jako z pogańskim przez pół 
narodem, także zupełny odpust zapewnia. Oczom też prawie nie wierzył, gdy wjechawszy w 
Mazowsze ujrzał kościoły po miastach, krzyże na wieżach, duchownych, rycerzy ze świętymi 
znamionami na zbrojach i naród bujny wprawdzie, zapalczywy, do zwady i bitki pochopny, 
ale chrześcijański i wcale od Niemców, wśród których młody rycerz przejeżdżał, nie drapieżniejszy. 
Więc gdy mu prawiono, że od wieków ten naród Chrystusa wyznaje, sam nie wiedział, 
co o Krzyżakach myśleć, a gdy się dowiedział, że i Litwę już nieboszczka królowa krakowska 
ochrzciła, zdumienie jego, a zarazem i troska nie miały granic. 
 
Więc począł rozpytywać Maćka z Turobojów, czy w owych lasach, ku którym jadą, nie ma 
przynajmniej smoków, którym ludzie muszą ofiarowywać dziewice i z którymi można by 
walczyć. Lecz odpowiedź Maćka i pod tym względem sprawiła mu zawód zupełny. 
 
– W borach jest rozmaity godny zwierz, jako wilcy, tury, żubry i niedźwiedzie, z którymi 
dość jest roboty – odrzekł Mazur. – Może też po bagnach są i duchy nieczyste, ale o smokach 
nie słyszałem, a choćby i były, pewnie byśmy im dziewek nie dawali, ale kupą byśmy na nie 
poszli. Ba, gdyby były, już by dawno osadnicy puszczańscy pasy z ich skóry nosili! 

– Co to za naród i czyby nie można z nim walczyć? – spytał de Lorche. 
– Walczyć z nim można, ale niezdrowo – odrzekł Maćko – a wreszcie rycerzowi nie przystoi, 
gdyż to jest naród chłopski. 
– Szwajcarowie także są chłopami. Zali ci Chrystusa wyznają? 
– Nie masz innych na Mazowszu, a ci są ludzie nasi i książęcy. Widzieliście przecie łuczników 
na zamku. Sami to Kurpie, albowiem nie masz nad nich łuczników na świecie. 
– Anglicy i Szkoci, których na dworze burgundzkim widziałem... 
– Widziałem ich i w Malborgu – przerwał Mazur. – Tęgie pachołki, ale nie daj im Bóg 
kiedy przeciw tym stawać! U nich dzieciak w siedmiu leciech póty jeść nie dostanie, póki 
jadła strzałą z wierzchołka sosny nie zrzuci. 
– O czym gadacie? – zapytał nagle Zbyszko, o którego uszy odbił się kilkakrotnie wyraz: 
Kurpie. 
– O łucznikach kurpieskich i angielskich. Prawi ten rycerz, iże angielscy, a zasię szkoccy, 
nad wszystkimi celują. 
– Widziałem ich i ja pod Wilnem. O wa! słyszałem ich groty koło uszu. Byli też tam i rycerze 
ze wszystkich krajów, którzy zapowiadali, że nas bez soli zjedzą, ale popróbowawszy 
raz i drugi, stracili do jadła ochotę. 
Maćko rozśmiał się i powtórzył słowa Zbyszkowe panu de Lorche. 
 
– Mówili o tym na różnych dworach – odrzekł Lotaryńczyk – chwalono tam zawziętość 
waszych rycerzy, ale przyganiano im, iż pogan przeciw Krzyżowi bronią. 
– Broniliśmy naród, który chciał się ochrzcić, przeciw napaściom i niesprawiedliwości. 
Niemcy to chcą ich w pogaństwie utrzymać, aby powód do wojny mieli. 
– Bóg to osądzi – rzekł de Lorche. 
– Może i niezadługo już – odpowiedział Maćko z Turobojów. 
Lecz Lotaryńczyk zasłyszawszy, iż Zbyszko był pod Wilnem, począł się go o nie wypytywać, 
albowiem wieść o walkach i pojedynkach rycerskich tam stoczonych rozeszła się już 
szeroko po świecie. Szczególniej ów pojedynek, na który wyzwało się czterech rycerzy polskich 
i czterech francuskich, podniecił wyobraźnię wojowników zachodnich. Więc de Lorche 
począł spoglądać z większym szacunkiem na Zbyszka, jako na człowieka, który w tak sławnych 
bojach brał udział – i radował się w sercu, iże nie z byle kim przyjdzie mu się potykać. 
 
Jechali więc dalej w pozornej zgodzie świadcząc sobie grzeczności na postojach i częstując 
się wzajem winem, którego de Lorche miał znaczne zapasy na wozach. Lech gdy z rozmowy 
między nim a Maćkiem z Turobojów okazało się, że Ulryka de Elner naprawę nie jest panną, 
ale czterdziestoletnią zamężną niewiastą, mającą sześcioro dzieci, wzburzyła się tym bardziej 
dusza w Zbyszku, że ów dziwny cudzoziemiec śmie „babę” nie tylko z Danuśką porównywać, 
ale i pierwszeństwa dla niej wymagać. Pomyślał jednakowoż, że może to być człowiek niespełna 
zmysłów, któremu ciemna izba i batogi więcej by się przydały od podróży po świecie 
 
– i myśl ta powstrzymała w nim wybuch natychmiastowego gniewu. 
– Czy nie myślicie – rzekł do Maćka – że zły duch rozum mu pomieszał? Może też siedzi 
mu diabeł w głowie jako czerw w orzechu i gotów po nocy na którego z nas przeskoczyć. 
Trzeba się nam mieć na baczności... 
Usłyszawszy to Maćko z Turobojów zaprzeczył wprawdzie, ale począł jednak spoglądać z 
pewnym niepokojem na Lotaryńczyka i w końcu rzekł: 
 
– Czasem bywa, że ich w opętanym siedzi sto, i więcej, a ciasno-li im, to radzi pomieszkania 
w innych ludziach szukają. Najgorszy też taki diabeł, którego baba naśle. 
Po czym zwrócił się nagle do rycerza: 
 
– Pochwalony Jezus Chrystus! 
– I ja go chwalę – odpowiedział z pewnym zdziwieniem de Lorche. 
Maćko z Turobojów uspokoił się zupełnie. 

– No, widzicie – rzekł – żeby w nim złe siedziało, zaraz by się zapienił alboby go o ziem 
rzuciło, bom go nagle zagabnął. Możem jechać. 
Jakoż ruszyli dalej spokojnie. Z Ciechanowa do Przasnysza nie było zbyt daleko i latem 
goniec na dobrym koniu mógł we dwie godziny przebiec drogę dzielącą dwa miasta. Ale oni 
jechali daleko wolniej z powodu nocy, postojów i zasp śnieżnych leżących w lasach, a ponieważ 
wyjechali znacznie po północy, więc do myśliwskiego dworu książęcego, który leżał za 
Przasnyszem, na brzegu borów, przybyli dopiero w brzasku. Dwór stał prawie oparty o puszczę, 
duży, niski, drewniany, mający jednakże szyby w oknach ze szklanych gomółek. Przed 
dworem widać było żurawie studzienne i dwie szopy dla koni, naokół zaś dworu roiło się od 
szałasów, skleconych naprędce z sosnowych gałęzi, i od namiotów ze skór. Przy szarzejącym 
dopiero dniu błyszczały jasno przed namiotami ogniska, a wokół nich stali osacznicy w kożuchach 
wełną do góry, w tołubach lisich, wilczych i niedźwiedzich. Panu de Lorche wydało 
się, że widzi dzikie bestie na dwóch łapach przed ogniem, albowiem większość tych ludzi 
przybrana była w czapki uczynione ze łbów zwierzęcych. Niektórzy stali wsparci na oszczepach, 
inni na kuszach, niektórzy zajęci byli zwijaniem ogromnych sieci i powrozów – inni 
obracali nad węglami potężne ćwierci żubrze i łosie, przeznaczone widocznie na ranny posiłek. 
Blask płomienia padał na śnieg oświecając zarazem te dzikie postacie poprzesłaniane 
nieco dymem ognisk, mgłą oddechów i parą podnoszącą się z pieczonych mięsiw. Za nimi 
widać było zaróżowione pnie olbrzymich sosen i nowe gromady ludzi, których mnogość dziwiła 
nieprzywykłego do widoku takich łowieckich zebrać Lotaryńczyka. 
 
– Wasi książęta – rzekł – na łowy jakoby na wojenne wyprawy chodzą. 
– Jakbyście wiedzieli – odrzekł Maćko z Turobojów – że nie brak im ni myśliwskiego 
sprzętu, ni też ludzi. To są osacznicy książęcy, ale są też i inni, którzy dla targu z puszczańskich 
komyszy tu przychodzą. 
– Co będziem czynili? – przerwał Zbyszko – we dworze śpią jeszcze. 
– Ano, zaczekamy, aż się pobudzą – odparł Maćko. – Przecie nie będziem do drzwi kołatać 
i księcia, pana naszego, budzić. 
To rzekłszy zaprowadził ich do ogniska, przy którym osacznicy ponarzucali im skór żubrzych 
i niedźwiedzich, a następnie poczęli ich skwapliwie częstować dymiącym mięsem – 
słysząc zaś obcą mowę jęli się skupiać, ażeby na Niemca popatrzeć. Wnet rozniosło się przez 
ludzi Zbyszkowych, że to jest rycerz „aż zza morza” – i wówczas stało się naokół tak ciasno, 
że pan na Turobojach musiał użyć powagi, aby cudzoziemca od zbytniej ciekawości uchronić. 
De Lorche zauważył też w tłumie niewiasty, poprzybierane przeważnie również w skóry, ale 
rumiane jak jabłka i nadzwyczaj urodziwe, więc począł pytać, czy one także w łowach biorą 
udział. 
 
Maćko Turobojski wyjaśnił mu, że do łowów one nie należą, ale że przybywają wraz z 
osacznikami przez babską ciekawość albo jakby na jarmark, dla kupna miejskich towarów i 
sprzedaży leśnych bogactw. Jakoż tak było w istocie; ów dworzec książęcy był jakby ogniskiem, 
naokół którego, nawet w czasie nieobecności księcia, kupiły się dwa żywioły: miejski i 
leśny. Osacznicy nie lubili wychodzić z puszczy, gdyż nieswojo im było bez szumu drzew 
nad głowami, więc Przasnyszanie zwozili na ową leśną krawędź słynne swe piwa, mąkę mieloną 
w miejskich wiatrakach lub na wodnych młynach na Węgierce, sól rzadką w puszczy i 
poszukiwaną chciwie, żelaziwo, rzemienie i tym podobny owoc ludzkiej przemyślności, a 
brali w zamian skóry, kosztowne futra, suszone grzyby, orzechy, zioła w chorobach przydatne 
lub bryłki bursztynu, o które między Kurpiami nie było zbyt trudno. Z tego powodu około 
książęcego dworca wrzał jakby ustawiczny targ, który potęgował się jeszcze w czasie książęcych 
łowów, gdy i obowiązek, i ciekawość wywabiały mieszkańców z głębin leśnych. 
 
De Lorche słuchał opowiadań Maćkowych przypatrując się z zajęciem postaciom osaczników, 
którzy żyjąc w zdrowym, żywicznym powietrzu i karmiąc się, jak zresztą większość 
chłopów ówczesnych, przeważnie mięsem – zdumiewali nieraz zagranicznych wędrowców 
 

wzrostem i siłą, Zbyszko zaś siedząc przy ogniu spoglądał ustawicznie na drzwi i okna dworca, 
zaledwie mogąc wytrwać na miejscu. Świeciło się tylko jedno okno, widocznie od kuchni, 
gdyż dym wychodził przez szpary między nie dość szczelnie dopasowanymi szybami. Inne 
były ciemne, połyskujące tylko od blasków dnia, który bielał z każdą chwilą i posrebrzał coraz 
mocniej ośnieżoną puszczę za dworem. W małych drzwiach wybitych w bocznej ścianie 
domostwa ukazywała się czasem służba w barwie książęcej – i z wiadrami lub cerami na powerkach 
biegła po wodę do studzien. Ludzie ci, zapytywani, czy wszyscy śpią jeszcze, odpowiadali, 
że dwór strudzon wczorajszymi łowami spoczywa dotąd, ale że już warzy się strawa 
na ranny posiłek przed wyruszeniem. 
 
Jakoż przez okno kuchenne począł wydobywać się zapach tłuszczów i szafranu, który rozszedł 
się daleko między ogniskami. Skrzypnęły wreszcie i otwarły się drzwi główne odkrywające 
wnętrze suto oświeconej sieni – i na ganek wyszedł człowiek, w którym Zbyszko na 
pierwszy rzut oka poznał jednego z rybałtów, których w swoim czasie widział między służbą 
księżny w Krakowie. Na ów widok, nie czekając na Maćka z Turobojów ni na de Lorche, 
skoczył Zbyszko z takim pędem ku dworowi, że aż zdziwiony Lotaryńczyk zapytał: 
 
– Co się stało temu młodemu rycerzowi? 
– Nic się nie stało – odrzekł Maćko z Turobojów – jeno miłuje jedną dwórkę księżny i rad 
by ją jako najprędzej uwidzieć. 
– Ach! – odpowiedział de Lorche przykładając obie dłonie do serca. 
I podniósłszy oczy w górę począł wzdychać raz po raz tak żałośnie, że aż Maćko wzruszył 
ramionami i w duchu rzekł: 
 
„Zaliby do swojej starki tak wzdychał? Nużby szczerze był niespełna rozumu?” 
 
Ale tymczasem wprowadził go do dworca i obaj znaleźli się w obszernej sieni, przybranej 
rogami turów, żubrów, łosi i jeleni, i oświeconej przez płonące na potężnym kominie suche 
kłody. W środku stał nakryty kilimkiem stół z przygotowanymi misami do jadła, w sieni było 
zaledwie kilku dworzan, z którymi rozmawiał Zbyszko. Maćko z Turobojów zapoznał ich z 
panem de Lorche, ale że nie umieli po niemiecku, musiał sam dalej dotrzymywać mu towarzystwa. 
Jednakże dworzan przybywało co chwila, chłopów po większej części na schwał, 
surowych jeszcze, ale rosłych, pleczystych, płowowłosych. poprzybieranych już jak do puszczy. 
Ci, którzy znali Zbyszka i wiedzieli o jego przygodach krakowskich, witali się z nim jak 
ze starym przyjacielem – i znać było, że ma mir między nimi. Inni patrzyli na niego z takim 
podziwem, z jakim zwykle patrzy się na człowieka, nad którego karkiem wisiał topór katowski. 
Naokół słychać było głosy: „Jużci! Jest księżna, jest Jurandówna, zaraz ją tu ujrzysz, nieboże, 
i na łowy z nami pojedziesz.” A wtem weszli dwaj goście krzyżaccy, brat Hugo de Danveld, 
starosta z Ortelsburga, czyli ze Szczytna, którego krewny był w swoim czasie marszałkiem, 
i Zygfryd de Löwe, także z zasłużonej w Zakonie rodziny – wójt z Jansborku. Pierwszy 
dość młody jeszcze, ale otyły, z twarzą chytrego piwożłopa i grubymi, wilgotnymi wargami, 
drugi wysoki o rysach surowych, ale szlachetnych. Zbyszkowi wydało się, że Danvelda widział 
niegdyś przy księciu Witoldzie i że go Henryk, biskup płocki, zwalił w gonitwach z konia, 
lecz wspomnienie owe pomieszało mu wejście księcia Janusza, ku któremu zwrócili się z 
pokłonami i Krzyżacy, i dworzanie. Zbliżył się ku niemu de Lorche i komturowie, i Zbyszko, 
on zaś witał uprzejmie, ale z powagą na swej bezwąsej, wieśniaczej twarzy, okolonej włosami 
obciętymi równo nad czołem, a spadającymi aż na ramiona po obu bokach. Wnet zagrzmiały 
za oknami trąby na znak, że książę zasiada do stołu: zagrzmiały raz, drugi, trzeci, aż za trzecim 
razem otworzyły się duże drzwi po prawej stronie izby i ukazała się w nich księżna Anna 
mając przy sobie cudną przetowłosą dzieweczkę z lutnią zawieszoną na ramieniu. 
 
Ujrzawszy je Zbyszko wysunął się naprzód i złożywszy przy ustach ręce klęknął na oba 
kolana w postawie pełnej czci i uwielbienia. 
Na ten widok szmer uczynił się w sali, gdyż zdziwił Mazurów postępek Zbyszka, a nawet 
niektórych i zgorszył. „A wiera – mówili starsi – pewnikiem nauczył się tego obyczaju od 
 

zamorskich jakowychś rycerzy, a może zgoła od pogan, gdyż nie masz go nawet między 
Niemcami.” Młodzi wszelako myśleli: „Nie dziwota, toć dziewce szyję powinien.” A księżna 
i Jurandówna nie poznały zrazu Zbyszka, gdyż klęknął plecami do ognia i twarz miał w cieniu. 
Księżna myślała w pierwszej chwili, iż to któryś z dworzan zawiniwszy coś względem 
księcia prosi jej o wstawiennictwo, lecz Danusia, która wzrok miała bystrzejszy, postąpiła 
krok naprzód – i pochyliwszy swą jasną głowę krzyknęła nagle cienkim, przeraźliwym głosem: 
 
 
– Zbyszko! 
Po czym nie myśląc o tym, że patrzy na nią cały dwór i zagraniczni goście, skoczyła jak 
sarna ku młodemu rycerzowi i objąwszy go ramionami poczęła całować jego oczy, usta, policzki, 
tuląc się do niego i piszcząc przy tym z wielkiej radości póty, póki nie zagrzmieli jednym 
wielkim śmiechem Mazurowie i póki księżna nie pociągnęła ją za kołnierz ku sobie. 
 
Wówczas spojrzała po ludziach i stropiwszy się okrutnie z równą szybkością schowała się 
za księżnę ukrywszy się w fałdach jej spódnicy, tak że jej ledwie wierzch głowy było widać. 
 
Zbyszko objął nogi pani, ta zaś podniosła go i poczęła witać, a zarazem wypytywać się o 
Maćka: czy zmarł, czy też żyw, a jeśli żyw, czy nie przyjechał także na Mazowsze? Zbyszko 
odpowiadał niezbyt przytomnie na te pytania, albowiem przechylając się na obie strony starał 
się dojrzeć za księżną Danuśkę, która to wychylała się przez ten czas ze spódnicy pani, to 
znów dawała nurka w jej fałdy. Mazurowie w boki się brali na owo widowisko, śmiał się i 
sam książę, aż wreszcie, gdy wniesiono gorące misy, zwróciła się rozradowana pani do 
Zbyszka i rzekła: 
 
– Służże nam, miły służko, a bogdaj nie tylko przy jedle, ale i na zawsze. 
Potem zaś do Danusi: 
– A ty, mucho utrapiona, wyleźże raz zza spódnicy, bo mi ją do reszty oberwiesz. 
Więc Danusia wyszła zza spódnicy, spłoniona, pomieszana, podnosząca co chwila na 
Zbyszka oczy lękliwe, zawstydzone, a ciekawe – i tak cudna, że aż rozpłynęło się serce nie 
tylko w Zbyszku, ale i w innym mężach: starosta krzyżacki ze Szczytna począł przykładać raz 
po razu dłoń do swych grubych, wilgotnych wag, de Lorche zaś zdumiał się; podniósł obie 
ręce w górę i zapytał: 
 
– Na świętego Jakuba z Kompostelli, kto jest ta dziewica? 
Na to starosta ze Szczytna, który przy otyłości był niski, podniósł się na palce i rzekł do 
ucha Lotaryńczyka: 
 
– Córka diabła. 
De Lorche popatrzył na niego mrugając oczyma, następnie zmarszczył brwi i zaczął mówić 
przez nos: 
 
– Nie praw to rycerz, który przeciw piękności szczeka. 
– Noszę złote ostrogi – i jestem zakonnikiem – odparł z wyniosłością Hugo de Danveld. 
Tak wielka była cześć dla pasowanych rycerzy, iż Lotaryńczyk spuścił głowę, lecz po 
chwili odrzekł: 
 
– A jam krewny książąt Brabantu. 
– Pax! Pax! – odpowiedział Krzyżak. – Cześć potężnym książętom i przyjaciołom Zakonu, 
z którego rąk wkrótce, panie, złote ostrogi otrzymacie. Nie odmawiam ja urody tej dziewce, 
ale posłuchajcie, kto jest jej ojciec. 
Lecz nie zdążył nic opowiedzieć, albowiem w tej chwili książę Janusz zasiadł do śniadania, 
a dowiedziawszy się poprzednio od wójta z Jansborku o wielkich pokrewieństwach pana 
de Lorche dał mu znak, aby siadł koło niego. Naprzeciw zajęła miejsce księżna z Danusią. 
Zbyszko zaś stanął, jak ongiś w Krakowie, za ich krzesłami do usługi. Danusia trzymała głowę, 
jak mogła najniżej, nad miską, bo wstyd jej było ludzi, ale trochę na bok, by Zbyszko 
mógł widzieć jej twarz. On zaś patrzał chciwie i z zachwyceniem na jej jasną, drobną głowę, 
na różowy policzek, na ramiona przybrane w obcisłą odzież, które przestawały już być dzie
 
 

cinne, i czuł, że wzbiera w nim jakby rzeka nowej miłości, która zalewa mu całe piersi. Czuł 
także na oczach, na ustach i na twarzy świeże jej pocałunki. Niegdyś dawała mu je ona tak jak 
siostra bratu i on przyjmował je jak od miłego dziecka. Teraz, na świeże ich wspomnienie, 
działo się z nim to, co czasem działo się przy Jagience: brały go ciągoty i ogarniała go 
omdlałość, pod którą taił się żar jak w przysypanym popiołem ognisku. Danusia wydawała 
mu się dorosłą zupełnie panną – bo też i rzeczywiście wyrosła, rozkwitła. A przy tym tyle i 
tak ciągle mówiono przy niej o miłości, że równie jak pączek kwiatowy przygrzany słońcem 
kraśnieje i otwiera się coraz bardziej, tak i jej otworzyły się oczy na miłość – i skutkiem tego 
było w niej teraz coś, czego nie było poprzednio – jakaś uroda, już nie tylko dziecinna, i jakaś 
ponęta, mocna, upajająca, bijąca od niej tak, tak bije ciepło od płomienia albo zapach od róży. 
 
Zbyszko to czuł, ale nie zdawał sobie z tego sprawy, gdyż się zapamiętał. Zapomniał nawet 
o tym, że trzeba przy stole służyć. Nie widział, że dworzanie patrzą na niego, trącają się 
łokciami, że pokazują sobie ich oboje z Danusią i śmieją się. Nie zauważył również ani jakby 
skamieniałej ze zdumienia twarzy pana de Lorche, ani wypukłych oczu krzyżackiego starosty 
ze Szczytna, które ustawicznie utkwione były w Danusię, i odbijając zarazem płomień komina 
wydawały się tak czerwone i błyszczące jak wilcze. Ocknął się dopiero, gdy trąby ozwały 
się ponownie dając znak, że czas do puszczy – i gdy księżna Anna Danuta zwróciwszy się ku 
niemu rzekła: 
 
– Przy nas pojedziesz, abyś zaś miał uciechę i dziewce o kochaniu mógł prawić, czego i ja 
rada posłucham. 
To powiedziawszy wyszła z Danusią, aby się na koń przybrać. Zbyszko zaś skoczył na podwórzec, 
na którym trzymano już pokryte sędzielizną i parskające konie dla księstwa, gości i 
dworzan. Na dziedzińcu nie było tak rojno jak przedtem, gdyż osacznicy wyszli już pierwej z 
sieciami i potonęli w puszczy. Ogniska przygasały, dzień uczynił się jasny, mroźny, śnieg 
skrzypiał, a z drzew poruszanych lekkim powiewem sypała się sadź sucha, iskrząca. Wkrótce 
wyszedł i siadł na koń książę mając za sobą pachołka z kuszą i z oszczepem tak długim i 
ciężkim, że mało kto mógł nim władać; książę jednak władał nim z łatwości, albowiem, jak i 
inni Piastowie mazowieccy, posiadał siłę nadzwyczajną. Bywały nawet i takie niewiasty w 
tym rodzie, które wychodząc za obcych książąt zwijały w palcach przy weselnych ucztach 
szerokie tasaki żelazne.1 Blisko księcia trzymało się też dwóch mężów gotowych w nagłym 
razie do pomocy, a wybranych ze wszystkich dziedziców ziemi warszawskiej i ciechanowskiej, 
strasznych na samo wejrzenie, o barach jak pnie leśne – na których patrzał z podziwem 
przybyły z daleka pan de Lorche. 
 
Tymczasem wyszła i księżna z Danusią, obie przybrane w kaptury ze skór białych łasic. 
Nieodrodna córka Kiejstuta lepiej umiała „szyć” z łuku niż igłą, niesiono więc i za nią ozdobną, 
nieco tylko lżejszą od innych kuszę. Zbyszko przyklęknąwszy na śniegu wyciągnął dłoń, 
na której pani wsparła siadając na koń – nogę, po czym uniósł w górę Danusię, tak samo jak 
w Bogdańcu unosił Jagienkę – i ruszyli. Orszak wyciągnął się w długiego węża: skręcił na 
prawo od dworu mieniąc się i migocąc na brzegu puszczy jak barwna krajka na brzegu ciemnego 
sukna, a następnie począł się w nią z wolna zanurzać. 
 
Byli już dość głęboko w boru, gdy księżna zwróciwszy się do Zbyszka rzekła: 
 
– Przeczże nie gadasz? Nuże, mów do niej. 
Zbyszko, lubo tak zachęcony, milczał jeszcze przez chwilę, albowiem opanowała go jakaś 
nieśmiałość – i dopiero po upływie jednej lub dwóch zdrowasiek ozwał się: 
 
– Danuśka! 
– Co, Zbyszku? 
– Miłuję cię tak... 
Tu zaciął się, szukając słów, o które było mu trudno, bo chociaż klękał jak zagraniczny rycerz 
przed dziewczyną, choć wszelkimi sposobami cześć jej okazywał i starał się unikać 
 
1 Cymbarka, która wyszła za Ernesta Żelaznego, Habsburga. 
 

gminnych wyrażeń, jednakże próżno się silił na dworność, gdyż mając duszę polną, tylko po 
prostu umiał mówić. 
 
Więc i teraz po chwili rzekł: 
 
– Miłuję cię tak, aże mi dech zapiera! 
Ona zaś poniosła na niego spod łasiczego kapturka modre oczęta i twarz wyszczypaną na 
różowo przez zimne leśne powietrze: 
 
– I ja, Zbyszku! – odrzekła jakby z pośpiechem. 
Po czym zaraz nakryła oczy rzęsami, bo już wiedziała, co to jest miłość. 
– Hej, krocie ty moje!, hej, dziewczyno ty moja! – zawołał Zbyszko. – Hej!... 
I znowu umilkł ze szczęścia i ze wzruszenia, lecz dobra, a zarazem ciekawa księżna przyszła 
im powtórnie z pomocą: 
 
– Powiadajże – rzekła – jako ci się cniło bez niej, a zdarzy się li gąszczyk, to choćbyś ją 
tam i w gębę pocałował, nie będę krzywa, boć to najlepiej o twoim kochaniu zaświadczy. 
Więc począł opowiadać, „jako mu się cniło” bez niej i w Bogdańcu przy doglądaniu Maćka, 
i między „somsiadami”. O Jagience nic tylko nie wspomniał chytry wykrętnik – ale 
zresztą szczerze mówił, bo w tej chwili tak kochał śliczną Danusię, że chciało mu się chwycić 
ją, przesadzić na swego konia, wziąć przed się i trzymać przy piersiach. 
 
Nie śmiał jednak tego uczynić; natomiast gdy pierwszy gąszczyk przedzielił ich od jadących 
za nimi dworzan i gości, pochylił się ku niej, objął ją i pochował twarz w łasiczy kaptur 
świadcząc tym uczynkiem o swej miłości. 
 
Ale że zimą nie ma liści na krzach leszczynowych, dojrzał go Hugo von Danveld i pan de 
Lorche, dojrzeli go również dworzanie i poczęli między sobą mówić: 
 
– Poboćkał ci ją przy księżnie! Wierę, jako wnet im pani weselisko wyprawi. 
– Chwacki to jakiś pachołek, ale i ona siarczysta Jurandowa krew! 
– Krzemień to i krzesiwo, choć dziewka niby trusia. Pójdą z nich iskry, nie bój się! Przywarł 
ci do niej jak kleszcz do żywej skóry! 
Tak oni rozmawiali śmiejąc się, lecz starosta krzyżacki ze Szczytna zwrócił ku panu de 
Lorche swą koźlą, złą i lubieżną twarz – i zapytał: 
 
– Czy chcielibyście, panie, by jaki Merlin zmienił was czarnoksięską mocą w tamtego oto 
rycerzyka?2 
– A wy, panie? – zapytał de Lorche. 
Na to Krzyżak, w którym widocznie zawrzała zazdrość i żądza, ściągnął niecierpliwą ręką 
konia i zawołał: 
 
– Na moją duszę!... 
W tej chwili jednak opamiętał się i pochyliwszy głowę odrzekł: 
– Zakonnikiem jestem, który ślubował czystość. 
I spojrzał bystro na Lotaryńczyka, w obawie, czy nie zobaczy na jego twarzy uśmiechu, 
albowiem pod tym względem Zakon złą miał sławę u ludzi, a między zakonnikami Hugo de 
Danveld najgorszą. Był on przed kilku laty pomocnikiem wójta w Sambii i tam skargi na niego 
stały się tak głośne, że pomimo całej pobłażliwości, z jaką patrzano na podobne sprawy w 
Malborgu, musiano go przenieść na dowódcę zamkowej załogi w Szczytnie. Przybywszy w 
ostatnich dniach z tajnymi zleceniami na dwór księcia i ujrzawszy cudną Jurandównę zapałał 
do niej żądzą, dla której wiek Danusi nie był żadnym hamulcem, albowiem w tych czasach 
młodsze od niej wychodziły za mąż. Lecz że zarazem wiedział Danveld, jaki był ród dziewczyny, 
i że imię Juranda łączyło się ze strasznym wspomnieniem w jego pamięci, więc i jego 
żądza wyrosła na podkładzie dzikiej nienawiści. 
 
A de Lorche począł go właśnie wypytywać o te dzieje. 
 
2Rycerz Uter zakochawszy się w cnotliwej Igernie, małżonce księcia Gorlasa, przybrał z pomocą Merlina postać 
Gorlasa i spłodził z Igerną króla Artura. 
 

– Nazwaliście, panie, tę piękną dziewicę córką diabła; dlaczegoście ją tak nazwali? 
Danveld począł na to opowiadać historię Złotoryi: jako przy odbudowywaniu zamku porwano 
szczęśliwie księcia wraz z dworem i jako w tym zdarzeniu zginęła matka Jurandówny, 
za którą Jurand mścił się od owej pory w okropny sposób na wszystkich rycerzach zakonnych. 
I nienawiść buchała z Krzyżaka przy tym opowiadaniu jak płomień, albowiem miał i 
osobiste do niej powody. Oto i on sam zetknął się przed dwoma laty z Jurandem, ale wówczas 
na widok strasznego „Dzika ze Spychowa” pierwszy raz w życiu padło w nim serce tak nikczemnie, 
że opuścił dwóch swoich krewnych, ludzi, łupy i jak obłąkany uciekał dzień cały aż 
do Szczytna, gdzie z trwogi na długi czas zachorzał. Gdy przyszedł do zdrowia, wielki marszałek 
Zakonu oddał go pod sąd rycerski, którego wyrok uniewinnił go wprawdzie, gdy Danveld 
poprzysiągł na krzyż i cześć, że rozhukany koń uniósł go z pola walki – ale zamknął mu 
drogę do wyższych dostojeństw w Zakonie. Krzyżak zamilczał wprawdzie teraz o tych wypadkach 
przed panem de Lorche, natomiast wypowiedział tyle skarg na okrucieństwo Juranda 
i zuchwałość całego polskiego narodu, że wszystko to zaledwie mogło pomieścić się w gło-
wie Lotaryńczyka. 
 
– My wszelako – rzekł po chwili – jesteśmy u Mazurów, nie u Polaków? 
– To osobne księstwo, ale jeden naród – odpowiedział starosta – jednaka ich bezecność i 
jednaka przeciw Zakonowi zawziętość. Bóg daj, aby niemiecki miecz całe to plemię wygubił! 
– Słusznie mówicie, panie; bo żeby ten książę, który na pozór zacny się wydaje, śmiał zamek 
przeciw wam w waszych ziemiach wznosić – o podobnym bezprawiu nawet i między 
poganami nie słyszałem. 
– Zamek on wznosił przeciw nam, ale Złotoryja leży w jego, nie w naszych ziemiach. 
– Tedy chwała Chrystusowi, że wam dał nad nim zwycięstwo. Jakoże skończyła się ta 
wojna? 
– Nie było wówczas wojny. 
– A wasze zwycięstwo pod Złotoryją? 
– Bóg nam właśnie i w tym pobłogosławił, że książę był bez wojska, jeno z dworem i niewiastami. 
Na to de Lorche spojrzał ze zdumieniem na Krzyżaka. 
 
– Jak to? Więc w czasie pokoju napadliście na niewiasty i na księcia, który we własnych 
ziemiach zamek budował? 
– Dla chwały Zakonu i chrześcijaństwa nie masz bezecnych uczynków. 
– A ówże straszny rycerz jeno za młodą małżonkę pomsty szuka, zabitą przez was czasu 
pokoju? 
– Kto przeciw Krzyżakowi rękę podnosi, synem ciemności jest. 
Zadumał się usłyszawszy to pan de Lorche, ale nie miał już czasu Danveldowi odpowiedzieć, 
gdyż wyjechali na obszerną, zaśnieżonym szuwarem pokrytą polankę, na której książę 
zsiadł z konia, a za nim poczęli zsiadać i inni. 
 

Rozdział 
dwudziesty pierwszy 
 
 
Biegli leśnicy poczęli pod wodzą wielkiego łowczego rozstawiać myśliwych długim rzędem 
na skraju polany, tak aby będąc sami w ukryciu mieli przed sobą pustą przestrzeń, ułatwiającą 
strzały z kusz i łuków. Dwa krótsze boki polany obstawione były sieciami, za którymi 
taili się borowi „nawrotnicy”, których obowiązkiem było nawracać zwierza ku strzelcom 
lub jeśli nie dając się spłoszyć zaplątywał się w sieciach, dobijając go oszczepami. Nieprzeliczone 
gromady Kurpiów, umiejętnie rozstawione w tak zwaną otokę, miały pędzić wszelkie 
żywe stworzenie z głębin leśnych na polanę. Za strzelcami znów znajdowała się sieć, rozpięta 
w tym celu, by zwierz, który zdoła przedrzeć się przez inny szereg, został nią powstrzymany i 
w jej skrętach dobity. 
 
Książę stanął w pośrodku szeregu w lekkim zagłębieniu, które biegło przez całą szerokość 
polany. Główny łowczy Mrokota z Mocarzewa, wybrał mu to stanowisko wiedząc, że tym 
właśnie wgłębieniem będzie pomykał przed otoką najgrubszy zwierz z puszczy. Sam książę 
miał w ręku kuszę, tuż pod bokiem pana stał oparty o drzewo ciężki oszczep, a nieco z tyłu 
trzymali się dwaj „brońcy” z toporami na ramionach, ogromni, do pni leśnych podobni, którzy 
prócz toporów mieli jeszcze gotowe napięte kusze dla podania księciu w razie potrzeby. 
Księżna i Jurandówna nie zsiadały z koni, albowiem nie zezwalał na to nigdy książę ze 
względu na niebezpieczeństwo od turów i żubrów, przed których wściekłością łatwiej się było 
w razie wypadku chronić konno niż pieszo. De Lorche, lubo wezwany przez księcia, aby zajął 
miejsce po prawej jego stronie, prosił, aby mu wolno było zostać dla obrony dam na koniu, i 
stał opodal księżny do długiego gwoździa podobny, z rycerską kopią, z której podrwiwali z 
cicha pod wąsem Mazurowie jako z broni mało na łowach przydatnej. Natomiast Zbyszko 
wbił oszczep w śnieg, kuszę przekręcił na plecy i stojąc przy koniu Danusi podnosił ku niej 
głowę, chwilami szeptał do niej, a chwilami obejmował jej nogi i całował kolana, albowiem 
wcale się już przed ludźmi ze swoją miłością nie krył. Uspokoił się dopiero wówczas, gdy 
Mrokota z Mocarzewa, który w puszczy ośmielał się i na samego księcia burczeć, nakazał mu 
groźnie milczenie. 
 
Tymczasem daleko, daleko w głębi puszczy ozwały się rogi kurpieskie, którym z polany 
odpowiedział krótko wrzaskliwy głos krzywuły – po czym nastała cisza zupełna. Ledwie niekiedy 
zaskrzeczała sójka w wierzchołkach sosen, niekiedy zakrakali jak kruki ludzie z otoki. 
Myśliwi wytężyli oczy na białą, pustą przestrzeń, na której wiatr poruszał oszronionym sitowiem 
i bezlistnymi krzami wikliny – każdy czekał z niecierpliwością, jaki też pierwszy 
zwierz pojawi się na śniegu – w ogóle zaś wróżono sobie łowy obfite i wspaniałe, gdyż puszcza 
roiła się od żubrów, turów, dzików. Kurpie wykurzyli też z barłogów i kilka niedźwiedzi, 
które zbudzone w ten sposób chodziły po gąszczach, złe, głodne i czujne, domyślając się, że 
wkrótce przyjdzie im stoczyć walkę nie o spokojny sen zimowy, ale o życie. 
 
Trzeba było jednak czekać długo, gdyż ludzie, którzy parli zwierza ku klamrom otoki i ku 
polanie, zajęli ogromny szmat boru i szli z tak daleka, że do uszu myśliwych nie dochodziło 
nawet szczekanie psów, które zaraz po odezwaniu się trąb spuszczone zostały ze smyczy. 
Jeden z nich, spuszczony widocznie za wcześnie albo też włóczący się luzem za chłopami, 
 

ukazał się na polanie i przebiegłszy ją całą z nosem ku ziemi przeszedł między myśliwcami. I 
znów uczyniło się pusto i cicho, tylko nawrotnicy krakali ciągle jak krucy dając w ten sposób 
znać, że wkrótce robota się rozpocznie. Jakoż po upływie kilku pacierzy na skraju pojawiły 
się wilki, które jako najczujniejsze pierwsze usiłowały się wynieść z obierzy. Było ich kilka. 
Ale wypadłszy na polanę i zawietrzywszy wokół ludzi, dały znów nurka w bór szukając widocznie 
innego wyjścia. Potem dziki wynurzywszy się z kniei poczęły biec długim, czarnym 
łańcuchem przez zaśnieżoną przestrzeń, podobne z dala do swojskiej trzody chlewnej, która 
na wołanie gospodarnej niewiasty zdąża trzęsąc uszyma ku chacie. Ale łańcuch ów zatrzymywał 
się, słuchał, wietrzył – zawracał i znów słuchał; wyboczył ku sieciom i poczuwszy 
nawrotników znów puścił się ku myśliwym chrapiąc, zbliżając się coraz ostrożniej, ale coraz 
bardziej, póki wreszcie nie rozległ się szczęk żelaznych zastawników przy kuszach, warkot 
grotów i póki pierwsza krew nie splamiła białej, śnieżystej podścieli. 
 
Wówczas rozległ się okrzyk i stado rozproszyło się, jakby w nie piorun uderzył; jedne poszły 
na oślep przed siebie, drugie rzuciły się ku sieciom, inne poczęły biegać to w pojedynkę, 
to po kilka, mieszając się z innym zwierzem, od którego zaroiła się tymczasem polana. Już też 
dochodziły wyraźnie do uszu głosy rogów, ujadanie psów i daleki gwar ludzi idących w 
głównej ławie z głębi boru. Mieszkańcy leśni, odpędzani z boków przez rozciągnięte szeroko 
w puszczy skrzydła otoki, zapełniali coraz szczelniej leśną łąkę. Nic podobnego nie można 
było zobaczyć nie tylko w krajach zagranicznych, ale nawet i w innych ziemiach polskich, w 
których nie było już takich puszcz jak na Mazowszu. Krzyżacy, chociaż bywali na Litwie, 
gdzie czasem zdarzało się, że żubry uderzając na wojsko sprawiały w nim zamieszanie3 – 
dziwili się niepomału tej niezmiernej ilości zwierza, a zwłaszcza dziwił się pan de Lorche. 
Stojąc przy księżnie i dwórkach jak żuraw na straży, a nie mogąc się z żadną rozmówić, począł 
on już był nudzić się, marznąć w swej żelaznej zbroi i mniemać, że łowy chybiły. Aż oto 
ujrzał przed sobą całe stada lekkonogich sarn, płowych jeleni i łosiów o łbach ciężkich, ukoronowanych, 
pomieszane z sobą, wichrzące po polanie, oślepione trwogą i szukające na próżno 
wyjścia. Księżna, w której na ten widok zagrała Kiejstutowa, ojcowska krew, wypuszczała 
grot za grotem w ową pstrą ciżbę, pokrzykując z radości za każdym razem, gdy ugodzony 
jeleń lub łoś wspinał się w pędzie do góry, a następnie walił się ciężko i kopał śnieg nogami. 
Inne dwórki pochylały też często twarze ku kuszom, albowiem wszystkie ogarnął zapał myśliwski. 
Jeden tylko Zbyszko nie myślał o łowach, ale wsparłszy łokcie na kolanach Danusi, a 
głowę na dłoniach, patrzył jej w oczy, ona zaś, na wpół śmiejąca się, na wpół zawstydzona, 
próbowała mu zamykać palcami powieki, niby nie mogąc takiego wzroku wytrzymać. 
 
Lecz uwagę pana de Lorche zwrócił ogromny, siwy na karku i łopatkach niedźwiedź, który 
niespodzianie wychynął z szuwarów w pobliżu strzelców. Książę strzelił do niego z kuszy, a 
następnie wypadł ku niemu z oszczepem i gdy zwierz podniósł się rycząc okropnie na zadnie 
łapy – skłuł go na oczach całego dworu tak sprawnie i szybko, że żaden z dwu „brońców” nie 
potrzebował użyć topora. Pomyślał tedy młody Lotaryńczyk, że jednak niewielu panów, na 
dworach których bawił po drodze, ważyłoby się na taką zabawę i że z takimi książęty i z takim 
ludem ciężką może Zakon mieć kiedyś przeprawę i ciężkie przeżyć godziny. Lecz w dalszym 
ciągu zobaczył skłute w ten sam sposób przez innych myśliwych srogie, białokływe 
odyńce, ogromne, daleko większe i zacieklejsze od tych, na które polowano w lasach Niższej 
Lotaryngii i w puszczach niemieckich. Tak wprawnych i dufnych w siłę dłoni łowców ani też 
takich uderzeń oszczepem nie widział pan de Lorche nigdzie – co, jako człowiek bywały, 
tłumaczył sobie tym, że wszyscy ci wśród niezmiernych borów siedzący ludzie przywykają 
od dziecięcych lat do kuszy i oszczepu – za czym i do większej w ich użyciu dochodzą od 
innych biegłości. 
 
Polana usłała się wreszcie gęsto trupami wszelkiego rodzaju zwierząt, lecz łowom daleko 
jeszcze było do końca. Owszem, najciekawsza a zarazem najbardziej niebezpieczna ich 
 
3 O podobnych wypadkach wspomina Wigand z Marburga. 
 

chwila miała dopiero nadejść, gdyż otoka wparła właśnie na pustać kilkanaście żubrów i turów. 
Chociaż w lasach trzymały się one zwykle osobno, szły teraz pomieszane razem, ale 
bynajmniej nie oślepłe z trwogi, raczej groźne niż przerażone. Nie szły też zbyt szybko, jakby 
pewne w poczuciu okrutnej siły, że złamią wszelkie zapory i przejdą – ziemia jednak zaczęła 
dudnić pod ich ciężarem. Brodate byki, idące na czele gromady ze łbami nisko nad ziemią, 
zatrzymywały się chwilami jakby rozważając, w którą stronę uderzyć. Z potwornych ich płuc 
wydobywał się głuchy ryk do podziemnego grzmotu podobny, z nozdrzów dymiło parą, a 
kopiąc śnieg przednimi nogami zdawały się upatrywać spod grzyw krwawymi oczyma ukrytego 
nieprzyjaciela. 
 
Tymczasem nawrotnicy podnieśli ogromny krzyk, któremu od strony głównej ławy i od 
skrzydeł otoki odpowiedziały setki gromkich głosów; zawrzały rogi i piszczałki; zadrżała 
puszcza aż hen do najdalszych głębin, a jednocześnie wypadły na polanę ze strasznym harmidrem 
goniące po tropie psy kurpieskie. Widok ich wprawił w mgnieniu oka we wściekłość 
samice mające przy sobie młode. Idące dotąd z wolna stado rozproszyło się w szalonym pościgu 
po całej polanie. Jeden z turów, płowy, olbrzymi, niemal potworny byk, ogromem żubry 
przenoszący, puścił się w ciężkich skokach ku szeregowi strzelców, zawrócił ku prawej stronie 
polany, po czym ujrzawszy o kilkadziesiąt kroków między drzewami konie, zatrzymał się 
i hucząc począł orać nogami ziemię, jakby podniecając się do skoku i walki. 
 
Na ten straszny widok nawrotnicy podnieśli krzyk jeszcze większy, w szeregu zaś myśliwych 
ozwały się przeraźliwe głosy: „Księżna, księżna! ratujcie panią!” Zbyszko porwał za 
utkwiony w śniegu oszczep i skoczył na skraj lasu, za nim skoczyło kilku Litwinów gotowych 
zginąć w obronie córki Kiejstuta – a wtem zgrzytnęła w rękach pani kusza, zaświszczał grot i 
przeleciawszy ponad schylonym łbem zwierzęcia utkwił w jego karku. 
 
– Dostał! – zawołała księżna – nie pójdzie... 
Ale dalsze jej słowa zgłuszył ryk tak straszliwy, że aż konie przysiadły na zadach. Tur rzucił 
się jak burza wprost na panią, lecz nagle z nie mniejszym pędem wypadł spomiędzy drzew 
mężny pan de Lorche i pochylony na koniu, z kopią wyciągniętą jak na rycerskim turnieju, 
runął wprost na zwierza. 
 
Obecni ujrzeli przez jedno mgnienie oka kopię utkwioną w karku byka, która wnet wygięła 
się jak pałąk i prysła w drobne złamki, za czym olbrzymi rogaty łeb zniknął całkiem pod 
brzuchem konia pana de Lorche i zanim kto z obecnych zdołał wykrzyknąć, i rumak, i jeździec 
wylecieli jak z procy w powietrze. 
 
Koń spadłszy na bok począł bić w przedśmiertnych drgawkach nogami oplątując je we 
własne wyprute trzewia, pan de Lorche leżał w pobliżu bez ruchu, podobny na śniegu do żelaznego 
klina, tur zaś zdawał się przez chwilę wahać, czy nie pominąć ich i nie uderzyć na 
inne konie, lecz mając tuż przed sobą te pierwsze ofiary zwrócił się znów ku nim i jął pastwić 
się nad nieszczęsnym rumakiem gniotąc go łbem i orząc z wściekłością rogami jego otwarty 
brzuch. 
 
Z boru jednakże sypnęli się ludzie na ratunek obcego rycerza. Zbyszko, któremu chodziło 
o ochronę księżny i Danusi, dobiegł pierwszy i wbił ostrze oszczepu pod łopatkę zwierzęcia. 
Lecz uderzył z takim rozmachem, że oszczep przy nagłym zwrocie tura pękł mu w ręku, on 
sam zaś upadł twarzą w śnieg. „Zginął! zginął!” – ozwały się głosy biegnących z pomocą 
Mazurów. Tymczasem łeb byka pokrył Zbyszka i przycisnął go do ziemi. Od strony księcia 
już, już nadbiegali dwaj potężni „brońcy” – byliby jednak przybyli za późno, gdyby na szczęście 
nie uprzedził ich darowany przez Jagienkę Zbyszkowi Czech Hlawa. Ten dopadł przed 
nimi i podniósłszy oburącz szeroki topór ciąg w pochylony kark tura tuż za rogami. 
 
Ccięcie było tak straszne, że zwierz runął jak gromem rażony z przerąbanymi kręgami i 
łbem niemal do połowy odwalonym; lecz padając przygniótł Zbyszka. Obaj „brońcy” odciągnęli 
w mgnieniu oka potworne cielsko, a tymczasem księżna i Danusia zeskoczywszy z koni 
nadbiegły, nieme z przerażenia, do rannego młodzianka. 
 

On zaś blady, cały zalany krwią tura i własną, podniósł się nieco, spróbował wstać, ale zachwiał 
się, upadł na kolana i wsparłszy się na ręku zdołał przemówić jedno tylko słowo: 
 
– Danuśka! 
Po czym wyrzucił krew ustami i ciemności objęły mu głowę. Danusia chwyciła go przez 
plecy za ramiona, ale nie mogąc go utrzymać poczęła krzyczeć o ratunek. Jakoż otoczono go 
ze wszystkich stron, tarto śniegiem, wlewano wino do ust, wreszcie łowczy Mrokota z Mocarzewa 
rozkazał położyć go na opończy i tamować krew za pomocą miękkich hubek borowych. 
 
 
– Żyw będzie, jeśli jeno ziobra, nie pacierze, ma połamane – rzekł zwracając się od księżny. 
Wszelako inne dwórki zajęły się przy pomocy myśliwców ratunkiem pana de Lorche. Obracano 
nim na wszystkie strony szukając na zbroi dziur lub wgięć uczynionych przez rogi 
byka, ale prócz śladów śniegu, który wbił się między złożenia blach, nie można było znaleźć 
innych. Tur mścił się głównie na koniu, który leżał obok już martwy mając pod brzuchem 
wszystkie swe wnętrzności, pan de Lorche zaś nie był ugodzon. Omdlał tylko wskutek upadku 
– i jak się pokazało później, rękę prawą miał ze stawu wybitą. Teraz jednak, gdy zdjęto mu 
hełm i wlano do ust wina, wnet otworzył oczy, oprzytomniał – i widząc pochylone nad sobą 
zatroskane twarze dwóch młodych i hożych dwórek rzekł po niemiecku: 
 
– Pewniem już w raju i aniołowie są nade mną? 
Dwórki nie zrozumiały wprawdzie tego, co powiedział, ale rade, że ożył i przemówił, poczęły 
się do niego uśmiechać i przy pomocy myśliwców podniosły go z ziemi, on zaś jęknął 
poczuwszy ból w prawej ręce, lewą wsparł się na ramieniu jednego z „aniołów” – i przez 
chwilę stał nieruchomo bojąc się kroku postąpić, gdyż nie czuł się pewny w nogach. Za czym 
powiódł mętnym jeszcze wzrokiem po pobojowisku: ujrzał płowe cielsko tura, które z bliska 
wydawało się potwornie wielkie, ujrzał łamiącą ręce nad Zbyszkiem Danusię – i samego 
Zbyszka na opończy. 
 
– Ten to rycerz przybył mi z pomocą? – zapytał. – Żyw-li? 
– Ciężko pobit – odpowiedział jeden z umiejących po niemiecku dworzan. 
– Nie z nim, ale za niego będę się odtąd potykał! – rzekł Lotaryńczyk. 
Lecz w tej chwili książę, którzy poprzednio stał nad Zbyszkiem, zbliżył się do niego i począł 
go wysławiać: że swoim śmiałym postępkiem ochronił od srogiego niebezpieczeństwa 
księżnę i inne niewiasty, a może i życie im ocalił – za co, prócz rycerskich nagród, otoczy go 
chwała u ludzi, którzy teraz żyją, i u potomnych. – W dzisiejszych zniewieściałych czasach – 
rzekł – coraz mniej prawych rycerzy jeździ po świecie, bądźcie mi więc gościem jako najdłużej 
albo i całkiem na Mazowszu ostańcie, gdzie łaskę moją jużeście zdobyli, a miłość ludzką 
również łatwie cnymi uczynkami zdobędziecie: 
 
Rozpływało się od takich słów chciwe na sławę serce pana de Lorche, gdy zaś pomyślał, 
że tak przeważnego czynu rycerskiego dokonał i na takie pochwały zarobił w owych dalekich 
ziemiach polskich, o których tyle dziwnych rzeczy opowiadano na Zachodzie – z radości nie 
czuł prawie wcale bólu w zwichniętym ramieniu. Rozumiał, że rycerz, który na dworze brabanckim 
lub burgundzkim będzie mógł opowiedzieć, iż na łowach ocalił życie księżnie mazowieckiej, 
będzie chodził w chwale jak w słońcu. Pod wpływem tych myśli chciał nawet 
zaraz iść do księżny i na klęczkach jej wierne służby ślubować, ale i sama pani, i Danusiazajęte były Zbyszkiem. Ów oprzytomniał znowu na chwilę, ale tylko uśmiechnął się do Danusi, 
podniósł dłoń do pokrytego zimnym potem czoła i zaraz powtórnie omdlał. Doświadczeni 
łowcy widząc, jak zawarły się przy tym jego ręce, a usta pozostały otwarte, mówili między 
sobą, że nie wyżyje, lecz doświadczeńsi jeszcze Kurpie, z których niejeden nosił na sobie 
ślady niedźwiedzich pazurów, dziczych kłów lub żubrzych rogów, lepszą czynili nadzieję 
twierdząc, że róg tura obsunął się między żebrami rycerza, że może jedno z nich albo dwa są 
złamane, ale krzyż cały, gdyż inaczej nie mógłby się młody pan ani na chwilę przypodnieść. 
 

Pokazywali też, że w miejscu, gdzie upadł Zbyszko, była jakby zaspa śnieżna i to właśnie go 
ocaliło – albowiem zwierz, przycisnąwszy go międzyrożem, nie podołał zgnieść mu do 
szczętu piersi ni krzyża. 
 
Nieszczęściem lekarz książęcy, ksiądz Wyszoniek z Dziewanny, nie był na łowach, choć 
zwykle na nich bywał, albowiem zajęty był tym razem wypiekaniem opłatków we dworze. 
Skoczył po niego dowiedziawszy się o tym Czech, tymczasem jednak ponieśli Kurpie Zbyszka 
na opończy do książęcego dworu. Danusia chciała iść przy nim piechotą, lecz księżna 
sprzeciwiła się temu, albowiem droga była daleka i w parowach leśnych leżały już głębokie 
śniegi, chodziło zaś o pośpiech. Starosta krzyżacki, Hugo de Danveld, pomógł więc dziewczynie 
siąść na koń, a następnie jadąc przy niej, tuż za ludźmi, którzy nieśli Zbyszka, rzekł po 
polsku przyciszonym głosem, tak aby przez nią tylko mógł być słyszany: 
 
– Mam w Szczytnie cudowny balsam gojący, który od pewnego pustelnika w Hercyńskim 
Lesie dostałem i który mógłbym we trzech dniach sprowadzić. 
– Bóg wam wynagrodzi, panie! – odpowiedziała Danusia. 
– Bóg zapisuje każdy miłosierny uczynek, ale czy mam i od was spodziewać się zapłaty? 
– Jakoż mogę wam zapłacić? 
Krzyżak przysunął się bliżej z koniem, widocznie chciał coś mówić, ale się zawahał i dopiero 
po chwili rzekł: 
 
– W Zakonie, prócz braci, są i siostry... Jedna z nich przywiezie balsam gojący, a wtedy 
powiem o zapłacie. 

Rozdział 
dwudziesty drugi 
 
Ksiądz Wyszoniek opatrzył rany Zbyszka, uznał, iż tylko jedno żebro jest złamane, ale 
pierwszego dnia nie ręczył za wyzdrowienie, nie wiedział bowiem, „czy się w chorym nie 
przekręciło serce i czy się w nim wątroba nie oberwała”. Pana de Lorche opanowała też pod 
wieczór niemoc tak wielka, iż musiał się położyć, na drugi dzień zaś nie mógł ni ręką, ni nogą 
bez wielkiego bólu we wszystkich kościach poruszać. Księżna i Danusia oraz inne dwórki 
pilnowały chorych i warzyły dla nich wedle przepisu księdza Wyszońka rozliczne smarowania 
i driakwie. Zbyszko jednakże ciężko był pobity i od czasu do czasu oddawał krew ustami, 
co wielce niepokoiło księdza Wyszońka. Był jednakże przytomny i na drugi dzień, dowiedziawszy 
się od Danusi, komu życie zawdzięcza, przywołał swego Czecha, aby mu podziękować 
i wynagrodzić. Musiał jednak przy tym pomyśleć, że miał go od Jagienki i że gdyby 
nie jej życzliwe serce, byłby zginął. Myśl ta była mu nawet ciężka, czuł bowiem, że nie wy-
płaci się nigdy poczciwej dziewczynie dobrem za dobre i że będzie dla niej tylko zmartwień i 
okrutnego smutku przyczyną. Powiedział sobie wprawdzie zaraz: „Toć się na dwoje nie rozetnę” 
– ale na dnie duszy został mu jakby wyrzut sumienia, Czech zaś zaognił jeszcze ów 
wewnętrzny niepokój. 
 
– Przysiągłem mojej panience – rzekł – na włodyczą cześć, że was będę strzegł – to i będę, 
bez nijakiej nagrody. Jej to, nie mnie, powinniście, panie, za ratunek. 
Zbyszko nie odpowiedział, jeno począł oddychać ciężko – a Czech pomilczał przez chwilę, 
po czym ozwał się znowu: 
 
– Jeślibyście kazali mi skoczyć do Bogdańca, to skoczę. Może byście radzi starego pana 
ujrzeli, gdyż Bóg to wie, co z wami będzie. 
– A co powiada ksiądz Wyszoniek? – zapytał Zbyszko. 
– Ksiądz Wyszoniek powiada, że pokaże się to na nowiu, a do nowiu jeszcze cztery dni. 
– Hej! to nie trzeba ci do Bogdańca. Albo zamrę przedtem, nim stryk nadąży, albo ozdrowieję. 
– Posłalibyście choć pismo do Bogdańca. Sanderus czysto wszystko wypisze. Będą przynajmniej 
o was wiedzieć i bogdaj na mszę dadzą. 
– Daj mi teraz spokój, bom słaby. Jeśli zamrę, wrócisz do Zgorzelic i powiesz, jak co było 
– wtedy dadzą na mszę. A mnie tu pochowają albo w Ciechanowie. 
– Chyba że w Ciechanowie albo w Przasnyszu, bo w boru jeno Kurpie się grzebią, nad którymi 
wilcy wyją. Słyszałem też od służby, że książę za dwa dni razem ze dworem do Ciechanowa, 
a potem do Warszawa wraca. 
– Przecie mnie tu nie ostawią – odrzekł Zbyszko. 
Jakoż odgadł, bo księżna tegoż dnia jeszcze udała się do księcia z prośbą, aby pozwolił jej 
zabawić w puszczańskim dworcu wraz z Danusią, z pannami służebnymi i z księdzem Wyszońkiem, 
który przeciwny był prędkiemu przewożeniu Zbyszka do Przasnysza. Pan de Lor-
che miał się po dwóch dniach znacznie lepiej i począł wstawać, dowiedziawszy się jednak, że 
„damy” zostają, pozostał także, aby towarzyszyć im w drodze powrotnej i w razie napadu 
Saracenów bronić ich od złej przygody. Skąd się mieli wziąć owi Saraceni – tego pytania nie 
 

zadawał sobie mężny Lotaryńczyk. Nazywano tak wprawdzie na dalekim Zachodzie Litwinów 
– od nich jednak nie mogło grozić żadne niebezpieczeństwo córce Kiejstuta, rodzonej 
siostrze Witolda, a stryjecznej potężnego „króla krakowskiego”, Jagiełły. Ale pan de Lorche 
zbyt długo bawił między Krzyżaki, aby mimo wszystkiego, co na Mazowszu słyszał i o 
chrzcie Litwy, i o połączeniu dwu koron na głowie jednego władcy, nie miał przypuszczać, że 
od Litwinów zawsze wszystkiego złego można się spodziewać. Tak mówili Krzyżacy, a on 
jeszcze nie całkiem stracił wiarę w ich słowa. 
 
Ale tymczasem zaszedł wypadek, który padł cieniem między gości krzyżackich i księcia 
Janusza. Na dzień przed wyjazdem dworu przybyli bracia Gotfryd i Rotgier, którzy byli zostali 
poprzednio w Ciechanowie, a z nimi przyjechał niejaki pan de Fourcy jako zwiastun niepomyślnej 
dla Krzyżaków nowiny. Oto zdarzało się, że goście zagraniczni bawiący u starosty 
krzyżackiego w Lubawie, a więc, pan de Fourcy, a dalej pan de Bergow i pan Majneger, obaj 
z rodzin poprzednio już w Zakonie zasłużonych, nasłuchawszy się wieści o Jurandzie ze Spychowa 
nie tylko się ich nie ulękli, ale postanowili wywabić w pole słynnego wojownika, aby 
przekonać się, czy rzeczywiście jest tak straszny, za jakiego go głoszą. Starosta sprzeciwiał 
się wprawdzie powołując się na pokój między Zakonem a księstwami mazowieckimi, w końcu 
jednak, może w nadziei, iż uwolni się od groźnego sąsiada, nie tylko postanowił patrzeć 
przez szpary na wyprawę, ale i knechtów zbrojnych na nią pozwolił. Rycerze posłali wyzwanie 
Jurandowi, który je skwapliwie przyjął pod warunkiem, że ludzi odprawią, a samotrzeć z 
nim i z dwoma towarzyszami będą się potykali na samej granicy Prus i Spychowa. Gdy jednak 
nie chcieli ani knechtów odprawić, ani z ziem spychowskich ustąpić, napadł na nich, 
knechtów wytracił, pana Majnegera sam okrutnie kopią przebódł, a pana de Bergow wziął w 
niewolę i do piwnic spychowskich wtrącił. De Fourcy jeden się ocalił i po trzechdniowym 
błąkaniu się po mazowieckich lasach dowiedziawszy się od smolarzy, iż w Ciechanowie bawią 
bracia zakonni, przedarł się do nich, aby razem z nimi zanieść skargę przed majestat księcia, 
prosić o karę i o rozkaz uwolnienia pana de Bergow. 
 
Wieści te wnet zmąciły dobre stosunki między księciem i gośćmi, gdyż nie tylko dwaj 
przybyli bracia, ale i Hugo de Danveld, i Zygfryd de Löwe poczęli natarczywie upominać się 
u księcia, aby raz przecie uczynił sprawiedliwość Zakonowi, uwolnił granicę od drapieżnika i 
ryczałtem karę za wszystkie winy wymierzył. Szczególniej Hugo de Danveld mający własne 
dawne porachunki z Jurandem, których wspomnienie piekło go bólem i wstydem – upominał 
się niemal groźnie o zemstę. 
 
– Pójdzie skarga do wielkiego mistrza – mówił – i jeśli sprawiedliwości od waszej książęcej 
mości nie uzyskamy, on sam potrafi ją uczynić, choćby za owym zbójem całe Mazowsze 
stanęło. 
Lecz książę, lubo z natury łagodny, rozgniewał się i rzekł: 
 
– Jakiejże to sprawiedliwości się domagacie? Gdyby Jurand pierwszy na was nastąpił, wsie 
popalił, stada zagarnął i ludzi pobił, pewnie bym go na sąd wezwał i karę mu odmierzył. Ale 
wasi to sami go naszli. Wasz starosta knechtów na wyprawą pozwolił – a cóże Jurand? Jeszcze 
wyzwanie przyjął, a tego jeno żądał, by ludzie odeszli. Jakoże mam go za to karać alibo 
na sąd pozywać? Zaczepiliście strasznego męża, którego się wszyscy boją, i dobrowolnie 
ściągnęliście klęskę na wasze głowy – więc czegóż chcecie? Zali mam mu rozkazać, aby się 
nie bronił, gdy się wam spodoba go najechać? 
– Nie Zakon go napastował, jego goście, obcy rycerze – odparł Hugo. 
– Za gości Zakon odpowiada, a do tego byli z nimi knechci z lubawskiej załogi. 
– Miałże starosta gości jako na rzeź wydać? 
Na to książę zwrócił się do Zygfryda i rzekł: 
– Patrzcie, w co się sprawiedliwość w waszych uściech obraca i zali wasze wykręty nie obrażają 
Boga? 
Lecz surowy Zygfryd odrzekł: 
 

– Pan de Bergow musi być z niewoli wypuszczon, albowiem mężowie z jego rodu bywali 
starszymi w Zakonie i wielkie Krzyżowi oddali usługi. 
– A śmierć Majnegera musi być pomszczona – dodał Hugo de Danveld. 
Książę usłyszawszy to odgarnął na obie strony włosy i wstawszy z ławy począł iść ku 
Niemcom z twarzą złowrogą, po chwili jednak wspomniał widocznie, że byli jego gośćmi, 
więc pohamował się raz jeszcze, położył rękę na ramienia Zygfryda i rzekł: 
 
– Słuchajcie, starosto: krzyż na płaszczu nosicie, więc odpowiedzcie wedle sumienia – na 
ten krzyż – praw-li był Jurand czy też nie praw? 
– Pan de Bergow musi być z niewoli wypuszczon – odpowiedział Zygfryd de Löwe. 
Nastała chwila milczenia, po czym książę rzekł: 
– Bóg, daj mi cierpliwość. 
Zygfryd zaś mówił dalej głosem ostrym, do cięć miecza podobnym: 
– Ta krzywda, która nas w osobach gości naszych spotkała – to jeno nowa sposobność do 
skargi. Jak Zakon Zakonem, nigdy, ni w Palestynie, ni w Siedmiogrodzie, ni między dotychczas 
pogańską Litwą, nie uczynił nam jeden zwykły mąż tyle złego, ile ten zbój ze Spychowa. 
Wasza Książęca Mość! my sprawiedliwości i kary żądamy nie za jedną krzywdę, ale za tysiąc, 
nie za jedną bitwę, ale za pięćdziesiąt, nie za krew raz przelaną, ale za całe lata takowych 
postępków, za które ogień niebieski powinien być spalić to bezbożne gniazdo złości i okrucieństwa. 
Czyjeż tam jęki wołają o pomstę do Boga? – nasze! Czyje łzy? – nasze! Próżno 
zanosiliśmy skargi, próżno wołali o sąd. Nigdy nie uczyniono nam zadość! 
Usłyszawszy to książę Janusz począł kiwać głową i odrzekł: 
 
– Hej! nieraz drzewiej Krzyżacy gościli w Spychowie i nie był Jurand waszym wrogiem, 
póki mu umiłowana niewiasta na waszym powrozie nie skonała. Ale ileż to razy zaczepialiście 
go sami chcąc go zgładzić, jako i ninie, za to, że pozywał i zwyciężał waszych rycerzy? 
Ile razy nasadzaliście na niego zbójców albo biliście do niego z kusz w boru? Następował ci 
on na was, prawda, bo go piekła zemsta – ale czyliż wy lub rycerze, którzy na ziemiach waszych 
siedzą, nie następowali na spokojnych ludzi na Mazowszu, nie zagarniali stad, nie palili 
wsiów, nie mordowali mężów, niewiast i dzieci? A gdym się skarżył mistrzowi, to mi odpowiadał 
z Malborga: „Zwyczajna graniczna swawola!” Dajcie mi spokój! Nie wam przystoi się 
skarżyć, którzyście chwycili mnie samego, bez broni, w czasie pokoju, na mojej własnej ziemi 
– i gdyby nie strach przed gniewem króla krakowskiego, to może bym dotychczas w podziemiach 
waszych jęczał. Tak odpłaciliście się mnie, który z rodu waszych dobrodziejów pochodzę. 
Dajcie mi spokój, bo nie wam gadać o sprawiedliwości! 
Usłyszawszy to Krzyżacy spojrzeli po sobie niecierpliwie, gdyż przykro i wstyd im było, 
że książę wspomniał o zajściu pod Złotoryją wobec pana de Fourcy, więc Hugo de Danveld 
chcąc położyć koniec dalszej o tym rozmowie rzekł: 
 
– Z waszą książęcą mością zdarzyła się omyłka, którąśmy nie ze strachu przed królem krakowskim, 
ale dla sprawiedliwości naprawili, a za graniczną swawolę mistrz nasz nie może 
odpowiadać, bo ile jest królestw na świecie, wszędy na granicach niespokojne duchy swawolą. 
– To sam to gadasz, a sądu na Juranda wołasz. Czegoże chcecie? 
– Sprawiedliwości i kary. 
Książę zacisnął swe kościste pięści i powtórzył: 
– Bóg, daj mi cierpliwość! 
– Niech wasz książęcy majestat wspomni też i na to – mówił dalej Danveld – że nasi swywolnicy 
krzywdzą jeno świeckich i nie należących do niemieckiego plemienia ludzi, wasi zaś 
przeciw niemieckiemu Zakonowi rękę podnoszą, przez co samego Zbawiciela obrażają. A 
jakichże mąk i kar dosyć na krzywdzicieli Krzyża? 
– Słuchaj! – rzekł książę – Bogiem nie wojuj, bo Go nie oszukasz! 

I położywszy ręce na ramionach Krzyżaka potrząsnął nim silnie, on zaś stropił się zaraz i 
począł łagodniejszym już głosem: 
 
– Jeśli prawda, że goście pierwsi naszli Juranda i że nie odesłali ludzi, nie pochwalę im tego, 
ale czy istotnie Jurand przyjął wyzwanie? 
To rzekłszy począł patrzeć na pana de Fourcy mrugając przy tym nieznacznie oczyma, 
jakby mu chcąc dać do zrozumienia, żeby zaprzeczył – lecz ów nie mogąc czy nie chcąc tego 
uczynić odrzekł: 
 
– Chciał, byśmy odesławszy ludzi samotrzeć się z nim potykali. 
– Pewni jesteście? 
– Na moją cześć! Ja i de Bergow zgodziliśmy się, ale Majneger nie przystał. 
Wtem książę przerwał: 
– Starosto ze Szczytna! wy lepiej od innych wiecie, że Jurand nie uchybił wyzwaniu. 
Tu zwrócił się do wszystkich i rzekł: 
– Który by z was chciał go pozwać na pieszą alibo na konną walkę, daję na to pozwoleństwo. 
Jeśliby Jurand był zabit lub pojman, pan Bergow wyjdzie bez wykupu z niewoli. Więcej 
ode mnie nie żądajcie, bo nie wskóracie. 
Lecz po tych słowach zapadła cisza głęboka. I Hugo de Danveld, i Zygfryd de Löwe, i brat 
Rotgier, i brat Gotfryd, jakkolwiek mężni, zbyt dobrze znali strasznego dziedzica Spychowa, 
by którykolwiek z nich podjął z nim walkę na śmierć i życie. Mógł to uczynić chyba człowiek 
obcy, pochodzący z dalekich stron, jak de Lorche lub Fourcy, ale de Lorche nie był obeznany 
przy rozmowie, zaś pan Fourcy nadto pełen był jeszcze wewnętrznego przerażenia. 
 
– Raz go widziałem – mruknął z cicha – i nie chcę widzieć więcej. 
Zaś Zygfryd de Löwe rzekł: 
– Zakonnikom nie wolno jest w pojedynczej walce się potykać, chyba za osobnym mistrza 
i wielkiego marszałka pozwoleniem, ale my tu nie pozwoleństwa na walkę żądamy, jeno by 
de Bergow był z niewoli wypuszczon, a Jurand na gardle skazan. 
– Nie wy prawa w tej ziemi stanowicie. 
– Bośmy do tej pory cierpliwie ciężkie sąsiedztwo znosili. Ale mistrz nasz potrafi wymierzyć 
sprawiedliwość. 
– Zasię mistrzowi i wam od Mazowsza! 
– Za mistrzem stoją Niemcy i cesarz rzymski. 
– A za mną król polski, któremu więcej ziemi i narodów podlega. 
– Czy wasza książęca mość chce wojny z Zakonem? 
– Gdybym chciał wojny, nie czekałbym was na Mazowszu, jeno szedł ku wam, ale i ty mi 
nie groź, boć się nie boję. 
– Cóż mam donieść mistrzowi? 
– Wasz mistrz o nic nie pytał. Mów mu, co chcesz. 
– Tedy sami wymierzym karę i pomstę. 
Na to książę wyciągnął ramię i począł kiwać groźnie palcem przy samej twarzy Krzyżaka. 
– Waruj się! – rzekł stłumionym przez gniew głosem – waruj się! Jam ci pozwolił wyzwać 
Juranda, ale gdybyś z wojskiem zakonnym wdarł mu się do kraju, tedy na cię uderzę – i więźniem, 
nie gościem, tu osiędziesz. 
I widocznie cierpliwość jego była już wyczerpana, gdyż cisnął ze wszystkich sił czapkę o 
stół i wyszedł z izby trzasnąwszy drzwiami. Krzyżacy pobladli ze wściekłości, a pan de Fourcy 
spoglądał na nich jak błędny. 
 
– Co tedy będzie? 
A Hugo de Danveld przyskoczył niemal z pięściami do pana de Fourcy. 
– Po coś powiedział, że wyście pierwsi naśli Juranda? 
– Bo prawda! 
– Trzeba ci było zełgać. 

– Jam tu przyjechał bić się, nie łgać. 
– Tęgo się biłeś – ni słowa! 
– A tyś to nie pomykał przed Jurandem do Szczytna? 
– Pax! – rzekł de Löwe. – Ten rycerz jest gościem Zakonu. 
– I wszystko jedno, co rzekł – wtrącił brat Gotfryd. – Bez sądu nie skaraliby Juranda, a na 
sądzie rzecz by musiała wyjść na wierzch. 
– Co tedy będzie? – powtórzył brat Rotgier. 
Nastała chwila milczenia, po czym zabrał głos surowy i zawzięty Zygfryd de Löwe. 
– Trzeba z tym krwawym psem raz skończyć! – rzekł. – De Bergow musi być z więzów 
wydobyty. Ściągniem załogi ze Szczytna, z Insburka, z Lubawy, wezwiem chełmińską 
szlachtę i uderzym na Juranda... Czas z nim skończyć! 
Lecz przebiegły Danveld, który umiał każdą rzecz na obie strony rozważyć, założył ręce 
na głowę, namarszczył się i po namyśle rzekł: 
 
– Bez pozwolenia mistrza nie można. 
– Jeśli się uda, to mistrz pochwali – ozwał się brat Gotfryd. 
– A jeśli się nie uda? Jeśli książę ruszy kopijników i uderzy na nas? 
– Jest pokój między nim i Zakonem: nie uderzy! 
– Ba! jest pokój, ale my go pierwsi naruszym. Załogi nasze przeciw Mazurom nie wystarczą. 
– To mistrz ujmie się za nami i będzie wojna. 
Danveld znów się namarszczył i zamyślił: 
– Nie! nie! – rzekł po chwili. – Jeśli się uda, mistrz będzie w duchu rad... Pójdą posły do 
księcia, będą układy i ujdzie nam bezkarnie. Ale w razie klęski Zakon nie ujmie się za nami i 
wojny księciu nie wypowie... Innego by na to trzeba mistrza... Za księciem stoi król polski, a 
z nim mistrz nie zadrze... 
– Wszelako wzięliśmy ziemię dobrzyńską – to widać nie strach nam Krakowa. 
– Bo były pozory... Opolczyk... Wzięliśmy niby zastaw, a i to... 
Tu obejrzał się naokół i zniżonym głosem dodał: 
– Słyszałem w Malborgu, iż gdyby wojną grozili, to byle nam zastaw wrócono – oddamy. 
– Ach! – rzekł brat Rotgier – gdyby tu między nami był Markwart Salzbach albo Szomberg, 
który szczenięta Witoldowe wydusił – ci znaleźliby radę na Juranda. Cóż Witold! namiestnik 
Jagiełłów! Wielki kniaź, a mimo tego Szombergowi nic... Wydusił Witoldowi dzieci 
– i nic mu!... Usłyszawszy to Hugo de Danveld wsparł łokcie na stole, głowę na rękach i na 
długi czas zatopił się w rozmyślaniu. Nagle rozjaśniły mu się oczy, obtarł wedle zwyczaju 
wierzchem dłoni wilgotne, grube wargi i rzekł: 
– Błogosławiona niech będzie chwila, w której wspomnieliście, pobożny bracie, imię mężnego 
brata Szomberga. 
– Czemu tak? Zaliście coś obmyślili? – spytał Zygfryd de Löwe. 
– Mówcie żywo! – zawołali bracia Rotgier i Gotfryd. 
– Słuchajcie – rzekł Hugo. – Jurand ma tu córkę, jedyne dziecko, którą jako źrenicę oka 
miłuje. 
– Ma! znamy ją. Miłuje ją i księżna Anna Danuta. 
– Tak. Otóż słuchajcie, gdybyście porwali tę dziewkę, Jurand oddałby za nią nie tylko 
Bergowa, ale wszystkich jeńców, siebie samego i Spychów w dodatku! 
– Na krew św. Bonifacego przelaną w Dochum! – zawołał brat Gotfryd – byłoby tak, jako 
mówicie! 
Po czym zamilkli, jakby przestraszeni śmiałością i trudnościami przedsięwzięcia. Dopiero 
po chwili brat Rotgier zwrócił się do Zygfryda de Löwe: 
 
– Rozum wasz i doświadczenie – rzekł – równe są męstwu; co tedy o tym mniemacie? 
– Mniemam, że sprawa warta rozwagi. 

– Bo – mówił dalej Rotgier – dziewka jest przyboczną księżny – ba, więcej, gdyż prawie 
córką umiłowaną. Pomyślcie, pobożni bracia, jaki powstanie hałas. 
A Hugo de Danveld począł się śmiać. 
 
– Samiście mówili – rzekł – że Szomberg wytruł czy też wydusił Witoldowe szczenięta – i 
cóż mu za to? Hałas oni z byle przyczyny podnoszą, ale gdybyśmy posłali mistrzowi Juranda 
na łańcuchu, czeka nas pewniej nagroda niż kara. 
– Tak – ozwał się de Löwe – sposobność do najazdu jest. Książę wyjeżdża, Anna Danuta 
zostaje tu jedno z dworskimi dziewki. Jednakże najazd na dwór książęcy w czasie pokoju – 
nie byle sprawa. Dwór książęcy – nie Spychów. To znów jak w Złotoryi! Znów pójdą skargi 
do wszystkich królestw i do papieża na gwałty Zakonu; znów odezwie się z groźbą przeklęty 
Jagiełło, a mistrz – znacie go przecie: rad on uchwyci, co się da chwycić, ale wojny z Jagiełłą 
nie chce... Tak! krzyk się podniesie we wszystkich ziemiach Mazowsza i Polski. 
– A tymczasem kości Juranda zbieleją na haku – odparł brat Hugo. – Kto wreszcie mówi 
wam, by ją tu z dworca spod boku księżny porywać? 
– Przecie nie z Ciechanowa, gdzie prócz szlachty jest trzystu łuczników. 
– Nie. Ale zali Jurand nie może zachorzeć i przysłać ludzi po dziewkę? Nie wzbroni jej 
wtedy księżna jechać, a jeśli dziewka w drodze przepadnie, kto powie wam lub mnie: „Tyś ją 
porwał!” 
– Ba! – odrzekł zniecierpliwiony de Löwe – sprawcie, by Jurand zachorzał i dziewkę wezwał... 
Na to uśmiechnął się z tryumfem Hugo i odrzekł: 
 
– Mam ci ja u siebie złotnika, który z Malborga za złodziejstwo wypędzon w Szczytnie 
osiadł i który każdą pieczęć wyciąg potrafi; mam i ludzi, którzy, choć nasi poddani, z mazurskiego 
narodu pochodzą... Zali mnie jeszcze nie rozumiecie?... 
– Rozumiem! – zawołał z zapałem brat Gotfryd. 
A Rotgier podniósł dłonie do góry i rzekł: 
– Niech ci Bóg szczęści, pobożny bracie, bo ni Markwart Salzbach, ni Szomberg nie zna-
leźliby lepszego sposobu. 
Po czym przymrużył oczy, jakby chciał dojrzeć coś dalekiego. 
 
– Widzę Juranda – rzekł – jako z powrozem na szyi stoi przy Gdańskiej bramie w Malborgu 
i jako kopią go nogami knechty nasze... 
– A dziewka zostanie służką Zakonu – dodał Hugo. 
Usłyszawszy to de Löwe zwrócił oczy na Danvelda, on zaś uderzył się znów wierzchem 
dłoni w usta i rzekł: 
 
– A teraz do Szczytna nam jak najprędzej! 

Rozdział 
dwudziesty trzeci 
 
Jednakże przed wyruszeniem do Szczytna czterej bracia i de Fourcy przyszli jeszcze pożegnać 
się z księciem i księżną. Było to pożegnanie niezbyt przyjazne, wszelako książę nie 
chcąc, wedle starego polskiego obyczaju, wypuszczać gości z domu z próżnymi rękoma podarował 
każdemu z braci piękny błam kuni i po grzywnie srebra, oni zaś przyjęli z radością, 
zapewniając, że jako zakonnicy zaprzysiężeni na ubóstwo nie zatrzymają tych pieniędzy dla 
siebie, ale rozdadzą je ubogim, którym zarazem polecą się modlić za zdrowie, sławę i przyszłe 
zbawienie księcia. Uśmiechali się pod wąsem z tych zapewnień Mazurowie, albowiem 
dobrze znana im była chciwość zakonna, a jeszcze lepiej kłamstwa Krzyżaków. Powtarzano 
na Mazowszu, że „jako tchórz cuchnie, tak Krzyżak łże”. Książę też jeno machnął ręką na 
podobną podziękę, a po ich wyjściu rzekł, iż rakiem chyba pojechałby do nieba za przyczyną 
modlitw krzyżackich. 
 
Lecz przedtem jeszcze, przy pożegnaniu się z księżną, w chwili gdy Zygfryd de Löwe całował 
jej rękę, Hugo von Danveld zbliżył się do Danusi, położył dłoń na jej głowie i głaszcząc 
ją rzekł: 
 
– Jakoże mam wam podziękować, panie? – odpowiedziała Danusia. 
– Bądźcie przyjaciółką Zakonu i zakonników. 
Zauważył tę rozmowę de Fourcy, a że uderzyła go przy tym uroda dziewczyny, więc gdy 
już ruszyli ku Szczytnu, zapytał: 
 
– Co to za piękna dwórka, z którą rozmawialiście na odjezdnym? 
– Córka Juranda! – odpowiedział Krzyżak. 
A pan de Fourcy zdziwił się. 
– Ta, którą macie pochwycić? 
– Tak. A gdy ją pochwycim, Jurand nasz. 
– Nie wszystko widać złe, co od Juranda pochodzi. Warto być stróżem takiego jeńca. 
– Myślicie, że łatwiej by było wojować z nią niż z Jurandem? 
– To znaczy, że myślę tak samo jak i wy. Ojciec wróg Zakonu, a do córki mówiliście miodem 
smarowane słowa i w dodatku obiecaliście jej balsam. 
Hugo de Danveld uczuł widocznie potrzebę usprawiedliwienia się kilkoma słowy. 
 
– Obiecałem jej balsam – rzekł – dla tego młodego rycerza, który od tura pobit i z którym, 
jako wiecie, jest zmówiona. Jeśli podniosą krzyk po pochwyceniu dziewki, powiemy, żeśmy 
nie tylko nie chcieli jej krzywdy, aleśmy jej jeszcze leki przez chrześcijańskie miłosierdzie 
posyłali. 
– Dobrze – rzekł de Löwe. – Trzeba jeno posłać kogoś pewnego. 
– Poślę jedną pobożną niewiastę, całkiem Zakonowi oddaną. Przykażę jej patrzeć i słuchać. 
Gdy ludzie nasi niby od Juranda przybędą, znajdą gotowe porozumienie... 
– Takich ludzi trudno będzie dobrać. 
– Nie. Naród u nas mówi tym samym językiem. Są też w mieście, ba! nawet między 
knechtami w załodze, ludzie, którzy prawem ścigani z Mazowsza zbiegli – zbóje, złodzieje – 

prawda, ale żadnej trwogi nie znający i na wszystko gotowi. Tym obiecnę, jeśli wskórają, 
wielkie nagrody, jeśli nie wskórają – powróz. 
 
– Ba! a nuż zdradzą? 
– Nie zdradzą, bo na Mazowszu każdy dawno na łamanie kołem zarobił i nad każdym wyrok 
cięży. Trzeba im tylko dać ochędożne szaty, aby ich za prawych Jurandowych pachołków 
poczytano – i główna rzecz: list z pieczęcią od Juranda. 
– Należy wszystko przewidzieć – rzekł brat Rotgier. – Jurand po ostatniej bitwie zechce 
może zobaczyć księcia, aby się na nas poskarżyć, a siebie usprawiedliwić. Będąc w Ciechanowie 
zajedzie do córki, do leśnego dworca. Może się wtedy przygodzić, że nasi ludzie, przybywszy 
po Jurandównę, natkną się na samego Juranda. 
– Ci ludzie, których wybiorę, są szelmy kute na cztery nogi. Będą oni wiedzieć, że jeśli się 
natkną na Juranda, pójdą na haki. Ich głowa w tym, żeby się nie spotkali. 
– Jednak może się zdarzyć, że ich pochwycą. 
– Tedy wyprzemy się i ich, i listu. Kto nam dowiedzie, że to myśmy ich wysłali? Wreszcie: 
nie będzie porwania, nie będzie krzyku, a że kilku wisielców Mazury poćwiertują, nie 
stanie się przez to szkoda dla Zakonu. 
A brat Gotfryd, najmłodszy między zakonnikami, rzekł: 
 
– Nie rozumiem tej waszej polityki ani tej waszej bojaźni, aby się nie wydało, że dziewka z 
naszego nakazu porwana. Mając ją raz w ręku musimy przecie posłać kogoś do Juranda i powiedzieć 
mu: „Twoja córka jest u nas – chcesz-li, by odzyskała wolność, oddaj za nią de Bergowa 
i siebie samego...” Jakże inaczej?... Ale wtedy będzie wiadomo, że to my nakazaliśmy 
dziewczynę pochwycić. 
– Prawda! – rzekł pan de Fourcy, któremu niezbyt przypadła do smaku cała sprawa. – Po 
co ukrywać to, co musi się wydać. 
A Hugo de Danveld począł się śmiać i zwróciwszy się do brata Gotfryda zapytał: 
 
– Jak dawno nosicie biały płaszcz? 
– Skończy się sześć lat na pierwszą niedzielę po Świętej Trójcy. 
– Jak go przenosicie jeszcze sześć, będziecie lepiej rozumieli sprawy Zakonu. Jurand zna 
nas lepiej niż wy. Powie mu się tak: „Twojej córki pilnuje brat Szomberg i jeśli słowo piśniesz 
– to wspomnij na dzieci Witolda...” 
– A później? 
– Później de Bergow będzie wolny, a Zakon będzie także uwolnion od Juranda. 
– Nie! – zawołał brat Rotgier – wszystko jest tak rozumnie pomyślane, że Bóg powinien 
pobłogosławić naszemu przedsięwzięciu. 
– Bóg błogosławi wszelkim uczynkom mającym na celu dobro Zakonu – rzekł posępny 
Zygfryd de Löwe. 
I jechali dalej w milczeniu – a przed nimi na dwa lub trzy strzelania z kuszy szły ich 
poczty, aby torować drogę, która stała się kopna, albowiem w nocy spadł śnieg obfity. Na 
drzewach leżała bogata okiść, dzień był chmurny, ale ciepły, tak że z koni podnosił się opar. 
Z lasów ku ludzkim siedliskom leciały stada wron napełniając powietrze posępnym krakaniem. 
 
 
Pan de Fourcy pozostał nieco za Krzyżakami i jechał w głębokim zamyśleniu. Był on od 
kilku lat gościem Zakonu, brał udział w wyprawach na Żmudź, gdzie odznaczył się wielkim 
męstwem i podejmowany wszędy tak, jak tylko Krzyżacy umieli podejmować rycerzy z dalekich 
stron, przywiązał się do nich mocno, a nie mając własnej fortuny zamierzał wstąpić w 
ich szeregi. Tymczasem to przesiadywał w Malborgu, to odwiedzał znajome komandorie szukając 
w podróżach rozrywki i przygód. Przybywszy świeżo do Lubawy wraz z bogatym de 
Bergowem i zasłyszawszy o Jurandzie począł płonąć żądzą zmierzenia się z mężem, którego 
otaczała groza powszechna. Przybycie Majnegera, który ze wszystkich walk wychodził zwycięzcą, 
przyspieszyło wyprawę. Komtur z Lubawy dał na nią ludzi; naopowiadał jednak tyle 
 

trzem rycerzom nie tylko o okrucieństwie, ale o podstępach i wiarołomstwie Juranda, iż gdy 
ów zażądał, by odprawili żołnierzy, nie chcieli się na to zgodzić, bojąc się, że gdy to uczynią, 
otoczy ich, wytraci lub wtrąci do piwnic spychowskich. Wówczas Jurand mniemając, że chodzi 
im nie tylko o walkę rycerską, ale i o grabież, uderzył na nich wstępnym bojem i zadał im 
klęskę okrutną. De Fourcy widział Bergowa obalonego wraz z koniem, widział Majnegera z 
odłamem włóczni w brzuchu, widział ludzi próżno błagających o litość. Sam ledwo zdołał się 
przebić – i kilka dni tułał się po drogach i lasach, gdzie byłby zamarł z głodu lub stał się łupem 
dzikiego zwierza, gdyby wypadkiem nie dostał się do Ciechanowa, w którym znalazł 
braci Gotfryda i Rotgiera. Z całej wyprawy wyniósł uczucie upokorzenia, wstydu, nienawiści, 
zemsty i żalu za Bergowem, który był mu bliskim przyjacielem. Toteż z całej duszy przyłączył 
się do skargi zakonnych rycerzy, gdy domagali się kary i wolności dla nieszczęsnego 
towarzysza, a gdy ta skarga pozostała bezowocną – w pierwszej chwili gotów był zgodzić się 
na wszystkie środki, które wiodły do zemsty nad Jurandem. Teraz jednak ozwały się w nim 
nagle skrupuły. Przysłuc***ąc się rozmowom zakonników, a zwłaszcza temu, co mówił Hugo 
de Danveld, niejednokrotnie nie mógł oprzeć się zdziwieniu. Poznawszy bliżej w ciągu kilku 
lat Krzyżaków widział już wprawdzie, że nie są oni tacy, za jakich przedstawiają ich w Niemczech 
i na Zachodzie. W Malborgu poznał jednakże kilku prawych i surowych rycerzy; ci, 
sami często rozwodzili skargi nad zepsuciem braci, nad ich rozpustą, brakiem karności – i de 
Fourcy czuł, że mają słuszność, ale sam będąc rozpustnym i niekarnym nie brał zbyt za złe 
innym tych wad, zwłaszcza że wszyscy rycerze zakonni nagradzali je męstwem. Widział ich 
przecie pod Wilnem uderzających piersią o pierś polskich rycerzy, przy zdobywaniu zamków 
bronionych z nadludzką uporczywością przez posiłkowe polskie załogi; widział ich ginących 
pod ciosami toporów i mieczów, w szturmach ogólnych lub w pojedynczych walkach. Byli 
nieubłagani i okrutni dla Litwy, ale byli zarazem jako lwy – i chodzili w chwale jak w słońcu. 
Teraz jednak wydało się panu de Fourcy, że Hugo de Danveld mówi takie rzeczy i podaje 
takie sposoby, na które wzdrygnąć się powinna dusza w każdym rycerzu – a zaś inni bracia 
nie tylko nie powstają na niego z gniewem, ale przytakują każdemu jego słowu. Więc zdziwienie 
ogarniało go coraz większe i wreszcie zadumał się głęboko, czy mu przystoi do takich 
uczynków rękę przykładać. 
 
Gdyby bowiem chodziło tylko o porwanie dziewczyny, a następnie o wymienienie jej za 
Bergowa, byłby się może na to zgodził, chociaż poruszyła go i ujęła za serce uroda Danusi. 
Gdyby przyszło mu być jej stróżem, nie miałby także nic przeciwko temu, a nawet nie był 
pewien, czyby z rąk jego wyszła taką, jaką w nie wpadła. Ale Krzyżakom szło widocznie o co 
innego. Oni przez nią chcieli dostać wraz z Bergowem i samego Juranda – obiecać mu, że ją 
wypuszczą, jeśli się za nią odda, a potem zamordować go, a z nim razem, dla ukrycia oszustwa 
i zbrodni – zapewne i dziewczynę. Wszakże już grozili jej losem dzieci Witoldowych na 
wypadek, gdyby Jurand śmiał się skarżyć. „Niczego nie chcą dotrzymać – oboje oszukać i 
oboje zgładzić – rzekł sobie de Fourcy – a przecież krzyż noszą i czci więcej od innych przestrzegać 
winni.” – I burzyła się w nim dusza co chwila mocniej na taką bezczelność, ale postanowił 
jeszcze sprawdzić, o ile jego podejrzenia są słuszne – więc podjechał znów do Danvelda 
i zapytał: 
 
– A jeśli Jurand się wam odda, czy wypuścicie dziewkę? 
– Gdybyśmy ją wypuścili, cały świat wnet by wiedział, że to my chwyciliśmy oboje – odrzekł 
Danveld. 
– Ba, cóż z nią uczynicie? 
Na to Danvel pochylił się ku mówiącemu i ukazał w uśmiechu swe spróchniałe zęby spod 
grubych warg. 
 
– O co pytacie? Czy o to, co uczynimy z nią p r z e d t e m, czy o to, co p o t e m? 

Lecz Fourcy wiedząc już, co chciał wiedzieć, zamilkł – przez chwilę jeszcze zdawał się 
walczyć z sobą, a następnie podniósł się nieco na strzemionach i rzekł tak głośno, aby go 
wszyscy czterej zakonnicy usłyszeli: 
 
– Pobożny brat Ulryk von Jungingen, który jest wzorem i ozdobą rycerstwa, rzekł mi raz 
tak: „Jeszcze między starymi w Malborgu znajdziesz godnych Krzyża rycerzy, ale ci, którzy 
na pogranicznych komandoriach siedzą, zakałę jeno Zakonowi przynoszą.” 
– Wszyscyśmy grzeszni, ale Panu naszemu służymy – odrzekł Hugo. 
– Gdzie wasza rycerska cześć? Nie przez haniebne uczynki Panu się służy – chyba że nie 
Zbawicielowi służycie. Któż to wasz Pan? Wiedzcie przeto, że nie tylko do niczego ręki nie 
przyłożę, ale i wam nie pozwolę... 
– Na co nie pozwolicie? 
– Na podstęp, na zdradę, na hańbę. 
– A jakoże możecie nam zabronić? W bitwie z Jurandem postradaliście poczet i wozy. Żyć 
musicie tylko z łaski Zakonu – i z głodu zamrzecie, jeśli wam kawałka chleba nie rzucim. A 
w dodatku: wyście jeden, nas czterech – jakoże nie pozwolicie? 
– Jako nie pozwolę? – powtórzy Fourcy. – Mogę nawrócić do dworca i ostrzec księcia, 
mogę przed całym światem wasze zamiary rozgłosić. 
Na to spojrzeli po sobie bracia zakonni i twarze zmieniły im się w okamgnieniu. Szczególniej 
Hugo de Danveld popatrzył przez długą chwilę pytającym wzrokiem w oczy Zygfryda de 
Löwe, po czym zaś zwrócił się do pana de Fourcy: 
 
– Przodkowie wasi – rzekł – sługiwali już w Zakonie – i wy chcecie do niego wstąpić, ale 
my zdrajców nie przyjmujem. 
– Ja zaś nie chcę ze zdrajcami służyć. 
– Ejże! nie spełnicie waszej groźby. Wiecie, że Zakon umie karać nie tylko zakonników... 
A de Fourcy, którego podnieciły te słowa, wydobył miecz, lewą ręką schwycił za ostrze, 
prawą dłoń położył na rękojeści i rzekł: 
 
– Na tę rękojmię mającą kształt krzyża, na głowę św. Dionizego, mego patrona, i na moją 
rycerską cześć, ostrzegą księcia mazowieckiego i mistrza. 
Hugo de Danveld znów popatrzył pytającym wzrokiem na Zygfryda de Löwe, a ów przymknął 
powieki jakby dając znak, że się na coś zgadza. 
Wówczas Danveld ozwał się jakimś dziwnie głuchym i zmienionym głosem: 
 
– Św. Dionizy mógł nieść pod pachą swą uciętą głowę, ale gdy wasza raz spadnie... 
– Grozicie mi? – przerwał de Fourcy. 
– Nie, jeno zabijam! – odpowiedział Danveld. 
I pchnął go nożem w bok z taką siłą, że aż ostrze schowało się w ciele po krzyżyk. De Fourcy 
zawrzasnął strasznym głosem, przez chwilę usiłował chwycić prawą ręką miecz, który 
poprzednio trzymał w lewej, ale upuścił go na ziemię, w tym samym zaś czasie pozostali trzej 
bracia poczęli go żgać bez litości nożami w szyję, w plecy, w brzuch, dopóki nie spadł z konia. 
 
 
Po czym nastało milczenie. De Fourcy krwawiąc okropnie z kilkunastu ran drgał na śniegu 
i darł go powykrzywianymi przez konwulsje palcami. Spod ołowianego nieba dochodziło 
tylko krakanie wron lecących z głuchych puszcz ku ludzkim siedliskom. 
 
A następnie poczęła się śpieszna rozmowa morderców: 
 
– Ludzie nic nie widzieli! – rzekł zdyszanym głosem Danveld. 
– Nic. Poczty są na przedzie; nie widać ich – odparł Löwe. 
– Słuchajcie: będzie powód do nowej skargi. Rozgłosim, że mazowieccy rycerze napadli 
na nas i zabili nam towarzysza. Podniesiem krzyk – aż go w Malborgu usłyszą, że nawet na 
gości książę nasadza morderców. Słuchajcie! należy mówić, iż Janusz nie tylko nie chciał 
wysłuchać naszych skarg na Juranda, ale kazał zamordować skarżyciela. 

De Fourcy przewrócił się tymczasem w ostatniej konwulsji na wznak i leżał nieruchomo, z 
krwawą pianą na ustach i z przerażeniem w martwych już, szeroko otwartych oczach. Brat 
Rotgier popatrzył na niego i rzekł: 
 
– Uważcie, pobożni bracia, jako Bóg karze sam zamiar zdrady. 
– Cośmy uczynili, uczyniliśmy dla dobra Zakonu – odrzekł Gotfryd. – Chwała tym... 
Lecz przerwał, bo w tej samej chwili z tyłu za nimi, na zakręcie śnieżnej drogi, ukazał się 
jakiś jeździec, który pędził co koń wyskoczy. Ujrzawszy go Hugo de Danveld zawołał prędko: 
 
 
– Ktokolwiek ten człowiek jest – musi zginąć. 
A de Löwe, który, lubo najstarszy między braćmi, miał wzrok nadzwyczaj bystry, rzekł: 
– Poznaję go: to ów giermek, który tura toporem zabił. Tak jest: to on! 
– Pochowajcie noże, aby się nie spłoszył – mówił Danveld. – Ja znów pierwszy uderzę, wy 
za mną. 
Tymczasem Czech dojechał i o dziesięć lub ośm kroków zaparł konia w śnieg. Dojrzał trupa 
w kałuży krwi, konia bez jeźdźca i zdumienie odbiło mu się na twarzy, ale trwało tylko 
przez jedno mgnienie oka. Po chwili zwrócił się do braci, tak jakby nic nie widział, i rzekł: 
 
– Czołem, mężni rycerze! 
– Poznaliśmy się – odpowiedział zbliżając się z wolna Danveld. – Masz-li co do nas? 
– Wysłał mnie rycerz Zbyszko z Bogdańca, za którym kopię noszę, a który od tura na ło-
wach pobit sam nie mógł ku wam. 
– Czego chce od nas twój pan? 
– Za to, żeście niesłusznie Juranda ze Spychowa oskarżyli z ujmą dla jego rycerskiej czci, 
pan mój każe wam powiedzieć, iżeście nie jako prawi rycerze czynili, ale jako psi szczekali; a 
któren by był krzyw o te słowa, tego pozywa na walkę pieszą alibo konną, aż do ostatniego 
tchu, do której stanie, gdzie mu wskażecie, gdy tylko za łask i zmiłowaniem Bożym dzisiejsza 
krzypota go popuści. 
– Powiedz panu swemu, że rycerze zakonni obelgi cierpliwie dla imienia Zbawiciela znoszą, 
zasię do walki bez osobliwego pozwoleństwa mistrza albo wielkiego marszałka stawać 
nie mogą, o które to pozwoleństwo jednakże będziem do Malborga pisali. 
Czech znów spojrzał na trupa pana de Fourcy, albowiem do niego to głównie był posłany. 
Zbyszko wiedział już przecież, że zakonnicy do pojedynków nie stają, zasłyszawszy jednak, 
że był między nimi rycerz świecki, jego szczególniej chciał pozwać sądząc, że tym sobie ujmie 
i zjedna Juranda. Tymczasem rycerz ów leżał oto teraz zarżnięty jak wół między czterema 
Krzyżakami. 
 
Czech nie zrozumiał wprawdzie, co zaszło, ale ponieważ był od dziecka ze wszystkimi 
niebezpieczeństwy oswojon, więc zwietrzył jakieś niebezpieczeństwo. Zdziwiło go też i to, że 
Danveld, mówiąc z nim, zbliżał się coraz bardziej ku niemu, inni zaś poczęli zjeżdżać na boki, 
jakby go chcieli nieznacznie okrążyć. Z tych powodów począł się mieć na baczności, 
zwłaszcza że nie miał przy sobie broni, bo jej w pośpiechu wziąć nie zdążył. 
 
A Danveld tymczasem był tuż i mówił dalej: 
 
– Obiecałem twemu panu balsam gojący, więc źle mi się za uczynność wypłaca. Zwykła to 
zresztą u Polaków rzecz... ale że ciężko jest pobit i wkrótce przed Bogiem może stanąć, więc 
powiedz mu... 
Tu wsparł lewą dłoń na ramieniu Czecha. 
 
– Więc powiedz mu, że ja, ot, jak odpowiadam!... 
I w tej samej chwili błysnął nożem przy gardle giermka. Lecz nim zdołał pchnąć, Czech, 
który już od dawna śledził jego ruchy, chwycił go swymi żelaznymi rękoma za prawicę, wygiął 
ją, zakręcił, aż chrupnęły stawy i kości – i dopiero usłyszawszy okropny ryk bólu wspiął 
konia – i pomknął jak strzała, zanim inni zdołali mu zastąpić. 
 

Bracia Rotgier i Gotfryd poczęli go gonić, ale wnet wrócili, przerażeni strasznym krzykiem 
Danvelda. De Löwe podtrzymywał go pod ramiona, on zaś z twardą bladą i zarazem zsiniałą 
krzyczał tak, że aż pocztowi, jadący przy wozach znacznie na przedzie, wstrzymali konie. 
 
– Co wam jest? – pytali bracia. 
Lecz de Löwe kazał im jechać co sił, sprowadzić wóz, albowiem Danveld widocznie nie 
mógł się na kulbace utrzymać. Po chwili zimny pot okrył mu czoło i zemdlał. 
Po sprowadzeniu wozu ułożono go na słomie i ruszono ku granicy. De Löwe pilił, albowiem 
rozumiał, że po tym, co zaszło, nie można czasu tracić nawet dla opatrunku Danvelda. 
Siadłszy przy nim na wozie wycierał od czasu do czasu śniegiem jego twarz, ale nie mógł 
przywrócić mu przytomności. 
 
Dopiero w pobliżu granicy Danveld otworzył oczy i począł obzierać się jakby ze zdziwieniem 
dokoła. 
 
– Jak wam jest? – spytał Löwe. 
– Nie czuję bólu, ale nie czuję i ręki – odrzekł Danveld. 
– Bo wam już zdrętwiała – dlatego i ból minął. W ciepłej izbie wróci. Tymczasem podziękujcie 
Bogu i za chwilę ulgi. 
A Rotgier i Gotfryd zbliżyli się zaraz do wozu. 
 
– Stało się nieszczęście – rzekł pierwszy – co teraz będzie? 
– Powiemy – odparł słabym głosem Danveld – że giermek zamordował de Fourcy’ego. 
– Nowa ich zbrodnia i winowajca wiadomy! – dodał Rotgier. 

Rozdział 
dwudziesty czwarty 
 
Czech tymczasem poleciał jednym pędem wprost do leśnego dworca i zastawszy jeszcze w 
nim księcia opowiedział jemu pierwszemu, co się stało. Na szczęście, znaleźli się dworzanie, 
którzy widzieli, że giermek wyjechał bez broni. Jeden z nich krzyknął mu był nawet na drogę 
półżartem, aby wziął jakie żelaziwo, bo inaczej Niemcy go pokołaczą, ów jednak bojąc się, 
aby rycerze nie przejechali tymczasem granicy, skoczył na konia tak jak stał, w kożuchu tylko, 
i pognał za nimi. Świadectwa te rozproszyły wszelkie wątpliwości księcia co do tego, kto 
mógłby być zbójcą de Fourcy’ego, ale napełniły go niepokojem i gniewem tak wielkim, że w 
pierwszej chwili chciał wysłać pościg za Krzyżakami, aby ich w łańcuchach odesłać wielkiemu 
mistrzowi na ukaranie. Po chwili jednak sam zmiarkował, że pościg nie zdołałby już dosięgnąć 
rycerzy przed granicą, i rzekł: 
 
– Wyślę wszelako pismo do mistrza, aby zasię wiedział, co oni tu wyrabiają. Źle się poczyna 
dziać w Zakonie, bo drzewiej posłuch był okrutny, a teraz byle komtur na swoją rękę 
poczyna. Dopust Boży, ale za dopustem idzie kara. 
Po czym zamyślił się, a po chwili znów począł mówić do dworzan: 
 
– Tego jeno nie mogłem nijak wyrozumieć, po co oni gościa zabili – i żeby nie to, że pachołek 
bez broni pojechał, miałbym na niego posądzenie. 
– Ba – rzekł ksiądz Wyszoniek – a po cóż by go pachoł miał zabijać, któren go przedtem 
nigdy nie widział, a po drugie, choćby i miał broń, jakże mu było jednemu na pięciu uderzyć 
– i na ich poczty zbrojne. 
– Jużci prawda – rzekł książę. – Musiał się im ów gość w czym przeciwić albo może nie 
chciał tak łgać, jako im było trzeba, bom i to już widział, że mrugali na niego, aby powiedział, 
że Jurand pierwszy zaczął. 
A Mrokota z Mocarzewa rzekł: 
 
– Chwacki to pachoł, jeśli on temu psu Danveldowi rękę pokruszył. 
– Powiada, że słyszał, jak w Niemcu gnaty chrupnęły – odpowiedział książę – i miarkując 
z tego, jako się w boru popisał – może to być! Widać i sługa, i pan sierdzite chłopy. Żeby nie 
Zbyszko, byłby się tur na konie rzucił. I Lotaryńczyk, i on wielce się do zratowania księżnej 
przyczynili... 
– Pewnie, że sierdzity chłop – powtórzył ksiądz Wyszoniek. – Ot i teraz, ledwie dycha, a 
jednak się za Jurandem ujął i tamtych pozwał... Takiego właśnie Jurandowi trzeba zięcia. 
– Coś ta Jurand inaczej w Krakowie gadał, ale teraz myślę, że się nie przeciwi – rzekł książę. 
– Pan Jezus to sprawi – ozwała się księżna, która wszedłszy właśnie w tej chwili, usłyszała 
koniec rozmowy. – Nie może się Jurand teraz przeciwić, byleby Bóg Zbyszkowi zdrowie powrócił. 
Ale i z naszej strony musi być też nagroda. 
– Najlepsza dla niego nagroda będzie Danuśka, a ja też myślę, że ją dostanie, a to przez tę 
przyczynę, że jak się baby na co zawezmą, to przeciw nim i taki Jurand nie poradzi. 
– Albo nie po sprawiedliwości się zawzięłam? – zapytała księżna. – Żeby Zbyszko był 
płochy, to nie mówię, ale wierniejszego chyba na świecie nie ma. I dziewczyna też. Krokiem 

teraz od niego nie odstępuje – i po gębie go gładzi, a on się do niej w boleści śmieje. Aże mi 
samej czasem śluzy z oczu pociekną! Sprawiedliwie mówię!... Takiemu kochaniu warto pomóc, 
bo i Matka Boska rada na szczęśliwość ludzką patrzy. 
 
– Byle była wola boska – rzekł książę – to i szczęśliwość się zdarzy. Ale co prawda, to 
mało mu przez tę dziewczynę głowy nie ucięli, a teraz znowu tur go starmosił. 
– Nie powiadaj, że „przez nią”! – zawołała żywo księżna – boć nie kto inny, jeno Danuśka 
go w Krakowie zratowała. 
– Prawda. Ale żeby nie ona, nie byłby w Lichtensteina bił, aby mu pióra ze łba zedrzeć, a 
za Lorchego toż by karku tak ochotnie nie nadstawił. Co zasię do nagrody, to rzekłem już, że 
im obum się należy, i w Ciechanowie ja obmyślę. 
– Niczego by Zbyszko tak rad nie widział jak rycerskiego pasa i złotych ostróg. 
Książę uśmiechnął się na to dobrotliwie i odrzekł: 
– To niechże mu je dziewczyna poniesie, a gdy krzypota go popuści, wówczas dopilnujem, 
aby wszystko wedle zwykłego obyczaju się odbyło. Niech mu wnet poniesie, bo prędka radość 
najlepsza! 
Księżna usłyszawszy to uściskała pana wobec dworzan, potem ucałowała kilkakrotnie jego 
ręce, on zaś uśmiechał się wciąż, a wreszcie rzekł: 
 
– Widzicie... No! dobra ci rzecz do głowy przyszła! Że też to Duch Św. i niewiastom krzyny 
rozumu nie poskąpił! Zawołajże teraz dziewczynę. 
– Danuśka! Danuśka! – zawołała księżna. 
I po chwili we drzwiach bocznej komory ukazała się Danusia, z zaczerwienionymi od bezsenności 
oczyma i z dwojakami w ręku, pełnymi dymiącej kaszy, którą ksiądz Wyszoniek 
okładał potłuczone kości Zbyszka, a którą stara dwórka właśnie przed chwilą jej oddała. 
 
– Pójdźże tu jeno do mnie, sierotko! – rzekł książę Janusz. – Postaw dwojaki i chodź. 
I gdy zbliżyła się z pewną nieśmiałością, „Pan” bowiem wzbudzał w niej zawsze pewną 
obawę, przygarnął ją z dobrocią do siebie i począł gładzić po twarzy mówiąc: 
 
– Ano, bieda na cię, dziecko, przyszła – co? 
– Jużci! – odpowiedziała Danusia. 
I mając smutek w sercu, a łzy na pogotowiu, poczęła zaraz płakać, ale cichutko, by księcia 
nie urazić; on zaś znów spytał: 
 
– Czegóż płaczesz? 
– Bo Zbyszko chory – odrzekła wkładając piąstki w oczy. 
– Nie bój się, nic mu nie będzie. Prawda, ojcze Wyszońku? 
– Hej! bliżej mu ta za wolą boską do ślubu niż do truchły – odpowiedział dobry ksiądz 
Wyszoniek. 
A książę rzekł: 
 
– Poczekaj! tymczasem dam ci dla niego lek, któren mu ulży albo go i całkiem uzdrowi. 
– Balsam Krzyżaki przysłały? – zawołała żywo Danusia odejmując od oczu ręce. 
– Tym, co Krzyżaki przyślą, psa lepiej posmaruj, nie zaś rycerzyka, którego miłujesz. Ale 
ja dam ci co innego. 
Po czym zwrócił się do dworzan i zawołał: 
 
– Chybaj mi ta który do komory po ostrogi i pas! 
Po chwili zaś, gdy mu je przyniesiono, rzekł do Danusi: 
– Bierz, a nieś Zbyszkowi – i powiedz mu, że od tej pory jest przepasan. Jeśli zamrze, to 
przed Bogiem jako miles cinctus stanie, a jeśli nie – to reszty w Ciechanowie albo w Warszawie 
dopełnim. 
Usłyszawszy to Danusia naprzód podjęła Pana pod nogi, po czym chwyciła jedną ręką 
oznaki rycerskie, drugą dwojaki i skoczyła do izby, w której leżał Zbyszko. Księżna nie chcąc 
tracić widoku ich radości poszła za nią. 
 

Zbyszko ciężko był chory, ale ujrzawszy Danusię zwrócił ku niej pobladłą z boleści twarz i 
zapytał: 
 
– A Czech, jagódko, wrócił? 
– Co tam Czech! – odpowiedziała dziewczyna. – Lepszą ja ci tu nowinę przynoszę. Pan cię 
rycerzem pasował i ot, co ci przeze mnie posyła. 
To rzekłszy położyła przy nim pas i złote ostrogi. Zbyszkowi zapłonęły radością i zdumieniem 
blade policzki, spojrzał na Danusię, potem na oznaki, a następnie przymknął oczy i począł 
powtarzać: 
 
– Jakże to mógł mnie rycerzem pasować? 
A gdy w tej chwili weszła księżna, przypodniósł się nieco na ramionach i począł jej dziękować 
a przepraszać miłościwą panią, że jej do nóg nie może paść, gdyż wraz odgadł, że to za 
jej wstawiennictwem spotkało go takie szczęście. Lecz ona kazała mu zachować się spokojnie 
i własnymi rękoma pomogła Danusi ułożyć znów jego głowę na wezgłowiu. Tymczasem nadszedł 
książę, a z nim ksiądz Wyszoniek, Mrokota i kilku innych dworzan. Książę Janusz z 
daleka dał znak ręką, by Zbyszko się nie ruszał, a następnie siadłszy przy łożu tak przemówił: 
 
– Wiecie! Nie ma to ludziom być dziwno, że za mężne a zacne uczynki jest zapłata, bo jeśliby 
cnota miała ostać bez nagrody, tedy i nieprawości ludzkie chodziłyby po świecie bez 
kary. A żeś ty żywota nie szczędził i z utratą zdrowia od srogiej żałoby nas bronił, przeto pozwalamy 
ci pasem rycerskim się przepasać i we czci a sławie odtąd chadzać. 
– Miłościwy panie – odrzekł Zbyszko – ja bym i dziesięciu żywotów nie żałował... 
Lecz nie mógł nic więcej powiedzieć i ze wzruszenia, i dlatego, iż księżna położyła mu rękę 
na ustach, gdyż ksiądz Wyszoniek nie pozwalał mu mówić. Książę zaś mówił dalej: 
 
– Tak myślę, że powinności rycerskie znasz i że będziesz godnie one ozdoby nosił. Zbawicielowi 
naszemu jako się patrzy masz służyć, a ze starostą piekielnym wojować. Pomazańcowi 
ziemskiemu masz być wierny, wojny niesłusznej unikać i niewinności w ucisku bronić, w 
czym ci pomagaj Bóg i święta Jego Męko! 
– Amen – rzekł ksiądz Wyszoniek. 
Książę zaś wstał, przeżegnał Zbyszka i na odchodnym dodał: 
– A jak wyzdrowiejesz, to prosto do Ciechanowa jedź, gdzie i Juranda sprowadzę. 

Rozdział 
dwudziesty piąty 
 
W trzy dni później przyjechała zapowiedziana niewiasta z hercyńskim balsamem, a z nią 
razem przybył i kapitan łuczników ze Szczytna z listem podpisanym przez braci i opatrzonym 
pieczęcią Danvelda, w którym Krzyżacy niebo i ziemię brali za świadków krzywd, które ich 
na Mazowszu spotkały, i pod zagrożeniem pomsty Bożej wołali o karę za zamordowanie 
„ukochanego towarzysza i gościa”. Danveld podyktował do listu i skargę od siebie upomina-
jąc się w słowach zarazem pokornych i groźnych o zapłatę za ciężkie kalectwo i o wyrok 
śmierci na czeskiego pachołka. Książę przedarł list w oczach kapitana, rzucił mu pod nogi i 
rzekł: 
 
– Przysłał tu ich, krzyżackie macie, mistrz po to, aby mnie zjednali, a oni mnie do gniewu 
przywiedli. Powiedzże im ode mnie, że sami gościa uśmiercili i pachołka chcieli uśmiercić – 
o czym do mistrza napiszę i to też dodam, aby innych posłów wybierał, jeśli chce, bym w 
razie wojny z królem krakowskim po żadnej stronie nie stanął. 
– Miłościwy panie – odparł kapitan – czy jeno taką odpowiedź mam potężnym i pobożnym 
braciom odnieść? 
– Jeślić nie dosyć, powiedz im jeszcze, że ich za psubratów, nie za prawych rycerzy uważam. 
I na tym skończyło się posłuchanie. Kapitan odjechał, bo i księżę tegoż dnia odjechał do 
Ciechanowa. Została tylko „siostra” z balsamem, którego nieufny ksiądz Wyszoniek użyć 
jednakże nie chciał, tym bardziej że chory poprzedniej nocy zasnął dobrze, a nazajutrz obudził 
się wprawdzie osłabiony bardzo, ale bez gorączki. Siostra po wyjeździe księcia wyprawiła 
zaraz z powrotem jednego ze swoich sług niby po nowe lekarstwo – „jaje bazyliszka”, 
które, jak twierdziła, miało moc przywracania sił nawet konającym – sama zaś chodziła po 
dworcu, pokorna, nie władnąca jedną ręką, przybrana w świecką wprawdzie, ale podobną do 
zakonnej odzież – z różańcem i małą pątniczą tykwą u pasa. Mówiąc dobrze po polsku dopytywała 
z wielką troskliwością służbę i o Zbyszka, i o Danusię, której przy sposobności podarowała 
różę jerychońską, a na drugi dzień w czasie snu Zbyszka, gdy dziewczyna siedziała w 
izbie jadalnej, przysunęła się do niej i rzekła: 
 
– Boże wam błogosław, panienko. Dziś w nocy po pacierzu śniło mi się, że przez śnieg 
padający szło ku wam dwóch rycerzy, ale jeden doszedł pierwej i w bieluchny płaszcz was 
obwinął, a drugi zaś rzekł: „Śnieg jeno widzę, a jej nie ma” – i wrócił się. 
A Danusia, której chciało się spać, otworzyła zaraz oczy i spytała: 
 
– A co to znaczy? 
– To znaczy, że ten was dostanie, który was najbardziej miłuje. 
– To Zbyszko! – odrzekła dziewczyna. 
– Nie wiem, bom mu twarzy nie widziała, widziałam jeno biały płaszcz, a potem obudziłam 
się zaraz, gdyż Pan Jezus zsyła mi każdej nocy bóle w nogach, a rękę całkiem mi odjął. 
– A że to wam ten balsam nie pomógł? 
– Nie pomoże mi, panienko, i balsam, gdyż to za ciężki grzech mój, a chcecie wiedzieć, za 
jaki, to opowiem. 

Danusia skinęła głową na znak, że chce wiedzieć, więc siostra mówiła dalej: 
 
– Są w Zakonie i służki, i niewiasty, które choć ślubów nie czynią, bo nawet i mężate być 
mogą, wszelako powinności względem Zakonu wedle rozkazania braci pełnić są obowiązane. 
A którą takowa łaska i cześć ma spotkać, ta otrzymuje pobożne pocałowanie od brata-rycerza, 
na znak, że odtąd uczynkami i mową Zakonowi ma służyć. Ach, panienko! – i mnie taka 
wielka łaska miała spotkać, ale ja w grzesznej zatwardziałości, zamiast ją przyjąć wdzięcznie, 
popełniłam ciężki grzech i karę na się ściągnęłam. 
– Cóżeście takiego uczynili? 
– Brat Danveld przyszedł do mnie i dał mi zakonne pocałowanie, ja zasię myśląc, iż on to 
przez swawolę jakowąś czyni, podniosłam na niego bezbożną rękę... 
Tu zaczęła się bić w piersi i powtórzyła kilkakrotnie: 
 
– Boże, bądź miłościw mnie grzesznej. 
– I cóż się stało? – zapytała Danusia. 
– I zaraz mi rękę odjęło i od tej pory kaleką jestem. Młoda byłam i głupia – nie wiedziałam! 
a jednak kara na mnie spadła. Bo choćby niewieście się wydało, że brat zakonny chce 
coś złego uczynić, niech Bogu sąd ostawi, a sama się nie sprzeciwia, gdyż kto się Zakonowi 
albo krzyżowemu bratu sprzeciwi, tego gniew Boży dosięgnie... 
Danusia słuchała tych słów z przykrością i lękiem, siostra zaś poczęła wzdychać i dalej 
żale rozwodzić. 
 
– Nie staram jeszcze i dziś – mówiła – ledwie mi trzydzieści roków, ale Bóg razem z ręką 
odjął młodość i urodę. 
– Żeby nie ręka – odrzekła Danusia – to byście jeszcze nie mogli narzekać... 
Po czym nastało milczenie. Nagle siostra, jakby sobie coś przypomniawszy, rzekła: 
– A śniło mi się, że was jakiś rycerz w białym płaszczu na śniegu owinął. Może to był 
Krzyżak! gdyż oni też białe płaszcze noszą. 
– Nie chcę ja ni Krzyżaków, ni ich płaszczów – odpowiedziała dziewczyna. 
Lecz dalszą rozmowę przerwał ksiądz Wyszoniek, który wszedłszy do komory kiwnął na 
Danusię i rzekł: 
 
– Chwalże Boga i chodź do Zbyszka! Zbudził się i jeść woła. Znacznie go popuściło. 
Jakoż tak było rzeczywiście. Zbyszko miał się lepiej i ksiądz Wyszoniek miał już prawie 
pewność, że będzie zdrów, gdy nagle niespodziane zdarzenie pomieszało wszystkie rachuby i 
nadzieje. Oto od Juranda przybyli wysłannicy z pismem do księżny, zawierającym same złe i 
straszne nowiny. W Spychowie spaliła się część Jurandowego gródka, on sam zaś został przy 
ratunku płonącą belą przytłuczon. Ksiądz Kaleb, który w imieniu jego list pisał, donosił 
wprawdzie, że wyzdrowieć jeszcze Jurand może, ale że skry i węgle tak przypaliły mu jedyne 
pozostałe oko, iż już mu niewiele światła w nim pozostało – i grozi mu niechybna ślepota. 
 
Z tej przyczyny wzywa Jurand córkę, by spiesznie przybywała do Spychowa, bo chce ją 
widzieć jeszcze, zanim ciemności go ogarną. Mówił też, że odtąd ma już pozostać przy nim, 
bo jeśli nawet między ślepcami, którzy po proszonym chlebie między ludźmi chadzają, ma 
każdy jakoweś pacholę, które go za rękę wiedzie i drogę mu pokazuje, czemuż by on tej 
ostatniej pociechy miał być pozbawion i między obcymi umierać? Były też pokorne podzięki 
dla księżny, która dziewczynę jakby rodzona matka hodowała – a w końcu obiecywał Jurand, 
że choć i ślepy, raz jeszcze do Warszawy przyjedzie, aby upaść pani do nóg i o łaskę i opiekę 
na dalsze lata dla Danusi jej prosić. 
 
Księżna, gdy jej ojciec Wyszoniek przeczytał ów list, przez jakiś czas słowa prawie nie 
mogła przemówić. Miała ona nadzieję, że gdy Jurand, który pięć lub sześć razy do roku 
przyjeżdżał do dziecka, przyjedzie na bliskie święta, wówczas go powagą własną i księcia 
Janusza przejedna dla Zbyszka i zgodę jego na bliskie wesele uzyska. Tymczasem list ów nie 
tylko burzył jej zamiary, ale pozbawiał jej zarazem i Danusi, którą kochała na równi z własnymi 
dziećmi. Przyszło jej do głowy, że Jurand może i wyda zaraz dziewczynę za którego z 
 

sąsiadów, aby reszty dni pomiędzy swoimi dożyć. O Zbyszku nie było co i myśleć, aby mógł 
do Spychowa jechać, gdyż żebra dopiero mu się zaczęły zrastać, i zresztą, któż mógł wiedzieć, 
jak by był w Spychowie przyjęty? Wiedziała przecie pani, że Jurand wręcz mu swego 
czasu Danusi odmówił – i jej samej powiedział, że dla tajemnych przyczyn nigdy na ich połączenie 
nie zezwoli. Więc w ciężkim frasunku kazała wezwać do siebie starszego spomiędzy 
przysłanych ludzi, aby go o nieszczęście spychowskie rozpytać, a zarazem czegoś się o zamiarach 
Jurandowych dowiedzieć. 
 
I zdziwiła się nawet, gdy na jej wezwanie wszedł człowiek zupełnie nieznany, nie zaś stary 
Tolima, który tarczę za Jurandem nosił i zwykle z nim razem przyjeżdżał – ów jednak odpowiedział 
jej, że Tolima w bitce ostatniej z Niemcami okrutnie poszczerbion ze śmiercią w 
Spychowie się zmaga, zaś Jurand ciężką chorobą złożony o prędki powrót córki prosi, gdyż 
coraz mniej widzi, a za dni parę może i całkiem oślepnie. Prosił nawet usilnie wysłannik, by 
zaraz, jak tylko konie odetchną, wolno było wziąć dziewczynę, ale że to był wieczór, sprzeciwiła 
się temu stanowczo pani – zwłaszcza by i Zbyszkowi, i Danusi, i sobie do reszty serca 
przez prędkie pożegnanie nie rozdzierać. 
 
A Zbyszko już wiedział o wszystkim i leżał w izbie jakby uderzony obuchem w głowę, a 
gdy pani weszła i łamiąc ręce ozwała się zaraz z proga: „Nie ma rady, boć to przecie ojciec!” 
 
– powtórzył za nią jak echo: „Nie ma rady” – i zamknął oczy jak człowiek, który się spodziewa, 
że zaraz śmierć do niego przystąpi. 
Lecz śmierć nie nadeszła, choć w piersiach zbierał mu się żal coraz większy, a przez głowę 
przelatywały mu myśli coraz ciemniejsze, takie właśnie jak chmury, które gnane wichrem 
jedna za drugą przysłaniają blask słoneczny i gaszą wszelką radość na świecie. Rozumiał bowiem 
Zbyszko również jak i księżna, że gdy Danusia raz do Spychowa wyjedzie, będzie dla 
niego tak jak stracona. Tu wszyscy byli dla niego życzliwi, tam Jurand może go nawet przyjąć 
ani wysłuchać nie zechce, zwłaszcza jeśli go wiąże ślub lub jakaś inna nieznana przyczyna, 
równie jak religijny ślub ważna. Zresztą, gdzie mu tam jechać do Spychowa, gdy oto chory 
jest i ledwie się może na łożu poruszyć. Przed kilku dniami, gdy z łaski księcia spadły nań 
złote ostrogi wraz z rycerskim pasem, myślał, że radość przemoże w nim chorobę, i modlił się 
z całej duszy, aby rychło mógł powstać i z Krzyżakami się zmierzyć, ale teraz stracił znów 
wszelką nadzieję, czuł bowiem, że gdy mu zbraknie przy łożu Danusi, to razem z nią zbraknie 
mu i ochoty do życia, i sił do walki ze śmiercią. Przyjdzie oto dzień jutrzejszy i pojutrzejszy, 
nadejdzie wreszcie Wigilia i Święta, kości go będą tak samo bolały i tak samo będzie go 
chwytało omdlenie, a nie będzie przy nim tej jasności, która po całej izbie rozchodzi się od 
Danusi, ni tego uradowania oczu, które na nią patrzą. Co za pociecha i co za osłoda była pytać 
kilka razy na dzień: „Miłym ci?” – i widzieć ją potem, jak sobie przysłania śmiejące się i zawstydzone 
oczy dłonią albo też pochyla się i odpowiada: „A któż inny?” Obecnie zaś tylko 
choroba zostanie i ból zostanie, i tęsknota, a szczęście odejdzie – i nie wróci. 
 
Łzy zabłysły w oczach Zbyszkowych i stoczyły mu się z wolna po policzkach, po czym 
zwrócił się do księżny i rzekł: 
 
– Miłościwa pani, już ja tak myślę, że Danuśki więcej w życiu nie obaczę. 
A pani, sama stroskana, odpowiedziała: 
– Bo i nie dziwno by było, żebyś zamarł od żałości. Ale Pan Jezus jest miłosierny. 
Po chwili zaś chcąc go jednak choć trochę pokrzepić dodała: 
– Chociaż żeby, nie przymierzając, Jurand umarł przed tobą, to opiekuństwo przeszłoby na 
księcia i na mnie, a my byśmy ci dziewczynę zaraz oddali. 
– Kiedy on tam umrze! – odrzekł Zbyszko. 
Lecz nagle widocznie jakaś nowa myśl błysnęła mu w głowie, gdyż przypodniósł się, siadł 
na łożu i rzekł zmienionym głosem: 
 
– Miłościwa pani... 
Wtem przerwała mu Danusia, która wbiegłszy z płaczem poczęła od progu wołać: 

– To już wiesz, Zbyszku! Oj, żal mi tatusia, ale żal i ciebie, nieboże! 
Zbyszko zaś, gdy zbliżyła się ku niemu, ogarnął zdrowym ramieniem swoje kochanie i począł 
mówić: 
 
– Jakże mi żyć bez ciebie, dziewczyno? Nie po tom tu przez rzeki i bory jechał, nie po tom 
ci ślubował i służył, abym cię zaś miał utracić. Hej, nie pomoże żal, nie pomoże płakanie, ba! 
i śmierć sama, bo choćby i murawa na mnie porosła, dusza o tobie nie zapomni, by i na Pana 
Jezusowym dworze, by i u samego Boga Ojca na pokojach... I rzekę, rady nie ma, a rada musi 
być, bo bez niej nijak! Krzypotę w kościach czuję i boleść srogą, ale choć ty padnij pani do 
nóg, bo ja nie mogę – i proś o zmiłowanie nad nami. 
Danusia posłyszawszy to prędko skoczyła do nóg księżnej i objąwszy je ramionami pochowała 
swą jasną twarz w zagięciach jej ciężkiej sukni, pani zaś zwróciła pełne litości, ale 
zarazem zdziwione oczy na Zbyszka. 
 
– W czymże ja wam mogę okazać zmiłowanie? – zapytała. – Nie puszczę dziecka do chorego 
rodzica, to i gniew Boży ściągnę. 
Zbyszko, który poprzednio przypodniósł się był na łożu, zesunął się znów na węzgłowie i 
przez jakiś czas nie odpowiadał, gdyż mu tchu brakło. Powoli jednak począł posuwać na piersiach 
jedną rękę ku drugiej, aż wreszcie złożył je jak do modlitwy. 
 
– Odpocznij – rzekła księżna – potem zasię powiadaj, o co ci idzie, a ty, Danuśka, wstań 
mi od kolan. 
– Pofolguj, ale nie wstawaj i proś wraz ze mną – ozwał się Zbyszko. 
Po czym jął mówić słabym i przerywanym głosem: 
– Miłościwa pani... Był ci mi Jurand przeciwny w Krakowie... będzie i tu, ale gdyby ojciec 
Wyszoniek dał mi ślub z Danuśką, to – niechby potem i jechała do Spychowa, bo mi jej żadna 
moc ludzka nie odejmie... 
Słowa te były dla księżny Anny czymś tak niespodzianym, że aż zerwała się z ławy, po 
czym znów siadła i jakby nie rozumiejąc dobrze, o co chodzi, rzekła: 
 
– Rany boskie!... ksiądz Wyszoniek?... 
– Miłościwa pani!... Miłościwa pani! – prosił Zbyszko. 
– Miłościwa pani – powtarzała za nim Danusia obejmując znów kolana księżny. 
– Jakoże to być może bez pozwoleństwa rodzicielskiego... 
– Zakon Boży mocniejszy! – odpowiedział Zbyszko. 
– Bójcieże się Boga! 
– Kto ojciec, jeśli nie księżna?... kto matka, jeśli nie wy, miłościwa pani! 
A Danusia na to: 
– Miłościwa matuchno! 
– Prawda, że to ja byłam jej i jestem jako matka – rzekła księżna – i z mojej też ręki Jurand 
dostał żonę. Prawda! A jakby raz ślub był – to i przepadło. Może by się Jurand i posierdził, 
ale przecie i on księciu jako panu swojemu powinien. Wreszcie można by mu zrazu nie mówić, 
dopiero gdyby dziewczynę chciał innemu dać albo mniszką uczynić... Jeśli zaś śluby 
jakowe uczynił – to i nie będzie jego winy. Przeciw woli boskiej nikt nie poradzi... Dla Boga 
żywego, może to i wola boska! 
– Inaczej nie może być! – zawołał Zbyszko. 
Lecz księżna, cała jeszcze wzruszona, rzekła: 
– Poczekajcie, niech się opamiętam! Żeby tu książę był, zaraz bym do niego poszła i za-
pytałabym: mam-li Danuśkę dać, czyli też nie?... Ale bez niego się boję... Aż mi dech zaparło, 
a tu i czasu na nic nie ma, bo i dziewczyna musi jutro jechać!... O miły Jezu! niechby żeniata 
jechała – byłby już spokój. Jeno nie mogę się opamiętać – i czegoś mi strach. A tobie 
nie strach, Danuśka? – gadajże! 
– Już ja bez tego zamrę! – przerwał Zbyszko. 

A Danuśka podniosła się od kolan księżny i ponieważ istotnie była przez dobrą panią nie 
tylko do poufałości dopuszczana, ale i pieszczona, więc chwyciła ją za szyję i poczęła ściskać 
z całej siły. 
 
Lecz księżna rzekła: 
 
– Bez ojca Wyszońka nic wam nie powiem. Skoczże po niego co prędzej! 
Danusia skoczyła po ojca Wyszońka, Zbyszko zaś zwrócił swą wybladłą twarz do księżny 
i rzekł: 
 
– Co mi Pan Jezus przeznaczył, to będzie, ale za tę pociechę niech wam Bóg, miłościwa 
pani, nagrodzi. 
– Jeszcze mnie nie błogosław – odrzekła księżna – bo nie wiadomo, co się stanie. I musisz 
mi też na cześć poprzysiąc, że jeśli ślub będzie, nie wzbronisz dziewczynie do rodziciela zaraz 
jechać, abyś broń Boże, przekleństwa jego na siebie i na nią nie ściągnął. 
– Na moją cześć! – rzekł Zbyszko. 
– To i pamiętaj! A Jurandowi niech dziewczyna zrazu nic nie mówi. Lepiej, aby go nowina 
nie oparzyła jak ogień. Poślemy po niego z Ciechanowa, by z Danuśką przyjeżdżał, i wtedy 
sama mu powiem albo też księcia uproszę. Jak zobaczy, że nie ma rady, to się i zgodzi. Nie 
był ci on przecie krzyw? 
– Nie – rzekł Zbyszko – nie był mi krzyw, więc może i rad będzie w duszy, że Danuśka 
będzie moja. Bo jeśli ślubował, to już nie będzie jego winy, jeśli nie dotrzyma. 
Wejście księdza Wyszońka z Danusią przerwało dalszą rozmowę. Księżna wezwała go w 
tej chwili do narady i z wielkim zapałem poczęła mu opowiadać o Zbyszkowych zamiarach, 
lecz on zaledwie usłyszawszy, o co idzie, przeżegnał się ze zdumieniem i rzekł: 
 
– W imię Ojca i Syna, i Ducha!... jakże ja to mogę uczynić! Toć przecie adwent! 
– Dla Boga! prawda! – zawołała księżna. 
I nastało milczenie; tylko strapione twarze okazywały, jakim ciosem były dla wszystkich 
słowa ojca Wyszońka. 
On zaś po chwili rzekł: 
 
– Gdyby dyspensa była, to bym się i nie przeciwił, bo mi was żal. O Jurandowe pozwoleństwo 
niekoniecznie bym pytał, bo skoro pani miłościwa pozwala i za zgodę księcia pana naszego 
zaręcza – no! – to oni ojciec i matka dla całego Mazowsza. Ale bez dyspensy biskupiej 
– nie mogę. Ba! żeby to ksiądz biskup Jakub z Kurdwanowa był między nami, może by dyspensy 
nie odmówił – choć to surowy jest ksiądz, nie taki, jak był jego poprzednik, biskup 
Mamphiolus, któren na wszystko powiadał: bene! bene! 
– Biskup Jakub z Kurdwanowa miłuje wielce i księcia, i mnie – wtrąciła pani. 
– Toteż dlatego mówię, że dyspensy by nie odmówił, ile że są do tego przyczyny... Dziewczyna 
musi jechać, a ów młodzianek chorzeje i może zamrzeć... Hm! in articulo mortis... Ale 
bez dyspensy nijak... 
– Już ja bym tam i później biskupa Jakuba o dyspensę uprosiła – i choćby też nie wiem jak 
był surowy, nie odmówi on mi tej łaski... Ej, uręczam, że nie odmówi. 
Na to ksiądz Wyszoniek, który był człek dobry i miękki, rzekł: 
 
– Słowo pomazanki boskiej – wielkie słowo... Strach mi księdza biskupa, ale to wielkie 
słowo!... Mógłby też młodzianek co do katedry w Płocku przyobiecać... Nie wiem... Zawszeć 
to, póki dyspensa nie nadejdzie, będzie grzech – i to nie kogo innego, jeno mój... Hm! Pan 
Jezus po prawdzie jest miłosierny i jeśli kto zgrzeszy nie dla własnego zysku, jeno z politowania 
nad ludzką biedą, to tym łatwiej przebacza!... Ale grzech będzie i nużby się biskup zaciął, 
kto mi da odpust? 
– Biskup się nie zatnie! – zawołała księżna Anna. 
A Zbyszko rzekł: 
– Ten Sanderus, któren ze mną przyjechał, ma gotowe na wszystko odpusty. 

Ksiądz Wyszoniek może i niezupełnie wierzył w odpusty Sanderusa, ale rad był chwycić 
się choćby pozoru, byle tylko Zbyszkowi i Danusi przyjść z pomocą, gdyż dziewczynę, którą 
znał od małego, kochał bardzo. Wreszcie pomyślał, że w najgorszym razie spotkać go może 
pokuta kościelna, więc zwrócił się do księżny i rzekł: 
 
– Ksiądz ci ja jestem, ale i książęcy sługa. Jakoże, miłościwa pani, rozkażecie? 
– Nie chcę ja rozkazywać, wolę prosić – odpowiedziała pani. – Ale jeśli ten Sanderus ma 
odpusty... 
– Sanderus ma. Jeno o biskupa chodzi. Srogie on tam w Płocku z kanonikami synody odprawuje. 
– Biskupa się nie bójcie. Zabronił on, jako słyszałam, księżom mieczów, kusz i różnej 
swawoli, ale dobrze czynić nie zabronił. 
Ksiądz Wyszoniek podniósł oczy i ręce w górę: 
 
– To niechże się stanie wedle waszej woli. 
Na te słowa radość opanowała serca. Zbyszko znów osiadł na wezgłowiu, a księżna, Danusia 
i ojciec Wyszoniek siedli koło łoża i poczęli „uradzać”, jak rzecz należy uczynić. Więc 
postanowili zachować tajemnicę, tak aby w domu żywa dusza o tym nie wiedziała; postanowili 
też, że i Jurand nie powinien nic wiedzieć, póki mu sama pani w Ciechanowie o wszystkim 
nie oznajmi. Natomiast miał ksiądz Wyszoniek napisać list od księżny do Juranda, by 
zaraz przyjeżdżał do Ciechanowa, gdzie i lepsze leki na jego kalectwo mogą się znaleźć, i 
samotność mniej mu będzie dokuczać. Uradzili na koniec, że i Zbyszko, i Danusia przystąpią 
do spowiedzi, ślub zaś odbędzie się nocą, gdy już wszyscy spać się pokładą. 
 
Przyszło Zbyszkowi na myśl, żeby wziąć giermka Czecha na świadka ślubu, ale porzucił 
ten zamiar przypomniawszy sobie, że ma go od Jagienki. Przez chwilę stanęła mu w pamięci 
jakby żywa, tak iż zdało mu się, że widzi jej rumianą twarz, jej zapłakane oczy i słyszy głos 
proszący: „Nie czyń mi tego! nie płać mi złe za dobre i niedolą za kochanie!” Aż nagle chwyciła 
go wielka litość nad nią, gdyż czuł, że jej się stanie ciężka krzywda, po której nie znajdzie 
pociechy ni pod zgorzelickim dachem, ni w głębi boru, ni w polu, ni w darach opata, ni w 
zalotach Cztana i Wilka. Więc rzekł jej w duchu: „Daj ci Bóg wszystko najlepsze, dziewczyno, 
ale choćbym ci rad i nieba przychylić nie poradzę.” I rzeczywiście przekonanie, że nie 
było to w jego mocy, przyniosło mu nawet ulgę i wróciło spokojność, tak że zaraz począł myśleć 
tylko o Danusi i o ślubie. 
 
Nie mógł się jednak obejść bez pomocy Czecha, więc lubo postanowił zamilczeć przed 
nim o tym, co się miało stać, kazał go do siebie przywołać i rzekł mu: 
 
– Przystąpię dziś do spowiedzi i do Stołu Pańskiego, przybierz mnie przeto jak najochędożniej, 
jakobym na królewskie pokoje miał iść. 
Czech przeląkł się nieco i począł patrzeć mu w twarz, co zrozumiawszy Zbyszko rzekł: 
 
– Nie bój się, nie tylko na śmierć ludzie się spowiadają, a tym bardziej że idą święta, na 
które ojciec Wyszoniek z księżną do Ciechanowa wyjedzie i nie będzie księdza bliżej niż w 
Przasnyszu. 
– A wasza miłość nie pojedzie? – spytał giermek. 
– Jeśli wyzdrowieję, to pojadę, ale to w boskim ręku. 
Więc Czech się uspokoił i skoczywszy do łubów przyniósł ową białą jakę zdobyczną, złotem 
szytą, w którą rycerz ubierał się zwykle na wielkie uroczystości, a też i piękny kobierczyk 
dla okrycia nóg i łoża, za czym podniósłszy Zbyszka przy pomocy dwóch Turczynków, umył 
go, uczesał jego długie włosy, na które nałożył szkarłatną przepaskę, wreszcie wsparł tak 
przybranego o czerwone poduszki i rad z własnego dzieła, rzekł: 
 
– Żeby jeno wasza miłość pląsać mogła, to choćby i wesele wyprawić! 
– Musiałoby się obyć bez pląsów – odrzekł z uśmiechem Zbyszko. 
A tymczasem księżna rozmyślała również w swojej izbie, jak przybrać Danusię, gdyż dla 
jej niewieściej natury była to sprawa wielkiej wagi i za nic nie chciałaby przyzwolić, by miła 
 

jej wychowanka stanęła w codziennej szacie do ślubu. Służki, którym powiedziano, że dziewczyna 
też do spowiedzi w barwę niewinności się przybiera, łatwo znalazły w skrzyni białą 
sukienkę, ale bieda była z przybraniem głowy. Na myśl o tym opanował panią jakiś dziwny 
smutek, tak iż poczęła wyrzekać. 
 
– Gdzie ja dla ciebie, sierotko – mówiła – wianek ruciany w tym boru wynajdę! Ni tu 
kwiatuszka jakowego, ni liścia, chyba się mchy gdzie pod śniegiem zielenią. 
A Danusia stojąc z rozpuszczonymi już włosami zatroskała się także, bo i jej chodziło o 
wianek; po chwili jednak ukazała na równianki z nieśmiertelników wiszące na ścianach izby i 
rzekła: 
 
– Choćby i z tego co uwić, bo nic innego nie znajdziem, a Zbyszko weźmie mnie i w takim 
wianku. 
Księżna nie chciała się z początku na to zgodzić bojąc się złej wróżby, ale że w dworcu, do 
którego tylko na łowy przyjeżdżano, nie było żadnych kwiatów, więc skończyło się na nieśmiertelnikach. 
Tymczasem nadszedł ojciec Wyszoniek, który poprzednio wyspowiadał już 
Zbyszka, i zabrał dziewczynę do spowiedzi, a potem zapadła głucha noc. Służba po wieczerzy 
poszła z rozkazu księżny spać. Wysłańcy Jurandowi pokładli się jedni w czeladniej, inni przy 
koniach w stajniach. Wkrótce ognie w służebnych izbach zasuły się popiołem na trzonach i 
pogasły, aż wreszcie uczyniło się całkiem cicho w leśnym dworze i tylko psy szczekały od 
czasu do czasu na wilki w stronę boru. 
 
Jednakże u księżny, u ojca Wyszońka i u Zbyszka okna nie przestawały świecić rzucając 
czerwone blaski na śnieg pokrywający dziedziniec. Oni zaś czuwali w ciszy słuchając bicia 
własnych serc – niespokojni i przejęci uroczystością chwili, która zaraz nadejść miała. Jakoż 
po północy księżna wzięła za rękę Danusię i poprowadziła ją do izby Zbyszkowej, gdzie ojciec 
Wyszoniek czekał już na nich z Panem Bogiem. W izbie palił się wielki ogień w grabie i 
przy jego obfitym, ale nierównym świetle ujrzał Zbyszko Danusię, bladą nieco od bezsenności, 
białą, z wiankiem nieśmiertelników na skroni, przybraną w sztywną, spadającą aż do ziemi 
sukienkę. Powieki miała ze wzruszenia przymknięte, rączyny opuszczone wzdłuż sukni – i 
przypominała tak jakieś malowania na szybach, było w niej coś tak kościelnego, że Zbyszka 
zdjęło zdziwienie na jej widok, pomyślał bowiem, że nie dziewczynę ziemską, ale jakąś duszyczkę 
niebieską ma wziąć za żonę. A pomyślał to jeszcze bardziej, gdy klękła ze złożonymi 
dłońmi do komunii i przechyliwszy w tył głowę zamknęła całkiem oczy. Wydała mu się 
nawet wówczas jak umarła i aż lęk chwycił go za serce. Nie trwało to jednak długo, gdyż po-
słyszawszy głos księdza: Ecce Agnus Dei – sam skupił się w duchu i myśli jego wzięły lot w 
stronę Bożą. W izbie słychać było teraz tylko uroczysty głos księdza Wyszońka: Domine, non 
sum dignus – a wraz z nim trzaskanie skier w ognisku i świerszcze grające zawzięcie, a jakoż 
żałośnie w szparach komina. Za oknami wstał wiatr, zaszumiał w ośnieżonym lesie, lecz zaraz 
ścichł. 
 
Zbyszko i Danusia pozostali jakiś czas w milczeniu, ksiądz Wyszoniek zaś wziął kielich i 
odniósł go do kapliczki dworskiej. Po chwili wrócił, ale nie sam, tylko z panem de Lorche, i 
widząc zdziwienie na twarzach obecnych położył naprzód palec na ustach, jakby chcąc jakiemuś 
niespodzianemu okrzykowi zapobiec, po czym zaś rzekł: 
 
– Rozumiałem, że będzie lepiej, aby było dwóch świadków ślubu, i dlatego wpierw jeszcze 
ostrzegłem tego rycerza, któren mi na cześć i na relikwie akwizgrańskie poprzysiągł, że tajemnicy, 
póki będzie trzeba, dochowa. 
A pan de Lorche przykląkł naprzód przed księżną, potem przed Danusią, następnie zaś 
podniósł się i stał w milczeniu, przybrany w uroczystą zbroję, po której zagięciach pełgały 
czerwone światełka od ognia, długi, nieruchomy, pogrążon jakby w zachwycie, gdyż i jemu ta 
biała dziewczyna z wiankiem nieśmiertelników na skroni wydała się jakby aniołem widzianym 
na szybie w gotyckim tumie. 
 

Lecz ksiądz postawił ją przy łożu Zbyszka i narzuciwszy im stułę na ręce rozpoczął zwykły 
obrządek. Księżnie spływały łzy jedna za drugą po poczciwej twarzy, lecz w duszy nie 
czuła w tej chwili niepokoju, sądziła bowiem, że dobrze czyni łącząc tych dwoje cudnych i 
niewinnych dzieci. Pan de Lorche klęknął po raz wtóry i wsparty obiema rękoma na rękojeści 
miecza wyglądał zupełnie jak rycerz, który ma widzenie – tych zaś dwoje powtarzało kolejno 
słowa księdza: „Ja... biorę... ciebie sobie...” – a do wtóru tym słowom cichym i słodkim grały 
znów świerszcze w szparach komina i trzaskał ogień w grabie. Po skończonym obrządku Danusia 
padła do nóg księżnie, która błogosławiła oboje, a gdy wreszcie oddała ich w opiekę 
mocom niebieskim, rzekła: 
 
– Radujcie się teraz, bo już ona twoja, a ty jej. 
Wówczas Zbyszko wyciągnął swe zdrowe ramię do Danusi, ona zaś objęła go rączętami za 
szyję i przez chwilę słychać było, jak powtarzali sobie z ustami przy ustach: 
 
– Mojaś ty, Danuśko. 
– Mój ty, Zbyszku. 
Lecz zaraz potem Zbyszko zesłabł, gdyż za dużo było na jego siły wzruszeń – i zesunąwszy 
się na poduszki począł oddychać ciężko. Nie przyszło jednak nań omdlenie i nie przestał 
się uśmiechać do Danusi, która obcierała mu twarz zroszoną zimnym potem, a nawet nie 
przestał powtarzać jeszcze: „Mojaś ty, Danuśka” – na co ona pochylała za każdym razem swą 
przetowłosą głowę. Widok ten wzruszył do reszty pana de Lorche, który oświadczył, że gdy 
w żadnym kraju nie przygodziło mu się widzieć serc tak czułych, przeto poprzysięga uroczyście, 
jako gotów jest potykać się pieszo lub konno z każdym rycerzem, czarnoksiężnikiem lub 
smokiem, który by ich szczęśliwości śmiał stanąć na zawadzie. I rzeczywiście poprzysiągł 
ową zapowiedź natychmiast na mającej kształt krzyżyka rękojeści od mizerykordii, to jest 
małego miecza, który służył rycerzom do dobijania rannych. Księżna i ojciec Wyszoniek wezwani 
byli na świadków tej przysięgi. 
 
Lecz pani nie rozumiejąc ślubu bez jakowegoś wesela przyniosła wina – więc pili następnie 
wino. Godziny nocy płynęły jedna za drugą. Zbyszko przezwyciężywszy słabość przygarnął 
znów Danusię i rzekł: 
 
– Skoro mi cię Pan Jezus oddał, nikt mi cię nie odbierze, ale mi żal, że wyjeżdżasz, jagódko 
moja najmilsza. 
– Do Ciechanowa z tatulem przyjedziem – odpowiedziała Danusia. 
– Byle cię chorość jakaś nie napadła – albo co... Boże cię strzeż od złej przygody... Musisz 
do Spychowa – wiem!... Hej!... Bogu najwyższemu i miłościwej pani dziękować, żeś już moja 
– bo jużci co ślub, to tego moc ludzka nie odrobi. 
Że jednak ślub ten odbył się w nocy i tajemniczo, i że zaraz po nim miało nastąpić rozstanie, 
więc chwilami jakiś dziwny smutek ogarniał nie tylko Zbyszka, ale i wszystkich. Rozmowa 
rwała się. Od czasu do czasu przygasał też ogień w grabie – i głowy pogrążały się w 
mroku. Ksiądz Wyszoniek dorzucał wówczas na węgle nowe bierwiona, a gdy zapiszczało co 
żałośnie w szczapie, jako często bywa przy świeżym drzewie, mówił: 
 
– Duszo pokutująca, czego żądasz? 
Odpowiadały mu świerszcze, a potem wzmagający się płomień, który wydobywał z cienia 
bezsenne twarze, odbijał się w zbroi pana de Lorche rozświetlając zarazem białą sukienkę i 
nieśmiertelniki na głowie Danusi. 
 
Psy na dworze poczęły znów poszczekiwać w stronę boru takim szczekaniem jak na wilki. 
I w miarę jak płynęły godziny nocy, coraz częściej zapadało milczenie, aż wreszcie księżna 
rzekła: 
 
– Miły Jezu! ma-li tak być na ślubie, lepiej by pójść spać, ale skoro mamy czuwać do rana, 
to i zagrajże nam jeszcze, kwiatuszku, ostatni raz przed odjazdem na luteńce – mnie i Zbyszkowi. 

Danusia, która czuła zmęczenie i senność, rada była czymkolwiek się orzeźwić, więc skoczyła 
po lutnię i wróciwszy z nią po chwili siadła przy łóżku Zbyszka. 
 
– Co mam grać? – zapytała. 
– Co? – rzekła księżna – a cóż by jak nie oną pieśń, którąś w Tyńcu śpiewała, kiedy to cię 
pierwszy raz Zbyszko ujrzał! 
– Hej! pamiętam – i do śmierci nie zabaczę – rzekł Zbyszko. – Jakem, bywało, to gdzie 
usłyszał, to aże mi śluzy z oczu płynęły. 
– To i zaśpiewam! – rzekła Danusia. 
I zaraz poczęła brząkać na luteńce, następnie zaś zadarłszy jak zwykle główkę do góry zaśpiewała: 
 
 
Gdybym to ja miała 
Skrzydłeczka jak gąska, 
Poleciałabym ja 
Za Jaśkiem do Śląska. 
 
 
Usiadłabym ci ja 
Na śląskowskim płocie: 
„Przypatrz się, Jasieńku, 
Ubogiej sierocie!...” 
 
 
Lecz nagle głos się jej załamał, usta poczęły się trząść, a spod zamkniętych rzęs łzy wydostawały 
się przemocą na policzku. Przez chwilę starała się ich nie puścić spod powiek, ale nie 
mogła – i w końcu rozpłakała się serdecznie, zupełnie jak wówczas, gdy ostatni raz śpiewała 
tę pieśń Zbyszkowi w krakowskim więzieniu, gdy myślała, że mu nazajutrz szyję utną. 
 
– Danuśka! co ci, Danuśka? – pytał Zbyszko. 
– Czego płaczesz? Jakieże to wesele! – zawołała księżna. – Czego? 
– Nie wiem – odpowiedziała łkając Danuśka – tak ci mi smutno!... taki żal!... Zbyszka i 
pani... 
Więc zatroskali się wszyscy i nuż ją pocieszać, nuż tłumaczyć jej, że to nie na długo tego 
odjazdu i że pewnie jeszcze na święta zjadą z Jurandem do Ciechanowa. Zbyszko znów objął 
ją ramieniem, przytulał do piersi i wycałowywał łzy z oczu – ucisk jednak pozostał we 
wszystkich sercach – i w tym ucisku zbiegały im godziny nocy. 
 
Aż wreszcie na dziedzińcu rozległ się odgłos tak nagły i przeraźliwy, że aż wzdrygnęli się 
wszyscy. Księżna zerwawszy się z ławy zawołała: 
 
– O dlaboga! Żurawie studzienne! Konie poją! 
A ksiądz Wyszoniek spojrzał w okno, w którym szklane gomółki przybierały barwę szarawą, 
i ozwał się: 
 
– Noc już bieleje i dzień się czyni. Ave Maria, gratia plena... 
Po czym wyszedł z izby i wróciwszy po niejakim czasie, rzekł: 
– Dnieje, chociaż będzie ciemny dzień. To Jurandowi ludzie konie poją. Czas ci do drogi, 
niebogo!... 
Na te słowa i księżna, i Danusia uderzyły w głośny płacz i obie wraz ze Zbyszkiem poczęły 
wyrzekać, tak jak wyrzekają ludzie prości, gdy im przychodzi się rozstać, to jest, że 
było w tym wyrzekaniu coś obrządkowego i zarazem jakby pół-zawodzenie, pół-śpiewanie, 
które wylewa się z dusz polnych tak przyrodzoną drogą, jak leją się łzy z oczu. 
 
Hej! nie pomoże już nic płakanie, 
Już cię żegnamy, miłe kochanie, 
Już płakanie nie pomoże, 
 
 

Już żegnamy cię, nieboże, 
 
Żegnamy cię – hej!... 
 
Lecz Zbyszko przytulił po raz ostatni Danusię do piersi i trzymał ją długo, dopóty, dopóki 
mu tchu starczyło i dopóki księżna nie oderwała jej od niego, aby ją przebrać na drogę. 
 
Tymczasem rozedniało zupełnie. We dworcu rozbudzili się wszyscy i poczęli się krzątać. 
Do Zbyszka wszedł Czech, giermek, dowiedzieć się o zdrowie i pytać o rozkazy. 
 
– Przyciągnij łoże do okna – rzekł mu rycerz. 
Czech przyciągnął z łatwością łoże do okna, ale zdziwił się, gdy Zbyszko kazał mu je 
otworzyć – usłuchał jednak i tego rozkazu, nakrył tylko pana własnym kożuchem, gdyż na 
dworze chłodno było, choć chmurno – i padał śnieg miękki a obfity. 
 
Zbyszko począł patrzeć: na dziedzińcu przez lecące z chmur płatki śniegowe widać było 
sanki, wokół nich siedzieli na zszerszeniałych i dymiących koniach ludzie Jurandowi. Wszyscy 
byli zbrojni, a niektórzy mieli blachy na kożuchach, w których przeglądały się blade i 
posępne promienie dnia. Las zasnuło całkiem śniegiem; płotów i kołowrota prawie nie można 
było dojrzeć. 
 
Danusia wpadła jeszcze do izby Zbyszka cała już zakutana w kożuszek i lisią szubę; jeszcze 
raz objęła za szyję i jeszcze raz rzekła mu na pożegnanie: 
 
– Chociaż i odjeżdżam, tom twoja. 
A on całował jej ręce, policzki i oczy, które ledwie było widać spod lisiego puchu, i mówił: 
 
 
– Boże cię strzeż! Boże cię prowadź! Mojaś ty już, moja do śmierci! 
I gdy znów oderwano ją od niego, podniósł się, ile mógł, wsparł głowę na oknie i patrzał; 
więc poprzez płatki śniegowe jakby przez jakowąś zasłonę widział, jak Danusia siadała do 
sanek, jak księżna trzymała ją długo w objęciach, jak całowały ją dworki i jak ksiądz Wyszoniek 
żegnał ją znakiem krzyża na drogę. Obróciła się jeszcze przed samym odjazdem ku niemu 
i wyciągnęła ręce: 
 
– Ostawaj z Bogiem, Zbyszku! 
– Boże, daj w Ciechanowie cię obaczyć... 
Ale śnieg padał tak obficie, jakby chciał wszystko zgłuszyć i wszystko przesłonić, więc te 
ostatnie słowa doszły ich tak przytłumione, że obojgu wydało się, iż wołają na siebie – już z 
daleka. 
 

Rozdział 
dwudziesty szósty 
 
Po obfitych śniegach nastały ciężkie mrozy i dni pogodne, suche. Dniem bory iskrzyły się 
w promieniach słońca, lód popętał rzeki i ustalił bagna. Przyszły jasne noce, wśród których 
mróz wzmagał się do tego stopnia, że drzewa pękały z hukiem w lesie; ptactwo zbliżało się do 
domostw; drogi stały się niebezpieczne z powodu wilków, które jęły się zbierać w stada i napadać 
nie tylko na pojedynczych ludzi, lecz i na wsie. Lud jednak radował się w dymnych 
chatach przy ogniskach, przepowiadając po mroźnej zimie rok urodzajny, i wesoło czekał 
świąt, które miały niebawem nadejść. Leśny dworzec książęcy opustoszał. Księżna wraz z 
dworem i księdzem Wyszońkiem wyjechała do Ciechanowa. Zbyszko, znacznie już zdrowszy, 
nie dość jeszcze mocny, by na koń siąść, został w dworcu razem ze swymi ludźmi, z 
Sanderusem, z giermkiem Czechem i z miejscową służbą, nad którą miała dozór stateczna 
szlachcianka pełniąca obowiązki gospodyni. 
 
Lecz dusza w rycerzu rwała się do młodej żony. Była mu wprawdzie niezmierną osłodą 
myśl, że Danusia już jest jego i żadna moc ludzka nie zdoła mu jej odjąć, ale z drugiej strony 
taż sama myśl potęgowała jego tęsknotę. Po całych dniach wzdychał do tej chwili, w której 
będzie mógł dworzec opuścić, i rozważał, co wówczas ma uczynić, gdzie jechać i jak Juranda 
przejednać. Miewał też chwile ciężkiego niepokoju, ale w ogóle przyszłość przedstawiała mu 
się radośnie. Kochać Danuśkę i łuskać hełmy z pawimi piórami – oto miało być jego życie. 
Częstokroć brała go ochota porozmawiać o tym z Czechem, którego polubił, ale zauważył, że 
Czech, oddany duszą całą Jagience, nierad rozmawiał o Danusi, on zaś związany tajemnicą 
nie mógł mu powiedzieć wszystkiego, co się stało. 
 
Zdrowie jego polepszało się jednak z każdym dniem. Na tydzień przed Wigilią dosiadł po 
raz pierwszy konia i choć czuł, że nie mógłby jeszcze tego uczynić w zbroi, jednakże nabrał 
otuchy. Nie spodziewał się zresztą, by miała go zaskoczyć potrzeba prędkiego przywdziania 
pancerza i hełmu, a w najgorszym razie tuszył, iż wkrótce będzie miał i na to dość sił. W izbie 
próbował dla zabicia czasu podnosić miecz i szło mu nieźle; topór okazał się tylko dla niego 
za ciężki, mniemał wszelako, że chwyciwszy toporzysko w obie dłonie zdołałby już skutecznie 
machnąć. 
 
Na koniec, na dwa dni przed Wigilią, kazał wymościć wozy, pokulbaczyć konie i oznajmił 
Czechowi, że pojadą do Ciechanowa. Wierny giermek zatroskał się nieco, zwłaszcza że na 
dworze był mróz trzaskający, ale Zbyszko rzekł mu: 
 
– Nie twoja głowa, Głowaczu (tak go bowiem z polska nazywał). Nic tu po nas w tym 
dworcu, a choćbym miał zachorzeć, toć starunku w Ciechanowie nie zabraknie. Wreszcie 
pojadę nie konno, ale w saniach, po szyję w sianie i pod skórami, a dopiero pod samym Ciechanowem 
na koń się przesiądę. 
I tak się stało. Czech już przeznał swego pana i wiedział, że niedobrze mu się przeciwiać, a 
jeszcze gorzej nie spełnić w lot rozkazu; więc w godzinę później ruszono. W chwili odjazdu 
Zbyszko, widząc Sanderusa ładującego się na sanie wraz ze swoją skrzynią, rzekł mu: 
 
– A ty czegoś się do mnie przyczepił jak rzep do owczej wełny?... Mówiłeś, że chcesz do 
Prus. 

– Mówiłem, że chcę do Prus – rzekł Sanderus – ale jakże mi tam samemu iść w takie śniegi? 
Wilcy mnie zjedzą, nim pierwsza gwiazda zejdzie, a tu też nie mam po co ostawać. Wolej 
mi w mieście ludzi pobożnością budować, świętym towarem ich darzyć i z diabelskich obierzy 
ratować, jakom Ojcu wszystkiego chrześcijaństwa w Rzymie zaprzysiągł. A prócz tego 
okrutniem waszą miłość pokochał, więc jej nie opuszczę przed odejściem do Rzymu, bo może 
się zdarzy i jakową przysługę oddać. 
– Zawsze on za was, panie, gotów zjeść i wypić – rzekł na to Czech – i taką przysługę najbardziej 
rad by oddać. Ale jeśli nas za wielka chmara wilków w przasnyskim boru opadnie, to 
im go rzucim na odprawę, bo na nic lepszego się nie przygodzi. 
– A wy patrzcie, by wam grzeszne słowo do wąsów nie przymarzło – odparł Sanderus – 
gdyż takowe sople tylko w piekielnym ogniu topnieją. 
 
– O wa! – rzekł Głowacz sięgając rękawicą do wąsów, które ledwie poczynały mu się sypać 
– pierwszej spróbuję zagrzać piwa na popasie, ale tobie go nie dam. 
– A przykazanie jest: spragnionego napoić. Nowy grzech! 
– To ci dam wiadro wody, a tymczasem naści, co mam pod ręką. 
I tak mówiąc nabrał śniegu, ile mógł dwiema rękawicami objąć, i rzucił nim w brodę Sanderusa, 
ale ów uchylił się i rzekł: 
 
– Nic po was w Ciechanowie, bo tam już jest chowany niedźwiadek, co śniegiem praska. 
Tak to oni przekomarzali się ze sobą, dosyć się lubiąc wzajemnie. Zbyszko jednakże nie 
zabronił Sanderusowi jechać ze sobą, albowiem cudaczny ów człowiek bawił go, a zarazem 
zdawał się być istotnie do niego przywiązany. Ruszyli więc z dworca leśnego jasnym rankiem 
w mróz tak wielki, że trzeba było konie okrywać. Cała kraina leżała pod obfitym śniegiem. 
Dachy chat ledwie było spod niego widać, a miejscami dymy zdawały się wychodzić wprost z 
białych zasp i szły w górę strzeliste, różowe od poranku, rozszerzone u szczytu w kiście, podobne 
do rycerskich pióropuszów. 
 
Zbyszko jechał na wozie, raz, dla zaoszczędzenia sił, a po wtóre, dla wielkiego zimna, 
przed którym łatwiej się było uchronić w wymoszczonych sianem i skórami wozach. Kazał 
też Głowaczowi przysiąść się do siebie i mieć kuszę na podorędziu od wilków, tymczasem 
zaś gawędził z nim wesoło. 
 
– W Przasnyszu – rzekł – jeno konie popasiem, rozgrzejem się i zaraz ruszymy dalej. 
– Do Ciechanowa? 
– Naprzód do Ciechanowa państwu się pokłonić i nabożeństwa zażyć. 
– A potem? – pytał Głowacz? 
Zbyszko uśmiechnął się i odrzekł: 
– Potem, kto wie, czy nie do Bogdańca. 
Czech spojrzał na niego ze zdziwieniem. W głowie błysnęła mu myśl, że może młody pan 
wyrzekł się Jurandówny, i wydało mu się to tym podobniejszym do prawdy, ponieważ Jurandówna 
wyjechała, o uszy zaś Czecha odbiła się w leśnym dworcu wiadomość, że pan na Spychowie 
przeciwny był młodemu rycerzowi. Więc ucieszył się poczciwy giermek, bo chociaż 
miłował Jagienkę, ale patrzał na nią tak jak na gwiazdę na niebie i rad by był okupić jej 
szczęście choćby krwią własną. Zbyszka też pokochał i z całej duszy pragnął obojgu do 
śmierci służyć. 
 
– To już wasza miłość osiędzie na dziedzinie! – rzekł z radością. 
– Jakże mi na dziedzinie siedzieć – odpowiedział Zbyszko – kiedym owych rycerzy krzyżowych 
pozwał, a przedtem jeszcze Lichtensteina? Mówił de Lorche, że ponoć mistrz ma 
króla w gościnę do Torunia zaprosić, to się do królewskich pocztów przyczepię – i tak myślę, 
że w Toruniu pan Zawisza z Garbowa alibo pan Powała z Taczewa wyprosi mi u pana naszego 
pozwoleństwo, abym się mógł na ostre z tymi mnichami potykać. Pewnikiem wystąpią oni 
z giermkami, więc i tobie przyjdzie się spotkać. 
– Już bym też chyba sam mnichem ostał, gdyby miało być inaczej – rzekł Czech. 

Zbyszkowi stanęła Jagienka tak w oczach, jakby przy nim siedziała na saniach. Bywało to 
zawsze, że gdy wypadkiem o niej pomyślał, to widział ją ogromnie wyraźnie... 
 
„Nie! – rzekł sobie – nie będzie ona rada, bo jeśli wrócę do Bogdańca, to z Danuśką, a ona 
niech bierze innego...” Tu mignęli mu przed oczyma: Wilk z Brzozowej i młody Cztan z Rogowa 
– i nagle uczyniło mu się przykro na myśl, że dziewczyna może pójść w ręce jednego z 
tych dwóch. „Wolej by lepszego jakiego znalazła – mówił sobie w duszy – bo to piwożłopy i 
kostery, a dziewka uczciwa jest.” Pomyślał też i o tym że stryjowi, gdy się dowie o tym, co 
zaszło, będzie okrutnie markotno, ale pocieszył się wraz myślą, że Maćkowi chodziło zawsze 
w pierwszym rzędzie o ród i o dostatki, które mogły znaczenie rodu podnieść. Jagienka była 
wprawdzie bliżej, bo o miedzę, ale za to Jurand większy był dziedzic od Zycha ze Zgorzelic, 
więc łatwo było przewidzieć, że Maćko nie będzie długo krzyw o taki związek, tym bardziej 
że wiedział przecie o miłości bratanka i o tym, ile ów Danusi zawdzięcza... Pomruczy, a potem 
będzie rad i pocznie Danuśkę miłować jak własne dziecko! 
 
I nagle serce w Zbyszku poruszyło się przywiązaniem i tęsknotą do tego stryjca, który był 
człowiek twardy, a przecie tak go kochał jak źrenicę oka; w bitwach jego więcej strzegł niźli 
siebie, dla niego łup brał, dla niego zabiegał o majętność. Dwóch ich było oto samotników na 
świecie! – krewnych nawet nie mieli, chyba dalekich jak opat – więc gdy, bywało, przyszło 
im się czasem rozłączyć, to jeden bez drugiego nie wiedział, co począć, a zwłaszcza stary, 
który niczego już dla siebie nie pożądał. 
 
– Hej! będzie rad, będzie rad! – powtarzał sobie Zbyszko – i tego bym jeno chciał, żeby 
mnie i Jurand tak przyjął, jako on mnie przyjmie. 
I próbował sobie wyobrazić, co też powie i pocznie Jurand, gdy się o ślubie dowie. Było w 
tej myśli trochę niepokoju, ale niezbyt wiele, właśnie dlatego że już klamka zapadła. Na bitkę 
nie wypadało przecie Jurandowi go wyzywać, gdyby zaś zbytnio się sprzeciwiał, to mógł mu 
Zbyszko odpowiedzieć tak: „Przystańcie, póki proszę, bo wasze prawo do Danuśki ludzkie, a 
moje boskie – i nie wasza teraz ona, jeno moja.” Coś tam zasłyszał w swoim czasie od pewnego 
kleryka biegłego w Piśmie, że niewiasta powinna porzucić ojca i matkę, a pójść za mężem 
– więc czuł, że przy nim większa moc. Nie spodziewał się jednak, by między nim a Jurandem 
miało dojść aż do zawziętej niezgody i złości, liczył bowiem, że dużo wskórają prośby 
Danusi, a równie wiele, jeśli nie więcej, wstawiennictwo księcia, którego Jurand był pod-
władnym, i księżny, którą umiłował jako opiekunkę swego dziecka. 
 
W Przasnyszu radzono im zostać na nocleg ostrzegając ich przed wilkami, które z powodu 
mrozów pozbijały się w stada tak wielkie, że napadały nawet gromadnie jadących ludzi. 
Zbyszko jednak nie chciał na to zważać, albowiem zdarzyło się, iż w gospodzie spotkali kilku 
rycerzy mazowieckich z pocztami, którzy też jechali do księcia do Ciechanowa, i kilku zbrojnych 
kupców z samego Ciechanowa, prowadzących ładowne wozy z Prus. W tak wielkiej 
kupie nie było niebezpieczeństwa, więc ruszyli na noc, choć pod wieczór zerwał się nagle 
wiatr, nagnał chmur i poczęła się zadymka. Jechali trzymając się blisko jedni drugich, ale tak 
wolno, iż Zbyszko począł myśleć, iż nie zdążą na Wilię. W niektórych miejscach trzeba było 
rozkopywać zaspy, gdyż konie wcale nie mogły przejść. Szczęściem, droga leśna nie była 
błędna. Jednakże zmierzch już był na świecie, gdyż dojrzeli Ciechanów. 
 
Może nawet byliby jeździli wokół miasta wśród śnieżnych tumanów i poświstów wichrów 
nie domyślając się, że są tuż, gdyby nie ognie płonące na wzniesieniu, na którym budowano 
nowy zamek. Nikt już dobrze nie wiedział, czy w wigilię Bożego Narodzenia palono te ognie 
dla gości, czy dla jakiegoś starożytnego zwyczaju, ale też i nikt ze Zbyszkowych towarzyszów 
teraz o tym nie myślał – wszyscy bowiem chcieli znaleźć jak najprędzej ochronę w mieście. 
 
 
Tymczasem zamieć zwiększała się coraz bardziej. Ostry i mroźny wiatr niósł niezmierne 
tumany śnieżne, targał drzewami, huczał, szalał, podrywał całe zaspy, podnosił je w górę, 
skręcał, rozpylał, przykrywał nimi wozy, konie, ciął po twarzach podróżników jakby ostrym 
 

piaskiem – tłumił im oddech w piersiach i mowę. Głosu kołatek przytwierdzonych do dyszlów 
nie było wcale słychać, natomiast w wyciu i poświście wichru odzywały się jakieś głosy 
żałosne jakby wycie wilcze, jakby odległe rżenie koni, a czasem jakby pełne trwogi ludzkie 
wołanie o ratunek. Wyczerpane konie poczęły się spierać bokami o siebie i iść coraz wolniej. 
 
– Hej, kurniawa też to, kurniawa! – rzekł zdyszanym głosem Czech – szczęście, panie, żeśmy 
pod miastem i że owe ognie się palą, bo inaczej źle by było z nami. 
– Kto w polu, temu śmierć – odrzekł Zbyszko – ale owo i ognia już nie widzę. 
– Bo tuman taki, że i ogień nie prześwieci. A może rozmiotło drwa i węgle. 
Na innych wozach rozmawiali także kupcy i rycerze, że kogo zamieć z dala od siedzib 
ludzkich ułapi, ten już dzwonów jutro nie usłyszy. Lecz Zbyszko zaniepokoił się nagle i rzekł: 
 
– Nie daj Bóg, aby tam Jurand był gdzie w drodze. 
Czech, lubo całkiem zajęty wpatrywaniem się w stronę ognisk, usłyszawszy słowa Zbyszka 
odwrócił jednak głowę i zapytał: 
 
– To pan ze Spychowa miał zjechać? 
– Miał. 
– Z panną? 
– A ogień to ci naprawdę przesłoniło – odpowiedział Zbyszko. 
I rzeczywiście płomień wygasł, ale natomiast na drodze tuż przy koniach i saniach zjawiło 
się kilku jeźdźców. 
 
– A czego następujesz? – zawołał czujny Czech chwytając kuszę. – Kto wy? 
– Ludzie książęcy, wysłani w pomoc podróżnym. 
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus: 
– Na wieki wieków. 
– Prowadźcie do miasta! – ozwał się Zbyszko. 
– Czy nikt z was nie ostał? 
– Nikt. 
– Skąd jedziecie? 
– Z Przasnysza. 
– A więcej podróżnych nie widzieliście po drodze? 
– Nie widzieliśmy. Ale może znajdą się na innych gościńcach. 
– Na wszystkich ludzie szukają. Jedźcie za nami. Zjechaliście z drogi! W prawo! 
I zawrócili konie. Przez czas jakiś słychać było tylko szum wichru. 
– Siła gości w starym zamku? – spytał po chwili Zbyszko. 
Najbliższy jeździec nie dosłyszawszy pochylił się ku niemu: 
– Jako zaś mówicie, panie? 
– Pytam, czy siła gości u księstwa? 
– Po staremu: jest dość! 
– A dziedzica ze Spychowa nie ma? 
– Nie ma, ale go czekają. Pojechali też ludzie naprzeciw. 
– Z kagankami? 
– Zaśby tam wiatr pozwolił! 
Lecz dalej nie mogli rozmawiać, bo szum zamieci wzmógł się jeszcze. 
– Czyste diabelskie wesele! – ozwał się Czech. 
Zbyszko jednak kazał mu milczeć i paskudnego imienia nie wywoływać. 
– Nie wiesz to – rzekł – że w takie święta diabelska moc truchleje i że diabły w przeręble 
się chowają? Jednego raz pod Sandomierzem rybacy przed Wilią w niewodzie znaleźli: trzymał 
szczupaka w pysku, ale jak go głos dzwonów doszedł, zaraz omdlał, oni zasie kijami go 
tłukli aż do wieczerzy. Jużci wichura tęga jest, ale to z Pana Jezusowego pozwoleństwa, któren 
widać chce, żeby jutrzejszy dzień był tym radośniejszy. 

– Ba! Byliśmy tuż pod miastem, a wszelako gdyby nie ci ludzie, jeździlibyśmy może i do 
północka, gdyż jużeśmy z drogi zjechali – odpowiedział Głowacz. 
– Bo ogień przygasł. 
Tymczasem wjechali jednak rzeczywiście do miasta. Zaspy śniegowe leżały tam w ulicach 
jeszcze większe, tak wielkie, że w wielu miejscach zakrywały niemal okna, z którego to powodu 
błądząc za miastem nie mogli dojrzeć świateł. Ale natomiast wicher mniej tu dawał się 
we znaki. Na ulicach były pustki, mieszczanie siedzieli już przy Wilii. Przed niektórymi domami 
chłopcy z jasłeczkami i z kozą śpiewali, mimo zamieci, kolędy. Na rynku też było widać 
ludzi poowijanych w grochowiny i udających niedźwiedzi, ale w ogóle było pusto. Kupcy, 
którzy towarzyszyli Zbyszkowi i innej szlachcie w drodze, zostali w mieście, owi zaś jechali 
dalej do starego zamku, w którym mieszkał książę i który mając już szyby szklane, zajaśniał 
przed nimi wesoło mimo zawiei, gdy podjechali bliżej. 
 
Zwodzony most na rowie był spuszczony, gdyż dawne czasy litewskich napadów minęły, a 
Krzyżacy przewidując wojnę z królem polskim sami szukali przyjaźni księcia mazowieckiego. 
Jeden z ludzi książęcych zadął w róg i wnet otworzono bramę. Było przy niej kilkunastu 
łuczników, ale na murach i blankach ani żywej duszy, gdyż książę pozwolił strażom zejść. 
Naprzeciw gości wyszedł stary Mrokota, który już był przyjechał przed dwoma dniami, i powitawszy 
ich w imieniu księcia zaprowadził do izb, w których mogli się przybrać godniej do 
stołu. 
 
Zbyszko począł go zaraz wypytywać o Juranda ze Spychowa, ów zaś odrzekł, że go nie 
ma, ale się go spodziewają, gdyż obiecał przecie przyjechać, a gdyby był zachorzał mocniej, 
to dałby znać. Wysłali jednak naprzeciw kilkunastu jeźdźców, bo takiej zawiei najstarsi ludzie 
nie pamiętają. 
 
– To może niezadługo tu będą. 
– Wiera, że niezadługo. Księżna kazała postawić dla nich miski przy wspólnym stole. 
Więc Zbyszko, choć zawsze strach mu było trochę Juranda, uradował się w sercu i mówił 
sobie: „Choćby też nie wiem, co czynił, tego nie odrobi, że to żona moja przyjeżdża, moja 
niewiasta, moja Danuśka najmilsza!” I gdy sobie to powtarzał, ledwie własnemu szczęściu 
mógł uwierzyć. Po czym pomyślał, że może mu tam już wszystko wyznała, może go przejednała 
i uprosiła, żeby ją zaraz oddał. „Po prawdzie, to i cóż ma lepszego do zrobienia? Jurand 
jest mądry chłop i wie, że choćby mi jej bronił, to ją i tak wezmę, bo moje prawo mocniejsze.” 
 
 
Tymczasem przebierając się rozmawiał z Mrokotą wypytując o zdrowie księcia, a szczególnie 
księżny, którą jeszcze od bytności w Krakowie pokochał jak matkę. Rad też był dowiedziawszy 
się, że w zamku wszyscy zdrowi i weseli, chociaż księżna wielce po swojej miłej 
śpiewaczce tęskniła. Grywa jej teraz na luteńce Jagienka, którą księżna dość lubi, ale już 
nie tak. 
 
– Jaka Jagienka? – zapytał ze zdziwieniem Zbyszko. 
– Jagienka z Długolasu, wnuczka starego pana z Długolasu. Gładka dziewka, w której się 
ów Lotaryńczyk rozkochał. 
– To pan de Lorche tu jest? 
– Gdzie by miał być? Przecie z leśnego dworca tu przyjechał i siedzi, bo mu dobrze. Nie 
brak naszemu księciu nigdy gości. 
– Rad go obaczę, bo to rycerz, któremu w niczym nie przyganić. 
– I on też was miłuje. Ale już chodźmy, gdyż księstwo wraz do stołu zasiędą. 
I poszli. W sali stołowej w dwóch kominach paliły się wielkie ognie, nad którymi czuwali 
pachołkowie, i roiło się już od gości i dworzan. Książę wszedł pierwszy w towarzystwie wojewody 
i kilku przybocznych. Zbyszko pochylił mu się do kolan, a następnie ucałował jego 
rękę. 
 
On zaś ścisnął go za głowę, następnie odwiódłszy go nieco na stronę rzekł: 
 

– Juści o wszystkim wiem. Mruczno mi było z początku, żeście to bez mego pozwoleństwa 
uczynili, ale po prawdzie nie było czasu, bom ja w oną porę był w Warszawie, gdzie i święta 
chciałem spędzić. Wiadoma wreszcie rzecz, iż jak się niewiasta czego chyci, to się i nie przeciw, 
bo nic nie wskórasz. Księżna pani wam życzy jak matka, a i ja zawdy wolę jej dogodzić 
niż się przeciwić, z takowej przyczyny, aby zaś smutku i płakania jej oszczędzić. 
Zbyszko pochylił się po raz wtóry do kolan książęcych. 
 
– Daj Bóg waszej książęcej miłości odsłużyć. 
– Chwalić jego imię, żeś już zdrów. Powiedzże księżnie, jakom cię życzliwie przyjął, to się 
niewiasta ucieszy! Boga mi! Jej uciecha – moja uciecha! Jurandowi za tobą dobre słowo też 
rzeknę i tak myślę, że pozwoleństwo da, bo on też księżnę miłuje. 
– Choćby i nie chciał dać, to moje prawo pierwsze. 
– Twoje prawo pierwsze i musi się zgodzić, ale błogosławieństwa może wam umknąć. 
Przemocą mu tego nikt nie wydrze, a bez rodzicielskiego błogosławieństwa nie masz i boskiego. 
Zatroskał się Zbyszko usłyszawszy te słowa, gdyż dotąd o tym nie pomyślał. W tej chwili 
jednak weszła księżna z Jagienką z Długolasu i z innymi dwórkami, więc skoczył pokłonić się 
pani, ona zaś powitała go jeszcze łaskawiej od księcia i zaraz poczęła mu mówić o spodziewanym 
przyjeździe Juranda. Oto misy dla nich nastawione, a ludzie wysłani, by ich przeprowadzić 
wśród zamieci. Z wieczerzą wigilijną czekać już dłużej nie podobna, bo pan tego nie 
lubi, ale oni pewnie zjadą, nim wieczerza się skończy. 
 
– Co do Juranda – mówiła księżna – będzie wedle natchnienia Bożego. Albo mu powiem 
dziś wszystko, albo jutro po pasterce, a książę też przyobiecał, że swoje słowo dołoży. Zawzięty 
bywa Jurand, ale nie dla tych, których miłuje, i nie dla tych, którym powinien. 
Tu poczęła mówić Zbyszkowi, jak się ma z teściem zachować, by go, broń Boże, nie urazić 
i do zawziętości nie przywieść. Była w ogóle dobrej myśli, ale kto by lepiej znał świat i 
patrzył bystrzej od Zbyszka, ten zauważyłby w słowach jej pewien niepokój. Może było tak 
dlatego, że pan ze Spychowa nie był w ogóle człowiek łatwy, a może też poczęła się księżna 
trwożyć nieco tym, że ich tak długo nie było widać. Wieja stawała się na dworze coraz okrutniejsza 
i wszyscy mówili, że kogo w szczerym polu złapie, ten może i zostać; księżnie jednakże 
przychodziło do głowy i inne przypuszczenie: mianowicie, że Danuśka wyznała ojcu, 
iż jest już ślubem ze Zbyszkiem połączona, a ów obraziwszy się postanowił wcale do Ciechanowa 
nie przyjeżdżać. Nie chciała jednak pani zwierzyć się Zbyszkowi z tych myśli, a nawet 
nie było na to i czasu, gdyż pachołcy poczęli wnosić jadło i zastawiać je na stole. Zdążył 
wszelako Zbyszko podjąć ją jeszcze pod nogi i zapytać: 
 
– A jeśli przyjadą, to jakoże będzie, miłościwa pani? Mówił mi Mrokota, że dla Juranda 
jest osobna izba, gdzie też i dla giermków znajdzie się siano na posłanie. Ale jakoże będzie?... 
A księżna poczęła się śmiać i uderzywszy go z lekka rękawicą po twarzy rzekła: 
 
– Cichaj! Czegóż? Widzicie go! 
I odeszła ku księciu, przed którym rękodajni wysunęli już krzesło, aby mógł na nim zasiąść. 
Przedtem jednak jeden z nich podał mu płaską misę, pełną cienko pokrajanego placka i 
opłatków, którymi książę miał się dzielić z gośćmi, dworzany i służbą. Drugą podobną trzymał 
dla księżny piękny wyrostek, syn kasztelana sochaczewskiego. Po przeciwnej stronie 
stołu stał ksiądz Wyszoniek, który miał błogosławić ustawioną na pachnącym sianie wieczerzę. 
A wtem we drzwiach ukazał się człowiek pokryty śniegiem i począł wołać głośno: 
 
– Miłościwy panie! 
– Czego? – rzekł książę, nierad, iż mu przerywają obrządek. 
– Na Radzanowskim gościńcu całkiem przysypało jakichś podróżnych. Ludzi nam trzeba 
więcej, by ich odgrześć. 
Zlękli się usłyszawszy to wszyscy, zatrwożył się książę i zwróciwszy się do kasztelana sochaczewskiego 
zakrzyknął: 
 

– Konnych z łopatami żywo. 
Po czym do zwiastuna nowiny: 
– Wiela przysypanych? 
– Nie moglim zmiarkować. Dmie okrutnie. Są konie i wozy. Znaczny poczet. 
– Nie wiecie, czyj zaś? 
– Ludzie mówią: dziedzica ze Spychowa. 

Rozdział 
dwudziesty siódmy 
 
Zbyszko usłyszawszy nieszczęsną nowinę, nie pytając nawet o pozwolenie księcia skoczył 
do stajen i kazał konie siodłać. Czech, który jako szlachetnie urodzony giermek znajdował się 
z nim na sali, zaledwie zdołał wrócić do izby i przynieść ciepłą lisiurę; nie próbował jednak 
młodego pana wstrzymywać, gdyż mając z przyrodzenia rozum tęgi wiedział, że wstrzymywanie 
na nic się nie przyda, a mitręga może okazać się zgubną. Siadłszy na drugiego konia 
pochwycił jeszcze w bramie od odźwiernego kilka pochodni i wnet ruszyli razem z książęcymi 
ludźmi, których wartko sprawił stary kasztelan. Za bramą ogarnęły ich nieprzebite ciem-
ności, ale wichura wydawała się im mniejsza. Byliby może zaraz za miastem zbłądzili, gdyby 
nie ów człowiek, który pierwszy dał znać o wypadku, a który teraz prowadził ich tym szybciej 
i pewniej, że miał przy sobie psa już poprzednio z drogą obeznanego. Na otwartym polu wicher 
począł znowu siec ich ostro po twarzach, głównie jednak dlaczego, że jechali w cwał. 
Gościniec był kopny, miejscami zaś tak zawiany, że trzeba było zwalniać, gdyż konie zapadały 
po brzuchy. Ludzie książęcy pozapalali pochodnie, kaganki i jechali wśród dymu i płomieni, 
w które wiatr dął z taką siłą, jakby je chciał oderwać od smolnych szczap i ponieść na 
pola i bory. Droga była daleka – minęli osady bliższe Ciechanowa, a następnie Niedzborz, po 
czym skierowali się w stronę Radzanowa. Za Niedzborzem burza poczęła jednak uciszać się 
rzeczywiście. Uderzenia wichru stały się słabsze i nie niosły już w sobie całych tumanów 
śnieżnych. Niebo pojaśniało. Z góry sypał jeszcze czas jakiś śnieg, ale wkrótce ustał. Potem 
tu i owdzie w szczelinach chmur błysnęła gwiazda. Konie poczęły parskać – jeźdźcy odetchnęli 
swobodniej. Gwiazd przybywało z każdą chwilą i brał mróz. Po upływie kilku pacierzy 
uciszyło się zupełnie. 
 
Pan de Lorche, który jechał obok Zbyszka, jął go pocieszać mówiąc, że niezawodnie Jurand 
w chwili niebezpieczeństwa myślał przede wszystkim o ocaleniu córki i że choćby 
wszystkich odkopali zmarzłych, ją znajdą niezawodnie żywą, a może i śpiącą pod skórami. 
Ale Zbyszko mało go rozumiał, a wreszcie nie miał i czasu go słuchać, gdyż po niejakiej 
chwili przewodnik jadący na przedzie skręcił z gościńca. 
 
Młody rycerz wysunął się naprzód i począł pytać: 
 
– Czemu zbaczamy? 
– Bo ich nie na gościńcu zasypało, jeno tam, hen! Widzicie, panie, ten olszniak? 
To rzekłszy ukazał ręką ciemniejące w dali zarośla, które można było dojrzeć na białej 
płaszczyźnie śniegowej, gdyż chmury odsłoniły tarczę księżyca i noc stała się widna. 
 
– Widać zjechali z gościńca. 
– Zjechali z gościńca i jeździli w kółko wedle rzeki. W czasie wiei i zadymki łatwo się taka 
rzecz przygodzi. Jeździli i jeździli, póki konie nie ustały. 
– Jakożeście ich znaleźli? 
– Pies doprowadził. 
– W pobliżu nie ma jakich chat? 
– Są, ale po tamtej stronie rzeki. Tu zaraz Wkra. 
– W konie! – zawołał Zbyszko. 

Ale rozkazać było łatwiej niż rozkaz wykonać, bo jakkolwiek brał ostry mróz, na łące jednak 
leżał śnieg niezamarzły jeszcze, sypki, świeżo nawiany i głęboki, w którym konie zapadały 
wyżej kolan; musieli więc posuwać się z wolna. Nagle doszło ich szczekanie psa, wprost 
zaś przed nimi zamajaczył gruby i garbaty pień wierzby, nad którym połyskiwała w świetle 
księżyca korona bezlistnych prętów. 
 
– Tamci są dalej – rzekł przewodnik – w pobliżu olszniaka; ale i tu coś musi być. 
– Jest zaspa pod wierzbą. Poświećcie! 
Kilku ludzi książęcych zsiadło z koni i poczęło świecić pochodniami, po czym zaraz jeden 
zawołał: 
 
– Człowiek pod śniegiem! Widać głowę, ot tu! 
– Jest i koń! – zawołał zaraz drugi. 
– Odkopać! 
Łopaty poczęły zanurzać się w śnieg i odrzucać go na obie strony. 
Po chwili ujrzano siedzącą pod drzewem postać ludzką ze schyloną na piersi głową i czapką 
głęboko zasuniętą na twarz. Jedna ręka trzymała lejce konia, który leżał obok z nozdrzami 
zarytymi w śnieg. Widocznie człowiek odjechał od orszaku, może dlatego, by dostać się prędzej 
do mieszkań ludzkich i sprowadzić pomoc, a gdy koń mu padł, wówczas schronił się pod 
wierzbę po stronie przeciwnej od wiatru – i tam skrzepł. 
 
– Poświeć! – zawołał Zbyszko. 
Pachołek przysunął pochodnię do twarzy zmarzłego, ale rysów trudno było zrazu rozeznać. 
Dopiero gdy drugi pachoł uniósł pochyloną głowę do góry, ze wszystkich piersi wyrwał się 
jeden okrzyk: 
 
– Pan ze Spychowa! 
Zbyszko kazał go porwać dwom ludziom i ratować w najbliższej chacie, sam zaś nie tracącą 
chwili skoczył wraz z pozostałą służbą i przewodnikiem na ratunek reszty orszaku. Po drodze 
myślał, że tam znajdzie Danuśkę, żonę swoją, może nieżywą – i wypierał ostatni dech z 
konia, który buchał się w śniegu po piersi. Szczęściem nie było już daleko – najwyżej kilka 
stajań. Z ciemności ozwały się głosy: „Bywaj” – ludzi, którzy poprzednio zostali przy zasypanych. 
Zbyszko dopadł i zeskoczył z konia: 
 
– Do łopat! 
Dwoje sani było już odkopanych przez tych, którzy pozostali na straży. Konie i ludzie w 
nich zmarzli bez ratunku. Gdzie są inne zaprzęgi, można było poznać po pagórkach śnieżnych, 
chociaż nie wszystkie sanie były całkiem pokryte. Przy niektórych widać było konie, 
brzuchami wsparte o zaspy, rwące się jakby do biegu, zakrzepłe w ostatnim wysileniu. Przed 
jedną parą stał człowiek z dzidą w ręku, zanurzony po pas w śniegu, nieruchomy jak słup; w 
dalszych pachołkowie pomarli przy koniach trzymając je przy pysku. Śmierć ich zaskoczyła 
widocznie w chwili, gdy chcieli wydobywać konie ze śnieżnych zawałów. Jeden zaprząg na 
samym końcu orszaku całkiem był nie przysypany. Woźnica siedział skulony na przedzie z 
rękoma przy uszach, zaś w tyle leżało dwóch ludzi; długie rzuty śniegowe nawiane w poprzek 
ich piersi łączyły się z zaspą leżącą obok i przykrywały ich jak pościel, a oni zdawali się spać 
cicho i spokojnie. Lecz inni poginęli walcząc do ostatka z zawieją, albowiem skrzepli w postawach 
pełnych wysilenia. Kilka sań było wywróconych; u niektórych połamane dyszle. Łopaty 
odkrywały co chwila grzbiety końskie wyprężone jak łuki lub łby wbite zębami w śnieg, 
ludzi w saniach i obok sań – lecz na żadnych nie znaleziono niewiast. Zbyszko chwilami pracował 
łopatą, aż pot zlewał mu czoło; chwilami świecił w oczy trupom z bijącym sercem, czy 
nie ujrzy między nimi kochanej twarzy – wszystko na próżno! Płomień oświecał tylko groźne 
wąsate twarze spychowskich zabijaków – ni Danusi, ni żadnej innej niewiasty nie było nigdzie. 
 
 
– Co to jest? – pytał się siebie ze zdumieniem młody rycerz. 

I wołał na ludzi pracujących opodal pytając, czy czego nie odkryli; lecz ci odkrywali samych 
mężów. Wreszcie robota była skończona. Pachołkowie pozaprzęgali do sani własne 
konie i siadłszy na kozły ruszyli z trupami ku Niedzborzu, by tam w ciepłym dworze próbować 
jeszcze czyli którego ze zmarłych nie będzie można przywrócić do życia. Zbyszko z 
Czechem i dwoma ludźmi pozostał. Na myśl mu przyszło, że może sanie z Danusią odłączyły 
się od orszaku; może Jurand, jeśli, jak należało się spodziewać, zaprzężone były w konie najlepsze, 
kazał im jechać naprzód; a może zostawił je gdzie przy chacie po drodze. Zbyszko 
sam nie wiedział, co ma począć; w każdym razie chciał przepatrzyć pobliskie zaspy, olszniak, 
a potem nawrócić i szukać po gościńcu. 
 
Ale w zaspach nie znaleziono nic. W olszniaku błysnęły im jeno kilkakroć świeczki wilcze, 
nigdzie jednak nie trafili na ślady ludzi i koni. Łąka między olszniakiem a gościńcem 
lśniła się teraz w blasku księżyca i na białej, smutnej jej powierzchni widać było wprawdzie z 
dala tu i ówdzie kilka ciemniejszych plam, ale były to także wilki, które za zbliżeniem się 
ludzi poczynały szybko umykać. 
 
– Wasza miłość! – rzekł wreszcie Czech – próżno tu jeździm i szukamy, bo panny ze Spychowa 
nie było w orszaku. 
– Na gościniec! – odpowiedział Zbyszko. 
– Nie znajdziem i na gościńcu. Patrzałem ja dobrze, czy na których saniach nie było jakowych 
łubów, a w nich białogłowskich przyodziewków. Nie było nic. Panna ostała w Spychowie. 
Zbyszka uderzyła trafność tej uwagi, więc odrzekł: 
 
– Daj Bóg, aby tak było, jako mówisz. 
A Czech poszedł jeszcze głębiej po rozum do głowy: 
– Gdyby była gdzie w saniach, starszy pan nie byłby od niej odjechał albo odjeżdżając 
wziąłby ją przed siebie na koń i bylibyśmy ją przy nim znaleźli. 
– Jedźmy tam jeszcze raz – rzekł Zbyszko zaniepokojonym głosem. 
Na myśl bowiem przyszło mu, że może tak i było, jak mówił Czech. Nuż nie szukali dość 
starannie! Nuż Jurand wziął przed siebie na konia Danusię, a potem, gdy koń padł, Danusia 
odeszła od ojca, chcąc znaleźć dla niego jakowąś pomoc. W takim razie mogła znajdować się 
gdzie pod śniegiem w pobliżu. 
 
Ale Głowacz, jakby odgadłszy te myśli, powtórzył: 
 
– W takim razie znalazłby się na saniach przyodziewek, boć nie jechałaby na dwór jeno w 
tych szatach, które na sobie miała. 
Mimo tej słusznej uwagi pojechali jednakże pod wierzbę – ale ni pod nią, ni na staje wokoło 
nie znaleźli nic. Juranda już byli zabrali ludzie książęcy do Niedzborza i wokół było pusto 
zupełnie. Czech zauważył jeszcze, że pies, który biegł przy przewodniku i który znalazł 
Juranda, byłby znalazł i panienkę. Wówczas Zbyszko odetchnął, nabrał bowiem niemal pewności, 
że Danusia została w domu. Umiał nawet zdać sobie sprawę, dlaczego się tak stało: oto 
Danusia widocznie wyznała wszystko ojcu, ów zaś, nie zgodziwszy się na małżeństwo, 
umyślnie ostawił ją w domu, sam zaś przyjechał wytoczyć sprawę przed księcia i szukać jego 
wstawiennictwa do biskupa. Na tę myśl Zbyszko nie mógł oprzeć się uczuciu pewnej ulgi, a 
nawet i radości, gdyż zrozumiał, że wraz ze śmiercią Juranda znikły wszelkie przeszkody. 
„Jurand nie chciał, ale Pan Jezus chciał – rzekł sobie młody rycerz – i wola boska zawsze 
mocniejsza.” Teraz jechać mu tylko do Spychowa i brać Danuśkę jako swoją, a potem jeno 
ślub spełnić, który też na samym pograniczu łatwiejszy był do spełnienia niż w dalekim Bogdańcu. 
„Wola boska! wola boska!” – powtarzał sobie w duszy. Nagle jednak zawstydził się tej 
prędkiej radości i zwróciwszy się do Czecha rzekł: 
 
– Juści mi go żal i głośno to przyświadczam. 
– Ludzie mówili, że Niemcy bały się go jak śmierci – odrzekł giermek. 
Po chwili zaś zapytał: 

– Wrócim teraz do zamku? 
– Przez Niedzbórz – odpowiedział Zbyszko. 
Jakoż wstąpili do Niedzborza i zajechali przede dwór, w którym przyjął ich stary dziedzic 
Żelech. Juranda już nie znaleźli, lecz Żelech powiedział im dobrą nowinę: 
 
– Tarli go tu śniegiem, ledwie nie do kości – rzekł – i wino mu wlewali w gębę, a potem 
parzyli go w łaźni, gdzie też począł i dychać. 
– Żyje? – zapytał z radością Zbyszko, który na tę wieść zapomniał o swoich własnych 
sprawach. 
– Żyje, ale czy wyżyje, Bóg wie, bo dusza nierada z pół drogi wracać. 
– Czemu zaś go powieźli? 
– Bo przysłali od księcia. Co było pierzyn w domu, to go nimi przykryli i powieźli. 
– A nie powiadał o córce nic? 
– Ledwie że zaczął dychać; mowy nie odzyskał. 
– A inni? 
– A inni u Boga już za piecem. Nie będą niebożęta na pasterce, chyba na tej, którą sam Pan 
Jezus w niebie odprawi. 
– Żaden nie ożył? 
– Żaden. Chodźcie do izby, miast w sieni rozmawiać. A jeśli chcecie ich widzieć, to leżą 
wedle ognia w czeladnej. Chodźcie do izby. 
Lecz oni spieszyli się i nie chcieli wejść, choć stary Żelech ciągnął ich, bo rad łapał ludzi, 
aby z nimi „ugwarzyć”. Mieli jeszcze z Niedzborza do Ciechanowa szmat drogi i Zbyszka 
paliło jak ogniem, by co prędzej zobaczyć Juranda i czegoś się od niego dowiedzieć. 
 
Jechali więc, jak mogli, spiesznie po zawianym gościńcu. Gdy przyjechali, było już po 
północy i pasterka kończyła się właśnie w zamkowej kaplicy. Do uszu Zbyszka doszedł ryk 
wołów i beczenie kóz, które to głosy udawali wedle starego zwyczaju pobożni, na pamiątkę 
tego, że Pan urodził się w stajence. Po mszy przyszła do Zbyszka księżna z twarzą stroskaną, 
pełną przestrachu i poczęła wypytywać: 
 
– A Danuśka? 
– Nie masz jej. Zali Jurand nie przemówił, bo jako słyszałem, żyje? 
– Jezusie miłosierny!... Kara to boska i gorze nam! Nie przemówił ci Jurand i leży jak 
drewno. 
– Nie bójcie się, miłościwa pani. Danuśka ostała w Spychowie. 
– Skąd wiesz? 
– Bo w żadnych saniach ni śladu przyodziewku. Nie byłby ci jej przecie wiózł w jednej 
kożuszynie. 
– Prawda, jak mi Bóg miły! 
I wtedy oczy poczęły jej błyskać radością, a po chwili zawołała: 
– Hej! Jezusiczku, coś się dziś narodził, nie gniew widać Twój, jeno błogosławieństwo jest 
nad nami. 
Zastanowiło ją jednak przybycie Juranda bez dziewczyny, więc pytała dalej: 
 
– Czemu by zaś miał ją ostawić? 
Zbyszko wyłuszczył jej swoje domysły. Wydały się jej one słuszne, ale nie przejmowały 
jej zbytnią obawą. 
 
– Będzie nam teraz Jurand życie zawdzięczał – rzekła – a po prawdzie, to i tobie, boś i ty 
jeździł go odgrzebywać. Już by też kamień chyba w piersi miał, żeby się dłużej upierał! Jest 
też w tym dla niego i przestroga boska, by z Sakramentem świętym nie wojował. Jak tylko się 
obaczy a przemówi, zaraz mu to powiem. 
– Trzeba, żeby się pierwej obaczył, gdyż jeszcze nie wiadomo, dlaczego Danuśki nie 
wziął. A nuż chora? 

– Nie powiadaj byle czego! I tak mi markotno, że jej nie ma. Żeby była chora, to by jej nie 
odjechał! 
– Prawda! – rzekł Zbyszko. 
I poszli do Juranda. W izbie gorąco było jak w łaźni i widno zupełnie, gdyż na kominie 
paliły się ogromne kłody sosnowe. Ksiądz Wyszoniek czuwał nad chorym, który leżał na łożu 
pod niedźwiedzimi skórami, z twarzą bladą, z polepionymi od potu włosami i z zamkniętymi 
oczyma. Usta miał otwarte i robił piersiami jakby z trudem, ale tak silnie, że aż skóry, którymi 
był nakryty, podnosiły się i opadały od oddechu. 
 
– Jakoże jest? – spytała księżna. 
– Wlałem mu dzbaniec grzanego wina w gębę – odrzekł ksiądz Wyszoniek – i poty na niego 
przyszły. 
– Śpi czy nie śpi? 
– Może i nie śpi, bo bokami okrutnie robi. 
– A próbowaliście do niego gadać? 
– Próbowałem, ale nie odpowiada nic i tak myślę, że przed świtaniem nie przemówi. 
– Będziem czekać świtania – rzekła księżna. 
Ksiądz Wyszoniek jął nalegać, by udała się na spoczynek, ale ona nie chciała go słuchać. 
Chodziło jej zawsze i we wszystkim o to, by dorównać w cnotach chrześcijańskich, a zatem i 
w doglądaniu chorych, zmarłej królowej Jadwidze, i odkupić swymi zasługami duszę ojca; 
nie pomijała więc żadnej sposobności, by w chrześcijańskim od wieków kraju okazać się gorliwszą 
od innych i tym zatrzeć pamięć, że urodziła się w pogaństwie. 
 
A oprócz tego paliła ją chęć, by dowiedzieć się czegoś z ust Juranda o Danusi, nie była 
bowiem zupełnie o nią spokojna. Siadłszy więc przy jego łożu poczęła odmawiać różaniec, a 
następnie i drzemać. Zbyszko, który nie był jeszcze zupełnie zdrów, a w dodatku strudził się 
nad miarę jazdą nocną, poszedł wkrótce za jej przykładem i po upływie godziny posnęli oboje 
tak mocno, że byliby może dospali do białego rana, gdyby nie to, że o świtaniu obudził ich 
głos dzwonka w zamkowej kaplicy. 
 
Ale głos ów rozbudził i Juranda, który otworzył oczy, siadł nagle na łożu i jął rozglądać się 
wokół, mrugając przy tym oczyma. 
 
– Pochwalony Jezus Chrystus!... Jakoże wam? – rzekła księżna. 
Lecz on widocznie nie oprzytomniał jeszcze, gdyż patrzał na nią, jakby jej nie poznawał, i 
po chwili zawołał: 
 
– Bywaj! bywaj! rozkopać zaspę! 
– W imię Boże: jużeście w Ciechanowie! – ozwała się znów pani. 
Jurand zaś zmarszczył czoło jak człowiek, który z trudem zbiera myśli, i odrzekł: 
– W Ciechanowie?... Dziecko czeka i... księstwo... Danuśka! Danuśka!... 
I nagle zamknąwszy oczy upadł znów na wezgłowie. Zbyszko i księżna zlękli się, czy nie 
umarł, lecz w tej samej chwili pierwsi jego poczęły się poruszać głębokim oddechem jak u 
człowieka, którego pochwycił twardy sen. 
 
Ojciec Wyszoniek przyłożył palec do ust i dał znak ręką, by go nie budzić, po czym szepnął: 
 
 
– Może tak prześpi cały dzień. 
– Tak, ale co on mówił? – zapytała księżna. 
– Mówił, że dziecko czeka w Ciechanowie – odpowiedział Zbyszko. 
– Bo się nie opamiętał – objaśnił ksiądz. 

Rozdział 
dwudziesty ósmy 
 
Ojciec Wyszoniek obawiał się nawet, czy i po powtórnym rozbudzeniu nie chwyci Juranda 
dur i nie odejmie mu na długo przytomności. Tymczasem obiecał księżnie i Zbyszkowi, że im 
da znać, gdy stary rycerz przemówi, a po ich odejściu sam udał się na spoczynek. Jakoż Jurand 
rozbudził się dopiero w drugie święto przed samym południem, ale za to zupełnie przytomny. 
Księżna i Zbyszko byli przy tym obecni, więc on siadłszy na łożu spojrzał na nią, poznał 
i rzekł: 
 
– Miłościwa pani... Dlaboga, tom ja w Ciechanowie? 
– I przespaliście święto – odrzekła pani. 
– Śniegi mnie przysypały. Kto mnie zratował? 
– Ten rycerz: Zbyszko z Bogdańca. Pamiętacie, w Krakowie... 
A Jurand popatrzył chwilę swoim zdrowym okiem na młodzieńca i rzekł: 
– Pamiętam... A gdzie Danuśka? 
– Nie jechała przecie z wami? – spytała z niepokojem księżna. 
– Jakże miała ze mną jechać, kiedy to ja do niej jechał? 
Zbyszko i księżna spojrzeli po sobie w mniemaniu, że to jeszcze gorączka mówi przez usta 
Jurandowe, po czym pani rzekła: 
 
– Ocknijcie się, na miły Bóg! Nie było-li z wami dziewczyny? 
– Dziewczyny? Ze mną? – spytał ze zdumieniem Jurand. 
– Bo wasi ludzie poginęli, ale jej między nimi nie znaleźli. Czemuście ją ostawili w Spychowie? 
Ów zaś powtórzył jeszcze raz, ale już z trwogą w głosie: 
 
– W Spychowie? Toć ona przy was, miłościwa pani, nie przy mnie! 
– Przecie przysłaliście po nią do leśnego dworca ludzi i pismo! 
– W imię Ojca i Syna! – odpowiedział Jurand. – Zgoła po nią nie posyłałem. 
Wówczas księżna przybladła nagle. 
– Co to jest? – rzekła – zali wyście pewni, że przytomnie mówicie? 
– Na miłosierdzie boskie, gdzie dziecko? – zawołał zrywając się Jurand. 
Ojciec Wyszoniek usłyszawszy to wyszedł pospiesznie z izby, a księżna mówiła dalej: 
– Słuchajcie: przybył poczet zbrojny i pisanie od was do leśnego dworca po Danuśkę. W 
piśmie było, że was belki w pożarze przytłukły... żeście na wpół oślepli i że chcecie dziecko 
widzieć... Wzięli Danuśkę i pojechali... 
– Gorze! – zawołał Jurand. – Jako Bóg na niebie, tak ni ognia nijakiego w Spychowie nie 
było, ni ja po nią nie posyłałem! 
A wtem wrócił ksiądz Wyszoniek z listem, który podał Jurandowi, i zapytał: 
 
– Nie waszego to księdza pisanie? 
– Nie wiem. 
– A pieczęć? 
– Pieczęć moja. Co w piśmie stoi? 
Ojciec Wyszoniek odczytał pismo, Jurand słuchał chwytając się za włosy, po czym rzekł: 

– Pismo zmyślone!... pieczęć udana! Gorze duszy mojej! Chwycili mi dziecko i zatracą! 
– Kto? 
– Krzyżaki! 
– Rany boskie! Księciu trzeba oznajmić! Niech posłów śle do mistrza! – zawołała pani. – 
Jezu miłosierny, ratujże ją i wspomagaj!... 
I to rzekłszy wybiegła z krzykiem z izby. Jurand wyskoczył z łoża i począł gorączkowo 
wciągać szaty na swój olbrzymi grzbiet. Zbyszko siedział jak skamieniały, ale po chwili zaciśnięte 
zęby jego poczęły zgrzytać złowrogo. 
 
– Skąd wiecie, że Krzyżaki ją porwały? – zapytał ksiądz Wyszoniek. 
– Na mękę Bożą przysięgnę! 
– Czekajcie!... Może być. Przyjeżdżali skarżyć się na was do leśnego dworca... Chcieli 
pomsty na was... 
– I oni ją porwali! – zawołał nagle Zbyszko. 
To rzekłszy wybiegł z izby i poskoczywszy do stajen kazał zaprzęgać wozy i konie siodłać, 
sam nie wiedząc dobrze, dlaczego to czyni. Rozumiał tylko, że trzeba iść na ratunek 
Danusi – i to zaraz – i aż do Prus – i tam wyrwać ją z wrogich rąk albo zginąć. 
 
Po czym wrócił do komnaty, by powiedzieć Jurandowi, że oręż i konie zaraz będą gotowe. 
Był pewien, że Jurand z nim pojedzie. W sercu wrzał mu gniew, ból i żal – ale jednocześnie 
nie tracił nadziei, zdawało mu się bowiem, że we dwóch z groźnym rycerzem ze Spychowa 
potrafią wszystkiego dokazać – i że mogą się porwać choćby na całą potęgę krzyżacką. 
 
W izbie, prócz Juranda, ojca Wyszońka i pani, zastał także księcia i pana de Lorche oraz 
starego pana z Długolasu, którego książę dowiedziawszy się o sprawie wezwał także na naradę, 
a to dla jego rozumu i doskonałej znajomości Krzyżaków, u których przesiedział długie 
lata w niewoli. 
 
– Potrzeba poczynać roztropnie, by zaś zapalczywością nie zgrzeszyć i dziewki nie zgubić 
– mówił pan z Długolasu. – Mistrzowi należy się zaraz poskarżyć i jeśli W. Ks. Mość da do 
niego pisanie, to ja pojadę. 
– Pisanie dam i wy z nim pojedziecie – rzekł książę. – Nie damy dziecku zginąć, tak mi 
dopomóż Bóg i Święty Krzyż. Mistrz boi się wojny z królem polskim i chodzi mu o to, by 
sobie i Semka, brata mego, i mnie zjednać... Jużci nie z jego rozkazania ją porywano – i nakaże 
ją oddać. 
– A jeśli z jego rozkazania? – spytał ksiądz Wyszoniek. 
– Chociaż to Krzyżak, więcej w nim uczciwości niż w innych – odrzekł książę – i jakom 
wam rzekł, prędzej by on mi teraz chciał wygodzić niż mnie rozgniewać. Potęga Jagiełłowa 
nie śmiech... Hej! zalewali oni nam sadła za skórę, póki mogli, ale ninie obaczyli się, że jak 
jeszcze i my Mazury pomożem Jagielle, to będzie źle... 
Lecz pan z Długolasu począł mówić: 
 
– Prawda jest. Krzyżaki po próżnicy niczego nie czynią; toteż tak miarkuję, że jeśli dziewkę 
porwali, to jeno dlatego, by Jurandowi miecz z rąk wytrącić i alibo wykup wziąć, alibo ją 
wymienić. 
– Kogo macie teraz z jeńców? 
– De Bergowa – odpowiedział Jurand. 
– Znacznyż to kto? 
– Widzi się, że znaczny. 
Pan de Lorche, usłyszawszy nazwisko de Bergowa, począł o niego wypytywać i dowiedziawszy 
się, o co idzie, rzekł: 
 
– To krewny hrabiego Geldrii, wielkiego dobrodzieja Zakonu i z rodu Zakonowi zasłużonego. 
– Tak jest – rzekł pan z Długolasu przetłumaczywszy obecnym jego słowa. – De Bergowowie 
wielkie piastowali dostojeństwa w Zakonie. 

– A przecież Danveld i de Löwe okrutnie się o niego upominali – rzekł książę. – Co który 
gębę otworzył, to mówił, że de Bergow musi być wolny. Jako Bóg na niebie, tak niechybnie 
po to oni dziewkę porwali, by de Bergowa wydostać. 
– Za czym ją i oddadzą – rzekł ksiądz. 
– Ale lepiej by wiedzieć, gdzie jest – rzekł pan z Długolasu. – Bo dajmy, że mistrz spyta: 
komu mam rozkazać, by ją oddał? Cóż mu powiemy? 
– Gdzie jest? – rzekł głucho Jurand. – Nie trzymają oni jej pewnie na pograniczu, ze strachu, 
bym jej nie odbił, jeno gdzieś ją na dalekie mierzeje wiślane albo morskie wywieźli. 
A Zbyszko rzekł: 
 
– Znajdziem ją i odbijem. 
Lecz książę wybuchnął nagle tłumionym gniewem: 
– Z dworca mojego psubraty ją porwały, przeto i mnie pohańbiły, a tego im nie daruję, pókim 
żyw. Dość mi ich zdrad! dość napastliwości! Wolej każdemu wilkołaków mieć za sąsiadów! 
Ale teraz musi mistrz tych komturów pokarać i dziewkę wrócić, a do mnie posłów z 
przeprosinami słać. Inaczej – wici roześlę! 
Tu uderzył pięścią w stół i dodał: 
 
– O wa! Brat z Płocka pójdzie za mną, i Witold, i króla Jagiełłowa potęga. Dość folgi! 
Święty by cierpliwość przez nozdrza wyparsknął. Juże mi dość! 
Umilkli wszyscy czekając z naradą, póki się w nim gniew nie uspokoi. Anna Danuta zaś 
ucieszyła się, że książę bierze tak do serca sprawę Danusi, albowiem wiedziała, iż był cierpliwy, 
ale zawzięty, i że gdy raz co przedsięweźmie, to już nie zaniecha, póki na swoim nie 
postawi. 
 
Po czym zabrał głos ksiądz Wyszoniek. 
 
– Był niegdyś w Zakonie posłuch – rzekł – i żaden komtur nie śmiał bez pozwoleństwa kapituły 
i mistrzowego nic na swoją rękę poczynać. Dlatego Bóg podał w ich ręce kraje tak 
znaczne, że prawie ich nad wszelką inną ziemską potęgę wywyższył. Ale teraz nie masz między 
nimi ni posłuchu, ni prawdy, ni uczciwości, ni wiary. Nic, jeno chciwość a złoba taka, 
jakoby wilkami, nie ludźmi byli. Jakże im słuchać przykazań mistrza albo kapituły, skoroć i 
boskich nie słuchają? Każdy na swoim zamku jako książę udzielny siedzi – i jeden drugiemu 
w złem pomaga. Poskarżym się mistrzowi – a oni się zaprą. Mistrz każe im dziewkę oddać, a 
oni nie oddadzą – albo też rzekną: „Nie masz jej u nas, bośmy jej nie porwali.” Każe im przysiąc, 
to i przysięgną. Co tedy nam robić? 
– Co robić? – rzekł pan z Długolasu. – Niech Jurand jedzie do Spychowa. Jeśli ją porwali 
dla okupu albo by ją na de Bergowa wymienić, to muszą dać znać i dadzą znać nie komu innemu, 
jeno Jurandowi. 
– Porwali ją ci, którzy do leśnego dworca przyjeżdżali – rzekł ksiądz. 
– To ich mistrz pod sąd odda albo każe im pole Jurandowi dać. 
– Pole – zawołał Zbyszko – mnie muszą dać, bom ja ich wpierw pozwał! 
A Jurand odjął ręce od twarzy i zapytał: 
– Którzy to byli w leśnym dworcu? 
– Był Danveld i stary de Löwe, i dwóch braci: Gotfryd i Rotgier – odpowiedział ksiądz. – 
Skarżyli się i chcieli, by książę wam rozkazał de Bergowa z niewoli wypuścić. Ale książę 
dowiedziawszy się od Fourcy’ego, że Niemcy to pierwsi was napadli, zgromił ich i z niczym 
odprawił. 
 
– Jedźcie do Spychowa – rzekł książę – bo oni tam się zgłoszą. Nie uczynili tego dotąd 
dlatego, że Danveldowi giermek tego oto młodego rycerza ramię pokruszył, gdy im pozwanie 
woził. Jedźcie do Spychowa, a jak się zgłoszą, to mnie dawajcie znać. Oni wam dziecko za de 
Bergowa odeślą, ale ja przeto pomsty nie poniecham, bo i mnie pohańbili z dworca ją mojego 
biorąc. 

Tu gniew począł go chwytać na nowo, gdyż istotnie Krzyżacy wyczerpali wszelką jego 
cierpliwość – i po chwili dodał: 
 
– Hej! dmuchali i dmuchali w ogień, ale w końcu pyski poparzą. 
– Zaprą się! – powtórzył ksiądz Wyszoniek. 
– Jak raz Jurandowi oznajmią, że dziewka u nich, to się nie będą mogli zaprzeć – odpowiedział 
nieco niecierpliwie Mikołaj z Długolasu. – Wierzę, że jej na pograniczu nie trzymają 
– i że, jako słusznie wymiarkował Jurand, do dalszych zamków albo na morskie mierzeje ją 
wywieźli, ale gdy będzie dowód, że to oni – to się przed mistrzem nie zaprą. 
A Jurand począł powtarzać jakimś dziwnym i zarazem strasznym głosem: 
 
– Danveld, Löwe, Gotfryd i Rotgier... 
Mikołaj z Długolasu polecił jeszcze wysłać bywałych a przebiegłych ludzi do Prus, aby się 
w Szczytnie i Insborku wywiedzieli, czy Jurandówna tam jest, a jeśli nie, to dokąd została 
wywieziona; po czym książę wziął kostur w rękę i wyszedł, by wydać odpowiednie rozkazy, 
księżna zaś zwróciła się do Juranda chcąc go dobrym słowem pokrzepić: 
 
– Jakoże wam jest? – spytała.
Ów zaś przez chwilę nic nie odpowiedział, jakby nie słyszał pytania, a potem nagle rzekł: 
– Jakoby mnie kto w dawną ranę ugodził. 
– Ale ufajcie w miłosierdzie boskie; wróci Danuśka, jeno im de Bergowa oddajcie. 
– Nie pożałowałbym im i krwi. 
Księżna zawahała się, czyby mu zaraz o ślubie nie wspomnieć, ale pomyślawszy nieco, nie 
chciała przyrzucać nowego zmartwienia do ciężkich już i tak nieszczęść Juranda i przy tym 
ogarnął ją jakiś strach. „Będą jej szukali ze Zbyszkiem, niech mu Zbyszko przy sposobności 
powie – rzekła sobie – a ninie w głowie by się mu mogło do reszty pomieszać.” Więc wolała 
mówić o czym innym. 
 
– Wy nas nie winujcie – rzekła. – Przyjechali ludzie w waszych barwach, z pismem z waszą 
pieczęcią oznajmującym, jakoście chorzy, jako oczy wam gasną i jako na dziecko raz 
jeszcze spojrzeć chcecie. Jakże się było przeciwić i ojcowego przykazania nie spełnić? 
Jurand zaś podjął ją pod nogi. 
 
– Ja nikogo nie winuję, miłościwa pani. 
– I to wiedzcie, że Bóg ją wam odda, bo oko Jego jest nad nią. Ześle on jej poratowanie, 
jako na ostatnich łowach zesłał, gdy srogi tur na nas uderzył – a Pan Jezus natchnął Zbyszka, 
żeby nas bronił. Sam ci o mało nie stradał żywota i długo potem chorzał, ale Danuśkę i mnie 
obronił, za co mu książę dał pas i ostrogi. Widzicie!... Ręka boska jest nad nią. Pewnie, że 
dziecka żal. Myślałam, że z wami przyjedzie, że ją obaczę, najmilszą, a tymczasem... 
I głos jej zadrżał, i łzy puściły się z oczu, a w Jurandzie tłumiona dotychczas rozpacz zerwała 
się na chwilę, nagła i straszna jak wicher. Chwycił rękoma swe długie włosy, a głową 
począł bić w belki ściany jęcząc i powtarzając chrapliwym głosem: 
 
– Jezu! Jezu! Jezu!... 
Lecz Zbyszko skoczył ku niemu i potrząsnąwszy go z całą siłą za ramiona zawołał: 
– W drogę nam! Do Spychowa! 

Rozdział 
dwudziesty dziewiąty 
 
 
Czyj to poczet? – zapytał nagle Jurand ocknąwszy się za Radzanowem z zamyślenia jakby 
ze snu. 
 
– Mój – odpowiedział Zbyszko. 
– A ludzie moi wszyscy poginęli? 
– Widziałem ich nieżywych w Niedzborzu. 
– Nie masz starych towarzyszów! 
Zbyszko nie odrzekł nic i jechali dalej w milczeniu a szybko, gdyż chcieli jak najprędzej 
być w Spychowie spodziewając się, że może zastaną tam jakich wysłanników krzyżackich. 
Na szczęście ich przyszły znów mrozy i drogi były przetarte, więc mogli pośpieszać. Pod 
wieczór Jurand znów przemówił i począł wypytywać o owych braci zakonnych, którzy byli w 
leśnym dworcu, a Zbyszko opowiadał mu wszystko – i o ich skargach, i o odjeździe, i o 
śmierci pana de Fourcy, i o postępku swego giermka, który w tak straszny sposób pokruszył 
ramię Danvelda, a podczas tego opowiadania przypomniała mu się i uderzyła go jedna okoliczność, 
to jest bytność owej niewiasty w leśnym dworcu, która przywiozła od Danvelda balsamy 
gojące. Na popasie począł więc wypytywać o nią i Czecha, i Sanderusa – ale obaj nie 
wiedzieli dokładnie, co się z nią stało. Zdawało im się, że odjechała albo razem z tymi ludźmi, 
którzy przybyli po Danusię, albo wnet po nich. Zbyszkowi przyszło teraz do głowy, że to 
mógł być ktoś nasłany w tym celu, aby tych ludzi przestrzec na wypadek, gdyby Jurand znajdował 
się własną osobą we dworcu. W takim razie nie podawaliby się za ludzi ze Spychowa, 
mogli zaś mieć przygotowane jakieś inne pismo, które by byli oddali księżnie zamiast zmyślonego 
Jurandowego listu. Wszystko to było ułożone z piekielną zręcznością i młody rycerz, 
który dotychczas znał Krzyżaków tylko z pola, po raz pierwszy pomyślał, że pięści na nich 
nie dość, ale że trzeba umieć zmóc ich i głową. Myśl ta była mu przykra, albowiem jego 
ogromny żal i ból zmieniły się w nim przede wszystkim w żądzę walki i krwi. Nawet ratunek 
dla Danusi przedstawiał mu się jako szereg bitew kupą lub w pojedynkę; tymczasem teraz 
poznał, że trzeba może będzie chęć pomsty i łupania łbów wziąć jak niedźwiedzia na łańcuch 
i szukać całkiem nowych dróg ocalenia i odzyskania Danusi. Myśląc o tym żałował, że nie ma 
przy nim Maćka. Maćko bowiem równie był przebiegły, jak mężny. Postanowił jednak i sam 
wysłać ze Spychowa Sanderusa do Szczytna, aby ową niewiastę odszukał i starał się od niej 
wywiedzieć, co się z Danusią stało. Mówił sobie, że choćby Sanderus chciał go zdradzić, to 
niewiele sprawie zaszkodzi, a w razie przeciwnym może znaczne mu usługi oddać, albowiem 
rzemiosło jego otwierało mu wszędzie dostęp. 
 
Chciał jednak naradzić się przedtem z Jurandem, odłożył wszelako tę rzecz do Spychowa, 
tym bardziej że zapadła noc i zdawało mu się, że Jurand siedząc na wysokim siodle rycerskim 
usnął z trudów, zmęczenia i ciężkiej troski. A Jurand dlatego tylko jechał z głową spuszczoną, 
że mu ją pochyliło nieszczęście. I widać, że ciągle o nim rozmyślał, że serce jego pełne było 
okrutnych obaw, gdyż wreszcie rzekł: 
 
– Wolejbym był zamarzł pod Niedzborzem! Tyś to mnie odgrzebywał? 
– Ja, z innymi. 

– A na onych łowach tyś mi dziecko ratował! 
– Jakożem miał czynić? 
– I teraz mi pomożesz? 
A w Zbyszku wybuchnęła zarazem miłość do Danuśki i nienawiść do Krzyżakówkrzywdzicieli 
tak wielka, że aż wstał na siodle i jął mówić przez zaciśnięte zęby, jakby z trudem: 
 
 
– Słuchajcie, co rzekę: Choćby mi przyszło zębami pruskie zamki gryźć, to je zgryzę, a ją 
dostanę. 
I nastała chwila milczenia. Mściwa i niepohamowana natura Juranda ozwała się też widocznie 
z całą siłą pod wpływem Zbyszkowych słów, gdyż począł zgrzytać w ciemności, a po 
chwili powtarzać znów nazwiska: 
 
– Danveld, Löwe, Rotgier i Gotfryd! 
I w duszy myślał, że jeśli zechcą, by im Bergowa oddał, to go odda, jeśli każą mu dopłacić, 
to dopłaci, choćby miał cały Spychów do ceny przyrzucić, ale później biada tym, którzy na to 
jedyne dziecko jego rękę podnieśli! 
 
Przez całą noc sen nie zamknął im ani na chwilę powiek. Nad ranem ledwie się poznali, 
tak twarze ich były zmienione przez tę jedną noc. Juranda uderzył wreszcie ten ból i ta zawziętość 
Zbyszka, więc rzekł: 
 
– Nałęczką cię ona przykryła i śmierci wydarła – wiem. Ale też ją miłujesz? 
Zbyszko spojrzał mu prosto w oczy z twarzą niemal zuchwałą i odpowiedział: 
– To żona moja. 
Na to Jurand powstrzymał konia i patrzył na Zbyszka mrugając ze zdumienia. 
– Jako powiadasz? – zapytał. 
– Mówię, że ona niewiasta moja, a ja jej mąż. 
Rycerz ze Spychowa przykrył rękawicą oczy, jak gdyby olsnął od nagłego uderzenia pioruna, 
po czym nie odrzekł nic, po chwili ruszył koniem i wysunąwszy się na czoło orszaku 
jechał w milczeniu. 
 

Rozdział 
trzydziesty 
 
 
Ale Zbyszko jadąc za nim nie mógł długo wytrzymać i rzekł sobie w duszy: „Wolę, żeby 
gniewem wybuchnął, niż żeby się zaciął.” Więc podjechał ku niemu i trąciwszy strzemieniem 
w jego strzemię począł mówić: 
 
– Posłuchajcie, jako to było. Co Danuśka dla mnie uczyniła w Krakowie, to wiecie, ale tego 
nie wiecie, że w Bogdańcu swatali mi Jagienkę, Zychową córkę, ze Zgorzelic. Stryj mój, 
Maćko, chciał; rodzic jej, Zych, chciał; a i krewny opat, bogacz, także... Co wam tam długo 
prawić? – ućciwa dziewka i jak łania, a wiano też godne. Ale nie mogło to być. Było mi Jagienki 
żal, ale jeszcze większy żal Danuśki – i zabrałem się ku niej na Mazowsze, bo szczerze 
wam rzekę: nie mogłem dłużej żyć. Wspomnijcie, jakoście sami miłowali – wspomnijcie! – a 
nie będzie wam dziwota. 
Tu przerwał Zbyszko czekając na jakieś słowo z ust Juranda, lecz gdy ów milczał, jął mówić 
dalej: 
 
– W leśnym dworcu Bóg mi dał, żem i panią, i Danuśkę od tura na łowach zratował. I zaraz 
pani mówi: „Teraz już Jurand nie będzie przeciwny, bo jakoże mu się nie wypłacić za taki 
uczynek?” Ale ja i wtedy bez waszego rodzicielskiego pozwoleństwa nie myślałem jej brać. 
Ba! i nijak mi było, bo mnie zwierz luty tak starmosił, że ledwie duszy ze mnie nie wyżenął. 
Ale potem – wiecie – przyszli ci ludzie po Danuśkę, by ją niby do Spychowa powieźć, a jam 
jeszcze z łoża nie wstawał. Myślałem, że już jej nigdy nie ujrzę. Myślałem, że ją do Spychowa 
weźmiecie i komu innemu oddacie. W Krakowie byliście mi przecie przeciwni... Jużem 
myślał, że zamrę. Hej, mocny Boże, co to była za noc! Nic, jeno strapienie; nic, jeno żałość! 
Myślałem, że jak mi ona odjedzie, to już i słońce nie wzejdzie. Wyrozumcie wy ludzkie kochanie 
i ludzką boleść... 
I aż łzy zadrgały na chwilę w głowie Zbyszka, ale że serce miał mężne, więc się opanował 
i rzekł: 
 
– Ludzie przyjechali po nią w wieczór i chcieli ją zaraz brać, ale księżna kazała im czekać 
do rana. Aż tu Pan Jezus zesłał mi myśl, aby się księżnie pokłonić i o Danuśkę ją prosić. Myślałem, 
że jeśli zamrę, to choć tę jedną będę miał pociechę. Wspomnijcie, że dziewczyna 
miała jechać, a ja ostawałem chory i śmierci bliski. Nie było też czasu prosić was o pozwoleństwo. 
Księcia nie było już w leśnym dworcu, więc wagowała się Pani na obie strony, bo 
nie miała się kogo poradzić. Ale zlitowali się wreszcie oboje z księdzem Wyszońkiem nade 
mną – i ksiądz Wyszoniek dał nam ślub... Moc boska, prawo boskie... 
A Jurand przerwał głucho: 
 
– I kara boska. 
– Czemu zaś ma być kara? – zapytał Zbyszko. – Pomiarkujcie jeno, że przysłali po nią 
przed ślubem i czyby był, czyby go nie było, tak samo by ją powieźli. 
Lecz Jurand znów nie odrzekł nic i jechał zamknięty w sobie, mroczny i z twarzą tak skamieniałą, 
że Zbyszko, lubo zrazu uczuł ulgę, jaką sprawia zawsze wyznanie rzeczy długo tajonej, 
zląkł się wreszcie i począł mówić sobie w duszy z coraz większym niepokojem, że stary 
rycerz zaciął się w gniewie i że odtąd będą dla siebie jako obcy i nieprzyjaźni ludzie. 
 

I przyszła nań chwila wielkiego pognębienia. Nigdy, od czasu jak wyjechał z Bogdańca, 
nie było mu tak źle. Zdawało mu się teraz, że nie ma żadnej nadziei ni przejednania Juranda, 
ni, co gorsza, uratowania Danusi, że wszystko na nic i że w przyszłości spadną na niego tylko 
coraz większe nieszczęścia i coraz większa niedola. Ale pognębienie to trwało krótko, a raczej 
zgodnie z jego naturą wnet zmieniło się w gniew, chęć sporu i walki. „Nie chce zgody – mówił 
sobie myśląc o Jurandzie – niech będzie niezgoda, niech będzie co chce!” I gotów był 
skoczyć do oczu samemu Jurandowi. Chwyciła go też żądza bitki z kimkolwiek o cokolwiek, 
byle coś robić, byle dać ujście żalom, goryczy i gniewowi, byle znaleźć jakowąś ulgę. 
 
A tymczasem zajechali do karczmy na rozdrożu, zwanej Świetlik, gdzie Jurand w czasie 
powrotu z dworu książęcego do Spychowa dawał zwykle wypoczynek ludziom i koniom. 
Mimo woli uczynił to i teraz. Po chwili obaj ze Zbyszkiem znaleźli się w osobnej izbie. Nagle 
Jurand zatrzymał się przed młodym rycerzem i utkwiwszy w nim wzrok zapytał: 
 
– Toś ty dla niej tu przywędrował?
Ów zaś odpowiedział prawie szorstko: 
– Myślicie, że się zaprę? 
I począł patrzeć wprost w oczy Juranda, gotów na gniew gniewem wybuchnąć. Lecz na 
twarzy starego wojownika nie było zawziętości, był tylko smutek prawie bez granic. 
 
– I dzieckoś mi ratował? – spytał po chwili. – I mnieś odgrzebł?... 
A Zbyszko spojrzał na niego ze zdziwieniem i obawą, czy mu się w głowie nie miesza, 
gdyż Jurand powtarzał zupełnie te same pytania, które już poprzednio był zadał. 
 
– Siądźcie sobie – rzekł – bo widzi mi się, żeście jeszcze słabi. 
Lecz Jurand podniósł ręce, położył je na ramionach Zbyszka – i nagle przygarnął go z całą 
siłą do piersi; ów zaś ochłonąwszy z chwilowego zdumienia chwycił go wpół i trzymali się 
tak długo, gdyż przykuwały ich do siebie wspólne strapienia i wspólna niedola. 
 
Gdy zaś się puścili, Zbyszko ścisnął jeszcze za kolana starszego rycerza, a następnie począł 
całować go ze łzami w oczach po ręku. 
 
– Nie będziecie mi przeciwni? – pytał. 
A na to Jurand odrzekł: 
– Byłem ci przeciwny, bom ją w duszy Bogu ofiarował. 
– Wyście ofiarowali ją Bogu, a Bóg mnie. Wola Jego! 
– Wola Jego! – powtórzył Jurand – jeno trzeba nam teraz i miłosierdzia. 
– Komuż Bóg pomoże, jeśli nie ojcu, który szuka dziecka, jeśli nie mężowi, który szuka 
żony? Zbójom nie będzie ci pomagał. 
– A przecie ją porwali – odpowiedział Jurand. 
– To im de Bergowa oddacie. 
– Oddam wszystko, co zechcą. 
Lech na myśl o Krzyżakach zbudziła się w nim wnet stara nienawiść i objęła go jak płomień, 
gdyż po chwili dodał przez zaciśnięte zęby: 
 
– I dołożę, czego nie chcą. 
– Jam im też poprzysiągł – odpowiedział Zbyszko – ale teraz trzeba nam do Spychowa. 
I począł pilić, by siodłano konie. Jakoż, gdy zjadły obroki, a ludzie rozgrzali się trochę w 
izbach, ruszono dalej, chociaż na dworze czynił się już mrok. Ponieważ droga była jeszcze 
daleka, a na noc brał mróz okrutny, przeto Jurand i Zbyszko, którzy nie odzyskali jeszcze 
wszystkich sił, jechali w saniach. Zbyszko opowiadał o stryjcu Maćku, do którego w duszy 
tęsknił, i żałował, że go nie ma, gdyż zarówno mogło się przydać jego męstwo, jak chytrość, 
która przeciw takim nieprzyjaciołom więcej jeszcze od męstwa jest potrzebna. W końcu 
zwrócił się do Juranda i zapytał: 
 
– A wyście chytrzy?... Bo ja – to nijak nie potrafię. 
– I ja nie – odpowiedział Jurand. – Nie chytrością ja z nimi wojował, jeno tą ręką i tą boleścią, 
która we mnie ostała. 

– Jużci ja to rozumiem – rzekł młody rycerz. – Przez to rozumiem, że Danuśkę miłuję i że 
ją porwali. Gdyby, uchowaj Bóg... 
I nie dokończył, bo na samą myśl o tym, poczuł w piersi nie ludzkie, ale wilcze serce. 
Przez czas jakiś jechali w milczeniu białą, zalaną światłem miesięcznym drogą, po czym Jurand 
począł mówić jakby sam do siebie: 
 
– Bo gdyby mieli przyczynę do pomsty nade mną – nie mówię! Ale na miły Bóg! nie mieli... 
Wojowałem z nimi w polu, gdym w poselstwie od naszego księcia do Witolda chadzał, 
ale tu byłem jako sąsiad sąsiadom... Bartosz Nałęcz czterdziestu rycerzy, którzy ku nim śli, 
chwycił, skował i w podziemiach w Koźminie zamknął. Musieli mu Krzyżacy pół woza pieniędzy 
za nich nasypać. A ja, trafił się li gość Niemiec, który do Krzyżaków ciągnął, tom go 
jeszcze jako rycerz rycerza podejmował i obdarzał. Nieraz też i Krzyżacy do mnie przez bagna 
przyjeżdżali. Nie byłem im wtedy ciężki, a oni mi to uczynili, czego bym ja i dziś jeszcze 
największemu nieprzyjacielowi nie uczynił... 
I straszne wspomnienia poczęły go targać z coraz większą siłą, głos zamarł mu na chwilę 
w piersi, po czym mówił na wpół z jękiem: 
 
– Jedną ci miałem jako owieczkę, jako jedno serce w piersiach, a oni ją na powróz jak psa 
chwycili i zbielała im na powrozie... Teraz znów dziecko... Jezu! Jezu! 
I znów zapadło milczenie. Zbyszko podniósł ku księżycowi swą młodą twarz, w której 
malowało się zdziwienie, następnie spojrzał na Juranda i zapytał: 
 
– Ojcze!... Toć by im lepiej było na miłość ludzką niż na pomstę zarabiać. Po co oni tyle 
krzywd wszystkim narodom i wszystkim ludziom czynią? 
A Jurand rozłożył jakby z rozpaczą ręce i odrzekł głuchym głosem: 
 
– Nie wiem... 
Zbyszko rozmyślał czas jakiś nad własnym pytaniem, po chwili jednak myśl jego wróciła 
do Juranda. 
 
– Ludzie mówią, żeście godną pomstę wywarli – rzekł. 
Jurand tymczasem zdusił w sobie ból, opamiętał się i począł mówić: 
– Bom im poprzysiągł... I Bogum poprzysiągł, że jeśli mi pomstę da spełnić, to Mu to 
dziecko, które mi ostało, oddam. Dlategom ci był przeciwny. A teraz nie wiem: wola to Jego 
była, czyli też gniew Jego rozbudziliście waszym uczynkiem. 
– Nie – rzekł Zbyszko. – Toćżem wam już mówił, że choćby ślubu nie było, i tak byłyby ją 
psubraty chwyciły. Bóg przyjął waszą chęć, a Danuśkę mnie podarował, bo bez takowej Jego 
woli nic byśmy nie wskórali. 
– Każdy grzech jest przeciw woli Bożej. 
– Grzech jest, ale nie sakrament. Sakrament przecie boska rzecz. 
– To i dlatego nie ma rady. 
– A chwała Bogu, nie ma! Nie narzekajcie też na to, bo nikt by wam tak nie pomógł przeciw 
tym zbójom, jako ja pomogę. Obaczycie! Za Danuśkę swoją drogą im zapłacim, ale jeśli 
żywie jeszcze choć jeden z tych, którzy waszą nieboszczkę porywali, zdajcie go mnie, a obaczycie! 
Lech Jurand począł trząść głową. 
 
– Nie – odpowiedział posępnie – z tych żadne nie żywie... 
Przez czas jakiś słychać było tylko parskanie koni i przytłumiony odgłos kopyt uderzających 
o wyjeżdżoną drogę. 
 
– Raz w nocy – mówił dalej Jurand – usłyszałem jakiś głos jakoby ze ściany wychodzący, 
który mi rzekł: „Dość pomsty!” – ale ja nie usłuchałem, bo to nie był głos nieboszczki. 
– A co to mógł być za głos? – zapytał z niepokojem Zbyszko. 
– Nie wiem. Często w Spychowie coś w ścianach gada, a czasem jęczy, bo dużo ich na 
łańcuchach w podziemiu pomarło. 
– A wam ksiądz co mówił? 

– Ksiądz świecił gródek i mówił też, żeby zemsty poniechać, ale nie mogło to być. Stałem 
się im zbyt ciężki i później sami chcieli się mścić. Czynili zasadzki i pozywali w pole... Tak 
było i teraz. Majneger i de Bergow pierwsi mnie pozwali. 
– Braliście kiedy wykup? 
– Nigdy. Z tych, których chwyciłem, pierwszy de Bergow żyw wyjdzie. 
Rozmowa ustała, gdyż skręcili z szerszego gościńca na węższą drogę, którą jechali długo, 
gdyż szła kręto, a miejscami zmieniała się jakby we wpadlinę leśną, pełną zasp śnieżnych, 
trudnych do przebycia. Wiosną albo latem, podczas dżdżów droga ta musiała być prawie nieprzystępna. 
 
 
– Czy to już ku Spychowowi jedziem? – zapytał Zbyszko. 
– Tak – odrzekł Jurand. – Boru jeszcze szmat znaczny, a potem zaczną się oparzeliska, 
wśród których gródek... Za oparzeliskami są łęgi i suche pola, zaś do gródka można dojechać 
tylko groblą. Nieraz chcieli mnie Niemcy dostać, ale nie mogli i siła ich kości próchnieje po 
leśnych brzeżkach. 
– I trafić niełatwo – rzekł Zbyszko. – Jeśli Krzyżaki ludzi z listami wyszlą, jakoże trafią? 
– Nieraz już wysyłali i mają takich, którzy drogę wiedzą. 
– Bogdajeśmy ich zastali w Spychowie – rzekł Zbyszko. 
Tymczasem życzenie to miało się urzeczywistnić wcześniej, niż młody rycerz myślał, albowiem 
wyjechawszy z boru na odkrytą płaszczyznę, na której leżał wśród bagien Spychów, 
ujrzeli przed sobą dwóch konnych i niskie sanie, w których siedziały trzy ciemne postacie. 
 
Noc była bardzo jasna, więc na białym podścielisku śniegów widać było całą gromadę doskonale. 
Jurandowi i Zbyszkowi uderzyły żywiej serca na ten widok, kto bowiem mógł jechać 
do Spychowa wśród nocy, jeśli nie wysłańcy krzyżaccy? 
 
Zbyszko kazał woźnicy jechać żywiej, więc wkrótce zbliżyli się tak znacznie, że usłyszano 
ich, i dwaj konni, którzy czuwali widocznie nad bezpieczeństwem sani, zwrócili się ku 
nim i pozdejmowawszy kusze z ramion poczęli wołać: 
 
– Wer da? 
– Niemcy! – szepnął Zbyszkowi Jurand. 
Po czym podniósł głos i rzekł: 
– Moje prawo pytać, twoje odpowiadać! Kto wy? 
– Podróżni. 
– Jacy podróżni? 
– Pielgrzymi. 
– Skąd? 
– Ze Szczytna. 
– Oni! – szepnął znów Jurand. 
Tymczasem sanki porównały się ze sobą, a jednocześnie na przodzie przed nimi ukazało 
się sześciu konnych. Była to spychowska straż, która dniem i nocą czuwała nad groblą wiodącą 
do gródka. Przy koniach biegły psy straszne i ogromne, całkiem do wilków podobne. 
 
Strażnicy poznawszy Juranda poczęli wykrzykiwać na jego cześć, lecz w okrzykach tych 
brzmiało i zdziwienie, że dziedzic wraca tak wcześnie i niespodzianie, lecz on całkiem zajęty 
był wysłańcami, więc znów zwrócił się ku nim: 
 
– Dokąd jedziecie? – zapytał. 
– Do Spychowa. 
– Czego tam chcecie? 
– To możemy jeno samemu panu powiedzieć. 
Jurand miał już na ustach: „Jam jest pan ze Spychowa” – ale się powstrzymał rozumiejąc, 
że rozmowa nie może się odbywać przy ludziach. Natomiast spytawszy jeszcze, czy mają 
jakowe listy, i otrzymawszy odpowiedź, że polecono im ustnie się rozmówić, kazał jechać 
nieledwie co koń wyskoczy. Zbyszkowi było również tak pilno do wiadomości o Danusi, że 
 

nie umiał na nic innego zwrócić uwagi. Niecierpliwił się tylko, gdy jeszcze dwukrotnie straże 
zastępowały im drogę na grobli; niecierpliwił się, gdy spuszczano most na fosie, za którą sterczał 
na wałach olbrzymi ostrokół, a chociaż poprzednio nieraz brała go ciekawość obaczyć, 
jak wygląda ten złowrogiej sławy gródek, na którego wspomnienie Niemcy żegnali się znakiem 
krzyża – teraz nie widział nic prócz krzyżackich wysłańców, od których mógł usłyszeć, 
gdzie jest Danusia i kiedy będzie wrócona jej wolność. Nie przewidział zaś, że za chwilę czeka 
go ciężki zawód. 
 
Prócz konnych, dodanych dla obrony, i woźnicy, poselstwo ze Szczytna składało się z 
dwóch osób: jedną z nich była taż sama niewiasta, która swego czasu przywoziła balsam go-
jący do leśnego dworca, drugą młody pątnik. Niewiasty Zbyszko nie poznał, albowiem jej w 
leśnym dworcu nie widział, pątnik zaś od razu wydał mu się jakimś przebranym giermkiem. 
Jurand wnet wprowadził oboje do narożnej izby – i stanął przed nimi ogromny i prawie 
straszny w blasku płomienia, który padał na niego od płonącego w kominie ognia. 
 
– Gdzie dziecko? – zapytał. 
Oni jednakże zlękli się stanąwszy oko w oko z groźnym mężem. Pątnik, choć twarz miał 
zuchwałą, trząsł się po prostu jak liść, a i pod niewiastą drżały nogi. Wzrok jej przeszedł z 
oblicza Juranda do Zbyszka, następnie na błyszczącą łysą głowę księdza Kaleba i znów wrócił 
do Juranda, jakby z zapytaniem, co tamci dwaj tu robią. 
 
– Panie – odrzekła wreszcie – nie wiemy, o co pytacie, ale przysłano nas ku wam w sprawach 
ważnych. Wszelako ten, który nas wysłał, rozkazał nam wyraźnie, aby rozmowa z wami 
odbyła się bez świadków. 
– Nie mam dla nich tajemnic! – rzekł Jurand. 
– Ale mym je mamy, szlachetny panie – odrzekła niewiasta – i jeśli każecie im zostać, to o 
nic innego prosić was nie będziemy, tylko abyście nam pozwolili jutro odjechać. 
Na twarzy nieprzywykłego do oporu Juranda odbił się gniew. Przez chwilę płowe jego wąsy 
poczęły się poruszać złowrogo, lecz pomyślał, że idzie o Danusię, i pohamował się. 
Zbyszko zresztą, któremu chodziło przede wszystkim o to, by rozmowa odbyła się jak najprędzej, 
i który był pewien, że Jurand mu ją powtórzy, rzekł: 
 
– Skoro tak ma być, ostańcie sami. 
I wyszedł wraz z księdzem Kalebem, zaledwie jednak znalazł się w głównej izbie obwieszonej 
tarczami i bronią zdobytą przez Juranda, gdy Głowacz zbliżył się ku niemu. 
 
– Panie – rzekł – to ta sama niewiasta. 
– Jaka niewiasta? 
– Od Krzyżaków, która przywoziła balsam hercyński. Poznałem ją od razu i Sanderus poznał 
ją także. Przyjeżdżała widać na przeszpiegi, a teraz wie ona pewnie, gdzie jest panienka. 
– I my będziem wiedzieć – rzekł Zbyszko. – Zali znacie także i tego pątnika? 
– Nie – odpowiedział Sanderus. – Ale nie kupujcie, panie, od niego odpustów, bo to fałszywy 
pątnik. Gdyby go na męki położyć, siła można by się od niego dowiedzieć. 
– Czekać! – rzekł Zbyszko. 
Tymczasem w izbie narożnej, zaledwie drzwi się zamknęły za Zbyszkiem i księdzem Kalebem, 
siostra zakonna przysunęła się szybko do Juranda i poczęła szeptać: 
 
– Waszą córkę zbóje porwali. 
– Z krzyżem na płaszczach? 
– Nie. Ale Bóg pobłogosławił pobożnym braciom, że ją odbili i teraz ona jest u nich. 
– Gdzie jest? – pytam. 
– Pod opieką pobożnego brata Szomberga – odrzekła krzyżując ręce na piersiach i schyla-
jąc się pokornie. 
A Jurand usłyszawszy straszne nazwisko kata Witoldowych dzieci zbladł jak płótno; po 
chwili siadł na ławie, przymknął oczy i począł dłonią rozcierać zimny pot, który uperlił mu 
czoło. 
 

Co widząc pątnik, jakkolwiek nie umiał przedtem pohamować strachu, wsparł się teraz w 
boki, rozwalił się na ławie, wyciągnął nogi i spojrzał na Juranda oczyma pełnymi pychy i pogardy. 
 
 
Nastało długie milczenie. 
 
– I brat Markwart pomaga bratu Szombergowi w czuwaniu nad nią – rzekła znów niewiasta. 
– Pilna to opieka i nie stanie się panience krzywda. 
– Co mam czynić, by mi ją oddali? – zapytał Jurand. 
– Upokorzyć się przed Zakonem! – rzekł z dumą pątnik. 
Usłyszawszy to Jurand wstał, podszedł ku niemu i pochyliwszy się nad nim rzekł stłumionym, 
strasznym głosem: 
 
– Milczeć!... 
A pątnik przeraził się znowu. Wiedział, że może grozić i może rzec coś takiego, co powstrzyma 
i złamie Juranda, ale zląkł się, że wpierw, nim słowo przemówi, stanie się z nim coś 
okropnego; więc zamilkł, oczy okrągłe, jakby skamieniałe ze strachu, utkwił w groźnej twarzy 
spychowskiego pana i siedział bez ruchu – tylko broda poczęła mu się trząść silnie. 
 
Jurand zaś zwrócił się do siostry zakonnej: 
 
– List macie? 
– Nie, panie. Nie mamy listu. Co mamy do powiedzenia, kazano nam ustnie powiedzieć. 
– Za czym mówcie! 
A ona powtórzyła jeszcze raz, jakby pragnąc, by Jurand wbił sobie to dobrze w pamięć: 
– Brat Szomberg i brat Markwart czuwają nad panienką, przeto wy, panie, hamujcie swój 
gniew... Ale nie stanie się jej nic złego, bo choć przez wiele lat krzywdziliście ciężko Zakon, 
jednakże bracia chcą wam dobrem za złe wypłacić, jeśli uczynicie zadość sprawiedliwym ich 
żądaniom. 
– Czego chcą? 
– Chcą, abyście uwolnili pana de Bergowa. 
Jurand odetchnął głęboko. 
– Oddam im de Bergowa – rzekł. 
– I innych brańców, których w Spychowie macie. 
– Jest dwóch giermków Majnegeraj i de Bergowa, prócz ich pachołków. 
– Macie ich uwolnić, panie, i wynagrodzić za uwięzienie. 
– Nie daj Bóg, abym się o dziecko miał targować. 
– Tego też po was spodziewali się pobożni zakonnicy – rzekła niewiasta – ale to jeszcze 
nie wszystko, co mi kazano powiedzieć. Waszą córkę, panie, porwali jacyś ludzie, zapewne 
zbóje i zapewne dlatego, aby wziąć od was okup bogaty... Bóg pozwolił braciom, że ją odbili 
– i teraz niczego więcej nie żądają, tylko abyście im towarzysza i gościa oddali. Ale bracia 
wiedzą i wy wiecie, panie, jaka w tym kraju jest ku nim nienawiść i jak niesprawiedliwie sądzą 
wszystkie ich, choćby najpobożniejsze uczynki. Z tego powodu bracia są pewni, iż gdyby 
tu ludzie dowiedzieli się, że córka wasza jest u nich, zaraz by poczęli ich posądzać, że to oni 
ją porwali, i w ten sposób za swą cnotę zebraliby jeno oszczerstwa i skargi... O tak! źli i złośliwi 
ludzie tutejsi nieraz im się już tak wypłacali, na czym sława pobożnego Zakonu cierpiała 
bardzo – o którą bracia dbać muszą, i przeto kładą ten jeszcze tylko warunek, abyście sami i 
księciu tej krainy, i wszystkiemu srogiemu rycerstwu oświadczyli – jako i jest prawda – że nie 
bracia krzyżowi, jeno zbóje waszą córkę porwali i że od zbójów musieliście ją wykupywać. 
– Prawda jest – rzekł Jurand – że zbóje mi dziecko porwali i od zbójów muszę ją wykupywać... 
– Nikomu też nie macie inaczej mówić, bo gdyby choć jeden człowiek dowiedział się, żeście 
układali się z braćmi, gdyby choć jedna żywa dusza albo gdyby choć jedna skarga poszła 
czy to do mistrza, czy do kapituły – tedyby ciężkie zrodziły się trudności... 

Na twarzy Juranda odbił się niepokój. W pierwszej chwili wydawało mu się dość naturalnym, 
że komturowie żądają tajemnicy z obawy przed odpowiedzialnością i niesławą, ale teraz 
zrodziło się w nim podejrzenie, że może być i jakaś inna przyczyna, że zaś nie umiał sobie 
zdać z niej sprawy, więc chwycił go lęk taki, jaki chwyta najodważniejszych ludzi, gdy niebezpieczeństwo 
zagraża nie im samym, lecz im bliskim i kochającym. 
 
Postanowił jednakże dowiedzieć się czegoś więcej od zakonnej służki. 
 
– Komturowie chcą tajemnicy – rzekł – ale jakoż tajemnica ma się zachować, gdy de Bergowa 
i tamtych innych za dziecko wypuszczę? 
– Powiecie, żeście wzięli okup za pana de Bergowa, aby mieć czym zbójom zapłacić. 
– Ludzie nie uwierzą, bom nigdy okupu nie brał – odrzekł posępnie Jurand. 
– Bo nigdy nie chodziło o wasze dziecko – odrzekła syczącym głosem służka. 
I znów nastało milczenie, po czym pątnik, który przez ten czas nabrał ducha i osądził, że 
Jurand musi się już teraz więcej hamować, rzekł: 
 
– Taka jest wola braci Szomberga i Markwarta. 
Służka zaś mówiła dalej: 
– Oto powiecie, że ten pątnik, który przyjechał ze mną, przywiózł wam okup, my zaś odjedziem 
stąd ze szlachetnym panem de Bergow i z jeńcami. 
– Jak to? – rzekł Jurand marszcząc brwi – zali myślicie, że wam oddam jeńców, nim mi 
dziecko wrócicie? 
– Uczyńcie, panie, jeszcze inaczej. Możecie sami jechać po córkę do Szczytna, dokąd wam 
ją bracia przywiozą. 
– Ja? do Szczytna? 
– Bo gdyby ją znów zbójcy w drodze porwali, znów posąd wasz i tutejszych ludzi padłby 
na pobożnych rycerzy, i dlatego ci wolą ją wam do rąk własnych oddać. 
– A kto zaś zaręczy mi, że wrócę, gdy sam wlezę wilkowi w gardziel? 
– Cnota braci, sprawiedliwość i pobożność. 
Jurand począł chodzić po izbie. Począł już przewidywać zdradę i obawiał się jej, ale czuł 
jednocześnie, że Krzyżacy mogą mu nałożyć warunki, jakie im się podoba – i że jest wobec 
nich bezsilny. 
 
Jednakże przyszedł mu widocznie do głowy jakiś sposób, gdyż zatrzymawszy się nagle 
przed pątnikiem, począł mu się bystro przypatrywać, po czym zwrócił się do służki i rzekł: 
 
– Dobrze. Pojadę do Szczytna. Wy i ten człowiek, który ma na sobie szaty pątnicze, ostaniecie 
tu do mego powrotu, po którym odjedziecie z de Bergowem i z jeńcami. 
– Nie chcecie, panie, zawierzyć zakonnikom – rzekł pątnik – jakże więc oni mają wam 
zawierzyć, że wróciwszy wypuścicie nas i de Bergowa? 
Twarz Juranda pobladła ze wzburzenia i nastała groźna chwila, w której już, już zdawało 
się, że chwyci pątnika za pierś i weźmie go pod kolano – lecz zdusił w sobie gniew, odetchnął 
głęboko i począł mówić z wolna i dobitnie: 
 
– Ktośkolwiek jest, nie naginaj zbyt mojej cierpliwości, aby zaś nie pękła. 
A pątnik zwrócił się do siostry: 
– Mówcie! co wam kazano. 
– Panie – rzekła – waszej przysiędze na miecz i na rycerską cześć nie ośmielilibyśmy się 
nie wierzyć, ale i wam nie przystoi składać przed ludźmi prostego stanu przysięgi, i nas nie po 
waszą przysięgę przysłano. 
– Po cóż was przysłano? 
– Powiedzieli nam bracia, iż macie nie mówiąc nic nikomu stawić się w Szczytnie z panem 
de Bergow i z jeńcami. 
Na to ramiona Juranda poczęły się cofać w tył, a palce rozszerzać się na kształt szponów 
drapieżnego ptaka; na koniec, stanąwszy przed niewiastą, pochylił się tak, jakby chciał jej 
mówić do ucha, i rzekł: 
 

– Azali nie powiedziano wam, że każę was i Bergowa kołem połamać w Spychowie? 
– Wasza córka jest w mocy braci, a pod opieką Szomberga i Markwarta – odrzekła z naciskiem 
siostra. 
– Zbójców, trucicieli, katów! – wybuchnął Jurand. 
– Którzy potrafią nas pomścić, a którzy rzekli nam na odjezdnym tak: „Jeśliby nie miał 
spełnić wszystkich naszych rozkazów, lepiej by było, by ta dziewka umarła, jako i Witoldowe 
dzieci pomarły.” Wybierajcie! 
– I zrozumiejcie, żeście w mocy komturów – ozwał się pątnik – Nie chcą oni uczynić wam 
krzywdy, i starosta ze Szczytna przysyła wam przez nas słowo, że wolni wyjedziecie z jego 
zamku – ale chcą, byście za te, któreście im wyrządzili, przyszli pokłonić się przed krzyżackim 
płaszczem i błagać o łaskę zwycięzców. Chcą wam przebaczyć, ale wpierw chcą zgiąć 
wasz hardy kark. Głosiliście ich za zdrajców i krzywoprzysięzców – więc chcą, byście się 
zdali na ich wiarę. Wrócą wolność i wam, i córce – ale musicie o nią błagać. Deptaliście ich – 
musicie przysiąc, iż ręka wasza nigdy się na biały płaszcz nie wzniesie. 
– Tak chcą komturowie – dodała niewiasta – a z nimi Markwart i Szomberg. 
Nastała chwila śmiertelnej ciszy. Zdawało się tylko, że gdzieś między belkami pułapu jakieś 
przytłumione echo powtarza jakby z przerażeniem: „Markwart... Szomberg.” Zza okien 
dochodziły też nawoływania Jurandowych łuczników czuwających na wałach przy ostrokole 
gródka. 
 
Pątnik i służka zakonna przez długi czas spoglądali to na siebie, to na Juranda, który siedział 
oparty o ścianę, nieruchomy i z twarzą pogrążoną w cieniu padającym na nią od pęku 
skór, zawieszonego przy oknie. W głowie pozostała mu jedna tylko myśl, że jeśli nie uczyni 
tego, czego Krzyżacy chcą – uduszą mu dziecko; jeśli zaś uczyni, to i tak może nie uratować 
ani Danusi, ani siebie. I nie widział żadnej rady, żadnego wyjścia. Czuł nad sobą niemiłosierną 
przemoc, która go zgniotła. W duszy widział już żelazne ręce Krzyżaka na szyi Danusi – 
znając ich bowiem nie wątpił ani chwili, że ją zamordują, zakopią w wale zamkowym, a potem 
się wyprą, wyprzysięgną – i wówczas któż zdoła im dowieść, że to oni ją porwali? Miał 
wprawdzie Jurand w ręku wysłańców, mógł ich zawieźć księciu, mękami wydobyć z nich 
zeznania – ale Krzyżacy mieli Danusię – i mogli także nie pożałować dla niej mąk. I przez 
chwilę zdawało mu się, że dziecko wyciąga do niego ręce z dalekości, prosząc o ratunek. 
Gdyby choć wiedział na pewno, że ona jest w Szczytnie, mógłby ruszyć tej samej nocy ku 
granicy, napaść na nie spodziewających się napadu Niemców, wziąć zamek, wyciąć załogę i 
uwolnić dziecko – ale jej mogło nie być i pewnie nie było w Szczytnie. Jeszcze mignęło mu 
błyskawicą przez głowę, że gdyby chwycił niewiastę i pątnika, a zawiózł ich wprost do wielkiego 
mistrza, może mistrz wydobyłby z nich zeznania i kazał mu oddać córkę, ale błyskawica 
ta jak zapaliła się, tak i wnet zgasła... Przecie ci ludzie mogli powiedzieć mistrzowi, że 
przyjechali wykupić Bergowa i że nic o żadnej dziewczynie nie wiedzą. Nie! ta droga nie 
wiodła do niczego – ale któraż wiodła? Pomyślał bowiem, że jeśli pojedzie do Szczytna, to go 
skują i wtrącą do podziemia, a Danusi i tak nie puszczą, choćby dlatego, by się nie wydało, że 
ją porwali. A tymczasem śmierć jest nad jedynym dzieckiem, śmierć nad ostatnią drogą głową!... 
I wreszcie myśli poczęły mu się plątać, a boleść stała się tak wielka, że przesiliła się i 
przeszła w odrętwienie. Siedział nieruchomie dlatego, że ciało jego stało się martwe, jakby 
wykute z kamienia. Gdyby chciał podnieść się w tej chwili, nie byłby zdołał tego dokazać. 
 
Tymczasem tamtym sprzykrzyło się długie czekanie, więc służka zakonna podniosła się i 
rzekła: 
 
– Już i świt niezadługo – więc pozwólcie nam odejść, panie, albowiem potrzebujemy spoczynku. 
– I posiłku po długiej drodze – dodał pątnik. 
Po czym oboje skłonili się Jurandowi i – wyszli. 
On zaś siedział dalej bez ruchu, jakby ujęty snem lub martwy. 

Ale po chwili drzwi uchyliły się i ukazał się w nich Zbyszko, a za nim ksiądz Kaleb. 
 
– Cóż wysłańcy? czego chcą? – zapytał młody rycerz zbliżając się do Juranda. 
Jurand drgnął, ale zrazu nie odrzekł nic, począł tylko mrugać mocno jak człowiek zbudzony 
z twardego snu. 
 
– Panie, czyście nie chorzy? – ozwał się ksiądz Kaleb, który znając lepiej Juranda spostrzegł, 
iż dzieje się z nim coś dziwnego. 
– Nie – odrzekł Jurand. 
– A Danuśka? – dopytywał dalej Zbyszko. – Gdzie jest i co wam rzekli? Z czym przyjechali? 
– Z wy-ku-pem – odpowiedział z wolna Jurand. 
– Z wykupem za Bergowa? 
– Za Bergowa... 
– Jak to za Bergowa? co wam jest? 
– Nic... 
Lecz w głosie jego było coś tak niezwykłego i jakby zniedołężniałego, że tamtych obu 
chwyciła nagła trwoga, zwłaszcza że przy tym Jurand mówił o wykupie, nie o zamianie Bergowa 
na Danusię. 
 
– Na miły Bóg! – zawołał Zbyszko – gdzie Danuśka? 
– Nie masz jej u Krzy-ża-ków, nie! – odpowiedział sennym głosem Jurand. 
I nagle zwalił się jak martwy z ławy na podłogę. 

Rozdział 
trzydziesty pierwszy 
 
 
Nazajutrz o południu wysłańcy widzieli się z Jurandem, a w jakiś czas później wyjechali 
zabrawszy z sobą de Bergowa, dwóch giermków, i kilkunastu innych jeńców. Jurand wezwał 
następnie ojca Kaleba, któremu podyktował list do księcia z oznajmieniem, że Danusi nie 
porwali rycerze zakonni, ale że zdołał odkryć jej schronienie i ma nadzieję, iż w ciągu kilku 
dni ją odzyszcze. To samo powtórzył i Zbyszkowi, który od wczorajszej nocy szalał ze zdumienia 
i trwogi. Stary rycerz nie chciał jednak odpowiadać na żadne jego pytania, oświadczył 
mu natomiast, by czerpał cierpliwie i tymczasem nic nie przedsiębrał dla uwolnienia Danusi, 
gdyż to jest rzecz zbyteczna. Pod wieczór zamknął się znów z księdzem Kalebem, któremu 
naprzód rozkazał spisać swą ostatnią wolę, potem zaś spowiadał się, a po przyjęciu komunii 
wezwał przed siebie Zbyszka i starego, wiecznie milczącego Tolimę, który bywał mu towarzyszem 
we wszystkich wyprawach i walkach, a w czasie spokoju gospodarzył w Spychowie. 
 
– Oto jest – rzekł zwracając się do starego wojownika i podnosząc głos, jakby mówił do 
człowieka, który nie dosłyszy – mąż mojej córki, którą na książęcym dworze zaślubił, na co i 
moją zgodę uzyskał. Ten ci ma tu przeto być po mojej śmierci panem i zaś dziedzicem gródka, 
ziem, borów, ługów, ludzi i wszelakiego statku, który się w Spychowie znajduje... 
Usłyszawszy to Tolima zdumiał się bardzo i począł zwracać swą kwadratową głowę w 
stronę Zbyszka, to w stronę Juranda; nie rzekł jednak nic, gdyż prawie nigdy nic nie mówił, 
tylko pochylił się przed Zbyszkiem i objął z lekka dłońmi jego kolana. 
 
A Jurand mówił dalej: 
 
– Którą to wolę moją spisał ksiądz Kaleb, a pod pismem pieczęć się moja na wosku znajduje; 
ty zaś masz świadczyć, żeś to ode mnie słyszał i żem rozkazał, aby tu dla tego młodego 
rycerza taki sam posłuch był jako i dla mnie. Zaś co jest w skarbcu łupów i pieniędzy, to mu 
pokażesz – i będziesz mu wiernie w pokoju i na wojnie do śmierci służył. Słyszałeś? 
Tolima podniósł ręce do uszu i skinął głową, po czym na dany znak przez Juranda skłonił 
się i odszedł, rycerz zaś zwrócił się do Zbyszka i rzekł z naciskiem: 
 
– Tym, co jest w skarbu, można choćby największą chciwość pokusić – i nie jednego, ale 
stu brańców wykupić. Pamiętaj. 
Lecz Zbyszko spytał: 
 
– A czemu to już zdajecie mi Spychów? 
– Więcej ci ja niż Spychów zdaję, bo dziecko. 
– I śmierci godzina niewiadoma – rzekł ksiądz Kalbe 
– Jużci niewiadoma – powtórzył jakby ze smutkiem Jurand. – Toćże niedawno śniegi mnie 
przysypały, a chociaż Bóg mnie zratował, nie ma już we mnie dawnej siły... 
– Na miły Bóg! – zawołał Zbyszko – coś się w was odmieniło od wczoraj i o śmierci niż o 
Danusi radziej mówicie. Na miły Bóg! 
– Wróci Danuśka, wróci – odpowiedział Jurand – nad nią jest opieka boska. Ale jak wróci... 
słuchaj... Bierz ty ją do Bogdańca, a Spychów na Tolimę zdaj... To człek wierny, a tu 
ciężkie sąsiedztwo... Tam ci jej na powróz nie wezmą... tam przezpieczniej... 
– Hej! – zakrzyknął Zbyszko – a wy już jakby z tamtego świata gadacie. Cóż to jest? 

– Bom już przez pół był na tamtym świecie, a teraz tak mi się widzi, że jakowaś chorość 
mnie ima. I chodzi mi o dziecko... toć ja ją jedną mam. A i ty, choć wiem, że ją miłujesz... 
Tu przerwał i wydobywszy z pochwy krótki mieczyk, zwany mizerykordią, zwrócił go rękojeścią 
ku Zbyszkowi: 
 
– Przysięgnijże mi jeszcze na ten krzyżyk, jako jej nigdy nie pokrzywdzisz i będziesz statecznie 
miłował... 
A Zbyszkowi aż łzy stanęły nagle w oczach; w jednej chwili rzucił się na kolana i położywszy 
palec na rękojeści zawołał: 
 
– Na świętą Mękę, tak jej nie pokrzywdzę i będę statecznie miłował! 
– Amen – rzekł ksiądz Kaleb. 
Jurand zaś pochował w pochwę mizerykordię i otworzył mu ramiona: 
– Toś mi i ty dziecko! 
Po czym rozeszli się, bo noc już zapadła głęboka, a od kilku już dni nie zaznali dobrego 
wywczasu. Zbyszko jednakże wstał nazajutrz świtaniem, albowiem wczoraj zląkł się istotnie, 
czy nie idzie na Juranda jakowaś choroba, i chciał dowiedzieć się, jak starszy rycerz spędził 
noc. 
 
Przed drzwiami Jurandowej izby natknął się na Tolimę, który z niej właśnie wychodził. 
 
– A jakoże pan? – zdrowi? – zapytał. 
Ów zaś skłonił się, a następnie otoczył ucho dłonią i rzekł: 
– Wasza miłość co każą? 
– Pytam: jak się ma pan? – powtórzył głośniej Zbyszko. 
– Pan pojechał. 
– Dokąd? 
– Nie wiem. We zbroi... 

Rozdział 
trzydziesty drugi 
 
Świt począł właśnie bielić drzewa, krze i bryły wapienne rozrzucone tu i ówdzie po polach, 
gdy najęty przewodnik idący przy koniu Juranda zatrzymał się i rzekł: 
 
– Pozwólcie mi odetchnąć, panie rycerzu, bom się zasapał. Odwilż jest i mgła, ale to już 
niedaleko... 
– Doprowadzisz mnie do gościńca, a potem wrócisz – odrzekł Jurand. 
– Gościniec będzie w prawo za borkiem, a z pagórka zaraz zamek ujrzycie. 
To rzekłszy chłop począł „zabijać” ręce, to jest uderzać dłońmi pod pachy, gdyż był zziąbł 
od rannej wilgoci, po czym przysiadł na kamieniu, bo się przy tej robocie jeszcze bardziej 
zasapał. 
 
– A nie wiesz, jest-li komtur w zamku? – zapytał Jurand. 
– A gdzie by zaś miał być, kiedy chory? 
– Coże mu? 
– Ludzie mówią, że go rycerze polscy sprali – odrzekł stary chłop. 
I w głosie jego czuć było jakby pewne zadowolenie. Był poddanym krzyżackim, ale jego 
mazurskie serce radowało się przewagą polskich rycerzy. 
Jakoż po chwili dodał: 
 
– Hej! mocni nasi panowie, ale im z nimi ciężko. 
Lecz zaraz potem spojrzał bystro na rycerza i jakby chcą się upewnić, że nie spotka go nic 
złego za słowa, które mu się niebacznie wymknęły, rzekł: 
 
– Wy, panie, po naszemu mówicie, wyście nie Niemiec? 
– Nie – odrzekł Jurand – ale prowadź dalej. 
Chłop wstał i począł znów iść przy koniu. Po drodze zasuwał niekiedy dłoń w kaletę, wydostawał 
z niej garść niemielonego żyta i wsypywał ją sobie do ust, gdy zaś zaspokoił w ten 
sposób pierwszy głód, począł tłumaczyć, dlaczego je surowe ziarno, chociaż Jurand, zbyt za-
jęty własnym nieszczęściem i własnymi myślami, nawet tego nie dostrzegł. 
 
– Chwała Bogu i za to – mówił. – Ciężkie życie pod naszymi niemieckimi panami. Ponakładali 
podatki i od mlewa takie, że ubogi człek musi z plewą ziarno gryźć jak bydlę. A gdzie 
żarna w chałupie znajdą, tam chłopa skatują, dobytek zagarną, ba! dzieciom i babom nie 
przepuszczą... Nie boją się oni ni Boga, ni księży, jako i wielborskiego proboszcza, który im 
to przyganiał, na łańcuch wzięli. Oj, ciężko pod Niemcem! Co tam człek ziarna między dwoma 
kamieniami ugniecie, to tę przygarść mąki na świętą niedzielę chowa, a w piątek tak jeść 
musi jako ptactwo. Ale chwała Bogu i za to, bo przyjdzie-li przednówek, to i tego nie stanie... 
Ryby łowić nie wolno... zwierza bić też... Nie tak jak na Mazowszu. 
W ten sposób wyrzekał krzyżacki chłop mówiąc przez pół do siebie, przez pół do Juranda, 
a tymczasem minęli pustać pokrytą utulonymi pod śniegiem bryłami wapienia i weszli w las, 
który w zarannym świetle wydawał się siwy i od którego bił surowy, wilgotny chłód. Rozedniało 
już zupełnie; inaczej trudno byłoby Jurandowi przejechać leśną drożyną idącą nieco w 
górę i tak ciasną, że miejscami olbrzymi jego bojowy koń zaledwie mógł się przecisnąć wśród 
 

pni. Lecz borek skończył się wkrótce i po upływie kilku pacierzy znaleźli się na szczycie 
białego pagórka, którego środkiem biegł wyjeżdżony gościniec. 
 
– To i droga – rzekł chłop – traficie teraz, panie, sam. 
– Trafię – odrzekł Jurand. – Wracaj, człeku, do domu. 
I sięgnąwszy ręką do skórzanej torby przymocowanej na przedzie siodła wydobył z niej 
srebrny pieniądz i podał go przewodnikowi. Chłop, przezwyczajony więcej do razów niż do 
datków z rąk miejscowych krzyżackich rycerzy, oczom prawie nie chciał wierzyć i porwawszy 
pieniądz przypadł głową do strzemienia Juranda i objął je rękoma. 
 
– O Jezusie, Maryjo! – zawołał. – Bóg zapłać waszej wielmożności! 
– Ostawaj z Bogiem. 
– Niech was boska moc prowadzi. Szczytno przed wami. 
To rzekłszy raz jeszcze pochylił się do strzemienia i zniknął. Jurand został na wzgórzu sam 
i spoglądał we wskazanym mu przez wieśniaka kierunku na szarą, wilgotną oponę mgły, która 
zasłaniała przed nim świat. Za tą mgłą krył się ów złowrogi zamek, ku któremu popychała go 
przemoc i niedola. Blisko, już blisko! a potem co się ma stać i spełnić, to się stanie i spełni... 
Na tę myśl w sercu Juranda, obok trwogi i niepokoju o Danusię, obok gotowości wykupienia 
jej z wrogich rąk choćby krwią własną, zrodziło się nowe, niesłychanie gorzkie a nie znane 
mu dotychczas nigdy uczucie upokorzenia. Oto on, Jurand, na którego wspomnienie drżeli 
pograniczni komturowie, jechał teraz na ich rozkaz z powinną głową. On, który tylu ich zwyciężył 
i podeptał, czuł się teraz zwyciężonym i podeptanym. Nie zwyciężyli go wprawdzie w 
polu, nie odwagą i rycerską siłą, niemniej jednak czuł się zwyciężon. I było to dla niego 
czymś tak niesłychanym, iż zdawało mu się, że cały porządek świata został na nice wywrócony. 
On jechał ukorzyć się Krzyżakom, on, który gdyby nie chodziło o Danusię, wolałby sam 
jeden potykać się ze wszystkimi siłami Zakonu. Alboż nie trafiało się, że pojedynczy rycerz 
mając wybór między sromotą a śmiercią uderzał na całe wojska? A on czuł, że może mu się 
przygodzić i sromota, i na myśl o tym wyło w nim serce z bólu, jak wyje wilk uczuwszy w 
sobie grot. 
 
Lecz był to człowiek mający nie tylko ciało, lecz i duszę z żelaza. Umiał łamać innych, 
umiał i siebie. 
 
– Nie ruszę się – rzekł sobie – póki nie spętam tego gniewu, którym mógłbym zgubić, nie 
zaś wybawić dziecko. 
I wraz schwycił się jakby za bary ze swoim hardym sercem, ze swoją zawziętością i żądzą 
boju. Kto by go widział na onym wzgórzu, we zbroi, bez ruchu, na ogromnym koniu, rzekłby, 
że to jakiś olbrzym ulany z żelaza, i nie poznałby, że ów nieruchomy rycerz toczy w tej chwili 
najcięższą ze wszystkich walk, jakie kiedykolwiek w życiu stoczył. Lecz on zmagał się z 
sobą póty, póki się nie zmógł i póki nie poczuł, że wola go nie zawiedzie. 
 
Tymczasem mgły rzedły i jakkolwiek nie rozproszyły się do cna, jednakże zamajaczało w 
końcu w nich coś ciemniejszego. Jurand odgadł, że to są mury szczytnieńskiego zamku. Na 
ten widok nie ruszył się jeszcze z miejsca, ale począł się modlić tak gorąco i gorliwie, jak 
modli się człowiek, któremu na świecie pozostało już tylko boskie miłosierdzie. 
 
I gdy wreszcie ruszył koniem, poczuł, że w serce poczyna mu wstępować jakowaś otucha. 
Gotów był teraz znieść wszystko, co go mogło spotkać. Przypomniał mu się św. Jerzy, potomek 
największego rodu w Kapadocji, który znosił różne hańbiące katusze, a jednakże nie 
tylko czci nie stradał, lecz na prawicy Bożej jest posadzon i patronem wszystkiego rycerstwa 
mianowany. Jurand słyszał nieraz opowiadania o jego przygodach od pątników przybyłych z 
dalekich krain i wspomnieniem ich ukrzepił w sobie teraz serce. 
 
Z wolna poczęła się w nim budzić nawet i nadzieja. Krzyżacy słynęli wprawdzie z mściwości, 
przeto nie wątpił, że wywrą na nim pomstę za wszystkie klęski, jakie im zadał, za hańbę, 
która spadała na nich po każdym spotkaniu, i za strach, w jakim przez tyle lat żyli. 
 

Ale to właśnie dodawało mu ducha. Myślał, że Danusię porwali po to tylko, by go dostać, 
więc gdy go dostaną, to co im po niej? Tak! Jego skują niechybnie i nie chcąc trzymać w pobliżu 
Mazowsza wyślą do jakich odległych zamków, gdzie może do końca życia przyjdzie mu 
jęczeć w podziemiu, ale Danusię będą woleli puścić. Choćby też wyszło na jaw, że go podstępem 
dostali i gnębią, nie weźmie im tego zbyt za złe ni wielki mistrz, ni kapituła, bo przecież 
on, Jurand, bywał istotnie ciężkim Krzyżakom i wytoczył z nich więcej krwi niż jakikolwiek 
inny rycerz w świecie. Natomiast ten sam wielki mistrz może by ich i pokarał za uwięzienie 
niewinnej dziewczyny, a do tego wychowanki księcia, o którego przychylność starał 
się wobec grożącej wojny z królem polskim usilnie. 
 
I nadzieja ogarniała go coraz potężniej. Chwilami wydawało mu się rzeczą niemal pewną, 
że Danusia wróci do Spychowa, pod Zbyszkową możną opiekę... „A chłop tęgi jest – myślał – 
nie da ci jej nikomu ukrzywdzić.” I począł przypominać sobie z pewnym rozrzewnieniem 
wszystko, co o Zbyszku wiedział: „Bił w Niemców pod Wilnem, na pojedynkę z nimi chadzał, 
Fryzów, których ze stryjcem pozwali, poćwiertował, w Lichtensteina też bił, od tura 
dziecko bronił i tamtych czterech pozwał, którym pewnikiem nie daruje.” Tu podniósł Jurand 
oczy ku górze i rzekł: 
 
– Ja ją Tobie, Boże, a Ty Zbyszkowi! 
I uczyniło mu się jeszcze raźniej, sądził bowiem, że skoro ją Bóg młodziankowi podarował, 
to przecie nie pozwoli Niemcom z siebie zadrwić, z rąk ich ją wyrwie, choćby cała potęga 
krzyżacka nie puszczała. Lecz potem znów jął myśleć o Zbyszku: „Ba! nie tylko chłop 
tęgi, ale i szczery jak złoto. Będzie jej strzegł, będzie ją miłować i daj, Jezu, dziecku jako możesz 
najlepiej, ale widzi mi się, że przy nim nie pożałuje ni książęcego dworca, ni ojcowego 
kochania...” Na tę myśl powieki Juranda zwilgotniały nagle i w sercu zerwała mu się ogromna 
tęsknota. Chciałby przecie jeszcze dziecko w życiu widzieć i kiedyś, kiedyś umrzeć w Spychowie 
przy tych dwojgu, nie zaś w ciemnych piwnicach krzyżackich. Ale wola boska!... 
Szczytno było już widać. Mury rysowały się we mgle coraz wyraźniej, bliska już była godzina 
ofiary, więc zaczął się jeszcze pokrzepiać i tak do siebie mówić: 
 
– Jużci, że wola boska! Ale wieczór żywota bliski. Kilka roków więcej, kilka mniej, wyjdzie 
na jedno. Hej! chciałoby się jeszcze na oboje dzieci pojrzeć, ale po sprawiedliwości, to 
człek się nażył. Czego miał doznać, doznał, kogo miał pomścić, pomścił. A teraz co? Radziej 
do Boga niż do świata, a skoro trzeba pocierpieć, to trzeba. Danuśka ze Zbyszkiem, choćby 
im było najlepiej, nie zapomną. Pewnie, że nieraz będą wspominać a uradzać: gdzie też jest? 
żyw-li czy też już u Boga w wiecu?... Będą przepytywać i może się dowiedzą. Łapczywi są na 
pomstę Krzyżacy, ale i na wykup łapczywi. Zbyszko by nie pożałował, aby choć kości wykupić. 
A na mszę to z pewnością nieraz dadzą. Uczciwe u obojga serca i kochające, za co ich, 
Boże, i Ty, Matko Najświętsza, błogosław. 
Gościniec stawał się nie tylko coraz szerszy, ale się i zaludniał. Ciągnęły ku miastu wozy z 
drzewem i słomą. Skotarze pędzili bydło. Od jezior wieziono na saniach zmarzłą rybę. W 
jednym miejscu czterech łuczników wiodło na łańcuchu chłopa, widać za jakieś przewinienie, 
na sąd, gdyż ręce miał z tyłu związane, a na nogach kajdany, które zawadzając o śnieg ledwie 
pozwoliły mu się poruszać. Ze zdyszanych jego nozdrzy i ust wychodził oddech w kształcie 
kłębów pary, a oni popędzając go śpiewali. Ujrzawszy Juranda poczęli spoglądać na niego 
ciekawie, dziwiąc się widocznie ogromowi jeźdźca i konia, ale na widok złotych ostróg i rycerskiego 
pasa pospuszczali kusze ku ziemi na znak powitania i czci. W miasteczku było 
jeszcze ludniej i gwarniej, ustępowano jednak z pośpiechem zbrojnemu mężowi z drogi, ów 
zaś przejechał główną ulicę i skręcił ku zamkowi, który otulony w tumany podnoszące się z 
fosy zdawał się jeszcze spać. 
 
Lecz nie wszystko naokół spało, a przynajmniej nie spały wrony i kruki, których całe stada 
wichrzyły się na podniesieniu stanowiącym dojazd do zamku, łopocąc skrzydłami i kracząc. 
Jurand podjechawszy bliżej zrozumiał powód tego ptasiego wiecu. Oto obok drogi wiodącej 
 

do bramy zamkowej stała obszerna szubienica, na niej zaś wisiały ciała czterech mazurskich 
chłopów krzyżackich. Nie było najmniejszego powiewu, więc trupy, które zdawały się spoglądać 
na własne stopy, nie kołysały się, chyba wówczas gdy czarne ptactwo siadało im na 
ramiona i na głowy, przepychając się wzajem, trącając w powrozy i dziobiąc o pospuszczane 
głowy. Niektórzy wisielcy musieli wisieć już od dawna, gdyż czaszki ich były całkiem nagie, 
a nogi niezmiernie wydłużone. Za zbliżeniem się Juranda stado zerwało się z wielkim szumem, 
ale wnet zawróciło w powietrzu i poczęło się sadowić na porzecznej belce szubienicy. 
Jurand przejechał mimo czyniąc znak krzyża, zbliżył się do przekopu i stanąwszy w miejscu, 
w którym nad bramą wznosił się most zwodzony, uderzył w róg. 
 
Po czym zatrąbił raz, drugi, trzeci i czekał. Na murach nie było żywej duszy i zza bramy 
nie dochodził żaden głos. Po chwili jednak ciężka, widoczna za kratą klapa, wmurowana w 
pobliżu zamku bramy, podniosła się ze zgrzytem i w otworze ukazała się brodata głowa niemieckiego 
knechta. 
 
– Wer da? – spytał szorstki głos. 
– Jurand ze Spychowa! – odpowiedział rycerz. 
Po tych słowach klapa zamknęła się na nowo i nastało głuche milczenie. 
Czas począł płynąć. Za bramą nie słychać było żadnego ruchu, tylko od strony szubienicy 
dochodziło krakanie ptactwa. 
 
Jurand stał jeszcze długo, zanim podniósł róg i uderzył weń powtórnie. 
 
Ale odpowiedziała mu znów cisza. 
 
Wówczas zrozumiał, że trzymają go przed bramą przez krzyżacką pychę, która wobec 
zwyciężonego nie ma granic, dlatego by go upokorzyć jak żebraka. Odgadł też, że przyjdzie 
mu tak czekać może aż do wieczora albo i dłużej. Więc w pierwszej chwili zawrzała w nim 
krew; chwyciła go nagła chęć zsiąść z konia, podnieść jeden z głazów, które leżały przed 
przekopem, i rzucić nim w kratę. Tak byłby w innym razie uczynił i on, i każdy inny mazowiecki 
albo polski rycerz, i niechby potem wypadli zza bramy bić się z nim. Ale wspomniawszy, 
po co tu przybył, opamiętał się i powstrzymał. 
 
„Zalim się nie ofiarował za dziecko?” – rzekł sobie w duszy. 
 
I czekał. 
 
Tymczasem w wyzębieniach murów poczęło coś czernieć. Ukazywały się futrzane nakrycia 
głów, ciemne kapice i nawet żelazne blachy, spod których spoglądały na rycerza ciekawe 
oczy. Przybywało ich z każdą chwilą, bo już też ten groźny Jurand wyczekujący samotnie pod 
krzyżacką bramą był dla załogi nie byle widowiskiem. Kto go dawniej ujrzał przed sobą, ujrzał 
śmierć, a teraz można było patrzeć na niebo bezpiecznie. Głowy podnosiły się coraz wyżej, 
aż wreszcie wszystkie wyzębienia bliższe bramy pokryły się knechtami. Jurand pomyślał, 
że zapewne i starsi muszą na niego spoglądać przez kraty okien w przybramnej wieży, i podniósł 
wzrok ku górze, ale tam okna powycinane były w głębokich murach i patrzeć przez nie 
było niepodobna, chyba w dal. Za to na blankach czereda, która z początku spozierała na niego 
w milczeniu, poczęła się odzywać. Ten i ów powtórzył jego imię, tu i ówdzie ozwały się 
śmiechy, ochrypłe głosy pokrzykiwały jak na wilka coraz głośniej, coraz zuchwalej, a gdy 
widocznie nikt nie przeszkadzał ze środka, poczęto wreszcie miotać na stojącego rycerza 
śniegiem.
 
Ów, jakby mimo woli, ruszył przed siebie koniem, wówczas na jedną chwilę bryły śniegu 
przestały lecieć, głosy ucichły, a nawet i niektóre głowy poznikały za murami. Groźne musiało 
być istotnie Jurandowe imię. Wnet jednak najtchórzliwsi opamiętali się, że dzieli ich od 
strasznego Mazura rów i mur, więc znów grube żołdactwo poczęło miotać nie tylko bryłkami 
śniegu, ale lodu i nawet gruzu i kamyków, które z brzękiem odbijały się od zbroi i kropierza 
pokrywającego konia. 
 
– Ofiarowałem się za dziecko – powtarzał sobie Jurand. 

I czekał. Przyszło południe, mury opustoszały, gdyż knechtów odwołano na obiad. Nieliczni 
ci, którym przypadło stróżować, jedli jednak na murach, a po spożyciu strawy zabawiali 
się znowu ciskaniem na głodnego rycerza ogryzionych gnatów. Poczęli też przekomarzać się 
z sobą i zapytywać się wzajem, który podejmie się zejść i dać mu po karku pięścią albo drągiem 
oszczepu. Inni wróciwszy z obiadu wołali na niego, że jeśli zmierziło mu się czekać, to 
się może powiesić, gdyż na szubienicy jest jeden wolny hak z gotowym powrozem. I wśród 
takich szyderstw, wśród nawoływań, wybuchów śmiechu i przekleństw zbiegały popołudniowe 
godziny. Krótki zimowy dzień chylił się stopniowo ku wieczorowi, a most wisiał wciąż w 
powietrzu i brama pozostawała zamknięta. 
 
Lecz pod wieczór wstał wiatr, rozwiał mgły, oczyścił niebo i odsłonił zorze. Śniegi uczyniły 
się modre, a później fioletowe. Nie było mrozu, ale noc zapowiadała się pogodna. Z murów 
zeszli znów ludzie, prócz straży, kruki i wrony odleciały od szubienicy ku lasom. Wreszcie 
poczerniało niebo i cisza nastała zupełna. 
 
„Nie otworzą przed nocą bramy” – pomyślał Jurand. 
 
I na chwilę przeszło mu przez głowę, by nawrócić ku miastu, ale zaraz porzucił tę myśl. 
„Chcą tego, bym tu stał – mówił sobie w duszy. – Jeśli nawrócę, jużci nie puszczą mnie do 
dom, jeno otoczą, pojmają, a potem rzekną, że mi nic nie powinni, bo mnie siłą wzięli, a 
choćbym zaś po nich przejechał, to i tak muszę wrócić...” 
 
Niezmierna, podziwiana przez obcych kronikarzy wytrzymałość polskich rycerzy na chłód, 
głód i trudy nieraz pozwalała im dokonywać czynów, na które nie mogli się zdobyć bardziej 
zniewieściali ludzie z Zachodu. Jurand zaś posiadał tę wytrzymałość w większej jeszcze od 
innych mierze, więc choć głód począł mu już od dawna skręcać wnętrzności, a zamróz wieczorny 
przeniknął przez pokryty blachami kożuch, postanowił czekać, choćby miał skonać 
pod tą bramą. 
 
Nagle jednak, nim jeszcze zapanowała zupełna noc, usłyszał za sobą chrzęst kroków na 
śniegu. 
 
Obejrzał się: szło ku niemu od strony miasta sześciu zbrojnych we włócznię i halabardy, w 
środku zaś między nimi szedł siódmy podpierając się mieczem. 
 
„Może im bramę otworzą i z nimi wjadę – pomyślał Jurand. – Siłą nie będą mnie przecie 
chcieli brać ni zabić, bo ich za mało; gdyby wszelako uderzyli na mnie, to znak, że nie chcą 
niczego dotrzymać, i wtedy – gorze im!” 
 
Tak pomyślawszy podniósł stalowy topór wiszący mu przy siodle, tak ciężki, że za ciężki 
nawet na dwie ręce zwykłego męża – i ruszył ku nim koniem. 
 
Lecz oni nie myśleli na niego uderzać. Owszem, knechtowie wbili zaraz w śnieg tylca 
włóczni i halabard – że zaś noc nie była jeszcze całkiem ciemna, więc Jurand spostrzegł, że 
osady drżą im jednak nieco w ręku.
 
Ów zaś siódmy, który wydawał się starszym, wyciągnął spiesznie przed siebie lewe ramię i 
zwróciwszy dłoń do góry palcami ozwał się: 
 
– Wyście, rycerzu, Jurand ze Spychowa? 
– Jam jest... 
– Chcecie-li słuchać, z czym mnie przysłano? 
– Silny i pobożny komtur von Danveld każe wam powiedzieć, panie, że póki nie zsiądziecie 
z konia, brama nie będzie wam otworzona. 
Jurand pozostał chwilę bez ruchu, następnie zsiadł z konia, po którego w tej chwili poskoczył 
jeden z włóczników. 
 
– I broń ma nam być oddana – ozwał się znów człowiek z mieczem. 
Pan ze Spychowa zawahał się. Nuż potem uderzą na bezbronnego i zadźgają go jak zwierzę, 
nuż chwycą i wtrącą do podziemia? Lecz po chwili pomyślał, że gdyby tak miało być, to 
by ich jednak przysłano więcej. Bo gdyby się na niego mieli rzucić, zbroi od razu na nim nie 
 

przebodą, a wówczas on mógłby wydrzeć broń pierwszemu z brzega i wytracić wszystkich, 
nimby nadbiegła pomoc. Znali go przecie. 
 
– I choćby też – rzekł sobie – chcieli wytoczyć ze mnie krew, toćżem ja nie po co innego 
tu przybył. 
Tak pomyślawszy rzucił naprzód topór, następnie miecz, następnie mizerykordię – i czekał. 
Oni zaś chwycili to wszystko, po czym ów człowiek, który do niego przemawiał, oddaliwszy 
się na kilkanaście kroków zatrzymał się i począł mówić zuchwałym, podniesionym 
głosem: 
 
– Za wszystkie krzywdy, któreś Zakonowi wyrządził, masz z rozkazu komtura przywdziać 
na się ów zgrzebny wór, który ci zostawiam, przywiązać u szyi na powrocie pochwę od miecza 
i czekać w pokorze u bramy, póki ci łaska komtura nie rozkaże jej otworzyć. 
I po chwili Jurand pozostał sam w ciemności i ciszy. Na śniegu czerniał przed nim pokutniczy 
wór i powróz, on zaś stał długo, czując, że mu się w duszy coś rozprzęga, coś łamie, coś 
kona i mrze i że oto po chwili nie będzie już rycerzem, nie będzie już Jurandem ze Spychowa, 
lecz nędzarzem, niewolnikiem bez imienia, bez sławy, bez czci. 
 
Więc upłynęły jeszcze długie chwile, nim zbliżył się do pokutniczego woru i począł mówić: 
 
 
– Jakoż mogę inaczej postąpić? Ty, Chryste, wiesz: dziecko niewinne uduszą, jeśli nie 
uczynię wszystkiego, co mi każą. I to też wiesz, że dla własnego żywota tego bym nie uczynił! 
Gorzka rzecz hańba!... gorzka! – Ale i Ciebie przed śmiercią hańbili. Ano, w Imię Ojca i 
Syna... 
Po czym pochylił się, wdział na się wór, w którym były poprzecinane otwory na głowę i 
ręce, następnie u szyi zawiesił na powrozie pochwę od miecza – i powlókł się przed bramę. 
 
Nie zastał jej otwartej, ale teraz było mu już wszystko jedno, czy mu ją prędzej, czy później 
otworzą. Zamek pogrążył się w milczeniu nocy, straże tylko obwoływały się kiedy niekiedy 
po narożnikach. W wieży przybramnej świeciło wysoko jedno okienko, inne były 
ciemne. 
 
Godziny nocy płynęły jedna za drugą, na niebo wzbił się sierp księżyca i rozświecił po-
sępne mury zamku. Ale on zdrętwiał i skamieniał całkiem, jakby z niego wyjęto duszę, i nie 
zdawał już sobie sprawy z niczego. Została mu tylko jedna myśl, że przestał być rycerzem, 
Jurandem ze Spychowa, ale czym jest – nie wiedział... Chwilami także majaczyło mu się coś, 
że wśród nocy od tych wisielców, których z rana widział, idzie ku niemu cicho po śniegu 
śmierć... 
 
Nagle drgnął i rozbudził się zupełnie: 
 
– O Chryste miłościwy! co to jest?! 
Z wysokiego okienka w przybramnej wieży ozwały się jakieś zaledwie z początku dosłyszalne 
dźwięki lutni. Jurand jadąc do Szczytna był pewien, że nie ma Danusi w zamku, a jednak 
ten głos lutni po nocy wzburzył w nim w jednej chwili serce. Wydało mu się, że on te 
dźwięki zna i że to nie kto inny gra, tylko ona – jego dziecko! jego kochanie... Więc padł na 
kolana, złożył ręce jak do modlitwy i dygocąc jak w gorączce słuchał. 
 
A wtem na wpół dziecinny i jakby niezmiernie stęskniony głos począł śpiewać: 
 
Gdybym ci ja miała 
 
Skrzydłeczka jak gąska, 
 
Poleciałabym ja 
 
Za Jaśkiem do Śląska. 
 
Jurand chciał odezwać się, wykrzyknąć kochane imię, ale słowa uwięzły mu w gardle, jakby 
ze ścisnęła żelazna obręcz. Nagła fala bólu, łez, tęsknoty, niedoli wezbrała mu w piersiach, 
 

więc rzucił się twarzą w śnieg i jął w uniesieniu wołać ku niebu w duszy jakby w dziękczynnej 
modlitwie: 
 
– O Jezu! dyć słyszę jeszcze dziecko! o Jezusmile... 
I szlochanie poczęło targać jego olbrzymim ciałem. 
W górze tęskny głos śpiewał dalej wśród niezmąconej nocnej ciszy: 
Usiadłabym ci ja 
 
Na śląskowskim płocie: 
 
„Przypatrz się, Jasieńku, 
 
Ubogiej sierocie...” 
 
Rankiem gruby, brodaty knecht niemiecki począł kopać w biodro leżącego w bramie rycerza. 
 
 
– Na nogi, psie!... Brama otwarta i komtur każe ci stanąć przed sobą. 
Jurand zbudził się jakby ze snu. Nie chwycił knechta za gardło, nie skruszył go w żelaznych 
rękach, twarz miał cichą i niemal pokorną; podniósł się i nie mówiąc ni słowa poszedł 
za żołdakiem przez bramę. 
 
Zaledwie jednak ją przeszedł, gdy ozwał się za nim zgrzyt łańcuchów i most zwodzony 
począł podnosić się do góry, w samej zaś bramie spadła ciężka żelazna krata... 
 
KONIEC TOMU PIERWSZEGO 
 

tom II 
 
 

 
 

Rozdział 
pierwszy 
 
 
Jurand znalazłszy się na podwórzu zamkowym nie wiedział zrazu, dokąd iść, gdyż 
knecht, który go przeprowadził przez bramę, opuścił go i udał się ku stajniom. Przy blankach 
stali wprawdzie żołdacy, to pojedynczo, to po kilku razem, ale twarze ich były tak zuchwałe, 
a spojrzenia tak szydercze, iżłatwo było rycerzowi odgadnąć, że mu drogi nie wskażą, a jeżeli 
na pytanie odpowiedzą, to chyba grubiaństwem lub zniewagą. 
 
Niektórzy śmieli się pokazując go sobie palcami; inni poczęli nań znów miotaćśniegiem, 
tak samo jak dnia wczorajszego. Lecz on spostrzegłszy drzwi większe od innych, nad którymi 
wykuty był w kamieniu Chrystus na krzyżu, udał się ku nim w mniemaniu, że jeśli komtur i 
starszyzna znajdują się winnej części zamku lub w innych izbach, to go ktoś przecie musi z 
błędnej drogi nawrócić. 
 
I tak się stało. W chwili gdy Jurand zbliżał się do owych drzwi, obie ich połowy otworzyły 
się nagle i stanął przed nimi młodzianek z wygoloną głową jak klerycy, ale przybrany w suknięświecką, 
i zapytał: 
 
– Wyście, panie, Jurand ze Spychowa? 
– Jam jest. 
– Pobożny komtur rozkazał mi prowadzić was. Pójdźcie za mną. 
I począł go wieść przez sklepioną wielką sień ku schodom. Przy schodach jednak zatrzymał 
się i obrzuciwszy Juranda oczyma, znów spytał: 
 
– Broni zaś nie macie przy sobie żadnej? Kazano mi was obszukać. 
Jurand podniósł do góry oba ramiona, tak aby przewodnik mógł dobrze obejrzeć całą jego 
postać, i odpowiedział: 
 
– Wczoraj oddałem wszystko. 
Wówczas przewodnik zniżył głos i rzekł prawie szeptem: 
– Tedy strzeżcie się gniewem wybuchnąć, boście pod mocą i przemocą. 
– Aleć i pod wolą boską – odpowiedział Jurand. 
I to rzekłszy spojrzał uważnie na przewodnika, a spostrzegłszy w jego twarzy coś w rodzaju 
politowania i współczucia rzekł: 
 
– Uczciwość patrzy ci z oczu, pachołku. Odpowieszże mi szczerze na to, o co spytam? 
– Śpieszcie się, panie – rzekł przewodnik. 
– Oddadzą dziecko za mnie? 
A młodzieniec podniósł brwi ze zdziwieniem: 
– To wasze dziecko tu jest? 
– Córka. 
– Owa panna w wieży przy bramie? 
– Tak jest. Przyrzekli ją odesłać, jeśli im się sam oddam. 
Przewodnik poruszył rękami na znak, że nic nie wie, ale twarz jego wyrażała niepokój i 
zwątpienie. 
 

 
 

A Jurand spytał jeszcze: 
 
– Prawda-li, że strzegą jej Szomburg i Markwart? 
– Nie ma tych braci na zamku. Odbierzcie ją jednak, panie, nim starosta Danveld ozdrowieje. 
Usłyszawszy to Jurand zadrżał, ale nie było już czasu pytać o nic więcej, gdyż doszli do 
sali na piętrze, w której Jurand miał stanąć 
przed obliczem starosty szczytnieńskiego. Pachołek 
otworzywszy drzwi cofnął się na powrót ku schodom. 
 
Rycerz ze Spychowa wszedł i znalazł się 
w obszernej komnacie, bardzo ciemnej, gdyż 
szklane, oprawne w ołów gomółki przepuszczały niewiele światła, a przy tym dzień był zimowy, 
chmurny. W drugim końcu komnaty palił się wprawdzie na wielkim kominie ogień, 
ale źle wysuszone kłody mało dawały płomienia. Dopiero po niejakim czasie, gdy oczy Juranda 
oswoiły się ze zmrokiem, dostrzegł w głębi stół i siedzących za nim rycerzy, a dalej za 
ich plecami błazen zamkowy trzymał na łańcuchu oswojonego niedźwiedzia. 
 
Jurand potykał się niegdyś z Danveldem, po czym widział 
go dwukrotnie na dworze księcia 
mazowieckiego jako posła, ale od tych terminów upłynęło kilka lat; poznał go jednak pomimo 
mroku natychmiast i po otyłości, i po jego twarzy, a wreszcie po tym, że siedział za 
stołem w pośrodku, w poręczastym krześle, mając rękę ujętą w drewniane łupki, opartą na 
poręczy. Po prawej jego stronie siedział 
stary Zygfryd de Löwe z Insburka, nieubłagany wróg 
polskiego plemienia w ogóle, a Juranda ze Spychowa w szczególności; po lewej młodsi bracia 
Gotfryd i Rotgier. Danveld zaprosił ich umyślnie, aby patrzyli na jego tryumf nad groźnym 
wrogiem, a zarazem nacieszyli się owocami zdrady, którą na współkę uknuli i do której wykonania 
dopomogli. Siedzieli więc teraz wygodnie, przybrani w miękkie, z ciemnego sukna 
szaty, z lekkimi mieczami przy boku – radośni, pewni siebie, spoglądając na Juranda z pychą 
i z taką niezmierną pogardą, którą mieli zawsze w sercach dla słabszych i zwyciężonych. 
 
Długi czas trwało milczenie, albowiem pragnęli się nasycić widokiem męża, którego 
przedtem po prostu się bali, a który teraz stał 
przed nimi ze spuszczoną na piersi głową, przybrany 
w zgrzebny wór pokutniczy, z powrozem u szyi, na którym wisiała pochwa miesza. 
 
Chcieli też widocznie, by jak największa liczba ludzi widziała jego upokorzenie, gdyż 
przez boczne drzwi, prowadzące do innych izb, wchodził, kto chciał, i sala zapełniła się niemal 
do połowy zbrojnymi mężami. Wszyscy patrzyli z niezmierną ciekawością na Juranda 
rozmawiając głośno i czyniąc nad nim uwagi. On zaś widząc ich nabrał właśnie otuchy, albowiem 
myślał w duszy: „Gdyby Danveld nie chciał dotrzymać tego, co obiecywał, nie wzywałby 
tylu świadków”. 
 
Tymczasem Danveld skinął ręką i uciszył rozmowy, po czym dał 
znak jednemu z giermków, 
ów zaś zbliżył się do Juranda i chwyciwszy dłonią 
za powróz otaczający jego szyję 
przyciągnął go o kilka kroków bliżej do stołu. 
 
A Danveld spojrzał z tryumfem po obecnych i rzekł: 
 
– Patrzcie, jako moc Zakonu zwycięża złość i pychę. 
– Daj tak Bóg zawsze! – odpowiedzieli obecni. 
Nastała znów chwila milczenia, po której Danveld zwrócił się do jeńca: 
– Kąsałeś 
Zakon jako pies zapieniony, przeto Bóg sprawił, że jako pies stoisz przed nami, 
z powrozem na szyi, wyglądając łaski i zmiłowania. 
– Nie równaj mnie z psem, komturze – odrzekł Jurand – bo czci ujmujesz tym, którzy potykali 
się ze mną i z mojej ręki polegli. 
Na te słowa szmer powstał między zbrojnymi Niemcami: nie wiadomo było, czy rozgniewała 
ich śmiałość odpowiedzi, czy uderzyła jej słuszność. 
Lecz komtur nie był rad z takiego obrotu rozmowy, więc rzekł: 
 
– Patrzcie, oto tu jeszcze pluje nam w oczy hardością i pychą! 
A Jurand wyciągnął w górę dłonie jak człowiek, który niebiosa wzywa na świadki, i odrzekł 
kiwając głową: 
 

 
 

– Bóg widzi, że moja hardość została za bramą tutejszą. Bóg widzi i będzie sądził, czy 
hańbiąc mój stan rycerski nie pohańbiliście się i sami. Jedna jest cześć rycerska, którą każdy, 
kto opasan, szanować winien. 
Danveld zmarszczył brwi, ale w tej chwili błazen zamkowy począł brząkaćłańcuchem, na 
którym trzymał niedźwiadka, i wołał: 
 
– Kazanie! kazanie! przyjechał kaznodzieja z Mazowsza! Słuchajcie! Kazanie! 
Po czym zwrócił się do Danvelda: 
– Panie! – rzekł – graf Rosenheim, gdy go dzwonnik za wcześnie na kazanie dzwonieniem 
rozbudził, kazał mu zjeść sznur dzwonniczy od węzła do węzła; ma i ów kaznodzieja powróz 
na szyi – każcie mu go zjeść, nim kazania dokończy. 
I to rzekłszy począł patrzeć 
na komtura nieco niespokojnie, nie był bowiem pewien, czy 
ów roześmieje się, czy każe go za niewczesne odezwanie się wysmagać. Lecz bracia zakonni, 
gładcy, układni, a nawet i pokorni, gdy nie poczuwali się w sile, nie znali natomiast żadnej 
miary wobec zwyciężonych; więc Danveld nie tylko skinął głową skomorochowi na znak, że 
na urągowisko pozwala, lecz i sam wybuchnął grubiaństwem tak niesłychanym, że na twarzach 
kilku młodszych giermków odbiło się zdumienie. 
 
– Nie narzekaj, żeć pohańbiono – rzekł – bo choćbym cię psiarczykiem uczynił, lepszy 
psiarczyk zakonny niż wasz rycerz! 
A ośmielony błazen począł krzyczeć: 
 
– Przynieś zgrzebło, wyczesz mi niedźwiedzia, a on ci wzajem kudły łapą wyczesze! 
Na to tu i ówdzie ozwały się miechy, jakiś głos zawołał spoza pleców braci zakonnych: 
– Latem będziesz trzcinę na jeziorze kosił! 
– I raki na ścierwo łowił! – zawołał inny. Trzeci zaś dodał: 
– A teraz pocznij wrony od wisielców odganiać! Nie zbraknieć tu roboty. 
Tak to oni szydzili ze strasznego im niegdyś Juranda. Powoli wesołość ogarnęła zgromadzenie. 
Niektórzy wyszedłszy zza stołu poczęli zbliżać się do jeńca, opatrywać 
go z bliska i 
mówić: „Toć jest ów dzik ze Spychowa, któremu nasz komtur kły powybijał; pianę pewnie 
ma w pysku; rad by kogo ciął, ale nie może!” Danveld i inni bracia zakonni, którzy chcieli z 
początku dać posłuchaniu jakiś 
uroczysty pozór sądu, widząc, że rzecz obróciła się inaczej, 
popodnosili się także z ław i pomieszali się z tymi, którzy zbliżyli się ku Jurandowi. 
 
Nie był 
wprawdzie z tego rad stary Zygfryd z Insburka, ale sam komtur mu rzekł: „Rozmarszczcie 
się, będzie jeszcze większa uciecha!” I poczęli także oglądać Juranda, gdyż to 
była sposobność rzadka, albowiem który z rycerzy lub knechtów widział go przedtem tak 
blisko, ten zwykle zamykał oczy potem na wieki. Więc niektórzy mówili także: „Pleczysty 
jest, chociaż ma kożuch pod worem, można by go grochowinami owinąć i po jarmarkach 
prowadzać...” Inni zaś jęli wołać o piwo, aby dzień stał im się jeszcze weselszy. 
 
Jakoż po chwili zadzwoniły kopiaste dzbańce, a ciemna sala wypełniła się zapachem spadającej 
spod pokryw piany. Rozweselony komtur rzekł: „Tak właśnie dobrze, niech nie po-
myśli, że jego pohańbienie wielka rzecz!” Więc znowu zbliżali się do niego i trącając go pod 
brodę konwiami mówili: „Rad byś pił, mazurski ryju!” – a niektórzy ulewając na dłonie chlustali 
mu w oczy, on zaś stał między nimi, zahukany, zelżony, aż wreszcie ruszył ku staremu 
Zygfrydowi i widocznie czując, że nie wytrzyma już długo, począł krzyczeć tak głośno, aby 
zagłuszyć gwar panujący w sali: 
 
– Na mękę 
Zbawiciela i duszne zbawienie, oddajcie mi dziecko, jakoście obiecali! 
I chciał chwycić prawą dłoń starego komtura, lecz ów odsunął się szybko i rzekł: 
– Z dala, niewolniku! czego chcesz? 
– Wypuściłem z jeństwa Bergowa i przyszedłem sam, boście obiecali, że za to oddacie mi 
dziecko, które się tu znajduje. 
– Kto ci obiecywał? – spytał Danveld. 
– W sumieniu i wierze ty, komturze! 

 
 

– Świadków nie znajdziesz, ale za nic świadkowie, gdy chodzi o cześć i słowo. 
– Na twoją cześć! na cześć 
Zakonu! – zawołał Jurand. 
– Tedy córka będzie ci oddana! – odpowiedział Danveld. 
Po czym zwrócił się do obecnych i rzekł: 
– Wszystko, co go tu spotkało – niewinna to igraszka, nie w miarę jego występków i 
zbrodni. Ale żeśmy przyrzekli wrócić mu córkę, jeśli się stawi i upokorzy przed nami, tedy 
wiedzcie, że słowo Krzyżaka ma być jako słowo Boże niewzruszonym i że ową dziewkę, którąśmy 
rozbójnikom odjęli, darujem teraz wolnością, a po przykładnej pokucie za grzechy 
przeciw Zakonowi i jemu do domu wrócić dozwolimy. 
Zdziwiła niektórych taka mowa, gdyż znając Danvelda i jego dawne do Juranda urazy nie 
spodziewali się po nim tej uczciwości. Więc stary Zygfryd, a z nim razem Rotgier i brat Gotfryd 
spoglądali na niego podnosząc ze zdumienia brwi i marszcząc czoła, ów jednakże udał, 
że tych pytających spojrzeń nie widzi, i rzekł: 
 
– Córkę ci pod strażą odeślem, ty zaś 
tu ostaniesz, póki straż nasza bezpiecznie nie wróci i 
póki okupu nie zapłacisz. 
Jurand sam był nieco zdumiony, albowiem już był stracił nadzieję, by nawet dla Danusi 
ofiara jego mogła się na coś przydać, więc spojrzał na Danvelda prawie z wdzięcznością i 
odpowiedział: 
 
– Bóg ci zapłać, komturze! 
– Poznaj rycerzy Chrystusa – rzekł Danveld. 
A na to Jurand: 
– Jużci z niego wszelkie miłosierdzie! Ale żem też dziecka kęs czasu nie oglądał, pozwólże 
mi dziewkę obaczyć i pobłogosławić. 
– Ba, i nie inaczej jak wobec nas wszystkich, aby zaś byli świadkowie naszej wiary i łaski. 
To rzekłszy kazał przybocznemu giermkowi sprowadzić Danusię, sam zaś zbliżył się do 
von Löwego, Rotgiera i Gotfryda, którzy otoczywszy go poczęli szybką i żywą rozmowę. 
 
– Nie przeciwię się, lubo nie takiś miał zamiar – mówił stary Zygfryd. 
A gorący, słynny z męstwa i okrucieństwa Rotgier mówił: 
– Jak to? nie tylko dziewkę, ale i tego diabelskiego psa wypuścisz, aby znów kąsał? 
– Nie tak ci jeszcze będzie kąsał! – zawołał Gotfryd. 
– Ba!... zapłaci okup! – odparł niedbale Danveld. 
– Choćby wszystko oddał, w rok dwa razy tyle złupi. 
– Nie przeciwię się 
co do dziewki – powtórzył Zygfryd – ale na tego wilka nieraz jeszcze 
owieczki zakonne zapłaczą. 
– A nasze słowo? – spytał uśmiechając się Danveld. 
– Inaczej mówiłeś.... 
Danveld wzruszył ramionami. 
– Mało wam było uciechy? – spytał. – Chcecie więcej? 
Inni zaś otoczyli znów Juranda i w poczuciu chwały, która z uczciwego postępku Danvelda 
spadła na wszystkich ludzi zakonnych, poczęli mu się chełpić do oczu: 
 
– A co, łamignacie! – mówił kapitan zamkowych łuczników – nie tak by postąpili twoi pogańscy 
bracia z chrześcijańskim naszym rycerzem! 
– Krew zaś naszą toś pijał? 
– A my ci za kamień chlebem... 
Ale Jurand nie uważał już ni na pychę, ni na pogardę, która była w ich słowach: serce miał 
wezbrane a rzęsy wilgotne. Myślał, że oto za chwilę zobaczy Danusię i że zobaczy ją istotnie 
z ich łaski, więc spoglądał na mówiących prawie ze skruchą i wreszcie odrzekł: 
 
– Prawda! prawda! bywałem wam ciężki, ale... nie zdradliwy. 
Wtem w drugim końcu sali jakiś głos krzyknął nagle: „Wiodą dziewkę!” – i naraz w całej 
sali uczyniło się milczenie. Żołnierze rozstąpili się na obie strony, gdyż jakkolwiek żaden z 
 

 
 

nich nie widział dotąd Jurandówny, a większa ich część z powodu tajemniczości, którą Danveld 
otaczał swe uczynki, nie wiedziała nic o jej pobycie w zamku, jednakże ci, którzy wiedzieli, 
zdążyli już teraz szepnąć 
innym o przecudnej jej urodzie. Wszystkie więc oczy skierowały 
się z nadzwyczajną ciekawością na drzwi, przez które miała się ukazać. 
 
Tymczasem naprzód ukazał się giermek, za nim znana wszystkim służka zakonna, ta sama, 
która jeździła do leśnego dworca, za nią zaś weszła przybrana biało dziewczyna, z rozpuszczonymi 
włosami przewiązanymi wstążką na czole. 
 
I nagle w całej sali rozległ się na kształt grzmotu jeden ogromny wybuch śmiechu. Jurand, 
który w pierwszej chwili skoczył był ku córce, cofnął się nagle i stał blady jak płótno, spoglądając 
ze zdumieniem na spiczastą głowę, na sine usta i na nieprzytomne oczy niedojdy, którą 
mu oddawano jako Danusię. 
 
– To nie moja córka! – rzekł trwożnym głosem. 
– Nie twoja córka? – zawołał Danveld. – Na świętego Liboriusza z Padebornu! To albośmy 
nie twoją zbójom odbili, albo ci ją jakiś czarownik zmienił, bo innej nie masz w Szczytnie. 
Stary Zygfryd, Rotgier i Gotfryd zamienili z sobą szybkie spojrzenia, pełne największego 
podziwu nad przebiegłością Danvelda, ale żaden z nich nie miał czasu odezwać się, gdyż Jurand 
począł wołać okropnym głosem: 
 
– Jest! jest w Szczytnie! Słyszałem, jako śpiewała, słyszałem głos mojego dziecka! 
Na to Danveld obrócił się do zebranych i rzekł spokojnie a dobitnie: 
– Biorę was tu obecnych na świadków, a szczególnie ciebie, Zygfrydzie z Insburka, i was, 
pobożni bracia, Rotgierze i Gotfrydzie, że wedle słowa i uczynionej obietnicy oddaję tę 
dziewkę, o której pobici przez nas zbójcy powiadali, jako jest córką Juranda ze Spychowa. 
Jeśli zaś nią 
nie jest – nie nasza w tym wina, ale raczej wola Pana naszego, który w ten sposób 
chciał wydać Juranda w nasze ręce. 
Zygfryd i dwaj młodsi bracia skłonili głowy na znak, że słyszą i będą w potrzebie świadczyli. 
Potem znów zmienili szybkie spojrzenia – gdyż było to więcej, niż sami mogli się spodziewać: 
schwytać Juranda, nie oddać mu córki, a jednak pozornie dotrzymać obietnicy, któż 
inny by to potrafił: 
 
Lecz Jurand rzucił się na kolana i począł zaklinać Danvelda na wszystkie relikwie w Malborgu, 
a potem na prochy i głowy rodziców, by oddał mu prawdziwe jego dziecko i nie postępował 
jako oszust i zdrajca łamiący przysięgi i obietnice. W głosie jego tyle było rozpaczy 
i prawdy, że niektórzy poczęli się domyślać podstępu, innym zaś przychodziło na myśl, że 
może naprawdę jaki czarownik odmienił postać dziewczyny. 
 
– Bóg patrzy na twoją zdradę! – wołał Jurand. – Na rany Zbawiciela! na godzinęśmierci 
twojej, oddaj mi dziecko! 
I wstawszy z klęczek szedł zgięty we dwoje ku Danveldowi, jakby chciał mu objąć kolana, 
i oczy błyszczały mu prawie szaleństwem, a głos łamał mu się na przemian bólem, trwogą, 
rozpaczą i groźbą. Danveld zaś słysząc wobec wszystkich zarzuty zdrady i oszustwa począł 
parskać nozdrzami, wreszcie gniew buchnął mu na twarz jak płomień, więc chcąc do reszty 
zdeptać nieszczęśnika posunął się również ku niemu i pochyliwszy się do jego ucha szepnął 
przez zaciśnięte zęby: 
 
– Jeślić ją oddam – to z moim bękartem... 
Lecz w tej samej chwili Jurand ryknął jak buhaj: obie jego dłonie chwyciły Danvelda i 
podniosły go w górę. W sali rozległ się przeraźliwy krzyk: „Oszczędźsmile” – po czym ciało 
komtura uderzyło z tak straszną siłą o kamienną podłogę, że mózg z roztrzaskanej czaszki 
obryzgał bliżej stojących Zygfryda i Rotgiera. 
 
Jurand skoczył ku bocznej ścianie, przy której stały zbroje, i porwawszy wielki dwuręczny 
miecz runął jak burza na skamieniałych z przerażenia Niemców. 
 

 
 

Byli to ludzie przywykli do bitew, rzezi i krwi, a jednak upadły w nich serca tak dalece, że 
nawet gdy odrętwienie minęło, poczęli się cofać i pierzchać, jak stado owiec pierzcha przed 
wilkiem, który jednym uderzeniem kłów zabija. Sala zabrzmiała okrzykami przerażenia, tupotem 
nóg ludzkich, brzękiem przewracanych naczyń, wyciem pachołków, rykiem niedźwiedzia, 
który wyrwawszy się z rąk skomorocha począł wdrapywać się na wysokie okno – i rozpaczliwym 
wołaniem o zbroje, o tarcze, o miecze i kusze. Zabłysła wreszcie broń i kilkadziesiąt 
ostrzy skierowało się ku Jurandowi, lecz on niebaczny na nic, na wpół obłąkany, sam 
skoczył 
ku nim i rozpoczęła się walka dzika, niesłychana, podobniejsza do rzezi niż do orężnej 
rozprawy. Młody i zapalczywy brat Gotfryd pierwszy zastąpił drogę Jurandowi, lecz ów 
odwalił mu błyskawicą miecza głowę wraz z ręką i łopatką; za czym padł z jego ręki kapitan 
łuczników i ekonom zamkowy von Bracht i Anglik Hugues, który choć nie bardzo rozumiał, 
 
o co chodzi, litował się jednak nad Jurandem i jego męką, a wydobył oręż dopiero po zabiciu 
Danvelda. Inni widząc straszliwą siłę i rozpętanie męża zbili się w kupę, by razem stawić 
opór, ale sposób ten gorszą jeszcze sprowadził klęskę, gdyż on z włosem zjeżonym na głowie, 
z obłąkanymi oczyma, cały oblany krwią i krwią dyszący, rozhukany, zapamiętały, łamał, 
rozrywał i rozcinał strasznymi cięciami miecza tę zbitą ciżbę, waląc ludzi na podłogę spluskaną 
posoką, jak burza wali krze i drzewa. I przyszła znów chwila okropnej trwogi, w której 
zdawało się, że ten straszny Mazur sam jeden wytnie i wymorduje tych wszystkich ludzi i że 
równie jak wrzaskliwa psiarnia nie może bez pomocy strzelców pokonać srogiego odyńca, tak 
i ci zbrojni Niemcy do tego stopnia nie mogą się zrównać z jego potęgą i wściekłością, że 
walka z nim jest tylko dla nich śmiercią i zgubą. 
– Rozproszyć się! otoczyć 
go! z tyłu razić! – krzyknął stary Zygfryd de Löwe. 
Więc rozbiegli się po sali, jak rozprasza się stado szpaków na polu, na które runie z góry 
jastrząb krzywodzioby, lecz nie mogli go otoczyć, albowiem w szale bojowym zamiast szukać 
miejsca do obrony, począł ich gonić wokółścian i kogo dognał – ten marł jakby rażony 
gromem. Upokorzenia, rozpacz, zawiedziona nadzieja, zmienione w jedną 
żądzę krwi, zdawały 
się mnożyć w dziesięcioro jego okrutną przyrodzoną siłę. Mieczem, do którego najtężsi 
między Krzyżaki mocarze potrzebowali obu rąk, władał jak piórem, jedną. Nie szukałżycia, 
nie szukał ocalenia, nie szukał nawet zwycięstwa, szukał pomsty, i jako ogień albo jako rzeka, 
która zerwawszy tamy niszczy ślepo wszystko, co jej prądowi opór stawi, tak i on, straszliwy, 
zaślepiony niszczyciel – porywał, łamał, deptał, mordował i gasiłżywoty ludzkie. 
 
Nie mogli go razić przez plecy, gdyż z początku nie mogli go dognać, a przy tym pospolici 
żołdacy bali się zbliżać nawet z tyłu, rozumiejąc, że gdyby się obrócił, żadna moc ludzka nie 
wyrwie ich śmierci. Innych chwyciło zupełne przerażenie na myśl, że zwykły mąż nie mógłby 
sprawić tylu klęsk i że mają do czynienia z człowiekiem, któremu jakieś nadludzkie siły w 
pomoc przychodzą. 
 
Lecz stary Zygfryd, a z nim brat Rotgier wpadli na galerię, która biegła ponad wielkimi 
oknami sali, i poczęli nawoływać innych, aby chronili się za nimi, ci zaś czyniąc to skwapliwie, 
tak że na wąskich schodkach przepychali się wzajem, pragnąc jak najprędzej dostać się 
na górę i stamtąd razić mocarza, z którym wszelka walka wręcz okazywała się niepodobną. 
Wreszcie ostatni zatrzasnął drzwi prowadzące na chór i Jurand pozostał sam na dole. Z galerii 
ozwały się krzyki radości, tryumfu i wnet poczęły lecieć 
na rycerza dębowe ciężkie zydle, 
ławy i żelazne kuny od pochodni. Jeden z pocisków trafił gow czoło nad brwiami i zalał mu 
krwią twarz. Jednocześnie rozwarły się 
wielkie drzwi wchodowe i przywołani przez górne 
okna knechci wpadli hurmem do sali, zbrojni w dzidy, halabardy, topory, kusze, w ostrokoły, 
drągi, powrozy i we wszelką broń, jaką każdy mógł naprędce pochwycić. 
 
A szalony Jurand obtarł ręką krew z twarzy, aby nie ćmiła mu wzroku, zebrał się w sobie – 
i rzucił się na cały tłum. W sali rozległy się znów jęki, szczęk żelaza, zgrzyt zębów i przeraźliwe 
głosy mordowanych mężów. 
 

 
 

Rozdział 
drugi 
 
 
W tej samej sali wieczorem siedział za stołem stary Zygfryd de Löwe, który po wójcie Danveldzie 
objął tymczasem zarząd Szczytna, a obok niego brat Rotgier, rycerz de Bergow, 
dawny jeniec Juranda, i dwaj szlachetni młodzieńcy, nowicjusze, którzy wkrótce przywdziać 
mieli białe płaszcze. Wicher zimowy wył za oknami, wstrząsał ołowiane osady okien, chwiał 
płomieniem pochodni palących się w żelaznych kunach, a kiedy niekiedy wypychał z komina 
kłęby dymu na salę. Między braćmi, chociaż zebrali się na naradę, panowała cisza, albowiem 
czekali na słowo Zygfryda, ów zaś, wsparłszy łokcie na stole i splótłszy dłonie na siwej pochylonej 
głowie, siedział posępny, z twarzą w cieniu i z ponurymi myślami w duszy. 
 
– Nad czym mamy radzić? – spytał wreszcie brat Rotgier. 
Zygfryd podniósł głowę, popatrzył na mówiącego i zbudziwszy się z zamyślenia rzekł: 
– Nad klęską, nad tym, co powie mistrz i kapituła, i nad tym, by z naszych uczynków nie 
wynikła szkoda dla Zakonu. 
Po czym umilkł znów, lecz po chwili rozejrzał się naokół i poruszył nozdrzami: 
 
– Tu czuć jeszcze krew. 
– Nie, komturze – odpowiedział Rotgier – kazałem zmyć podłogę i wykadzić siarką. Tu 
czuć siarkę. 
A Zygfryd spojrzał dziwnym wzrokiem po obecnych i rzekł: 
 
– Zmiłuj się, Duchu Światłości, nad duszą brata Danvelda i brata Gotfryda! 
Oni zaś zrozumieli, że wzywał miłosierdzia boskiego nad tymi duszami i że wzywał dlatego, 
iż po wzmiance o siarce przyszło mu na myśl piekło, więc dreszcz przebiegł im przez kości 
i odrzekli wszyscy naraz: 
 
– Amen! amen! amen! 
Przez chwilę znów było słychać wycie wiatru i drganie osad okiennych. 
– Gdzie ciało komtura i brata Gotfryda? – spytał starzec. 
– W kaplicy; księża śpiewają nad nimi litanie. 
– W trumnach już? 
– W trumnach, jeno komtur głowę ma zakrytą, bo i czaszka, i twarz zmiażdżone. 
– Gdzie inne trupy? i ranni? 
– Trupy na śniegu, aby zesztywniały, zanim porobią trumny, a ranni opatrzeni już w szpitalu. 
Zygfryd splótł powtórnie dłonie nad głową: 
 
– I to jeden człowiek uczynił!... Duchu Światłości, miej w swojej pieczy Zakon, gdy przyjdzie 
do wielkiej wojny z tym wilczym plemieniem! 
Na to Rotgier podniósł wzrok w górę, jakby coś sobie przypominając, i rzekł: 
 
– Słyszałem pod Wilnem, jako wójt sambijski mówił bratu swemu, mistrzowi: „Jeśli nie 
uczynisz wielkiej wojny i nie wytracisz ich tak, aby i imię nie zostało – tedy biada nam i naszemu 
narodowi”. 
– Daj Bóg takową wojnę i spotkanie z nimi! – rzekł jeden ze szlachetnych nowicjuszów. 
10 
 
 

Zygfryd spojrzał na niego przeciągle, jak gdyby miał ochotę powiedzieć: „Mogłeś dziś 
spotkać się z jednym z nich” – lecz widząc drobną i młodą postać nowicjusza, a może wspomniawszy, 
że i sam, choć sławion z odwagi, nie chciał iść na pewną zgubę, zaniechał wymówki 
i zapytał: 
 
– Który z was widział Juranda? 
– Ja – odrzekł de Bergow. 
– Żyje? 
– Żyje, leży w tej samej sieci, w którąśmy go zaplątali. Gdy się ocknął, chcieli go knechci 
dobić, ale kapelan nie pozwolił. 
– Dobić nie można. Człek to znaczny między swymi i byłby krzyk okrutny – odparł Zygfryd. 
– Niepodobna też będzie ukryć tego, co zaszło, gdyż zbyt wielu było świadków. 
– Jako więc mamy mówić i co czynić? – spytał Rotgier. 
Zygfryd zamyślił się i wreszcie tak rzekł: 
– Wy, szlachetny grafie de Bergow, jedźcie do Malborga do mistrza. Jęczeliście w niewoli 
u Juranda i jesteście gościem Zakonu, więc jako gościowi, który niekoniecznie potrzebuje 
mówić na stronę zakonników, tym snadniej wam uwierzą. Mówcie przeto, coście widzieli, że 
Danveld odbiwszy pogranicznym łotrzykom jakowąś dziewczynę i myśląc, że to dziewka 
Jurandowa, dał znać o tym Jurandowi, któren też przybył do Szczytna i... co się dalej stało – 
sami wiecie... 
– Wybaczcie, pobożny komturze – rzekł de Bergow. – Ciężką niewolę znosiłem w Spychowie 
i jako gość wasz rad bym zawsze świadczył za wami, ale dla pokoju sumienia mego 
powiedzcie mi: zali nie było prawdziwej Jurandówny w Szczytnie i zali nie zdrada Danvelda 
doprowadziła do szału strasznego jej rodzica? 
Zygfryd de Löwe zawahał się przez chwilę z odpowiedzią; w naturze jego leżała głęboka 
nienawiść do polskiego plemienia, leżało okrucieństwo, którym nawet Danvelda przewyższał, 
i drapieżność, gdy chodziło o Zakon, i pycha, i chciwość, ale nie było w nim zamiłowania do 
niskich wykrętów. Największą też goryczą i zgryzotążycia jego było, że w ostatnich czasach 
sprawy zakonne przez niekarność i swawolę ułożyły się 
w ten sposób, że wykręty stały się 
jednym z najwalniejszych i nieodzownych jużśrodków zakonnego życia. Przeto pytanie de 
Bergowa poruszyło w nim tę najboleśniejszą stronę duszy i dopiero po długiej chwili milczenia 
rzekł: 
 
– Danveld stoi przed Bogiem i Bóg go sądzi, a wy, grafie, jeśli was zapytają o domysły, 
tedy mówcie, co chcecie: jeśli zasie o to, co widziały oczy wasze, tedy powiedzcie, iż splątaliśmy 
siecią wściekłego męża, widzieliście dziewięciu trupów, prócz rannych na tej podłodze, a 
między nimi trup Danvelda, brata Gotfryda, von Brachta i Huga, i dwóch szlachetnych młodzianów... 
Boże, daj im wieczny odpoczynek. Amen! 
– Amen! amen! – powtórzyli znów nowicjusze. 
– I mówcie także – dodał Zygfryd – że jakkolwiek Danveld chciał przycisnąć nieprzyjaciela 
Zakonu, nikt tu jednak pierwszy miecza na Juranda nie wydobył. 
– Będę mówił jeno to, co widziały oczy moje – odrzekł de Bergow. 
– Przed północą zaś bądźcie w kaplicy, gdzie i my przyjdziemy modlić się za dusze zmarłych 
– odpowiedział Zygfryd. 
I wyciągnął do niego rękę, zarazem na znak podzięki i pożegnania, albowiem pragnął do 
dalszej narady pozostać tylko z bratem Rotgierem, którego miłował jak źrenicę oka i jak tylko 
ojciec mógł miłować 
jedynego syna. W Zakonie czyniono nawet z powodu tej niezmiernej 
miłości różne przypuszczenia, ale nikt nic dobrze nie wiedział, zwłaszcza że rycerz, którego 
Rotgier uważał za ojca, żył jeszcze na swym zameczku w Niemczech i nie wypierał się tego 
syna nigdy. 
 
11 
 
 

Jakoż po odejściu Bergowa Zygfryd wyprawił również i dwóch nowicjuszów pod pozorem, 
aby dopilnowali roboty trumien dla pobitych przez Juranda prostych knechtów, a gdy 
drzwi zamknęły się za nimi, zwrócił siężywo do Rotgiera i rzekł: 
 
– Słuchaj, coć powiem: jedna jest tylko rada, aby żadna żywa dusza nie dowiedziała się 
nigdy, że prawdziwa Jurandówna była u nas. 
– Nie będzie to trudno – odrzekł Rotgier – gdyż o tym, że ona tu jest, nie wiedział nikt 
prócz Danvelda, Gotfryda, nas dwóch i tej służki zakonnej, która jej dozoruje. Ludzi, którzy 
ją przywieźli z leśnego dworca, kazał Danveld popoić i powiesić. Byli tacy w załodze, którzy 
się czegoś domyślali, ale tym pomieszała w głowie owa niedojda i sami nie wiedzą teraz, czy 
stała się pomyłka z naszej strony, czy też jakiś czarownik naprawdę przemienił Jurandównę. 
– To dobrze – rzekł Zygfryd. 
– Ja zaś myślałem, szlachetny komturze, czyby, ponieważ Danveld nie żyje, nie zwalić na 
niego całej winy. 
– I przyznać się przed całym światem, żeśmy w czasie pokoju i układów z księciem mazowieckim 
porwali z jego dworu wychowankę księżny i ulubioną jej dwórkę? Nie, to nie może 
być!... Na dworze widziano nas razem z Danveldem i wielki szpitalnik, jego krewny, wie, 
iżeśmy przedsiębrali zawsze wszystko razem... Gdy oskarżym Danvelda, zechce się mścić za 
jego pamięć... 
– Radźmy nad tym – rzekł Rotgier. 
– Radźmy i znajdźmy dobrą radę, bo inaczej biada nam! Gdyby Jurandównę oddać, to ona 
sama powie, żeśmy nie od zbójów ją odebrali, jeno że ludzie, którzy ją pochwycili, zawiedli 
ją wprost do Szczytna. 
– Tak jest. 
– I nie tylko o odpowiedzialność mi chodzi. Będzie się książę skarżył królowi polskiemu i 
wysłańcy ich nie omieszkają krzyczeć na wszystkich dworach na nasze gwałty, na naszą 
zdradę, na naszą zbrodnię. Ile może być z tego szkody dla Zakonu! Sam mistrz, gdyby wiedział 
prawdę, powinien rozkazać nam ukryć tę dziewkę. 
– A czy i tak, gdy ona przepadnie, nie będą oskarżać nas? – zapytał Rotgier. 
– Nie! Brat Danveld był człowiekiem przebiegłym. Czy pamiętasz, że postawił warunek 
Jurandowi, aby nie tylko sam stawił się w Szczytnie, ale by przedtem ogłosił i do księcia napisał, 
iż jedzie córkę od zbójów wykupywać i wie, że nie ma jej u nas. 
– Prawda, ale jakże usprawiedliwim w takim razie to, co stało się w Szczytnie? 
– Powiemy, iż wiedząc, że Jurand szuka dziecka, a odjąwszy zbójom jakowąś dziewkę, 
która nie umiała powiedzieć, kto jest, daliśmy znać o tym Jurandowi myśląc, że to być może 
jego córka, ów zaś przybywszy wpadł 
na widok tej dziewki w szaleństwo i opętan przez złego 
ducha rozlał tyle krwi niewinnej, że i niejedna potyczka więcej nie kosztuje. 
– Zaprawdę – odrzekł Rotgier – mówi przez was rozum i doświadczenie wieku. Złe 
uczynki Danvelda, choćbyśmy na niego tylko winę zwalili, zawsze by poszły na karb Zakonu, 
zatem na karb nas wszystkich, kapituły i samego mistrza; tak zaś wykaże się nasza niewinność, 
wszystko zaś spadnie na Juranda, na złość polską i związki ich z piekielnymi mocami... 
– I niech nas sądzi wówczas, kto chce: papież czy cesarz rzymski! 
– Tak. 
Nastała chwila milczenia, po czym brat Rotgier spytał: 
– Więc co uczynim z Jurandówną? 
– Radźmy. 
– Dajcie ją mnie. 
A Zygfryd popatrzył na niego i odpowiedział: 
– Nie! Słuchaj, młody bracie! Gdy chodzi o Zakon, nie folgujcie mężowi ni niewieście, ale 
nie folgujcie i sobie. Danvelda dosięgła ręka Boża, bo nie tylko chciał pomścić krzywdy Zakonu, 
ale i własnym chuciom dogodzić. 
12 
 
 

– Źle mnie sądzicie! – rzekł Rotgier. 
– Nie folgujcie sobie – przerwał mu Zygfryd – bo zniewieścieją w was ciała i dusze, i kolano 
tamtego twardego plemienia przyciśnie kiedyś pierś waszą tak, iż nie powstaniecie więcej. 
I po raz trzeci wsparł posępną głowę na ręku, ale widocznie rozmawiał tylko z własnym 
sumieniem i o sobie tylko myślał, gdyż po chwili rzekł: 
 
– I na mnie dużo ciąży krwi ludzkiej, dużo bólu, dużo łez... I ja, gdy chodziło o Zakon i 
gdym widział, że samą siłą nie wskóram, nie wahałem się szukać innych dróg; ale gdy stanę 
przed tym Panem, którego czczę i miłuję, rzeknę mu: „To uczyniłem dla Zakonu, a dla siebie 
– wybrałem jeno cierpienie”. 
Po czym chwycił rękoma skronie, a głowę i oczy podniósł w górę i zawołał: 
– Wyrzeczcie się rozkoszy i rozpusty, zatwardzijcie wasze ciała i serca, gdyż oto widzę 
białość orłowych piór na powietrzu i szpony orła, czerwone od krwi krzyżackiej... 
Dalsze słowa przerwało mu uderzenie wichru tak straszne, że jedno okno w górze nad galerią 
otworzyło się z trzaskiem, a cała sala napełniła się wyciem i poświstem zawiei oraz płatkami 
śniegu. 
 
– W imię Ducha Światłości! Zła ta noc – rzekł stary Krzyżak. 
– Noc mocy nieczystych – odrzekł 
Rotgier. – Ale dlaczego, panie, zamiast: w imię Boga, 
mówicie: „w imię Ducha Światłości”? 
– Duch Światłości to Bóg – odparł starzec, po czym jakby chcąc odwrócić rozmowę spytał: 
– A przy ciele Danvelda są księża? 
– Są... 
– Boże, bądź mu miłościw! 
I umilkli obaj, po czym Rotgier przywołał pachołków, którym rozkazał zamknąć okno i 
objaśnić pochodnie, a gdy poszli precz, znów zapytał: 
 
– Co uczynicie z Jurandówną? Weźmiecie ją stąd do Insburka? 
– Wezmę ją do Insburka i uczynię z nią to, czego dobro Zakonu wymagać będzie. 
– Ja zasię co mam czynić? 
– Masz-li w duszy odwagę? 
– Cóżem takiego uczynił, abyście mieli o tym wątpić? 
– Nie wątpię, bo cię znam, a za twoje męstwo miłuję cię więcej niż kogokolwiek na świecie. 
Tedy jedź na dwór księcia mazowieckiego i opowiedz mu wszystko, co się tu stało, tak 
jakeśmy między sobą ułożyli. 
– Mogęż się na pewną zgubę narażać? 
– Jeśli twa zguba wyjdzie na chwałę Krzyża i Zakonu, to powinieneś. Ale nie! Nie czeka 
cię zguba. Oni gościowi krzywdy nie czynią: chybaby cię kto chciał pozwać, jako uczynił ów 
młody rycerz, który nas wszystkich pozwał... On lub kto inny, lecz to przecie niestraszne... 
– Daj to Bóg! mogą mnie jednak chwycić i do podziemi wtrącić. 
– Nie uczynią tego. Pamiętaj, że jest list Jurandowy do księcia, a ty pojedziesz prócz tego 
skarżyć na Juranda. Opowiesz wiernie, co uczynił w Szczytnie, i muszą ci uwierzyć... Oto 
pierwsi daliśmy mu znać, że jest jakaś dziewka, pierwsi zaprosiliśmy go, by przybył i obaczył 
ją, a on przyjechał, oszalał, komtura zabił, ludzi nam powytracał. Tak będziesz mówił, a oni 
cóż ci na to powiedzą? Jużci śmierć Danvelda rozgłosi się po całym Mazowszu. Wobec tego 
zaniechają skarg. Jurandówny będą oczywiście szukali, ale skoro sam Jurand pisał, że nie u 
nas jest, więc nie na nas padnie posąd. Trzeba nadrobić odwagą i pozamykać im paszczęki, bo 
i to także pomyślą, że gdybyśmy byli winni, nikt z nas nie odważyłby się przyjechać. 
– Prawda. Po pogrzebie Danvelda wyruszę zaraz w drogę. 
13 
 
 

– Niech cię Bóg błogosławi, synaczku! Gdy wszystko uczynim jak należy, tedy nie tylko 
nie zatrzymają cię, ale się muszą wyprzeć Juranda, abyśmy zaś 
nie mogli rzec: Oto jak oni z 
nami postępują! 
– I tak trzeba się będzie skarżyć na wszystkich dworach. 
– Wielki szpitalnik dopilnuje tego i dla dobra Zakonu, i jako krewny Danvelda. 
– Ba, ale gdyby ten diabeł spychowski wyżył i odzyskał wolność... 
A Zygfryd począł patrzeć posępnie przed siebie, następnie zaś odpowiedział z wolna i dobitnie: 
 
 
– Choćby odzyskał wolność, nigdy on nie wypowie jednego słowa skargi na Zakon. 
Po czym jął jeszcze nauczać Rotgiera, co ma mówić i czego żądać ma mazowieckim dworze. 
 
 
14 
 
 

Rozdział 
trzeci 
 
 
Wieść o zajściu w Szczytnie przybyła jednak do Warszawy przed bratem Rotgierem i 
wzbudziła tam zdumienie i niepokój. Ani sam książę, ani nikt z dworu nie mógł zrozumieć, 
co zaszło. Przed niedawnym czasem, właśnie gdy Mikołaj z Długolasu miał jechać do Malborga 
z listem księcia, w którym tenże skarżył się gorzko na porwanie przez niesfornych pogranicznych 
komturów Danusi i niemal groźnie upominał się o niezwłoczne jej oddanie, 
przyszedł list od dziedzica ze Spychowa oznajmiający, że córka jego pochwycona została nie 
przez Krzyżaków, ale przez zwyczajnych zbójów nadgranicznych, i że wkrótce będzie za 
okup uwolniona. Wskutek tego poseł nie pojechał, nikomu bowiem ani przez głowę nie przeszło, 
żeby Krzyżacy wymogli takie pismo na Jurandzie pod groźbąśmierci dziecka. Trudno 
było i tak zrozumieć, co zaszło, gdyż warchołowie pograniczni, tak poddani księcia jak i Zakonu, 
czynili wzajemne na się napady latem, nie zaś zimą, gdy śniegi zdradzały ich ślady. 
Napadali też zwykle kupców albo dopuszczali się grabieży po wioskach, chwytając ludzi i 
zagarniając ich stada, by jednak ośmielili się zahaczyć samego księcia i porwać jego wychowankę, 
a przy tym córkę potężnego i wzbudzającego powszechną obawę rycerza, to zdawało 
się przechodzić wprost wiarę ludzką. Na to jednak, jak również na inne wątpliwości, był odpowiedzią 
list Juranda z jego własną pieczęcią i przywieziony tym razem przez człowieka, o 
którym wiedziano, że pochodzi ze Spychowa; wobec czego wszelkie podejrzenia stały się 
niemożliwe, książę tylko wpadł 
w gniew, w którym go dawno nie widziano, i nakazał pościg 
opryszków na całej granicy swego księstwa wezwawszy zarazem księcia płockiego, aby 
uczynił również to samo i również nie szczędził kar na zuchwalców. 
 
A wówczas właśnie przyszła wieść o tym, co zdarzyło się w Szczytnie. 
 
I przechodząc z ust do ust przyszła powiększona dziesięciokrotnie. Opowiadano, iż Jurand 
przybywszy samosześć do zamku wpadł przez otwarte bramy i uczynił w nim rzeź taką, iż z 
załogi mało kto pozostał, że musiano posyłać po ratunek do pobliskich zamków, zwoływać 
rycerstwo i zbrojne zastępy ludu pieszego, które dopiero po dwóch dniach oblężenia zdołały 
wedrzeć się na powrót do zamku i tam zgładzić Juranda zarówno jak jego towarzyszów. Mówiono 
też, że wojska owe wejdą 
prawdopodobnie teraz w granice i że wielka wojna niechybnie 
się rozpocznie. Książę, który wiedział, jak wiele zależy wielkiemu mistrzowi na tym, by 
na wypadek wojny z królem polskim siły obu księstw mazowieckich pozostały na stronie, nie 
wierzył tym wieściom, albowiem nietajnym mu było, że gdyby Krzyżacy rozpoczęli wojnę z 
nim lub z Ziemowitem płockim, żadna siła ludzka nie powstrzyma Polaków z Królestwa, 
mistrz zaś obawiał się tej wojny. Wiedział, że musi przyjść, ale pragnął ją odwlec, raz dlatego, 
że był pokojowego ducha, a po wtóre dlatego, że aby zmierzyć się z potęgą Jagiełły, trzeba 
było przygotować siłę, jakiej nigdy dotychczas Zakon nie wystawił i zarazem zapewnić 
sobie pomoc książąt i rycerstwa nie tylko w Niemczech, ale na całym Zachodzie. 
 
Nie obawiał się więc książę wojny, chciał jednak wiedzieć, co się stało, co ma naprawdę 
myśleć o zajściu w Szczytnie, o zniknięciu Danusi i o tych wszystkich wieściach, które przy
 
 
15 
 
 

chodziły znad granicy, więc też, jakkolwiek nie cierpiał Krzyżaków, rad był, gdy pewnego 
wieczora kapitan łuczników doniósł mu, że przyjechał rycerz zakonny i prosi o posłuchanie. 
 
Przyjął 
go jednak wyniośle i jakkolwiek natychmiast poznał, że to jest jeden z braci, którzy 
byli w leśnym dworcu, udał, że go sobie nie przypomina, i zapytał, kto jest, skąd przybywa i 
co go do Warszawy sprowadza. 
 
– Jestem brat Rotgier – odpowiedział Krzyżak – i przed niedawnym czasem miałem zaszczyt 
pochylić się do kolan waszej książęcej miłości. 
– Czemu zaś bratem będąc nie masz na sobie zakonnych znamion? 
Rycerz począł tłumaczyć się, że białego płaszcza z krzyżem nie przywdział tylko dlatego, 
iż gdyby to był uczynił, niechybnie byłby pojman lub zabit przez mazowieckie rycerstwo: 
wszędzie na całym świecie, we wszystkich królestwach i księstwach, znak krzyża na płaszczu 
ochrania, zjednywa życzliwość i gościnność ludzką, i tylko w jednym księstwie mazowieckim 
krzyż na pewną zgubę naraża człowieka, który go nosi. 
 
Lecz książę przerwał mu gniewnie: 
 
– Nie krzyż – rzekł – bo krzyż i my całujem, jeno wasza niecnota... A jeśli was gdzie indziej 
lepiej przyjmują, to dlatego, że was mniej znają. 
Po czym widząc, że rycerz stropił się bardzo tymi słowy, zapytał: 
 
– Byłeś w Szczytnie, albo-li wiesz, co się tam stało? 
– Byłem w Szczytnie i wiem, co się tam stało – odrzekł Rotgier – a przybywam tu nie jako 
czyjś wysłannik, ale z tej jeno przyczyny, że doświadczony i świątobliwy komtur z Insburka 
rzekł mi: Nasz mistrz miłuje pobożnego księcia i ufa w jego sprawiedliwość, więc gdy ja pośpieszę 
do Malborga, ty jedź 
na Mazowsze i przedstaw naszą krzywdę, nasze pohańbienie, 
naszą niedolę. Jużci nie pochwali sprawiedliwy Pan gwałciciela pokoju i srogiego napastnika, 
który rozlał tyle krwi chrześcijańskiej, jakby nie Chrystusa, ale szatana był sługą. 
I tu począł opowiadać wszystko, co stało się w Szczytnie: jako Jurand przez nich samych 
wezwany, aby zobaczył, czy dziewczyna, którą zbójom odjęli, nie jest jego córką, zamiast 
wdzięcznością się wypłacić wpadł w szał; jak zabił 
Danvelda, brata Gotfryda, Anglika Huga, 
von Brachta i dwóch szlachetnych giermków, nie licząc knechtów; jak oni, pomni na przykazania 
boskie, nie chcąc zabijać musieli w końcu wplątać siecią strasznego męża, który wówczas 
przeciw sobie samemu podniósł broń i poranił się 
okrutnie; jak wreszcie nie tylko w 
zamku, ale i w mieście byli ludzie, którzy wśród wichury zimowej słyszeli podczas nocy po 
walce straszliwe jakieśśmiechy i głosy wołające w powietrzu: „Nasz Jurand! krzywdziciel 
Krzyża! rozlewca krwi niewinnej! Nasz Jurand!” 
 
I całe opowiadanie, a zwłaszcza ostatnie słowa Krzyżaka wielkie uczyniły wrażenie na 
wszystkich obecnych. Zdjął ich po prostu strach, czy istotnie Jurand nie wezwał w pomoc sił 
nieczystych – i zapadło głuche milczenie. Lecz księżna, która była obecna przy posłuchaniu i 
która kochając Danusię nosiła w sercu nieutulony żal po niej, zwróciła się z niespodzianym 
pytaniem do Rotgiera: 
 
– Mówicie, rycerzu – rzekła – że odbiwszy dziewczynę-niedojdę, myśleliście, iż to Jurandowa 
córka, i dlatego wezwaliście go do Szczytna? 
– Tak, miłościwa pani – odrzekł Rotgier. 
– A jakożeście mogli to myśleć, skoroście w leśnym dworze widzieli przy mnie prawdziwą 
Jurandównę? 
Na to brat Rotgier zmieszał się, gdyż nie był przygotowany na podobne pytanie. Książę 
powstał i utkwił surowy wzrok w Krzyżaku, zaś Mikołaj z Długolasu, Mrokota z Mocarzewa, 
Jaśko z Jagielnicy i inni rycerze mazowieccy przyskoczyli zaraz do mnicha pytając na przemian 
groźnymi głosami: 
 
– Jakożeście mogli to myśleć? Mów, Niemcze! Jako to być mogło? 
A brat Rotgier ochłonął i rzekł: 
16 
 
 

– My, zakonnicy, nie podnosim oczu na niewiasty. Było w leśnym dworze przy miłościwej 
księżnie dwórek niemało, ale która była między nimi Jurandówna, nikt z nas nie wiedział. 
– Danveld wiedział – ozwał się Mikołaj z Długolasu. – Gadał ci z nią nawet na łowach. 
– Danveld stoi przed Bogiem – odparł Rotgier – i powiem o nim jeno to, że nazajutrz znaleziono 
rozkwitłe róże na jego trumnie, których, jako w czasie zimowym, nie mogła położyć 
ręka ludzka. 
Znów nastało milczenie. 
 
– Skąd wiedzieliście o porwaniu Jurandówny? – zapytał książę. 
– Sama bezbożność i zuchwalstwo uczynku zrobiły go rozgłośnym tu i u nas. Więc dowiedziawszy 
się o tym daliśmy na msze dziękczynne, że jeno zwykła dwórka, a niektóre z rodzonych 
dzieci waszych miłości było porwane z leśnego dworca. 
– Ale to mi zawsze dziwno, żeście mogli niedojdę poczytać za córkę Juranda. 
Na to brat Rotgier: 
– Danveld mówił tak: „Często szatan zdradza swych sług, więc może odmienił Jurandównę.” 
– Zbóje wszelako nie mogli, jako prostacy, podrobić pisma Kalebowego i pieczęci Juranda. 
Któż mógł to uczynić? 
– Zły duch. 
I znów nikt nie umiał znaleźć odpowiedzi. 
Rotgier zaś począł patrzyć pilnie w oczy księciu i rzekł: 
– Zaiste, są 
mi jako miecze w piersi te pytania, albowiem posąd w nich tkwi i podejrzenie. 
Ale ja, ufny w sprawiedliwość Bożą i w moc prawdy, pytam waszą książęcą mość: zali sam 
Jurand posądzał nas o ten uczynek, a jeśli posądzał, to czemu, zanim wezwaliśmy go do 
Szczytna, szukał na całym pograniczu zbójów, aby od nich córkę wykupić? 
– Jużci... prawda! – rzekł książę. – Choćbyś co ukrył przed ludźmi, nie ukryjesz przed Bogiem. 
Posądzał was w pierwszej chwili, ale potem... potem myślał co innego. 
– Oto jak blask prawdy zwycięża ciemności! – rzekł Rotgier. 
I potoczył zwycięskim wzrokiem po sali, pomyślał bowiem, że w głowach krzyżackich 
więcej jest obrotności i rozumu niż w polskich i że to plemię zawsze będzie łupem i karmią 
Zakonu, równie jak mucha bywa łupem i karmią pająka. 
 
Więc porzuciwszy poprzednią układność przystąpił ku księciu i począł mówić głosem 
podniesionym i natarczywym: 
 
– Nagródź nam, panie, nasze straty, nasze krzywdy, nasze łzy i naszą krew! Twoim był ten 
piekielnik poddanym, więc w imię 
Boga, z którego władza królów i książąt wypływa, w imię 
sprawiedliwości i Krzyża, nagródź nam nasze krzywdy i krew! 
A książę popatrzył na niego w zdumieniu: 
 
– Na miły Bóg! – rzekł – czegóż ty chcesz? Jeśli Jurand wytoczył w szaleństwie waszą 
krew, zali ja mam za jego szaleństwa odpowiadać? 
– Twoim był, panie, poddanym – rzekł Krzyżak – w twoim księstwie leżą 
jego ziemie, jego 
wsie i jego gród, w którym więził sług Zakonu; niechaj więc chociaż ta majętność, niech 
chociaż te ziemie i ów bezbożny kasztel staną się odtąd własnością Zakonu. Zaprawdę nie 
będzie to godna zapłata za tę szlachetną krew przelaną! Zaprawdę nie wskrzesi ona zmarłych, 
ale może choć w części uspokoi gniew Boży i zetrze niesławę, która inaczej na całe księstwo 
spadnie. O, panie! Wszędzie posiada Zakon ziemie i zamki, które łaska i pobożność chrześcijańskich 
książąt mu nadała, jeno tu nie masz ni piędzi ziemi w jego władaniu. Niechże nasza 
krzywda, która o pomstę do Boga woła, choć tak nam się nagrodzi, abyśmy mogli powiedzieć, 
że i tu żywią ludzie mający w sercach bojaźń Bożą. 
Usłyszawszy to książę zdumiał się jeszcze więcej i dopiero po długiej chwili milczenia odrzekł: 
 
 
17 
 
 

– Rany boskie!... A wżdy, jeśli ten wasz Zakon tutaj siedzi, z czyjejże łaski, jeśli nie z łaski 
przodków moich? Małoż 
wam jeszcze tych krajów, ziem i miast, które do nas i do naszego 
kraju niegdyś należały, a które dzisiaj są wasze? Żyje przecie jeszcze dziewka Jurandowa, 
gdyż nikt nam o jej śmierci nie doniósł, wy zaś już 
chcecie sierocie wiano zagarnąć i sierocym 
chlebem wasze krzywdy sobie nagrodzić? 
– Panie, przyznajesz krzywdę – rzekł Rotgier – więc tak ją nagródź, jako ci twoje książęce 
sumienie i twoja sprawiedliwa dusza nakaże. 
I znowu rad był 
w sercu, gdyż myślał sobie: „Teraz nie tylko nie będą skarżyli, ale będą 
jeszcze uradzać, jakby samym ręce umyć i z tej sprawy się wykręcić. Nikt już nic nam nie 
zarzuci i sława nasza będzie jako biały płaszcz zakonny – bez skazy.” 
 
A wtem ozwał się niespodzianie głos starego Mikołaja z Długolasu: 
 
– Pomawiają was o chciwość i Bóg wie, czy-li nie słusznie, bo oto i w tej sprawie więcej 
wam o zysk niż o cześć Zakonu chodzi. 
A Krzyżak postąpił kilka kroków, podniósł dumnie głowę i mierząc ich wyniosłym wzrokiem, 
rzekł: 
 
– Nie przybywam tu jako poseł, jeno jako świadek sprawy i rycerz zakonny gotów czci 
Zakonu krwią własną do ostatniego tchnienia bronić!... Kto by tedy, wbrew temu, co mówił 
sam Jurand, śmiał 
Zakon o uczestnictwo w porwaniu onego córki posądzać – niechaj podniesie 
ten rycerski zakład i niechaj zda się na sąd Boży! 
To rzekłszy rzucił przed nich rycerską rękawicę, która upadła na podłogę, oni zaś stali w 
głuchym milczeniu, bo choć niejeden z nich rad by był wyszczerbić miecz na krzyżackim 
karku, jednakże bali się sądu Bożego. Nikomu nie było tajno, że Jurand wyraźnie oświadczył, 
iż nie rycerze zakonni porwali mu dziecko, każdy przeto w duszy myślał, że jest słuszność, a 
zatem będzie i zwycięstwo po stronie Rotgiera. 
 
Ów zaś uzuchwalił się tym bardziej i wsparłszy się 
w boki zapytał: 
 
– Jest-li taki, któren by podniósł tę rękawicę? 
A wtem jakiś rycerz, którego wejścia poprzednio nikt nie zauważył i który od niejakiego 
czasu słuchał przy drzwiach rozmowy, wystąpił na środek, podniósł rękawicę i rzekł: 
 
– Jam ci jest! 
I powiedziawszy to rzucił swoją prosto w twarz Rotgiera, po czym jął mówić głosem, który 
wśród powszechnego milczenia rozlegał się jak grzmot po sali: 
 
– Wobec Boga, wobec dostojnego księcia i wszystkiego zacnego rycerstwa tej ziemi mówię 
ci, Krzyżaku, że szczekasz jako pies przeciw sprawiedliwości a prawdzie – i pozywam 
cię w szranki na walkę pieszą alibo konną, na kopie, na topory, na krótkie alibo długie miecze 
– i nie na niewolę, jeno do ostatniego tchnienia, na śmierć! 
W sali można by było usłyszeć przelatującą muchę. Wszystkie oczy zwróciły się na Rotgiera 
i na wyzywającego rycerza, którego nikt nie poznał, albowiem na głowie miał hełm, 
wprawdzie bez przyłbicy, ale z kolistym okapem schodzącym niżej uszu, który zakrywał zupełnie 
górną część twarzy, na dolną zaś rzucał cień głęboki. Krzyżak nie mniej był zdumiony 
od wszystkich. Pomieszanie, bladość i wściekły gniew mignęły mu tak po twarzy, jak błyskawica 
miga po nocnym niebie. Schwycił dłoniąłosiową rękawicę, która obsunąwszy mu się 
z oblicza zahaczyła na końcu naramiennika, i zapytał? 
 
– Ktoś jest, który wyzywasz sprawiedliwość boską? 
A ów odpiął sprzączkę pod brodą, zdjął hełm, spod którego ukazała się jasna, młoda głowa, 
i rzekł: 
 
– Zbyszko z Bogdańca, mąż Jurandowej córki. 
Zdziwili się 
wszyscy i Rotgier wraz z innymi, gdyż nikt z nich prócz obojga księstwa, ojca 
Wyszońka i de Lorchego nie wiedział o ślubie Danusi, Krzyżacy zaś byli pewni, że prócz ojca 
nie ma Jurandówna innego przyrodzonego obrońcy, lecz w tej chwili wystąpił pan de Lorche i 
rzekł: 
 
18 
 
 

– Na moją rycerską cześć poświadczam prawdę słów jego; kto by zaśśmiał wątpić, oto 
moja rękojmia. 
Rotgier, który nie znał, co to trwoga, i w którym serce burzyło się w tej chwili gniewem, 
byłby może podniósł i tę rękawicę, ale wspomniawszy, że ten, który ją rzucił, był sam przez 
się możnym panem, a w dodatku, krewnym hrabiego Geldrii, powstrzymał się, uczynił zaś tak 
tym bardziej, że sam książę wstał i zmarszczywszy brwi rzekł: 
 
– Nie wolno tej rękojmi podnosić, albowiem i ja poświadczam, jako prawdę powiedział ów 
rycerz. 
Krzyżak usłyszawszy to skłonił się, po czym rzekł do Zbyszka: 
 
– Jeślić wola, to pieszo, w zamkniętych szrankach na topory. 
– Jam cię już i tak wprzód pozwał – odpowiedział Zbyszko. 
– Boże, daj zwycięstwo sprawiedliwości – zawołali mazowieccy rycerze. 
19 
 
 

Rozdział 
czwarty 
 
 
O Zbyszka niepokój był na całym dworze tak między rycerstwem, jak między niewiastami, 
gdyż 
lubiono go powszechnie, wobec zaś listu Juranda nikt nie wątpił, że słuszność jest po 
stronie Krzyżaka. Z drugiej strony wiedziano, że Rotgier jest jednym ze sławniejszych braci 
w Zakonie. Giermek van Krist rozpowiadał, może umyślnie, między mazowiecką szlachtą, że 
pan jego, nim został zbrojnym mnichem, zasiadał raz u stołu honorowego Krzyżaków, do 
którego to stołu dopuszczano tylko słynnych w świecie rycerzy, takich, którzy odbyli wyprawę 
do Ziemi Świętej albo też walczyli zwycięsko przeciw olbrzymom-smokom lub możnym 
czarnoksiężnikom. Słysząc takie opowiadania van Krista, a zarazem i chełpliwe zapewnienia, 
że pan jego nieraz potykał się z mizerykordią w jednej, a toporem lub mieczem w drugiej ręce, 
z pięciu naraz przeciwnikami, niepokoili się Mazurowie, i poniektóry mówił: „Hej, gdyby 
tu był Jurand, ten dałby i takim dwóm rady, jemu nigdy siężaden Niemiec nie odjął, ale młodziankowi 
gorze! gdyż tamten siłą, laty i ćwiczeniem góruje.” Więc inni żałowali, że nie podnieśli 
rękawicy, twierdząc, że gdyby nie owa wiadomość od Juranda, niechybnie byliby to 
uczynili... „Ale wyroku boskiego strach...” Wymieniano też przy sposobności i dla wzajemnej 
pociechy nazwiska mazowieckich i w ogóle polskich rycerzy, którzy bądź na dworskich 
igrzyskach, bądź goniąc na ostre, liczne nad zachodnimi rycerzami odnosili zwycięstwa, 
przede wszystkim zaś Zawiszę z Garbowa, z którym żaden rycerz w chrześcijaństwie mierzyć 
się nie mógł. Lecz byli i tacy, którzy co do Zbyszka mieli także dobrą nadzieję: „Nie ułomek 
ci to jest – mówili – i jakośwa słyszeli, godnie już raz Niemcom porozwalałłby na udeptanej 
ziemi.” Lecz szczególnie skrzepły się serca z powodu uczynku giermka Zbyszkowego, Czecha 
Hlawy, który w wigilię spotkania słysząc van Krista opowiadającego o niesłychanych 
zwycięstwach Rotgiera, a będąc młodzianem porywczym, chwycił tegoż van Krista za brodę, 
zadarł mu głowę i rzekł: „Jeślić nie wstyd łgać wobec ludzi, spójrz w górę, że to i Bóg cię 
słyszy!” I trzymał go tak przez tyle czasu, ile trzeba na zmówienie „Ojcze nasz”, zaś ów, 
wreszcie uwolnion, zaraz jął go wypytywać o ród i dowiedziawszy się, że pochodzi z włodyków, 
pozwał go także na topory. 
 
Ucieszyli się tedy tym postępkiem Mazurowie i znów niejeden mówił: „Juże tacy nie będą 
chramać na boisku i byle po ich stronie była prawda a Bóg, nie wyniosą zdrowych gnatów te 
krzyżackie macie.” Lecz właśnie Rotgier tak potrafił zasypać piaskiem oczy wszystkim, że 
wielu niepokoiło się o to, po której stronie prawda – i sam książę podzielał ten niepokój. 
 
Więc wieczorem przed bitką wezwał Zbyszka na rozmowę, przy której obecną była księżna, 
i zapytał: 
 
– Pewnyżeś, że Bóg będzie z tobą? Skąd wiesz, że oni chycili Danuśkę? Zali Jurand mówił 
ci co? Bo, ot, widzisz – tu jest list Jurandowy – pismo księdza Kaleba, a jego pieczęć, i w tym 
liście Jurand powiada, iż wie, że to nie Krzyżacy. Co on ci mówił? 
– Mówił, że to nie Krzyżacy. 
– Jakoże tedy możesz życie ważyć i na sąd boski stawać? 
A Zbyszko umilkł, tylko przez czas jakiś drgały mu szczęki i łzy zbierały się w oczach. 
20 
 
 

– Ja nic nie wiem, miłościwy panie – rzekł. – Wyjechaliśmy stąd razem z Jurandem i po 
drodze przyznałem mu się do ślubu. Począł wówczas narzekać, iże to może być krzywda Boża, 
ale gdym mu rzekł, że to wola Boża, uspokoił się – i przebaczył. Przez całą drogę mówił, 
że nikt inny nie porwał Danusi, jeno Krzyżacy, a potem już ja sam nie wiem, co się stało!... 
Do Spychowa przyjechała ta sama niewiasta, która przywiozła dla mnie jakoweś leki do leśnego 
dworu, a z nią jeszcze jeden wysłannik. Zamknęli się z Jurandem i uradzali. Co mówili, 
też nie wiem, jeno po onej rozmowie właśni słudzy nie mogli poznać Juranda, bo taki był, 
jakby go z truchły wyjęto. Powiedział nam: „Nie Krzyżacy”, ale Bergowa i co miał jeńców z 
podziemia puścił, Bóg wie dlaczego, sam zaś pojechał bez żadnego giermka ni sługi... Mówił, 
że jedzie do zbójów Danuśkę wykupić, a mnie przykazał czekać. Ano! – czekałem. Aż tu 
przychodzi wiadomość ze Szczytna, że Jurand namordował Niemców i sam legł! O, miłościwy 
panie! Już mnie parzyła spychowska ziemia i małom nie oszalał. Ludzi wsadziłem na koń, 
by pomścićśmierć Jurandową, a tu ksiądz Kaleb powiada: „Kasztelu nie weźmiesz, a wojny 
nie wszczynaj. Jedź do księcia, może tam co o Danuśce wiedzą.” Tom i przyjechał, i właśnie 
trafiłem, jako ów pies szczekał o krzyżackiej krzywdzie i Jurandowym szaleństwie... Jam, 
panie, podniósł jego rękawicę, bom go już przedtem pozwał, a chociaż 
nie wiem nic, to jedno 
wiem tylko, że to łgarze są 
piekielni – bez wstydu, bez czci i wiary! Patrzcie, miłościwi państwo! 
Toż oni zadżgali Fourcy’ego, a na mojego giermka chcieli zwalić ten uczynek. Na Boga! 
zadżgali go jak wołu, a potem do cię, panie, przyszli po pomstę i po zapłatę! Kto tedy 
przysięgnie, że nie nałgali i przedtem przed Jurandem, i teraz przed tobą, panie?... Nie wiem, 
nie wiem, gdzie Danuśka! alem go pozwał, bo choćby mi też i żywota stradać przyszło, wolej 
mi śmierć niżżywot bez mojego kochania, bez mojej najmilszej na świecie całym. 
To rzekłszy zerwał w uniesieniu pątlik z głowy, aż włosy rozsypały mu się po ramionach, i 
chwyciwszy je, począł szlochać ciężko. Księżna Anna Danuta, sama do głębi strapiona stratą 
Danusi i litując się nad jego bólem, położyła mu ręce na głowie i rzekła: 
 
– Boże cię wspomagaj, pociesz i błogosław! 
21 
 
 

Rozdział 
piąty 
 
 
Książę nie sprzeciwił się pojedynkowi, gdyż 
wedle ówczesnych obyczajów nie był w 
możności tego uczynić. Wymógł 
tylko, by Rotgier napisał list do mistrza i do Zygfryda de 
Löwe, że sam pierwszy rzucił rękawicę rycerzom mazowieckim, wskutek czego staje do walki 
z mężem Jurandówny, który zresztą już pierwej go był pozwał. Tłumaczył się też Krzyżak 
wielkiemu mistrzowi, że jeśli staje bez pozwolenia, to dlatego, że chodzi o cześć Zakonu i 
odwrócenie szpetnych podejrzeń, które by hańbę przynieść mogły, a które on, Rotgier, gotów 
jest zawsze własną krwią okupić. List ten wysłany był natychmiast do granicy przez jednego 
z pachołków rycerza, dalej zaś miał iść do Malborga pocztą, którą Krzyżacy na wiele lat 
przed innymi wynaleźli i zaprowadzili w swoich ziemiach. 
 
Tymczasem na podwórcu zamkowym ubito śnieg i posypano go popiołem, aby nogi wal-
czących nie grzęzły lub nie ślizgały się po gładkiej powierzchni. W całym zamku panował 
ruch nadzwyczajny. Wzruszenie tak opanowało rycerzy i dwórki, że w nocy poprzedzającej 
bitwę nikt nie spał. Mówiono sobie, że walka konna na kopie, a nawet na miecze, często kończy 
się na ranach, natomiast piesza, a zwłaszcza na straszliwe topory, zawsze bywa śmiertelna. 
Wszystkie serca były po stronie Zbyszka, ale właśnie im kto więcej miał przyjaźni dla 
niego lub dla Danusi, z tym większym niepokojem przypominał sobie, co rozpowiadano o 
sławie i sprawności Krzyżaka. Wiele natomiast spędziło noc w kościele, gdzie też po odbytej 
przed księdzem Wyszońkiem spowiedzi kajał się i Zbyszko. Mówiły więc jedna do drugiej 
patrząc na jego prawie chłopięcą twarz: „Toż to jeszcze dzieciuch!... jakże mu młodą głowę 
pod niemiecki topór oddawać?” I tym gorliwiej modliły się dla niego o wspomożenie. Ale 
gdy świtaniem podniósł się i szedł przez kaplicę, aby przywdziać zbroję w izbie zamkowej, 
znowu przybyło im nieco serca, gdyż głowa i twarz Zbyszka były wprawdzie chłopięce, natomiast 
ciało nad miarę rosłe i silne, tak iż wydawał im się chłopem na schwał, który poradzi 
sobie choćby z najtęższym mężem. 
 
Bitka miała się odbyć na podwórzu zamkowym, które wkoło otaczał krużganek. 
 
Gdy dzień uczynił się już zupełny, przybyli księżna razem z dziećmi i zasiedli w środku 
między słupami, skąd najlepiej widać było cały podwórzec. Obok nich zajęli miejsca co 
przedniejsi dworzanie, szlachetne niewiasty i rycerstwo. Zapełniły się wszystkie kąty krużganku; 
czeladź usadowiła się za wałem, który utworzon był z wymiecionego śniegu, niektórzy 
poprzyczepiali się na wykuszach, a nawet na dachu. Tam prostactwo gwarzyło między 
sobą: „Daj Bóg, aby się nasz nie dał!” 
 
Dzień był 
zimny, wilgotny, ale jasny; powietrze roiło się od kawek, które zamieszkiwały 
dachy i szczyty baszt, a które spłoszone niezwykłym ruchem, kołowały z wielkim łopotaniem 
skrzydeł nad zamkiem. Mimo chłodu ludzie potnieli ze wzruszenia, a gdy ozwała się pierwsza 
trąba oznajmująca wejście zapaśników, wszystkie serca poczęły bić jak młoty. 
 
Oni zaś weszli z przeciwnych stron szranków i zatrzymali się na krańcach. Każdy z patrzących 
utaił wówczas dech w piersiach, każdy pomyślał, że oto niezadługo dwie dusze ulecą ku 
 
22 
 
 

sądowym progom boskim, a dwa trudy zostaną na śniegu – i usta oraz jagody niewiast pobladły 
i posiniały na tę myśl, oczy zaś mężów wpatrzone były jak w tęczę w przeciwników, każdy 
bowiem pragnął z samej postawy i z uzbrojenia ich wywróżyć sobie, na czyją stronę padnie 
zwycięstwo. 
 
Krzyżak przybrany był w szmelcowany błękitny pancerz, a takież nabiodrza i w takiż hełm 
z podniesioną przyłbicą i ze wspaniałym pawim pióropuszem na grzebieniu. Zbyszkowi piersi, 
boki i grzbiet opinała pyszna mediolańska zbroja, którą był swego czasu zdobył na Fryzach. 
Na głowie miał hełm z okapem nie zamknięty i bez piór, na nogach bycze skórznie. Na 
lewych ramionach dźwigali tarcze z herbami: na krzyżackiej była u góry szachownica, u dołu 
trzy lwy stojące na zadnich łapach, na Zbyszkowej – tępa podkowa. W prawicach dźwigali 
szerokie, straszne topory, osadzone na dębowych poczerniałych toporzyskach, dłuższych niż 
ramię rosłego męża. Towarzyszyli im giermkowie: Hlawa, zwany przez Zbyszka Głowaczem 
 
– i van Krist, obaj przybrani w ciemne żelazne blachy, obaj również z toporami i tarczami: 
van Krist miał w herbie krzak janowca, herb Czecha podobny był do Pomiana, z tą różnicą, że 
zamiast topora tkwił w byczej głowie krótki miecz do połowy w oku pogrążon. 
Trąba ozwała się po raz drugi, a za trzecim mieli przeciwnicy wedle umowy na się nastąpić. 
Dzieliła ich już teraz tylko niewielka, posypana szarym popiołem przestrzeń, nad tą zaś 
przestrzenią unosiła się jako złowrogi ptak – śmierć. Zanim jednak dano trzeci znak, Rotgier 
zbliżył się ku słupom, między którymi siedzieli księstwo, podniósł swą zakutą w stal głowę i 
ozwał się głosem tak donośnym, że słyszano go we wszystkich zakątkach krużganku: 
 
– Biorę na świadka Boga, ciebie, dostojny panie, i całe rycerstwo tej ziemi, jakom nie winien 
tej krwi, która będzie przelana. 
Na te słowa ścisnęły się znów serca, że Krzyżak tak był pewien siebie i swego zwycięstwa. 
Lecz Zbyszko mając duszę prostą zwrócił się do swego Czecha i rzekł: 
 
– Śmierdzi mi ta krzyżacka chwalba, gdyż byłaby do rzeczy po mojej śmierci, nie zaś pókim 
żywy. Ma też ów samochwał pawi czub na hełmie, a ja nasamprzód takich trzy ślubowałem, 
a potem, ile paliców u rąk. Bóg zdarzył! 
– Panie... – zapytał Hlawa pochylając się i nabierając w ręce nieco popiołu ze śniegiem, 
aby toporzysko nie ślizgało mu się w dłoniach – może da Chrystus, że prędko uwinę się z tym 
pruskim chmyzem, zali mi wolno będzie wówczas jeśli nie sięgnąć Krzyżaka, to przynajmniej 
wsadzić mu toporzysko między kolana i zwalić 
go na ziemię? 
– Boże cię uchowaj! – zawołałżywo Zbyszko – hańbą byś okrył mnie i siebie. 
A wtem zabrzmiał po raz trzeci głos trąby. Usłyszawszy to giermkowie skoczyli jeden ku 
drugiemu żywo i zapalczywie, rycerze zaś posunęli się 
ku sobie wolniej i rozważniej, jako aż 
do pierwszego starcia nakazywała ich dostojność i powaga. 
 
Mało kto zważał 
na giermków, ale ci z doświadczonych mężów i z czeladzi, którzy na nich 
patrzyli, zrozumieli od razu, jak okrutna przewaga jest po stronie Hlawy. Topór chodził ciężej 
w ręku Niemca, a również i ruchy jego tarczy były wolniejsze. Spod puklerza widać było jego 
nogi dłuższe, ale wątłe i mniej sprężyste od potężnych, pokrytych obcisłych ubraniem nóg 
Czecha. Hlawa natarł też tak zapalczywie, że van Krist prawie od pierwszej chwili musiał się 
cofać. Zrozumiano od razu, że jeden z tych przeciwników zwalił się na drugiego jak burza, że 
prze, naciska, razi jak piorun, drugi zaś w poczuciu, że śmierć nad nim, broni się tylko, aby 
jak najbardziej opóźnić okropną chwilę. Jakoż tak było istotnie. Ów samochwał, który w 
ogóle stawał do bitki tylko wówczas, gdy inaczej nie mógł uczynić, poznał, że zuchwałe a 
niebaczne słowa przywiodły go do walki ze strasznym osiłkiem, którego powinien był jak 
zguby unikać; więc gdy poczuł teraz, że każde z tych uderzeń mogłoby zwalić wołu, upadło w 
nim zupełnie serce. Zapomniał prawie, że nie dość chwytać ciosy tarczą, ale że trzeba je także 
zadawać. Widział nad sobą błyski toporu i myślał, że każdy z nich jest ostatni. Nadstawiając 
puklerz mrużył 
mimo woli oczy z poczuciem trwogi i zwątpienia, czy je jeszcze otworzy. Z 
 
23 
 
 

rzadka sam zadał cios, bez nadziei, że przeciwnika dosięże, puklerz tylko podnosił coraz wyżej 
nad głowę, aby ją jeszcze i jeszcze uchronić. 
 
Wreszcie począł się męczyć, a Czech bił w niego coraz potężniej. Równie jak z rosłego 
chojara odszczepiają się pod toporem chłopa wióry ogromne, tak i pod razami Czecha poczęły 
kruszyć się i odpadać blachy ze zbroi niemieckiego giermka. Górny brzeg tarczy wygiął 
się i spękał, naramiennik z prawego barku stoczył się wraz z przeciętym i pokrwawionym już 
rzemieniem na ziemię. Van Kristowi włosy stanęły dębem na głowie – i chwyciła go trwoga 
śmiertelna. Uderzył jeszcze raz i drugi całą siłą 
ramienia w puklerz Czecha, wreszcie wiedząc, 
że wobec okrutnej siły przeciwnika nie ma dla niego ratunku i że ocalić 
go tylko może 
jakiś nadzwyczajny wysiłek, rzucił się nagle całym ciężarem zbroi i ciała pod nogi Hlawy. 
 
Padli obaj na ziemię i zmagali się wzajem, tocząc i przewracając się po śniegu. Lecz Czech 
wnet wydostał się na wierzch, przez chwilę tłumił jeszcze rozpaczliwe ruchy przeciwnika, 
wreszcie przycisnął kolanem żelazną siatkę pokrywającą jego brzuch i wydobył zza pasa 
krótką, trójgranną mizerykordię. 
 
– Oszczędź! – wyszeptał cicho van Krist wznosząc oczy ku oczom Czecha. 
Lecz ów zamiast odpowiedzieć rozciągnął się na nim, by łatwiej rękoma dostać jego szyi, i 
przeciąwszy rzemienną zapinkę hełmu pod brodą, pchnął nieszczęśnika dwukrotnie w gardło 
kierując ostrze w dół, ku środkowi piersi. 
 
Wówczas źrenice van Krista uciekły wgłąb czaszki, ręce i nogi poczęły trzepaćśnieg, jakby 
chciały go oczyścić z popiołu, po chwili jednak wyprężył się – i pozostał nieruchomy wydymając 
tylko jeszcze pokryte czerwoną pianą wargi i krwawiąc nadzwyczaj obficie. 
 
A Czech wstał, obtarł o suknię Niemca mizerykordię, następnie podniósł topór i wsparłszy 
się na nim począł spoglądać na cięższą i upartszą bitkę swego rycerza z bratem Rotgierem. 
 
Rycerze zachodni przywykli już 
byli do wygód i zbytków, podczas gdy „dziedzice” w 
Małopolsce i Wielkopolsce oraz na Mazowszu wiedli jeszcze życie surowe i twarde, wskutek 
czego nawet w obcych i niechętnych budzili podziw krzepkością ciała i wytrzymałością na 
wszelki trud bądź ciągły, bądź doraźny. Pokazało się też i teraz, że Zbyszko góruje nad Krzyżakiem 
siłą rąk i nóg nie mniej, niż 
jego giermek górował nad van Kristem, ale pokazało się 
także, że jako młody ustępuje mu w ćwiczeniu rycerskim. 
 
Było to dla Zbyszka rzeczą poniekąd pomyślną, iż wybrał walkę na topory, albowiem 
fechtunek tego rodzaju bronią był niepomyślny. Na krótkie lub długie miecze, przy których 
trzeba było znać cięcia, sztychy i umieć ciosy odbijać, miałby Niemiec znaczną przewagę. 
Lecz i tak zarówno sam Zbyszko, jak i widzowie po ruchach i władaniu tarczą poznali, iż 
mają przed sobą męża doświadczonego i groźnego, który widocznie nie pierwszy raz staje do 
tego rodzaju walki. Za każdym ciosem Zbyszka Rotgier podstawiał tarczę i w chwili uderzenia 
cofał ją nieco, przez co rozmach, choćby największy, tracił na sile i nie mógł przeciąć ani 
też pokruszyć gładkiej powierzchni. Chwilami cofał się, chwilami nacierał czyniąc to spokojnie, 
lubo tak szybko, że ledwie można było pochwycić oczyma jego ruchy. Zląkł się książę o 
Zbyszka, a twarze mężów zasępiły się, wydało im się bowiem, że Niemiec igra jakby umyślnie 
z przeciwnikiem. Nieraz nie podstawiał nawet tarczy, ale w chwili gdy Zbyszko uderzał, 
czynił pół obrotu w bok w ten sposób, że ostrze topora przecinało puste powietrze. Było to 
najstraszniejsze, gdyż Zbyszko mógł 
przy tym stracić równowagę i upaść, a wówczas zguba 
jego stałaby się nieuchronna. Widząc to Czech stojący nad zarżniętym Kristem trwożył się 
także i mówił sobie w duszy: „Boga mi, jeśli pan padnie, huknę Niemca obuchem między 
łopatki, aby się też wykopyrtnął.” 
 
Zbyszko jednak nie padał, gdyż mając w nogach siłę ogromną i rozstawiając je szeroko, 
mógł utrzymać na każdej cały ciężar ciała i rozmachu. 
 
Rotgier zauważył 
to natychmiast i widzowie mylili się przypuszczając, że lekceważy przeciwnika. 
Owszem, po pierwszych uderzeniach, gdy pomimo całej umiejętności cofania tarczy 
ręka prawie zdrętwiała mu pod nią, zrozumiał, że czeka go z tym młodziankiem ciężki trud i 
 
24 
 
 

że jeśli go nie zwali dobrym pomysłem, to walka może być długą i niebezpieczną. Liczył, że 
po cięciu w próżnię 
Zbyszko runie na śnieg, a gdy to się nie stało, począł się wprost niepokoić. 
Spod stalowego okapu widział zaciśnięte nozdrza i usta przeciwnika, a chwilami błyszczące 
oczy, i mówił sobie, że zapalczywość powinna go unieść, że się zapamięta, straci głowę i 
w zaślepieniu więcej będzie myślał o zadawaniu razów niż obronie. Ale pomylił się i w tym. 
Zbyszko nie umiał uchylać się 
od ciosów półobrotem, ale nie zapomniał o tarczy i wznosząc 
topór nie odsłaniał się więcej, niż należało. Widocznie uwaga jego zdwoiła się, a poznawszy 
doświadczenie i sprawność przeciwnika nie tylko się nie zapamiętał, ale skupił się w sobie, 
stał się ostrożniejszym i w uderzeniach jego coraz straszniejszych był jakiś rozmysł, na który 
nie gorąca, ale tylko zimna zawziętość zdobyć się może. 
 
Rotgier, który niemało wojen odbył i niemało staczał bitew bądź kupą, bądź w pojedynkę, 
wiedział z doświadczenia, że bywają ludzie jako ptaki drapieżne stworzeni do walki i szczególnie 
obdarowani przez naturę, którzy jakby odgadują to wszystko, do czego inni dochodzą 
przez całe lata ćwiczeń, i wraz pomiarkował, że ma z jednym z takich do czynienia. Od 
pierwszych uderzeń zrozumiał, że w tym młodziku jest coś takiego, co jest w jastrzębiu, który 
w przeciwniku widzi jedynie łup swój i nie myśli o niczym więcej, tylko aby go dosięgnąć 
szponami. Pomimo swej siły spostrzegł się również, że nie dorównywa w niej Zbyszkowi i że 
jeśli wyczerpie się przedtem, niż zdoła zadać 
cios stanowczy, to walka z tym strasznym, choć 
mniej doświadczonym wyrostkiem może się stać dla niego zgubną. Pomyślawszy to postanowił 
walczyć z najmniejszym możliwie wysiłkiem, przyciągnął ku sobie tarczę, ni zbyt następował, 
ni zbyt się cofał, ograniczył ruchy, zebrał całą moc duszy i ramienia na jeden cios stanowczy 
i czekał pory. 
 
Okrutna walka przeciągała się dłużej nad zwykłą miarę. Na krużgankach zaległa cisza 
śmiertelna. Słychać było tylko czasem dźwiękliwe, a czasem głuche uderzenie ostrzy i obuchów 
o tarcze. I księstwu, i rycerzom, i dwórkom nieobce były podobne widowiska, a jednakże 
jakieś uczucie podobne do przerażenia ścisnęło jakby kleszczami wszystkie serca. Rozumiano, 
że tu nie chodzi o wykazanie siły, sprawności, męstwa i że większa jest w tej walce 
zaciekłość, większa rozpacz, większa i bardziej nieubłagana zawziętość, głębsza zemsta. Z 
jednej strony: straszne krzywdy, miłość i żal bez dna, z drugiej: cześć całego Zakonu i głęboka 
nienawiść szły na tym pobojowisku na sąd Boży. 
 
Tymczasem pojaśniał nieco zimowy, blady ranek, przetarła się szara opona mgły i promień 
słońca rozświecił błękitny pancerz Krzyżaka i srebrnawą mediolańską zbroję Zbyszka. W 
kaplicy zadzwoniono na tercję, a razem z odgłosem dzwonu całe stada kawek zerwały się z 
dachów zamkowych łopocząc skrzydłami i kracząc zgiełkliwie jakby z radości na widok krwi 
i tego trupa, który leżał już nieruchomo na śniegu. Rotgier rzucił na niego w czasie walki raz i 
drugi oczyma i nagle uczuł się 
ogromnie samotnym. Wszystkie oczy, które na niego patrzyły, 
były to oczy wrogów. Wszystkie modły, życzenia i ciche wota, które czyniły niewiasty, były 
po stronie Zbyszka. Prócz tego, jakkolwiek Krzyżak był zupełnie pewien, że giermek Zbyszków 
nie rzuci się na niego z tyłu i nie sięgnie go zdradliwie, jednakże obecność i bliskość tej 
groźnej postaci przejmowała go takim mimowolnym niepokojem, jakim przejmuje ludzi widok 
wilka, niedźwiedzia lub bawołu, od którego nie przedziela ich krata. I nie mógł się temu 
uczuciu obronić, tym bardziej że Czech chcąc śledzić przebieg walki poruszał się i zmieniał 
miejsce zachodząc walczących to z boku, to z tyłu, to od czoła – pochylając przy tym głowę i 
przypatrując się mu złowrogo przez szpary w żelaznej przyłbicy hełmu, a czasem podnosząc 
nieco, jakby mimo woli, zakrwawione ostrze. 
 
Zmęczenie poczęło wreszcie Krzyżaka ogarniać. Raz po raz zadał dwa ciosy krótkie, ale 
straszne, kierując je na prawe ramię 
Zbyszka, ten jednakże odepchnął je tarczą z taką siłą, że 
toporzysko zachwiało się w dłoni Rotgiera, sam zaś musiał się cofnąć nagle, aby nie upaść. I 
od tej pory cofał się ciągle. Wyczerpywały się zresztą nie tylko jego siły, ale zimna krew i 
cierpliwość. Z piersi widzów na widok jego cofania się wyrwało się kilka okrzyków jakby 
 
25 
 
 

tryumfu, które wzbudziływ nim złość i rozpacz. Uderzenia toporów stały się coraz gęstsze. 
Pot zlewał czoła obu walczących, a przez zwarte zęby dobywał im się z piersi chrapliwy oddech. 
Patrzący przestali zachowywać się spokojnie i co chwila teraz odzywały się wołania to 
męskie, to niewieście: „Bij! W niego!... Sąd Boży! Kara Boża! Bóg ci pomagaj!” Książę skinął 
kilka razy dłonią, by je uciszyć, ale nie mógł ich powstrzymać. Czyniło się coraz głośniej, 
gdyż dzieci poczęły tu i ówdzie płakać na krużgankach, a wreszcie przy samym boku księżny 
jakiś młody, łkający głos niewieści zawołał: 
 
– Za Danuśkę, Zbyszku! za Danuśkę! 
Zbyszko wiedział przecie, że idzie o Danusię. Był pewny, że ten Krzyżak przyłożył ręki do 
jej porwania, i walcząc z nim – walczył za jego krzywdy. Ale jako młody i chciwy bitew, w 
chwili walki myślał 
o samej walce. Nagle ów krzyk uprzytomnił mu jego stratę i jego niedolę. 
Miłość, żal i zemsta nalały mu ognia do żył. Serce zaskowyczało w nim z rozbudzonego bólu 
i chwycił go po prostu szał bojowy. Strasznych, podobnych do uderzeń burzy jego ciosów nie 
mógł już Krzyżak pochwycić ni im wydążyć. Zbyszko uderzył tarczą w jego tarczę z tak 
nadludzką siłą, że ramię Niemca zdrętwiało nagle i opadło bezwładnie. Ów zaś cofnął się w 
trwodze i przerażeniu i przechylił się w tył, a wtem w oczach mignął mu błysk topora i ostrze 
spadło mu jak piorun na prawy bark. 
 
Do uszu widzów doszedł tylko rozdzierający krzyk: „Jesus!...” – po którym Rotgier odstąpił 
jeszcze krok i runął na wznak na ziemię. 
 
Wnet zagrzmiało i zaroiło się na krużgankach jak w pasiece, w której pszczoły przygrzane 
słońcem poczynają ruszać się i szumieć. Rycerze zbiegali całymi tłumami po schodach, czeladź 
przeskakiwała wałśnieżny, by się trupom przypatrzyć. Wszędy rozlegały się okrzyki: 
„Ot, sąd Boży!... Ma Jurand dziedzica. Chwała mu i podzięka! To ci chłop do topora!” Inni 
zaś wołali: „Patrzcie, a dziwujcie się! Już by sam Jurand godniej nie ciął!” Jakoż utworzyła 
się cała gromada ciekawych naokół trupa Rotgiera, a on leżał na grzbiecie, z twarzą białą jak 
śnieg, z szeroko otwartymi ustami i z krwawym ramieniem, odwalonym tak strasznie od szyi 
aż po pachy, że ledwie się na kilku włóknach trzymało. Więc mówili znów niektórzy: „Ot, 
żyw był i w hardości po ziemi chodził, a teraz i palcem ci nie ruszy!” A tak mówiąc jedni 
podziwiali jego wzrost, gdyż wielką przestrzeń na pobojowisku zajmował i po śmierci wydawał 
się jeszcze ogromniejszy, drudzy zaś pawi pióropusz mieniący się cudnie na śniegu, a 
trzeci zbroję, którą na dobrą wieś oceniano. Lecz Czech Hlawa zbliżył się właśnie z dwoma 
Zbyszkowymi pachołkami, by ją zdjąć z nieboszczyka, więc ciekawi otoczyli Zbyszka wychwalając 
go i wynosząc pod niebiosa, bo im się słusznie zdawało, że sława jego spadnie na 
całe mazowieckie i polskie rycerstwo. Tymczasem odjęto mu tarczę i topór, by mu ulżyć, a 
Mrokota z Mocarzewa odpiął mu i hełm, spotniałe zaś włosy przykrył czapką ze szkarłatnego 
sukna. Zbyszko stał jakby w osłupieniu, oddychając ciężko, z ogniem jeszcze niezgasłym w 
oczach, z twarzą pobladłą z wysiłku i zawziętą, drżąc nieco ze wzruszenia i trudu. Ale chwycono 
go pod ręce i poprowadzono do księstwa, którzy czekali nań 
w ogrzanej komnacie przy 
kominie. Tam Zbyszko klęknął przed nimi, a gdy ojciec Wyszoniek przeżegnał go i zarazem 
odmówił wieczny odpoczynek za dusze zmarłe, książę uścisnął za głowę młodego rycerzyka i 
rzekł: 
 
– Bóg najwyższy rozsądził między wami i prowadził rękę twoją, za co niech będzie błogosławione 
imię Jego – amen! 
Po czym, zwróciwszy się do rycerza de Lorche i do innych, dodał: 
 
– Ciebie, obcy rycerzu, i was wszystkich obecnych biorę na świadków w tym, o czym i 
sam świadczę, jako się potykali wedle prawa i obyczaju, a jako się sądy Boże wszędy odprawują, 
tak się też i ten odprawił po rycersku i po bożemu. 
Okrzyknęli się na to zgodnym chórem miejscowi wojownicy, gdy zaś panu de Lorche 
przetłumaczono słowa książęce, wstał i oznajmił, że nie tylko świadczy, jako wszystko odbyło 
się 
po rycersku i po bożemu, ale gdyby nawet ktokolwiek w Malborgu lub na jakim in
 
 
26 
 
 

nym dworze książęcym śmiał o tym wątpić – on, de Lorche, pozwie go natychmiast w szranki 
na walkę pieszą lub konną, choćby to był 
nie tylko zwyczajny rycerz, ale olbrzym lub czarnoksiężnik, 
samego Merlina magiczną siłą przewyższający. 
 
A tymczasem księżna Anna Danuta, w chwili gdy Zbyszko z kolei objął jej nogi, mówiła 
pochylając się ku niemu: 
 
– Czemu się zaś nie radujesz? Raduj się i dziękuj Bogu, bo jeśli cię 
Bóg w miłosierdziu 
swym wyzuł z tej obieży, to cię i dalej nie opuści i do szczęśliwości doprowadzi. 
A Zbyszko odrzekł: 
 
– Jakoże mam się radować, miłościwa pani? Dał ci mi Bóg zwycięstwo i pomstę nad onym 
Krzyżakiem, ale Danuśki jako nie było, tak i nie ma – i nie bliżej mi do niej teraz niż przedtem. 
– Najzawziętsi nieprzyjaciele, Danveld, Gotfryd i Rotgier nie żyją – odpowiedziała księżna 
– a o Zygfrydzie mówią, iż sprawiedliwszy od nich, choć okrutny. Chwalże miłosierdzie boskie 
i za to. A mówił także pan de Lorche, że jeśli Krzyżak legnie, to on ciało jego odwiezie, a 
potem wraz do Malborga pojedzie i u samego wielkiego mistrza o Danuśkę się upomni. Jużci 
nie ośmielą się wielkiego mistrza nie posłuchać. 
– Bóg daj zdrowie panu de Lorche – rzekł 
Zbyszko – i ja z nim pojadę do Malborga. 
A księżna przestraszyła się tych słów, jak gdyby Zbyszko rzekł, że bezbronny pójdzie 
między wilki, które zbierały się zimą w stada w głębokich borach Mazowsza. 
 
– Po co? – zawołała. – Na zgubę pewną? Zaraz po spotkaniu nie pomoże ci ni de Lorche, 
ni te listy, które Rotgier pisał przed walką. Nie zratujesz nikogo, a zgubisz siebie. 
Lecz on wstał, złożył w krzyż dłonie i rzekł: 
 
– Tak mi dopomóż Bóg, że pojadę do Malborga i choćby za morza. Tak mi błogosław, 
Chryste, jako jej będę szukał do ostatniego tchu w nozdrzach i jako nie ustanę, póki nie zginę. 
Łacniej mi bić Niemców i potykać się we zbroi niż sierocie jęczeć w podziemiu. Oj, łacniej! 
łacniej! 
I mówił 
to, jak zresztą zawsze, gdy wspominał Danusię, w takim uniesieniu, w takim bólu, 
że aż chwilami słowa urywały mu się, tak jakby go kto chwytał za gardło. Księżna poznała, 
że próżno by go odwodzić, że kto by go chciał powstrzymywać, ten musiałby go chyba skuć i 
wtrącić do podziemia. 
 
Zbyszko nie mógł jednak wyjechać natychmiast. Wolno było ówczesnemu rycerzowi nie 
zważać na żadne przeszkody, ale nie wolno było złamać obyczaju rycerskiego, który nakazywał, 
by zwycięzca w pojedynku spędził na miejscu walki cały dzień aż do następnej północy, 
a to dla okazania, że został panem pobojowiska, jak i dla okazania gotowości do nowej walki, 
gdyby ktokolwiek z krewnych lub przyjaciół zwyciężonego chciał 
go ponownie do niej wyzywać. 
Obyczaj ten zachowywały nawet całe wojska tracąc nieraz korzyści, jakie by pośpiech 
po zwycięstwie mógł przynieść. Zbyszko nie próbował nawet wyłamać się
 
 spod nieubłaganego prawa i posiliwszy się nieco, a następnie przywdziawszy zbroję, tkwił aż 
do północy na dziedzińcu zamkowym pod zasępionym niebem zimowym, czekając na nieprzyjaciela, 
który znikąd przybyć nie mógł. 
 
O północy dopiero, gdy heroldowie obwieścili ostateczne przy dźwięku trąb jego zwycięstwo, 
Mikołaj z Długolasu zawezwał go na wieczerzę, a zarazem na naradę do księcia. 
 
27 
 
 

Rozdział 
szósty 
 
 
Książę pierwszy zabrał głos na naradzie i tak mówił: 
 
– To bieda, że nie mamy nijakiego pisma ani świadectwa przeciw komturom. Bo choć posąd 
nasz zdaje się słuszny i ja sam myślę, że Jurandównę oni chwycili, nie kto inny, ale co z 
tego? Wyprą się. A jak wielki mistrz spyta o jakowyś dowód, co mu pokażem? Ba! jeszcze 
list Jurandowy świadczy za nimi. 
Tu zwrócił się do Zbyszka: 
 
– Powiadasz, że ten list groźbą na nim wymusili. Może być 
i pewnie tak jest, bo gdyby po 
ich stronie była sprawiedliwość, to by ci był 
Bóg przeciw Rotgierowi nie pomógł. Ale skoro 
wymusili jeden, to mogli wymusić i dwa. Może i oni mają od Juranda świadectwo, że nie 
winni porwania nieszczęsnej dziewki. A w taki razie pokażą je mistrzowi – i co będzie? 
– Sami przecie przyznali, miłościwy panie, że Danuśkę niby zbójom odbili i że ją mają. 
– To wiem. Ale teraz powiadają, że się omylili i że to inna dziewka, a najlepszy dowód, że 
sam Jurand jej się zaparł. 
– Zaparł się, bo mu pokazali inną, przez co go właśnie rozjuszyli. 
– Pewnie tak było, ale mogą powiedzieć, że to jeno nasze domysły. 
– Ich łgarstwa – rzekł Mikołaj z Długolasu – są 
jakoby bór. Z brzega jeszcze coś widać, ale 
im głębiej, tym większa gęstwa, że człek zabłąka i całkiem drogę straci. 
Po czym powtórzył swoje słowa po niemiecku panu de Lorche, który rzekł: 
 
– Sam wielki mistrz lepszy od nich, a i brat jego, choć duszę ma zuchwałą, ale na cześć rycerską 
czułą. 
– Tak jest – odpowiedział Mikołaj. – Mistrz człowiek ludzki. Nie umie ci on hamować 
komturów ni kapituły i nie poradzi na to, że wszystko w Zakonie na ludzkich krzywdach stoi, 
ale im nierad. Jedźcie, jedźcie, rycerzu de Lorche, i opowiedzcie mu, co tu się działo. Obcych 
więcej się oni wstydzą niż nas, by zaś nie opowiadali na obcych dworach o ich zdradach i 
nieuczciwych postępkach. A gdy mistrz spyta was o dowody, tedy rzeknijcie mu tak: „Znać 
prawdę boska rzecz, a ludzka jej szukać, więc jeśli chcesz, panie, dowodów, to ich poszukaj: 
każ przetrząść zamki, wybadaj ludzi, pozwól nam szukać, boć to głupstwo i bajka, że oną 
sierotę chwycili zbóje leśni”. 
– Głupstwo i bajka – powtórzył de Lorche. 
– Bo zbóje nie podnieśliby ręki na książęcy dworzec ni na Jurandowe dziecko. A gdyby 
wreszcie nawet ją chwycili, to dla okupu, i sami by dali znać, że ją mają. 
– Wszystko to powiem – rzekł Lotaryńczyk – i de Bergowa też odszukam. My z jednego 
kraju, a choć 
go nie znam, mówią, że i on jakowyś krewniak hrabiego Geldrii. Był w Szczytnie, 
niech mistrzowi opowie, co widział. 
Zbyszko zrozumiał cośkolwiek z tych słów, a czego nie zrozumiał, to wytłumaczył mu 
Mikołaj, więc chwycił przez pół pana de Lorche i przycisnął go do piersi tak, że aż rycerz 
jęknął. 
 
28 
 
 

Książę zaś rzekł do Zbyszka: 
 
– A ty koniecznie chcesz też jechać? 
– Koniecznie, miłościwy panie. Cóż 
mam innego czynić? Chciałem Szczytna dobywać, 
choćby zębami przyszło mur gryźć, ale jakoże mi bez pozwoleństwa wojnę wszczynać? 
– Kto by wojnę bez pozwoleństwa wszczął, pod katowskim by się mieczem kajał – rzekł 
książę. 
– Juści prawo prawem – odpowiedział 
Zbyszko. – Ba! chciałem potem pozywać wszystkich, 
którzy byli w Szczytnie, ale powiadali ludzie, że Jurand narznął ich tam jak wołów, i nie 
wiedziałem, który żyw, a który zabit... Bo, tak mi dopomóż Bóg i Święty Krzyż, jako ja Juranda 
do ostatniego tchu nie opuszczę! 
– To zacnie mówisz i udałeś mi się – rzekł Mikołaj z Długolasu. – A żeś do Szczytna sam 
nie leciał, to też widać, że rozum masz, bo i głupi by się domyślił, że oni tam ni Juranda, ni 
jego córki nie trzymają, jeno musieli ich do innych zamków wywieźć. Bóg cię Rotgierem 
nagrodził za to, żeś tu przyjechał. 
– Ano! – rzekł książę – jako się od Rotgiera słyszało, to z tych czterech jeden tylko stary 
Zygfryd żywie, a innych Bóg już pokarał albo twoją, albo Jurandową ręką. Co do Zygfryda, 
mniejszy od tamtych szelma, ale okrutnik może największy. Źle, że Jurand i Danuśka w jego 
ręku, i trzeba ich prędko ratować. Aby zaś i ciebie zła przygoda nie spotkała, dam ci do mistrza 
list. Słuchaj jeno dobrze i rozumiej, że nie jedziesz jako poseł, jeno jako wysłannik, a ja 
mistrzowi piszę tak: Skoro się swego czasu na naszą osobę, potomka ich dobrodziejów, targnęli, 
to rzecz podobna jest, że Jurandównę chwycili, zwłaszcza mając złość do Juranda. Proszę 
tedy mistrza, aby pilnie jej szukać nakazał i jeśli chce przyjaźni mojej, zaraz ci ją w ręce 
oddał. 
Zbyszko usłyszawszy to, rzucił się do nóg księcia i objąwszy jego kolana począł mówił: 
 
– A Jurand, miłościwy panie! A Jurand? Wstawcie się też za nim! Jeśli śmiertelne ma rany, 
niech choć u siebie na dziedzinie i przy dzieciach zamrze. 
– Jest i o Jurandzie – rzekłłaskawie książę. – Ma wysłać mistrz dwóch sędziów i ja też 
dwóch, którzy uczynki komturów i Jurandowe wedle praw czci rycerskiej rozpatrzą. A ci zaś 
wybiorą jeszcze jednego, by zaś był im głową, i jako wszyscy uradzą, tak będzie. 
Na tym skończyła się 
narada, po której Zbyszko pożegnał księcia, gdyż 
wnet mieli wyruszyć 
w drogę. Lecz przed rozejściem się doświadczony i znający Krzyżaków Mikołaj z Długolasu 
wziął 
Zbyszka na bok i zapytał: 
 
– A onego pachołka Czecha weźmiesz z sobą do Niemców? 
– Pewnie, że mnie nie odstąpi. Albo co? 
– Bo mi go żal. Chłop ci jest na schwał, a zaś miarkuj, co ci rzekę: ty z Malborga zdrową 
głowę wyniesiesz, chyba że potykając się tam trafisz na lepszego, ale jego zguba pewna. 
– A dlaczego? 
– Bo go psubraty oskarżali, że on de Fourcy’ego zadżgał. Musieli też do mistrza o jego 
śmierci pisać i też pewnikiem napisali, iż Czech onę krew rozlał. Tego mu w Malborgu nie 
darują. Czeka go sąd i pomsta, bo jakże o jego niewinności mistrza przekonasz? A przecie on 
także i Danveldowi ramię pokruszył, który wielkiego szpitalnika był krewny. Szkoda mi go, a 
powtarzam ci, że jeśli pojedzie, to po śmierć. 
– Nie pojedzie po śmierć, bo go w Spychowie ostawię. 
Lecz stało się inaczej, gdyż zaszły powody, dla których Czech nie został w Spychowie. 
Zbyszko i de Lorche ruszyli wraz ze swymi pocztami nazajutrz. De Lorche, którego ksiądz 
Wyszoniek rozwiązał ze ślubów względem Ulryki de Elner, jechał szczęśliwy i cały oddany 
rozpamiętywaniu urody Jagienki z Długolasu, więc milczący; Zbyszko zaś nie mogąc z nim 
rozmawiać o Danuśce także i z tej przyczyny, że nie bardzo się z sobą rozumieli, rozmawiał z 
Hlawą, który dotąd nic o zamierzonej w dzierżawy krzyżackie wyprawie nie wiedział. 
 
29 
 
 

– Jedziem do Malborga – rzekł – a kiedy ja wrócę, to w mocy boskiej... Może prędko, może 
na wiosnę, może na rok, a może i wcale, rozumiesz? 
– Rozumiem. Wasza miłość jedzie też także pewnie i dlatego, aby tamtejszych rycerzy pozywać. 
I chwała Bogu, boć przy każdym rycerzu jest przecie giermek. 
– Nie – odrzekł Zbyszko. – Nie po to ja tam jadę, by ich pozywać, chybaby się samo zdarzyło, 
a ty wcale nie pojedziesz, jeno w domu, w Spychowie, zostaniesz. 
Usłyszawszy to Czech naprzód zmartwił się okrutnie i począł 
żałośnie narzekać, a potem 
nuż prosić młodego pana, by go nie ostawiał. 
 
– Ja poprzysiągł, że waszej miłości nie opuszczę: poprzysiągł na Krzyż i na cześć. A gdyby 
waszą miłość jakowaś przygoda spotkała, jakoże pokazałbym się na oczy mojej pani w 
Zgorzelicach! Ja jej przysięgał, panie! więc zmiłujcie wy się nade mną, bym się nie pohańbił 
przed nią. 
– A nie przysięgałeś jej, że mi będziesz posłuszny? – zapytał Zbyszko. 
– Jakże nie! We wszystkim, jeno nie w tym, bym poszedł precz. Jeśli mnie wasza miłość 
odpędzi, pojadę opodal, abym w razie potrzeby był pod ręką. 
– Ja cię nie odpędzam i nie odpędzę – odpowiedział 
Zbyszko – ale niewola by mi to była, 
gdybym cię nie mógł nigdzie wysłać, choćby w najdalszą drogę, niż też odczepić się od ciebie 
bogdaj na jeden dzień. Nie będziesz-że stał bez przystanku nade mną jak kat nad dobrą duszą! 
A co do bitwy, jakże mi pomożesz? Nie mówię, na wojnie, bo na wojnie ludzie się kupą biją, 
a w spotkaniu samowtór jużci się nie będziesz za mnie bił. Gdyby Rotgier był tęższy ode 
mnie, nie na naszym wozie byłaby jego zbroja, jeno moja na jego. A przy tym wiedz, że mi 
tam z tobą będzie gorzej i że mnie na niebezpieczeństwo podać możesz. 
– Jak to, wasza miłość? 
Więc Zbyszko począł mu opowiadać to, co słyszał od Mikołaja z Długolasu, że komturowie 
nie mogąc się przyznać 
do zamordowania de Fourcy’ego, jego oskarżyli i będą go zemstą 
ścigali. 
 
– A jeśli cię schwycą – rzekł w końcu – przecie cię im jako psom w gardle nie ostawię, 
przez co i sam mogę głową nałożyć. 
Zasępił się usłyszawszy te słowa Czech, albowiem czuł w nich prawdę; jednakże usiłować 
jeszcze rzecz wedle swojej chęci wykręcić. 
 
– Toć już nie ma na świecie tych, którzy mię widzieli, bo jednych, jako mówią, stary pan 
ze Spychowa pobił, a Rotgiera wasza miłość. 
– Widzieli cię pachołcy, którzy się opodal za nim wlekli, i żywie ów stary Krzyżak, który 
pewnie w Malborgu teraz siedzi, a jeśli nie siedzi, to przyjedzie, gdyż 
go, da Bóg, mistrz wezwie. 
Na to nie było już co odpowiedzieć, więc jechali w milczeniu aż do Spychowa. Zastali tam 
zupełną gotowość wojenną, gdyż stary Tolima spodziewał się, że albo Krzyżacy na gródek 
uderzą, albo Zbyszko wróciwszy poprowadzi ich na ratunek staremu panu. Straże czuwały 
wszędy, na przejściach przez bagniska i w samym gródku. Chłopi byli zbrojni, że zaś nie nowina 
im była wojna, więc czekali na Niemców z ochotą, obiecując sobie łup znamienity. W 
kasztelu przyjął Zbyszka i de Lorchego ksiądz Kaleb i zaraz po wieczerzy pokazał im pergamin 
z pieczęcią Juranda, w którym własnoręcznie spisał ostatnią wolę 
rycerza ze Spychowa. 
 
– Dyktował ci mi ją – rzekł – tej nocy, której do Szczytna ruszył. No – i nie spodziewał się 
wrócić. 
– A czemuście nie mówili nic? 
– Nie mówiłem nic, bo mi pod tajemnicą spowiedzi wyznał, co chce czynić. Wieczny odpoczynek 
racz mu dać Panie, a światłość wiekuista niech mu świeci... 
– Nie mówicie za niego pacierza. Żyw jeszcze. Wiem to ze słów Krzyżaka Rotgiera, z którym 
potykałem się na dworze księcia. Był między nami sąd Boży i zabiłem go. 
– Tym bardziej Jurand nie wróci... Chyba moc Boża!... 
30 
 
 

– Jadę z tym oto rycerzem, aby go z ich rąk wyrwać. 
– To nie znasz widać krzyżackich rąk; jać je znam, gdyż nim mnie Jurand w Spychowie 
przygarnął, byłem piętnaście roków księdzem w ich kraju. Jeden Bóg może Juranda ratować. 
– Imoże też nam pomóc. 
– Amen. 
Po czym rozwinął dokument i jął go czytać. Jurand zapisywał 
wszystkie swe ziemie i całą 
majętność Danusi i jej potomstwu, w razie zaś bezpotomnej śmierci tejże, jej mężowi, Zbyszkowi 
z Bogdańca. W końcu polecał tę swoją wolę opiece książęcej: „by zaś jeśliby co nie 
było wedle prawa, łaska książęca w prawo zmieniła”. Koniec ów dodany był dlatego, że 
ksiądz Kaleb znał się 
tylko na prawie kanonicznym, a sam Jurand, zajęty wyłącznie wojną, 
tylko na rycerskim. Po odczytaniu dokumentu Zbyszkowi ksiądz odczytał 
go starszym ludziom 
załogi spychowskiej, którzy uznali zaraz młodego rycerza jako dziedzica i przyrzekli 
mu posłuszeństwo. 
 
Myśleli też, że Zbyszko wnet ich poprowadzi na ratunek staremu panu, i radowali się, albowiem 
w piersiach ich biły serca srogie i łakome na wojnę, a do Juranda przywiązane. Toteż 
smutek ogarnął ich wielki, gdy dowiedzieli się, że zostaną w domu i że pan z małym jeno 
pocztem uda się do Malborga, i nie na wojnę, lecz na skargę. Dzielił ten ich smutek Czech 
Głowacz, choć z drugiej strony rad był z tak znacznego pomnożenia Zbyszkowego dobra. 
 
– Hej! komu by była uciecha – rzekł – to staremu panu z Bogdańca! I umiałby też on tu 
rządzić! Co tam Bogdaniec w porównaniu z taką dziedziną! 
A Zbyszka zdjęła w tej chwili nagła tęsknota do stryjca, taka, jaka zdejmowała go często, 
zwłaszcza zaś 
w trudnych i ciężkich wypadkach życia, więc zwróciwszy się do giermka rzekł 
bez namysłu: 
 
– Co masz tu po próżnicy siedzieć! Jedź do Bogdańca, list powieziesz. 
– Jeśli nie mam z waszą miłością iść, to już wolałbym tam jechać! – odrzekł uradowany 
pacholik. 
– Wołaj mi księdza Kaleba, niech wypisze jako się patrzy wszystko, co tu było, a stryjcowi 
odczyta list proboszcz z Krześni albo-li też opat, jeśli jest w Zgorzelicach. 
Lecz powiedziawszy to uderzył się dłonią po młodych wąsiętach i dodał mówiąc jakby 
sam do siebie: 
 
– Ba! opat!... 
I zaraz przed oczyma przesunęła mu się Jagienka – modrooka, ciemnowłosa, hoża jak łania, 
a ze łzami na rzęsach! Uczyniło mu się kłopotliwie i przez czas jakiś tarł ręką czoło, lecz 
wreszcie rzekł: 
 
– Jużci, będzie ci smutno, dziewczyno, ale nie gorzej niźli mnie. 
Tymczasem nadszedł ksiądz Kaleb i zaraz zasiadł do pisania. Zbyszko dyktował mu obszernie 
wszystko, co się zdarzyło od chwili, gdy przybył do leśnego dworca. Nic nie zataił, 
gdyż wiedział, że stary Maćko, gdy się dobrze w tych sprawach rozpatrzy, to w końcu będzie 
rad. Bogdańca istotnie ani porównać ze Spychowem, który był włością obszerną i bogatą, a 
Zbyszko wiedział, że Maćkowi okrutnie zawsze o takie rzeczy chodziło. 
 
Lecz gdy po długich mozołach list był napisany i pieczęcią zamknięty, zawołał znów 
Zbyszko giermka i wręczył mu go mówiąc: 
 
– A może ze stryjcem tu wrócisz, z czego wielce bym był rad. 
Lecz Czech miał twarz także jakby zakłopotaną; marudził, z nogi na nogę przestępował i 
nie odchodził, póki młody rycerz nie ozwał się: 
 
– Masz-li co jeszcze powiedzieć, to mów. 
– Chciałbym, wasza miłość... – odrzekł Czech – chciałbym ot! jeszcze zapytać, jako tam 
mam ludziom rozpowiadać? 
– Jakim ludziom? 
– Niby, nie w Bogdańcu, ale w okolicy... Bo się też z pewnością będą chcieli dowiedzieć. 
31 
 
 

Na to Zbyszko, który postanowił już nic nie ukrywać, spojrzał na niego bystro i rzekł: 
 
– Tobie nie o ludzi chodzi, jeno o Jagienkę ze Zgorzelic. 
A Czech spłonął, potem przybladł nieco i odpowiedział: 
– O nią, panie. 
– A skąd wiesz, czy się tam nie wydała za Cztana z Rogowa albo za Wilka z Brzozowej? 
– Panienka nie wydała się za niego – odrzekł stanowczo giermek. 
– Mógł jej opat rozkazać. 
– Opat panienki słucha, nie ona jego. 
– To czegóż chcesz? Powiadaj prawdę tak jej, jak wszystkim. 
Czech skłonił się i odszedł nieco zły. 
– Daj Bóg – mówił sobie myśląc o Zbyszku – by cię zapomniała. Daj jej Bóg jeszcze lepszego 
niż ty. Ale jeślić nie zapomniała, to też jej rzekę, żeśżeniaty, ale bez niewiasty i że 
bogdaj owdowiejesz, nim do łożnicy wstąpisz. 
Giermek przywiązał się był jednak do Zbyszka, litował się 
i nad Danusią, ale Jagienkę 
miłował 
nad wszystko w świecie i od czasu, jak się przed ostatnią bitką w Ciechanowie dowiedział 
o małżeństwie Zbyszkowym, nosił ból i gorycz w sercu. 
 
– Bogdaj, że wprzód owdowiejesz! – powtórzył. 
Lecz następnie inne, widocznie słodsze myśli poczęły mu przychodzić do głowy, gdyż 
schodząc ku koniom mówił: 
 
– Chwała Bogu, że jej choć nogi obejmę, 
Tymczasem Zbyszko rwał się do drogi, gdyż trawiła go gorączka – i o ile z konieczności 
nie musiał zajmować się innymi sprawami, o tyle znosił po prostu męki myśląc bez ustanku o 
Danusi i Jurandzie. Trzeba było jednak zostać w Spychowie chociaż na jeden nocleg, choćby 
dla pana de Lorche i dla przygotowań, których tak długa podróż wymagała. Sam był wreszcie 
utrudzon nad wszelką miarę walką, czuwaniem, drogą, bezsennością, zmartwieniem. Gdy 
więc noc uczyniła się bardzo późna, rzucił się na twarde Jurandowe łoże w nadziei, że choć 
krótki sen go nawiedzi. Lecz nim zasnął, zapukał do niego Sanderus i skłoniwszy się rzekł: 
 
– Panie, ocaliliście mnie od śmierci i dobrze mi było przy was, jako dawno przedtem nie 
bywało. Bóg wam dał teraz włość wielką, żeście jeszcze bogatsi niż wprzódy, a i skarbiec 
spychowski niepusty. Dajcie mi, panie trzos jaki taki, a ja pójdę do Prus od zamku do zamku i 
choć mi tam nie bardzo bezpieczno, może wam usłużę. 
Zbyszko, który chciał 
go w pierwszej chwili wyrzucić 
z izby, zastanowił się nad tymi sło-
wami i po chwili wydobywszy ze stojącej wedle łoża podróżnej kalety spory worek, rzucił mu 
go i rzekł: 
 
– Masz, idź! Jeśliś szelma – odrwisz, jeśliś uczciwy – usłużysz. 
– Odrwię jako szelma, panie – rzekł Sanderus – ale nie was, a usłużę poczciwie – wam. 
32 
 
 

Rozdział 
siódmy 
 
 
Zygfryd de Löwe miał właśnie wyjeżdżać 
do Malborga, gdy niespodzianie pocztowy pachołek 
przyniósł mu list od Rotgiera z wiadomościami z mazowieckiego dworu. 
 
Wiadomości te poruszyły do żywego starego Krzyżaka. Przede wszystkim widać było z listu, 
iż Rotgier wybornie przedstawił i poprowadził wobec księcia Janusza sprawę Juranda. 
Zygfryd uśmiechnął się czytając, że Rotgier zażądał 
jeszcze, by książę za krzywdy Zakonu 
oddał jeszcze Spychów w maństwo Krzyżakom. Natomiast druga część listu zawierała nowiny 
niespodziane i mniej korzystne. Oto donosił także Rotgier, że dla tym lepszego okazania 
niewinności Zakonu w porwaniu Jurandówny rzucił był rękawicę rycerzom mazowieckim 
pozywając każdego, kto by o tym wątpił, na sąd Boży, to jest na walkę wobec całego dworu... 
„Żaden jej nie podnosił – pisał dalej Rotgier – wszyscy bowiem wiedzieli, iżświadczył za 
nami list samego Juranda, więc bali się sprawiedliwości Bożej, gdy wtem znalazł się młodzik, 
któregośmy w leśnym dworcu widzieli – i ów zakład podjął. Z której przyczyny nie dziwujcie 
się, pobożny i mądry bracie, że się z powrotem o dwa albo trzy dni opóźnię, gdyż – sam pozwawszy, 
stanąć muszę. A iżem to dla chwały Zakonu uczynił, mam nadzieję, że nie poczyta 
mi tego za złe ani wielki mistrz, ani też wy, którego czczę i synowskim sercem miłuję. Przeciwnik 
– prawy dzieciuch, a mnie walka, jako wiecie, nie nowina, więc łatwie tę krew na 
chwałę Zakonu rozleję, a zwłaszcza przy pomocy Pana Chrystusowej, któremu pewnie więcej 
chodzi o tych, którzy krzyż Jego noszą, niż o jakowegoś 
Juranda albo o krzywdy jednej mizernej 
dziewki z mazurskiego narodu!” 
 
Zygfryda zdziwiła przede wszystkim wiadomość, że Jurandówna była zamężna. Na myśl, 
że w Spychowie osiąść może nowy groźny i mściwy nieprzyjaciel, objął nawet starego komtura 
pewien niepokój: „Oczywiście – mówił 
sobie – zemsty nie poniecha, a tym bardziej gdyby 
niewiastę odzyskał i gdyby mu powiedziała, że to myśmy ją porwali z leśnego dworca! Ba, 
wydałoby się też zaraz, żeśmy Juranda sprowadzili jeno dlatego, by go zagubić, i że córki nikt 
nie myślał mu oddawać.” Tu przyszło Zygfrydowi na myśl, że jednak na skutek listów księcia 
wielki mistrz prawdopodobnie każe czynić poszukiwania w Szczytnie choćby dlatego, by się 
przed tymże księciem oczyścić. Przecież mistrzowi i kapitule tak chodziło o to, by na wypadek 
wojny z potężnym królem polskim książęta mazowieccy pozostali na stronie. Pominąwszy 
siły książąt wobec rojności mazowieckiej szlachty niepoślednie, a wobec jej bitności – 
godne, by ich nie lekceważyć, pokój z nimi zabezpieczał granicę krzyżacką na ogromnej, rozciągłej 
przestrzeni i pozwalał im skupić lepiej swe siły. Nieraz mówiono o tym przy Zygfrydzie 
w Malborgu, nieraz cieszono się nadzieją, że po zwycięstwie nad królem znajdzie się 
później byle pozór przeciw Mazowszu, a wówczas żadna siła nie wyrwie tej krainy z rąk 
krzyżackich. Był 
to rachunek i wielki, i pewny, dlatego było rzeczą równie pewną, że mistrz 
uczyni tymczasem wszystko, by nie rozdrażniać księcia Janusza, albowiem pan ów, żonaty z 
córką Kiejstuta, trudniejszym był 
do zjednania niż Ziemowit Płocki, którego małżonka była 
nie wiadomo dlaczego całkiem Zakonowi oddana. 
 
33 
 
 

I wobec tych myśli stary Zygfryd, który przy całej swej gotowości do wszelkich zbrodni, 
zdrad i okrucieństw miłował jednak nad wszystko Zakon i chwałę jego, począł się rachować z 
sumieniem: „Zali nie lepiej będzie wypuścić Juranda i jego córkę? Zdrada i ohyda wyda się 
wprawdzie wówczas w całej pełni, ale obciąży imię Danvelda, ten zaś nie żyje. A choćby też 
 
 
– myślał – mistrz pokarał srodze mnie i Rotgiera, którzyśmy byli jednak wspólnikami Danveldowych 
uczynków, to czy nie lepiej tak będzie dla Zakonu?” Lecz tu jego mściwe i 
okrutne serce poczęło burzyć się na myśl o Jurandzie. 
Wypuścić 
go, tego ciemięzcę i kata zakonnych ludzi, zwycięzcę w tylu spotkaniach, przyczynę 
tylu klęsk i hańby, pogromcę, a potem zabójcę Danvelda, pogromcę de Bergowa, zabójcę 
Majnegera, zabójcę Gotfryda i Huga, tego, który w samym Szczytnie wytoczył więcej 
krwi niemieckiej, niż jej wytacza niejedna dobra utarczka czasu wojny: „Nie mogę! nie mogę! 
 
– powtarzał w duszy Zygfryd i na samą tę myśl drapieżne palce zaciskały mu się kurczowo, a 
stara, wyschła pierś z trudnościąłowiła oddech. – A jednak, gdyby to było z większym pożytkiem 
i chwałą 
Zakonu? Gdyby kara, która by spadła w takim razie na jeszcze żyjących 
sprawców zbrodni, miała przejednać wrogiego dotychczas księcia Janusza i ułatwić z nim 
układ albo nawet i przymierze?... Zapalczywi są oni – myślał dalej stary komtur – lecz byle 
im trochę dobroci okazać, łatwo krzywd zapominają. Ot i książę sam był we własnym kraju 
pochwycon, a przecie czynnie się nie mścił...” Tu począł chodzić po sali w wielkiej rozterce 
wewnętrznej, gdy nagle wydało mu się, że mu coś z góry rzekło: „Wstań i czekaj na powrót 
Rotgiera.” Tak! należało czekać. Rotgier zabije niechybnie onego młodzianka, a potem albo 
trzeba będzie ukryć Juranda i jego córkę, albo ich oddać. W pierwszym razie książę wprawdzie 
o nich nie zapomni, ale nie mając pewności, kto porwał dziewkę, będzie jej szukał, będzie 
słał listy do mistrza nie z oskarżeniem, ale rozpytujące – i rzecz pójdzie w niezmierną 
odwłokę. W drugim razie radość z powrotu Jurandówny większą będzie niż chęć zemsty za 
jej porwanie. „A wszak ci zawsze możemy powiedzieć, żeśmy ją znaleźli już po Jurandowej 
napaści!” Ta ostatnia myśl uspokoiła całkiem Zygfryda. Co do samego Juranda, dawno już na 
współkę z Rotgierem wymyślili sposób, żeby jeśli go przyjdzie wypuścić, nie mógł ni mścić 
się, ni skarżyć. Zygfryd radował się w srogiej duszy myśląc teraz o tym sposobie. Radował 
się również na myśl o sądzie Bożym, który miał odbyć się w ciechanowskim zamku. Co do 
wyniku śmiertelnej walki nie nurtował go żaden niepokój. Przypomniał sobie pewien turniej 
w Królewcu, gdy Rotgier pokonał dwóch słynnych rycerzy, którzy w ojczystej swej andegaweńskiej 
krainie uchodzili za niezwalczonych zapaśników. Wspomniał i walkę 
pod Wilnem z 
pewnym polskim rycerzem, dworzaninem Spytka z Melsztyna, którego Rotgier zabił. I rozjaśniła 
mu się twarz, a serce wezbrało dumą, gdyż Rotgiera, jakkolwiek już słynnego rycerza, 
on pierwszy na wyprawy do Litwy wodził i najlepszych sposobów wojny z tym plemieniem 
go uczył. A teraz ów synaczek rozleje raz jeszcze znienawidzoną krew polską i wróci okryty 
chwałą. Wszak ci to sąd Boży, więc i Zakon będzie zarazem z podejrzeń oczyszczon... „Sąd 
Boży!...” Na jedno mgnienie oka stare serce ścisnęło się uczuciem podobnym do trwogi. Oto 
Rotgier stanąć ma do walki śmiertelnej w obronie niewinności krzyżackiej, a przecie oni winni, 
będzie zatem walczył za kłamstwo... Nużby stało się nieszczęście. Lecz po chwili Zygfrydowi 
wydało się to znów niemożliwym. Rotgier nie może być zwyciężony. 
Uspokoiwszy się 
w ten sposób, stary Krzyżak zamyślił się jeszcze nad tym, czyby nie lepiej 
wysłać tymczasem Danusi do którego odleglejszego zamku, który by w żadnym razie nie 
mógł ulec zamachowi Mazurów. Lecz po chwili zastanowienia zaniechał i tej myśli. Obmyślić 
zamach i stanąć na czele mógłby jeno mąż 
Jurandówny, a on przecie zginie pod ręką Rotgiera... 
Potem będą tylko ze strony księcia i księżny dochodzenia, przepytywania, pisania, 
skargi, ale przez to właśnie sprawa zatrze się i zaciemni, nie mówiąc o odwłoce niemal bez 
końca. „Wpierw nim do czego dojdą – rzekł sobie Zygfryd – ja umrę, a może i Jurandówna 
postarzeje się w krzyżackim zamknięciu.” Kazał jednakże, by wszystko było gotowe w zam
 
 
34 
 
 

ku do obrony, a również 
i do drogi, nie wiedział bowiem dokładnie, co może z narady z Rotgierem 
wypaść, i czekał. 
 
Tymczasem upłynęły od terminu, na który obiecywał pierwotnie Rotgier wrócić, dni dwa, 
po czym trzy i cztery, a żaden orszak nie ukazywał się przed szczytnieńską bramą. Dopiero 
piątego, prawie już o zmroku, rozległ się odgłos rogu przed basztą odźwiernego. Zygfryd, 
który ukończył był właśnie przedwieczorne czynności, wysłał natychmiast pachołka, aby się 
dowiedział, kto przybył. 
 
Pachołek wrócił po chwili z twarzą zmieszaną, ale zmiany tej nie mógł Zygfryd dostrzec, 
gdyż 
w izbie ogień palił się w głębokim kominie i mało rozświecał mrok. 
 
– Przyjechali? – spytał stary rycerz. 
– Tak! – odpowiedziało pacholę. 
Lecz w głosie jego było coś takiego, co nagle zaniepokoiło Krzyżaka, więc rzekł: 
– A brat Rotgier? 
– Przywieźli brata Rotgiera. 
Na to Zygfryd podniósł się z krzesła. Przez długą chwilę trzymał dłonią za poręcz, jakby 
obawiał się upaść, po czym ozwał się przytłumionym głosem: 
 
– Daj mi płaszcz. 
Pachołek zarzucił mu płaszcz na ramiona, on zaś widocznie odzyskał już siły, gdyż sam 
nasunął kaptur na głowę i wyszedł z izby. 
Po chwili znalazł się na dziedzińcu zamkowym, na którym mrok uczynił się już zupełny, i 
szedł przez skrzypiący śnieg powolnym krokiem ku orszakowi, który przejechawszy bramę 
zatrzymał się 
w jej pobliżu. Stała tam już gęsta gromada ludzi i świeciło kilka pochodni, które 
żołnierze z załogi zdążyli przynieść. Na widok starego rycerza knechtowie rozstąpili się. Przy 
blasku pochodni widać było jednak trwożne oblicza i ciche głosy szeptały w pomroce: 
 
– Brat Rotgier... 
– Brat Rotgier zabit... 
Zygfryd przysunął się do sani, na których leżało na słomie pokryte płaszczem ciało, i podniósł 
koniec płaszcza. 
 
– Zbliżcie światło – rzekł odchylając kaptur. 
Jeden z knechtów pochylił pochodnię, przy której blasku stary Krzyżak dojrzał głowę Rotgiera 
i twarz białą jak śnieg, zmarzniętą, otoczoną ciemną chustą, którą zawiązano mu pod 
brodą widocznie w tym celu, aby usta nie pozostały otwarte. Jakoż cała twarz była jakby 
ściągnięta, a przez to zmieniona tak, że można by rzec, iż to kto inny. Oczy były zakryte powiekami, 
naokoło oczu i przy skroniach plamy błękitne. Na policzkach szklił się zamróz. 
 
Komtur patrzył przez długą chwilę wśród ogólnego milczenia. Inni patrzyli na niego, wiedziano 
bowiem, ż był jako ojciec dla zmarłego i że go miłował. Lecz jemu ani jedna łza nie 
wypłynęła z oczu, oblicze tylko miał jeszcze surowsze niż 
zwykle, a w nim jakiś skrzepły 
spokój. 
 
– Tak go odesłali! – rzekł wreszcie. 
Lecz zaraz potem zwrócił się do ekonoma zamku: 
– Niech do północy zbiją trumnę i ustawią ciało w kaplicy. 
– Została jedna trumna z tych, które robiono dla pobitych przez Juranda – odrzekł ekonom. 
– Każę ją tylko suknem obić. 
– I przykryć go płaszczem – rzekł Zygfryd zakrywając twarz Rotgiera – nie takim jak ten, 
jeno zakonnym. 
Po chwili zaś dodał: 
 
– A wieka nie przymykać. 
Ludzie zbliżyli się do wozu. Zygfryd nasunął znów kaptur na głowę, lecz widocznie przypomniał 
sobie jeszcze coś przed odejściem, gdyż spytał: 
 
– Gdzie jest van Krist? 
35 
 
 

– Zabit także – odpowiedział jeden z pachołków – ale musieli go pochować w Ciechanowie, 
bo począł gnić. 
– To dobrze. 
I to rzekłszy odszedł 
powolnym krokiem, a wróciwszy do izby siadł na tym samym krześle, 
na którym go wiadomość zastała – i siedział z twarzą kamienną, nieruchomy, tak długo, 
że mały pacholik począł się niepokoić i wsuwać coraz częściej głowę przeze drzwi. Godzina 
płynęła za godziną, w zamku ustawał zwykły ruch, tylko od strony kaplicy dochodziło głuche, 
niewyraźne stukanie młotka, a potem nic nie mąciło ciszy prócz nawoływań wartowników. 
 
Była też już blisko północ, gdy stary rycerz rozbudził się jakby ze snu i zawołał pachołka. 
 
– Gdzie jest brat Rotgier? – zapytał. 
Lecz chłopak, rozstrojony ciszą, wypadkami i bezsennością, widocznie nie zrozumiał go, 
gdyż spojrzał nań z trwogą i odrzekł ze drżeniem w głosie: 
 
– Nie wiem, panie!... 
A starzec uśmiechnął się rozdzierającym uśmiechem i rzekłłagodnie? 
– Jać, dziecko, pytam: zali już w kaplicy? 
– Tak jest, panie. 
– To dobrze. Powiedzże Diederichowi, by tu przyszedł z kluczami i latarnią i by czekał, 
póki nie wrócę. Niech ma także i kociełek z węglami. Czy w kaplicy już jest światło? 
– Gorejąświece wedle trumny. 
Zygfryd zawdział płaszcz i wyszedł. 
Przyszedłszy do kaplicy rozejrzał się od drzew, czy nie ma nikogo, potem zamknął je starannie, 
zbliżył się do trumny, odstawił dwie świece z sześciu, które przy niej gorzały w wielkich 
miedzianych lichtarzach, i kląkł przy niej. 
Wargi nie poruszały mu się wcale, więc się nie modlił. Przez czas jakiś patrzył tylko w 
skrzepłą, ale piękną jeszcze twarz Rotgiera, jakby chciałśladów życia w niej dopatrzyć. 
Po czym wśród ciszy kaplicznej począł wołać przyciszonym głosem: 
 
– Synaczku! Synaczku! 
I umilkł. Zdawało się, że czeka odpowiedzi. 
Następnie wyciągnąwszy ręce wsunął wychudłe, podobne do szponów palce pod płaszcz 
okrywający pierwsi Rotgiera i począł ich nimi dotykać: szukał wszędzie, w pośrodku i z boków, 
poniżej żeber i wedle obojczyków, zmacał na koniec przez sukno szczelinę ciągnącą się 
od wierzchu prawego barku aż po pachę, zagłębił palce, przesunął je przez całą długość rany i 
znów jął mówić głosem, w którym drgała jakby skarga: 

 
– Oo!... jakiż to niemiłosierny cios!... A mówiłeś, że tamten – prawy dzieciuch!... Całe ramię! 
całe ramię! Tyle razy wznosiłeś je na pogan w obronie Zakonu. A teraz odrąbał ci je 
polski topór... I ot ci koniec! Ot ci kres! Nie błogosławił 
ci On, bo mu może nie chodzi o nasz 
Zakon. Opuścił i mnie, chociażem mu służył od długich lat. 
Słowa urwały mu się w ustach, wargi poczęły drżeć i w kaplicy znów uczyniło się głuche 
milczenie. 
 
– Synaczku! Synaczku! 
W głosie Zygfryda była teraz prośba, a zarazem wołał jeszcze ciszej, jak ludzie, którzy dopytują 
się o jakąś ważną i straszną tajemnicę: 
 
– Jeśliś jest, jeśli mnie słyszysz, daj znak: porusz ręką albo otwórz na jedno mgnienie oczy 
– bo mi skowycze serce w starych piersiach... daj znak, jam cię miłował – przemów!... 
I wsparłszy dłonie na krawędziach trumny utkwił swe sępie oczy w zamkniętych powiekach 
i czekał. 
 
– Ba! jakoże masz przemówić – rzekł 
wreszcie – bije od ciebie mróz i zaduch. Ale skoro ty 
milczysz, to ja ci coś 
powiem, a dusza twoja niech tu przyleci między gorejące świecie i słucha. 
To rzekłszy pochylił się do twarzy trupa. 
 
36 
 
 

– Pamiętasz, jako kapelan nie dał dobić Juranda i jakośmy mu przysięgli. I dobrze: dotrzymam 
przysięgi, ale ciebie uraduję, gdzieśkolwiek jest. 
To rzekłszy cofnął się od trumny, przystawił na powrót lichtarze, które był poprzednio odsunął, 
nakrył trupa płaszczem wraz z twarzą i wyszedł z kaplicy. 
Przy drzwiach komnaty spał zmorzony głębokim snem pachołek, wewnątrz zaś czekał wedle 
rozkazu na Zygfryda Diederich. 
Był to niski, krępy człowiek, o kabłączastych nogach i z kwadratową, zwierzęcą twarzą, 
którą w części zasłaniał ciemny ząbkowany kaptur spadający na ramiona. Na sobie miał bawoli 
niewyprawny kaftan, na biodrach również bawoli pas, za który zatknięty był pęk kluczy i 
krótki nóż. W prawej ręce trzymałżelazną, pozasłanianą błonami latarnię, w drugiej miedziany 
kotlik i pochodnię. 
 
– Gotów jesteś? – zapytał Zygfryd. 
Diederich skłonił się w milczeniu. 
– Kazałem, byś miał węgle w kotliku. 
Krępy człowiek znów nic nie odpowiedział, wskazał tylko płonące w kominie bierwiona, 
wziął stojącą wedle komina żelaznąłopatkę i począł wygarniać spod nich węgle do kociołka, 
po czym zapalił latarnię i czekał. 
 
– A teraz słuchaj, psie – rzekł Zygfryd. – Niegdyś wygadałeś, co kazał ci czynić komtur 
Danveld, i komtur kazał ci wyciąć język. Ale że możesz kapelanowi pokazać wszystko, co 
chcesz, na palcach, więc ci zapowiadam, iż jeśli jednym ruchem pokażesz mu to, co z mego 
rozkazu uczynisz – każę cię powiesić. 
Diederich znów skłonił się w milczeniu, tylko twarz ściągnęła mu się złowrogo strasznym 
wspomnieniem, albowiem wyrwano mu język z zupełnie innego powodu, niż mówił Zygfryd. 
 
– Ruszaj teraz naprzód i prowadź do Jurandowego podziemia. 
Kat chwycił swą olbrzymią dłonią pałąk kotlika, podniósł latarnię i wyszli. Za drzwiami 
minęli uśpionego pachołka i zszedłszy ze schodów udali się nie ku drzwiom głównym, lecz 
w tył schodów, za którymi ciągnął się wąski korytarz idący przez całą szerokość gmachu, a 
zakończony ciężką furtą ukrytą we framudze muru. Diederich otworzył ją i znaleźli się znów 
pod gołym niebem, na małym podwórku, otoczonym z czterech stron murowanymi spichrzami, 
w których chowano zapasy zboża na wypadek oblężenia zamku. Pod jednym z tych spichrzów, 
od prawej strony, były podziemia dla więźniów. Nie stała tam żadna straż, albowiem 
więzień, choćby zdołał wyłamać się z podziemia, znalazłby się w dziedzińcu, którego jedyne 
wyjście było właśnie przez ową furtę. 
 
– Czekaj! – rzekł Zygfryd. 
I wsparłszy się ręką 
o mur zatrzymał się, albowiem uczuł, że dzieje się z nim coś niedobrego 
i że brak mu tchu, jak gdyby piersi jego były zakute w zbyt ciasny pancerz. Po prostu 
to, przez co przeszedł, było nad jego stare siły. Uczuł też, że czoło pokrywa mu się pod kapturem 
kroplami zimnego potu, i postanowił chwilę odetchnąć. 
 
Noc po posępnym dniu uczyniła się nadzwyczaj pogodna. Na niebie świecił księżyc i cały 
dziedzińczyk zalany był jasnym światłem, przy którym śnieg połyskiwał zielono. Zygfryd z 
chciwością wciągał w płuca rzeźwe i nieco mroźne powietrze. Ale przypomniało mu się zarazem, 
że w taką samąświetlistą noc wyjeżdżał Rotgier do Ciechanowa, skąd wrócił trupem. 
 
– A teraz leżysz w kaplicy – mruknął z cicha. 
Diederich zaś sądząc, że komtur do niego mówi, podniósł latarnię i oświecił jego twarz, 
bladą strasznie, niemal trupią, ale zarazem podobną do głowy starego sępa. 
 
– Prowadź! – rzekł Zygfryd. 
Żółte koło światła od latarni zachybotało znów na śniegu i poszli dalej. W grubym murze 
spichlerza było wgłębienie, przy którym kilka schodów wiodło do niskich żelaznych drzwi. 
Diederich otworzył je i znów począł schodzić po schodach w głąb czarnej czeluści podnosząc 
 
37 
 
 

mocno latarnię, by oświecić komturowi drogę. Na końcu schodów był korytarz, a w nim na 
prawo i na lewo nadzwyczaj niskie furty od cel więziennych. 
 
– Do Juranda – rzekł Zygfryd. 
Po chwili zaskrzypiały rygle i weszli. Ale w jamie było zupełnie ciemno, więc Zygfryd, 
nie widząc dobrze przy mdłym świetle latarni, rozkazał zapalić pochodnię i wkrótce w mocnym 
blasku jej płomienia ujrzał leżącego na słomie Juranda. Jeniec miał kajdany na nogach, 
na ręku zańłańcuch nieco dłuższy, taki, by mu pozwalał podawać sobie pokarm do ust. Ubrany 
był w ten sam wór zgrzebny, w którym stanął przed komturami, lecz pokryty teraz ciemnymi 
śladami krwi, albowiem w dniu owym, w którym położono kres walce dopiero wówczas, 
gdy oszalałego z bólu i wściekłości rycerza splątano siecią, knechtowie chcieli go dobić 
i halabardami zadali mu kilkanaście ran. Dobiciu przeszkodził miejscowy, szczytnieński kapelan, 
ciosy zaś nie okazały sięśmiertelne, natomiast uszło z Juranda tyle krwi, że go odniesiono 
do więzienia na wpółżywego. W zamku mniemano powszechnie, że lada godzina 
skończy, lecz jego ogromna siła zmogła śmierć i żył, chociaż nie opatrzono mu ran a wtrącono 
go do strasznego podziemia, w którym w dniach odwilży kapało ze sklepień, w czasie zaś 
mrozów ściany pokrywały się grubą sadziąśnieżną i kryształkami lodu. 
 
Leżał więc na słomie, w łańcuchach, niemocen, ale ogromny, tak iż zwłaszcza leżąc czynił 
wrażenie jakiegoś odłamu skały, który wykuto w kształt człowieczy. Zygfryd kazał mu świecić 
prosto w twarz i przez czas jakiś wpatrywał się w nią milczeniu, po czym zwrócił się do 
Diedericha i rzekł: 
 
– Widzisz, iże ma tylko jednąźrenicę, wykap mu ją. 
W głosie jego była jakaś niemoc i zgrzybiałość, ale właśnie dlatego straszny rozkaz wydawał 
się jeszcze straszniejszy. Toteż pochodnia zadrżała nieco w ręku kata, jednakże pochylił 
ją i wkrótce na oko Juranda poczęły spadać wielkie, płonące krople smoły, a wreszcie pokryły 
je zupełnie od brwi aż do wystającej kości policzka. 
 
Twarz Juranda skurczyła się, płowe wąsy jego podniosły się 
ku górze i odkryły zaciśnięte 
zęby, ale nie wyrzekł ani słowa i czy to z wyczerpania, czy przez zawziętość przyrodzoną 
strasznej jego naturze, nie wydał nawet jęku. 
 
A Zygfryd rzekł: 
 
– Przyrzeczono ci, iż wyjdziesz wolny, i wyjdziesz, ale nie będziesz mógł oskarżać Zakonu, 
gdyż język, którym przeciw niemu bluźniłeś, będzie ci odjęty. 
I znów dał 
znak Diederichowi, lecz ów wydał 
dziwny, gardlany głos i pokazał zarazem na 
migi, że potrzebuje obu rąk, a nadto, że chce, by komtur mu poświecił. 
Wówczas starzec wziął pochodnię i trzymał ją wyciągniętą drżącą ręką; jednakże gdy Diederich 
przycisnął kolanami piersi Juranda, odwrócił głowę i patrzał na pokrytą szronem ścianę. 
 
 
Na chwilę rozległ się dźwięk łańcuchów, po czym dały się słyszeć 
zdyszane oddechy piersi 
ludzkich, coś jakby jedno głuche, głębokie stęknięcie i nastąpiła cisza. 
Wreszcie odezwał się znów głos Zygfryda. 
 
– Jurandzie, kara, którą poniosłeś, i tak cię spotkać miała, ale prócz tego bratu Rotgierowi, 
którego mąż twej córki zabił, obiecałem włożyć prawą twoją dłoń do trumny. 
Diederich, który już był podniósł się, usłyszawszy te słowa przychylił się znów nad Jurandem. 
Po niejakim czasie stary komtur i Diederich znaleźli się znów na owym dziedzińcu, zalanym 
światłem miesięcznym. Przeszedłszy korytarz Zygfryd wziął z rąk kata latarnię i jakiś 
ciemny przedmiot owinięty w szmatę i rzekł do siebie głośno: 
 
– Teraz do kaplicy z powrotem, a potem do wieży. 
Diederich spojrzał 
na niego bystro, lecz komtur kazał mu iść spać, sam zaś powlókł się 
kołysząc latarnią w stronę oświeconych kaplicznych okien. Po drodze rozmyślał o tym, co się 
stało. Czuł jakąś pewność, że i na niego przychodzi już kres i że to są jego ostatnie uczynki na 
 
38 
 
 

ziemi; a jednak jego dusza krzyżacka, chociaż z natury więcej okrutna niż kłamliwa, tak już 
pod wpływem nieubłaganej konieczności wzwyczaiła się do wykrętów, matactw i osłaniania 
krwawych zakonnych postępków, że i teraz mimo woli myślał, iż mógłby zrzucić hańbę i 
odpowiedzialność za Jurandową mękę zarówno z siebie jak i z Zakonu. Diederich przecie 
niemowa, nic nie wyzna, a chociaż umie porozumieć się z kapelanem, nie porozumie się z 
samego strachu. Więc co? Więc któż dowiedzie, że Jurand nie otrzymał tych wszystkich ran 
w bitwie? Łatwo mógł stracić język od pchnięcia włócznią między zęby, łatwo miecz albo 
topór mógł odrąbać prawicę, a oko miał tylko jedno, więc cóż dziwnego, że mu je wybito, 
gdy sam jeden rzucił się w szaleństwie na całą załogę szczytnieńską? Ach, Jurand! Ostatnia w 
życiu radość wstrząsnęła na chwilę sercem starego Krzyżaka. Tak, Jurand, jeśli wyżyje, powinien 
być 
wypuszczon wolno! Tu Zygfryd przypomniał sobie, jak niegdyś radzili o tym z 
Rotgierem i jak młody brat śmiejąc się mówił: „Niech wówczas pójdzie g d z i e g o o c zy 
p o n i o s ą, a jeśli nie będzie mógł trafić do Spychowa, to niech się r o z p y t a o drogę.” Bo 
to, co się stało, było już w części postanowione między nimi. A teraz, gdy Zygfryd znów 
wszedł do kaplicy i klęknąwszy przy trumnie złożył u nóg Rotgiera krwawą dłoń Jurandową, 
ta ostatnia radość, która przed chwilą 
w nim zadrgała, odbiła się również 
po raz ostatni na 
jego twarzy. 
 
– Widzisz – rzekł – uczyniłem więcej, niżeśmy uradzili: bo król Jan Luksemburski, chociaż 
byłślepy, stanął jeszcze do walki i zginął z chwałą, a Jurand nie stanie już i zginie jak 
pies pod płotem. 
Tu znów uczuł brak oddechu, taki jak poprzednio, gdy szedł do Juranda, a na głowie ciężar 
jakby żelaznego hełmu, lecz trwało to jedno mgnienie oka. Odetchnął głęboko i rzekł. 
 
– Hej, czas i na mnie. Miałem cię jednego, a teraz nie mam nikogo. Ale jeśli mi przeznaczono 
żyć jeszcze, to ci ślubuję, synaczku, że ci i tamtą rękę, która cię zabiła, na grobie położę 
albo sam zginę. Żyw jeszcze twój zabójca... 
Tu zęby ścisnęły mu się, chwycił 
go kurcz tak silny, iż słowa urwały mu się w ustach, i 
dopiero po niejakim czasie począł znów mówić przerywanym głosem: 
 
– Tak... żyw jeszcze twój zabójca, ale ja go dosięgnę... a nim dosięgnę, inną, gorszą od 
samej śmierci mękę mu zadam. 
I umilkł. 
Po chwili wstał i zbliżywszy się do trumny ją mówić spokojnym głosem: 
 
– Ot, żegnam cię... Spojrzę 
ci w twarz raz ostatni, może poznam, czyś rad z obietnicy. 
Ostatni raz! 
I odkrył oblicze Rotgiera, lecz nagle cofnął się. 
 
– Śmiejesz się... – rzekł – ale się strasznie śmiejesz... 
Jakoż ciało odtajało pod płaszczem, a może od ciepła świec, skutkiem czego poczęło się 
rozkładać z nadzwyczajną szybkością – i twarz młodego komtura stała się rzeczywiście 
straszną. Spuchłe ogromnie i poczerniałe uszy miały w sobie coś potwornego, sine zaś, 
wzdęte wargi wykrzywione były jakby uśmiechem. 
 
Zygfryd zakrył co prędzej tę okropną maskę ludzką. 
 
Po czym wziął latarnię i wyszedł. W drodze po raz trzeci zbrakło mu oddechu, wróciwszy 
więc do izby rzucił się na swe twarde łoże zakonne i przez pewien czas leżał bez ruchu. Myślał, 
że zaśnie, gdy nagle ogarnęło go dziwne uczucie. Oto wydało mu się, że sen nie przyjdzie 
do niego już nigdy, a natomiast jeśli zostanie w tej izbie, to przyjdzie zaraz śmierć. 
 
Zygfryd nie bał się jej. W niezmiernym zmęczeniu i bez nadziei snu widział w niej jakiś 
ogromny wypoczynek, ale nie chciał się jej poddać jeszcze tej nocy, więc siadłszy na łożu 
począł mówić: 
 
– Daj mi czas do jutra. 
A wtem usłyszał wyraźnie jakiś głos szepcący mu do ucha: 
39 
 
 

– Wychodź 
z tej izby. Jutro będzie za późno i nie spełnisz tego, coś przyrzekł; wychodź z 
tej izby! 
Komtur, podniósłszy się z trudem, wyszedł. Na blankach obwoływały się z narożników 
straże. Przy kaplicy padał na śnieg żółty blask z okien. W pośrodku, przy kamiennej studni 
dwa czarne psy bawiły się ciągnąć jakąś szmatę; zresztą na dziedzińcu było pusto i cicho. 
 
– Więc koniecznie jeszcze tej nocy? – mówił Zygfryd. – Otom utrudzon bez miary, ale 
idę... Wszyscy śpią. Jurand zmożon męką może także śpi, tylko ja nie zasnę. Idę, idę, bo w 
izbie śmierć, a jam ci przyrzekł... Ale potem niechże już przyjdzie śmierć, skoro nie ma 
przyjść sen. Ty się tam śmiejesz, a mnie sił brak. Śmiejesz się, toć widać 
rad. Jeno widzisz, 
palce mi podrętwiały, moc opuściła dłonie i sam już tego nie dokonam... Dokona służka, która 
z niąśpi... 
Tak mówiąc szedł ociężałym krokiem ku wieży leżącej przy bramie. Tymczasem psy, które 
bawiły się przy kamiennej studni, przybiegły ku niemu i poczęły sięłasić. W jednym z nich 
Zygfryd rozpoznał brytana, który był tak nieodstępnym towarzyszem Diedericha, iż w zamku 
mówiono, że służy mu w nocy za poduszkę. 
 
Pies powitawszy komtura zaszczekał z cicha raz i drugi, po czym zwrócił się 
ku bramie i 
począł iść ku niej, jak gdyby odgadywał myśl człowieka. 
 
Zygfryd znalazł się po chwili przed wąskimi drzwiczkami wieży, które na noc zaryglowywano 
z zewnątrz. Odsunąwszy rygle zmacał poręcz schodów, które zaczynały się tuż za 
drzwiami, i począł iść na górę. Zapomniawszy, z powodu rozbicia myśli, latarni szedł omackiem, 
stąpając ostrożnie i szukając nogami stopni. 
 
Nagle po kilku krokach zatrzymał się, gdyż wyżej, ale tuż nad sobą, usłyszał coś jakby sapanie 
człowieka albo zwierzęcia. 
 
– Kto tam? 
Nie było odpowiedzi, tylko sapanie stało się szybsze. 
Zygfryd był człowiekiem nieustraszonym; nie bał sięśmierci, ale i jego odwaga i panowanie 
nad sobą wyczerpały się już do dna tej strasznej nocy. Przez głowę przeleciała mu myśl, 
że drogę zastępuje mu Rotgier, i włosy zjeżyły mu się na głowie, a czoło okryło się zimnym 
potem. 
 
I cofnął się prawie do samego wyjścia. 
 
– Kto tam? – zapytał zdławionym głosem. 
Lecz w tej chwili coś pchnęło go w piersi z siłą tak straszliwą, że starzec padł zemdlony na 
wznak przez otworzone drzwi, nie wydawszy ani jęku. 
Uczyniła się cisza. Potem z wieży wysunęła się jakaś ciemna postać i chyłkiem poczęła 
umykać ku stajniom leżącym obok cekhauzu po lewej stronie dziedzińca. Wielki brytan Diedericha 
popędził za nią 
w milczeniu. Drugi pies skoczył za nimi również i zniknął w cieniu 
muru, ale wkrótce zjawił się znowu ze łbem spuszczonym ku ziemi biegnąc z wolna z powrotem 
i jakby wietrząc pod ślad tamtych. W ten sposób zbliżył się do leżącego bez ruchu 
Zygfryda, obwąchał go uważnie i wreszcie siadłszy przy jego głowie podniósł paszczę w górę 
i począł wyć. 
 
Wycie rozlegało się przez długi czas, napełniając jakby nowążałością i zgrozą tę posępną 
noc. Na koniec zaskrzypiały drzwi ukryte we wnęku wielkiej bramy i na dziedzińcu zjawił się 
odźwierny z halebardą. 
 
– Mór na tego psa! – rzekł. – Nauczę ja cię wyć po nocy. 
I nastawiwszy ostrze chciał pchnąć nim zwierzę, lecz w tej samej chwili ujrzał, iż ktoś leży 
w pobliżu otwartych drzwiczek baszty. 
 
– Herr Jesus! co to jest?... 
Pochyliwszy głowę spojrzał w twarz leżącego człowieka i począł krzyczeć: 
– Bywaj! bywaj! ratunku! 
Po czym skoczył do bramy i jął targać z całych sił za sznur dzwonu. 
40 
 
 

Rozdział 
ósmy 
 
 
Jakkolwiek Głowaczowi pilno było do Zgorzelic, nie mógł jednakże jechać tak prędko, 
jakby chciał, albowiem drogi stały się niezmiernie trudne. Po zimie ostrej, po mrozach tęgich 
i po śniegach tak obfitych, że chowały się pod nimi całe wsie, przyszły wielkie odwilże. Luty, 
wbrew swojej nazwie, nie okazał się 
bynajmniej lutym. Naprzód powstały mgły gęste i nieprzeniknione, 
potem dżdże prawie ulewne, od których w oczach tajały białe zaspy, w przerwach 
zaś między ulewami dął wicher, taki, jaki zwykł dąć w marcu, więc przerywany, nagłe, 
któren zganiał i rozganiał nabrzmiałe chmury po niebie, a na ziemi wył po zaroślach, huczał 
po lasach i pożerałśniegi, pod którymi niedawno jeszcze drzemały konary i gałęzie w zimowym 
cichym śnie. Poczerniały też wnet bory. Na łąkach marszczyła się szeroko rozlana woda, 
wezbrały rzeki i strumienie. Radzi byli z takiej obfitości mokrego żywiołu tylko rybitwo-
wie, natomiast inna wszelka ludność, trzymana jakby na uwięzi, przykrzyła sobie po domach i 
chatach. W wielu miejscach od wsi do wsi można się było dostać tylko łodzią. Nie brakło 
wprawdzie nigdzie grobel ani gościńców przez bagna i bory poczynionych z pni i okrąglaków, 
ale teraz groble rozmiękły, a pnie na nizinnych miejscach pogrzęzły w rozmokłych młakach 
i przejazd przez nie uczynił się niebezpieczny albo i wcale niepodobny. Szczególniej 
trudno było posuwać się Czechowi w jezierzystej Wielkopolsce, gdzie każdej wiosny roztopy 
bywały większe niż w innych stronach kraju, a przeto i droga, zwłaszcza dla konnych, cięższa. 
 
 
Musiał też często zatrzymywać się i czekać po całych tygodniach bądź to po miasteczkach, 
bądź po wsiach u dziedziców, którzy zresztą 
przyjmowali go wraz z jego ludźmi, wedle obyczaju, 
gościnnie, radzi słuchając opowiadań o Krzyżakach i płacąc chlebem i solą za nowiny. 
Za czym wiosna dobrze już zapowiadała się na świecie i zbiegła większa część marca, zanim 
znalazł się w pobliżu Zgorzelic i Bogdańca. 
 
Biło mu serce na myśl, iż niebawem ujrzy swoją panią, bo choć wiedział, że nie dostanie 
jej nigdy, tak jak nie dostanie i gwiazdy z nieba, jednakże wielbił ją i kochał z całej duszy. 
Postanowił jednak zajechać naprzód do Maćka, raz dlatego, że do niego był wysłany, a po 
wtóre, że prowadził 
ludzi, którzy mieli zostać w Bogdańcu. Zbyszko po zabiciu Rotgiera zabrał 
był jego orszak wynoszący wedle przepisów zakonnych dziesięć koni i tyluż ludzi. Dwaj 
spomiędzy nich odwieźli ciało zabitego do Szczytna, pozostałych zaś, wiedząc, jak chciwie 
stary Maćko poszukuje osadników, odesłał 
Zbyszko z Głowaczem w darze stryjcowi. 
 
Czech zajechawszy do Bogdańca nie zastał Maćka w domu; powiedziano mu, iż poszedł z 
psami i kuszą do boru, lecz wrócił jeszcze za dnia i dowiedziawszy się, iż znaczny jakowyś 
poczet bawi u niego, przyśpieszył kroku, aby przyjezdnych powitać i ofiarować im gościnność. 
Nie poznał też zrazu Głowacza, a gdy ów pokłonił mu się i nazwał, w pierwszej chwili 
przeraził się okrutnie i rzuciwszy kuszę i czapkę o ziem zawołał: 
 
– Dla Boga! zabili mi go! gadaj, co wiesz! 
– Nie zabit – odparł Czech. – W dobrym zdrowiu! 
41 
 
 

Usłyszawszy to Maćko zawstydził się nieco i począł sapać, wreszcie odetchnął głęboko. 
 
– Chwała Chrystusowi Panu! – rzekł. – Gdzie zaś jest? 
– Do Malborga pojechał, a mnie z nowinami tu przysłał. 
– A on po co do Malborga? 
– Po żonę. 
– Bój się, chłopie, ran boskich! Po jakążonę? 
– Po Jurandową córkę. Będzie o czym prawić choćby całą noc, ale pozwólcie, poczesny 
panie, abym też odsapnął, bom się zdrożył okrutnie, a od północka cięgiem jechałem. 
Więc Maćko przestał na chwilę pytać, głównie jednak z tej przyczyny, że zdumienie odjęło 
mu mowę. Ochłonąwszy nieco zakrzyknął na pachołka, by dorzucił drew do ogniska i przyniósł 
Czechowi jeść, po czym jął chodzić po izbie, wymachiwać rękoma i mówić sam do siebie: 
 
 
– Uszom nie wierzyć... Jurandowa córka... Zbyszko żonaty... 
– I żonaty, i nieżonaty – rzekł Czech. 
Dopieroż jął z wolna opowiadać, co i jak było, a tamten słuchał chciwie, przerywając kiedy 
niekiedy pytaniami, bo nie wszystko było jasne w opowiadaniu Czecha. Nie wiedział na 
przykład dokładnie Głowacz, kiedy się Zbyszko ożenił, bo nie było żadnego wesela, twierdził 
jednak na pewno, że ślub był i że się to stało za przyczyną samej księżny Anny Danuty, a 
wydało się przed ludźmi dopiero po przyjeździe Krzyżaka Rotgiera, z którym Zbyszko pozwawszy 
go na sąd Boży potykał się wobec całego mazowieckiego dworu. 
 
– Aa! Potykał ci się? – zawołał błysnąwszy oczyma z okrutnym zaciekawieniem Maćko. – 
No i co? 
 
– Na dwie połowie Niemca rozwalił, a i mnie też Bóg z giermkiem poszczęścił. 
Maćko znów począł sapać, tym razem z zadowolenia. 
– No! – rzekł – chłop to on jest nie na śmiech. Ostatni z Gradów, ale, tak mi dopomóż Bóg, 
niepośledni. Juści, a wówczas z Fryzami?... Prawy wyrostek był... 
Tu spojrzał uważniej raz i drugi na Czecha, po czym znów: 
 
– Ale i tyś mi się udał. I widać nie łżesz. Ja ci łgarza i przez deskę poczuję. Nic jeszcze ten 
giermek, bo sam mówisz, żeś nie miał wiele roboty, ale żeś tamtemu psubratu ramię skruszył, 
a przedtem tura zwalił, to godne uczynki. 
Po czym spytał nagle: 
 
– A łup? czy także godny? 
– Wzięliśmy zbroje, konie i chłopa dziesięciu, a ośmiu wam młody pan przysyła. 
– Coże z dwoma uczynił? 
– Odesłał z ciałem. 
– Nie mógł to książę swoich pachołków wyprawić? Tamci już nie wrócą. 
Czech uśmiechnął się na tę chciwość, z którą zresztą Maćko często się zdradzał. 
– Młody pan nie potrzebuje na to teraz już zważać – rzekł. – Spychów wielka dziedzina. 
– Wielka! ba, i co? Ale jeszcze nie jego. 
– Jeno czyja? 
Maćko aż wstał. 
– Powiadaj! A przecie Jurand! 
– Jurand u Krzyżaków w podziemiu i śmierć 
nad nim. Bóg wie, czy wyżyje, a jeśli wyżyje, 
czy wróci; choćby zaś wyżył i wrócił, przecie czytał ksiądz Kaleb jego testament i zapowiedział 
wszystkim, że dziedzicem ma być młody pan. 
Na Maćku nowiny te uczyniły widocznie ogromne wrażenie, tak dalece bowiem były zarazem 
pomyślne i niepomyślne, że nie mógł się w nich połapać ani przyprowadzić do ładu 
uczuć, które na przemian nim wstrząsały. Wiadomość, że Zbyszko się ożenił, ukłuła go w 
pierwszej chwili boleśnie, kochał bowiem jak rodzony ojciec Jagienkę i ze wszystkich sił pragnął 
Zbyszka z nią skojarzyć. Ale z drugiej strony już się był przyzwyczaił uważać tę rzecz na 
 
42 
 
 

przepadłą, a znów Jurandówna przynosiła to, czego nie mogła przynieść 
Jagienka, bo i łaskę 
książęcą, i wiano, jako jedynaczka, wielekroć razy większe. Widział już Maćko w duszy 
Zbyszka książęcym komesem, panem na Bogdańcu i Spychowie, ba, w przyszłości i kasztelanem. 
Rzecz nie była niepodobna, bo mówiło się przecie w onych czasach o szlachcicu chudopachołku: 
„Miał 
ci synów dwunastu: sześciu w bitwach legło, sześciu zostało kasztelanami.” 
I naród, i rody były na dorobku do wielkości. Znaczne mienie mogło tylko pomóc 
Zbyszkowi na tej drodze, więc chciwość i pycha rodowa Maćka miały się z czego cieszyć. 
Nie brakło jednakże staremu powodów i do niepokoju. Sam jeździł niegdyś dla uratowania 
Zbyszka od Krzyżaków i przywiózł z tej podróży żelazny szczebrzuch pod żebrem, a oto teraz 
pojechał Zbyszko do Malborga jakoby wilkowi w gardziel. Zali doczeka się tam żony czy 
śmierci? „Nie będą tam na niego mile patrzyli – pomyślał Maćko – dopiero co zatłukł im 
przecie znacznego rycerza, a przedtem bił 
w Lichtensteina, one zaś, psiajuchy, miłują zemstę.” 
Na tę myśl zatroskał się stary rycerz wielce. Przyszło mu też do głowy, że nie będzie 
także bez tego, aby Zbyszko, jako „jest chłop prędki”, nie potykał się tam z jakim Niemcem. 
Ale o to mniejsza była trwoga. Najgorzej się obawiał Maćko, że go chwycą. „Chwycili starego 
Juranda i córkę, nie wzdragali się chwycić swego czasu samego księcia przy Złotoryi, 
czemu by zaś mieli Zbyszkowi pofolgować.” 
 
Tu przyszło mu do głowy pytanie: co będzie, jeśli młodzik, choćby sam uszedł z rąk krzyżackich, 
wcale żony nie odnajdzie? Na razie pocieszył się Maćko myślą, że mu zostanie po 
niej Spychów, ale była to krótka pociecha. Chodziło staremu mocno o mienie, ale chodziło 
niemniej o ród, o Zbyszkowe dzieci. „Jeśli Danuśka wpadnie jako kamień w wodę i nikt nie 
będzie wiedział, żywa-li czy umarła, nie będzie się mógł 
Zbyszko z drugążenić – i wówczas 
nie stanie Gradów z Bogdańca na świecie. Hej! Z Jagienką było inaczej!... Moczydołów też 
kwoka skrzydłami ani pies ogonem nie przykryje, a taka dziewka co rok by rodziła bez pochyby 
jako ona jabłoń w sadzie.” Więc żal Maćka stał się większy od radości z nowego dziedzictwa 
– i z tego żalu, z niepokoju jął znowu wypytywać Czecha, jako to było z tym ślubem 
i kiedy było. 
 
A Czech na to: 
 
– Mówiłem już wam, poczesny panie, że kiedy było, nie wiem, a czego się domyślam, na 
to nie przysięgnę. 
– Czego się zaś domyślasz? 
– Przeciem ja młodego pana nie odstępował w krzypocie i w izbie z nim razem spałem. 
Raz tylko wieczór kazali mi pójść precz, a potem widziałem, jak do pana poszli: sama miłościwa, 
a z nią panna Jurandówna, pan de Lorche i ksiądz Wyszoniek. Dziwowałem się nawet, 
bo panna miała wianuszek na głowie, alem myślał, że Sakramenta będą panu dawać... Może 
to było wtedy... Pamiętam, że pan kazał, abym go przybrał pięknie jak na wesele, ale myślałem 
też, że to dla przyjęcia Ciała Chrystusowego. 
– A potem jakoże? ostali sami? 
– I! – nie ostali sami, a choćby i ostali, pan wonczas i jeść nie mógł o swej mocy. A już 
byli po panienkę ludzie, niby od Juranda, i nad raniem pojechała... 
– Nie widziałże jej Zbyszko od tego czasu? 
– Oko ludzkie jej nie widziało. 
Nastała chwila milczenia. 
– Cóż myślisz – zapytał po chwili Maćko – oddadzą ją Krzyżacy czy nie oddadzą? 
Czech począł trząść głową, po czym kiwnął ręką ze zniechęceniem. 
– Wedle mojej głowy – rzekł z wolna – to ona już przepadła na wieki. 
– Dlaczego? – zapytał prawie ze strachem Maćko. 
– Bo gdyby mówili, że ją mają, to byłaby nadzieja. Można by się było skarżyć alibo okup 
zapłacić, alibo siłą ją odbić. Ale oni mówią tak: Mieliśmy jakowąś odbitą dziewkę i daliśmy 
43 
 
 

Jurandowi znać, on zaś jej nie przyznał, a za nasze serce ludzi nam tylu nabił, że i dobra potyczka 
więcej nie kosztuje. 
 
– To Jurandowi pokazywali jakowąś dziewkę? 
– Mówią, że pokazywali. Bóg raczy wiedzieć. Może nieprawda, a może pokazali mu inną. 
To jeno prawda, że ludzi pobił i że oni gotowi przysiąc, że panny Jurandówny nigdy nie porywali. 
I to jest okrutnie ciężka sprawa. Choćby mistrz dał rozkaz, to mu też odpowiedzą, że 
jej nie mają. I kto im dowiedzie? Tym bardziej że dworscy w Ciechanowie mówili o Jurandowym 
liście, w którym stoi, że ona nie u Krzyżaków. 
– A może nie u Krzyżaków? 
– Prosim waszą miłość!... Już jeśliby ją zbóje porwali, to przecie nie dla czego innego, jeno 
dla okupu. A przy tym zbóje nie potrafiliby ni listu napisać, ni pieczęci pana ze Spychowa 
uczynić, ni zacnego pocztu przysłać. 
– Prawda jest. Ale co Krzyżakom po niej? 
– A pomsta nad Jurandową krwią? Wolą oni pomstę niż miód i wino, a że przyczyny mają, 
to mają. Straszny im był pan ze Spychowa, a co w ostatku sił uczynił, to do reszty ich rozjadło... 
Mój pan też, słyszałem, na Lichtensteina rękę podnosił, Rotgiera zabił... Mnie Bóg pomógł, 
żem psubratu ramię skruszył. Hej!... prosim pięknie: czterech było, zatracona ich mać, 
a teraz ledwie jeden żywie, i to stary. My też zęby mamy, wasza miłość. 
Nastała znów chwila milczenia. 
 
– Roztropny z ciebie giermek – rzekł wreszcie Maćko. – A jakoże myślisz, co z nią uczynią? 
– Kniaź Witold – potężny kniaź; mówią, że i cesarz niemiecki w pas mu się kłania – a co 
uczynili z jego dziećmi? Mało tu u nich zamków? mało podziemi? mało studzien? mało powrozów 
i pętli na szyję? 
– Dla Boga żywego! – zawołał Maćko. 
– Daj Bóg, żeby młodego pana nie pochowali, choć z książęcym listem i panem de Lorche 
pojechał, któren jest pan możny i książętom pokrewny. Hej, nie chciałem ja tu jechać, bo tam 
łatwiej by się potykać zdarzyło. Ale mi kazał. Słyszałem, jako raz mówił do starego pana ze 
Spychowa: „Zaliście wy chytrzy? – powiada – bo ja chytrością 
nie wskóram nic, a z nimi tego 
trzeba! Oj! powiada, stryk Maćko, ten by się tu przydał!” I z tej przyczyny mnie wysłał. Ale 
Jurandówny to i wy, panie, nie najdziecie, bo ona może już na tamtym świecie – a przeciwko 
śmierci by i największa chytrość nie pomoże... 
Maćko zamyślił się i dopiero po długim milczeniu rzekł: 
 
– Ha! to nie ma i rady! Przeciwko śmierci chytrość nie pomoże. Ale gdybym tam pojechał, 
a dowiedział się choć tego, że tamtą zgładzili, to Spychów zostałby i tak Zbyszkowi, a sam 
mógłby tu wrócić i inną dziewkę brać... 
Tu odetchnął Maćko, jakby jakiś ciężar zrzucił z serca, a Głowacz spytał nieśmiałym, cichym 
głosem: 
 
– Panienkę ze Zgorzelic?... 
– Ano! – odpowiedział Maćko – tym bardziej że sierota, a Cztan z Rogowa i Wilk z Brzozowej 
coraz gorzej na nią nastają. 
Lech Czech zerwał się na równe nogi: 
 
– Panienka sierota? Rycerz Zych?... 
– To nie wiesz o niczym? 
– Na miły Bóg! cóż się stało? 
– Ba, prawda, jakoże masz wiedzieć, kiedyś tu prosto zajechał, a gadaliśmy jeno o Zbyszku! 
Sierota jest! Zych zgorzelicki po prawdzie nigdy w domu miejsca nie przygrzał, chyba że 
miał gości. Inaczej zaraz mu się 
w Zgorzelicach cniło. Pisał ci tedy go niego opat, że jedzie w 
gości do księcia Przemka oświęcimskiego i jego z sobą 
prosi. A Zychowi w to graj, ile że z 
księciem się znał i nieraz się z nim weselił. Przybywa zatem Zych do mnie i powiada tak: 
44 
 
 

„Jadę do Oświęcimia, a potem do Glewic, a wy tu miejcie oko na Zgorzelice.” Mnie zaś zaraz 
coś tknęło i powiadam tak: „Nie jedźcie! pilnujcie dziedziny i Jagienki, bo wiem, że Cztan z 
Wilkiem coś ci złego zamyślają.” A trzeba ci wiedzieć, że opat ze złości na Zbyszka chciał 
dla dziewki Wilka albo Cztana, ale później poznawszy ich obyczaj, sprał kiedyś obu lagą i ze 
Zgorzelic wyrzucił. I dobrze, ale nie bardzo, bo się okrutnie zawzięli. Teraz jest trochę spokoju, 
gdyż się 
wzajem poszczerbili i leżą, ale przedtem nie było i chwili pewnej. Wszystko na 
mojej głowie: obrona i opieka. A teraz Zbyszko znów chce, abym jechał... Jako tu będzie z 
Jagienką – nie wiem, ale tymczasem dopowiem ci o Zychu. Nie zważał na moje gadanie – 
pojechał. No i ucztowali, weselili się! Z Glewic jechali do ojca księcia Przemka, do starego 
Nosaka, któren w Cieszynie włada. Aż tu Jaśko, książę raciborski, z nienawiści ku księciu 
Przemkowi zbójów pod przewodem Czecha Chrzana na nich nasadził. I książę Przemko legł, 
a z nim razem i Zych zgorzelicki, strzałą w tchawicę ugodzon. Opata cepem żelaznym ogłuszyli, 
tak że dotychczas głową trzęsie, o świecie nie wie i mowę bodaj na zawsze utracił. No, 
Chrzana stary książę Nosak od pana na Zampachu kupił i tak go udręczył, że najstarsi ludzie 
 
o podobnej męce nie słyszeli – aleć ni sobie mękążalu po synu nie zmniejszył, ni Zycha nie 
wskrzesił, ni Jagience łez nie otarł. Ot im zabawa... Sześć niedziel temu przywieźli tu Zycha i 
pochowali. 
– Taki tęgi pan!... – mówił z żalem Czech. – Nie byłem ci ja już pod Bolesławcem ułomek, 
a on i jednego pacierza ze mną się nie zabawił i w niewolę mnie wziął. Ale taka to była niewola, 
żebym jej był i za wolę nie pomieniał... Dobry, zacny pan! Dajże mu Boże światłość 
wiekuistą. Hej, żal, żal! ale największy panienki, niebogi. 
– Bo i szczera nieboga. Poniektóra i matki tak nie miłuje, jako ona ojca miłowała. I do tego 
nieprzezpieczno jej siedzieć w Zgorzelicach. Po pogrzebie – jeszcze śniegiem nie zasypało 
Zychowej mogiły, już Cztan i Wilk na zgorzelicki dwór nastąpili. Szczęściem dowiedzieli się 
moi ludzie przedtem, więcem z parobkami w pomoc skoczył, i Bóg dał, żeśmy ich godnie 
sprali. Dopieroż 
po bitce dziewka, kiedy to nie ułapi mnie za kolana: „Nie mogem być 
Zbyszkowa, prawi, nie będem niczyja, jeno mnie od tych odmieńców ratujcie, bo prawi, wolałabym 
śmierć niż ich...” To ci mówię, nie poznałbyś teraz Zgorzelic, bom z nich kasztel 
prawy uczynił. Następowali jeszcze dwa razy potem, ale wiera, nie mogli dać 
rady. Teraz na 
czas jakiś jest spokój, bo jakom ci rzekł, poszczerbili się wzajem, tak że żaden ni ręką, ni nogą 
ruszyć nie może. 
Głowacz nie odrzekł 
na to nic, tylko słuchając o Cztanie i Wilku zgrzytać począł tak, jakoby 
kto skrzypiące drzwi otwierał i zamykał, a potem jął wycierać o uda swe potężne dłonie, w 
których widocznie uczuł swędzenie. Wreszcie z ust wyszło mu z trudem jedno tylko słowo: 
 
– Zatraceny... 
Lecz w tej chwili głosy jakieś ozwały się 
w sieni, drzwi otworzyły się nagle i do izby 
wbiegła pędem Jagienka, a z nią najstarszy z jej braci, czternastoletni Jaśko, podobny tak do 
niej jak bliźniak. 
 
Ona dowiedziawszy się od zgorzelickich chłopów, którzy po drodze widzieli poczet, że jakowiś 
ludzie pod wodzą Czecha Hlawy jechali do Bogdańca, przeraziła się równie jak Maćko, 
a gdy powiedzieli jej jeszcze, że Zbyszka między nimi nie widziano, była niemal pewna, że 
stało się nieszczęście, więc przyleciała jednym tchem do Bogdańca, by się prawdy dopytać. 
 
– Co się stało?... na miły Bóg? – poczęła wołać od proga. 
– Co się miało stać? – odpowiedział Maćko. – Żyw Zbyszko i zdrowy. 
Czech skoczył ku pani i klęknąwszy na jedno kolano począł całować kraj jej sukni, lecz 
ona wcale tego nie zauważyła, gdyż usłyszawszy odpowiedź starego rycerza odwróciła głowę 
od ognia w cień i dopiero po chwili, jakby przypomniawszy sobie, że trzeba się przywitać, 
rzekła: 
 
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! 
– Na wieki wieków – odpowiedział Maćko. 
45 
 
 

A ona spostrzegłszy teraz Czecha u swych kolan pochyliła się ku niemu. 
 
– Radam ci, Hlawo, z duszy, ale czemuś to pana ostawił? 
– Wysłał mnie, panienko miłościwa. 
– Co przykazał? 
– Przykazał jechać do Bogdańca. 
– Do Bogdańca?... I co jeszcze? 
– Wysłał po radę... i z pokłonem, z pozdrowieniem. 
– Do Bogdańca, i tyla? No – dobrze. A sam gdzie? 
– Między Krzyżaki pojechał do Malborga. 
Na twarzy Jagienki odbił się znów niepokój. 
– Zali mu życie niemiłe? Czegóż? 
– Szukać, miłościwa panienko, tego, czego nie odnajdzie. 
– Wiera, nie odnajdzie! – wtrącił Maćko. – Jako ćwieka nie utwierdzisz bez młota, tako i 
woli ludzkiej bez boskiej. 
– Cóże prawicie? – zapytała Jagienka. 
Lecz Maćko na pytanie odpowiedział takim pytaniem: 
– Gadałże ci co Zbyszko o Jurandównie, bo jako słyszałem, to gadał? 
Jagienka zrazu nie odpowiedziała nic i dopiero po chwili, przytłumiwszy westchnienie, odrzekła: 
 
 
– Ej! gadał! A co mu wadziło gadać! 
– To i dobrze, bo przez to łacniej mi prawić – odrzekł stary. 
I począł jej opowiadać, co od Czecha słyszał, sam dziwiąc się, że chwilami opowiadanie 
przychodzi mu jakoś nieskładnie i trudno. Że jednak istotnie był człek chytry, a szło mu o to, 
by na wszelki wypadek nie „zlisić” Jagienki, więc mocno nastawał na to, w co zresztą sam 
wierzył, że Zbyszko w rzeczy nigdy nie był mężem Danusi i że ona przepadła już na wieki. 
 
Czech przyświadczał 
mu kiedy niekiedy, to kiwając głową, to powtarzając: „Przez Bóg, 
jako żywo!” lub „Tak ono, nie inak” – dziewczyna zaś słuchała ze spuszczonymi rzęsami na 
jagody, o nic już nie dopytująca i tak cicha, że aż jej milczenie zaniepokoiło Maćka. 
 
– No i cóż ty? – pytał skończywszy opowiadanie. 
A ona nie odrzekła nic, tylko dwie łzy zabłysły jej pod spuszczonymi rzęsami i stoczyły się 
po policzkach. 
Po chwili zaś zbliżyła się do Maćka i pocałowawszy go w rękę rzekła: 
 
– Niech będzie pochwalony. 
– Na wieki wieków – odrzekł stary. – Tak ci to pilno do domu? Ostańże z nami. 
Lecz ona nie chciała zostać tłumacząc się, że w domu nie wydała na wieczerzę. Maćko zaś 
choć wiedział, że w Zgorzelicach jest stara szlachcianka Sieciechowa, która mogłaby ją zastąpić, 
nie zatrzymywał jej zbyt natarczywie, rozumiejąc, że smutek nieraz świeci ludziom 
łzami i że człowiek jest jako ryba, która, poczuwszy w sobie grot ości, chowa się jak może 
najgłębiej na dno. 
 
Więc pogładził tylko dziewczynę po głowie, a następnie odprowadził ją 
wraz z Czechem 
na dziedzinie. Ale Czech wywiódł konia ze stajni, dosiadł go i pojechał za panienką. 
Maćko zaś wróciwszy westchnął i kiwając głową począł mruczeć: 
 
– Głupi ten Zbyszko to ci jest!... Aże pachnie po onej dziewce w izbie! 
I rozżalił się 
stary w sobie. Pomyślał, że gdyby tak Zbyszko zraz po powrocie był ją brał, 
to może by już do tego czasu była radość i uciecha! Zaś teraz co? Byle go wspomnieć, to 
wnet jej łza z oka kapnie, a chłopisko światami chodzi i będzie tam gdzieś o tyny malborskie 
łbem bił, póki go nie rozbije, a w chałupie pusto, jeno zbroiska ze ścian się szczerzą. Nijaki 
pożytek z gospodarki, na nic zabiegliwość, na nic Spychów i Bogdaniec, skoro nie będzie ich 
komu zostawić. 
 
Tu gniew począł burzyć w duszy Maćka. 
 
46 
 
 

– Poczekaj, powsinogo – rzekł głośno – nie pojadę ja za tobą, a ty rób, co chcesz! 
Lecz w tej samej chwili zdjęła go jak na złość okrutna tęsknota za Zbyszkiem. „Ba, nie 
pojadę – pomyślał – a w domu to zaś usiedzę? Nie usiedzę! Skaranie boskie! Bo żeby tego 
juchy choć raz w życiu nie obaczyć – nijak nie może być! – Znowu tam jednego psubrata rozszczepił 
– i łup pobrał... Inny posiwieje, nim pas zyszcze, a jego już tam książę opasał... I 
słusznie, bo siła jest chwackich pachołków między szlachtą, ale takiego drugiego chyba nie 
ma.” 
 
I rozczuliwszy się całkiem począł naprzód spoglądać po zbrojach, po mieczach i po toporach, 
które czerniały w dymie, jakby rozważając, co z sobą brać, a co zostawić, po czym wyszedł 
z izby, raz dlatego, że nie mógł w niej wytrzymać, a po wtóre, by kazać wysmarować 
wozy i dać koniom podwójny obrok. 
 
Na podwórcu, na którym się już mroczyło, przypomniał sobie Jagienkę, która tu przed 
chwilą na koń siadała, i nagle zatroskał się znowu. 
 
– Jechać, to jechać – rzekł sobie – ale kto tu będzie dziewczyny przed Cztanem i Wilkiem 
bronił! Bogdaj w nich piorun trzasł!... 
Jagienka zaś jechała tymczasem wraz z małym Jaśkiem drogą leśną ku Zgorzelicom, a 
Czech wlókł się w milczeniu za nimi, z sercem przepełnionym miłością i żalem... Widział 
przedtem łzy dziewczyny, patrzał teraz na jej ciemną postać, zaledwie widną 
w mroku leśnym, 
i odgadywał jej smutek i ból. Zdawało mu się też, że lada chwila wyciągną się po nią z 
pomroki i gęstwiny drapieżne ręce Wilka lub Cztana – i na tę myśl porywała go dzika żądza 
bitki. Żądza ta stawała się chwilami tak nieprzeparta, że brała go ochota chwycić za topór lub 
miecz i razić bodaj sosny po drodze. Czuł, że gdyby się dobrze zmachał, to by mu ulżyło. Rad 
by był wreszcie choć konia cwałem puścić, ale oni tam w przedzie jechali właśnie wolno, 
noga na nogą, nic prawie nie rozmawiając, gdyż i mały Jaśko, choć zwykle mowny, widząc 
po kilku próbach, że siostra nie chce rozmawiać, pogrążył się także w milczeniu. 
 
Lecz gdy już byli blisko Zgorzelic, żal w sercu Czecha przeważył nad gniewem na Cztana 
i Wilka. „Nie pożałowałbym ci ja i krwi – mówił sobie – byle cię pocieszyć, ale cóż, nieszczęsny, 
uczynię? Co ci powiem? Powiem chyba, że on ci się pokłonić kazał, i dajże Boże, 
aby ci to za pociechę starczyło.” 
 
Tak pomyślawszy przysunął konia do konia Jagienki: 
 
– Panienko miłościwa... 
– To jedziesz z nami ? – zapytała dziewczyna ocknąwszy się jak ze snu. – A co powiesz? 
– Bom zapomniał, co mi pan kazał wam powiedzieć. Na odjezdnym w Spychowie zawołał 
mnie i powiedział tak: „Podejmij pod nogi panienkę ze Zgorzelic, bo czy w złej, czy w dobrej 
doli nigdy jej nie zabaczę, a za to, powiada, co dla stryjca i dla mnie uczyniła, niech jej Bóg 
zapłaci i w zdrowiu ją zachowa.” 
– Bóg zapłać i jemu za dobre słowo – odrzekła Jagienka. 
Po czym dodała takim jakimś dziwnym głosem, że w Czechu stopniało serce do reszty. 
– I tobie, Hlawo. 
Rozmowa urwała się na czas, lecz giermek rad był z siebie i z tego, co panience powiedział, 
w duszy bowiem mówił sobie: „Przynajmniej tego nie pomyśli, że ją niewdzięcznością 
nakarmiono.” Zaczął też zaraz wyszukiwać w swej poczciwej głowie, co by jej jeszcze znów 
takiego powiedzieć, i po chwili znów począł: 
 
– Panienko... 
– Co? 
– To... niby... chciałem rzec, jakom i staremu panu z Bogdańca mówił, że tamta już przepadła 
na wieki i że on jej nigdy nie odnajdzie, choćby mu sam mistrz pomagał. 
– To żona jego – odrzekła Jagienka. 
A Czech jął kręcić głową: 
– Taka ona i żona... 
47 
 
 

Jagienka nie odpowiedziała już na to nic, lecz w domu po wieczerzy, gdy Jaśko i młodsi 
bracia spać poszli, kazała przynieść dzban miodu i zwróciwszy się do Czecha spytała: 
 
– A może wolałbyś spać, bom chciała krzynę ugwarzyć. 
Czech, choć był zdrożon, gotów był gwarzyć choćby do rana, więc poczęli rozmawiać, a 
raczej on opowiadał znów szczegółowo wszystkie przygody Zbyszka, Juranda, Danusi i 
swoje. 
 
48 
 
 

Rozdział 
dziewiąty 
 
 
Maćko gotował się do drogi, a Jagienka nie pokazywała się w Bogdańcu przez dwa dni, 
spędziła je bowiem na naradach z Czechem. Spotkał ją stary rycerz dopiero dnia trzeciego, w 
niedzielę, w drodze do kościoła. Jechała do Krześni z bratem Jaśkiem i ze znacznym pocztem 
zbrojnych pachołków, albowiem nie była pewna, czy Cztan i Wilk leżą jeszcze i czy nie 
uczynią na nią jakowejś napaści. 
 
– Chciałami tak wstąpić po mszy do Bogdańca – rzekła powitawszy Maćka – bo pilną 
mam do was sprawę, ale możemy i zaraz o niej gadać. 
To rzekłszy wysunęła się na przodek orszaku nie chcąc widocznie, by pachołkowie słyszeli 
rozmowę, a gdy Maćko znalazł się przy niej, zapytała: 
 
– To już pewno jedziecie? 
– Da Bóg, jutro, nie później. 
– I do Malborga? 
– Do Malborga albo i nie. Gdzie wypadnie. 
– To posłuchajcie teraz i mnie. Długo myślałam, co mi trzeba uczynić, a teraz chcę się i 
was o radę spytać. Drzewiej, wiecie, póki tatulo byłżyw, a opat miał moc w sobie, było co 
innego. Cztan i Wilk myśleli teraz, że jednego z nich wybiorę, i hamowali się wzajem. A teraz 
ostanę bez nijakiej obrony i albo będę w Zgorzelicach za ostrokołem jako w więzieniu 
siedzieć, albo niechybnie stanie mi się tu od nich krzywda. Sami powiedzcie, czy nie tak? 
– Ba – rzekł Maćko – Myślałem o tym i ja. 
– I coście wymyślili? 
– Nie wymyśliłem nic, ale to jeno ci muszę powiedzieć, że u nas przecie polski kraj i że za 
przemoc nad dziewką okrutne są kary w statucie. 
– To dobrze, ale granicę nietrudno przeskoczyć. Jużci wiem, że i Śląsk polski kraj, a wżdy 
tam książęta sami się z sobą wadzą i na się wzajem następują. Żeby nie to, żyłby mój tatulo 
kochany. Nalazło tam już Niemców i burzą a krzywdy czynią, więc kto się chce między nimi 
skryć, to się i skryje. Pewnie, że łatwo bym się ni Cztanowi, ni Wilkowi nie dała, ale chodzi 
mi też i o braci. Nie będzie tu mnie, będzie spokój, a jeśli w Zgorzelicach ostanę, Bóg wie, co 
się przygodzi. Zdarzą się napaści, bitki, a Jaśkowi już czternaście roków i żadna, a nie dopieroż 
moja, moc go nie utrzyma. Ostatni raz, kiedyście to nam w pomoc przyszli, już on się 
rwał ku przodowi i jak Cztan prasnął w kupę buławą, mało mu o głowę nie zawadził. Hej! 
gadał już Jaśko czeladzi, że obu tamtych pozwie na udeptaną ziemię. Nie będzie, mówię 
wam, ni dnia spokoju, bo i młodszych może co złego spotkać. 
– Wiera! psubraty oni są, i Cztan, i Wilk – rzekłżywo Maćko – wszelako na dzieci ręki nie 
podniosą. Tfu! Taką rzecz chyba Krzyżak uczyni. 
– Na dzieci ręki nie podniosą, ale w zgiełku albo, czego Boże broń, w razie ognia o przygodę 
nietrudno. Co tu gadać! Miłuje braci stara Siechechowa jak rodzonych i opieki a zaś 
starunku im nie zbraknie, jeno beze mnie byłoby przezpieczniej niż ze mną. 
49 
 
 

– Może być – odrzekł Maćko. 
Po czym spojrzał bystro na dziewczynę: 
– Czegoż ty chcesz? 
A ona odrzekła przyciszonym głosem: 
– Weźcie mnie z sobą. 
Na to Maćko, choć nietrudno mu już było domyślić się zakończenia rozmowy, zdumiał się 
jednak mocno, zatrzymał konia i zawołał: 
 
– Bój się Boga, Jagienka! 
Ona zaś spuściła głowę i odrzekła jakby z nieśmiałością i zarazem smutkiem: 
– Moiście wy! Jako co do mnie, wolę szczerze mówić niż taić. I Hlawa, i wy powiadacie, 
że Zbyszko już tamtej nigdy nie odnajdzie, a Czech gorzej się jeszcze spodziewa. Bóg mi 
świadek, nie życzę jej nijakiego zła. Nich mu ją tam, niebogę, Matka Boska strzeże i uchroni. 
Milsza ona była ode mnie Zbyszkowi, no i nie ma rady! taka moja dola. Ale widzicie, póki jej 
Zbyszko nie odnajdzie albo jeśli, jako wierzycie, nigdy nie odnajdzie, to to... 
– To co? – spytał Maćko widząc, że dziewka coraz się więcej miesza i zacina. 
– To ja nie chcę być ni Cztanowa, ni Wilkowa, ni niczyja. 
Maćko odetchnął z zadowoleniem. 
– Myślałem, żeś go już zabaczyła – rzekł. 
A ona odpowiedziała jeszcze smutniej: 
– Hej!... 
– To i czegoż chcesz? Jakoże mi między Krzyżaki cię brać? 
– Niekoniecznie między Krzyżaki. Chciałbym teraz choć do opata, który w Sieradzu chorością 
złożon. Nie ma on tam jednej życzliwej duszy przy sobie, bo szpylmany pewnikiem 
dzbana więcej pilnują niż 
jego, a to przecie mój krzestny i dobrodziej. A choćby zdrów był, to 
też bym szukała jego opieki, bo ludzie się go boją. 
– Nie będę ja się tam sprzeczał – rzekł Maćko, który w gruncie rzeczy rad był z postanowienia 
Jagienki, znając bowiem Krzyżaków wierzył głęboko, że Danuśka nie wyjdzie żywa z 
ich rąk. – Ale to ci jeno rzekę, że w drodze z dziewką okrutny kłopot. 
– Może z inną, ale nie ze mną. Nie potykałam ja się dotychczas nigdy, ale nie nowina mi z 
kuszy dziać i trudy na łowach znosić. Jak trzeba, to trzeba, nie bójcie się. Wezmę szatki Jaśkowe, 
pątlik na włosy, kordzik przypaszę i pojadę. Jaśko, choć młodszy, ni na włos nie mniejszy, 
a z gęby taki ci do mnie podobny, że jak bywało, przebieraliśmy się na zapusty, to i tatulo 
nieboszczyk nie umiał rzec, które on, a które ja... Obaczycie, że nie pozna mnie ni opat, 
ni – kto inny. 
– Ni Zbyszko? 
– Jeśli go obaczę... 
Maćko zamyślił się przez chwilę, po czym uśmiechnął się nagle i rzekł: 
– A Wilk z Brzozowej i Cztan z Rogowa to chyba się powściekają! 
– A niech się powściekają. Gorzej, że może za nami pojadą. 
– No! nie boję się. Stary ja, ale lepiej mi pod pięść nie włazić. I wszystkim Gradom też!... 
Zbyszka już przecie spróbowali. 
Tak rozmawiając dojechali do Krześni. W kościele był i stary Wilk z Brzozowej, który 
kiedy niekiedy rzucał posępne spojrzenia na Maćka, ale ów o to nie dbał. I z lekkim sercem 
powracał po mszy wraz z Jagienką do domu. Lecz gdy na rozstaju pożegnali się z sobą i gdy 
znalazł się sam w Bogdańcu, poczęły mu przychodzić do głowy mniej wesołe myśli. Rozumiał, 
że ni Zgorzelicom, ni rodzeństwu Jagienki na wypadek jej wyjazdu istotnie nic nie grozi. 
„Po dziewkę by sięgali – mówił 
sobie – bo to jest inna rzecz, ale na sieroty albo na ich 
mienie ręki nie podniosą, gdyż okryliby się hańbą okrutną i kto żyw, ruszyłby przeciw nim 
jakoby przeciw prawdziwym wilkom. Ale Bogdaniec zostanie na łasce Bożej!... Kopce poprzesypują, 
stada zagarną, kmieciów odmówią!... Da Bóg, jak wrócę, to odbiję, zapowiedź 
 
 
50 
 
 

poślę i do sądu pozwę, boć nie sama pięść, ale i prawo u nas rządzi... Jeno czy wrócę i kiedy 
wrócę?... Strasznie się oni na mnie zawzięli, że im do dziewki przeszkadzam, a gdy ona pojedzie 
za mną, to będą jeszcze zawziętsi.” 
 
I chwycił go żal, bo już zagospodarował się był w Bogdańcu jako się patrzy, a teraz był 
pewien, że gdy powróci, zastanie znów pustkę i zniszczenie. 
 
„Ano! trzeba radzić” – pomyślał. 
 
Jakoż po obiedzie kazał okulbaczyć konia, siadł na niego i pojechał wprost do Brzozowej. 
 
Przyjechał już mrokiem. Stary Wilk siedział 
w przodowej izbie za dzbanem miodu, młody 
zaś, poszczerbion przez Cztana, leżał na pokrytej skórami ławie i pił także. Maćko wszedł 
niespodzianie do izby i stanął w progu z twarzą surową, wysoki, kościsty, bez zbroi, ale z 
tęgim kordem przy boku, oni zaś poznali go natychmiast, bo na oblicze padał mu jasny blask 
płomienia, i w pierwszej chwili zarówno ojciec, jak i syn zerwali się piorunem na równe nogi 
i skoczywszy ku ścianom chwycili za oręż, jaki im wpadł pod rękę. 
 
Lecz stary bywalec znający na wylot ludzi i obyczaje nie zmieszał się bynajmniej, dłonią 
nie sięgnął do korda, tylko wsparł się pod bok i rzekł spokojnym głosem, w którym drgało 
nieco szyderstwa: 
 
– Jakoże? Taka ślachecka gościna w Brzozowej? 
Na te słowa tamtym opadły zaraz ręce, a po chwili stary wypuścił z brzękiem na ziemię 
miecz, młody – dzidę, i stali z powyciąganymi ku Maćkowi szyjami mając twarze jeszcze 
złowrogie, ale już zdumione i zawstydzone. 
 
Ów zaś uśmiechnął się i rzekł: 
 
– Pochwalony Jezus Chrystus! 
– Na wieki wieków. 
– I święty Jerzy. 
– Służym mu. 
– Po somsiedzkum przyjechał – z dobrą wolą. 
– Z dobrą wolą witamy. Święta osoba gość. 
Dopieroż stary Wilk skoczył ku Maćkowi, a za starym młody i obaj poczęli ściskać mu 
prawicę, a następnie usadzili na poczesnym miejscu za stołem. W mig dołożono szczap do 
komina, nakryto kilimkiem stół, postawiono misy pełne jadła, łagwie piwa, dzbańce miodu i 
poczęli jeść i pić. Młody Wilk rzucał od czasu do czasu na Maćka szczególnym wzrokiem, w 
którym cześć dla gościa usiłowała przezwyciężyć nienawiść do człowieka, ale służył mu jednak 
tak pilnie, że aż pobladł ze zmęczenia, gdyż był ranny i pozbawion zwykłej siły. I ojca, i 
syna paliła ciekawość, z czym Maćko przyjechał, żaden jednak nie zapytał 
go o nic, czekając 
póki sam mówić nie zacznie. 
 
Ów zaś, jako człowiek znający obyczaj, chwalił jadło, napitek i gościnność i dopiero gdy 
się dobrze nasycił, spojrzał przed się z powagą i rzekł: 
 
– Zdarzy się nieraz ludziom wadzić, ba! i potykać, ale somsiedzki mir nade wszystko! 
– Nie masz nad mir godniejszej rzeczy – odpowiedział z równą powagą stary Wilk. 
– Bywa też – rzekł znów Maćko – że gdy człeku w daleką drogę jechać trzeba, to chociaż z 
kim w nieprzyjaźni żył, przecie mu go żal i bez pożegnania nie chce odjechać. 
– Bóg zapłać za szczere słowo. 
– Z duszy radziśmy wam. Przyjeżdżajcie choćby i co dzień. 
– Bogdajem mógł i was w Bogdańcu uczcić, jako się należy ludziom znającym rycerską 
cześć, ale mi rychło w drogę czas. 
– Na wojnę zaś alibo do jakowegośświętego miejsca? 
– Wolej by to lub tamto, ale gorzej, bo między Krzyżaki. 
– Między Krzyżaki? – zakrzyknęli jednocześnie ojciec i syn. 
51 
 
 

– Tak jest! – odparł Maćko. – A kto między nich nie będąc im przyjacielem jedzie, temu 
się lepiej i z Bogiem, i z ludźmi pojednać, aby zaś nie tylko żywota, ale i wiekuistego zbawienia 
nie stradał. 
– To aż dziw – rzekł stary Wilk. – Jeszczem też takiego człeka nie widział, który by się z 
nimi zetknął, a krzywdy i uciemiężenia nie doznał. 
– Tak jak i całe nasze królestwo! – dodał Maćko. – Ni Litwa przed krztem świętym, ni 
Tatarzy nie byli mu ciężsi od tych diabelskich mnichów. 
– Rzetelna prawda, ale bo też wiecie: zbierało się i zbierało, póki się nie nazbierało, a teraz 
czas by skończyć, ot jak! 
To rzekłszy stary splunął z lekka w obie dłonie, młody zaś dodał: 
 
– Nie może już inaczej być. 
– I pewnie będzie, ale kiedy? – nie nasza w tym głowa, jeno królewska. Może prędko, może 
nieprędko... Bóg to wie, a tymczasem trzeba mi do nich jechać. 
– A czy nie z wykupem za Zbyszka? 
Na wzmiankę uczynioną przez ojca o Zbyszku twarz młodego Wilka pobladła w jednej 
chwili z nienawiści i uczyniła się złowroga. 
Lecz Maćko odpowiedział spokojnie: 
 
– Może i z wykupem, ale nie za Zbyszka. 
Słowa te wzmogły jeszcze ciekawość obu dziedziców Brzozowej, więc stary nie mogąc już 
dłużej wytrzymać rzekł: 
 
– Wola wasza mówić albo nie mówić, po co tam jedziecie. 
– Powiem! powiem! – rzekł kiwając głową Maćko. – Ale pierwszej powiem wam co innego. 
Oto, uważcie, po moim wyjeździe Bogdaniec zostanie na opiece Bożej... Drzewiej, kiedyśmy 
to oba ze Zbyszkiem wojowali pod księciem Witoldem, miał oko na naszą chudobę opat, 
ba, trochę i Zych ze Zgorzelic, a teraz nie będzie i tego. Strasznie markotno pomyśleć człowiekowi, 
że po próżnicy zabiegał i pracował... A przecie rozumiecie, jako to bywa: ludzi mi 
odmówią, granicę zaorzą, ze stad też urwie każdy, co będzie mógł, i choćby Pan Jezus pozwolił 
szczęśliwie wrócić, to wrócim znów do pustki... Jeden na to sposób i jedno poratowanie: 
dobry sąsiad. Przeto tum przyjechał prosić was po sąsiedzku, abyście Bogdaniec w opiekę 
wzięli i krzywdy nie dali uczynić. 
Usłyszawszy tę prośbę spojrzał stary Wilk na młodego, a młody na starego i obaj zdumieli 
się niepomiernie. Nastała chwila milczenia, gdyż na razie żaden nie zdobył się na odpowiedź. 
Maćko zaś podniósł do ust czarę miodu, wypił ją, po czym mówił dalej tak spokojnie i poufnie, 
jakby ci obaj byli mu od lat najbliższymi przyjaciółmi. 
 
– To już powiem wam szczerze, od kogo się tu najwięcej szkód boję. Jużci nie od kogo innego, 
jeno od Cztana z Rogowa. Od was, choćbyśmy i w nieprzyjaźni się rozstali, nie bałbym 
się, a to z takiej przyczyny, żeście ludzie rycerscy, którzy do oczu nieprzyjacielowi staną, 
wszelako niegodnej pomsty za jego oczyma nie wywrą. Hej! z wami całkiem co innego... Co 
rycerz, to rycerz! Ale Cztan jest prostak, a od prostaka wszystkiego się można spodziewać, 
tym bardziej że jako wiecie, okrutnie on na mnie zawzięty za to, że mu do Jagienki Zychówny 
przeszkadzam. 
– Którą dla bratanka chowacie! – wybuchnął młody Wilk. 
A Maćko spojrzał na niego i przez chwilę trzymał go pod zimnym wzrokiem, następnie 
zwrócił się do starego i rzekł spokojnie: 
 
– Wiecie, mój bratanek z jedną mazurską dziedziczką się ożenił i wiano zacne wziął. 
Nastało ponowne, głębsze jeszcze milczenie; ojciec i syn patrzyli przez jakiś 
czas na Maćka 
z otwartymi ustami, na koniec starszy ozwał się: 
 
– Hę! jakże to? Bo gadali... Powiedzcie?... 
A Maćko niby nie zważając na pytanie mówił dalej: 
52 
 
 

– Dlatego właśnie trzeba mi jechać i dlatego proszę 
was: wejrzyjcie też od czasu do czasu 
na Bogdaniec i nie dajcie mi nikomu krzywdy uczynić, a zwłaszcza od najścia Cztanowego 
mnie ustrzeżcie, jako godni i uczciwi somsiedzi!... 
Przez ten czas młody Wilk, który miał rozum dość bystry, prędko pomiarkował, że skoro 
Zbyszko się ożenił, to Maćka lepiej jest mieć przyjacielem, albowiem i Jagienka miała do 
niego ufność, i we wszystkim gotowa była iść 
za jego radą. Nagle całkiem nowe widoki 
otworzyły się przed oczyma młodego paliwody. „Nie dość się Maćkowi nie sprzeciwić, trzeba 
go jeszcze zjednać!” – rzekł sobie. Więc choć był trochę napity, wyciągnął wartko pod stołem 
rękę, ułapił ojca za kolano, ścisnął mocno na znak, żeby czegoś niepotrzebnego nie powiedział, 
sam zaś rzekł: 
 
– Wy się Cztana nie bójcie! Oho! niechby jeno spróbował! Poszczerbił mnie on krzynę – 
prawda! – alem też mu za to tak ten włochaty pysk pochlastał, że go rodzona mać nie poznała. 
Nie bójcie się niczego! Jedźcie spokojnie. Nie zginie wam i jedna wrona z Bogdańca! 
 
– To widzę, zacni z was ludzie. Przyrzekacie? 
– Przyrzekamy! – zawołali obaj. 
– Na rycerską cześć? 
– Na rycerską cześć. 
– I na klejnot? 
– I na klejnot! ba! i na krzyż! Tak nam dopomóż Bóg! 
Maćko uśmiechnął się z zadowoleniem, po czym rzekł: 
– No, tegom się o was spodziewał. A jednak tak, to wam jeszcze coś rzekę... Zych, jako 
wiecie, mnie zdał opiekę nad dziećmi. Dlategom to Cztanowi i tobie, młodziaku, przeszkadzał, 
kiedyście to siłą chcieli wtargnąć do Zgorzelic. A teraz, jak będę w Malborgu albo Bóg 
wie gdzie, taka to będzie i opieka... Prawda, że nad sierotami jest Bóg i że takiemu, który był 
je chciał pokrzywdzić, nie tylko by szyję toporem ucięto, aleby go i za bezecnego ogłoszono. 
Wszelako markotno mi, że jadę. Okrutnie markotno. Obiecajcieże mi, jako i sierot Zychowych 
nie tylko sami nie pokrzywdzicie, ale i nikomu ich pokrzywdzić nie dacie. 
– Przysięgamy! przysięgamy! 
– Na rycerską cześć i na klejnot? 
– Na rycerską cześć i na klejnot! 
– I na krzyż także? 
– I na krzyż! 
– Bóg słyszał. Amen! – zakończył Maćko. 
I odetchnął głęboko, bo wiedział, że takiej przysięgi dotrzymają, choćby każden miał sobie 
pięści z gniewu i złości poobgryzać. 
I począł się zaraz żegnać, ale oni zatrzymali go prawie przemocą. Musiał pić i pokumał się 
ze starym Wilkiem, młody zaś, choć zwykle po pijanemu zwady szukał, tym razem odgrażał 
się 
tylko na Cztana, a koło Maćka zabiegał tak gorliwie, jakby zaraz jutro miał dostać od niego 
Jagienkę. Przed północą jednak omdlał z wysiłku, a gdy go docucono, zasnął kamieniem. 
Stary poszedł wkrótce za przykładem syna, tak że Maćko zostawił 
ich obu jak nieżywych 
przy stole. 
 
Sam jednak mając głowę nad miarę wytrzymałą nie był pijany, tylko nieco rozochocon, 
więc wracając do domu rozmyślał prawie z radością o tym, czego dokazał. 
 
– No! – mówił sobie. – Bogdaniec bezpieczny i Zgorzelice bezpieczne. Powściekają się z 
przyczyny Jagienkowej jazdy, a strzec i mojego, i jej dobra będą, bo muszą. Pan Jezus dał 
człeku obrotność... Jak gdzie nie można pięścią, to trzeba rozumem... Jeśli wrócę, nie bez tego 
będzie, żeby mnie stary w pole nie pozwał, ale mniejsza o to... Bóg by dał, żeby tak i Krzyżaków 
usidlić... Ale z nimi trudniej... Nasz, choć trafi się i psubrat, wszelako gdy na rycerską 
cześć i klejnot przysięże, to i zdzierży, a dla nich przysięga tyle, co plucie na wodę. Ale może 
53 
 
 

mnie Matka Pana Chrystusowa wesprze, że przydam się na coś 
Zbyszkowi, jakom się teraz 
Zychowym dzieciom i Bogdańcowi przydał... 
 
Tu przyszło mu do głowy, że po prawdzie mogłaby dziewczyna nie jechać, bo dwaj Wilkowie 
będą jej strzegli jak źrenicy oka. Po chwili jednak porzucił tę myśl: „Wilkowie będą jej 
strzegli, ale za to Cztan będzie tym bardziej nastawał. Bóg wie, kto kogo zmoże, a rzecz pewna, 
że zdarzą się bitki i napaści, w których ucierpieć mogą 
Zgorzelice, Zychowe sieroty i sama 
nawet dziewczyna. Wilkom pilnować samego Bogdańca będzie łatwiej, a dla dziewki lepiej 
w każdym razie, by była z dala od tych dwóch zabijaków i zarazem blisko bogatego opata.” 
Maćko nie wierzył 
w to, by Danusia mogła wyjść 
żywa z rąk krzyżackich, więc nie wyzbył 
się jeszcze nadziei, że gdy czasem Zbyszko wróci wdowcem, wówczas niechybnie poczuje 
ku Jagience wolę Bożą. 
 
– Hej, mocny Boże! – mówił sobie – żeby tak mając Spychów jeszcze potem Jagienkę 
wziął z Moczydołami i z tym, co jej opat ostawi, nie pożałowałbym i kamienia wosku na 
świece! 
Na podobnych rozmyślaniach prędko zeszła mu droga z Brzozowej, jednakże przybył późną 
już nocą i zdziwił się ujrzawszy mocno oświecone błony okien. Parobcy też nie spali, bo 
zaledwie wjechał na oborę1, wybiegł ku niemu stajenny. 
 
– Goście jakowiś czy co? – zapytał Maćko zsiadając z konia. 
– Jest panicz ze Zgorzelic z Czechem – odrzekł stajenny. 
Maćko zdziwiły te odwiedziny. Jagienka obiecała przyjechać nazajutrz do dnia i mieli zaraz 
ruszać. Czemu więc przyjechał Jaśko i to tak późno. Stary rycerz pomyślał, że mogło się 
coś przytrafić w Zgorzelicach, i z pewnym niepokojem w duszy wszedł do domu. 
 
Ale w izbie, w wielkim glinianym kominie, który zastąpił we dworze zwykle ułożone na 
środku izby ognisko, paliły się 
jasno i wesoło żywiczne szczypki, a nad stołem płonęły w żelaznych 
kunach dwie pochodnie, przy których blasku ujrzał Maćko Jaśka, Czecha Hlawę i 
jeszcze jednego młodego pachołka, z twarzą rumianą jak jabłuszko. 
 
– Jakoże się miewasz, Jaśku, a co tam z Jagienką? – zapytał stary szlachcic. 
– Jagienka kazała wam powiedzieć – rzekł całując go w rękę chłopak – że się rozmyśliła i 
woli zostać doma. 
– Bójcieże się 
Boga! a to co? Cóż jej tam do głowy strzeliło? 
A chłopak podniósł na niego modre oczęta i począł sięśmiać. 
– Czegoż się rzechoczesz? 
Lecz w tej chwili Czech i drugi pachołek wybuchnęli także wesołym śmiechem. 
– Widzicie! – zawołał mniemany chłopak – któż mnie pozna, skoroście wy nie poznali? 
Dopieroż Maćko przypatrzył się wdzięcznej figurce uważniej i zawołał: 
– W imię Ojca i Syna! Czyste zapusty! A ty tu, skrzacie, czego? 
– Ba! czego?... Komu w drogę, temu czas! 
– Miałaś przecie jutro świtaniem przyjechać? 
– Jużci! Jutro świtaniem, żeby wszyscy widzieli! Jutro pomyślą w Zgorzelicach, żem u 
was w gościnie, i nie opatrzą się aż pojutrze. Sieciechowa i Jaśko wiedzą, ale Jaśko obiecał na 
rycerską cześć, że powie dopiero wtedy, gdy poczną się niepokoić. Ale nie poznaliście mnie – 
co? 
Więc z kolei począł się Maćko śmiać. 
 
– A niechże ci się ta jeszcze przyjrzę... Hej! okrutnie śwarny z ciebie pacholik!... i osobliwy, 
bo z takiego można się i przychowku doczekać... Sprawiedliwie mówię! Żebym to nie był 
stary – no! Ale i tak ci powiadam: waruj się, dziewko, włazić mi w oczy! waruj się!... 
I począł jej przygrażać palcem, śmiejąc się, ale patrzył na nią z wielkim upodobaniem, albowiem 
takiego pachołka nigdy w życiu nie widział. Na głowie miała pątliczek jedwabny 
 
1 W dawnym języku: miejsce oborane – dziedziniec. 
 
54 
 
 

czerwony, na sobie zielony sukienny kubrak, a zaś spodeńki buchaste przy biodrach, a dalej 
obcisłe, w których jedna nogawiczka była barwy pątlika, druga w podłużne pasy. I z bogatym 
kordzikiem przy boku, z uśmiechniętą i jasną jak zorza twarzą wyglądała tak ślicznie, że oczu 
nie można było od niej oderwać. 
 
– Boga mi! – mówił rozweselony Maćko. – Alibo cudne jakoweś paniątko, alibo kwiatuszek 
czy co? 
Po czym zwrócił się do drugiego pachołka i zapytał: 
 
– A ten tu?... pewnikiem też jaki odmieniec? 
– A wżdy to Sieciechówna – odrzekła Jagienka. – Nieskładnie by mi było samej między 
wami, bo jakże? To dlatego wzięłam z sobą Anulkę, że we dwie raźniej, i pomoc jest, i sługa. 
Jej też nikt nie pozna. 
– Masz ci babo wesele! Mało było jednej, będzie dwie. 
– Nie przekomarzajcie się. 
– Nie przekomarzam się ja, ale przecie w dzień każdy pozna i ją, i ciebie. 
– Ba! a po czym? 
– Bo ci kolana k’sobie idą – i jej też. 
– Dajcie spokój!... 
– Jużci dam, bo mi nie pora, ale czy i Cztan z Wilkiem dadzą, Bóg wie. Wiesz ty, bąku, 
skąd wracam? Z Brzozowej. 
– Na miły Bóg! Co też mówicie? 
– Prawdę, jako i to prawda, że Wilkowie będą 
bronili od Cztana i Bogdańca, i Zgorzelic. 
No! pozwać nieprzyjaciół i pobić się z nimi łatwo, ale z nieprzyjaciół stróżów własnego dobra 
uczynić to nie byle cap potrafi. 
Tu Maćko począł opowiadać o swoich odwiedzinach u Wilków, jak ich sobie zjednał i na 
hak przywiódł, a ona słuchała z wielkim zdumieniem, a gdy wreszcie skończył, rzekła: 
 
– Chytrości to Pan Jezus wam nie poskąpił, i miarkuję, że wszystko tak zawsze będzie, jak 
chcecie. 
Lecz Maćko począł na to kiwać głową jakby ze smutkiem. 
 
– Ej, dziewczyno, kiedy by tak wszystko było, jako ja chcę, to ty byś dawno już była gospodynią 
na Bogdańcu! 
Na to Jagienka popatrzyła na niego czas jakiś 
swymi modrymi oczyma, po czym zbliżywszy 
się pocałowała go w rękę. 
 
– Czegóż mnie boćkasz? – zapytał stary. 
– Nic!... Mówię jeno dobranoc, bo późno, a jutro trzeba nam do dnia ruszyć. 
I zabrawszy Sieciechównę odeszła, a Maćko zaprowadził Czecha do alkierza, gdzie ległszy 
na żubrzych skórach zasnęli obaj snem mocnym i krzepiącym. 
 
55 
 
 

Rozdział 
dziesiąty 
 
 
Jakkolwiek po zniszczeniu, pożodze i rzezi, którą w 1331 r. wyprawili w Sieradzu Krzyżacy, 
Kazimierz Wielki odbudował zrównane z ziemią miasto – nie było ono jednak zbyt świetne 
i nie mogło iść 
w porównaniu z innymi grodami Królestwa. Ale Jagienka, której życie płynęło 
dotychczas między Zgorzelicami a Krześnią, nie posiadała się ze zdumienia i podziwu na 
widok murów, wież, ratusza, a zwłaszcza kościołów, o których drewniany krześnieński nie 
dawał najmniejszego pojęcia. W pierwszej chwili straciła tak dalece zwykłą rezolutność, że 
nie śmiała mówić głośno i tylko szeptem wypytywała Maćka o te wszystkie cuda, od których 
olśniewały jej oczy, gdy zaś stary rycerz upewnił ją, że Sieradzowi tak do Krakowa jako zwyczajnej 
głowni do słońca, uszom nie chciała wierzyć, albowiem wydawało się jej prostym 
niepodobieństwem, aby mógł istnieć drugi równie wspaniały gród na świecie. 
 
W klasztorze przyjął ich ten sam zgrzybiały przeor, który pamiętał jeszcze w dziecinnych 
lat rzeź krzyżacką i który poprzednio przyjmował Zbyszka. Wiadomości o opacie sprawiły im 
smutek i kłopot. Mieszkał on długo w klasztorze, ale przed dwoma tygodniami wyjechał do 
swego przyjaciela, biskupa płockiego. Chorzał ciągle. Za dnia, z rana bywał przytomny, ale 
wieczorami tracił głowę, zrywał się, kazał sobie nakładać pancerz i pozywał na bitwę księcia 
Jana z Raciborza. Klerykowie waganci musieli go siłą trzymać w łożu, co nie przychodziło 
bez wielkich trudności, a nawet i niebezpieczeństwa. Przed dwoma dopiero tygodniami 
oprzytomniał całkiem i pomimo że osłabł jeszcze bardziej, kazał się zaraz wieźć do Płocka. 
 
– Mówił, że nikomu tak nie ufa jako biskupowi płockiemu – kończył przeor – i że z jego 
rąk chce przyjąć 
Sakramenta, a przy tym i testament u niego zostawić. Przeciwialiśmy się tej 
podróży, jakeśmy mogli, bo był mdły bardzo, i baliśmy się, że i mili żyw nie ujedzie. Ale 
przeciwić mu się niełatwo, więc szpylmany wymościli wóz i powieźli go, daj Boże, szczęśliwie. 
– Gdyby był zamarł gdzieś blisko Sieradza, to bylibyśmy przecie słyszeli – rzekł na to 
Maćko. 
– Bylibyśmy słyszeli – odparł staruszek – toteż tak myślim, że nie zamarł i że przynajmniej 
do Łęczycy ostatniej pary nie puścił, ale co się dalej mogło przygodzić, nie wiemy. Jeśli pojedziecie 
za nim, to się po drodze dowiecie. 
Maćko zatroskał się tymi wiadomościami i udał się na naradę do Jagienki, która już przez 
Czecha dowiedziała się, dokąd opat wyjechał. 
 
– Co robić? – spytał jej – i co z sobą uczynisz? 
– Pojedziecie do Płocka, a ja z wami – odrzekła krótko. 
– Do Płocka: – zawtórowała jej cienkim głosikiem Sieciechówna. 
– Patrzcie, jako to się rządzą! Tak ci od razu do Płocka jak sierpem rzucić? 
– A jakoże mi samej z Sieciechówną wracać? Miałabym z wami dalej nie jechać, to lepiej 
było wcale nie wyjeżdżać. Zali nie myślicie, że tamci się 
gorzej jeszcze rozsierdzili i zawzięli? 
56 
 
 

– Wilkowie cię przed Cztanem obronią. 
– Boję ja się tak samo Wilkowej obrony jak Cztanowej napaści, a to też widzę, że wy się 
przeciwicie, byle się przeciwić, ale nieszczerze. 
Maćko rzeczywiście nie sprzeciwiał się szczerze. Owszem, wolał, by Jagienka z nim jechała, 
niżżeby miała wracać, więc usłyszawszy jej słowa uśmiechnął się i rzekł: 
 
– Spódnicy się wyzbyła, to jej się rozumu zachciewa. 
– Rozum nie gdzie indziej, jeno w głowie. 
– Ale mnie z drogi przez Płock. 
– Mówił Czech, że nie z drogi, a do Malborga to i bliżej. 
– To jużeście z Czechem uradzali? 
– A pewnie, i powiedział jeszcze tak: jeśli, powiada, młody pan popadł w jakowe złe terminy 
w Malborgu, to przez księżnę Aleksandrę płocką siła można by wskórać, bo ona rodzona 
królewska i prócz tego będąc osobliwszą przyjaciółką Krzyżakom wielkie ma między nimi 
zachowanie. 
– Prawda, jak mi Bóg miły! – zawołał Maćko. – Wszyscy o tym wiedzą i gdyby chciała 
dać list do mistrza, przezpiecznie byśmy jeździli po wszystkich ziemiach krzyżackich. Miłują 
ci oni ją, bo i ona ich miłuje... Dobra to rada i niegłupi chłop – ten Czech! 
– Jeszcze i jak! – zawołała z zapałem Sieciechówna wznosząc ku górze niebieski oczki. 
Maćko zaś zwrócił się nagle ku niej: 
– A ty tu czego? 
Więc dziewczyna zmieszała się okrutnie i opuściwszy długie rzęsy zapłoniła się jak róża. 
Jednakże widział Maćko, że nie ma innej rady, tylko trzeba obie dziewczyny dalej z sobą 
brać, że zaś i w duszy miał na to ochotę, więc nazajutrz pożegnawszy staruszka przeora ruszyli 
w dalszą podróż. Z przyczyny tajania śniegów i wezbranych wód jechali z większym 
trudem niż 
poprzednio. Po drodze dopytywali o opata i trafili na wiele dworów, plebanij, a 
gdzie ich nie było, to nawet i karczem, w których zatrzymywał się na noclegi. Łatwo było iść 
w jego tropy, gdyż rozdzielał hojne jałmużny, zakupował msze, dawał 
na dzwony, wspomagał 
po****dłe kościoły, więc niejeden dziadyga chodzący „po pytaniu”, niejeden klecha, ba, 
nawet i niejeden pleban wspominali go z wdzięcznością. Mówiono ogólnie, że „jechał jakoby 
anioł” – i modlono się za jego zdrowie, chociaż tu i ówdzie dawały się słyszeć obawy, że bliżej 
mu już do wiekuistego zbawienia niż do doczesnego zdrowia. W niektórych miejscach 
popasał dla zbytniej słabości po dwa i trzy dni. Maćkowi wydawało się też prawdopodobnym, 
że go dogonią. 
 
Jednakże pomylił się w rachubie, gdyż zatrzymały ich wezbrane wody Neru i Bzury. Nie 
dojechawszy do Łęczycy przez dni cztery zmuszeni byli zamieszkać w pustej karczmie, z 
której gospodarz wyniósł się, widocznie z obawy powodzi. Droga wiodąca od karczmy ku 
miastu, jakkolwiek wymoszczona pniami drzew, pogrążyła się i zaklęsła na znacznej przestrzeni 
w błotnistą topiel. Pachołek Maćków Wit, rodem z tych stron, słyszał coś wprawdzie o 
przejściu lasami, ale nie chciał podjąć się przewodnictwa, albowiem wiedział również, że w 
błotach łęczyckich miały swoje pielesze siły nieczyste, a mianowicie możny Boruta, który rad 
naprowadzał 
ludzi na bezdenne mokradła, a następnie tylko za cenę duszy ratował. Sama 
karczma miała także złą sławę i jakkolwiek w owych czasach podróżni wozili z sobążywność, 
za czym nie obawiali się i głodu, przecie pobyt w takim miejscu nabawiał nawet starego 
Maćka niepokoju. 
 
Nocami słyszano harce na dachu gospody, a czasem pukało coś i we drzwi. Jagienka i Sieciechówna 
śpiące w alkierzu, tuż koło wielkiej izby, słyszały też w ciemnościach jakoby szelest 
drobnych stóp po popiele, a nawet i po ścianach. Nie przerażało ich to zbytnio, albowiem 
obie przywykły były w Zgorzelicach do skrzatów, które stary Zych nakazywał swego czasu 
karmić 
i które wedle powszechnego w tych czasach mniemania, byle im kto nie żałował okruszyn, 
nie bywały złośliwe. Lecz pewnej nocy rozległ się w pobliskich gąszczach głuchy i 
 
57 
 
 

złowrogi ryk, a nazajutrz odkryto ślady ogromnych racic na błocie. Mógł to byćżubr albo tur, 
lecz Wit utrzymywał, że i Boruta, choć nosi postać ludzką, a nawet szlachecką, ma zamiast 
stóp racice, buty zaś, w których się pokazuje między ludzi, zdejmuje dla oszczędności na 
błotach. Maćko zasłyszawszy, że można go sobie przejednać napitkiem, namyślał się przez 
cały dzień, czyby nie było grzechem uczynić sobie złego ducha przyjacielem, i radził się nawet 
w tym względzie Jagienki. 
 
– Powiesiłbym na noc na płocie wołową mecherę pełną wina albo miodu – rzekł – i jeśliby 
go w nocy co wypiło, to byśmy przynajmniej wiedzieli, że krąży. 
– Byle mocy niebieskich przez to nie obrazić – odrzekła dziewczyna – bo nam błogosławieństwo 
potrzebne, abyśmy Zbyszkowi szczęśliwie poratowanie dać mogli. 
– Toż i ja tego się boję, ale tak myślę, że co miód, to przecie nie dusza. Duszy nie dam, a 
co tam dla mocy niebieskich jedna mechera miodu znaczy! 
Po czym zniżył głos i dodał: 
 
– Że ślachcic ślachcica, choćby największego zawalidrogę, poczęstuje, to zwykła rzecz, a 
ludzie gadają, że on ci ślachcic. 
– Kto? – zapytała Jagienka. 
– Nie chcę nieczystego imienia wspominać. 
Jednakże tego wieczora zawiesił Maćko na płocie własnym rękoma duży wołowy pęcherz, 
w jakim pospolicie wożono napitki – i nazajutrz okazało się, że pęcherz został do dna wypity. 
Wprawdzie Czech, gdy o tym opowiadano, uśmiechał się jakoś dziwnie, ale nikt na to nie 
zważał. Maćko zaś rad był 
w duszy, albowiem spodziewał się, że gdy przyjdzie przeprawiać 
się przez błota, nie zajdą przy tym jakieś niespodziane przeszkody i wypadki. 
 
– Chybaby nieprawdę powiadali, że zna jakowąś cześć – mówił sobie. 
Przede wszystkim należało jednak zbadać, czy nie ma jakowegoś przejścia przez lasy. Mogło 
to być, albowiem tam, gdzie grunt utrwalon był 
przez korzenie drzew i zarośli, ziemia nie 
rozmiękała łatwo od dżdżów. Wszelako Wit, który jako miejscowy mógł najprędzej spełnić tę 
czynność, na samą o niej wzmiankę począł krzyczeć: „Zabijcie, panie! nie pójdę!” Próżno mu 
tłumaczono, że w dzień siły nieczyste nie mają władzy. Maćko chciał sam iść, ale skończyło 
się na tym, że Hlawa, któren był pachołek zuchwały i rad wobec ludzi, a zwłaszcza wobec 
dziewcząt, puszył odwagę, wziął za pas topór, w rękę kosztur i poszedł. 
 
Poszedł do dnia i spodziewano się, że koło południa wróci, a gdy go nie było widać, po-
częto się niepokoić. Próżno czeladź nasłuchiwała od strony lasu i po południu. Wit machał 
tylko ręką: „Nie wróci albo jeśli wróci, to gorze nam, bo Bóg wie, czy nie z wilczą mordą, na 
wilkołaka przemienion!” Słysząc to bali się wszyscy; sam Maćko był nieswój, Jagienka czyniła 
zwracając się ku borowi znaki krzyża. Anulka zaś Sieciechówna próżno szukała co 
chwila na swych ubranych w spodeńki kolanach fartucha i nie znajdując nic, czym by mogła 
oczy przysłonić, przysłaniała je palcami, które wnet stawały się mokre od łez jedna za drugą 
kapiących. 
 
Jednakże w porze wieczornego udoju, właśnie gdy słońce miało zachodzić, Czech wrócił – 
i nie sam, jeno z jakąś ludzką postacią, którą pędził przed sobą na powrozie. Wypadli zaraz 
wszyscy ku niemu z okrzykami i radością, ale umilkli na widok owej postaci, która była mała, 
kosołapa, zarosła, czarna i przybrana w skóry wilcze. 
 
– W imię Ojca i Syna, cożeś to za bezerę sprowadził? – zawołał ochłonąwszy Maćko. 
– A co mi tam – rzekł giermek – powiada, że człowiek i smolarz, ale czy prawda – nie 
wiem. 
– Oj, nie człowiek to, nie człowiek – ozwał się Wit. 
Lecz Maćko nakazał mu milczenie, za czym jął bacznie przypatrywać się schwytanemu i 
nagle rzekł: 
 
– Przeżegnaj się! duchem mi się tu przeżegnaj!... 
58 
 
 

– Pochwalony Jezus Chrystus! – zawołał jeniec i przeżegnawszy się co prędzej, odetchnął 
głęboko, spojrzał z wielką ufnością na zgromadzonych i powtórzył: 
– Pochwalony Jezus Chrystus! – bom ja też nie wiedział, czylim w krześcijańskich, czy w 
diabelskich rękach. O Jezu!... 
– Nie bój się. Między krześcijany jesteś, którzy radzi mszy świętej słuchają. Cóżeś zacz? 
– Smolarz, panie, budnik. Jest nas siedmiu w budach z babami i dziećmi. 
– Jakoż daleko stąd? 
– O dziesięć stajań niespełna. 
– Którędyż do miasta chadzacie? 
– Mamy swoją drogę za Czarcim Wądołem. 
– Za czarcim? Przeżegnaj no się jeszcze raz! 
– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen. 
– To dobrze. A wóz tą drogą przejdzie? 
– Teraz grząsko wszędy, chociaż tam nie tak jak na gościńcu, bo wądołem wiater dmie i 
błoto suszy. Jeno do Bud bieda, ale i do Bud znający bór pomału przeprowadzi. 
– Za skojca przeprowadzisz? ba! niechby za dwa! 
Smolarz podjął się chętnie, wyprosiwszy jeszcze pół bochenka chleba, bo w lesie, chociaż 
głodem nie przymierali, ale chleba z dawna nie widzieli. Ułożono, że wyjadą nazajutrz rano, 
gdyż pod wieczór było „niedobrze”. O Borucie mówił smolarz, że okrutnie czasem „burzy” w 
boru, ale prostactwu krzywdy nie czyni i zazdrosnym będąc o księstwo łęczyckie innych diabłów 
po chrustach gania. Źle tylko spotkać się 
z nim w nocy, zwłaszcza gdy człek napity. W 
dzień i po trzeźwemu nie ma przyczyny bać się. 
 
– A wszelakoś się bał? – rzekł Maćko. 
– Bo mnie ten rycerz niespodzianie chycili z mocą taką, że myślałem, iże nie człowiek. 
Więc Jagienka poczęła sięśmiać, że to oni wszyscy smolarza poczytali za coś „paskudnego”, 
a smolarz ich. Śmiała się z nią razem i Anula Sieciechówna, aż Maćko rzekł: 
 
– Jeszcze ci ślepia nie obeschły po płakaniu za Hlawą, a teraz się już szczerzysz? 
Więc Czech spojrzał na jej różaną twarz i widząc, że rzęsy ma jeszcze mokre, zapytał: 
– Po mnieście płakali? 
– Ej, nie! – odrzekła dziewczyna – jeno się bałam, i tyla. 
– Przecieście szlachcianka, a szlachciance wstyd. Pani wasza nie taka bojąca. Cóż się wam 
mogło złego przygodzić w dzień i między ludźmi? 
– Mnie nic, ale wam. 
– A powiadacie przecie, że nie po mnieście płakali? 
– Bo nie po was. 
– A zaś czemu? 
– Ze strachu. 
– A teraz się nie boicie? 
– Nie. 
– A zaś czemu? 
– Boście wrócili. 
Na to Czech spojrzał na nią z wdzięcznością, uśmiechnął się i rzekł: 
– Ba, takim sposobem można by do jutra gadać. Okrutnieście chytrzy. 
Ale ją było prędzej o wszystko inne niż o chytrość posądzić i Hlawa, który sam był pachołek 
przebiegły, rozumiał to dobrze. Rozumiał również, że dziewczyna lgnie do niego z 
każdym dniem więcej. Sam on miłował Jagienkę, ale tak jako poddany miłuje córkę króla, 
więc z pokorą i czcią największą, a bez żadnej nadziei. Tymczasem podróż zbliżała go z Sieciechówną. 
 
 
W czasie pochodów stary Maćko jechał zwykle w pierwszą parę z Jagienką, a on z Anulą, 
że zaś chłop był jak tur, a krew miał jak ukrop, więc gdy w czasie drogi spoglądał w jej jasne 
 
59 
 
 

oczki, na płowe kosmyki włosów, które nie chciały trzymać się pod pątlikiem, na całą postać 
smukłą a urodziwą, a zwłaszcza na cudne, jakby utoczone nogi, obejmujące wronego podjezdka, 
to ciarki przechodziły go od stóp do głów. Nie mógł też się wstrzymać od coraz częstszego 
i coraz bardziej łakomego spoglądania na te wszystkie doskonałości i mimo woli myślał, 
że gdyby diabeł zmienił się w takiego pachołka, to łatwo zdołałby go przywieść na pokuszenie. 
A był to przy tym słodki jak miód pacholiczek, zarazem tak posłuszny, że tylko w 
oczy patrzył, i wesoły jak wróbel na dachu. Czasem dziwne myśli przychodziły Czechowi do 
głowy, i raz gdy przyzostali z Anulą nieco w tyle, przy jucznych koniach, zwrócił się nagle do 
niej i rzekł: 
 
– Wiecie? tak tu wedle was jadę jako wilk wedle jagnięcia. 
A jej aż białe ząbki rozbłysły wraz od szczerego śmiechu. 
– Chcielibyście mnie zjeść? – zapytała. 
– Ba! z kosteczkami! 
I spojrzał na nią takim wzrokiem, że spłonęła pod nim, po czym zapadło między nimi milczenie 
i tylko serca biły im mocno, jemu z żądzy, jej z jakiejś słodkiej, odurzającej bojaźni. 
Lecz początkowo żądza przemagała w Czechu całkiem nad tkliwością i mówiąc, iż patrzy 
na Anulkę jak wilk na jagnię, mówił prawdę. Dopiero tego wieczora, w którym ujrzał jej mokre 
od łez policzki i rzęsy, zmiękło w nim serce. Wydała mu się dobra i jakaś bliska, i jakaś 
swoja, że zaś i sam miał naturę uczciwą, a zarazem rycerską, nie tylko więc nie wzbił się w 
pychę i nie zhardział na widok tych słodkich łez, ale stał się nieśmielszy i więcej na nią uważający. 
Opuściła go dawna niefrasobliwość w mowie i choć jeszcze trochę dworował przy 
wieczerzy z bojaźliwości dziewczyny, ale już 
inaczej, i przy tym służył jej tak, jak rycerski 
giermek obowiązany był służyć szlachciance. Stary Maćko, pomimo iż głównie myślał o jutrzejszej 
przeprawie i dalszej podróży, spostrzegł to jednak, ale pochwalił go tylko za górne 
obyczaje, których jak mówił, musiał przy Zbyszku na dworze mazowieckim nabrać. 
 
Po czym zwróciwszy się do Jagienki dodał: 
 
– Hej! Zbyszko!... Ten ci się choć i u króla znajdzie! 
Ale po owej służbie przy wieczerzy, gdy przyszło rozchodzić się na noc, Hlawa po ucałowaniu 
ręki Jagienki podniósł z kolei do ust i dłoń Sieciechówny, po czym rzekł: 
 
– Wy się nie tylko o mnie nie bójcie, ale i przy mnie niczego nie bójcie, bo ja was nikomu 
nie dam. 
Po czym mężczyźni pokładli się w przodowej izbie, zaś Jagienka z Anulą w alkierzu na 
jednym, ale szerokim i dobrze wymoszczonym tapczanie. Obie nie mogły jakoś prędko zasnąć, 
a zwłaszcza Sieciechówna kręciła się co chwila na drelichowym gieźle, więc po niejakim 
czasie Jagienka przysunęła do niej głowę i poczęła szeptać: 
 
– Anula? 
– A co? 
– Bo... mi się tak zdaje, że ty okrutnie nawidzisz tego Czecha... Jakoże? 
Ale pytanie pozostało bez odpowiedzi, więc Jagienka znów poczęła szeptać: 
– Przecie ja to rozumiem... Powiadaj... 
Sieciechówna nie odpowiedziała i teraz, tylko przywarła ustami do policzka swej pani i 
poczęła ją raz po razu całować. 
A biednej Jagience również raz po razu westchnienia jęły podnosić pierś dziewczęcą. 
 
– Oj, rozumiem, rozumiem! – szepnęła tak cicho, że Anula zaledwie mogła ułowić uchem 
jej słowa. 
60 
 
 

Rozdział 
jedenasty 
 
 
Nazajutrz po nocy mglistej, miękkiej przyszedł dzień wietrzny, chwilami jasny, chwilami z 
powodu chmur, które gnane wiatrem cwałowały stadami po niebie – posępny. Maćko kazał 
poruszać 
tabor równo z brzaskiem. Smolarz, który podjął się przewodniczyć do Bud, twierdził, 
że konie wszędy przejdą, ale wozy miejscami trzeba będzie rozbierać i przenosić je częściowo, 
również jak i łuby z odzieżą i zapasami żywności. Nie mogło to przyjść bez wysiłku i 
mitręgi, ale hartowni i przywykli do trudu ludzie woleli trud największy niż gnuśny wypoczynek 
w pustej karczmie, z ochotą więc ruszyli w drogę. Nawet i bojaźliwy Wit, ośmielony 
słowy i obecnością smolarza, nie okazywał przestrachu. 
 
Zaraz za karczmą 
weszli w wysokopienny, niepodszyty bór, w którym przy zręcznym 
prowadzeniu koni można było, nawet nie rozbierając wozów, między chojarami wykręcić. 
Wicher chwilami ustawał, chwilami zrywał się z mocą niesłychaną, uderzał jakby olbrzymimi 
skrzydłami w konary gonnych sosen, przeginał je, wykręcał, wywijał nimi niby śmigami 
wiatraka, łamał; bór giął się pod tym rozpętanym tchnieniem i nawet w przerwach między 
jednym a drugim uderzeniem nie przestawał huczeć i grzmieć 
jakby z gniewu na ową napaść i 
przemoc. Kiedy niekiedy chmury przesłaniały całkiem blask dzienny; siekło dżdżem pomieszanym 
ze śnieżnymi krupaczami i czyniło się tak ciemno, jakby nastawała wieczorna pomroka. 
Wit tracił wówczas znowu ducha i wołał, iż to „złe zawzięło się i przeszkadza”, ale 
nikt go nie słuchał, nawet trwożliwa Anula nie brała do serca jego słów, zwłaszcza że Czech 
był tak blisko, iż mogła strzemieniem trącić 
o jego strzemię, patrzał zaś przed się tak zuchwale, 
jakby samego diabła chciał wyzwać na rękę. 
 
Za borem wysokopiennym zaczynał się 
podszyty, a potem gąszcz przez który nie można 
było przejechać. Tu musieli rozebrać 
wozy, ale uczynili to sprawnie i w mgnieniu oka. Koła, 
dyszle i przodki przenieśli krzepcy pachołkowie na barkach, a także toboły i zapasy żywności. 
Było takiej złej drogi trzy stajania, jednakże zaledwie pod wieczór stanęli w Budach, gdzie 
smolarze przyjęli ich gościnnie i zapewnili, że Czarcim Wądołem, a ściślej biorąc wzdłuż 
niego, można było dostać się 
do miasta. Ludzie ci, zżyci z puszczą, rzadko widywali chleb i 
mąkę, ale nie przymierali głodem, gdyż wszelkich wędlin, a zwłaszcza wędzonych piskorzów, 
od których roiły się wszystkie błota, mieli w bród. Częstowali też nimi hojnie, wyciągając w 
zamian łakome ręce po placki. Były między nimi niewiasty i dzieci, wszystko czarne od smolistego 
dymu, a był także i jeden stary chłop, przeszło stuletni, który pamiętał rzeź 
Łęczycy 
dokonaną w 1331 roku i zupełne zburzenie miasta przez Krzyżaków. Maćko, Czech i dwie 
dziewczyny, jakkolwiek słyszeli takie samo niemal opowiadanie przeora w Sieradzu, słuchali 
ciekawie i tego dziada, który siedząc przy ognisku i grzebiąc w nim zdawał się odgrzebywać 
zarazem straszne wspomnienia swej młodości. Tak! w Łęczycy, równie jak w Sieradzu, nie 
oszczędzono nawet kościołów i księży, a krew starców, niewiast i dzieci spłynęła po nożach 
zdobywców. Krzyżacy, wiecznie Krzyżacy! Myśli Maćka i Jagienki ulatywały ustawicznie ku 
Zbyszkowi, który przebywał właśnie jakoby w paszczy wilczej, wśród wrażego plemienia nie 
 
61 
 
 

znającego ni litości, ni praw gościnnych. Sieciechównie mdlało także serce, nie była bowiem 
pewna, czy w gonitwie za opatem nie przyjdzie im aż między tych okrutnych ludzi zajechać... 
 
Lecz stary począł następnie opowiadać o bitwie pod Płowcami, która zakończyła najazd 
krzyżacki, a w której on brał udział z cepem żelaznym w ręku jako pacholik w piechocie wystawionej 
przez gminę kmiecą. W tej to bitwie wyginął przecie cały niemal ród Gradów, więc 
Maćko znał dobrze wszelkie jej szczegóły, a jednak słuchał i teraz jak nowiny opowiadania o 
strasznym pogromie Niemców, gdy jak łan pod wichrem położyli się pod mieczami rycerstwa 
polskiego i króla Łokietka potęgą... 
 
– Ha! Jużci pamiętam – mówił dziad. – Naszli tę ziemię, popalili grody i zamki, ba! dzieci 
w kolebkach rzezali, ale im przyszło na czarny koniec. Hej! godna ci była bitwa. Ano! co 
przymknę oczy, to ono pole widzę... 
I przymknął oczy, i umilkł, z lekka tylko węgle we watrze poruszał, póki Jagienka, nie 
mogąc się dalszego opowiadania doczekać, nie spytała: 
 
– Jakoż to było? 
– Jakoż to było? – powtórzył dziad. – Pole pamiętam, jakobym tera patrzył: były chruśniaki 
i w prawo młaka, i szmat rżyska jako poletko niewielgie. Ale po bitwie nie było widać ni 
chruśniaków, ni młaki, ni rżyska, jeno żelaziwo wszędy, miecze, topory, dzidy i zbroje piękne, 
jedna na drugiej, jakoby kto całą 
świętą ziemię nimi przykrył... Nigdy ja tyla pobitego 
narodu na kupie nie widział i tyla krwi ludzkiej płynącej... 
Pokrzepiło się znowu tym wspomnieniem Maćkowe serce, więc rzekł: 
 
– Prawda! Pan Jezus miłosierny! Ogarnęli oni wówczas to Królestwo jako pożoga alibo zaraza. 
Nie tylko Sieradz i Łęczycę, ale i wiele innych miast napsowali. I co? Jest nasz naród 
okrutnie żywięcy i moc w sobie też ma niepożytą. Choć ta i chycisz go, krzyżacki psubracie, 
za grzdykę, zdławić 
go nie podolisz, jeszcze ci zęby wybije... Bo jeno patrzcie: król Kazimierz 
i Sieradz, i Łęczycę tak zacnie odbudował, że lepsze są, niż były, i zjazdy się w nich po 
staremu odprawują, a Krzyżaków, jak ci sprali pod Płowcami, tak tam leżą i gniją. Daj Bóg 
zawdy taki koniec. 
Stary chłop słysząc te słowa począł z początku kiwać głową na znak przytakiwania, lecz w 
końcu rzekł: 
 
– Ponoś nie leżą i nie gniją. Kazał król nam piechocie po bitwie rowy kopać i chłopcy też 
przyszli z okolicy pomagać 
w robocie, aże łopaty warczały. Poukładaliśmy potem Niemców 
w rowach i przysypali na porządek, by się z nich jakoweś choróbska nie wylęgły, ale oni tam 
nie ostali. 
– Jak to nie ostali? Cóż im się przygodziło? 
– Ja tam tego nie widział, jeno rzekę, jako ludzie potem prawili. Nastała po bitwie wieja 
sroga, która trwała bez dwanaście niedziel, ale tylko nocami. W dzień słonko świeciło jako 
się patrzy, a w nocy wiater bez mała włosów ze łba nie zdzierał. To ci diabły całymi chmarami 
kotłowały się we wichurze, każden z widłami, i co który nadleciał, to ciup widłami w ziemię 
i Krzyżaka se wydobył, a potem do piekła poniósł. Słyszeli we Płowcach ludziska harmider 
taki, jakby psi stadami wyli, ale tego nie mogli wyrozumieć, czy to Niemcy wyli ze strachu 
a zaśżałości, czyli też diabły z wesela. Było tego, póki księża rowów nie poświęcili i 
póki ziem na Nowy Rok nie zamarzła tak, że i widły nie brały. 
Tu umilkł i po chwili dodał: 
 
– Ale daj Bóg, panie rycerzu, taki koniec, jakoście mówili, bo chociaż 
ja tego nie dożyjem, 
ale tacy pachołeckowie, jako ci dwaj, dożyją i nie będą tego widzieli, na co oczy moje patrzyły. 
To rzekłszy począł przyglądać się Jagience, to Sieciechównie i dziwić się ich cudnym twarzom, 
i głową kręcić. 
 
– Nikiej mak we zbożu – rzekł. – Takich ja jeszcze nie widział. 
62 
 
 

W podobny sposób przegwarzyli część nocy, potem pokładli się spać w budach na mchach 
miękkich jak puch, ciepłymi skórami pokrytych, a gdy sen mocny pokrzepił ich członki, ruszyli 
nazajutrz dobrze już za widna dalej. Droga wzdłuż wądołu nie była wprawdzie zbyt ła-
twa, ale też i nie trudna, tak że jeszcze przed zachodem słońca ujrzeli zamek łęczycki. Miasto 
było na nowo z popiołów wzniesione, w części z czerwonej cegły, a nawet i z kamienia. Mury 
miało wysokie, wieżami bronne, kościoły jeszcze od sieradzkich wspanialsze. U dominikanów 
łatwo zasięgnęli wieści o opacie. Był, mówił, że mu lepiej, radował się nadzieją, że całkiem 
ozdrowieje, i przed kilku dniami wyruszył w dalszą drogę. Maćkowi nie chodziło już 
zbytnio o doścignięcie go w drodze, gdyż postanowił już wieźć obie dziewki aż do Płocka, 
gdzie i tak byłby je opat zawiózł, ale że mu pilno było do Zbyszka, więc zakłopotał się srodze 
inną nowiną: że już po opatowym wyjeździe rzeki tak wezbrały, iż całkiem nie można było 
jechać dalej. Dominikanie widząc rycerza ze znacznym pocztem, któren, jak mówił, do księcia 
Ziemowita jechał, przyjęli i podejmowali ich gościnnie, a nawet opatrzyli Maćka na drogę 
drewnianą, oliwną tabliczką, na której wypisana była po łacinie modlitwa do anioła Rafała, 
patrona podróżnych. 
 
Przed dwa tygodnie trwał przymusowy pobyt w Łęczycy, przy czym jeden z giermków 
zamkowych starosty odkrył, że pachołkowie przejezdnego rycerza byli dziewczynami, i z 
miejsca zakochał się na umór w Jagience. Czech chciał 
go zaraz pozywać za to na udeptaną 
ziemię, ale że stało się to wigilią wyjazdu, więc Maćko odradzał mu ten postępek. 
 
Gdy wyruszyli w dalszą ku Płockowi drogę, wiatr osuszył nieco gościńce, bo jakkolwiek 
przychodziły dżdże częste, ale jak zwykle wiosną trwały krótko. Były też ciepłe i duże, albowiem 
wiosna nastąpiła zupełna. Na polach świeciły w bruzdach jasne pasy wody, od zagonów 
dolatywał z powiewem mocny zapach mokrej ziemi. Bagna pokryły się kaczeńcem, w lasach 
zakwitły przylaszczki – i piegże podnosiły między gałęziami świergot radosny. W serca podróżnych 
wstąpiła też nowa ochota i nadzieja, zwłaszcza że jechało im się dobrze i że po 
szesnastu dniach podróży stanęli u bram Płocka. 
 
Ale przyjechali w nocy, gdy bramy grodu były już zamknięte, więc musieli nocować u tkacza 
za murami. Dziewczyny poszedłszy spać późno pospały się po trudach i niewygodach 
długiej podróży kamiennym snem. Maćko, którego żaden trud nie mógł obalić, nie chciał ich 
budzić, ale sam równo z otwarciem bram poszedł do miasta, łatwo odnalazł katedrę i dom 
biskupi, w którym pierwszą nowiną, którą usłyszał, była wiadomość, że opat zmarł przed tygodniem. 
 
 
Zmarł 
przed tygodniem, ale wedle ówczesnego zwyczaju odprawiano msze przy trumnie i 
stypy żałobne od dni sześciu, pogrzeb zaś miał nastąpić dziś dopiero, a po nim wspominki i 
stypa ostatnia dla uczczenia pamięci zmarłego. 
 
Maćko od wielkiego frasunku nawet się nie rozglądał po mieście, które zresztą znał nieco z 
tych czasów, gdy jeździł z listem księżny Aleksandry do mistrza – tylko wracał co prędzej do 
domu tkacza za murami i po drodze mówił sobie: 
 
– Ha, zmarło mu się i wieczny odpoczynek! Nie masz na to rady we świecie, ale co ja teraz 
z tymi dziewkami zrobię? 
I począł się nad tym zastanawiać, czyby je lepiej u księżny Aleksandry zostawić, czy u 
księżny Anny Danuty, czy może do Spychowa wieźć. Bo nieraz przychodziło mu do głowy w 
czasie tej drogi, że gdyby się pokazało, iż Danuśka nie żyje, to nie wadziłoby, by Jagienka 
była blisko Zbyszka. Nie wątpił, że Zbyszko długo będzie tamtej, nad wszystkie inne umiłowanej, 
żałował i długo po niej płakał, ale nie wątpił też, że taka dziewczyna, tuż pod bokiem, 
zrobi swoje. Pamiętał, jak chłopaka, chociaż serce rwało mu się 
hen za bory i lasy na Mazowsze, 
ciągoty jednak brały przy Jagience. Z tych powodów i wierząc przy tym głęboko, że Danuśka 
przepadła, myślał nieraz, by na wypadek śmierci opata nie odsyłać nigdzie Jagienki. 
Ale że był nieco łapczywy na ziemskie dobro, więc chodziło mu i o majętność po opacie. 
Opat gniewał się wprawdzie na nich i zapowiadał, że nic im nie zostawi, ale nuż ogarnęła go 
 
63 
 
 

skrucha przed śmiercią? Że zapisał coś Jagience, to było pewne, bo nieraz odzywał się z tym 
w Zgorzelicach, więc przez Jagienkę mogłoby to i tak nie minąć Zbyszka. Chwilami brała też 
Maćka ochota zostać w Płocku, dowiedzieć się jak i co, i zająć się tą sprawą, ale wnet pokonywał 
w sobie takie myśli. „Ja tu będę – myślał – o majętność zabiegał, a mój chłopaczysko 
może tam do mnie z jakowego krzyżackiego podziemia ręce wyciąga i ratunku ode mnie czeka”. 
Była wprawdzie jedna rada: zostawić Jagienkę pod opieką księżny i biskupa z prośbą, by 
jej nie dali skrzywdzić, jeśli jej opat co zostawił. Ale rada ta nie całkiem podobała się 
Maćkowi. „Dziewczyna ma i tak – mówił sobie – wiano zacne, jeśli zaś i po opacie odziedziczy, 
weźmie ją który Mazur, jak Bóg na niebie, a ona też długo nie wytrzyma, bo to jeszcze i 
nieboszczyk Zych powiadał, że już wtedy jako po węglach chodziła”. I zląkł się tej myśli stary 
rycerz, gdy pomyślał, że w takim razie i Danusia, i Jagienka mogłyby Zbyszka ominąć, 
tego zaś nie chciał za nic na świecie. 
 
– Którą mu Bóg przeznaczył, tę niech ma, ale jedną musi mieć. 
Postanowił też w końcu przede wszystkim ratować 
Zbyszka, a Jagienkę, jeśli trzeba będzie 
się z nią rozstać, zostawić albo w Spychowie albo u księżny Danuty, nie zaś tu w Płocku, 
gdzie dwór był nierównie świetniejszy i pięknych rycerzy na nim niemało. 
 
Obarczon tymi myślami, szedł 
wartkim krokiem ku domowi tkacza, aby Jagience opatową 
śmierć oznajmić, w duchu zaś obiecywał sobie, że jej tego od razu nie powie, gdyż niespodziana 
a zła wieść 
łatwo dech by w dziewce zaprzeć i niepłodną ją potem uczynić mogła. 
Przybywszy do domu zastał już obie ubrane, nawet przystrojone i wesołe jak gajówki, więc 
siadłszy na zydlu zawołał na tkackich czeladników, by mu misę 
grzanego piwa przynieśli, po 
czym nachmurzywszy surowe i bez tego oblicze rzekł: 
 
– Słyszysz, jako w mieście dzwonią? Zgadnijże, dlaczego dzwonią, boć przecie nie niedziela, 
a jutrznię przespałaś. Chciałabyś widzieć opata? 
– Pewnie, żebym chciała – rzekła Jagienka. 
– No, to tak go zobaczysz jak króla Ćwieka. 
– Zaśby pojechał gdzie dalej? 
– Jużci, że pojechał. A to nie słyszysz, że dzwonią? 
– Pomer? – zawołała Jagienka. 
– Zmów wieczny odpoczynek. 
Więc natychmiast uklękły obie z Sieciechówną i poczęły mówić wieczny odpoczynek 
dźwięcznymi jak dzwonki głosami. Po czym łzy ciurkiem jęły płynąć po twarzy Jagienki, bo 
bardzo kochała opata, który choć zapalczywy z ludźmi, krzywdy nie wyrządził nikomu, a 
dobro obu rękoma czynił, ją zaś, która była jego chrześniaczką, miłował jak córkę rodzoną. 
Maćko wspomniawszy, że to był jego i Zbyszków krewny, wzruszył się także i nieco zapłakał, 
a dopiero gdy im część boleści łzami spłynęła, zabrał Czecha i obie dziewczyny na pogrzeb 
do kościoła. 
 
Pogrzeb był wspaniały. Prowadził 
kondukt sam biskup Jakub z Kurdwanowa, byli wszyscy 
księża i wszyscy mnisi w Płocku konwenty mający, bito we wszystkie dzwony, mówiono 
mowy, których nikt prócz duchownych nie rozumiał, bo je mówiono po łacinie, po czym 
wrócili duchowni i świeccy na ucztę obfitą do biskupa. 
 
Poszedł na nią Maćko wziąwszy ze sobą dwóch pachołków, gdyż 
jako krewny zmarłego i 
znajomek biskupa miał wszelkie prawo. Biskup też przyjął 
go jako krewnego nieboszczyka 
chętliwie i z odznaczeniem, lecz zaraz przy przywitaniu rzekł mu: 
 
– Są tu jakoweś bory dla was Gradów z Bogdańca zapisane, ale co ostaje, a na klasztory i 
na opactwo nie idzie, to ma być krześniaczki jego, niejakiej Jagienki ze Zgorzelic. 
Maćko, który się niewiele spodziewał, rad był i z borów, biskup zaś nie zauważył, że jeden 
z pacholików starego rycerza podniósł na wzmiankę 
o Jagience ze Zgorzelic zroszone i modre 
jak chabry oczy w górę i rzekł: 
 
– Bóg mu zapłać, ale wolałabym, by żył. 
64 
 
 

Więc Maćko zwrócił się i rzekł gniewnie: 
 
– Cichaj, bo wstydu sobie narobisz. 
Lecz nagle urwał, w oczach błysnęło mu zdumienie, po czym twarz uczyniła mu się sroga i 
wilcza, gdyż 
opodal od siebie, obok drzwi, przez które wchodziła właśnie księżna Aleksandra, 
ujrzał zgiętego w dworskiej, układnej postawie Kunona Lichtensteina, tego samego, 
przez którego omal nie zginął 
Zbyszko w Krakowie. 
 
Jagienka w życiu nie widziała takiego Maćka: oblicze miał 
skurczone jak paszcza złego 
psa, spod wąsów błysnęły mu zęby, w jednej chwili okręcił na sobie pas i ruszył ku znienawidzonemu 
Krzyżakowi. 
 
Lecz w pół drogi zatrzymał się i począł wodzić szeroką dłonią po włosach. Przypomniał 
sobie w porę, że Lichtenstein może być na dworze płockim tylko albo gościem, albo co prawdopodobniej, 
posłem i że gdyby chciał nie pytając o nic bić w niego, postąpiłby właśnie tak 
samo jak Zbyszko na drodze z Tyńca. 
 
Więc mając więcej rozumu i doświadczenia od Zbyszka pohamował się, odkręcił na powrót 
pas, wypogodził oblicze, poczekał, a następnie gdy księżna po przywitaniu się z Lichtensteinem 
poczęła rozmawiać z księdzem Jakubem z Kurdwanowa, zbliżył się do niej i skłoniwszy 
się głęboko przypomniał jej, co zacz jest i że za swą dobrodziejkę ją poczytuje z przyczyny 
owego listu, którym go swego czasu opatrzyła. 
 
Księżna zaledwie pamiętała jego twarz, ale przypomniała sobie z łatwością i list, i całą 
sprawę. Było jej także wiadomym to, co stało się na sąsiednim dworze mazowieckim; słyszała 
o Jurandzie, o uwięzieniu jego córki, o małżeństwie Zbyszka i o śmiertelnym jego pojedynku 
z Rotgierem. Wszystko to zaciekawiało ją niezmiernie, tak jak jakaś opowieść rycerska 
lub jedna z takich pieśni, jakie wygłaszali u Niemców minstrele, a na Mazowszu gądkowie. 
Krzyżacy nie byli jej wprawdzie tak nienawistni jak żonie Janusza, Annie Danucie, zwłaszcza 
że chcąc ją sobie zjednać przesadzali się dla niej w hołdach, pochlebstwach i obsypywali ją 
hojnie darami; lecz w tym razie serce jej było po stronie kochanków. Gotowa była im pomóc 
 
– i przy tym cieszyło ją, iż ma przed sobą człowieka, który mógł jej najdokładniej przebieg 
zdarzeń opowiedzieć. 
Maćko zaś, który przedtem już postanowił uzyskać jakimkolwiek sposobem opiekę i protekcję 
wpływowej księżny, widząc, z jakim słucha zajęciem, chętnie prawił jej o nieszczęsnych 
losach Zbyszka i Danuśki i prawie do łez ją wzruszył, a to tym bardziej że sam niedolę 
bratanka lepiej niż ktokolwiek odczuwał i z całej duszy nad nią ubolewał. 
 
– Nic rzewliwszego w życiu nie słyszałam – rzekła wreszcie księżna. – A największa żałość 
chwyta mnie wskróś tej przyczyny, że on już tę dzieweczkę zaślubił, już ci była jego, a 
żadnej szczęśliwości nie zaznał. Wszelako – wiecie-li na pewno, że nie zaznał? 
– Hej, mocny Boże! – odparł Maćko – żeby choć był zaznał, ale on ją zaślubił, obłożnie 
chorym będąc wieczorem, a o świtaniu już ją wzięli! 
– Imyślicie, że Krzyżacy? Bo u nas powiadali o zbójach, którzy Krzyżaków zwiedli inną 
dziewkę im oddając. Mówili też o Jurandowym pisaniu... 
– To już nie ludzkie sądy rozstrzygnęły, jeno boskie. Wielki to był, prawią, rycerz Rotgier, 
który najtęższych zwyciężał, a przecież z ręki dzieciucha poległ. 
– No, taki to i dzieciuch – rzekła uśmiechając się księżna – co mu przezpieczniej w drogę 
nie włazić. Krzywda jest – prawda! I słusznie się krzywdujecie, a jednako z tamtych czterech 
trzech już nie żywie, a ten stary, który ostał, ledwie także, jako słyszałam, wydarł sięśmierci. 
– A Danuśka? a Jurand? – odrzekł Maćko – gdzież oni są? Bóg też wie, czy i ze Zbyszkiem 
co złego się nie stało, któren do Malborga pojechał. 
– Wiem, ale Krzyżacy nie całkiem tacy psubraci, jako myślicie. W Malborgu przy boku 
mistrza i jego brata Ulryka, który jest człowiek rycerski, nic się złego bratankowi waszemu 
stać nie mogło, który przecie miał pewnikiem i listy od księcia Janusza. Chyba że tam jakiego 
65 
 
 

rycerza pozwał i poległ, bo w Malborgu siła zawsze najsławniejszych rycerzy ze wszystkich 
stron świata przebywa. 
 
– Ej, nie bardzo już się tam tego boję – rzekł 
stary rycerz. – Byle go do podziemia nie zamknęli, 
byle zdradą nie ubili i byle jakoweśżelaziwo miał w garści – to nie bardzo się boję. 
Raz tylko znalazł się od niego tęższy, któren go w szrankach rozciągnął, a to właśnie książę 
mazowiecki Henryk, ten, co był tu biskupem i co się w gładkiej Ryngalle rozmiłował. Ale 
Zbyszko zgoła był wówczas pacholęciem. Przy tym jednego byłby on tylko jako amen w pacierzu 
pozwał, tego, któremu i ja ślubowałem, a któren tu jest. 
To rzekłszy pokazał oczyma na Lichtensteina, który z wojewodą płockim rozmawiał. 
Lecz księżna zmarszczyła brwi i rzekła surowym, oschłym głosem, którym zawsze mówiła, 
gdy gniew poczynał ją chwytać: 
 
– Ślubowaliście mu czy nie ślubowali, a to pamiętajcie, że on u nas w gościnie; kto naszym 
gościem chce być, powinien obyczajności przestrzegać. 
– Wiem, miłościwa pani – odrzekł Maćko. – Toćżem już okręcił 
pas i do niegom szedł, 
alem się pohamował pomyślawszy, że może posłuje. 
– Bo i posłuje. A człek jest między swymi znaczny, na którego radach sam mistrz siła polega 
i nie byle czego mu odmówi. Bóg to może zdarzył, że go w Malborgu podczas bytności 
waszego bratanka nie było, ile że Lichtensteina, choć z zacnego rodu idzie, powiadają za-
wziętym i mściwym. Poznałże was? 
– Nie bardzo mógł poznać, bo mię mało widział. Na drodze tynieckiej byliśmy w hełmach, 
a potem raz tylko byłem u niego w Zbyszkowej sprawie, ale wieczorem, gdyż było pilno, i raz 
widzieliśmy się w sądzie. Zmieniłem się na gębie od tego czasu i broda znacznie mi posędzielała. 
Uważałem też teraz, że patrzył na mnie, ale widać jeno dlatego, że przydłużej z miłościwą 
panią rozmawiam, gdyż potem oczy całkiem spokojnie w inną stronę obrócił. Zbyszka 
to by był poznał – ale mnie zobaczył, a o moim ślubowaniu może i nie słyszał mając o 
lepszych do myślenia. 
– Jak to o lepszych? 
– Bo jemu pono ślubowali i Zawisza z Garbowa, i Powała z Taczewa, i Marcin z Wrocimowic, 
i Paszko Złodziej, i Lis z Targowiska. Każdy z nich, miłościwa pani, i dziesięciu takim 
by poradził, a cóż dopiero, że ich kupa! Lepiej jemu się było nie rodzić niżeli jeden takowy 
miecz mieć nad głową. A ja nie tylko mu o ślubowaniu nie wspomnę, ale jeszcze w 
pouchwałość się wejść z nim postaram. 
– Czemu zaś tak? 
A twarz Maćka stała się naraz chytra, do głowy starego lisa podobna. 
– Żeby mi jakowe pismo dał, za którym mógłbym przezpiecznie po krajach krzyżackich 
jeździć i Zbyszkowi w razie potrzeby dać poratowanie. 
– Zali to godne czci rycerskiej? – zapytała z uśmiechem księżna. 
– Godne – odrzekł stanowczym głosem Maćko. – Gdybym na ten przykład w bitwie z tyłu 
na niego natarł, a nie zawołał, by się obrócił, jużci bym hańbę na sięściągnął, ale czasu pokoju 
rozumem na hak nieprzyjaciela przywieść – tego siężaden prawy rycerz nie zasroma. 
– To was poznajomię – odrzekła księżna. 
I skinąwszy na Lichtensteina poznajomiła z nim Maćka pomyślawszy, że choćby go Lichtenstein 
poznał, to i tak nie stałoby się nic wielkiego. 
Lecz Lichtenstein nie poznał go, albowiem istotnie na drodze tynieckiej widział go w hełmie, 
a potem raz tylko jeden z nim rozmawiał, i to wieczorem, gdy Maćko przychodził do 
niego prosić 
go o odpuszczenie Zbyszkowej winy. 
 
Skłonił się jednak dość 
dumnie, dopiero ujrzawszy za rycerzem dwóch cudnych, bogato 
ubranych pachołków pomyślał, że nie byle kto takich mieć może, i twarz rozjaśniła mu się 
nieco, jakkolwiek nie przestał wydymać dumnie ust, co czynił zawsze, jeśli nie z panującym 
miał do czynienia. 
 
66 
 
 

A księżna rzekła ukazując Maćka: 
 
– Jedzie ten rycerz do Malborga i ja sama polecam go łasce wielkiego mistrza, ale on po-
słyszawszy o zachowaniu, jakie w Zakonie macie, pragnąłby i od was mieć pismo. 
To rzekłszy odeszła do biskupa, Lichtenstein zaś utkwił w Maćku swe zimne, stalowe oczy 
i zapytał: 
 
– Jakiż powód skłania was, panie, do odwiedzenia naszej pobożnej i skromnej stolicy? 
– Uczciwy powód i pobożny powód – odrzekł wznosząc źrenice Maćko. – Gdybyś było 
inaczej, nie uręczałaby za mną miłościwa księżna. Ale prócz ślubów pobożnych, chciałbym 
też i mistrza waszego poznać, któren pokój na ziemi czyni, a jest najsławniejszym na świecie 
rycerzem. 
– Za kogo księżna miłościwa, pani nasza i dobrodziejka uręcza, ten nie będzie narzekał na 
naszą ubogą gościnność; wszelako co do mistrza trudno będziecie go mogli obaczyć, bo przed 
miesiącem już do Gdańska wyjechał, a stamtąd miał do Królewca i dalej ku granicy ruszyć, 
gdyż choć miłośnik pokoju, musi przecie od zdradzieckich Witoldowych zapędów dziedziny 
zakonnej bronić. 
Usłyszawszy to Maćko zafrasował się tak widocznie, że Lichtenstein, przed którego oczyma 
nic nie mogło się ukryć, rzekł: 
 
– Widzę, że równą mieliście chęć poznać wielkiego mistrza jak dopełnićślubów zakonnych. 
– Miałem ci ją, miałem! – odrzekł prędko Maćko. – Więc to już wojna z Witoldem o 
Żmujdź pewna? 
– Sam ją rozpoczął podając wbrew przysięgom pomoc buntownikom. 
Nastała chwila milczenia. 
– Ha! niech ta Bóg szczęści Zakonowi, jak na to zasługuje! – rzekł wreszcie Maćko. – Nie 
mogę mistrza poznać, to choćślubów dopełnię. 
Lecz wbrew tym słowom sam nie wiedział, co ma na razie począć, i z uczuciem ogromnego 
strapienia zadawał sobie w duszy pytanie: 
 
„Gdzie ja mam teraz Zbyszka szukać i gdzie go odnajdę?” 
 
Łatwo było przewidzieć, że jeśli mistrz opuścił Malborg i udał się na wojnę, to nie ma co 
 
szukać w Malborgu i Zbyszka – a w każdym razie trzeba o nim dokładniejszych wiadomości 
zasięgnąć. Stary Maćko zatroskał się wielce, ale że był człek prędki do rady, postanowił czasu 
nie tracić i zaraz nazajutrz ruszyć w dalszą drogę. Uzyskanie listu od Lichtensteina przy poparciu 
księżny Aleksandry, w której komtur miał nieograniczone zaufanie, przyszło mu łatwo. 
Otrzymał tedy polecenie do starosty w Brodnicy i do wielkiego szpitalnika w Malborgu, za 
które darował 
jednak Lichtensteinowi spory srebrny pucharek, ozdobnie wykuty we Wrocławiu, 
taki, jaki rycerze mieli zwyczaj stawiać napełniony winem na noc przy łożu, aby w razie 
bezsenności mieć pod ręką i lekarstwo na sen, i uciechę. Hojność ta Maćkowa zdziwiła nieco 
Czecha, który wiedział, iż stary rycerz nie był zbyt pochopny do obsypywania darami nikogo, 
a zwłaszcza Niemców – lecz ów rzekł: 
 
– Uczyniłem tak, bom mu ślubował i potykać się z nim muszę, a nijak by mi było nastawać 
na gardło człeka, który mi usługę oddał. Nie nasz to obyczaj bić w dobrodzieja... 
– Ale zacnego pucharka szkoda! – odpowiedział trochę przekornie Czech. 
Na to zaś Maćko: 
– Nie czynię ja nic przez rozmysłu, nie bój się! Bo jeśli mi Pan Jezus miłosierny pozwoli 
Niemca powalić, to jużci i pucharek odzyszczę, i siła innych godnych rzeczy wraz z nim zdobędę. 
Po czym jęli naradzać się obaj, a z nimi Jagienka, co czynić dalej. Maćkowi przechodziło 
przez rozum, aby i ją, i Sieciechównę zostawić w Płocku pod opieką księżny Aleksandry, a to 
z powodu opatowego testamentu, który był złożony u biskupa. Lecz dziewczyna sprzeciwiła 
się temu całą siłą swej niezłomnej woli. Prawda, że sporzej by było jechać bez nich, bo nie 
 
67 
 
 

trzeba by na noclegach osobnych izb wyszukiwać ani też oglądać się na obyczajność, na bezpieczeństwo 
i różne inne tego rodzaju przyczyny. Ale przecie nie po to wyjechały ze Zgorzelic, 
by siedzieć w Płocku. Testament, skoro jest u biskupa, to nie przepadnie, a co do nich, 
gdyby się pokazało, że muszą gdzie po drodze ostać, to lepiej by im było ostać się na opiece u 
księżny Anny, nie u Aleksandry, bo na tamtym dworze mniej nawidzą Krzyżaków, a więcej 
miłują Zbyszka. Rzekł wprawdzie na to Maćko, że rozum nie niewieścia rzecz i że nie przystoi 
dziewce „dowodzić”, tak jakby naprawdę ten rozum miała – nie sprzeciwił się jednak 
stanowczo, a wkrótce ustąpił całkiem, gdy Jagienka odciągnąwszy go na bok poczęła mówić 
ze łzami w oczach: 
 
– Wiecie!... Bóg patrzy na moje serce, że co rania i co wieczora proszę go za oną Danuśkę, 
ba i o Zbyszkową szczęśliwość! Bóg to w niebiesiech wie najlepiej! Ale i Hlawa, i wy powiadacie, 
że już ona zginęła i że żywa z krzyżackich rąk nie wyjdzie – co jeśli tak ma być, to ja... 
Tu zawahała się nieco, wezbrane łzy stoczyły się jej z wolna po jagodach i skończyła po 
cichu: 
 
– To ja chcę być Zbyszka blisko... 
Maćka wzruszyły te łzy i słowa, jednak odrzekł: 
– Jeśli tamta zginie, Zbyszko z żałości ani na cię spojrzy. 
– Ja też nie chcę, by na mnie spoglądał, jeno chcę być przy nim. 
– Wiesz przecie, że ja tego samego bym chciał, co i ty; ale on w pierwszym żalu gotów cię 
jeszcze zwymyślać... 
– Niech tam i zwymyśla – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. – Ale tego nie uczyni, 
bo nie będzie wiedział, że to ja. 
– Pozna cię. 
– Nie pozna. Wyście także nie poznali. Powiecie mu, że to nie ja, jeno Jaśko, a Jaśko przecie 
całkiem z gęby do mnie podobny. Powiecie mu, że urósł i tyla, a jemu nawet przez głowę 
nie przejdzie, by zaś to nie był Jaśko... 
Na to stary rycerz wspomniał coś jeszcze o kolanach k’sobie, ale że kolana k’sobie miewali 
czasem i chłopaki, więc nie mogło to być przeszkodą, zwłaszcza że Jaśko miał istotnie 
twarz prawie taką samą, a włosy po ostatnich postrzyżynach wyrosły mu znów długie – i nosił 
je w pątliku, tak jak inne szlachetne pacholęta i sami rycerze. Z tych przyczyn ustąpił Maćko i 
poczęli mówić już o drodze. Mieli wyruszyć nazajutrz. Postanowił Maćko puścić się w krzyżackie 
kraje, dotrzeć do Brodnicy, tam zasięgnąć języka i gdyby mistrz był wbrew przewidywaniom 
Lichtensteina jeszcze w Malborgu, to jechać do Malborga, w razie zaś przeciwnym 
pociągnąć krzyżacką granicę w stronę Spychowa przepytując po drodze o młodego polskiego 
rycerza i jego poczet. Stary rycerz spodziewał się nawet, że łacniej się czegoś dowie o Zbyszku 
w Spychowie lub na dworze księcia Janusza warszawskiego niż gdzie indziej. 
 
Jakoż nazajutrz wyruszyli. Wiosna już uczyniła się zupełna, więc rozlewy wód, a mianowicie 
Skrwy i Drwęcy, tamowały drogę, taki że dopiero dziesiątego dnia po opuszczeniu 
Płocka przejechali granicę i znaleźli się w Brodnicy. Miasteczko czyste było i porządne, ale 
zaraz na wstępie można było poznać twarde rządy niemieckie, albowiem ogromna murowana 
szubienica2, wzniesiona za miastem przy drodze do Gorczenicy, ubrana była ciałami wisielców, 
z których jedno było kobiece. Na strażniczej wieży i na zamku powiewała chorągiew z 
czerwoną ręką w białym polu. Samego komtura nie zastali jednak podróżni na miejscu, albowiem 
pociągnął był z częścią załogi i na czele okolicznej szlachty do Malborga. Objaśnienia 
te dał Maćkowi stary Krzyżak, ślepy na oba oczy, który był niegdyś komturem Brodnicy, 
później zaś przywiązawszy się do miejsca i zamku, przeżywał w nich ostatki żywota. Ów, 
gdy kapelan miejscowy przeczytał mu list Lichtensteina, przyjął Maćka gościnnie, że zaś 
mieszkając wśród polskiej ludności umiał wybornie po polsku, przeto łatwo było się z nim 
 
2 Szczątki tej szubienicy dochowały się do r. 1818. 
 
68 
 
 

rozmówić. Zdarzyło się też, iż przed sześciu tygodniami jeździł do Malborga, dokąd wzywano 
go jako doświadczonego rycerza na radę wojenną, wiedział więc, co się 
w stolicy działo. 
Zapytywany o młodego polskiego rycerza, mówił, że nazwiska nie pomni, ale że słyszał o 
jakowymś, który naprzód budził podziw tym, że pomimo młodych lat przybył jako rycerz już 
pasowany, a po wtóre potykał się szczęśliwie w turnieju, który wielki mistrz urządził wedle 
zwyczaju dla cudzoziemskich gości przed wyruszeniem na wojenną wyprawę. Powoli przypomniał 
sobie nawet, iż owego rycerza polubił i wziął w szczególną opiekę mężny i szlachetny 
brat mistrzów, Ulryk von Jungingen, i że dał mu żelazne listy, z którymi młodzian później 
odjechał podobno w stronę wschodnią. Maćko ucieszył się z tych wiadomości ogromnie, nie 
miał bowiem najmniejszej wątpliwości, że tym młodym rycerzem był Zbyszko. Wobec tego 
nie było chwilowo po co jechać 
do Malborga, bo jakkolwiek wielki szpitalnik lub inni pozostali 
tam urzędnicy zakonni i rycerze mogliby może jeszcze dokładniejszych udzielić wskazówek, 
jednakowożżadną miarą nie mogli powiedzieć, gdzie na razie bawi Zbyszko. Zresztą 
sam Maćko wiedział najlepiej, gdzie go znaleźć, nietrudno bowiem było domyślić się, że krąży 
koło Szczytna albo jeżeli tam Danusi nie znalazł, czyni poszukiwania po dalszych 
wschodnich zamkach i komturiach. 
 
Nie tracąc więc czasu ruszyli i oni krzyżackim krajem ku wschodowi i Szczytnu. Droga 
szła im sporo, gdyż gęste miasta i miasteczka połączone były gościńcami, które Krzyżacy, a 
raczej kupcy w miastach osiedli, w dobrym utrzymywali stanie, prawie nie gorszym niż polskie, 
które powstały pod opieką 
gospodarnej i sprężystej króla Kazimierzowej ręki. Przy tym 
pogoda nastała cudna. Noce były gwiaździste, dni jasne, a w porze południowego udoju powiewał 
ciepły, suchy wiaterek, który zapełniał czerstwością i zdrowiem piersi ludzkie. Zazieleniły 
się zboża na polach, łąki pokryły się hojnie kwieciem, a lasy sosnowe poczęły ronić 
wońżywiczną. Przez całą drogę 
do Lidzbarku, a stamtąd do Działdowa i dalej od Niedzborza 
podróżni nie widzieli ani chmurki na niebie. W Niedzborzu dopiero w nocy przyszła ulewa z 
grzmotami, które pierwszy raz tej wiosny słyszano, ale trwała krótko i nazajutrz rozbłysnął 
znów poranek przejasny, różowy, złoty i tak świetlisty, że jak okiem sięgnąć wszystko lśniło 
jednym bisiorem brylantów i pereł, cała zaś kraina zdawała się uśmiechać niebu i radować się 
z bujnego życia. 
 
W taki to ranek wykręcili z Niedzborza ku Szczytnu. Granica mazowiecka nie była daleko 
i łatwo by im przyszło nawrócić do Spychowa. Była chwila nawet, że Maćko chciał to uczynić, 
ale rozważywszy wszystko, wolał dotrzeć wprzód do strasznego krzyżackiego gniazda, w 
którym tak ponuro rozstrzygnęła się część 
Zbyszkowych losów. Wziąwszy więc chłopa przewodnika 
kazał mu prowadzić poczet ku Szczytnu, choć 
i przewodnik nie był konieczny, albowiem 
z Niedzborza szedł prosty gościniec, na którym niemieckie mile były białymi kamieniami 
znaczone. 
 
Przewodnik jechał kilkadziesiąt kroków naprzód, za nim konno Maćko z Jagienką, następnie 
dość 
daleko za nimi Czech ze śliczną Sieciechówną, a dalej szły wozy otoczone przez 
zbrojnych pachołków. Ranek był wczesny. Różana barwa nie zeszła jeszcze ze wschodniej 
strony nieba, choć słońce świeciło już zmieniając na opale krople rosy na drzewach i trawach. 
 
– Nie boisz się jechać do Szczytna? – zapytał Maćko. 
– Nie boję się – odrzekła Jagienka. – Pan Bóg nade mną, bom sierota. 
– Bo tam nijakiej wiary nie dotrzymują. Najgorszy pies był ci wprawdzie ów Danveld, którego 
Jurand razem z Gotfrydem zgładził... Tak powiadał Czech. Drugi po Danveldzie był 
Rotgier, który legł od Zbyszkowego topora, ale i ten stary jest okrutnik, diabłu zaprzedan... 
Ludzie nic dobrze nie wiedzą, wszelako ja tak myślę, że jeśli Danuśka zginęła, to z jego ręki. 
Gadają, że spotkała go też jakowaś przygoda – ale księżna powiedziała mi w Płocku, że się 
wykręcił. Z nim to będziemy mieli w Szczytnie sprawę. Dobrze, że mamy pismo od Lichtensteina, 
bo jego się podobno gorzej psubraty boją niż samego mistrza... Że to, prawią, powagę 
69 
 
 

ma okrutną i zachowanie wielkie, a przy tym mściwy jest. Najmniejszej krzywdy nie daruje... 
Bez tego pisma nie jechałby ja tak spokojnie do Szczytna. 
 
– A ówże stary jako się zowie? 
– Zygfryd de Löwe. 
– Bóg da, że damy sobie i z nim rady. 
– Bóg da! 
Tu Maćko roześmiał się i po chwili począł mówić: 
– Powiada do mnie księżna w Płocku: „Krzywdujecie się, krzywdujecie jako baranki na 
wilków, a tu, powiada, z tych wilków trzech już nie żywie, bo ich niewinne baranki zdusiły”. 
I prawdę rzekłszy, tak to i jest... 
– A Danuśka? a jej rodzic? 
– To samo powiedziałem księżnie. Ale w duszy rad jestem, iże się pokazuje, jako i nas 
krzywdzić jest nieprzezpieczna rzecz. Juści wiemy, jak toporzysko chycić w garść i godnie 
nim machnąć! A co do Danuśki i Juranda, to prawda. Ja myślę tak samo jak i Czech, że ich 
już na świecie nie ma, ale w rzeczy to nikt dobrze nie wie... Tego Juranda też mi żal, bo i za 
życia się boleści o dziewczynę najadł, i jeżeli zginął, to ciężkąśmiercią. 
– Co go kto przy mnie wspomni, to zaraz o tatusiu myślę, którego też na świecie nie ma – 
odpowiedziała Jagienka. 
I tak mówiąc podniosła zwilżone, śliczne oczy ku górze. Maćko zaś pokiwał głową i rzekł: 
 
– W Bożym on wiecu i w światłości wiekuistej na pewno, bo lepszego od niego człowieka 
chyba w całym naszym królestwie nie było... 
– Oj, nie było ci, nie było! – westchnęła Jagienka. 
Lecz dalszą rozmowę przerwał im chłop przewodnik, który powstrzymał nagle źrebca, a 
następnie zawrócił go, przyleciał pędem do Maćka i zawołał jakimś dziwnym, wylęknionym 
głosem: 
 
– O dla Boga! Patrzcie no, panie rycerzu, kto to ku nam z pagórka idzie. 
– Kto, gdzie? – zawołał Maćko. 
– A owdzie! Chyba wielgolud czy co... 
Maćko z Jagienką wstrzymali stępaki, spojrzeli we wskazanym przez przewodnika kierunku 
i istotnie oczy ich ujrzały na wyniosłości pagórka, na pół albo i więcej stajania jakowąś 
postać, której wymiary zdawały się znacznie przenosić zwykłe ludzkie kształty. 
 
– Sprawiedliwie mówi, że chłop jest duży – mruknął Maćko. 
Potem zmarszczył się, splunął nagle w bok i rzekł: 
– Na psa urok! 
– Czemu zaś 
zaklinacie? – spytała Jagienka. 
– Bom wspomniał, jako w taki sam ranek obaczyliśmy ze Zbyszkiem na drodze z Tyńca do 
Krakowa takiego samego niby wielkoluda. Powiadali wówczas, że to Walgierz Wdały. Ba! 
pokazało się, że to był pan z Taczewa, ale też nic dobrego z tego nie wypadło. Na psa urok. 
– To nie rycerz, bo piechtą idzie – rzekła wytężając wzrok Jagienka. – I widzę nawet, że 
nijakiej broni nie ma, jeno kostur w lewej ręce dzierży... 
– I maca nim przed sobą, jakby była noc – dodał Maćko. 
– I ledwie się rusza. Pewnie! Ślepy chyba czy co? 
– Ślepy jest, ślepy! jako żywo! 
Ruszyli końmi i po niejakim czasie zatrzymali się naprzeciw dziada, który schodząc z pagórka 
niezmiernie powoli szukał przed sobą kosturem drogi. 
Był to starzec rzeczywiście ogromny, chociaż widziany z bliska przestał im się wydawać 
wielkoludem. Sprawdzili też, że był zupełnie ślepy. Zamiast oczu miał dwie czerwone jamy. 
Brakło mu również prawej dłoni, na miejscu której nosił węzeł uczyniony z brudnej szmaty. 
Białe włosy spadały mu aż na ramiona, a broda sięgała pasa. 
 
70 
 
 

– Nie ma chudzina ni pacholęcia, ni psa i sam omackiem drogi szuka – ozwała się Jagienka. 
– Dla Boga, nie możem go przecie bez pomocy ostawić. Nie wiem, czy mnie będzie rozumiał, 
ale przemówię do niego po naszemu. 
To rzekłszy zeskoczyła żywo ze stępaka i zatrzymawszy się tuż przed dziadem poczęła 
szukać pieniędzy w skórzanej kalecie wiszącej u jej pasa. 
Dziad też usłyszawszy przed sobą tupot koński i gwar wyciągnął przed siebie kostur i podniósł 
do góry głowę, jak czynią ludzie ślepi. 
 
– Pochwalony Jezus Chrystus! – rzekła dziewczyna. – Rozumiecie, dziadku po krześcijańsku? 
Ów zaś usłyszawszy jej słodki, młody głos, drgnął, przez twarz przeleciał mu jakiś dziwny 
błysk, jakby wzruszenia i rozrzewnienia, nakrył powiekami swe puste jamy oczne i nagle, 
rzuciwszy kostur, padł przed nią na kolana, z wyciągniętymi w górę ramionami. 
 
– Wstańcie, i tak was wspomogę. Co wam jest? – spytała ze zdziwieniem Jagienka. 
Lecz on nie odpowiedział nic, tylko dwie łzy spłynęły mu po policzkach, a z ust wyszedł 
podobny do jęku głos: 
 
– Aa! a! 
– Na miłosierdzie boskie! niemowaście czy jak? 
– Aa! a! 
To wygłosiwszy podniósł dłoń; naprzód uczynił nią znak krzyża, potem jął wodzić lewą 
dłonią wzdłuż ust. 
Jagienka nie zrozumiawszy spojrzała na Maćka, który rzekł: 
 
– Chyba coś ci takiego pokazuje, jakby mu język urznęli. 
– Urznęli wam język? – spytała dziewczyna. 
– A! a! a! a! – powtórzył kilkakrotnie dziad kiwając przy tym głową. 
Po czym wskazał palcami na oczy, następnie wysunął prawe ramię bez dłoni, a lewą wykonał 
ruch do cięcia podobny. 
Teraz zrozumieli go oboje. 
 
– Kto wam to uczynił? – spytała Jagienka. 
Dziad zrobił 
znów kilkakrotnie znak krzyża w powietrzu. 
– Krzyżacy! – zakrzyknął Maćko. 
Starzec opuścił na znak potwierdzenia głowę na piersi. 
Nastała chwila milczenia, tylko Maćko i Jagienka spoglądali na się z niepokojem, mieli 
bowiem przed sobą jawny dowód tego braku miłosierdzia i braku miary w karaniu, jakimi 
odznaczali się rycerze zakonni. 
 
– Srogie rządy! – rzekł wreszcie Maćko – i ciężko go pokarali, a Bóg wie, czy słusznie. 
Nie dopytamy się o to. Żeby choć wiedzieć, gdzie go odwieźć, bo to musi być człek z tych 
okolic. Po naszemu rozumie, gdyż tu prosty naród taki jest jako i na Mazowszu. 
– Rozumiecie przecie, co mówimy? – spytała Jagienka. 
Dziad potwierdził głową. 
– A tutejsiście? 
– Nie – odpowiedział na migi starzec 
– Zaś może z Mazowsza? 
– Tak. 
– Spod księcia Janusza? 
– Tak. 
– A cóżeście u Krzyżaków robili? 
Starzec nie umiał odpowiedzieć, lecz twarz jego przybrała w jednej chwili wyraz tak niezmiernego 
bólu, że litościwe serce Jagienki zadrgało tym większym współczuciem, a nawet 
Maćko, chociaż nie byle co wzruszyć go mogło, rzekł: 
 
– Pewnikiem skrzywdzili go, psubraty, może i bez jego winy. 
71 
 
 

Jagienka zaś wetknęła w dłoń nędzarza kilka drobnych pieniążków. 
 
– Słuchajcie – rzekła. – Nie opuścim was. Pojedziecie z nami na Mazowsze i w każdej wsi 
będziemy was pytać, czy nie wasza. Może się jako dogadamy. Wstańcie jeno teraz, boć my 
przecie nie święci. 
Lecz on nie wstał, owszem pochylił się i objął jej nogi jakby w opiekę się oddając i dziękując, 
przy czym jednak pewne zdziwienie, a nawet jakby zawód mignęły mu na obliczu. Być 
może, iż miarkując z głosu sądził, iż stoi przed dziewczyną, tymczasem dłoń jego trafiła na 
jałowicze skórznie, jakie w podróży nosili rycerze i giermkowie. 
 
Ona zaś rzekła: 
 
– Tak i będzie. Przyjdą 
wnet nasze wozy, to sobie odpoczniecie i pożywicie się. Ale na 
Mazowsze nie od razu pojedziecie, bo przedtem trzeba nam do Szczytna. 
Na to słowo starzec zerwał się na równe nogi. Zgroza i zdumienie odbiły mu się na twarzy. 
Roztworzył ramiona, jakby chcąc zagrodzić drogę, a z ust poczęły mu się wydobywać dzikie i 
jak gdyby pełne przerażenia dźwięki. 
 
– Co wam? – zawołała przelękniona Jagienka. 
Lecz Czech, który już przedtem był z Sieciechówną nadjechał i od pewnego czasu wpatrywał 
się uporczywie w dziada, zwrócił się nagle do Maćka ze zmienioną twarzą i dziwnym 
jakimś głosem rzekł: 
 
– Na rany boskie! pozwólcie, panie, bym do niego przemówił, bo ani wiecie, kto on może 
być! 
Po czym nie pytając o pozwolenie poskoczył do dziada, położył mu ręce na barkach i jął 
pytać: 
 
– Ze Szczytna idziecie? 
Starzec jakby uderzony dźwiękiem jego głosu uspokoił się i skinął głową. 
– A nie szukaliście tam dziecka?... 
Głuchy jęk był jedyną odpowiedzią na to pytanie. 
Wówczas Hlawa przybladł nieco, chwilę jeszcze wpatrywał się 
swym rysim wzrokiem w 
rysy starca, po czym rzekł z wolna i dobitnie: 
 
– To wyście Jurand ze Spychowa! 
– Jurand! – zakrzyknął Maćko. 
Lecz Jurand zachwiał się w tej chwili i omdlał. Przebyte męki, brak pożywienia, trudy podróży 
obaliły go z nóg. Oto dziesiąty już dzień upływał, jak szedł po omacku, błądząc i szukając 
przed sobą 
kijem drogi, o głodzie, w utrudzeniu i niepewności, dokąd idzie. Nie mogąc 
pytać o drogę, w dzień kierował się tylko ciepłem promieni słonecznych, noce spędzał w rowach 
przy gościńcu. Gdy zdarzyło mu się przechodzić przez wieś, osadą lub gdy spotykał 
ludzi naprzeciw idących, dłonią i głosem żebrał o jałmużny, lecz rzadko kiedy wspomogła go 
litościwa ręka, powszechnie bowiem brano go za zbrodniarza, którego dosięgła pomsta prawa 
i sprawiedliwości. Od dwóch dni żywił się korą drzewną i liśćmi i już był zwątpił, czy trafi 
kiedykolwiek na Mazowsze – aż tu nagle otoczyły go litościwe swojackie serca i swojskie 
głosy, z których jeden przypomniał mu słodki głos córki – a gdy w końcu wymieniono jeszcze 
i jego imię, przebrała się wreszcie miara wzruszeń, serce ścisnęło mu się w piersi, myśli 
zakręciły się wichrem w głowie i byłby zwalił się twarzą w proch gościńca, gdyby nie podtrzymały 
go krzepkie ramiona Czecha. 
 
Maćko zeskoczył z konia, po czym obaj wzięli go, ponieśli ku taborkowi, a następnie ułożyli 
na wymoszczonym sianem wozie. Tam Jagienka z Sieciechówną ocuciwszy go nakarmiły 
i napoiły winem, przy czym Jagienka widząc, że nie może utrzymać kubka, sama podawała 
mu napój. Zaraz potem chwycił go nieprzeparty kamienny sen, z którego dopiero na trzeci 
dzień miał się obudzić. 
 
Oni zaś złożyli tymczasem prędką doraźną naradę. 
 
72 
 
 

– Krótko rzekę – ozwała się Jagienka. – Nie do Szczytna teraz jechać, ale do Spychowa, by 
go w przezpiecznym miejscu między swoimi we wszelakim starunku zostawić. 
– Obacz, jak się to rządzisz! – odpowiedział Maćko. – Do Spychowa trzeba go odesłać, ale 
niekoniecznie mamy wszyscy jechać, bo z nim może jeden wóz pójść. 
– Nie rządzę ja się, jeno tak mniemam, że siła możemy się od niego i o Zbyszku, i o Danuśce 
dowiedzieć. 
– A po jakiemu będziesz z nim gadać, kiedy języka nie ma? 
– A któż jak nie on pokazał wam, że nie ma? Widzicie, że i bez gadania dowiedzieliśmy 
się wszystkiego, czego nam było trzeba, a cóż dopiero, gdy się do jego pokazywania głową i 
rękoma wezwyczaim! Spytacie go na ten przykład, czy wracał 
Zbyszko z Malborga do 
Szczytna, to jużci albo skinie głową, albo zaprzeczy. I to samo o innych rzeczach. 
– Prawda jest! – zawołał Czech. 
– Nie sprzeczam się i ja też, że prawda – rzekł Maćko – i sam takową myśl miałem, jeno u 
mnie pierwsza rozwaga, a gęba potem. 
To rzekłszy kazał zawrócić taborkowi ku mazowieckiej granicy. W czasie drogi Jagienka 
raz po raz podjeżdżała do wozu, na którym leżał Jurand, bojąc się, aby nie zamarł we śnie. 
 
– Nie poznałem go – mówił Maćko – ale i nie dziwota. Chłop był jak tur! Powiadali o nim 
Mazurowie, że on jeden między nimi mógłby się był z samym Zawiszą potykać – a teraz iście 
kościotrup. 
– Chodziły słuchy – rzekł Czech – że go mękami zmożyli, ale poniektóry i wierzyć nie 
chciał, by zaś chrześcijanie tak mieli postąpić z pasowanym rycerzem, który teżświętego Jerzego 
ma za patrona. 
– Bóg dał, że go Zbyszko choć w części pomścił. No, ale patrzcie, jakowa jest między nami 
a nimi różnica. Prawda! Z czterech psubratów trzech już legło – ale w bitwie legli i nikt 
żadnemu języka w niewoli nie obrzezał ani też oczu nie wyłuskiwał. 
– Bóg ich pokarze – rzekła Jagienka. 
Lecz Maćko zwrócił się do Czecha? 
– A tyś jak go uznał? 
– Zrazum go też nie uznał, chociażem go później, panie, od was widział. Ale mi coś tam 
chodziło po głowie i im więcej mu się przypatrywałem, tym więcej chodziło... Ba! brody nie 
miał ni białych włosów, możny był pan a potężny; jakoże go było w takim dziadzie uznać! 
Ale gdy panienka rzekła, że jedziem do Szczytna, a on wyć począł, zaraz mi się oczy otwarły. 
Maćko zamyślił się. 
 
– Ze Spychowa trzeba by go księciu zawieść, który przecież takiej krzywdy znacznemu 
człowiekowi wyrządzonej płazem puścić nie może. 
– Wyprą się, panie; porwali mu zdradą dziecko i wyparli się, a o panu ze Spychowa powiedzą, 
że w bitwie i język, i rękę, i oczy utracił. 
– Słusznie – rzekł Maćko. – Toćże oni i samego księcia swego czasu porwali. Nie może 
on z nimi wojować, bo nie podoła, chybaby mu nasz król pomógł. Gadają ludzie i gadają o 
wielkiej wojnie, a tu ani małej nie ma. 
– Jest z księciem Witoldem. 
– Chwalić Boga, że choć ten ich za nic ma... Hej! Kniaź Witold to mi kniaź! A chytrością 
go też nie zmogą, bo on jeden chytrzejszy niż oni wszyscy razem. Bywało, przycisną go, 
psiajuchy, tak, że zguba nad nim jako miecz nad głową, a on się jako wąż wyśliźnie i zaraz 
ich ukąsi... Strzeż go się, gdy cię bije, ale bardziej się strzeż, gdy cię głaszcze. 
– Takiż on jest ze wszystkimi? 
– Nie ze wszystkimi, jeno z Krzyżaki. Z innymi dobry i hojny kniaź! 
Tu zamyślił się Maćko, jakby chcąc lepiej sobie Witolda przypomnieć. 
– Całkiem to inny człowiek niż tutejsi książęta – rzekł poważnie. – Powinien był Zbyszko 
do niego się udać, bo i pod nim, i przez niego najwięcej można przeciw Krzyżakom wskórać. 
73 
 
 

Po chwili zaś dodał: 
 
– Kto wie, czy się tam jeszcze obaj nie znajdziem, gdyż tam i pomstę można mieć najsłuszniejszą. 
Potem znów mówił 
o Jurandzie, o jego nieszczęsnym losie i niewypowiedzianych krzywdach, 
jakich od Krzyżaków doznał, którzy naprzód bez żadnej przyczyny zamordowali mu 
umiłowanążonę, a potem zemstą płacąc za zemstę 
porwali dziecko – i samego umęczyli tak 
okrutnymi mękami, że i Tatarzy nie umieliby lepszych obmyślić. Maćko i Czech zgrzytali 
zębami na myśl, że nawet i w wypuszczeniu go na wolność było nowe wyrachowane okrucieństwo. 
Stary rycerz obiecał też sobie w duszy, że postara się wywiedzieć 
dobrze, jako to 
wszystko było, a potem zapłacić z nawiązką. 
 
Na takich rozmowach i myślach schodziła im droga do Spychowa. Po dniu pogodnym nastała 
noc cicha, gwieździsta, więc nie zatrzymywali się nigdzie na nocleg, trzykrotnie tylko 
popaśli obficie konie, po ciemku jeszcze przejechali granicę i nad ranem stanęli pod wodzą 
najętego przewodnika na ziemi spychowskiej. Stary Tolima trzymał widocznie tam wszystko 
żelazną ręką, gdyż zaledwie zapuścili się w las, wyjechało naprzeciw dwóch zbrojnych pachołków, 
którzy jednak widząc nie żadne wojsko, lecz niewielki poczet, nie tylko przepuścili 
ich bez pytania, ale przeprowadzili przez niedostępne dla nie znających miejscowości rozlewiska 
i moczary. 
 
W gródku przyjęli gości Tolima i ksiądz Kaleb. Wieść, że pan przybył, przez zbożnych ludzi 
odwiezion, błyskawicą rozleciała się między załogą. Dopiero gdy zobaczyli, jakim wyszedł 
z rąk krzyżackich – wybuchła taka burza gróźb i wściekłości, że gdyby w podziemiach 
spychowskich znajdował się jeszcze jaki Krzyżak, żadna moc ludzka nie zdołałaby go wybawić 
od strasznej śmierci. 
 
Konni „parobje” chcieli i tak zaraz siadać na koń, skoczyć 
ku granicy, złapać co się da 
Niemców i głowy ich rzucić pod nogi panu, ale okiełznał tę ich chęć Maćko, który wiedział, 
że Niemcy siedzą po miasteczkach i gródkach, a wieśniacza ludność tej samej jest krwi, jeno 
że pod obcą przemocążyje. Ale ani ów rozgwar, ani okrzyki, ani skrzypienie żurawi studziennych 
nie zdołały rozbudzić Juranda, którego z wozu przeniesiono na skórze niedźwiedziej 
do jego izby na łoże. Został przy nim ksiądz Kaleb, przyjaciel od dawnych lat, a tak jak 
rodzony kochający, który począł błagalną modlitwę, aby Zbawiciel świata wrócił nieszczęsnemu 
Jurandowi i oczy, i język, i rękę. 
 
Znużeni drogą podróżni poszli też po spożyciu rannego posiłku na spoczynek. Maćko zbudził 
się dobrze już z południa i kazał pachołkowi przywołać do siebie Tolimę. 
 
I wiedząc poprzednio od Czecha, że Jurand przed wyjazdem nakazał wszystkim posłuch 
dla Zbyszka i że mu dziedzinę na Spychowie przez usta księdza przekazał, rzekł do starego 
głosem zwierzchnika: 
 
– Jam jest stryj waszego młodego pana i póki nie wróci, moje tu będą rządy. 
Tolima schylił swą siwą głowę, nieco do głowy wilczej podobną, i otoczywszy dłonią 
ucho, zapytał: 
 
– To wyście, panie, szlachetny rycerz z Bogdańca? 
– Tak jest – odrzekł Maćko. – Skąd o mnie wiecie? 
– Bo się tu was spodziewał i pytał o was młody pan, Zbyszko 
Usłyszawszy to Maćko zerwał się na równe nogi i zapominając o swej powadze zakrzyknął: 
 
 
– Zbyszko w Spychowie? 
– Był, panie; dwa dni temu wyjechał. 
– Na miły Bóg! skąd przybył i dokąd pojechał? 
– Przybył z Malborga, a po drodze był w Szczytnie, dokąd zaś wyjechał, nie powiedział. 
– Nie powiedział? 
– Może księdzu Kalebowi powiadał. 
74 
 
 

– Hej, mocny Boże, tośmy się rozminęli – mówił uderzając się dłońmi po udach Maćko. 
Tolima zaś otoczył dłonią i drugie ucho: 
– Jako powiadacie, panie? 
– Gdzie jest ksiądz Kaleb? 
– U pana starszego, przy łożu. 
– Przyzwijcie go! Albo nie... Sam do niego pójdę. 
– Przyzwę 
go! – rzekł stary. 
I wyszedł. Lecz nim przyprowadził księdza, weszła Jagienka. 
– Choć tu! Wiesz, co jest! Dwa dni temu był tu Zbyszko. 
A ona zmieniła się 
w jednej chwili na twarzy i nogi przybrane w obcisłe pasiaste nogawiczki 
zadrżały pod nią widocznie. 
 
– Był i pojechał? – pytała z bijącym serce. – Dokąd? 
– Dwa dni temu, a dokąd, może ksiądz wie. 
– Trzeba nam za nim! – rzekła stanowczym głosem. 
Po chwili wszedł ksiądz Kaleb, który sądząc, że Maćko wzywa go po to, aby zapytać o Juranda, 
rzekł uprzedzając pytanie: 
 
– Śpi jeszcze. 
– Słyszałem, że Zbyszko tu był? – zawołał Maćko. 
– Był. Dwa dni temu wyjechał. 
– Dokąd? 
– Sam nie wiedział... Szukać... Pojechał ku granicy żmujdzkiej, gdzie teraz wojna. 
– Na miły Bóg, powiadajcie, ojcze, co o nim wiecie! 
– Wiem tyle, ilem od niego słyszał. Był w Malborgu i możną tam opiekę pozyskał, bo 
brata mistrzowego, który jest pierwszym między nimi rycerzem. Z jego rozkazania wolno 
było szukać 
Zbyszkowi po wszystkich zamkach. 
– Juranda i Danuśki? 
– Tak, ale Juranda nie szukał, bo mu powiedzieli, że nie żyje. 
– Mówcie od początku. 
– Zaraz, jeno odetchnę i oprzytomnieję, bo z innego świata wracam. 
– Jak to z innego świata? 
– Z tego świata, do którego na koniu nie zajedzie, ale na modlitwie zajedzie... i od nóg Pana 
Chrystusowych, u których prosiłem o zmiłowanie nad Jurandem. 
– Cuduście prosili? Macież tę moc? – zapytał z wielką ciekawością Maćko. 
– Mocy nijakiej nie mam, ale ją 
Zbawiciel ma, któren jeśli zechce, powróci Jurandowi i 
oczy, i język, i rękę... 
– Byle chciał, to jużci że potrafi – odrzekł Maćko – wszelako nie o byle coście prosili. 
Ksiądz Kaleb nie odpowiedział nic, może nie dosłyszał, gdyż oczy miał jeszcze jakby nieprzytomne 
i istotnie widać było, iż się poprzednio całkiem w modlitwie zapamiętał. 
Więc zakrył teraz twarz rękoma i czas jakiś siedział 
w milczeniu. Wreszcie wstrząsnął się, 
przetarł dłońmi oczy i źrenice, po czym rzekł: 
 
– Teraz pytajcie. 
– Jakim sposobem pozyskał sobie Zbyszko wójta sambińskiego. 
– Już on nie jest wójtem sambińskim... 
– Mniejsza z tym... Wy miarkujcie, o co pytam, i prawcie, co wiecie. 
– Pozyskał go sobie na turnieju. Ulryk rad się w szrankach potyka, potykał ci się i ze 
Zbyszkiem, bo było siła gości rycerskich w Malborgu i mistrz gonitwy wyprawił. Pękł Ulrykowi 
poprąg w siodle i łacno go mógł 
Zbyszko z konia zbić, ale on to ujrzawszy prasnął glewię 
o ziem i jeszcze chwiejącego się podtrzymał. 
– Hej! Ano widzisz! – zawołał Maćko zwracając się do Jagienki. – Za to go Ulryk pokochał? 
75 
 
 

– Za to go pokochał. Nie chciał już z nim gonić na ostre ani na tępe kopie i pokochał go. 
Zbyszko też powiedział mu swoje utrapienia, a ów, że to o cześć rycerską jest dbający, okrutnym 
gniewem zapłonął i do brata swego, mistrza, Zbyszka na skargę zaprowadził. Bóg da mu 
za to zbawienie, bo niewielu jest między nimi, którzy miłują sprawiedliwość. Mówił mi też 
Zbyszko, że pan de Lorche wielce mu dopomógł 
przez to, iż go tam dla wielkiego rodu i bogactw 
szanują, a on zasie we wszystkim za Zbyszkiem świadczył. 
– A co ze skargi i z onego świadectwa przyszło? 
– Przyszło to, iż wielki mistrz surowie komturowi szczytnieńskiemu przykazał, aby 
wszystkich jeńców i więźniów, jacy są 
w Szczytnie, duchem do Malborga odesłał, samego 
Juranda nie wyjmując. Komtur co do Juranda odpisał, iż z ran umarł i tamże przy kościele jest 
pogrzebion. Innych jeńców odesłał, między którymi była dziewka niedojda, ale naszej Danusi 
nie było. 
– Wiem od giermka Hlawy – rzekł Maćko – iż Rotgier, ten, który od Zbyszka zabit, też na 
dworze księcia Januszowym o takiej dziewce-matołce wspominał. Mówił, że ją mieli za Jurandównę, 
a gdy księżna odpowiedziała, że przecie prawą Jurandównę znali i widzieli, jako 
nie była matołka, rzekł: „Iście prawda, ale myślelim, że ją złe przemieniło”. 
– To samo napisał komtur mistrzowi – iże ową dziewkę nie w więzieniu, jeno na opiece 
mieli, wpoprzód ją zbójcom odjąwszy, którzy przysięgali, że to przemieniona Jurandówna. 
– I mistrz uwierzył? 
– Sam nie wiedział, czyli ma wierzyć, czy nie wierzyć, ale Ulryk jeszcze większym gniewem 
zapłonął i wymógł na bracie, aby urzędnika zakonnego ze Zbyszkiem posłał, co też się 
stało. Przyjechawszy do Szczytna, starego komtura już nie zastali, bo na wojnę z Witoldem 
ku wschodnim zamkom wyruszył, jeno podwójciego, któremu urzędnik kazał wszystkie sklepy 
i podziemia otworzyć. Za czym szukali i szukali, i nic nie znaleźli. Brali też ludzi na spytki. 
Jeden sam powiedział Zbyszkowi, że od kapelana można się siła dowiedzieć, gdyż kapelan 
umie kata niemowę wyrozumieć. Ale kata zabrał z sobą stary komtur, a kapelan do Królewca 
na jakowyś duchowny congressus był wyjechał... Oni się tam często zjeżdżają i skargi na 
Krzyżaków do papieża ślą, bo i księżom chudziętom pod nimi ciężko... 
– To mi jeno dziwno, że Juranda nie znaleźli! – zauważył Maćko. 
– Bo go widać wprzód stary komtur wypuścił. Większa była złość w tym wypuszczeniu, 
niżżeby mu byli po prostu gardło wzięli. Chciało im się, żeby pocierpiał przed śmiercią tyle, 
ba! i więcej, niż człowiek jego stanu wytrzymać może. Ślepy, niemowa i bez prawicy – bójcieże 
się Boga!... Ni do domu trafić, ni o drogę alboli o chleb poprosić... Myśleli, że zamrze 
gdzie pod płotem z głodu albo się w jakowej wodzie utopi... Co mu ostawili? Nic, tylko pamięć, 
kim był, i rozeznanie nędzy. A to przecie męka nad męki... Może tam gdzieś pod kościołem 
albo przy drodze siedział, a Zbyszko przejeżdżał i nie poznał go. Może i on słyszał 
głos Zbyszkowy, ale zawołać 
na niego nie mógł... Hej!... Nie mogę od śluz!... Cud Bóg uczynił, 
iżeście go spotkali, i dlatego mniemam, że i jeszcze większy uczyni, choć Go o niego niegodne 
i grzeszne wargi moje proszą. 
– A cóż Zbyszko więcej powiadał? Dokąd jechał? – pytał Maćko. 
– Powiadał tak: „Wiem, iże była Danuśka w Szczytnie, ale oni ją porwali i albo zamorzyli, 
albo wywieźli. Stary de Löwe, powiada, to uczynił, i tak mi dopomóż 
Bóg, jako wprzód nie 
spocznę, nim go dostanę”. 
– Także powiadał? To pewno ku wschodnim komturiom wyjechał, ale tam teraz wojna. 
– Wiedział, że wojna, i dlatego do kniazia Witolda pociągnął. Powiadał, iż prędzej przez 
niego coś przeciw Krzyżakom wskóra niż przez samego króla. 
– Do kniazia Witolda! – zawołał zrywając się Maćko. 
Po czym zwrócił się do Jagienki: 
– Widzisz, co to rozum! Nie gadałżem tego samego? Przepowiadałem jako żywo, że 
przyjdzie nam iść do Witolda... 
76 
 
 

– Zbyszko miał nadzieję – ozwał się ksiądz Kaleb – iże Witold do Prus wtargnie i tamtejszych 
zamków będzie dobywał. 
– Jeśli mu dadzą czas, to i nie omieszka – odparł Maćko. – No! chwalić Boga, wiemy 
przynajmniej, gdzie Zbyszka szukać. 
– To i trzeba nam zaraz ruszyć! – rzekła Jagienka. 
– Cichaj! – zawołał Maćko. – Nie przystoi pachołkom z radami się odzywać. 
To rzekłszy spojrzał na nią znacząco, jakby przypominając jej, że jest pachołkiem, a ona 
upamiętała się i umilkła. 
Zaś Maćko pomyślał chwilę i rzekł: 
 
– Jużci, Zbyszka teraz najdziem, bo pewnie nie gdzie indziej, tylko przy boku kniazia Witoldowym 
będzie, ale trzeba by raz wiedzieć, czy on ma jeszcze czego po świecie szukać 
prócz tych łbów krzyżackich, które ślubował? 
– A jakoże to przeznać? – spytał ksiądz Kaleb. 
– Żebym wiedział, że ten ksiądz szczytnieński wrócił już z synodu, to bym go chciał widzieć 
– odpowiedział Maćko. – Mam listy Lichtensteina i do Szczytna mogę przezpiecznie 
jechać. 
– Nie był to ci żaden synod, jeno congressus – odparł ksiądz Kaleb – i Kapelan dawno już 
musiał wrócić. 
– To dobrze. Zdajcieże resztę na moją głowę... Wezmę z sobą Hlawę, dwóch pachołków z 
bojowymi końmi od wypadku – i pojadę. 
– A potem ku Zbyszkowi? – zapytała Jagienka. 
– A potem ku Zbyszkowi, ale tymczasem ty tu ostaniesz i będziesz czekać, dopóki ze 
Szczytna nie wrócę. Tak też myślę, że więcej nad trzy albo cztery dni nie zabawię. Twarde we 
mnie gnaty i trud mi nie nowina. Przedtem jeno, was, ojcze Kalebie, o pismo do szczytnieńskiego 
kapelana poproszę. Łacniej mi zawierzy, jeśli mu list wasz pokażę... że to zawsze jest 
większa między księżmi podufałość. 
– Ludzie dobrze o tamtym księdzu mówią – rzekł ojciec Kaleb. – I jeżeli kto co wie, to on. 
I pod wieczór wygotował list, a nazajutrz, nim słońce weszło, nie było już starego Maćka 
w Spychowie. 
 
77 
 
 

Rozdział 
dwunasty 
 
 
Jurand rozbudził się z długiego snu w obecności księdza Kaleba i zapomniawszy we śnie, 
co się z nim działo, a nie wiedząc, gdzie jest, począł macaćłoże i ścianę, przy której łoże stało. 
Lecz ksiądz Kaleb chwycił 
go w ramiona i płacząc z rozrzewnienia począł mówić: 
 
– To ja! Jesteś w Spychowie! Bracie Jurandzie! Bóg cię doświadczył... aleś między swoimi... 
zbożni ludzie odwieźli cię... Bracie Jurandzie! Braciesmile... 
I przycisnąwszy go do piersi jął całować jego czoło, jego puste oczy, i znów cisnąć do 
piersi, i znów całować, a ów z początku był jakby odurzony i zdawał się nic nie rozumieć, 
wreszcie jednak jął wodzić lewą dłonią po czole i głowie, jakby chcąc odgadnąć i rozproszyć 
ciężkie chmury snu i odurzenia. 
 
– Słyszyszże ty mnie i rozumiesz? – spytał ksiądz Kaleb. 
Jurand dał znak głową, że słyszy, po czym dłonią sięgnął po srebrny krucyfiks, który swego 
czasu zdobył był na jednym możnym rycerzu niemieckim, zdjął go ze ściany, przycisnął 
do ust, do piersi i oddał księdzu Kalebowi. 
 
Ów zaś rzekł: 
 
– Rozumiem cię, bracie! On ci zostaje i jako cię wywiódł z ziemi niewoli, tak ci i wszystko, 
coś stracił, wrócić może. 
Jurand wskazał ręką ku górze na znak, że wszystko dopiero tam wróconym mu będzie, 
przy czym załzawiły się znów jego wykapane oczy i ból niezmierny odbił się na jego umęczonej 
twarzy. 
 
A ksiądz Kaleb ujrzawszy ów ruch i ową boleść zrozumiał, że Danuśka już nie żyje, więc 
klęknął przy łożu i rzekł: 
 
– Wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci, niech 
odpoczywa w spokoju wiecznym, amen. 
Na to ślepy podniósł się i siadłszy na łożu począł kręcić głową i machać dłonią, jakby 
chcąc zaprzeczyć i powstrzymać księdza Kaleba, lecz nie mogli się porozumieć, gdyż w tej 
chwili wszedł 
stary Tolima, a za nim załoga gródka, karbowi, przedniejsi kmiecie spychowscy, 
leśnicy i rybacy, albowiem wieść o powrocie pana rozbiegła się już po całym Spychowie. 
Ci obejmowali mu kolana, całowali ręce i wybuchali płaczem rzewnym na widok tego kaleki 
i starca, który w niczym nie przypominał dawnego groźnego Juranda, pogromiciela Krzyżaków 
i zwycięzcy we wszystkich spotkaniach. Lecz niektórych – tych mianowicie, co chadzali 
z nim na wyprawy, porywał wicher gniewu, więc oblicza im bladły i stawały się zawzięte. Po 
chwili poczęli się zbijać w kupy, szeptać, trącaćłokciami, popychać, aż wreszcie wysunął się 
naprzód jeden z załogi gródkowej, a zarazem kowal spychowski, niejaki Sucharz; przystąpił 
do Juranda, podjął go pod nogi i rzekł: 
 
– Jak was tu przywieźli, panie, zaraz chcieliśmy na Szczytno ruszyć, ale ów rycerz, który 
was przywiózł, wzbronił. Wy, panie, teraz pozwólcie, bo zaś przez pomsty nie możem ostać. 
Niech tak będzie, jako drzewiej bywało. Darmoć nas nie hańbili i nie będą... Chodziliśmy do 
78 
 
 

nich za waszych rządów, pójdziem i teraz, pod Tolimą alibo i bez niego. Już my Szczytno 
musimy dobyć i tę sobaczą krew z nich wytoczyć – tak nam dopomóż Bóg! 
 
– Tak nam dopomóż Bóg! – powtórzyło kilkanaście głosów. 
– Do Szczytna! 
– Krwi nam trzeba! 
I wraz płomień ogarnął zapalczywe serca mazurskie. Łby poczęły się marszczyć, oczy błyskać, 
tu i ówdzie ozwało się zgrzytanie zębów. Lecz po chwili głosy i zgrzytania umilkły, a 
oczy wszystkich wpatrzyły się w Juranda. 
 
Owemu zaś zrazu zakwitły policzki, jakby zagrała w nim dawna zawziętość i dawna bojowa 
ochota. Podniósł się i znów począł szukać dłonią po ścianie. Ludziom wydało się, że szuka 
miecza, ale tymczasem palce jego trafiły na krzyż, który ksiądz Kaleb powiesił był na 
dawnym miejscu. 
 
Więc zdjął go po raz wtóry ze ściany, po czym twarz mu pobladła; zwrócił się ku ludziom, 
podniósł ku górze puste jamy oczu i wyciągnął przed się krucyfiks. 
 
Nastało milczenie. Na dworze czynił się już 
wieczór. Przez otwarte okna dochodziłświergot 
ptactwa, które układało się 
do snu na poddaszach gródka i w lipach rosnących na dziedzińcu. 
Ostatnie czerwone promienie słońca padały przenikając do izby na wzniesiony w górę 
krzyż i na białe włosy Juranda. 
 
Kowal Sucharz popatrzał na Juranda, obejrzał się na towarzyszów, popatrzał raz, drugi, 
wreszcie przeżegnał się i wyszedł na palcach z izby. Za nim wyszli równie cicho inni i dopiero 
zatrzymawszy się na dziedzińcu poczęli między sobą szeptać: 
 
– No i cóż? 
– Nie pójdziem czy jak? 
– Nie pozwolił! 
– Zostawuje zemstę Bogu. Widać, że się i dusza w nim zmieniła. 
I tak było rzeczywiście. 
Ale tymczasem w izbie Juranda został tylko ksiądz Kaleb, stary Tolima, a z nimi Jagienka 
z Sieciechówną, które ujrzawszy poprzednio całą kupę zbrojnych ludzi, idącą przez dziedziniec, 
przyszły także zobaczyć, co się dzieje. 
Jagienka, śmielsza i pewniejsza siebie od Sieciechówny, przystąpiła teraz do Juranda. 
 
– Bóg wam dopomóż, rycerzu Jurandzie! – rzekła. – To my – my, cośmy was tu z Prus 
przywieźli. 
A jemu na dźwięk jej młodego głosu pojaśniała twarz. Widocznie też przypomniał sobie 
jeszcze dokładniej wszystko, co zaszło na szczycieńskim gościńcu, bo począł dziękować kiwając 
dłonią i kładąc kilkakrotnie dłoń na sercu. Ona zaś jęła mu opowiadać, jak go spotkali i 
jak poznał go Czech Hlawa, który jest giermkiem rycerza Zbyszka, i jak wreszcie przywieźli 
go do Spychowa. Powiedziała też i o sobie, że nosi wraz z towarzyszem miecz i hełm z tarczą 
za rycerzem Maćkiem z Bogdańca, Zbyszkowym stryjcem, który z Bogdańca na poszukiwanie 
bratanka wyruszył, a teraz do Szczytna pojechał 
i za trzy albo cztery dni powróci znów do 
Spychowa. 
 
Na wzmiankę o Szczytnie Jurand nie wpadł wprawdzie w takie uniesienie jak pierwszym 
razem na gościńcu, ale wielki niepokój odbił się na jego twarzy. Jagienka jednak zapewniła 
go, że rycerz Maćko był równie chytry jak mężny i że nikomu nie da się na hak przywieść, a 
prócz tego posiada listy od Lichtensteina, z którymi wszędy bezpiecznie może jechać. Słowa 
te uspokoiły go znacznie; znać też było, że chciał i o wiele innych rzeczy zapytać, nie mogąc 
zaś tego uczynić cierpiał w duszy, co wnet spostrzegłszy bystra dziewczyna rzekła: 
 
– Jak częściej będziem ze sobą gwarzyć, to się wszystkiego dogadamy. 
Na to on znów uśmiechnął się, wyciągnął ku niej dłoń i złożywszy ją 
omackiem na jej 
głowie trzymał przez dłuższą chwilę, jakby ją błogosławiąc. Wiele jej też istotnie zawdzię
 
 
79 
 
 

czał, ale prócz tego przypadła mu widocznie do serca ta młodość i to jej szczebiotanie przypominające 
świegot ptasi. 
 
Jakoż od tej pory, gdy się nie modlił – co prawie po całych dniach czynił – lub gdy nie po-
grążon był we śnie, szukał jej koło siebie, a gdy jej nie było, tęsknił do jej głosu i wszelkimi 
sposobami starał się dać poznać księdzu Kalebowi i Tolimie, że tego wdzięcznego pachołka 
chce mieć przy sobie blisko. 
 
Ona zaś przychodziła, gdyż poczciwe jej serce litowało się nad nim szczerze, a prócz tego 
prędzej jej schodził przy nim czas oczekiwania na Maćka, którego pobyt w Szczytnie przedłużał 
się jakoś dziwnie. 
 
Miał wrócić 
za trzy dni, tymczasem upłynął czwarty i piąty. Szóstego pod wieczór zaniepokojona 
dziewczyna miała już prosić Tolimy, by wysłał ludzi na zwiady, gdy nagle ze strażniczego 
dębu dano znać, że jacyś jeźdźcy zbliżają się do Spychowa. 
 
Po chwili zadudniły rzeczywiście kopyta na zwodzonym moście i na dziedziniec wjechał 
giermek Hlawa z drugim pocztowym pachołkiem. Jagienka, która już poprzednio zeszła z 
górnej izby i czekała na podwórzu, podskoczyła ku niemu, nim zdołał zsiąść z konia. 
 
– Gdzie Maćko? – zapytała z bijącym trwogą sercem. 
– Pojechał do kniazia Witolda, a wam kazał tu ostać – odpowiedział giermek. 
80 
 
 

Rozdział 
trzynasty 
 
 
Jagienka dowiedziawszy się, iż ma pozostać z rozkazu Maćka w Spychowie, przez chwilę 
ze zdumienia, żalu i gniewu słowa nie mogła przemówić, patrzała tylko na Czecha szeroko 
otwartymi oczyma, który rozumiejąc dobrze, jak niemiłą jej przynosi wiadomość, rzekł: 
 
– Chciałbym też wam sprawę zdać z tego, cośmy w Szczytnie słyszeli, bo siła jest nowin i 
ważnych. 
– A o Zbyszku są? 
– Nie, jeno są szczytnieńskie – wiecie... 
– Rozumiem! Konie niech pacholik rozkulbaczy, a wy pójdziecie za mną. 
I dawszy rozkaz pacholikowi poprowadziła Czecha z sobą na górę. 
– Czemu to nas Maćko opuścił? Dlaczego mamy w Spychowie ostawać i dlaczegoście wy 
wrócili? – zapytała jednym tchem. 
– Ja wróciłem – odrzekł Hlawa – bo mi rycerz Maćko kazali. Chciało mi się na wojnę, ale 
jak rozkaz, to rozkaz. Powiedzieli mi rycerz Maćko tak: „Wrócisz, będziesz panny zgorzelickiej 
pilnował 
i ode mnie na nowiny czekał. Być może, powiada, że ci przyjdzie ją do Zgorzelic 
odprowadzić, bo jużci sama nie wróci”. 
– Na miły Bóg! cóż się stało? Znalazła się córka Jurandowa? Zali Maćko nie do Zbyszka, 
tylko po Zbyszka pojechał? Widziałeś ją? Gadałeś z nią? Czemużeś jej nie przywiózł i gdzie 
ona teraz? 
Usłyszawszy Czech ten nawał pytań, skłonił się do kolan dziewczyny i rzekł: 
 
– Niechże to nie będzie gniewno waszej miłości, iże na wszystko razem nie odpowiem, bo 
nie sposób; jeno będę kolejno na jedno po drugim odpowiadał, jeśli przeszkody nie znajdę. 
– Dobrze! Znalazła się czy nie? 
– Nie, ale wżdy jest wiadomość pewna, że była w Szczytnie i że ją pono gdzieś ku 
wschodnim zamkom wywieźli. 
– A my dlaczego mamy siedzieć w Spychowie? 
– Ba, a jeśli się odnajdzie?... to jakoś widzi wasza miłość... Bo i prawda, że nie byłoby po 
co... 
Jagienka zamilkła, tylko policzki jej zapłonęły. 
Czech zaś rzekł: 
 
– Myślałem i jeszcze myślę, że z tych psubrackich pazurów nie wyrwiemy jej żywej, ale 
wszystko w boskich rękach. Trzeba mi gadać od początku. Przyjechaliśmy do Szczytna – i 
dobrze. Rycerz Maćko pokazał podwójciemu pismo Lichtensteina, a podwójci, że to za młodu 
miecz za Kunonem nosił, pocałował pieczęć na naszych oczach, przyjął nas gościnnie i w 
niczym nie podejrzewał. Żeby się tak miało co chłopa w pobliżu, można by i zamek wziąć, 
tak nam dufał... W widzeniu się z księdzem nie było też przeszkód i gadaliśmy przez dwie 
noce – i dowiedzieliśmy się dziwnych rzeczy, które ksiądz od kata wiedział. 
– Kat niemowa. 
81 
 
 

– Niemowa, ale księdzu umie wszystko na migi powiedzieć, a ów go tak rozumie, jakby 
żywym słowem do niego gadał. Dziwne to rzeczy i był w tym chyba palec Boży. Ów kat obcinał 
rękę Jurandowi, wyrywał mu język i wykapywał oczy. On jest taki, że gdy o męża chodzi, 
przed żadną męką się nie wzdrygnie, a choćby mu człeka kazali zębami rwać – i to uczyni. 
Ale na żadną dziewkę nie całkiem źrzałą ręki nie podniesie i na to znów żadne męki nie 
pomogą. A taki ci jest wskróś tej przyczyny, że sam niegdyś miał dziewkę jedyną, którą 
okrutnie miłował i którą mu Krzyżacy... 
Tu zaciął się Hlawa i nie wiedział, jak dalej mówić, co widząc Jagienka rzekła: 
 
– Co mi tam o katówce prawicie! 
– Bo to jest do rzeczy – odpowiedział Czech. – Gdy nasz młody pan poćwiartował rycerza 
Rotgiera, tak stary komtur Zygfryd mało się nie wściekł. W Szczytnie gadali, że Rotgier to 
był jego syn, i ksiądz to potwierdził, że nigdy ojciec syna więcej nie miłował. I przez pomstę 
diabłu duszę zaprzedał, co kat widział! Z zabitym tak gadał jako ja z wami, a tamten to mu się 
z trumny śmiał, to zgrzytał, to się czarnym ozorem oblizywał z radości, że mu stary komtur 
pana Zbyszkową głową przyobiecał. Ale że pana Zbyszka nie mógł wówczas dostać, więc 
tymczasem kazał umęczyć Juranda, a potem język jego i rękę do trumny Rotgierowi włożył, 
który je na surowo źreć począł... 
– Straszno słuchać. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen! – rzekła Jagienka. 
I podniósłszy się dorzuciła szczepek na komin, albowiem wieczór uczynił się już zupełny. 
– A jakże! – mówił dalej Hlawa. – Nie wiem, jako to będzie na sądzie ostatecznym, bo 
jużci co Jurandowe, to musi do Juranda wrócić. Ale to nie ludzki rozum. Kat tedy wszystko to 
widział. Więc napchawszy strzygę ludzkim mięsem poszedł stary komtur Jurandowe dziecko 
mu przynieść, bo mu tamten widać szepnął, że chciałby krwią niewinną strawę popić... Ale 
kat, który jako mówiłem, wszystko uczyni, jeno krzywdy wyrządzonej dziewce przenieść nie 
może, już przedtem się na schodach zasadził... Mówił ksiądz, że on niespełna rozumu i w 
rzeczy bydlę, ale to jedno rozumie – i jak trzeba, to w chytrości nikt mu nie wyrówna. Siadł ci 
tedy na schodach i czekał, aż tu nadchodzi komtur. Usłyszał katowe dychanie, ujrzałświecące 
ślepia i zląkł się, bo rozumiał, że upiór. A on komtura pięścią w kark! Myślał, że mu śpik 
przetrąci, tak że i znaku nie będzie, wszelako nie zabił. Ale komtur omdlał i ze strachu zachorzał, 
a gdy zaś ozdrowiał, bał się już na Jurandównę porywać. 
– Ale ją wywiózł. 
– Wywiózł ją, a z nią zabrał i kata. Nie wiedział, że to on Jurandówny bronił, myślał, że 
jakowaś siła niepojęta, zła albo dobra. A w Szczytnie wolał kata nie ostawiać. Bał się jego 
świadectwa czy co... Niemowa ci on jest, ale jeżeli był sąd, to przez księdza mógł powiedzieć, 
co wiedział... Więc ksiądz mówił w końcu rycerzowi Maćkowi tak: „Stary Zygfryd nie zgładzi 
już 
Jurandówny, bo się boi, a choćby komu innemu kazał, to póki Diederich żyw, nie da 
jej; tym bardziej że już raz obronił”. 
– Wiedział zaś ksiądz, dokąd ją powieźli? 
– Dobrze nie wiedział, ale słyszał, że coś 
tam gadali o Ragnecie, który zamek niedaleko od 
litewskiej, czyli teżżmujdzkiej granicy leży. 
– A cóż na to Maćko? 
– Rycerz Maćko wysłuchawszy tego powiedział mi nazajutrz dzień: „Jeśli tak, to ją może i 
znajdziem, a mnie co ducha trzeba do Zbyszka, aby go przez Jurandównę na hak nie przywiedli, 
tak jak Juranda przywiedli. Niech rzekną mu, że ją oddadzą, byle sam po nią przyjechał, 
to i przyjedzie, a wówczas dopiero stary Zygfryd pomstę za Rotgiera na nim wywrze, jakiej 
oko ludzie nie widziało”. 
– Prawda jest! prawda! – zawołała z niepokojem Jagienka. – Skoro dlatego tak sięśpieszył, 
to i dobrze. 
Po chwili zaś zwracając się do Hlawy: 
 
82 
 
 

– W tym jeno pobłądził, że was tu odesłał. Po co nas tu w Spychowie strzec? Ustrzeże i 
stary Tolima, a tam Zbyszkowi byście się przydali, boście i mocni, i roztropni. 
– A kto was, panienko, w razie czego do Zgorzelic odwiezie? 
– W razie czego przyjedziecie tu przed nimi. Mają przez kogo innego nowinę przysłać, to 
prześlą przez was – i odwieziecie nas do Zgorzelic. 
Czech pocałował ją w rękę i zapytał wzruszonym głosem: 
 
– Zaś przez ten czas tu ostaniecie? 
– Bóg nad sierotą! Tu ostaniem. 
– I nie będzie się wam cniło? Cóż tu będziecie czynić? 
– Pana Jezusa prosić, by wrócił Zbyszkowi szczęście, a wszystkich was w zdrowiu uchował. 
I to rzekłszy rozpłakała się serdecznie. 
A giermek pochylił się znów do jej kolan: 
 
– Tacyście właśnie – rzekł – jako anieli w niebiesiech. 
83 
 
 

Rozdział 
czternasty 
 
 
Ale ona obtarła łzy i zabrawszy giermka poszła z nim do Juranda, aby mu nowiny oznajmić. 
Zastała go w wielkiej świetlicy z oswojoną wilczycą u nóg, siedzącego z księdzem Kalebem, 
z Siechechówną i starym Tolimą. Miejscowy klecha, który był zarazem rybałtem, śpiewał 
im przy lutni pieśń o jakimś dawnym boju Jurandowym ze „sprośnymi Krzyżaki”, a oni 
podparłszy rękoma głowy słuchali w zadumie i smutku. W świetlicy widno było od księżyca. 
Po dniu prawie już znojnym nastał wieczór cichy, ogromnie ciepły. Okna były otwarte i w 
blasku miesięcznym widać było krążące po izbie chrabąszcze, które roiły się w rosnących na 
dziedzińcu lipach. Na kominie tliło się jednakże kilka głowni, przy których pacholik przygrzewał 
miód, pomieszany z winem krzepiącym i pachnącymi ziołami. 
 
Rybałt, a raczej klecha i sługus Kaleba, zaczynał właśnie nową pieśń „O szczęśliwym 
spotkaniu”: 
 
Jadzie Jurand, jadzie, koń pod nim cisawy... 
 
gdy weszła Jagienka i rzekła: 
 
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! 
– Na wieki wieków – odpowiedział ksiądz Kaleb. 
Jurand siedział na poręczastej ławie z łokciami opartymi na poręczach, usłyszawszy jednak 
jej głos zwrócił się zaraz ku niej i jął ją witać swą białą jak mleko głową. 
 
– Przyjechał 
Zbyszkowy giermek ze Szczytna – ozwała się dziewczyna – i nowiny przywiózł 
od księdza. Maćko już tu nie wróci, bo do kniazia Witolda pociągnął. 
– Jak to nie wróci? – zapytał ojciec Kaleb. 
Więc ona poczęła opowiadać 
wszystko, co od Czecha wiedziała, o Zygfrydzie, jak mścił 
się za śmierć Rotgiera, o Danuśce, jak ją stary komtur chciał Rotgierowi zanieść, aby jej niewinną 
krew wypił, i o tym, jak ją niespodzianie kat obronił. Nie zataiła i tego, że Maćko miał 
teraz nadzieję, iż we dwóch ze Zbyszkiem Danusię znajdą, odbiją ją i przywiozą do Spychowa, 
z której to właśnie przyczyny sam prosto do Zbyszka pojechał, a im tu zostać rozkazał. 
 
I głos zadrżał jej w końcu jakby smutkiem albo żalem, a gdy skończyła, w świetlicy nastała 
chwila ciszy. Tylko w lipach rosnących na dziedzińcu rozlegały się kląskania słowików, 
które zdawały się zalewać przez otwarte okna całą izbę. Oczy wszystkich zwróciły się na Juranda, 
który z zamkniętymi oczyma i przechyloną w tył głową nie dawał najmniejszego znaku 
życia. 
 
– Słyszycie? – spytał 
go wreszcie ksiądz Kaleb. 
A on przechyli jeszcze bardziej głowę, podniósł lewe ramię i palcem wskazał na niebo. 
Blask księżyca padał mu wprost na twarz, na białe włosy, na wykapane oczy, i było w tej 
twarzy takie męczeństwo, a zarazem takie jakieś niezmierne zdanie się na wolę Bożą, że 
 
84 
 
 

wszystkim zdało się, iż widzą tylko duszę z cielesnych pęt wyzwoloną, która rozbratana raz 
na zawsze z ziemskim życiem niczego już w nim nie czeka i nie wygląda. 
 
Więc znów nastało milczenie i znów słychać było tylko fale głosów słowiczych zalewających 
dziedziniec i izbę. 
 
Ale Jagienkę ogarnęła nagle litość ogromna i jakby dziecięca miłość 
do tego nieszczęsnego 
starca, za czym idąc za pierwszym popędem skoczyła ku niemu i chwyciwszy jego dłoń poczęła 
ją całować, a zarazem polewaćłzami. 
 
– I ja sierota! – zawołała z głębi wezbranego serca – ja nie pachołek żaden, jeno Jagienka 
ze Zgorzelic. Maćko mnie wziął, by mnie od złych ludzi uchronić, ale teraz ostanę z wami, 
póki wam Bóg Danusi nie wróci. 
Jurand nie okazał nawet zdziwienia, jakby już wiedział poprzednio, że była dziewczyną, 
tylko przygarnął i przytulił ją do piersi, a ona całując wciąż jego dłoń mówiła dalej głosem 
przerywanym i łkającym: 
 
– Ostanę z wami, a Danuśka wróci... To potem do Zgorzelic pojadę... Bóg nad sierotami! 
Niemcy i mnie tatusia zabiły, ale wasze kochanie żyje i wróci. Dajże to, Boże miłościwy, dajże, 
Matko Najświętsza, litościwa... 
A ksiądz Kaleb ukląkł nagle i ozwał się uroczystym głosem: 
 
– Kyrie elejson! 
– Chryste elejson! – odpowiedział zaraz Czech i Tolima. 
Wszyscy poklękali, bo zrozumieli, że to jest litania, jaką odmawiano nie tylko w chwili 
śmierci, lecz i dla wybawienia ze śmiertelnego niebezpieczeństwa osób bliskich i drogich. 
Klękła Jagienka, Jurand obsunął się z ławy na kolana i chórem poczęto mówić: 
 
– Kyrie elejson! Chryste elejson!... 
– Ojcze z nieba, Boże – zmiłuj się nad nami!... 
– Synu Odkupicielu świata, Boże – zmiłuj się nad nami... 
Głosy ludzkie i wołania błagalne: „Zmiłuj się nad nami!...” mieszały się z kląskaniem słowików. 
Lecz nagle chowana wilczyca podniosła się z niedźwiedziej skóry leżącej przy ławie Juranda, 
zbliżyła się do otwartego okna, wspięła się na ramę i zadarłszy ku księżycowi swą 
trójkątną paszczę poczęła wyć z cicha i żałośnie. 
 
Jakkolwiek Czech wielbił Jagienkę, a serce lgnęło mu coraz bardziej do ślicznej Sieciechówny, 
jednakże młoda a chrobra dusza rwała mu się przede wszystkim do wojny. Wrócił 
wprawdzie do Spychowa z rozkazu Maćka, gdyż był służbisty, a przy tym znajdował pewną 
osłodę w myśli, iż będzie obu pannom strażą 
i opiekunem, lecz gdy sama Jagienka rzekła mu 
to, co zresztą było prawdą, że im w Spychowie nic nie grozi i że jego powinność przy Zbyszku, 
z radością na to przystał. Maćko nie był jego bezpośrednim zwierzchnikiem, więc łatwo 
mógł usprawiedliwić się przed nim, że nie został 
w Spychowie z rozkazu prawej swojej pani, 
która kazała mu iść do pana Zbyszka. 
 
Jagienka zaś uczyniła to w myśli, iż giermek tej siły i sprawności zawsze może się przydać 
Zbyszkowi i z niejednej toni go wybawić. Dał już przecie tego dowody podczas owych łowów 
książęcych, w których Zbyszko omal życia od tura nie stradał. Tym bardziej mógł być 
pożyteczny na wojnie, zwłaszcza takiej, jaka toczyła się na żmujdzkiej granicy. Głowaczowi 
było tak pilno w pole, że gdy razem z Jagienką 
wrócili od Juranda, podjął ją pod nogi i rzekł! 
 
– To wolę waszej miłości zaraz się pokłonić i o dobre słowo na drogę poprosić... 
– Jakże – zapytała Jagienka – dziś jeszcze chcesz jechać? 
– Jutro do dnia, by konie przez noc wypoczęły. Okrutnie daleka na Żmujdź wyprawa! 
– To i jedź, bo łacniej rycerza Maćka dogonisz. 
– Ciężko będzie. Stary pan twardy na wszelakie trudy i o kilka dni mnie wyprzedził. Przy 
tym pojedzie przez Prusy, by sobie drogę skrócić, ja zaś puszczami muszę. Pan ma listy od 
85 
 
 

Lichtensteina, które po drodze może pokazywać, ja zaś musiałbym pokazywać chyba ot co! – 
i tym sobie wolny przejazd czynić. 
 
To rzekłszy położył rękę na głowni korda, który miał przy boku, co widząc Jagienka zawołała: 
 
 
– A ostrożnie! Skoro jedziesz, to trzeba, byś dojechał, a nie w jakowymś podziemiu krzyżackim 
ostał. Ale i w puszczach dawaj na się baczenie, bo tam teraz różne zło bożki mieszkają, 
które tamtejszy naród czcił, nim do krześcijaństwa nie przystał. Pamiętam, jako to i rycerz 
Maćko, i Zbyszko opowiadali w Zgorzelicach. 
– Pamiętam, ale jakoś nie boję się, bo chudziny to, nie bożeczkowie, i siły nijakiej nie mają. 
Dam ja sobie z nimi rady i z Niemcami, których napotkam też, byle wojna chciała dobrze 
rozgorzeć. 
– A to nie rozgorzała? Powiadaj, coście o niej między Niemcami słyszeli. 
Na to roztropny pachołek namarszczył brew, zastanowił się przez chwilę, po czym rzekł: 
– I rozgorzała, i nie rozgorzała. Pilnie my o wszystko dopytywali, a szczególnie rycerz 
Maćko, któren jest chytry i objechać każdego Niemca umie. Niby to o co innego pyta, niby 
życzliwość udaje, z niczym się sam nie wyda, a w sedno utrafi i z każdego nowinę jakoby 
rybę hakiem wyciągnie. Zechce-li wasza miłość cierpliwie słuchać, to powiem. Kniaź Witold 
lat temu kilka, mając zamysły przeciw Tatarom i chcąc od niemieckiej ściany spokoju, ustąpił 
Niemcom Żmujdź. Była wielka przyjaźń i zgoda. Zamki im wznosić pozwolił, ba, sam pomagał. 
Zjeżdżali się też z mistrzem na jednej wyspie, pili, jedli i świadczyli sobie miłość. Łowy 
nawet w tamecznych puszczach nie były Krzyżakom wzbronione, a jak niebożęta Żmujdzini 
podnosili się przeciw zakonnemu panowaniu, to kniaź Witold Niemcom pomagał i wojska im 
swoje w pomoc wysyłał, o co szemrano nawet na całej Litwie, że na własną krew nastaje. 
Wszystko to nam podwójci w Szczytnie rozpowiadał i chwalił krzyżackie rządy na Żmujdzi, 
że posyłali Żmujdzinom księży, którzy ich mieli chrzcić, i zboże w czasie głodu. Jakoż podobno 
posyłali, bo wielki mistrz, któren więcej od innych ma bojaźni boskiej, kazał, ale za to 
zabierali im dzieci do Prus, a niewiasty sromocili w oczach mężów i braci, kto się za. przeciwił, 
to go wieszali – i stąd, panienko, jest wojna. 
– A kniaź Witold? 
– Kniaź długo na żmujdzkie krzywdy oczy zamykał i Krzyżaków kochał. Niedawne czasy, 
jak księżna, jego żona, jeździła do Prus, do samego Malborga w odwiedziny. To tam ją 
przyjmowali jakoby samą królowę polską. A toż niedawno, niedawno! Obsypywali ci ją darami, 
a co było turniejów, uczt i różnych wszelakich dziwów w każdym mieście, tego by nikt 
nie zliczył. Myśleli ludzie, że to już na wieki miłość między Krzyżaki a księciem Witoldem 
nastanie, aż tu niespodzianie odmieniło się w nim serce... 
– Miarkując z tego, co nieraz i nieboszczyk tatuś, i Maćko gadali, to często się w nim serce 
odmienia. 
– Przeciw cnotliwym nie, ale przeciw Krzyżakom często, skroś tej przyczyny, że oni sami 
w niczym wiary nie dotrzymują. Chcieli teraz od niego, by im zbiegów wydał, a on im powiedział, 
że ludzi podłego stanu wyda, a zaś wolnego nie myśli, gdyż ci, jako wolni, mają 
prawo żyć, gdzie chcą. Zasłyszawszy o tym Żmujdzini nuż w Niemców! Załogi wycięli, zameczki 
poburzyli, a teraz ci i do samych Prus wpadają, zaś kniaź Witold nie tylko już[ ich nie 
hamuje, ale jeszcze się z frasunku niemieckiego śmieje i Żmujdzinom pomoc po cichu posyła. 
– Rozumiem – rzekła Jagienka. – Ale jeśli po cichu ich wspomaga, to jeszcze wojny nie 
ma. 
– Jest ze Żmujdzinami, a i z Witoldem w rzeczy już jest. Idą zewsząd Niemce bronić pogranicznych 
zamków, a radzi by i wielką wyprawę na Żmujdź uczynić, jeno z tym długo muszą 
czekać, aż do zimy, bo to jest kraj rozmokły i rycerzom nijak w nim wojować. Gdzie 
Żmujdzin przejdzie, tam Niemiec ulegnie, przeto zima Niemcom przyjaciółka. Ale z nastaniem 
mrozów ruszy się cała potęga krzyżacka, a zaś kniaź Witold pójdzie w pomoc Żmujdzi86 
 
 

nom – i pójdzie z pozwoleństwem króla polskiego, boć to przecie zwierzchni pan i nad wielkim 
kniaziem, i nad całą Litwą. 
 
– To może i z królem będzie wojna? 
– Mówią ludzie i tam u Niemców, i tu u nas, że będzie. Żebrzą już pono Krzyżacy pomocy 
po wszystkich dworach i kaptury im na łbach gorą jako zwyczajnie na złodziejach, boć to 
przecie potęga królewska nie żart, a ponoć rycerstwo polskie, byle kto Krzyżaka wspomniał, 
zaraz w garście popluwa. 
Westchnęła na to Jagienka i rzekła: 
 
– Zawszeć to chłopu weselej na świecie niż dziewce, bo na ten przykład ty sobie pojedziesz 
na wojnę, równie jak pojechali Zbyszko i Maćko, a my tu ostaniem w Spychowie. 
– Jakoż 
inaczej, panienko, ma być? Ostaniecie, ale we wszelkiej przezpieczności. Straszne 
jeszcze i teraz Niemcom Jurandowe imię, com sam widział w Szczytnie, że gdy się dowiedzieli, 
iż jest w Spychowie, zaraz strach ich zdjął. 
– To wiemy, że tu nie przyjdą, bo i bagno broni, i stary Tolima, jeno ciężko tu będzie siedzieć 
bez wieści. 
– Jak się co przygodzi, to dam znać. Wiem, że jeszcze przed naszym wyjazdem do Szczytna 
wybierało się stąd na wojnę z własnej woli dwóch dobrych pachołków, którym Tolima 
wzbronić tego nie może, bo sąślachtą z Łękawicy. Teraz pojadą razem ze mną i w razie czego 
zaraz którego tu pchnę z nowiną. 
– Bóg zapłać. Wiedziałam zawsze, iż rozum masz w każdej przygodzie, ale za twoje serce 
i za chętliwość ku mnie to już ci do śmierci będę wdzięczna. 
Na to Czech przykląkł na jedno kolano i rzekł: 
 
– Nie krzywd ja, jeno dobrodziejstw u was zaznałem. Wziął ci mnie chłopięciem w jeństwo 
rycerz Zych pod Bolesławiem i bez okupu wolnością obdarował, aleć mi milsza już była 
służba u was od wolności. Dajże mi, Boże, dla was krew rozlać, panienko moja! 
– Boże cię prowadź i przyprowadź – odpowiedziała Jagienka wyciągając ku niemu rękę. 
Lecz on wolał pochylić się do jej nóg i całować stopy, aby jej cześć oddać tym większą, a 
potem podniósł głowę i nie wstając z klęczek począł mówić nieśmiało i pokornie: 
 
– Prosty ja pachołek, alem szlachcic i sługa wasz wierny... dajcieże mi jakowy wspominek 
na drogę. Nie odmawiajcie mi tego! Jużci nadchodzi czas kośby wojennej, a święty Jerzy mi 
świadkiem, że tam w poprzódku, nie zaś w ociągu się znajdę. 
– O jakiż wspominek mnie prosisz? – zapytała nieco zdziwiona Jagienka. 
– Przepaszcie mnie byle tam krajką na drogę, by jeśli polec mi przyjdzie, lżej mi było pod 
waszą przewiązką umierać. 
I znów pochylił się do jej stóp, a potem ręce złożył i tak błagał ją patrząc w jej oczy, ale na 
twarzy Jagienki odbił się ciężki frasunek – i po chwili odrzekła jakby z wybuchem mimowolnej 
goryczy: 
 
– A mój miły! nie prośże mnie o to, bo ci nic z mojej przewiązki nie przyjdzie. Kto sam 
szczęśliwy, ten niech cię przepasze, bo ten ci szczęście przyniesie. A we mnie po prawdzie co 
jest? – Nic, jeno smutek! A zaś przede mną – nic, jeno niedola! Oj! nie napytam ja szczęścia 
ni tobie, ni komu, bo czego nie mam, tego i dać nie zdolę. Tak ci mi, Hlawo, źle teraz na 
świecie, że, że... 
Tu umilkła nagle, czując, że jeśli słowo jeszcze powie, to płaczem wybuchnie, a i tak zaszły 
jej jakby chmurą oczy. Czech zaś wzruszył się ogromnie, albowiem zrozumiał, że i wracać 
jej było źle do Zgorzelic w pobliże drapieżnych komyszy: Cztana i Wilka, i równie źle 
zostawać w Spychowie, dokąd prędzej lub później zjechać mógł 
Zbyszko z Danusią. Zdawał 
sobie Hlawa doskonale sprawę ze wszystkiego, co dzieje się w sercu dziewczyny, że zaś nie 
widziałżadnej rady na jej nieszczęście, więc tylko znów objął jej stopy powtarzając: 
 
– Hej! polec za was! polec! 
A ona rzekła: 
87 
 
 

– Wstań. A na wojnę niech cię Sieciechówna przepasze albo ci jaki inny da wspominek, 
gdyż rada cię ona widzi od dawna. 
I poczęła ją wołać, ta zaś wyszła niebawem z przyległej izby, albowiem podsłuc***ąc poprzednio 
pode drzwiami nie pokazywała się tylko przez nieśmiałość, chociaż kipiała w niej 
chęć pożegnania się z pięknym giermkiem. Wyszła tedy zmieszana, spłoszona, z bijącym sercem, 
z oczyma świecącymi zarazem od łez i od senności, i spuściwszy powieki stała tak przed 
nim podobna do kwiatu jabłoni nie mogąc ni słowa przemówić. 
 
Hlawa miał dla Jagienki obok najgłębszego przywiązania cześć i nabożeństwo, ale nie 
śmiał ani myślą posięgnąć na nią, posięgał zaś często na Sieciechównę, czując bowiem wartką 
krew w żyłach nie mógł obronić się przed jej urokiem. Teraz chwyciła go tym bardziej za 
serce swą urodą, a zwłaszcza swym zmieszaniem i łzami, przez które przeglądało kochanie, 
jak przez jasną wodę strumienia przegląda złote dno. 
 
Więc zwrócił się ku niej i rzekł: 
 
– Wiecie! Na wojnę jadę, może i legnę. Nie żal wam mnie? 
– Żali ci mi! – odpowiedziała cienkim głosikiem dziewczyna. 
I zaraz poczęła sypaćłzami, gdyż zawsze miała je na pogotowiu. Czech wzruszył się do 
ostatnia i jął całować jej ręce tłumiąc w sobie wobec Jagienki ochotę do poufalszych jeszcze 
pocałunków. 
 
– Przepasz go alibo daj mu wspominek na drogę, aby się pod twoim znakiem potykał – 
rzekła Jagienka. 
 
Lecz Sieciechównie niełatwo było mu coś dać, gdyż miała na sobie męski ubiór wyrostka. 
Poczęła szukać: ni wstążki, ni jakiejkolwiej przewiązki! Że zaś niewieście ubrania były jeszcze 
w łubach, nie ruszone od czasu wyjazdu ze Zgorzelic, wpadła przeto w kłopot niemały, z 
którego znów wyratowała ją Jagienka radząc, by mu oddała pątliczek, który nosiła na głowie. 
 
– Bo mi! niech będzie pątliczek! – zawołał 
nieco rozweselony Hlawa. – Powieszę go na 
hełmie – i nieszczęsna mać tego Niemca, któren po niego sięgnie! 
Więc Sieciechówna podniosła obie ręce do głowy i po chwili jasne promienie włosów rozsypały 
się jej po plecach i po ramionach. Hlawa zaś widząc ją taką przetowłosą i dumną, aż 
zmienił się na twarzy. Policzki zapłonęły mu, a potem zaraz pobladły; wziął pątlik, ucałował 
go, schował w zanadrze, raz jeszcze objął kolana Jagienki, a następnie mocniej, niż było trzeba, 
Sieciechówny i po słowach: „Niechże tak będzie!” – wyszedł nie mówiąc nic więcej z 
izby. 
 
A chociaż był zdrożon i niewypoczęty, nie położył się spać. Pił na umór przez całą noc z 
dwoma młodymi szlachcicami z Łękawicy, którzy mieli z nim jechać na Żmujdź. Nie upił się 
jednak – i o pierwszym brzasku był już na dziedzińcu w fortalicji, gdzie czekały gotowe do 
drogi konie. 
 
W ścianie nad wozownią rozchyliło się zaraz błoniaste okno i przez szparutkę wyjrzały na 
dziedziniec modre oczy. Czech, który je dostrzegł, chciał iść 
ku nim, by pokazać pątlik przy-
pięty na hełmie i pożegnać się raz jeszcze, ale przeszkodził 
mu w tym ksiądz Kaleb i stary 
Tolima, którzy zeszli umyślnie, aby mu udzielić rad na drogę. 
 
– Jedź na dwór księcia Januszowy – rzekł ksiądz Kaleb. – Może i rycerz Maćko tam wstąpił. 
W każdym jednak razie wieści pewnych zasięgniesz, boć 
tam znajomków ci nie brak. 
Drogi też stamtąd na Litwę znajome i o przewodnika przez puszczęłatwo. Chcesz-li na pewno 
do pana Zbyszka dojechać, to wprost na Żmujdź nie jedź, bo tam jest przegroda pruska, 
jeno jedź przez Litwę. Bacz, że i Żmudzini mogą cię zbić, nim zakrzykniesz. Zresztą Boże 
błogosław tobie i obudwom tamtym rycerzom, obyście w zdrowiu wrócili i dziecko przywieźli, 
na którą to intencję będę każdego dnia po nieszporach aż do pierwszej gwiazdy krzyżem 
leżał. 
88 
 
 

– Dziękuję wam, ojcze, za błogosławieństwo – odrzekł Hlawa. – Niełatwo to ochwiarę z 
tamtych diabelskich rąk żywą wydobyć, ale przecie wszystko w ręku Pana Jezusowych i lepsza 
nadzieja niż smutek. 
– Jużci lepsza, przeto jej nie tracą. Tak... żywie nadzieja, chociaż 
serce i trwogi niepróżne... 
Najgorzej, że sam Jurand, byle jej imię wspomnieć, zaraz ku niebiosom palce prostuje, 
jakby ją tam już widział. 
– Jakoże ją może widzieć oczu stradawszy? 
A ksiądz począł mówić na wpół do Czecha, na wpół do siebie: 
– Bywa tak, że gdy komu ziemskie oczy zagasną, ten właśnie widzi to, czego inni dojrzeć 
nie potrafią. Bywa tak, bywa! Ale i to się rzecz niepodobna widzi, by Bóg dopuścił krzywdy 
jakiego jagniątka. Bo i cóż ona choćby Krzyżakom przewiniła? Nic! A niewinne to ci było jak 
lelija Boża, a miłe ku ludziom, a jako ta ptaszyna polna śpiewająca! Bóg dzieci miłuje i nad 
męką ludzką ma litość... Ba! jeśli ją zabili, to ją może i wskrzesi jako Piotrowina, któren 
wstawszy z grobu, długie potem roki gospodarzył... Jedź 
w zdrowiu i niech ręka boska was 
wszystkich i ją piastuje! 
To rzekłszy wrócił do kaplicy, by mszę ranną odprawić, a Czech siadł na koń, skłonił się 
raz jeszcze przed przytwartym błoniastym oknem – i pojechał, bo już też rozedniało zupełnie. 
 
89 
 
 

Rozdział 
piętnasty 
 
 
Książę Janusz i księżna wyjechali razem z częścią dworu na wiosenny połów ryb do Czerska, 
gdyż 
lubili niezmiernie to widowisko i mieli je sobie za najprzedniejszą zabawę. Dowiedział 
się jednak Czech od Mikołaja z Długolasu wielu rzeczy ważnych, tyczących się zarówno 
spraw prywatnych, jak i wojny. Dowiedział się więc naprzód, że rycerz Maćko widocznie 
poniechał 
zamiaru jechania na Żmujdź prosto przez „pruską przegrodę”, gdyż przed kilku 
dniami był w Warszawie, gdzie zastał jeszcze obojga księstwa. O wojnie potwierdził stary 
Mikołaj te wszystkie wieści, które Hlawa słyszał w Szczytnie. Cała Żmujdź podniosła się 
przeciw Niemcom jak jeden mąż, a kniaź Witold nie tylko że już Zakonowi przeciw nieszczęsnym 
Żmujdzinom nie pomagał, ale nie wypowiadając jeszcze mu wojny i łudząc go układami 
zasilał wszelako Żmujdź pieniędzmi, ludźmi, końmi, zbożem. Tymczasem tak on, jak 
Krzyżacy słali posłów do papieża, do cesarza i do innych panów chrześcijańskich zarzucając 
sobie wzajem wiarołomstwo, niewierność i zdradę. Ze strony wielkiego kniazia pojechał z 
tymi listami mądry Mikołaj ze Rżeniewa, który umiał rozplątywać nici namotane przez przebiegłość 
krzyżacką, dowodnie wykazując niezmierne krzywdy krain litewskich i żmujdzińskich. 
 
 
Tymczasem gdy na sejmie wileńskim wzmocniły się jeszcze związki między Litwą a Polską, 
potruchlały serca krzyżackie, łatwo było bowiem przewidzieć, że Jagiełło, jako 
zwierzchni pan wszystkich ziem będących pod władzą kniazia Witolda, stanie w razie wojny 
po jego stronie. Hrabia Jan Sayn, komtur grudziądzki, i hrabia Schwartzburg, gdański, wyjechali 
z rozkazu mistrza do króla z zapytaniem, czego się mają od niego spodziewać. Nic im 
król nie rzekł, chociaż mu dary przywieźli: ścigłe krzeczoty i drogie naczynia. Więc zagrozili 
wojną, ale nieszczerze, gdyż dobrze wiedzieli, że mistrz i kapituła boją się 
w duszach strasznej 
Jagiełłowej potęgi i pragną odwlec dzień 
gniewu i klęski. 
 
I rwały się jak nić pajęcza wszelkie układy, a rwały się zwłaszcza z Witoldem. Wieczorem 
po przyjeździe Hlawy przyszły znów na warszawski zamek świeże nowiny. Przyjechał Bronisz 
z Ciasnoci, dworzanin księcia Janusza, którego on wysłał był poprzednio po wieści na 
Litwę, a z nim dwóch znacznych litewskich kniaziów z listami od Witolda i od Żmujdzinów. 
Nowiny były groźne. Zakon gotował się do wojny. Wzmacniano zamki, mielono prochy, 
krzesano kule kamienne, ściągano ku pograniczu knechtów i rycerstwo, a lżejsze oddziały 
jazdy i piechoty wpadały już w granice Litwy i Żmudzi od strony Ragnety, od Gotteswerder i 
innych zamków brzegowych. Już po gęstwach leśnych, już w polach, już po wsiach rozlegały 
się 
okrzyki wojenne, a wieczorami ponad ciemnym morzem lasów świeciły łuny pożaru. Witold 
przyjął wreszcie Żmujdź w jawną opiekę, wysłał swych rządców, a wodzem zbrojnemu 
ludowi ustanowił słynnego z męstwa Skirwoiłłę. Ów wpadał do Prus, palił, niszczył, pustoszył. 
Sam książę przymknął wojsko ku Żmujdzi, niektóre zamki opatrzył, inne, jak na przy-
kład Kowno, zniszczył, aby nie stały się oparciem Krzyżakom, i nie było już tajno nikomu, że 
gdy nadejdzie zima, a mróz popęta mokradła i błota, albo nawet wcześniej, jeśli lato będzie 
 
90 
 
 

suche, pocznie się wojna wielka, która ogarnie wszystkie litewskie, żmujdzkie i pruskie krainy, 
gdyby zaś król w pomoc Witoldowi przybieżał, tedy musi nastąpić dzień, w którym fala 
niemiecka albo drugie półświata zaleje, alboli też, odbita, cofnie się na długie wieki w dawniej 
zajęte łożysko. 
 
Lecz to nie zaraz jeszcze miało nastąpić. Tymczasem po świecie rozlegał się jęk i wołanie 
 
o sprawiedliwość. Czytano list nieszczęsnego narodu w Krakowie i w Pradze, i na dworze 
papieskim, i w innych królestwach zachodnich. Do księcia Janusza przywieźli to otwarte pismo 
owi bojarzynkowie, którzy z Broniszem z Ciasnoci przybyli. Niejeden więc z Mazurów 
mimo woli macał korda przy boku i rozważał w duszy, czy z własnej ochoty pod znak witoldowy 
się nie zaciągnąć. Wiedziano, że rad był wielki kniaź hartownej lechickiej szlachcie, 
równie zażartej w boju jak litewscy i żmujdzcy bojarzynowie, a więcej ćwiczonej i lepiej 
zbrojnej. Niektórych popychała też i nienawiść do starych wrogów lechickiego plemienia, a 
innych litość. „Słuchajcie, słuchajcie! – wołali do królów, książąt i wszystkich narodów 
Żmujdzini. – Wolnym ci my byli i szlachetnej krwi ludem, a Zakon chce nas w niewolników 
przemienić! Nie dusz on naszych szuka, lecz ziemi i dostatków. Już nędza nasza taka, że nam 
chyba żebrać lub rozbijać! Jakoże im wodą chrztu nas obmywać, gdy sami nie mają rąk czystych! 
My chcemy chrztu, ale nie krwią i mieczem, i chcemy wiary, ale jeno takiej, jakiej zacni 
monarchowie, Jagiełło i Witold, nauczają. Słuchajcie i ratujcie nas, bo giniemy! Nie chce 
nas Zakon chrzcić, by nas uciemiężałłatwiej; nie księży, lecz zasie katów nam posyła. Już ule 
nasze, już stada, już wszystkie płody ziemi nam zabrali; już nam ni ryby łowić, ni zwierza bić 
w puszczach nie wolno! Błagamy! słuchajcie, bo oto zgięli nam wolne drzewiej karki do robót 
nocnych przy zamkach, dzieci nam jako zakładników uwieźli, a żony i córki w oczach 
mężów i ojców bezczeszczą. Nam słuszniej należałoby jęczeć niż mówić! Rodziny nasze 
ogniem popalili, panów do Prus uwieźli, wielkich ludzi: Korkucia, Wassygina, Swolka i Sągajłę, 
potracili – i jako wilcy krew naszą 
żłopią. O, słuchajcie! Przecież 
my ludzie, nie zwie-
rzęta, przeto wołamy do Ojca Świętego, by nas przez polskich biskupów chrzcić kazał, gdyż 
całą duszą chrztu pragniemy, ale chrztu wodąłaski, nie żywą krwią zniszczenia”. 
Tak i tym podobnie skarżyli sięŻmujdzini, więc gdy ich skargi i na mazowieckim dworze 
usłyszano, zaraz kilku rycerzy i dworzan postanowiło iść im w pomoc rozumiejąc, że księcia 
Janusza nawet i pytać o pozwolenie nie trzeba, choćby z tego powodu, że księżna jest rodzoną 
siostrą Witolda. Zawrzały też 
powszechnym gniewem serca, gdy dowiedziano się od Bronisza 
i bojarzynków, że wielu szlachetnych młodzianków żmujdzkich będącymi zakładnikami w 
Prusiech, nie mogąc znieść pohańbienia i okrucieństw, jakich dopuszczali się nad nimi Krzyżacy, 
poodbierało sobie życie. 
 
Hlawa cieszył się zaś z tej ochoty mazowieckiego rycerstwa, myślał bowiem, że im więcej 
ludzi z Polski pociągnie do księcia Witolda, tym wojna rozgorzeje większa i tym pewniej 
można będzie czegoś przeciw Krzyżakom dokazać. Cieszyło go także i to, że zobaczy Zbyszka, 
do którego się przywiązał, i starego rycerza Maćka, o którym mniemał, że godzien widzenia 
przy robocie, a razem z nim nowe dzikie kraje, nieznane miasta, nie widziane dotychczas 
rycerstwo i wojska, wreszcie samego księcia Witolda, którego sława szeroko wówczas rozbrzmiewała 
po świecie. 
 
I w tej myśli postanowił jechać „wielkimi i pilnymi drogami” nie zatrzymując się nigdzie 
dłużej, niż było dla wypoczynku koniom potrzeba. Owi bojarzynkowie, którzy z Broniszem z 
Ciasnoci przybyli, i inni Litwini znajdujący się na dworcu księżny, świadomi dróg i przejść 
wszelkich, mieli prowadzić 
jego i ochotniczych rycerzy mazowieckich od osady do osady, od 
grodu do grodu i przez głuche, niezmierne puszcze, którymi większa część Mazowsza i Litwy, 
i Żmujdzi była pokryta. 
 
91 
 
 

Rozdział 
szesnasty 
 
 
W lasach o milę 
na wschód za Kownem, które sam Witold zniszczył, stały główne siły 
Skirwoiłły, przerzucając się w razie potrzeby błyskawicą 
z miejsca na miejsce, czyniąc szybkie 
wyprawy bądź to w granice pruskie, bądź na zamki i zameczki będące jeszcze w ręku 
krzyżackim i podsycając płomień wojny w całej krainie. Tam to znalazł wierny giermek 
Zbyszka, a przy nim i Maćka, który był dopiero przed dwoma dniami przyjechał. Po przywitaniu 
się ze Zbyszkiem przespał Czech całą noc jak zabity i dopiero na drugi dzień wieczorem 
poszedł powitać starego rycerza, który będąc strudzon i zły przyjął go gniewliwie, pytając, 
dlaczego wedle rozkazania w Spychowie nie został – i udobruchał się nieco dopiero wówczas, 
gdy ów znalazłszy sposobną chwilę, w której Zbyszka nie było w namiocie, usprawiedliwił 
się przed nim wyraźnym rozkazem Jagienki. 
 
Powiedział też, że prócz rozkazu i prócz przyrodzonej ochoty do wojny przywiodła go także 
w tę stronę chęć, by w razie czego pchnąć zaraz gońca z wiadomości do Spychowa. „Panienka 
– mówił – która ma duszę jak anioł, sama przeciw własnemu dobru modli się za Jurandównę. 
Ale wszystkiemu musi być koniec. Jeśli Jurandówna nie żyje, to niech Bóg da jej 
światłość wiekuistą, boć była jako jagnię niewinne, ale jeśli się odnajdzie, to trzeba panienkę 
jako najprędzej zawiadomić, aby wraz jechała precz ze Spychowa, nie zaś dopiero po powrocie 
Jurandówny, jakoby wypędzona, ze sromotą a wstydem”. 
 
Maćko słuchał tego z niechęcią, powtarzając od czasu do czasu: „Nic ci do tego”. Ale 
Hlawa postanowiwszy mówić otwarcie wcale się tym nie tropił i w końcu rzekł: 
 
– Lepiej było pannie w Zgorzelicach ostawać i na nic była ta podróż. Wmawialiśmy w niebogę, 
że Jurandówna już nie żywie, a może się pokazać inaczej. 
– A kto opowiadał, że nie żywie, jeżeli nie ty? – zapytał z gniewem Maćko. – Trzeba było 
trzymać język za zębami. Ja zaś zabrałem ją, bo się bała Cztana i Wilka. 
– Pozór to tylko był – odpowiedział giermek. – Mogła siedzieć w Zgorzelicach bezpiecznie, 
bo oni by tam sobie wzajem przeszkadzali. Ale baliście się, panie, żeby w razie śmierci 
Jurandówny nie ominęła pana Zbyszka i panienka, i dlategoście ją zabrali. 
– Cóżeś tak zhardział? Zaliś to już rycerz pasowany, nie sługa? 
– Sługam ci jest, ale sługa panny, przeto dbam, aby jej hańba nie spotkała. 
A Maćko zamyślił się posępnie, gdyż nie był z siebie rad. Nieraz on już sobie wyrzucał, że 
zabrał Jagienkę ze Zgorzelic, czuł bowiem, że w każdym razie w takim podwożeniu Jagienki 
Zbyszkowi była jakowaś 
dla niej ujma, a na wypadek, gdyby Danusia się odnalazła – więcej 
niż ujma. Czuł również, że w hardych słowach Czecha tkwi prawda, bo choć Jagienkę zabrał 
dlatego, by ją do opata odwieźć, mógł jednak dowiedziawszy się o jego śmierci w Płocku ją 
zostawić, a tymczasem on ją aż do Spychowa przywiózł, by w razie czego, blisko przy 
Zbyszku była. 
 
– Dyć mnie to do łba nie przyszło – rzekł jednak chcąc siebie i Czecha stumanić – jeno 
sama się jechać naparła. 
92 
 
 

– Jużci się naparła, bośmy w nią wmówili, że tamtej nie ma na świecie, a że braciom bezpieczniej 
było bez niej niż z nią – więc i pojechała. 
– Tyś wmówił: – zakrzyknął Maćko. 
– Ja – i moja wina. Ale teraz musi się pokazać, jako jest. Trzeba, panie, co wskórać. Inaczej 
– lepiej pogińmy. 
– Co tu wskórasz – rzekł z niecierpliwością Maćko – z takim wojskiem, w takiej wojnie!... 
Będzie-li co lepszego, to dopiero w lipcu, bo dla Niemców dwie są pory wojenne: zimą i suchym 
latem, a teraz to się jeno tli, nie pali. Kniaź Witold podobno do Krakowa pojechał królowi 
się opowiedzieć i pozwoleństwo a pomoc jego sobie zjednać. 
– Są przecie w pobliżu zamki krzyżackie. Gdyby choć ze dwa zdobyć, znaleźlibyśmy może 
Jurandównę albo wiadomość o jej śmierci. 
– Albo i nic. 
– W tę stronę ją przecie Zygfryd wywiózł. Powiadali to nam i w Szczytnie, i wszędy, i samiśmy 
tak myśleli. 
– A widziałeś to wojsko? Wyjdźże za namiot i spójrz. Niektórzy pałki jeno mają, a niektórzy 
miedziane miecze po pradziadach. 
– Ba! Jako słyszałem, chłopy do bitki dobre! 
– Ale nie im z gołymi brzuchami zamków dobywać, zwłaszcza krzyżackich. 
Dalszą rozmowę przerwało im przybycie Zbyszka i Skirwoiłły, który był wodzem Żmujdzinów. 
Był to mąż małego wzrostu, ale krzepki w sobie i barczysty. Pierś posiadał tak wypukłą, 
że prawie wyglądała na garb, i niezmiernie długie, sięgające prawie do kolan ręce. W 
ogóle przypominał 
Zyndrama z Maszkowic, słynnego rycerza, którego Maćko i Zbyszko poznali 
swego czasu w Krakowie, miał bowiem równie ogromną głowę i takie same pałąkowate 
nogi. Mówiono o nim także, że dobrze rozumiał się na wojnie. Wiek życia zbiegł mu w polu 
przeciw Tatarom, z którymi długie lata walczył na Rusi, i przeciw Niemcom, których nienawidził 
jak zarazy. W tych wojnach nauczył się po rusińsku, a potem na dworze Witoldowym 
nieco po polsku; po niemiecku umiał, a przynajmniej powtarzał tylko trzy wyrazy: ogień, 
krew i śmierć. W swojej ogromnej głowie miał zawsze pełno pomysłów i podstępów wojennych, 
których Krzyżacy nie umieli ani przewidzieć, ani im zapobiegać – dlatego bano się go 
w pogranicznych komturiach. 
 
– Mówiliśmy o wyprawie – rzekł z niezwykłym ożywieniem do Maćka Zbyszko – i dlategośmy 
tu przyszli, byście też swoje doświadczone zdanie rzekli. 
Maćko usadził Skirwoiłłę na sosnowym pniaku pokrytym niedźwiedzią skórą, następnie 
kazał przynieść czeladzi stągiewkę miodu, z której poczęli czerpać rycerze blaszankami i pić, 
gdy zaś pokrzepili się godnie, dopieroż Maćko zapytał: 
 
– Chcecie wyprawę uczynić albo co? 
– Zamki Niemcom okurzyć... 
– Któren? 
– Ragnetę albo Nowe Kowno. 
– Ragnetę – rzekł 
Zbyszko. – Cztery dni temu byliśmy pod Nowym Kownem i pobili nas. 
– To właśnie – rzekł Skirwoiłło. 
– Jakże to? 
– Dobrze. 
– Poczekajcie – rzekł Maćko – bo ja tutejszej krainy nie znam. Gdzie jest Nowe Kowno, a 
gdzie Ragneta? 
– Stąd do Starego Kowna niespełna mila – odpowiedział Zbyszko – a od Starego do Nowego 
też mila. Zamek jest na wyspie. Onegdaj chcieliśmy się przeprawić, ale pobili nas u 
przeprawy. Ścigali ci nas pół dnia, aż utailiśmy się 
w tych lasach, a wojsko tak się rozproszyło, 
że niektórzy dopiero dziś nad ranem się znaleźli. 
– A Ragneta? 
93 
 
 

Skirwoiłło wyciągnął swe długie jak gałąź ramię na północ i rzekł: 
 
– Daleko! daleko!... 
– Właśnie dlatego, że daleko! – odparł 
Zbyszko.– Spokój tam wokoło, bo co było zbrojnych 
ludzi z tej strony granicy, to ściągnęło ku nam. Nie spodziewają się tam teraz Niemcy 
żadnej napaści, więc na ubezpieczonych uderzym. 
– Słusznie prawi – rzekł Skirwoiłło. 
Maćko zaś spytał: 
– Zali myślicie, że będzie można i zamku dobyć? 
Na to Skirwoiłło potrząsnął głową na znak przeczenia, a Zbyszko odpowiedział: 
– Zamek mocny, więc chybaby wypadkiem. Ale krainę spustoszym, wsie i miasta popalim, 
spyżę 
poniszczym, a co nade wszystko jeńców nabierzemy, między którymi mogą być ludzie 
znaczni, a takich chętnie Krzyżacy wykupują alboli też wymieniają... 
Tu zwrócił się do Skirwoiłły: 
 
– Samiście, kniaziu, przyznali, że słusznie prawię, a teraz rozważcie jeno: Nowe Kowno na 
wyspie. Ni tam wsi nie poburzym, ni stad nie zagarniem, ni jeńców nie nabierzem. I przecie 
dopiero co nas tam pobili. Ej! pójdźmy lepiej tam, gdzie się nas teraz nie spodziewają. 
– Kto pobije, ten się napaści najmniej spodziewa – mruknął Skirwoiłło. 
Lecz tu zabrał głos Maćko – i począł popierać zdanie Zbyszkowe, zrozumiał bowiem, że 
młodzianek ma większą nadzieję dowiedzieć się czegoś pod Ragnetą niż pod Nowym Kownem 
– i że pod Ragnetąłatwiej będzie przede wszystkim schwytać jakiego znacznego jeńca, 
który by mógł posłużyć na wymianę. Mniemał także, że w każdym razie lepiej jest iść dalej i 
wychynąć niespodzianie w kraj mniej strzeżony niż porywać się na wyspę od przyrodzenia 
obronną, a strzeżoną prócz tego przez silny zamek i zwycięską załogę. 
 
Jako zaś człek doświadczony w wojnie, mówił jasno i przytaczał tak walne powody, że 
każdego mógł przekonać. Tamci słuchali go też uważnie. Skirwoiłło poruszał kiedy niekiedy 
wzniesionymi brwiami jakby na znak potakiwania, chwilami pomrukiwał: „Słusznie prawi!” 
 
– wreszcie wsunął swą ogromną głowę między szerokie ramiona, tak że wyglądał całkiem jak 
garbaty, i zamyślił się głęboko. 
Lecz po pewnym czasie wstał – i nic nie mówiąc począł siężegnać. 
 
– A jakoże, kniaziu, będzie? – spytał go Maćko – dokąd ruszym? 
Ów zaś rzekł krótko: 
– Pod Nowe Kowno. 
I wyszedł z namiotu. 
Maćko i Czech spoglądali czas jakiś ze zdziwieniem na Zbyszka, po czym stary rycerz 
uderzył się dłońmi po udach i zawołał: 
 
– Tfu! cóż to za pień!... To niby słucha, słucha, a potem swoje. Żal gęby drzeć!... 
– Słyszałem ci ja o nim, że taki jest – odrzekł 
Zbyszko – a po prawdzie, to i cały tu naród 
uporczywy jako mało który. Cudzego zdania wysłucha, a potem jakoby kto na wiatr dmuchał. 
– To czego pyta? 
– Bośmy pasowani rycerze i dlatego żeby każdą rzecz na dwie strony rozważyć. Ale głupi 
on nie jest. 
– Pod Nowym Kownem też może najmniej się nas spodziewają – zauważył Czech – właśnie 
dlatego, że dopiero co was pobili. W tym miał ci on słuszność. 
– Pójdźmy obaczyć tych ludzi, którym ja przywodzę – rzekł 
Zbyszko, któremu duszno 
było w namiocie – trzeba im zapowiedzieć, aby zaś byli gotowi. 
I wyszli. Na dworze noc już zapadła zupełna, chmurna i ciemna, rozświecona tylko przez 
ogniska, przy których siedzieli Żmujdzini. 
 
94 
 
 

Rozdział 
siedemnasty 
 
 
Dla Maćka i dla Zbyszka, którzy służąc poprzednio u Witolda napatrzyli się do syta litewskim 
i żmujdzkim wojownikom, widok obozowiska nie przestawiał nic nowego; ale Czech 
patrzał na nich z ciekawością, rozważając sobie zarazem w umyśle, czego od takich ludzi 
można w bitwie oczekiwać, i porównywając ich z polskim i z niemieckim rycerstwem. Obóz 
stał 
w nizinie otoczonej borem i bagnami, zatem ubezpieczon zupełnie od napadu, albowiem 
żadne inne wojsko nie zdołałoby przebrnąć przez owe zdradliwe mokradła. Sama nizina, na 
której stały szałasy, była także grząska i błotnista, lecz oni nakrzesawszy jodłowych i sosnowych 
gałązek przyrzucili ją nimi tak grubo, że spoczywali jakby na najsuchszym miejscu. 
Kniaziowi Skirwoille sklecono naprędce coś w rodzaju „numy”, czyli chaty litewskiej z ziemi 
i drewnianych nie ociosanych bierwion, dla znaczniejszych ludzi uwito z gałęzi kilkadziesiąt 
szałasów, pospolici zaś wojownicy siedzieli koło ognisk, pod gołym niebem, mając ochronę 
przeciw zmianom pogody i dżdżom tylko w kożuchach i skórach, które na nagim ciele nosili. 
W obozie nikt nie spał 
jeszcze, albowiem ludzie, nie mając po ostatniej porażce nic do roboty, 
sypiali we dnie. Niektórzy siedzieli lub leżeli wokół jasnych ognisk podsycanych suszem i 
gałęźmi jałowca, inni grzebali w przygasłych już i zasutych popiołem watrzyskach, od których 
rozchodził się zapach pieczonej rzepy, zwykłego pokarmu Litwinów, i swąd przypalonych 
mięsiw. Między ogniskami widniały stosy broni poskładane blisko, tak aby w danym 
razie łatwo było każdemu za swój oręż pochwycić. Hlawa przypatrywał się z ciekawością 
oszczepom o grotach wąskich i długich, wykutych z hartownego żelaza, kiścieniom uczynionym 
z młodych dąbczaków, w które ponabijano krzemieni lub gwoździ, okszom o trzonkach 
krótkich, podobnych do polskich toporów, którymi posługiwali się 
jezdni, i okszom o trzonkach 
tak niemal długich jak u berdyszów, którymi walczyli piesi. Trafiały się między nimi i 
miedziane, pochodzące z dawnych czasów, kiedy żelazo w małym jeszcze było użyciu w tych 
zapadłych stronach. Niektóre miecze były również z miedzi, ale większość z dobrej, dostarczanej 
z Nowogrodu stali. Czech brał w rękę oszczepy, miecze, oksze, smoliste, prażone w 
ogniu łuki i przy blasku płomienia badał ich doskonałość. Koni niewiele było przy ogniskach, 
gdyż stada pasły się opodal w lasach i na łąkach pod strażą czujnych koniuchów, ale że 
znaczniejsi bojarowie chcieli mieć swoje rumaki na zawołanie, przeto było ich w obozie kilkadziesiąt, 
które niewolnicy pańscy karmili z ręki u toku. Hlawę zdumiewały kudłate ciała 
tych rumaków, nadzwyczaj drobnych, o potężnych karkach i w ogóle tak dziwnych, że zachodni 
rycerze poczytywali je za jakieś całkiem odmienne zwierzęta leśne, więcej do jedno-
rożców niż do prawdziwych koni podobne. 
 
– Na nic tu wielkie, bojowe ogiery – mówił doświadczony Maćko wspominając swoje 
dawne służby u Witolda – bo wielki zaraz w młakach ugrzęźnie, a tutejszy chmyz przejdzie 
wszędy, tak prawie jako i człowiek. 
– Ale w polu – odrzekł Czech – tutejsze wielkim niemieckim nie dostoją. 
95 
 
 

– Jużci nie dostoją. Za to nie ucieknie Niemiec przed Żmujdzinem ani też go nie zgoni, bo 
te są tak właśnie ścigłe albo i ściglejsze niż tatarskie. 
– A wszelako dziwno mi to jest, bo com widział jeńców Tatarów, których rycerz Zych do 
Zgorzelic przyprowadził, to chłopy były nieduże i takiego byle koń udźwignie, a to lud rosły. 
Lud zaś istotnie był dorodny. Przy blasku ognia widać było spod skór i kożuchów szerokie 
piersi i tęgie ramiona. Chłop w chłopa suchy był, ale kościsty i długi, w ogóle zaś wzrostem 
ludzie ci przewyższali mieszkańców innych krain litewskich, albowiem siedzieli na ziemiach 
lepszych i obfitszych, w których głody, trapiące kiedy niekiedy Litwę, rzadziej dawały się we 
znaki. Natomiast dzikością przewyższali jeszcze Litwinów. W Wilnie był dwór wielkoksiążęcy, 
do Wilna ściągali księża ze Wschodu i Zachodu, przychodziły poselstwa, napływał kupiec 
zagraniczny, przez co mieszkaniec miasta i okolicy oswajał się nieco z obczyzną; tu cudzoziemiec 
zjawiał się tylko pod postacią Krzyżaka lub Mieczowego Kawalera, niosących w głu-
che leśne osady ogień, niewolę i chrzest z krwi, więc wszystko tu było grubsze, surowsze i 
bardziej do dawnych czasów zbliżone, bardziej przeciw nowościom zawzięte; starszy obyczaj, 
starszy tryb wojowania, a i pogaństwo uporczywsze, dlatego że czci Krzyża nauczał nie 
łagodny zwiastun Dobrej Nowiny z miłością apostoła, lecz zbrojny niemiecki mnich z duszą 
kata. 
 
Skirwoiłło i znaczniejsi kniazie a bojarzyny byli już chrześcijanami, albowiem poszli za 
przykładem Jagiełły i Witolda. Inni, nawet najprostsi i najdziksi wojownicy, nosili w piersiach 
głuche poczucie, że nadchodzi śmierć 
i skon dawnemu światu, dawnej ich wierze. I gotowi 
byli pochylić głowy przed Krzyżem, byle tego Krzyża nie wznosiły niemieckie nienawistne 
ręce. „My prosimy chrztu – wołali do wszystkich książąt i narodów – lecz wspomnijcie, 
że ludzie jesteśmy, nie zwierzęta, które można darować, kupić i przedać”. Tymczasem, 
gdy dawna wiara gasła, jak gaśnie ognisko, do którego nikt drew nie przyrzuca, a od nowej 
odwracały się serca właśnie dlatego, że wmuszała ją niemiecka przemoc, rodziła się w ich 
duszach pustka, niepokój i żal po przeszłości, i głęboki smutek. Czech, który od dziecka zrósł 
się z wesołym gwarem żołnierskim, z pieśniami i szumną muzyką, widział po raz pierwszy w 
życiu obóz tak cichy i posępny. Ledwie gdzieniegdzie, przy dalszych od Skirwoiłłowej numy 
ogniskach, słychać było odgłos fujarki lub piszczałki, albo słowa przyciszonej pieśni, którą 
śpiewał „burtinikas”. Wojownicy słuchali w kucki wedle ognia, mając łokcie wsparte na kolanach, 
a twarze ukryte w dłoniach, okryci skórami, podobni do drapieżnych zwierząt leśnych. 
Lecz gdy podnosili ku przechodzącym rycerzom głowy, blask płomienia oświecał twarze 
łagodne i niebieskie źrenice, wcale nie srogie ni drapieżne, ale tak raczej patrzące, jak 
patrzą smutne i pokrzywdzone dzieci. Na krańcach obozowiska leżeli na mchach ranni, których 
zdołano unieść z ostatniej bitwy. Wróżbici, tak zwani „łabdarysy” i „sejtonowie”, mruczeli 
nad nimi zaklęcia lub opatrywali ich rany przykładając na nie znane sobie zioła gojące, a 
oni leżeli w milczeniu znosząc cierpliwie ból i męki. Z głębin leśnych, od strony polan i ługów, 
dochodziło poświstywanie koniuchów, kiedy niekiedy podnosił się wiatr przysłaniając 
dymami obozowisko i napełniając szumem bór ciemny. Ale noc czyniła się coraz późniejsza, 
więc ogniska poczęły mdleć i gasnąć i cisza zapadła jeszcze większa potęgując owe wrażenie 
smutku i jakby pognębienia. 
 
Zbyszko wydał rozkaz gotowości ludziom, którym przywodził i z którymi łatwo mógł się 
rozmówić, albowiem była między nimi garść Płocczan, po czym zwrócił się do swego giermka 
i rzekł: 
 
– Napatrzyłeś się do woli, a teraz czas wrócić pod namiot. 
– Jużci się napatrzyłem – odpowiedział giermek – alem nie bardzo rad z tego, com widział, 
bo zaraz znać, że to pobici ludzie. 
– Dwa razy: cztery dni temu przy zamku i onegdaj u przeprawy. A teraz chce się Skirwoille 
trzeci raz tam iść, by trzeciej porażki doznać. 
96 
 
 

– Jakże, to on nie rozumie, że z takim wojskiem przeciw Niemcom nie wskóra? Powiadał 
mi to już rycerz Maćko, a teraz i sam miarkuję, że liche to muszą być i do bitki pachołki. 
– I w tym się mylisz, bo to lud chrobry jak mało który w świecie. Jeno się kupą bezładną 
biją, a Niemcy w szyku. Jeśli się uda szyk rozerwać, to częściej Żmujdzin Niemca niż Niemiec 
Żmujdzina położy. Ba, ale tamci to wiedzą i tak się zwierają, że jako ściana stoją. 
– A już o zamków dobywaniu to pewnie nie ma co i myśleć – rzekł Czech. 
– Boć nijakiego sprzętu do tego nie ma – odpowiedział Zbyszko. – Sprzęt ma kniaź Witold 
i póki ku nam nie nadciągnie, nie ugryziem żadnego zamku, chybaby trafunkiem albo zdradą. 
Tak rozmawiając doszli do namiotu, przed którym płonął duży, podsycany przez czeladź 
ogień, a w nim kopciły się przygotowane przez czeladź mięsiwa. W namiocie chłodno było i 
wilgotno, więc rycerze, a z nimi i Hlawa, pokładli się przed ogniem na skórach. 
 
Za czym posiliwszy się próbowali zasnąć, lecz nie mogli. Maćko przewracał się z boku na 
bok, a następnie ujrzawszy, że Zbyszko siedzi przed płomieniem otoczywszy ramionami kolana, 
zapytał: 
 
– Słuchaj! Dlaczegoś ty radził iść daleko pod Ragnetę, nie tu blisko pod ten Gotteswerder? 
Co masz w tym? 
– Bo tak mi coś do duszy gada, że Danuśka jest w Ragnecie – i tam się mniej strzegą niż 
tu. 
– Nie było czasu się rozgadać, bom i sam był utrudzon, i tyś ludzi po boru po klęsce zbierał. 
Ale teraz mówże, jako jest: chcesz-li ty zawsze tej dziewki szukać? 
– Dyć to nie żadna dziewka, jeno moja niewiasta – odpowiedział Zbyszko. 
Nastało milczenie, albowiem Maćko rozumiał dobrze, że nie masz na to odpowiedzi. Gdyby 
Danuśka była dotychczas panną Jurandówną, byłby niechybnie stary rycerz namawiał 
bratanka, by jej poniechał, ale wobec świętości sakramentu poszukiwanie stawało się prostą 
powinnością i Maćko nie byłby nawet zadawał takiego pytania, gdyby nie to, że nie będąc 
obecny ni na ślubie, ni na weselu, mimowiednie uważał Jurandównę zawsze za dziewkę. 
 
– Jużci! – rzekł po chwili. – Ale o com przez te dwa dni miał czas się spytać, tom się spytał, 
i rzekłeś mi, że nic nie wiesz. 
– Bo nic nie wiem, jeno to, że chyba gniew boski jest nade mną. 
Wtem Hlawa przypodniósł się z niedźwiedziej skóry, siadł i nastawiwszy uszu począł słuchać 
pilnie a ciekawie. 
A Maćko rzekł: 
 
– Pókić sen nie zmorzy, gadaj: coś widział, coś robił i coś wskórał w Malborgu? 
Zbyszko odgarnął włosy, które dawno nie podcinane z przodu, spadały mu aż na brwi, 
chwilę posiedział w milczeniu, po czym jął mówić: 
 
– Dałby Bóg, abym ja tyle mógł wiedzieć o mojej Danuśce, ile wiem o Malborgu. Pytacie, 
com tam widział? Widziałem potęgę krzyżacką niezmierną, przez wszystkich królów i przez 
wszystkie narody wspomaganą, z którą nie wiem, czyli kto w świecie mierzyć się zdoła. Widziałem 
zamek, jakiego chyba i sam cesarz rzymski nie ma. Widziałem skarby nieprzebrane, 
widziałem zbroje, widziałem mrowie orężnych mnichów, rycerzy i knechtów – i relikwie jakby 
u Ojca Świętego w Rzymie, i mówię wam, że aże dusza zdrętwiała we mnie, bom sobie 
pomyślał: gdzie się tam komu na nich porywać? kto ich zmoże? kto się im oprze? kogo ich 
siła nie przełamie? 
– Nas! zatracona ich mać! – zawołał nie mogąc wytrzymać Hlawa. 
Maćkowi dziwne wydały się także słowa Zbyszka, więc choć chciało mu się poznać 
wszystkie przygody młodzianka, jednakże przerwał mu i rzekł: 
 
– A toś zapomniał o Wilnie? A mało to razy zderzaliśmy się z nimi tarczą o tarcz i łbem o 
łeb! A toś zabaczył, jako im niesporo bywało ku nam – i jak na zatwardziałość naszą narzekali: 
że to nie dość było konia zapocić i kopię pokruszyć, jeno trza było cudze gardło wziąć 
97 
 
 

albo swoje dać! Byli tam przecie i goście, którzy nas pozywali – a wszyscy z hańbą odeszli. 
Cóżeś to tak zmiękł? 
 
– Nie zmiękłem ja, bom się i w Malborgu potykał, gdzie też i na ostre gonili. Ale wy ich 
wszystkiej potęgi nie znacie. 
Lecz stary rozgniewał się. 
 
– A ty znasz-li całą moc polską? Widziałeś wszystkie chorągwie w kupie? Nie widziałeś. 
A ich potęga na krzywdzie ludzkiej i na zdradzie stoi, bo tam i piędzi ziemi nie ma, która by 
była ich. Przyjęli ci ich książęta nasi, jak się ubogiego w dom przyjmuje – i obdarowali, a oni 
porósłszy w moc pokąsali tę rękę, co ich żywiła, jako psi bezecni i wściekli. Ziemię zagarnęli, 
miasta zdradą pobrali i ot ich moc! Ale choćby wszyscy królowie świata szli im w pomoc – 
nadejdzie dzień sądu i pomsty. 
– Skoroście mi kazali gadać, com widział, a teraz się gniewacie, to wolej zaniecham – 
rzekł Zbyszko. 
Maćko zaś zasapał przez jakiś czas gniewnie, po chwili jednak uspokoił się i rzekł: 
 
– Albo to raz tak bywa! Sto ci w lesie chojar jako wieża sroga, myślałbyś, że wiek wieków 
postoi, a stukniesz w niego godnie obuchem, to ci się pustką obezwie. I próchno się w nim 
sypie. Taka to i krzyżacka moc! Ale jam ci kazał gadać, coś robił i coś wskórał. Goniłeś tam 
na ostre – powiadasz? 
– Goniłem. Hardo i niewdzięcznie ci mnie tam z początku przyjęli, bo było im już wiadomo, 
żem się z Rotgierem potykał. Może i przygodziłoby mi się co złego, jeno żem z listem od 
księcia przyjechał i pan Lorche, którego oni szanują, od ich złości mnie bronił. Ale potem 
przyszły uczty i gonitwy, w których Pan Jezus mi pobłogosławił. Toście słyszeli, że mnie brat 
mistrzów Ulryk pokochał – i dał mi rozkaz od samego mistrza na piśmie, aby mi Danuśkę 
wydali? 
– Powiadali nam ludzie – rzekł Maćko – iże popręg mu pękł przy siedle, co ty widzęcy nie 
chciałeś na niego uderzać. 
– Jużci, podniosłem kopię w górę, a on mnie od tej pory pokochał. Hej, miły Boże! srogie 
mi pisma dali, z którymi mogłem od zamku do zamku jeździć i szukać. Już myślałem, że koniec 
mojej biedy i mego frasunku – a teraz ot, tu siedzę, w dzikiej stronie, bez rady nijakiej, w 
strapieniu i smutku, a co dzień ci mi gorzej i tęskniej... 
Tu umilkł na chwilę, po czym rzucił z całej mocy wiórem w ogień, aż iskry posypały się z 
płonących głowni, i rzekł: 
 
– Bo jeśli ta nieboga jęczy tu gdzie w jakim zamku, a myśli, żem ją zabaczył, to niechby 
mnie nagła śmierć nie minęła! 
I tyle w nim się widocznie zapiekło zniecierpliwienia i bólu, że jął znów rzucać wiórami w 
ogień jak gdyby nagłym, ślepym bólem uniesion, a oni zdumieli się bardzo, nie przypuszczali 
bowiem, żeby tak kochał Danuśkę. 
 
– Pohamuj się! – zawołał Maćko. – Jakoże było z onym glejtem? Zali komturowie nie 
chcieli rozkazów mistrza słuchać? 
– Pohamujcie się, panie – rzekł Czech – Bóg was pocieszy – może wkrótce. 
Zbyszkowi zaśłzy błysły w źrenicach, ale uspokoił się nieco i rzekł: 
– Otwierali odmieńce zamki i więzienia. Byłem wszędy, szukałem! Aż wybuchła ta wojna 
– i w Gierdawach powiedział mi wójt von Heideck, że wojenne prawo inne i że glejty wydane 
w czasie pokoju nic nie znaczą. Pozwałem go zaraz, ale nie stanął 
i z zamku mnie wyżenąć 
kazał. 
– A w innych? – spytał Maćko. 
– Wszędy to samo. W Królewcu komtur, który jest zwierzchnikiem gierdawskiego wójta, 
nie chciał nawet czytać mistrzowego pisma mówiąc, że wojna wojną – i głowę, póki cała, 
kazał mi precz unosić. Pytałem i gdzie indziej – wszędy to samo. 
98 
 
 

– To teraz rozumiem – rzekł stary rycerz. – Widząc, że nic nie wskórasz, wolałeś tu 
przyjść, gdzie chociaż pomsta może się zdarzyć. 
– Tak jest – odpowiedział Zbyszko. – Myślałem także, że jeńców nabierzem i może zamków 
kilka ogarniem; ale oni nie umieją zamków zdobywać. 
– Hej, przyjdzie sam kniaź Witold, to będzie inaczej. 
– Daj go Bóg. 
– Przyjdzie. Słyszałem na mazowieckim dworze, że przyjdzie, a może i król z nim razem z 
całą potęgą polską. 
Lecz dalszą rozmowę przerwało im przyjście Skirwoiłły, który wychylił się niespodzianie 
z cienia i rzekł: 
 
– W pochód ruszamy. 
Usłyszawszy to rycerze powstali żywo na nogi, Skirwoiłło zaś zbliżył ku ich twarzom 
swoją ogromną głowę i rzekł przyciszonym głosem: 
 
– Są nowiny: idą do Nowego Kowna posiłki. Dwóch rycerzy prowadzi knechtów, bydło i 
spyżę. Zaskoczym im. 
– To przejdziem Niemen? – zapytał Zbyszko. 
– Tak. Wiem bród. 
– A w zamku wiedzą o posiłkach. 
– Wiedzą i wyjdą im na spotkanie, ale na tych uderzycie wy. 
I począł im objaśniać, gdzie mają się zasadzić, tak aby niespodzianie uderzyć na tych, którzy 
pokwapią się z zamku. Chodziło mu o to, by jednocześnie stoczyć dwie bitwy i pomścić 
ostatnie porażki, co mogło się udać tym łatwiej, że po świeżym zwycięstwie nieprzyjaciel 
czuł się zupełnie bezpieczny. Więc wskazał 
im miejsce i czas, w którym mieli tam zdążyć, a 
resztę zdał na ich męstwo i przemyślność. Oni zaś uradowali się w sercach, gdyż zaraz poznali, 
że mówi do nich wojownik doświadczony i sprawny. Skończywszy kazał im iść za sobą 
i wrócił do swej numy, w której czekali już na niego kniaziowie i bojarzyni setnicy. Tam powtórzył 
rozkazy, wydał nowe, a wreszcie podniósłszy do ust piszczałkę, wyrzeźbioną z wilczej 
kości, wydał donośny i przeraźliwy świst, który usłyszano od jednego do drugiego końca 
obozu. 
 
Na ów odgłos zakotłowało się coś wedle przygasłych ognisk; tu i ówdzie poczęły strzelać 
iskry, potem błysnęły płomyki, które rosły i wzmagały się z każdą chwilą, a przy ich blasku 
widać było dzikie postacie wojowników zbierające się koło stosów z bronią. Bór zadrgał i 
zbudził się. Po chwili z głębin poczęły dochodzić wołania koniuchów pędzących stada ku 
obozowi. 
 
99 
 
 

Rozdział 
osiemnasty 
 
 
Doszli rankiem do Niewiaży i przeprawili się: kto konno, kto przy ogonie końskim, kto na 
pęku łóz. Poszło to tak prędko, że aż Maćko, Zbyszko, Hlawa i ci z Mazurów, którzy przyszli 
na ochotnika, dziwili się sprawności tego ludu i teraz dopiero zrozumieli, dlaczego ni bory, ni 
bagna, ni rzeki nie mogły powstrzymać 
wypraw litewskich. Wyszedłszy z wody żaden nie 
zewlókł odzieży, nie zrzucił kożucha ni wilczury, jeno suszyli się nadstawiając grzbiety słońcu, 
aż dymiło się 
z nich jak ze smolarni – i po małym wypoczynku ruszyli śpiesznym pochodem 
na północ. Ciemnym wieczorem dotarli do Niemna. I tu przeprawa, jako przez rzekę 
wielką a do tego nabrzmiałą wiosennymi wodami, nie była łatwą. Bród, o którym wiedział 
Skirwoiłło, zmienił się 
miejscami w topiel, tak że konie musiały pływać więcej niż na ćwierć 
stajania. Dwóch ludzi uniósł prąd tuż przy boku Zbyszka i Czecha, którzy na próżno chcieli 
ich ratować, albowiem z powodu ciemności i wzburzonej wody rychło stracili ich z oczu, oni 
zaś nie śmieli wołać o ratunek, ponieważ poprzednio wódz wydał rozkaz, aby przeprawa odbyła 
się w jak najgłębszym milczeniu. Jednakże wszyscy inni dotarli szczęśliwie do drugiego 
brzegu, na którym przesiedzieli bez ognia do rana. 
 
O pierwszym brzasku całe wojsko rozdzieliło się 
na dwa oddziały. Z jednym Skirwoiłło 
poszedł w głąb kraju na spotkanie owych rycerzy prowadzących posiłki do Gotteswerder, 
drugi powiódł Zbyszko wstecz ku wyspie, aby zaskoczyć ludziom zamkowym, którzy naprzeciw 
tamtym wyjść chcieli. Dzień czynił się 
w górze jasny i pogodny, ale na dole bór, łęki 
i krze przysłonione były gęstym, białawym oparem, który całkiem zakrywał dal. Była to dla 
Zbyszka i jego ludzi okoliczność pomyślna, albowiem Niemcy ciągnący od zamku nie mogli 
ich z dala dojrzeć i w porę cofnąć się przed bitwą. Młody rycerz rad był z tego niezmiernie i 
tak mówił do jadącego obok Maćka: 
 
– Pierwej uderzym się o siebie, niż się w takim tumanie zobaczym, daj Bóg tylko, aby nie 
zrzedniał choć do południa. 
To rzekłszy poskoczył naprzód, by wydać setnikom jadącym na przodzie rozkazy, niebawem 
jednak wrócił i rzekł: 
 
– Niezadługo trafim na gościniec idący od przewozu przed wyspą do środka kraju. Tam się 
w gęstwinie położym i będziem na nich czekać. 
– Skąd wiesz o gościńcu? – zapytał Maćko. 
– Od chłopów tutejszych, których mam między ludźmi kilkunastu. Oni to wszędy nas prowadzą. 
– A jak daleko od zamku i od wyspy przypadniesz? 
– W mili. 
– To dobrze, bo gdyby było bliżej, mogliby z zamku knechtów w pomoc pchnąć, a tak – 
nie tylko nie nadążą, ale i krzyku nie usłyszą. 
 
– Jużci, że o tym pomyślałem. 
100 
 
 

– Pomyślałeś o jednym, pomyślże i o drugim: jeśli to wierne chłopy, wyślij ich dwóch albo 
trzech naprzód, aby który pierwszy obaczy Niemców, zaraz dawał nam znać, że idą. 
– Ba, już i to zrobione! 
– Tedy jeszcze ci coś powiem. Każ 
stu albo dwustu ludziom, zaraz jak tylko bitka się zacznie, 
nie mieszać się do niej, jeno skoczyć i przeciąć drogę od wyspy. 
– Pierwsza rzecz! – odpowiedział Zbyszko – ale już i takie rozkazy wydane. Wpadną 
Niemce jakoby w potrzask albo jako w oklepce! 
Usłyszawszy to Maćko spojrzał na bratanka życzliwym okiem, rad był bowiem, że Zbyszko 
mimo wczesnych lat życia tak dobrze wojnę rozumiał, więc uśmiechnął się i mruknął: 
 
– Nasza prawa krew! 
Lecz giermek Hlawa uradowany był w duszy jeszcze bardziej od Maćka, gdyż nie było dla 
niego większej nad bitwę rozkoszy. 
 
– Nie wiem – rzekł – jak ci nasi ludzie będą się potykali, ale idą cicho, sprawnie i ochotę 
znać po nich okrutną. Jeżeli ów Skirwoiłło dobrze wszystko wymędrował, to żywa noga nie 
powinna wyjść ze skrzętu. 
– Da Bóg, mało się ich wymknie – odpowiedział 
Zbyszko. – Ale kazałem jak najwięcej 
jeńców brać, a gdyby trafił się między nimi rycerz albo brat zakonny, to już koniecznie nie 
zabijać. 
– A czemu to, panie? – spytał Czech. 
Zbyszko zaś odrzekł: 
– Pilnujcie i wy, aby tak było. Rycerz, jeśli w gości, to włóczy się po miastach, po zamkach, 
siła ludzi widuje i siła nowin słyszy, a jeśli zakonny, to jeszcze więcej. Toć Bogiem a 
prawdą 
po to ja tu przyjechałem, żeby kogoś znaczniejszego pochwycić i zamianę uczynić. 
Jedna mi ta droga ostała... jeżeli jeszcze ostała. 
To rzekłszy dał ostrogi koniowi i znów wysunął się na czoło oddziału, aby wydać ostatnie 
rozporządzenia i uciec razem od smutnych myśli, na które brakło i czasu, albowiem miejsce 
na zasadzkę wybrane nie było już zbyt odległe. 
 
– Czemu to młody pan tuszy, że jego niewiastka jeszcze żyje i że się w tych stronach znajduje? 
– spytał Czech. 
– Bo jeśli jej Zygfryd od razu w Szczytnie w pierwszym zapędzie nie zamordował – odparł 
Maćko – to sprawiedliwie można się spodziewać, że jeszcze żywa. A jeśliby ją był zamordował, 
to by szczytnieński ksiądz nie był nam takich rzeczy opowiadał, które przecie i Zbyszko 
słyszał. Ciężka to rzecz nawet dla największego okrutnika podnieść rękę na niewiastę bezbronną, 
ba! na dziecko niewinne. 
– Ciężka, ale nie dla Krzyżaka. A księcia Witoldowe dzieci? 
– Prawda jest, że wilcze oni serca mają, wszelako i to prawda, że w Szczytnie jej nie zgładził, 
a że sam w tę stronę pociągnął, więc może i ją w którymś zamku ukrył. 
– Hej! żeby się to tak udało tę wyspę i ten zamek ubiec! 
– Spojrzyj jeno na tych ludzi – odrzekł Maćko. 
– Pewnie! pewnie! ale mam ci ja jedną myśl, którą młodemu panu powiem. 
– Choćbyś miał i dziesięć, dzidami murów nie rozwalisz. 
To powiedziawszy ukazał Maćko na szeregi dzid, w które większa część wojowników była 
uzbrojona, po czym zapytał: 
 
– Widziałeś kiedy takie wojsko? 
A Czech rzeczywiście nic podobnego nie widział. Przed nim jechał gęsty zastęp wojowników 
i jechał bezładnie, bo w boru i wśród krzów trudno się było trzymać szeregów. Zresztą 
piesi pomieszani byli z konnymi i by nadążyć krokom końskim, trzymali się grzyw, kulbak i 
ogonów. Barki wojowników pokryte były skórami wilków, rysiów i niedźwiedzi, z głów sterczały 
to kły dzicze, to rogi jelenie, to kosmate uszy, tak że gdyby nie broń stercząca w górę i 
nie smoliste łuki i kobiałki ze strzałami na plecach, patrzącym z tyłu mogłoby się wydać, 
 
101 
 
 

zwłaszcza we mgle, że to całe gromady dzikich leśnych bestii wyruszyły z głębi leśnych mateczników 
– i ciągnął gdzieś na wyraj gnane żądzą krwi lub głodem. Było w tym coś strasznego, 
a zarazem tak niezwyczajnego, jak gdyby się patrzało na ów dziw zwany gomon, w 
czasie którego, jak wierzy prostactwo, zrywają się i idą przed się zwierzęta, a nawet kamienie 
i krzaki. 
 
Toteż na ów widok jeden z owych włodyczków z Łękawicy, którzy przybyli z Czechem, 
zbliżył się do niego, przeżegnał się i rzekł: 
 
– W imię Ojca, i Syna! Dyć ze stadem prawym wilków idziem, nie z ludźmi. 
Hlawa zaś, choć sam pierwszy raz podobne wojsko oglądał, odrzekł jako doświadczony 
człowiek, który wszystko przeznał i niczemu się nie dziwi: 
 
– Wilcy stadem w zimie chadzają, ale krzyżacka jucha smakuje i na wiosnę. 
A rzeczywiście była już wiosna – maj! Leszczyna, którą bór był podszyty, pokryła się jasną 
zielenią. Z mchów puszystych a miękkich, po których stąpały bez szelestu nogi wojowników, 
wydobywały się białe i sinawe sasanki oraz młode jagodzisko i ząbkowana paproć. 
Zmoczone obfitymi dżdżami drzewa pachniały wilgotną korą, a z leśnego podłoża biła surowa 
woń opadłego igliwia i próchna. Słońce grało tęczą na zwieszonych wśród liści kroplach i 
ptactwo głosiło się w górze radośnie. 
 
Oni szli coraz prędzej, bo Zbyszko przynaglał. Po chwili przyjechał znów na tyły oddziału, 
gdzie był Maćko z Czechem i mazurskimi ochotnikami. Nadzieja dobrej bitki widocznie 
ożywiła go znacznie, bo w twarzy nie miał zwykłej troski i oczy świeciły mu po dawnemu. 
 
– Nuże! – zawołał. – W przodku nam teraz iść, nie w ociągu! 
I powiódł ich na czoło oddziału. 
– Słyszycie – rzekł jeszcze – może zaskoczym Niemców niespodzianie; ale jeśli co wymiarkują 
i w szyku zdołają stanąć, to jużci pierwsi uderzym, bo zbroja na nas godniejsza i 
miecze lepsze! 
– Tak ono i będzie! – rzekł Maćko. 
Inni zaś osadzili się mocniej w kulbakach, jakby już zaraz mieli uderzyć. Ten i ów nabrał 
w piersi powietrza i zmacał, czy kord łatwo z pochew wychodzi. 
Zbyszko powtórzył im jeszcze raz, aby jeśli wśród pieszych knechtów znajdą się rycerze 
lub bracia w białych płaszczach na zbroi, nie zabijać ich, jeno w niewolę brać, po czym skoczył 
znów do przewodników i po chwili zatrzymał oddział. 
 
Więc mając więcej rozumu i doświadczenia od Zbyszka pohamował się, odkręcił na powrót 
pas, wypogodził oblicze, poczekał, a następnie gdy księżna po przywitaniu się z Lichtensteinem 
poczęła rozmawiać z księdzem Jakubem z Kurdwanowa, zbliżył się do niej i skłoniwszy 
się głęboko przypomniał jej, co zacz jest i że za swą dobrodziejkę ją poczytuje z przyczyny 
owego listu, którym go swego czasu opatrzyła. 
 
Księżna zaledwie pamiętała jego twarz, ale przypomniała sobie z łatwością i list, i całą 
sprawę. Było jej także wiadomym to, co stało się na sąsiednim dworze mazowieckim; słyszała 
o Jurandzie, o uwięzieniu jego córki, o małżeństwie Zbyszka i o śmiertelnym jego pojedynku 
z Rotgierem. Wszystko to zaciekawiało ją niezmiernie, tak jak jakaś opowieść rycerska 
lub jedna z takich pieśni, jakie wygłaszali u Niemców minstrele, a na Mazowszu gądkowie. 
Krzyżacy nie byli jej wprawdzie tak nienawistni jak żonie Janusza, Annie Danucie, zwłaszcza 
że chcąc ją sobie zjednać przesadzali się dla niej w hołdach, pochlebstwach i obsypywali ją 
hojnie darami; lecz w tym razie serce jej było po stronie kochanków. Gotowa była im pomóc 
 
– i przy tym cieszyło ją, iż ma przed sobą człowieka, który mógł jej najdokładniej przebieg 
zdarzeń opowiedzieć. 
Maćko zaś, który przedtem już postanowił uzyskać jakimkolwiek sposobem opiekę i protekcję 
wpływowej księżny, widząc, z jakim słucha zajęciem, chętnie prawił jej o nieszczęsnych 
losach Zbyszka i Danuśki i prawie do łez ją wzruszył, a to tym bardziej że sam niedolę 
bratanka lepiej niż ktokolwiek odczuwał i z całej duszy nad nią ubolewał. 
 
– Nic rzewliwszego w życiu nie słyszałam – rzekła wreszcie księżna. – A największa żałość 
chwyta mnie wskróś tej przyczyny, że on już tę dzieweczkę zaślubił, już ci była jego, a 
żadnej szczęśliwości nie zaznał. Wszelako – wiecie-li na pewno, że nie zaznał? 
– Hej, mocny Boże! – odparł Maćko – żeby choć był zaznał, ale on ją zaślubił, obłożnie 
chorym będąc wieczorem, a o świtaniu już ją wzięli! 
– Imyślicie, że Krzyżacy? Bo u nas powiadali o zbójach, którzy Krzyżaków zwiedli inną 
dziewkę im oddając. Mówili też o Jurandowym pisaniu... 
– To już nie ludzkie sądy rozstrzygnęły, jeno boskie. Wielki to był, prawią, rycerz Rotgier, 
który najtęższych zwyciężał, a przecież z ręki dzieciucha poległ. 
– No, taki to i dzieciuch – rzekła uśmiechając się księżna – co mu przezpieczniej w drogę 
nie włazić. Krzywda jest – prawda! I słusznie się krzywdujecie, a jednako z tamtych czterech 
trzech już nie żywie, a ten stary, który ostał, ledwie także, jako słyszałam, wydarł sięśmierci. 
– A Danuśka? a Jurand? – odrzekł Maćko – gdzież oni są? Bóg też wie, czy i ze Zbyszkiem 
co złego się nie stało, któren do Malborga pojechał. 
– Wiem, ale Krzyżacy nie całkiem tacy psubraci, jako myślicie. W Malborgu przy boku 
mistrza i jego brata Ulryka, który jest człowiek rycerski, nic się złego bratankowi waszemu 
stać nie mogło, który przecie miał pewnikiem i listy od księcia Janusza. Chyba że tam jakiego 
65 
 
 

rycerza pozwał i poległ, bo w Malborgu siła zawsze najsławniejszych rycerzy ze wszystkich 
stron świata przebywa. 
 
– Ej, nie bardzo już się tam tego boję – rzekł 
stary rycerz. – Byle go do podziemia nie zamknęli, 
byle zdradą nie ubili i byle jakoweśżelaziwo miał w garści – to nie bardzo się boję. 
Raz tylko znalazł się od niego tęższy, któren go w szrankach rozciągnął, a to właśnie książę 
mazowiecki Henryk, ten, co był tu biskupem i co się w gładkiej Ryngalle rozmiłował. Ale 
Zbyszko zgoła był wówczas pacholęciem. Przy tym jednego byłby on tylko jako amen w pacierzu 
pozwał, tego, któremu i ja ślubowałem, a któren tu jest. 
To rzekłszy pokazał oczyma na Lichtensteina, który z wojewodą płockim rozmawiał. 
Lecz księżna zmarszczyła brwi i rzekła surowym, oschłym głosem, którym zawsze mówiła, 
gdy gniew poczynał ją chwytać: 
 
– Ślubowaliście mu czy nie ślubowali, a to pamiętajcie, że on u nas w gościnie; kto naszym 
gościem chce być, powinien obyczajności przestrzegać. 
– Wiem, miłościwa pani – odrzekł Maćko. – Toćżem już okręcił 
pas i do niegom szedł, 
alem się pohamował pomyślawszy, że może posłuje. 
– Bo i posłuje. A człek jest między swymi znaczny, na którego radach sam mistrz siła polega 
i nie byle czego mu odmówi. Bóg to może zdarzył, że go w Malborgu podczas bytności 
waszego bratanka nie było, ile że Lichtensteina, choć z zacnego rodu idzie, powiadają za-
wziętym i mściwym. Poznałże was? 
– Nie bardzo mógł poznać, bo mię mało widział. Na drodze tynieckiej byliśmy w hełmach, 
a potem raz tylko byłem u niego w Zbyszkowej sprawie, ale wieczorem, gdyż było pilno, i raz 
widzieliśmy się w sądzie. Zmieniłem się na gębie od tego czasu i broda znacznie mi posędzielała. 
Uważałem też teraz, że patrzył na mnie, ale widać jeno dlatego, że przydłużej z miłościwą 
panią rozmawiam, gdyż potem oczy całkiem spokojnie w inną stronę obrócił. Zbyszka 
to by był poznał – ale mnie zobaczył, a o moim ślubowaniu może i nie słyszał mając o 
lepszych do myślenia. 
– Jak to o lepszych? 
– Bo jemu pono ślubowali i Zawisza z Garbowa, i Powała z Taczewa, i Marcin z Wrocimowic, 
i Paszko Złodziej, i Lis z Targowiska. Każdy z nich, miłościwa pani, i dziesięciu takim 
by poradził, a cóż dopiero, że ich kupa! Lepiej jemu się było nie rodzić niżeli jeden takowy 
miecz mieć nad głową. A ja nie tylko mu o ślubowaniu nie wspomnę, ale jeszcze w 
pouchwałość się wejść z nim postaram. 
– Czemu zaś tak? 
A twarz Maćka stała się naraz chytra, do głowy starego lisa podobna. 
– Żeby mi jakowe pismo dał, za którym mógłbym przezpiecznie po krajach krzyżackich 
jeździć i Zbyszkowi w razie potrzeby dać poratowanie. 
– Zali to godne czci rycerskiej? – zapytała z uśmiechem księżna. 
– Godne – odrzekł stanowczym głosem Maćko. – Gdybym na ten przykład w bitwie z tyłu 
na niego natarł, a nie zawołał, by się obrócił, jużci bym hańbę na sięściągnął, ale czasu pokoju 
rozumem na hak nieprzyjaciela przywieść – tego siężaden prawy rycerz nie zasroma. 
– To was poznajomię – odrzekła księżna. 
I skinąwszy na Lichtensteina poznajomiła z nim Maćka pomyślawszy, że choćby go Lichtenstein 
poznał, to i tak nie stałoby się nic wielkiego. 
Lecz Lichtenstein nie poznał go, albowiem istotnie na drodze tynieckiej widział go w hełmie, 
a potem raz tylko jeden z nim rozmawiał, i to wieczorem, gdy Maćko przychodził do 
niego prosić 
go o odpuszczenie Zbyszkowej winy. 
 
Skłonił się jednak dość 
dumnie, dopiero ujrzawszy za rycerzem dwóch cudnych, bogato 
ubranych pachołków pomyślał, że nie byle kto takich mieć może, i twarz rozjaśniła mu się 
nieco, jakkolwiek nie przestał wydymać dumnie ust, co czynił zawsze, jeśli nie z panującym 
miał do czynienia. 
 
66 
 
 

A księżna rzekła ukazując Maćka: 
 
– Jedzie ten rycerz do Malborga i ja sama polecam go łasce wielkiego mistrza, ale on po-
słyszawszy o zachowaniu, jakie w Zakonie macie, pragnąłby i od was mieć pismo. 
To rzekłszy odeszła do biskupa, Lichtenstein zaś utkwił w Maćku swe zimne, stalowe oczy 
i zapytał: 
 
– Jakiż powód skłania was, panie, do odwiedzenia naszej pobożnej i skromnej stolicy? 
– Uczciwy powód i pobożny powód – odrzekł wznosząc źrenice Maćko. – Gdybyś było 
inaczej, nie uręczałaby za mną miłościwa księżna. Ale prócz ślubów pobożnych, chciałbym 
też i mistrza waszego poznać, któren pokój na ziemi czyni, a jest najsławniejszym na świecie 
rycerzem. 
– Za kogo księżna miłościwa, pani nasza i dobrodziejka uręcza, ten nie będzie narzekał na 
naszą ubogą gościnność; wszelako co do mistrza trudno będziecie go mogli obaczyć, bo przed 
miesiącem już do Gdańska wyjechał, a stamtąd miał do Królewca i dalej ku granicy ruszyć, 
gdyż choć miłośnik pokoju, musi przecie od zdradzieckich Witoldowych zapędów dziedziny 
zakonnej bronić. 
Usłyszawszy to Maćko zafrasował się tak widocznie, że Lichtenstein, przed którego oczyma 
nic nie mogło się ukryć, rzekł: 
 
– Widzę, że równą mieliście chęć poznać wielkiego mistrza jak dopełnićślubów zakonnych. 
– Miałem ci ją, miałem! – odrzekł prędko Maćko. – Więc to już wojna z Witoldem o 
Żmujdź pewna? 
– Sam ją rozpoczął podając wbrew przysięgom pomoc buntownikom. 
Nastała chwila milczenia. 
– Ha! niech ta Bóg szczęści Zakonowi, jak na to zasługuje! – rzekł wreszcie Maćko. – Nie 
mogę mistrza poznać, to choćślubów dopełnię. 
Lecz wbrew tym słowom sam nie wiedział, co ma na razie począć, i z uczuciem ogromnego 
strapienia zadawał sobie w duszy pytanie: 
 
„Gdzie ja mam teraz Zbyszka szukać i gdzie go odnajdę?” 
 
Łatwo było przewidzieć, że jeśli mistrz opuścił Malborg i udał się na wojnę, to nie ma co 
 
szukać w Malborgu i Zbyszka – a w każdym razie trzeba o nim dokładniejszych wiadomości 
zasięgnąć. Stary Maćko zatroskał się wielce, ale że był człek prędki do rady, postanowił czasu 
nie tracić i zaraz nazajutrz ruszyć w dalszą drogę. Uzyskanie listu od Lichtensteina przy poparciu 
księżny Aleksandry, w której komtur miał nieograniczone zaufanie, przyszło mu łatwo. 
Otrzymał tedy polecenie do starosty w Brodnicy i do wielkiego szpitalnika w Malborgu, za 
które darował 
jednak Lichtensteinowi spory srebrny pucharek, ozdobnie wykuty we Wrocławiu, 
taki, jaki rycerze mieli zwyczaj stawiać napełniony winem na noc przy łożu, aby w razie 
bezsenności mieć pod ręką i lekarstwo na sen, i uciechę. Hojność ta Maćkowa zdziwiła nieco 
Czecha, który wiedział, iż stary rycerz nie był zbyt pochopny do obsypywania darami nikogo, 
a zwłaszcza Niemców – lecz ów rzekł: 
 
– Uczyniłem tak, bom mu ślubował i potykać się z nim muszę, a nijak by mi było nastawać 
na gardło człeka, który mi usługę oddał. Nie nasz to obyczaj bić w dobrodzieja... 
– Ale zacnego pucharka szkoda! – odpowiedział trochę przekornie Czech. 
Na to zaś Maćko: 
– Nie czynię ja nic przez rozmysłu, nie bój się! Bo jeśli mi Pan Jezus miłosierny pozwoli 
Niemca powalić, to jużci i pucharek odzyszczę, i siła innych godnych rzeczy wraz z nim zdobędę. 
Po czym jęli naradzać się obaj, a z nimi Jagienka, co czynić dalej. Maćkowi przechodziło 
przez rozum, aby i ją, i Sieciechównę zostawić w Płocku pod opieką księżny Aleksandry, a to 
z powodu opatowego testamentu, który był złożony u biskupa. Lecz dziewczyna sprzeciwiła 
się temu całą siłą swej niezłomnej woli. Prawda, że sporzej by było jechać bez nich, bo nie 
 
67 
 
 

trzeba by na noclegach osobnych izb wyszukiwać ani też oglądać się na obyczajność, na bezpieczeństwo 
i różne inne tego rodzaju przyczyny. Ale przecie nie po to wyjechały ze Zgorzelic, 
by siedzieć w Płocku. Testament, skoro jest u biskupa, to nie przepadnie, a co do nich, 
gdyby się pokazało, że muszą gdzie po drodze ostać, to lepiej by im było ostać się na opiece u 
księżny Anny, nie u Aleksandry, bo na tamtym dworze mniej nawidzą Krzyżaków, a więcej 
miłują Zbyszka. Rzekł wprawdzie na to Maćko, że rozum nie niewieścia rzecz i że nie przystoi 
dziewce „dowodzić”, tak jakby naprawdę ten rozum miała – nie sprzeciwił się jednak 
stanowczo, a wkrótce ustąpił całkiem, gdy Jagienka odciągnąwszy go na bok poczęła mówić 
ze łzami w oczach: 
 
– Wiecie!... Bóg patrzy na moje serce, że co rania i co wieczora proszę go za oną Danuśkę, 
ba i o Zbyszkową szczęśliwość! Bóg to w niebiesiech wie najlepiej! Ale i Hlawa, i wy powiadacie, 
że już ona zginęła i że żywa z krzyżackich rąk nie wyjdzie – co jeśli tak ma być, to ja... 
Tu zawahała się nieco, wezbrane łzy stoczyły się jej z wolna po jagodach i skończyła po 
cichu: 
 
– To ja chcę być Zbyszka blisko... 
Maćka wzruszyły te łzy i słowa, jednak odrzekł: 
– Jeśli tamta zginie, Zbyszko z żałości ani na cię spojrzy. 
– Ja też nie chcę, by na mnie spoglądał, jeno chcę być przy nim. 
– Wiesz przecie, że ja tego samego bym chciał, co i ty; ale on w pierwszym żalu gotów cię 
jeszcze zwymyślać... 
– Niech tam i zwymyśla – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. – Ale tego nie uczyni, 
bo nie będzie wiedział, że to ja. 
– Pozna cię. 
– Nie pozna. Wyście także nie poznali. Powiecie mu, że to nie ja, jeno Jaśko, a Jaśko przecie 
całkiem z gęby do mnie podobny. Powiecie mu, że urósł i tyla, a jemu nawet przez głowę 
nie przejdzie, by zaś to nie był Jaśko... 
Na to stary rycerz wspomniał coś jeszcze o kolanach k’sobie, ale że kolana k’sobie miewali 
czasem i chłopaki, więc nie mogło to być przeszkodą, zwłaszcza że Jaśko miał istotnie 
twarz prawie taką samą, a włosy po ostatnich postrzyżynach wyrosły mu znów długie – i nosił 
je w pątliku, tak jak inne szlachetne pacholęta i sami rycerze. Z tych przyczyn ustąpił Maćko i 
poczęli mówić już o drodze. Mieli wyruszyć nazajutrz. Postanowił Maćko puścić się w krzyżackie 
kraje, dotrzeć do Brodnicy, tam zasięgnąć języka i gdyby mistrz był wbrew przewidywaniom 
Lichtensteina jeszcze w Malborgu, to jechać do Malborga, w razie zaś przeciwnym 
pociągnąć krzyżacką granicę w stronę Spychowa przepytując po drodze o młodego polskiego 
rycerza i jego poczet. Stary rycerz spodziewał się nawet, że łacniej się czegoś dowie o Zbyszku 
w Spychowie lub na dworze księcia Janusza warszawskiego niż gdzie indziej. 
 
Jakoż nazajutrz wyruszyli. Wiosna już uczyniła się zupełna, więc rozlewy wód, a mianowicie 
Skrwy i Drwęcy, tamowały drogę, taki że dopiero dziesiątego dnia po opuszczeniu 
Płocka przejechali granicę i znaleźli się w Brodnicy. Miasteczko czyste było i porządne, ale 
zaraz na wstępie można było poznać twarde rządy niemieckie, albowiem ogromna murowana 
szubienica2, wzniesiona za miastem przy drodze do Gorczenicy, ubrana była ciałami wisielców, 
z których jedno było kobiece. Na strażniczej wieży i na zamku powiewała chorągiew z 
czerwoną ręką w białym polu. Samego komtura nie zastali jednak podróżni na miejscu, albowiem 
pociągnął był z częścią załogi i na czele okolicznej szlachty do Malborga. Objaśnienia 
te dał Maćkowi stary Krzyżak, ślepy na oba oczy, który był niegdyś komturem Brodnicy, 
później zaś przywiązawszy się do miejsca i zamku, przeżywał w nich ostatki żywota. Ów, 
gdy kapelan miejscowy przeczytał mu list Lichtensteina, przyjął Maćka gościnnie, że zaś 
mieszkając wśród polskiej ludności umiał wybornie po polsku, przeto łatwo było się z nim 
 
2 Szczątki tej szubienicy dochowały się do r. 1818. 
 
68 
 
 

rozmówić. Zdarzyło się też, iż przed sześciu tygodniami jeździł do Malborga, dokąd wzywano 
go jako doświadczonego rycerza na radę wojenną, wiedział więc, co się 
w stolicy działo. 
Zapytywany o młodego polskiego rycerza, mówił, że nazwiska nie pomni, ale że słyszał o 
jakowymś, który naprzód budził podziw tym, że pomimo młodych lat przybył jako rycerz już 
pasowany, a po wtóre potykał się szczęśliwie w turnieju, który wielki mistrz urządził wedle 
zwyczaju dla cudzoziemskich gości przed wyruszeniem na wojenną wyprawę. Powoli przypomniał 
sobie nawet, iż owego rycerza polubił i wziął w szczególną opiekę mężny i szlachetny 
brat mistrzów, Ulryk von Jungingen, i że dał mu żelazne listy, z którymi młodzian później 
odjechał podobno w stronę wschodnią. Maćko ucieszył się z tych wiadomości ogromnie, nie 
miał bowiem najmniejszej wątpliwości, że tym młodym rycerzem był Zbyszko. Wobec tego 
nie było chwilowo po co jechać 
do Malborga, bo jakkolwiek wielki szpitalnik lub inni pozostali 
tam urzędnicy zakonni i rycerze mogliby może jeszcze dokładniejszych udzielić wskazówek, 
jednakowożżadną miarą nie mogli powiedzieć, gdzie na razie bawi Zbyszko. Zresztą 
sam Maćko wiedział najlepiej, gdzie go znaleźć, nietrudno bowiem było domyślić się, że krąży 
koło Szczytna albo jeżeli tam Danusi nie znalazł, czyni poszukiwania po dalszych 
wschodnich zamkach i komturiach. 
 
Nie tracąc więc czasu ruszyli i oni krzyżackim krajem ku wschodowi i Szczytnu. Droga 
szła im sporo, gdyż gęste miasta i miasteczka połączone były gościńcami, które Krzyżacy, a 
raczej kupcy w miastach osiedli, w dobrym utrzymywali stanie, prawie nie gorszym niż polskie, 
które powstały pod opieką 
gospodarnej i sprężystej króla Kazimierzowej ręki. Przy tym 
pogoda nastała cudna. Noce były gwiaździste, dni jasne, a w porze południowego udoju powiewał 
ciepły, suchy wiaterek, który zapełniał czerstwością i zdrowiem piersi ludzkie. Zazieleniły 
się zboża na polach, łąki pokryły się hojnie kwieciem, a lasy sosnowe poczęły ronić 
wońżywiczną. Przez całą drogę 
do Lidzbarku, a stamtąd do Działdowa i dalej od Niedzborza 
podróżni nie widzieli ani chmurki na niebie. W Niedzborzu dopiero w nocy przyszła ulewa z 
grzmotami, które pierwszy raz tej wiosny słyszano, ale trwała krótko i nazajutrz rozbłysnął 
znów poranek przejasny, różowy, złoty i tak świetlisty, że jak okiem sięgnąć wszystko lśniło 
jednym bisiorem brylantów i pereł, cała zaś kraina zdawała się uśmiechać niebu i radować się 
z bujnego życia. 
 
W taki to ranek wykręcili z Niedzborza ku Szczytnu. Granica mazowiecka nie była daleko 
i łatwo by im przyszło nawrócić do Spychowa. Była chwila nawet, że Maćko chciał to uczynić, 
ale rozważywszy wszystko, wolał dotrzeć wprzód do strasznego krzyżackiego gniazda, w 
którym tak ponuro rozstrzygnęła się część 
Zbyszkowych losów. Wziąwszy więc chłopa przewodnika 
kazał mu prowadzić poczet ku Szczytnu, choć 
i przewodnik nie był konieczny, albowiem 
z Niedzborza szedł prosty gościniec, na którym niemieckie mile były białymi kamieniami 
znaczone. 
 
Przewodnik jechał kilkadziesiąt kroków naprzód, za nim konno Maćko z Jagienką, następnie 
dość 
daleko za nimi Czech ze śliczną Sieciechówną, a dalej szły wozy otoczone przez 
zbrojnych pachołków. Ranek był wczesny. Różana barwa nie zeszła jeszcze ze wschodniej 
strony nieba, choć słońce świeciło już zmieniając na opale krople rosy na drzewach i trawach. 
 
– Nie boisz się jechać do Szczytna? – zapytał Maćko. 
– Nie boję się – odrzekła Jagienka. – Pan Bóg nade mną, bom sierota. 
– Bo tam nijakiej wiary nie dotrzymują. Najgorszy pies był ci wprawdzie ów Danveld, którego 
Jurand razem z Gotfrydem zgładził... Tak powiadał Czech. Drugi po Danveldzie był 
Rotgier, który legł od Zbyszkowego topora, ale i ten stary jest okrutnik, diabłu zaprzedan... 
Ludzie nic dobrze nie wiedzą, wszelako ja tak myślę, że jeśli Danuśka zginęła, to z jego ręki. 
Gadają, że spotkała go też jakowaś przygoda – ale księżna powiedziała mi w Płocku, że się 
wykręcił. Z nim to będziemy mieli w Szczytnie sprawę. Dobrze, że mamy pismo od Lichtensteina, 
bo jego się podobno gorzej psubraty boją niż samego mistrza... Że to, prawią, powagę 
69 
 
 

ma okrutną i zachowanie wielkie, a przy tym mściwy jest. Najmniejszej krzywdy nie daruje... 
Bez tego pisma nie jechałby ja tak spokojnie do Szczytna. 
 
– A ówże stary jako się zowie? 
– Zygfryd de Löwe. 
– Bóg da, że damy sobie i z nim rady. 
– Bóg da! 
Tu Maćko roześmiał się i po chwili począł mówić: 
– Powiada do mnie księżna w Płocku: „Krzywdujecie się, krzywdujecie jako baranki na 
wilków, a tu, powiada, z tych wilków trzech już nie żywie, bo ich niewinne baranki zdusiły”. 
I prawdę rzekłszy, tak to i jest... 
– A Danuśka? a jej rodzic? 
– To samo powiedziałem księżnie. Ale w duszy rad jestem, iże się pokazuje, jako i nas 
krzywdzić jest nieprzezpieczna rzecz. Juści wiemy, jak toporzysko chycić w garść i godnie 
nim machnąć! A co do Danuśki i Juranda, to prawda. Ja myślę tak samo jak i Czech, że ich 
już na świecie nie ma, ale w rzeczy to nikt dobrze nie wie... Tego Juranda też mi żal, bo i za 
życia się boleści o dziewczynę najadł, i jeżeli zginął, to ciężkąśmiercią. 
– Co go kto przy mnie wspomni, to zaraz o tatusiu myślę, którego też na świecie nie ma – 
odpowiedziała Jagienka. 
I tak mówiąc podniosła zwilżone, śliczne oczy ku górze. Maćko zaś pokiwał głową i rzekł: 
 
– W Bożym on wiecu i w światłości wiekuistej na pewno, bo lepszego od niego człowieka 
chyba w całym naszym królestwie nie było... 
– Oj, nie było ci, nie było! – westchnęła Jagienka. 
Lecz dalszą rozmowę przerwał im chłop przewodnik, który powstrzymał nagle źrebca, a 
następnie zawrócił go, przyleciał pędem do Maćka i zawołał jakimś dziwnym, wylęknionym 
głosem: 
 
– O dla Boga! Patrzcie no, panie rycerzu, kto to ku nam z pagórka idzie. 
– Kto, gdzie? – zawołał Maćko. 
– A owdzie! Chyba wielgolud czy co... 
Maćko z Jagienką wstrzymali stępaki, spojrzeli we wskazanym przez przewodnika kierunku 
i istotnie oczy ich ujrzały na wyniosłości pagórka, na pół albo i więcej stajania jakowąś 
postać, której wymiary zdawały się znacznie przenosić zwykłe ludzkie kształty. 
 
– Sprawiedliwie mówi, że chłop jest duży – mruknął Maćko. 
Potem zmarszczył się, splunął nagle w bok i rzekł: 
– Na psa urok! 
– Czemu zaś 
zaklinacie? – spytała Jagienka. 
– Bom wspomniał, jako w taki sam ranek obaczyliśmy ze Zbyszkiem na drodze z Tyńca do 
Krakowa takiego samego niby wielkoluda. Powiadali wówczas, że to Walgierz Wdały. Ba! 
pokazało się, że to był pan z Taczewa, ale też nic dobrego z tego nie wypadło. Na psa urok. 
– To nie rycerz, bo piechtą idzie – rzekła wytężając wzrok Jagienka. – I widzę nawet, że 
nijakiej broni nie ma, jeno kostur w lewej ręce dzierży... 
– I maca nim przed sobą, jakby była noc – dodał Maćko. 
– I ledwie się rusza. Pewnie! Ślepy chyba czy co? 
– Ślepy jest, ślepy! jako żywo! 
Ruszyli końmi i po niejakim czasie zatrzymali się naprzeciw dziada, który schodząc z pagórka 
niezmiernie powoli szukał przed sobą kosturem drogi. 
Był to starzec rzeczywiście ogromny, chociaż widziany z bliska przestał im się wydawać 
wielkoludem. Sprawdzili też, że był zupełnie ślepy. Zamiast oczu miał dwie czerwone jamy. 
Brakło mu również prawej dłoni, na miejscu której nosił węzeł uczyniony z brudnej szmaty. 
Białe włosy spadały mu aż na ramiona, a broda sięgała pasa. 
 
70 
 
 

– Nie ma chudzina ni pacholęcia, ni psa i sam omackiem drogi szuka – ozwała się Jagienka. 
– Dla Boga, nie możem go przecie bez pomocy ostawić. Nie wiem, czy mnie będzie rozumiał, 
ale przemówię do niego po naszemu. 
To rzekłszy zeskoczyła żywo ze stępaka i zatrzymawszy się tuż przed dziadem poczęła 
szukać pieniędzy w skórzanej kalecie wiszącej u jej pasa. 
Dziad też usłyszawszy przed sobą tupot koński i gwar wyciągnął przed siebie kostur i podniósł 
do góry głowę, jak czynią ludzie ślepi. 
 
– Pochwalony Jezus Chrystus! – rzekła dziewczyna. – Rozumiecie, dziadku po krześcijańsku? 
Ów zaś usłyszawszy jej słodki, młody głos, drgnął, przez twarz przeleciał mu jakiś dziwny 
błysk, jakby wzruszenia i rozrzewnienia, nakrył powiekami swe puste jamy oczne i nagle, 
rzuciwszy kostur, padł przed nią na kolana, z wyciągniętymi w górę ramionami. 
 
– Wstańcie, i tak was wspomogę. Co wam jest? – spytała ze zdziwieniem Jagienka. 
Lecz on nie odpowiedział nic, tylko dwie łzy spłynęły mu po policzkach, a z ust wyszedł 
podobny do jęku głos: 
 
– Aa! a! 
– Na miłosierdzie boskie! niemowaście czy jak? 
– Aa! a! 
To wygłosiwszy podniósł dłoń; naprzód uczynił nią znak krzyża, potem jął wodzić lewą 
dłonią wzdłuż ust. 
Jagienka nie zrozumiawszy spojrzała na Maćka, który rzekł: 
 
– Chyba coś ci takiego pokazuje, jakby mu język urznęli. 
– Urznęli wam język? – spytała dziewczyna. 
– A! a! a! a! – powtórzył kilkakrotnie dziad kiwając przy tym głową. 
Po czym wskazał palcami na oczy, następnie wysunął prawe ramię bez dłoni, a lewą wykonał 
ruch do cięcia podobny. 
Teraz zrozumieli go oboje. 
 
– Kto wam to uczynił? – spytała Jagienka. 
Dziad zrobił 
znów kilkakrotnie znak krzyża w powietrzu. 
– Krzyżacy! – zakrzyknął Maćko. 
Starzec opuścił na znak potwierdzenia głowę na piersi. 
Nastała chwila milczenia, tylko Maćko i Jagienka spoglądali na się z niepokojem, mieli 
bowiem przed sobą jawny dowód tego braku miłosierdzia i braku miary w karaniu, jakimi 
odznaczali się rycerze zakonni. 
 
– Srogie rządy! – rzekł wreszcie Maćko – i ciężko go pokarali, a Bóg wie, czy słusznie. 
Nie dopytamy się o to. Żeby choć wiedzieć, gdzie go odwieźć, bo to musi być człek z tych 
okolic. Po naszemu rozumie, gdyż tu prosty naród taki jest jako i na Mazowszu. 
– Rozumiecie przecie, co mówimy? – spytała Jagienka. 
Dziad potwierdził głową. 
– A tutejsiście? 
– Nie – odpowiedział na migi starzec 
– Zaś może z Mazowsza? 
– Tak. 
– Spod księcia Janusza? 
– Tak. 
– A cóżeście u Krzyżaków robili? 
Starzec nie umiał odpowiedzieć, lecz twarz jego przybrała w jednej chwili wyraz tak niezmiernego 
bólu, że litościwe serce Jagienki zadrgało tym większym współczuciem, a nawet 
Maćko, chociaż nie byle co wzruszyć go mogło, rzekł: 
 
– Pewnikiem skrzywdzili go, psubraty, może i bez jego winy. 
71 
 
 

Jagienka zaś wetknęła w dłoń nędzarza kilka drobnych pieniążków. 
 
– Słuchajcie – rzekła. – Nie opuścim was. Pojedziecie z nami na Mazowsze i w każdej wsi 
będziemy was pytać, czy nie wasza. Może się jako dogadamy. Wstańcie jeno teraz, boć my 
przecie nie święci. 
Lecz on nie wstał, owszem pochylił się i objął jej nogi jakby w opiekę się oddając i dziękując, 
przy czym jednak pewne zdziwienie, a nawet jakby zawód mignęły mu na obliczu. Być 
może, iż miarkując z głosu sądził, iż stoi przed dziewczyną, tymczasem dłoń jego trafiła na 
jałowicze skórznie, jakie w podróży nosili rycerze i giermkowie. 
 
Ona zaś rzekła: 
 
– Tak i będzie. Przyjdą 
wnet nasze wozy, to sobie odpoczniecie i pożywicie się. Ale na 
Mazowsze nie od razu pojedziecie, bo przedtem trzeba nam do Szczytna. 
Na to słowo starzec zerwał się na równe nogi. Zgroza i zdumienie odbiły mu się na twarzy. 
Roztworzył ramiona, jakby chcąc zagrodzić drogę, a z ust poczęły mu się wydobywać dzikie i 
jak gdyby pełne przerażenia dźwięki. 
 
– Co wam? – zawołała przelękniona Jagienka. 
Lecz Czech, który już przedtem był z Sieciechówną nadjechał i od pewnego czasu wpatrywał 
się uporczywie w dziada, zwrócił się nagle do Maćka ze zmienioną twarzą i dziwnym 
jakimś głosem rzekł: 
 
– Na rany boskie! pozwólcie, panie, bym do niego przemówił, bo ani wiecie, kto on może 
być! 
Po czym nie pytając o pozwolenie poskoczył do dziada, położył mu ręce na barkach i jął 
pytać: 
 
– Ze Szczytna idziecie? 
Starzec jakby uderzony dźwiękiem jego głosu uspokoił się i skinął głową. 
– A nie szukaliście tam dziecka?... 
Głuchy jęk był jedyną odpowiedzią na to pytanie. 
Wówczas Hlawa przybladł nieco, chwilę jeszcze wpatrywał się 
swym rysim wzrokiem w 
rysy starca, po czym rzekł z wolna i dobitnie: 
 
– To wyście Jurand ze Spychowa! 
– Jurand! – zakrzyknął Maćko. 
Lecz Jurand zachwiał się w tej chwili i omdlał. Przebyte męki, brak pożywienia, trudy podróży 
obaliły go z nóg. Oto dziesiąty już dzień upływał, jak szedł po omacku, błądząc i szukając 
przed sobą 
kijem drogi, o głodzie, w utrudzeniu i niepewności, dokąd idzie. Nie mogąc 
pytać o drogę, w dzień kierował się tylko ciepłem promieni słonecznych, noce spędzał w rowach 
przy gościńcu. Gdy zdarzyło mu się przechodzić przez wieś, osadą lub gdy spotykał 
ludzi naprzeciw idących, dłonią i głosem żebrał o jałmużny, lecz rzadko kiedy wspomogła go 
litościwa ręka, powszechnie bowiem brano go za zbrodniarza, którego dosięgła pomsta prawa 
i sprawiedliwości. Od dwóch dni żywił się korą drzewną i liśćmi i już był zwątpił, czy trafi 
kiedykolwiek na Mazowsze – aż tu nagle otoczyły go litościwe swojackie serca i swojskie 
głosy, z których jeden przypomniał mu słodki głos córki – a gdy w końcu wymieniono jeszcze 
i jego imię, przebrała się wreszcie miara wzruszeń, serce ścisnęło mu się w piersi, myśli 
zakręciły się wichrem w głowie i byłby zwalił się twarzą w proch gościńca, gdyby nie podtrzymały 
go krzepkie ramiona Czecha. 
 
Maćko zeskoczył z konia, po czym obaj wzięli go, ponieśli ku taborkowi, a następnie ułożyli 
na wymoszczonym sianem wozie. Tam Jagienka z Sieciechówną ocuciwszy go nakarmiły 
i napoiły winem, przy czym Jagienka widząc, że nie może utrzymać kubka, sama podawała 
mu napój. Zaraz potem chwycił go nieprzeparty kamienny sen, z którego dopiero na trzeci 
dzień miał się obudzić. 
 
Oni zaś złożyli tymczasem prędką doraźną naradę. 
 
72 
 
 

– Krótko rzekę – ozwała się Jagienka. – Nie do Szczytna teraz jechać, ale do Spychowa, by 
go w przezpiecznym miejscu między swoimi we wszelakim starunku zostawić. 
– Obacz, jak się to rządzisz! – odpowiedział Maćko. – Do Spychowa trzeba go odesłać, ale 
niekoniecznie mamy wszyscy jechać, bo z nim może jeden wóz pójść. 
– Nie rządzę ja się, jeno tak mniemam, że siła możemy się od niego i o Zbyszku, i o Danuśce 
dowiedzieć. 
– A po jakiemu będziesz z nim gadać, kiedy języka nie ma? 
– A któż jak nie on pokazał wam, że nie ma? Widzicie, że i bez gadania dowiedzieliśmy 
się wszystkiego, czego nam było trzeba, a cóż dopiero, gdy się do jego pokazywania głową i 
rękoma wezwyczaim! Spytacie go na ten przykład, czy wracał 
Zbyszko z Malborga do 
Szczytna, to jużci albo skinie głową, albo zaprzeczy. I to samo o innych rzeczach. 
– Prawda jest! – zawołał Czech. 
– Nie sprzeczam się i ja też, że prawda – rzekł Maćko – i sam takową myśl miałem, jeno u 
mnie pierwsza rozwaga, a gęba potem. 
To rzekłszy kazał zawrócić taborkowi ku mazowieckiej granicy. W czasie drogi Jagienka 
raz po raz podjeżdżała do wozu, na którym leżał Jurand, bojąc się, aby nie zamarł we śnie. 
 
– Nie poznałem go – mówił Maćko – ale i nie dziwota. Chłop był jak tur! Powiadali o nim 
Mazurowie, że on jeden między nimi mógłby się był z samym Zawiszą potykać – a teraz iście 
kościotrup. 
– Chodziły słuchy – rzekł Czech – że go mękami zmożyli, ale poniektóry i wierzyć nie 
chciał, by zaś chrześcijanie tak mieli postąpić z pasowanym rycerzem, który teżświętego Jerzego 
ma za patrona. 
– Bóg dał, że go Zbyszko choć w części pomścił. No, ale patrzcie, jakowa jest między nami 
a nimi różnica. Prawda! Z czterech psubratów trzech już legło – ale w bitwie legli i nikt 
żadnemu języka w niewoli nie obrzezał ani też oczu nie wyłuskiwał. 
– Bóg ich pokarze – rzekła Jagienka. 
Lecz Maćko zwrócił się do Czecha? 
– A tyś jak go uznał? 
– Zrazum go też nie uznał, chociażem go później, panie, od was widział. Ale mi coś tam 
chodziło po głowie i im więcej mu się przypatrywałem, tym więcej chodziło... Ba! brody nie 
miał ni białych włosów, możny był pan a potężny; jakoże go było w takim dziadzie uznać! 
Ale gdy panienka rzekła, że jedziem do Szczytna, a on wyć począł, zaraz mi się oczy otwarły. 
Maćko zamyślił się. 
 
– Ze Spychowa trzeba by go księciu zawieść, który przecież takiej krzywdy znacznemu 
człowiekowi wyrządzonej płazem puścić nie może. 
– Wyprą się, panie; porwali mu zdradą dziecko i wyparli się, a o panu ze Spychowa powiedzą, 
że w bitwie i język, i rękę, i oczy utracił. 
– Słusznie – rzekł Maćko. – Toćże oni i samego księcia swego czasu porwali. Nie może 
on z nimi wojować, bo nie podoła, chybaby mu nasz król pomógł. Gadają ludzie i gadają o 
wielkiej wojnie, a tu ani małej nie ma. 
– Jest z księciem Witoldem. 
– Chwalić Boga, że choć ten ich za nic ma... Hej! Kniaź Witold to mi kniaź! A chytrością 
go też nie zmogą, bo on jeden chytrzejszy niż oni wszyscy razem. Bywało, przycisną go, 
psiajuchy, tak, że zguba nad nim jako miecz nad głową, a on się jako wąż wyśliźnie i zaraz 
ich ukąsi... Strzeż go się, gdy cię bije, ale bardziej się strzeż, gdy cię głaszcze. 
– Takiż on jest ze wszystkimi? 
– Nie ze wszystkimi, jeno z Krzyżaki. Z innymi dobry i hojny kniaź! 
Tu zamyślił się Maćko, jakby chcąc lepiej sobie Witolda przypomnieć. 
– Całkiem to inny człowiek niż tutejsi książęta – rzekł poważnie. – Powinien był Zbyszko 
do niego się udać, bo i pod nim, i przez niego najwięcej można przeciw Krzyżakom wskórać. 
73 
 
 

Po chwili zaś dodał: 
 
– Kto wie, czy się tam jeszcze obaj nie znajdziem, gdyż tam i pomstę można mieć najsłuszniejszą. 
Potem znów mówił 
o Jurandzie, o jego nieszczęsnym losie i niewypowiedzianych krzywdach, 
jakich od Krzyżaków doznał, którzy naprzód bez żadnej przyczyny zamordowali mu 
umiłowanążonę, a potem zemstą płacąc za zemstę 
porwali dziecko – i samego umęczyli tak 
okrutnymi mękami, że i Tatarzy nie umieliby lepszych obmyślić. Maćko i Czech zgrzytali 
zębami na myśl, że nawet i w wypuszczeniu go na wolność było nowe wyrachowane okrucieństwo. 
Stary rycerz obiecał też sobie w duszy, że postara się wywiedzieć 
dobrze, jako to 
wszystko było, a potem zapłacić z nawiązką. 
 
Na takich rozmowach i myślach schodziła im droga do Spychowa. Po dniu pogodnym nastała 
noc cicha, gwieździsta, więc nie zatrzymywali się nigdzie na nocleg, trzykrotnie tylko 
popaśli obficie konie, po ciemku jeszcze przejechali granicę i nad ranem stanęli pod wodzą 
najętego przewodnika na ziemi spychowskiej. Stary Tolima trzymał widocznie tam wszystko 
żelazną ręką, gdyż zaledwie zapuścili się w las, wyjechało naprzeciw dwóch zbrojnych pachołków, 
którzy jednak widząc nie żadne wojsko, lecz niewielki poczet, nie tylko przepuścili 
ich bez pytania, ale przeprowadzili przez niedostępne dla nie znających miejscowości rozlewiska 
i moczary. 
 
W gródku przyjęli gości Tolima i ksiądz Kaleb. Wieść, że pan przybył, przez zbożnych ludzi 
odwiezion, błyskawicą rozleciała się między załogą. Dopiero gdy zobaczyli, jakim wyszedł 
z rąk krzyżackich – wybuchła taka burza gróźb i wściekłości, że gdyby w podziemiach 
spychowskich znajdował się jeszcze jaki Krzyżak, żadna moc ludzka nie zdołałaby go wybawić 
od strasznej śmierci. 
 
Konni „parobje” chcieli i tak zaraz siadać na koń, skoczyć 
ku granicy, złapać co się da 
Niemców i głowy ich rzucić pod nogi panu, ale okiełznał tę ich chęć Maćko, który wiedział, 
że Niemcy siedzą po miasteczkach i gródkach, a wieśniacza ludność tej samej jest krwi, jeno 
że pod obcą przemocążyje. Ale ani ów rozgwar, ani okrzyki, ani skrzypienie żurawi studziennych 
nie zdołały rozbudzić Juranda, którego z wozu przeniesiono na skórze niedźwiedziej 
do jego izby na łoże. Został przy nim ksiądz Kaleb, przyjaciel od dawnych lat, a tak jak 
rodzony kochający, który począł błagalną modlitwę, aby Zbawiciel świata wrócił nieszczęsnemu 
Jurandowi i oczy, i język, i rękę. 
 
Znużeni drogą podróżni poszli też po spożyciu rannego posiłku na spoczynek. Maćko zbudził 
się dobrze już z południa i kazał pachołkowi przywołać do siebie Tolimę. 
 
I wiedząc poprzednio od Czecha, że Jurand przed wyjazdem nakazał wszystkim posłuch 
dla Zbyszka i że mu dziedzinę na Spychowie przez usta księdza przekazał, rzekł do starego 
głosem zwierzchnika: 
 
– Jam jest stryj waszego młodego pana i póki nie wróci, moje tu będą rządy. 
Tolima schylił swą siwą głowę, nieco do głowy wilczej podobną, i otoczywszy dłonią 
ucho, zapytał: 
 
– To wyście, panie, szlachetny rycerz z Bogdańca? 
– Tak jest – odrzekł Maćko. – Skąd o mnie wiecie? 
– Bo się tu was spodziewał i pytał o was młody pan, Zbyszko 
Usłyszawszy to Maćko zerwał się na równe nogi i zapominając o swej powadze zakrzyknął: 
 
 
– Zbyszko w Spychowie? 
– Był, panie; dwa dni temu wyjechał. 
– Na miły Bóg! skąd przybył i dokąd pojechał? 
– Przybył z Malborga, a po drodze był w Szczytnie, dokąd zaś wyjechał, nie powiedział. 
– Nie powiedział? 
– Może księdzu Kalebowi powiadał. 
74 
 
 

– Hej, mocny Boże, tośmy się rozminęli – mówił uderzając się dłońmi po udach Maćko. 
Tolima zaś otoczył dłonią i drugie ucho: 
– Jako powiadacie, panie? 
– Gdzie jest ksiądz Kaleb? 
– U pana starszego, przy łożu. 
– Przyzwijcie go! Albo nie... Sam do niego pójdę. 
– Przyzwę 
go! – rzekł stary. 
I wyszedł. Lecz nim przyprowadził księdza, weszła Jagienka. 
– Choć tu! Wiesz, co jest! Dwa dni temu był tu Zbyszko. 
A ona zmieniła się 
w jednej chwili na twarzy i nogi przybrane w obcisłe pasiaste nogawiczki 
zadrżały pod nią widocznie. 
 
– Był i pojechał? – pytała z bijącym serce. – Dokąd? 
– Dwa dni temu, a dokąd, może ksiądz wie. 
– Trzeba nam za nim! – rzekła stanowczym głosem. 
Po chwili wszedł ksiądz Kaleb, który sądząc, że Maćko wzywa go po to, aby zapytać o Juranda, 
rzekł uprzedzając pytanie: 
 
– Śpi jeszcze. 
– Słyszałem, że Zbyszko tu był? – zawołał Maćko. 
– Był. Dwa dni temu wyjechał. 
– Dokąd? 
– Sam nie wiedział... Szukać... Pojechał ku granicy żmujdzkiej, gdzie teraz wojna. 
– Na miły Bóg, powiadajcie, ojcze, co o nim wiecie! 
– Wiem tyle, ilem od niego słyszał. Był w Malborgu i możną tam opiekę pozyskał, bo 
brata mistrzowego, który jest pierwszym między nimi rycerzem. Z jego rozkazania wolno 
było szukać 
Zbyszkowi po wszystkich zamkach. 
– Juranda i Danuśki? 
– Tak, ale Juranda nie szukał, bo mu powiedzieli, że nie żyje. 
– Mówcie od początku. 
– Zaraz, jeno odetchnę i oprzytomnieję, bo z innego świata wracam. 
– Jak to z innego świata? 
– Z tego świata, do którego na koniu nie zajedzie, ale na modlitwie zajedzie... i od nóg Pana 
Chrystusowych, u których prosiłem o zmiłowanie nad Jurandem. 
– Cuduście prosili? Macież tę moc? – zapytał z wielką ciekawością Maćko. 
– Mocy nijakiej nie mam, ale ją 
Zbawiciel ma, któren jeśli zechce, powróci Jurandowi i 
oczy, i język, i rękę... 
– Byle chciał, to jużci że potrafi – odrzekł Maćko – wszelako nie o byle coście prosili. 
Ksiądz Kaleb nie odpowiedział nic, może nie dosłyszał, gdyż oczy miał jeszcze jakby nieprzytomne 
i istotnie widać było, iż się poprzednio całkiem w modlitwie zapamiętał. 
Więc zakrył teraz twarz rękoma i czas jakiś siedział 
w milczeniu. Wreszcie wstrząsnął się, 
przetarł dłońmi oczy i źrenice, po czym rzekł: 
 
– Teraz pytajcie. 
– Jakim sposobem pozyskał sobie Zbyszko wójta sambińskiego. 
– Już on nie jest wójtem sambińskim... 
– Mniejsza z tym... Wy miarkujcie, o co pytam, i prawcie, co wiecie. 
– Pozyskał go sobie na turnieju. Ulryk rad się w szrankach potyka, potykał ci się i ze 
Zbyszkiem, bo było siła gości rycerskich w Malborgu i mistrz gonitwy wyprawił. Pękł Ulrykowi 
poprąg w siodle i łacno go mógł 
Zbyszko z konia zbić, ale on to ujrzawszy prasnął glewię 
o ziem i jeszcze chwiejącego się podtrzymał. 
– Hej! Ano widzisz! – zawołał Maćko zwracając się do Jagienki. – Za to go Ulryk pokochał? 
75 
 
 

– Za to go pokochał. Nie chciał już z nim gonić na ostre ani na tępe kopie i pokochał go. 
Zbyszko też powiedział mu swoje utrapienia, a ów, że to o cześć rycerską jest dbający, okrutnym 
gniewem zapłonął i do brata swego, mistrza, Zbyszka na skargę zaprowadził. Bóg da mu 
za to zbawienie, bo niewielu jest między nimi, którzy miłują sprawiedliwość. Mówił mi też 
Zbyszko, że pan de Lorche wielce mu dopomógł 
przez to, iż go tam dla wielkiego rodu i bogactw 
szanują, a on zasie we wszystkim za Zbyszkiem świadczył. 
– A co ze skargi i z onego świadectwa przyszło? 
– Przyszło to, iż wielki mistrz surowie komturowi szczytnieńskiemu przykazał, aby 
wszystkich jeńców i więźniów, jacy są 
w Szczytnie, duchem do Malborga odesłał, samego 
Juranda nie wyjmując. Komtur co do Juranda odpisał, iż z ran umarł i tamże przy kościele jest 
pogrzebion. Innych jeńców odesłał, między którymi była dziewka niedojda, ale naszej Danusi 
nie było. 
– Wiem od giermka Hlawy – rzekł Maćko – iż Rotgier, ten, który od Zbyszka zabit, też na 
dworze księcia Januszowym o takiej dziewce-matołce wspominał. Mówił, że ją mieli za Jurandównę, 
a gdy księżna odpowiedziała, że przecie prawą Jurandównę znali i widzieli, jako 
nie była matołka, rzekł: „Iście prawda, ale myślelim, że ją złe przemieniło”. 
– To samo napisał komtur mistrzowi – iże ową dziewkę nie w więzieniu, jeno na opiece 
mieli, wpoprzód ją zbójcom odjąwszy, którzy przysięgali, że to przemieniona Jurandówna. 
– I mistrz uwierzył? 
– Sam nie wiedział, czyli ma wierzyć, czy nie wierzyć, ale Ulryk jeszcze większym gniewem 
zapłonął i wymógł na bracie, aby urzędnika zakonnego ze Zbyszkiem posłał, co też się 
stało. Przyjechawszy do Szczytna, starego komtura już nie zastali, bo na wojnę z Witoldem 
ku wschodnim zamkom wyruszył, jeno podwójciego, któremu urzędnik kazał wszystkie sklepy 
i podziemia otworzyć. Za czym szukali i szukali, i nic nie znaleźli. Brali też ludzi na spytki. 
Jeden sam powiedział Zbyszkowi, że od kapelana można się siła dowiedzieć, gdyż kapelan 
umie kata niemowę wyrozumieć. Ale kata zabrał z sobą stary komtur, a kapelan do Królewca 
na jakowyś duchowny congressus był wyjechał... Oni się tam często zjeżdżają i skargi na 
Krzyżaków do papieża ślą, bo i księżom chudziętom pod nimi ciężko... 
– To mi jeno dziwno, że Juranda nie znaleźli! – zauważył Maćko. 
– Bo go widać wprzód stary komtur wypuścił. Większa była złość w tym wypuszczeniu, 
niżżeby mu byli po prostu gardło wzięli. Chciało im się, żeby pocierpiał przed śmiercią tyle, 
ba! i więcej, niż człowiek jego stanu wytrzymać może. Ślepy, niemowa i bez prawicy – bójcieże 
się Boga!... Ni do domu trafić, ni o drogę alboli o chleb poprosić... Myśleli, że zamrze 
gdzie pod płotem z głodu albo się w jakowej wodzie utopi... Co mu ostawili? Nic, tylko pamięć, 
kim był, i rozeznanie nędzy. A to przecie męka nad męki... Może tam gdzieś pod kościołem 
albo przy drodze siedział, a Zbyszko przejeżdżał i nie poznał go. Może i on słyszał 
głos Zbyszkowy, ale zawołać 
na niego nie mógł... Hej!... Nie mogę od śluz!... Cud Bóg uczynił, 
iżeście go spotkali, i dlatego mniemam, że i jeszcze większy uczyni, choć Go o niego niegodne 
i grzeszne wargi moje proszą. 
– A cóż Zbyszko więcej powiadał? Dokąd jechał? – pytał Maćko. 
– Powiadał tak: „Wiem, iże była Danuśka w Szczytnie, ale oni ją porwali i albo zamorzyli, 
albo wywieźli. Stary de Löwe, powiada, to uczynił, i tak mi dopomóż 
Bóg, jako wprzód nie 
spocznę, nim go dostanę”. 
– Także powiadał? To pewno ku wschodnim komturiom wyjechał, ale tam teraz wojna. 
– Wiedział, że wojna, i dlatego do kniazia Witolda pociągnął. Powiadał, iż prędzej przez 
niego coś przeciw Krzyżakom wskóra niż przez samego króla. 
– Do kniazia Witolda! – zawołał zrywając się Maćko. 
Po czym zwrócił się do Jagienki: 
– Widzisz, co to rozum! Nie gadałżem tego samego? Przepowiadałem jako żywo, że 
przyjdzie nam iść do Witolda... 
76 
 
 

– Zbyszko miał nadzieję – ozwał się ksiądz Kaleb – iże Witold do Prus wtargnie i tamtejszych 
zamków będzie dobywał. 
– Jeśli mu dadzą czas, to i nie omieszka – odparł Maćko. – No! chwalić Boga, wiemy 
przynajmniej, gdzie Zbyszka szukać. 
– To i trzeba nam zaraz ruszyć! – rzekła Jagienka. 
– Cichaj! – zawołał Maćko. – Nie przystoi pachołkom z radami się odzywać. 
To rzekłszy spojrzał na nią znacząco, jakby przypominając jej, że jest pachołkiem, a ona 
upamiętała się i umilkła. 
Zaś Maćko pomyślał chwilę i rzekł: 
 
– Jużci, Zbyszka teraz najdziem, bo pewnie nie gdzie indziej, tylko przy boku kniazia Witoldowym 
będzie, ale trzeba by raz wiedzieć, czy on ma jeszcze czego po świecie szukać 
prócz tych łbów krzyżackich, które ślubował? 
– A jakoże to przeznać? – spytał ksiądz Kaleb. 
– Żebym wiedział, że ten ksiądz szczytnieński wrócił już z synodu, to bym go chciał widzieć 
– odpowiedział Maćko. – Mam listy Lichtensteina i do Szczytna mogę przezpiecznie 
jechać. 
– Nie był to ci żaden synod, jeno congressus – odparł ksiądz Kaleb – i Kapelan dawno już 
musiał wrócić. 
– To dobrze. Zdajcieże resztę na moją głowę... Wezmę z sobą Hlawę, dwóch pachołków z 
bojowymi końmi od wypadku – i pojadę. 
– A potem ku Zbyszkowi? – zapytała Jagienka. 
– A potem ku Zbyszkowi, ale tymczasem ty tu ostaniesz i będziesz czekać, dopóki ze 
Szczytna nie wrócę. Tak też myślę, że więcej nad trzy albo cztery dni nie zabawię. Twarde we 
mnie gnaty i trud mi nie nowina. Przedtem jeno, was, ojcze Kalebie, o pismo do szczytnieńskiego 
kapelana poproszę. Łacniej mi zawierzy, jeśli mu list wasz pokażę... że to zawsze jest 
większa między księżmi podufałość. 
– Ludzie dobrze o tamtym księdzu mówią – rzekł ojciec Kaleb. – I jeżeli kto co wie, to on. 
I pod wieczór wygotował list, a nazajutrz, nim słońce weszło, nie było już starego Maćka 
w Spychowie. 
 
77 
 
 

Rozdział 
dwunasty 
 
 
Jurand rozbudził się z długiego snu w obecności księdza Kaleba i zapomniawszy we śnie, 
co się z nim działo, a nie wiedząc, gdzie jest, począł macaćłoże i ścianę, przy której łoże stało. 
Lecz ksiądz Kaleb chwycił 
go w ramiona i płacząc z rozrzewnienia począł mówić: 
 
– To ja! Jesteś w Spychowie! Bracie Jurandzie! Bóg cię doświadczył... aleś między swoimi... 
zbożni ludzie odwieźli cię... Bracie Jurandzie! Braciesmile... 
I przycisnąwszy go do piersi jął całować jego czoło, jego puste oczy, i znów cisnąć do 
piersi, i znów całować, a ów z początku był jakby odurzony i zdawał się nic nie rozumieć, 
wreszcie jednak jął wodzić lewą dłonią po czole i głowie, jakby chcąc odgadnąć i rozproszyć 
ciężkie chmury snu i odurzenia. 
 
– Słyszyszże ty mnie i rozumiesz? – spytał ksiądz Kaleb. 
Jurand dał znak głową, że słyszy, po czym dłonią sięgnął po srebrny krucyfiks, który swego 
czasu zdobył był na jednym możnym rycerzu niemieckim, zdjął go ze ściany, przycisnął 
do ust, do piersi i oddał księdzu Kalebowi. 
 
Ów zaś rzekł: 
 
– Rozumiem cię, bracie! On ci zostaje i jako cię wywiódł z ziemi niewoli, tak ci i wszystko, 
coś stracił, wrócić może. 
Jurand wskazał ręką ku górze na znak, że wszystko dopiero tam wróconym mu będzie, 
przy czym załzawiły się znów jego wykapane oczy i ból niezmierny odbił się na jego umęczonej 
twarzy. 
 
A ksiądz Kaleb ujrzawszy ów ruch i ową boleść zrozumiał, że Danuśka już nie żyje, więc 
klęknął przy łożu i rzekł: 
 
– Wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci, niech 
odpoczywa w spokoju wiecznym, amen. 
Na to ślepy podniósł się i siadłszy na łożu począł kręcić głową i machać dłonią, jakby 
chcąc zaprzeczyć i powstrzymać księdza Kaleba, lecz nie mogli się porozumieć, gdyż w tej 
chwili wszedł 
stary Tolima, a za nim załoga gródka, karbowi, przedniejsi kmiecie spychowscy, 
leśnicy i rybacy, albowiem wieść o powrocie pana rozbiegła się już po całym Spychowie. 
Ci obejmowali mu kolana, całowali ręce i wybuchali płaczem rzewnym na widok tego kaleki 
i starca, który w niczym nie przypominał dawnego groźnego Juranda, pogromiciela Krzyżaków 
i zwycięzcy we wszystkich spotkaniach. Lecz niektórych – tych mianowicie, co chadzali 
z nim na wyprawy, porywał wicher gniewu, więc oblicza im bladły i stawały się zawzięte. Po 
chwili poczęli się zbijać w kupy, szeptać, trącaćłokciami, popychać, aż wreszcie wysunął się 
naprzód jeden z załogi gródkowej, a zarazem kowal spychowski, niejaki Sucharz; przystąpił 
do Juranda, podjął go pod nogi i rzekł: 
 
– Jak was tu przywieźli, panie, zaraz chcieliśmy na Szczytno ruszyć, ale ów rycerz, który 
was przywiózł, wzbronił. Wy, panie, teraz pozwólcie, bo zaś przez pomsty nie możem ostać. 
Niech tak będzie, jako drzewiej bywało. Darmoć nas nie hańbili i nie będą... Chodziliśmy do 
78 
 
 

nich za waszych rządów, pójdziem i teraz, pod Tolimą alibo i bez niego. Już my Szczytno 
musimy dobyć i tę sobaczą krew z nich wytoczyć – tak nam dopomóż Bóg! 
 
– Tak nam dopomóż Bóg! – powtórzyło kilkanaście głosów. 
– Do Szczytna! 
– Krwi nam trzeba! 
I wraz płomień ogarnął zapalczywe serca mazurskie. Łby poczęły się marszczyć, oczy błyskać, 
tu i ówdzie ozwało się zgrzytanie zębów. Lecz po chwili głosy i zgrzytania umilkły, a 
oczy wszystkich wpatrzyły się w Juranda. 
 
Owemu zaś zrazu zakwitły policzki, jakby zagrała w nim dawna zawziętość i dawna bojowa 
ochota. Podniósł się i znów począł szukać dłonią po ścianie. Ludziom wydało się, że szuka 
miecza, ale tymczasem palce jego trafiły na krzyż, który ksiądz Kaleb powiesił był na 
dawnym miejscu. 
 
Więc zdjął go po raz wtóry ze ściany, po czym twarz mu pobladła; zwrócił się ku ludziom, 
podniósł ku górze puste jamy oczu i wyciągnął przed się krucyfiks. 
 
Nastało milczenie. Na dworze czynił się już 
wieczór. Przez otwarte okna dochodziłświergot 
ptactwa, które układało się 
do snu na poddaszach gródka i w lipach rosnących na dziedzińcu. 
Ostatnie czerwone promienie słońca padały przenikając do izby na wzniesiony w górę 
krzyż i na białe włosy Juranda. 
 
Kowal Sucharz popatrzał na Juranda, obejrzał się na towarzyszów, popatrzał raz, drugi, 
wreszcie przeżegnał się i wyszedł na palcach z izby. Za nim wyszli równie cicho inni i dopiero 
zatrzymawszy się na dziedzińcu poczęli między sobą szeptać: 
 
– No i cóż? 
– Nie pójdziem czy jak? 
– Nie pozwolił! 
– Zostawuje zemstę Bogu. Widać, że się i dusza w nim zmieniła. 
I tak było rzeczywiście. 
Ale tymczasem w izbie Juranda został tylko ksiądz Kaleb, stary Tolima, a z nimi Jagienka 
z Sieciechówną, które ujrzawszy poprzednio całą kupę zbrojnych ludzi, idącą przez dziedziniec, 
przyszły także zobaczyć, co się dzieje. 
Jagienka, śmielsza i pewniejsza siebie od Sieciechówny, przystąpiła teraz do Juranda. 
 
– Bóg wam dopomóż, rycerzu Jurandzie! – rzekła. – To my – my, cośmy was tu z Prus 
przywieźli. 
A jemu na dźwięk jej młodego głosu pojaśniała twarz. Widocznie też przypomniał sobie 
jeszcze dokładniej wszystko, co zaszło na szczycieńskim gościńcu, bo począł dziękować kiwając 
dłonią i kładąc kilkakrotnie dłoń na sercu. Ona zaś jęła mu opowiadać, jak go spotkali i 
jak poznał go Czech Hlawa, który jest giermkiem rycerza Zbyszka, i jak wreszcie przywieźli 
go do Spychowa. Powiedziała też i o sobie, że nosi wraz z towarzyszem miecz i hełm z tarczą 
za rycerzem Maćkiem z Bogdańca, Zbyszkowym stryjcem, który z Bogdańca na poszukiwanie 
bratanka wyruszył, a teraz do Szczytna pojechał 
i za trzy albo cztery dni powróci znów do 
Spychowa. 
 
Na wzmiankę o Szczytnie Jurand nie wpadł wprawdzie w takie uniesienie jak pierwszym 
razem na gościńcu, ale wielki niepokój odbił się na jego twarzy. Jagienka jednak zapewniła 
go, że rycerz Maćko był równie chytry jak mężny i że nikomu nie da się na hak przywieść, a 
prócz tego posiada listy od Lichtensteina, z którymi wszędy bezpiecznie może jechać. Słowa 
te uspokoiły go znacznie; znać też było, że chciał i o wiele innych rzeczy zapytać, nie mogąc 
zaś tego uczynić cierpiał w duszy, co wnet spostrzegłszy bystra dziewczyna rzekła: 
 
– Jak częściej będziem ze sobą gwarzyć, to się wszystkiego dogadamy. 
Na to on znów uśmiechnął się, wyciągnął ku niej dłoń i złożywszy ją 
omackiem na jej 
głowie trzymał przez dłuższą chwilę, jakby ją błogosławiąc. Wiele jej też istotnie zawdzię
 
 
79 
 
 

czał, ale prócz tego przypadła mu widocznie do serca ta młodość i to jej szczebiotanie przypominające 
świegot ptasi. 
 
Jakoż od tej pory, gdy się nie modlił – co prawie po całych dniach czynił – lub gdy nie po-
grążon był we śnie, szukał jej koło siebie, a gdy jej nie było, tęsknił do jej głosu i wszelkimi 
sposobami starał się dać poznać księdzu Kalebowi i Tolimie, że tego wdzięcznego pachołka 
chce mieć przy sobie blisko. 
 
Ona zaś przychodziła, gdyż poczciwe jej serce litowało się nad nim szczerze, a prócz tego 
prędzej jej schodził przy nim czas oczekiwania na Maćka, którego pobyt w Szczytnie przedłużał 
się jakoś dziwnie. 
 
Miał wrócić 
za trzy dni, tymczasem upłynął czwarty i piąty. Szóstego pod wieczór zaniepokojona 
dziewczyna miała już prosić Tolimy, by wysłał ludzi na zwiady, gdy nagle ze strażniczego 
dębu dano znać, że jacyś jeźdźcy zbliżają się do Spychowa. 
 
Po chwili zadudniły rzeczywiście kopyta na zwodzonym moście i na dziedziniec wjechał 
giermek Hlawa z drugim pocztowym pachołkiem. Jagienka, która już poprzednio zeszła z 
górnej izby i czekała na podwórzu, podskoczyła ku niemu, nim zdołał zsiąść z konia. 
 
– Gdzie Maćko? – zapytała z bijącym trwogą sercem. 
– Pojechał do kniazia Witolda, a wam kazał tu ostać – odpowiedział giermek. 
80 
 
 

Rozdział 
trzynasty 
 
 
Jagienka dowiedziawszy się, iż ma pozostać z rozkazu Maćka w Spychowie, przez chwilę 
ze zdumienia, żalu i gniewu słowa nie mogła przemówić, patrzała tylko na Czecha szeroko 
otwartymi oczyma, który rozumiejąc dobrze, jak niemiłą jej przynosi wiadomość, rzekł: 
 
– Chciałbym też wam sprawę zdać z tego, cośmy w Szczytnie słyszeli, bo siła jest nowin i 
ważnych. 
– A o Zbyszku są? 
– Nie, jeno są szczytnieńskie – wiecie... 
– Rozumiem! Konie niech pacholik rozkulbaczy, a wy pójdziecie za mną. 
I dawszy rozkaz pacholikowi poprowadziła Czecha z sobą na górę. 
– Czemu to nas Maćko opuścił? Dlaczego mamy w Spychowie ostawać i dlaczegoście wy 
wrócili? – zapytała jednym tchem. 
– Ja wróciłem – odrzekł Hlawa – bo mi rycerz Maćko kazali. Chciało mi się na wojnę, ale 
jak rozkaz, to rozkaz. Powiedzieli mi rycerz Maćko tak: „Wrócisz, będziesz panny zgorzelickiej 
pilnował 
i ode mnie na nowiny czekał. Być może, powiada, że ci przyjdzie ją do Zgorzelic 
odprowadzić, bo jużci sama nie wróci”. 
– Na miły Bóg! cóż się stało? Znalazła się córka Jurandowa? Zali Maćko nie do Zbyszka, 
tylko po Zbyszka pojechał? Widziałeś ją? Gadałeś z nią? Czemużeś jej nie przywiózł i gdzie 
ona teraz? 
Usłyszawszy Czech ten nawał pytań, skłonił się do kolan dziewczyny i rzekł: 
 
– Niechże to nie będzie gniewno waszej miłości, iże na wszystko razem nie odpowiem, bo 
nie sposób; jeno będę kolejno na jedno po drugim odpowiadał, jeśli przeszkody nie znajdę. 
– Dobrze! Znalazła się czy nie? 
– Nie, ale wżdy jest wiadomość pewna, że była w Szczytnie i że ją pono gdzieś ku 
wschodnim zamkom wywieźli. 
– A my dlaczego mamy siedzieć w Spychowie? 
– Ba, a jeśli się odnajdzie?... to jakoś widzi wasza miłość... Bo i prawda, że nie byłoby po 
co... 
Jagienka zamilkła, tylko policzki jej zapłonęły. 
Czech zaś rzekł: 
 
– Myślałem i jeszcze myślę, że z tych psubrackich pazurów nie wyrwiemy jej żywej, ale 
wszystko w boskich rękach. Trzeba mi gadać od początku. Przyjechaliśmy do Szczytna – i 
dobrze. Rycerz Maćko pokazał podwójciemu pismo Lichtensteina, a podwójci, że to za młodu 
miecz za Kunonem nosił, pocałował pieczęć na naszych oczach, przyjął nas gościnnie i w 
niczym nie podejrzewał. Żeby się tak miało co chłopa w pobliżu, można by i zamek wziąć, 
tak nam dufał... W widzeniu się z księdzem nie było też przeszkód i gadaliśmy przez dwie 
noce – i dowiedzieliśmy się dziwnych rzeczy, które ksiądz od kata wiedział. 
– Kat niemowa. 
81 
 
 

– Niemowa, ale księdzu umie wszystko na migi powiedzieć, a ów go tak rozumie, jakby 
żywym słowem do niego gadał. Dziwne to rzeczy i był w tym chyba palec Boży. Ów kat obcinał 
rękę Jurandowi, wyrywał mu język i wykapywał oczy. On jest taki, że gdy o męża chodzi, 
przed żadną męką się nie wzdrygnie, a choćby mu człeka kazali zębami rwać – i to uczyni. 
Ale na żadną dziewkę nie całkiem źrzałą ręki nie podniesie i na to znów żadne męki nie 
pomogą. A taki ci jest wskróś tej przyczyny, że sam niegdyś miał dziewkę jedyną, którą 
okrutnie miłował i którą mu Krzyżacy... 
Tu zaciął się Hlawa i nie wiedział, jak dalej mówić, co widząc Jagienka rzekła: 
 
– Co mi tam o katówce prawicie! 
– Bo to jest do rzeczy – odpowiedział Czech. – Gdy nasz młody pan poćwiartował rycerza 
Rotgiera, tak stary komtur Zygfryd mało się nie wściekł. W Szczytnie gadali, że Rotgier to 
był jego syn, i ksiądz to potwierdził, że nigdy ojciec syna więcej nie miłował. I przez pomstę 
diabłu duszę zaprzedał, co kat widział! Z zabitym tak gadał jako ja z wami, a tamten to mu się 
z trumny śmiał, to zgrzytał, to się czarnym ozorem oblizywał z radości, że mu stary komtur 
pana Zbyszkową głową przyobiecał. Ale że pana Zbyszka nie mógł wówczas dostać, więc 
tymczasem kazał umęczyć Juranda, a potem język jego i rękę do trumny Rotgierowi włożył, 
który je na surowo źreć począł... 
– Straszno słuchać. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen! – rzekła Jagienka. 
I podniósłszy się dorzuciła szczepek na komin, albowiem wieczór uczynił się już zupełny. 
– A jakże! – mówił dalej Hlawa. – Nie wiem, jako to będzie na sądzie ostatecznym, bo 
jużci co Jurandowe, to musi do Juranda wrócić. Ale to nie ludzki rozum. Kat tedy wszystko to 
widział. Więc napchawszy strzygę ludzkim mięsem poszedł stary komtur Jurandowe dziecko 
mu przynieść, bo mu tamten widać szepnął, że chciałby krwią niewinną strawę popić... Ale 
kat, który jako mówiłem, wszystko uczyni, jeno krzywdy wyrządzonej dziewce przenieść nie 
może, już przedtem się na schodach zasadził... Mówił ksiądz, że on niespełna rozumu i w 
rzeczy bydlę, ale to jedno rozumie – i jak trzeba, to w chytrości nikt mu nie wyrówna. Siadł ci 
tedy na schodach i czekał, aż tu nadchodzi komtur. Usłyszał katowe dychanie, ujrzałświecące 
ślepia i zląkł się, bo rozumiał, że upiór. A on komtura pięścią w kark! Myślał, że mu śpik 
przetrąci, tak że i znaku nie będzie, wszelako nie zabił. Ale komtur omdlał i ze strachu zachorzał, 
a gdy zaś ozdrowiał, bał się już na Jurandównę porywać. 
– Ale ją wywiózł. 
– Wywiózł ją, a z nią zabrał i kata. Nie wiedział, że to on Jurandówny bronił, myślał, że 
jakowaś siła niepojęta, zła albo dobra. A w Szczytnie wolał kata nie ostawiać. Bał się jego 
świadectwa czy co... Niemowa ci on jest, ale jeżeli był sąd, to przez księdza mógł powiedzieć, 
co wiedział... Więc ksiądz mówił w końcu rycerzowi Maćkowi tak: „Stary Zygfryd nie zgładzi 
już 
Jurandówny, bo się boi, a choćby komu innemu kazał, to póki Diederich żyw, nie da 
jej; tym bardziej że już raz obronił”. 
– Wiedział zaś ksiądz, dokąd ją powieźli? 
– Dobrze nie wiedział, ale słyszał, że coś 
tam gadali o Ragnecie, który zamek niedaleko od 
litewskiej, czyli teżżmujdzkiej granicy leży. 
– A cóż na to Maćko? 
– Rycerz Maćko wysłuchawszy tego powiedział mi nazajutrz dzień: „Jeśli tak, to ją może i 
znajdziem, a mnie co ducha trzeba do Zbyszka, aby go przez Jurandównę na hak nie przywiedli, 
tak jak Juranda przywiedli. Niech rzekną mu, że ją oddadzą, byle sam po nią przyjechał, 
to i przyjedzie, a wówczas dopiero stary Zygfryd pomstę za Rotgiera na nim wywrze, jakiej 
oko ludzie nie widziało”. 
– Prawda jest! prawda! – zawołała z niepokojem Jagienka. – Skoro dlatego tak sięśpieszył, 
to i dobrze. 
Po chwili zaś zwracając się do Hlawy: 
 
82 
 
 

– W tym jeno pobłądził, że was tu odesłał. Po co nas tu w Spychowie strzec? Ustrzeże i 
stary Tolima, a tam Zbyszkowi byście się przydali, boście i mocni, i roztropni. 
– A kto was, panienko, w razie czego do Zgorzelic odwiezie? 
– W razie czego przyjedziecie tu przed nimi. Mają przez kogo innego nowinę przysłać, to 
prześlą przez was – i odwieziecie nas do Zgorzelic. 
Czech pocałował ją w rękę i zapytał wzruszonym głosem: 
 
– Zaś przez ten czas tu ostaniecie? 
– Bóg nad sierotą! Tu ostaniem. 
– I nie będzie się wam cniło? Cóż tu będziecie czynić? 
– Pana Jezusa prosić, by wrócił Zbyszkowi szczęście, a wszystkich was w zdrowiu uchował. 
I to rzekłszy rozpłakała się serdecznie. 
A giermek pochylił się znów do jej kolan: 
 
– Tacyście właśnie – rzekł – jako anieli w niebiesiech. 
83 
 
 

Rozdział 
czternasty 
 
 
Ale ona obtarła łzy i zabrawszy giermka poszła z nim do Juranda, aby mu nowiny oznajmić. 
Zastała go w wielkiej świetlicy z oswojoną wilczycą u nóg, siedzącego z księdzem Kalebem, 
z Siechechówną i starym Tolimą. Miejscowy klecha, który był zarazem rybałtem, śpiewał 
im przy lutni pieśń o jakimś dawnym boju Jurandowym ze „sprośnymi Krzyżaki”, a oni 
podparłszy rękoma głowy słuchali w zadumie i smutku. W świetlicy widno było od księżyca. 
Po dniu prawie już znojnym nastał wieczór cichy, ogromnie ciepły. Okna były otwarte i w 
blasku miesięcznym widać było krążące po izbie chrabąszcze, które roiły się w rosnących na 
dziedzińcu lipach. Na kominie tliło się jednakże kilka głowni, przy których pacholik przygrzewał 
miód, pomieszany z winem krzepiącym i pachnącymi ziołami. 
 
Rybałt, a raczej klecha i sługus Kaleba, zaczynał właśnie nową pieśń „O szczęśliwym 
spotkaniu”: 
 
Jadzie Jurand, jadzie, koń pod nim cisawy... 
 
gdy weszła Jagienka i rzekła: 
 
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! 
– Na wieki wieków – odpowiedział ksiądz Kaleb. 
Jurand siedział na poręczastej ławie z łokciami opartymi na poręczach, usłyszawszy jednak 
jej głos zwrócił się zaraz ku niej i jął ją witać swą białą jak mleko głową. 
 
– Przyjechał 
Zbyszkowy giermek ze Szczytna – ozwała się dziewczyna – i nowiny przywiózł 
od księdza. Maćko już tu nie wróci, bo do kniazia Witolda pociągnął. 
– Jak to nie wróci? – zapytał ojciec Kaleb. 
Więc ona poczęła opowiadać 
wszystko, co od Czecha wiedziała, o Zygfrydzie, jak mścił 
się za śmierć Rotgiera, o Danuśce, jak ją stary komtur chciał Rotgierowi zanieść, aby jej niewinną 
krew wypił, i o tym, jak ją niespodzianie kat obronił. Nie zataiła i tego, że Maćko miał 
teraz nadzieję, iż we dwóch ze Zbyszkiem Danusię znajdą, odbiją ją i przywiozą do Spychowa, 
z której to właśnie przyczyny sam prosto do Zbyszka pojechał, a im tu zostać rozkazał. 
 
I głos zadrżał jej w końcu jakby smutkiem albo żalem, a gdy skończyła, w świetlicy nastała 
chwila ciszy. Tylko w lipach rosnących na dziedzińcu rozlegały się kląskania słowików, 
które zdawały się zalewać przez otwarte okna całą izbę. Oczy wszystkich zwróciły się na Juranda, 
który z zamkniętymi oczyma i przechyloną w tył głową nie dawał najmniejszego znaku 
życia. 
 
– Słyszycie? – spytał 
go wreszcie ksiądz Kaleb. 
A on przechyli jeszcze bardziej głowę, podniósł lewe ramię i palcem wskazał na niebo. 
Blask księżyca padał mu wprost na twarz, na białe włosy, na wykapane oczy, i było w tej 
twarzy takie męczeństwo, a zarazem takie jakieś niezmierne zdanie się na wolę Bożą, że 
 
84 
 
 

wszystkim zdało się, iż widzą tylko duszę z cielesnych pęt wyzwoloną, która rozbratana raz 
na zawsze z ziemskim życiem niczego już w nim nie czeka i nie wygląda. 
 
Więc znów nastało milczenie i znów słychać było tylko fale głosów słowiczych zalewających 
dziedziniec i izbę. 
 
Ale Jagienkę ogarnęła nagle litość ogromna i jakby dziecięca miłość 
do tego nieszczęsnego 
starca, za czym idąc za pierwszym popędem skoczyła ku niemu i chwyciwszy jego dłoń poczęła 
ją całować, a zarazem polewaćłzami. 
 
– I ja sierota! – zawołała z głębi wezbranego serca – ja nie pachołek żaden, jeno Jagienka 
ze Zgorzelic. Maćko mnie wziął, by mnie od złych ludzi uchronić, ale teraz ostanę z wami, 
póki wam Bóg Danusi nie wróci. 
Jurand nie okazał nawet zdziwienia, jakby już wiedział poprzednio, że była dziewczyną, 
tylko przygarnął i przytulił ją do piersi, a ona całując wciąż jego dłoń mówiła dalej głosem 
przerywanym i łkającym: 
 
– Ostanę z wami, a Danuśka wróci... To potem do Zgorzelic pojadę... Bóg nad sierotami! 
Niemcy i mnie tatusia zabiły, ale wasze kochanie żyje i wróci. Dajże to, Boże miłościwy, dajże, 
Matko Najświętsza, litościwa... 
A ksiądz Kaleb ukląkł nagle i ozwał się uroczystym głosem: 
 
– Kyrie elejson! 
– Chryste elejson! – odpowiedział zaraz Czech i Tolima. 
Wszyscy poklękali, bo zrozumieli, że to jest litania, jaką odmawiano nie tylko w chwili 
śmierci, lecz i dla wybawienia ze śmiertelnego niebezpieczeństwa osób bliskich i drogich. 
Klękła Jagienka, Jurand obsunął się z ławy na kolana i chórem poczęto mówić: 
 
– Kyrie elejson! Chryste elejson!... 
– Ojcze z nieba, Boże – zmiłuj się nad nami!... 
– Synu Odkupicielu świata, Boże – zmiłuj się nad nami... 
Głosy ludzkie i wołania błagalne: „Zmiłuj się nad nami!...” mieszały się z kląskaniem słowików. 
Lecz nagle chowana wilczyca podniosła się z niedźwiedziej skóry leżącej przy ławie Juranda, 
zbliżyła się do otwartego okna, wspięła się na ramę i zadarłszy ku księżycowi swą 
trójkątną paszczę poczęła wyć z cicha i żałośnie. 
 
Jakkolwiek Czech wielbił Jagienkę, a serce lgnęło mu coraz bardziej do ślicznej Sieciechówny, 
jednakże młoda a chrobra dusza rwała mu się przede wszystkim do wojny. Wrócił 
wprawdzie do Spychowa z rozkazu Maćka, gdyż był służbisty, a przy tym znajdował pewną 
osłodę w myśli, iż będzie obu pannom strażą 
i opiekunem, lecz gdy sama Jagienka rzekła mu 
to, co zresztą było prawdą, że im w Spychowie nic nie grozi i że jego powinność przy Zbyszku, 
z radością na to przystał. Maćko nie był jego bezpośrednim zwierzchnikiem, więc łatwo 
mógł usprawiedliwić się przed nim, że nie został 
w Spychowie z rozkazu prawej swojej pani, 
która kazała mu iść do pana Zbyszka. 
 
Jagienka zaś uczyniła to w myśli, iż giermek tej siły i sprawności zawsze może się przydać 
Zbyszkowi i z niejednej toni go wybawić. Dał już przecie tego dowody podczas owych łowów 
książęcych, w których Zbyszko omal życia od tura nie stradał. Tym bardziej mógł być 
pożyteczny na wojnie, zwłaszcza takiej, jaka toczyła się na żmujdzkiej granicy. Głowaczowi 
było tak pilno w pole, że gdy razem z Jagienką 
wrócili od Juranda, podjął ją pod nogi i rzekł! 
 
– To wolę waszej miłości zaraz się pokłonić i o dobre słowo na drogę poprosić... 
– Jakże – zapytała Jagienka – dziś jeszcze chcesz jechać? 
– Jutro do dnia, by konie przez noc wypoczęły. Okrutnie daleka na Żmujdź wyprawa! 
– To i jedź, bo łacniej rycerza Maćka dogonisz. 
– Ciężko będzie. Stary pan twardy na wszelakie trudy i o kilka dni mnie wyprzedził. Przy 
tym pojedzie przez Prusy, by sobie drogę skrócić, ja zaś puszczami muszę. Pan ma listy od 
85 
 
 

Lichtensteina, które po drodze może pokazywać, ja zaś musiałbym pokazywać chyba ot co! – 
i tym sobie wolny przejazd czynić. 
 
To rzekłszy położył rękę na głowni korda, który miał przy boku, co widząc Jagienka zawołała: 
 
 
– A ostrożnie! Skoro jedziesz, to trzeba, byś dojechał, a nie w jakowymś podziemiu krzyżackim 
ostał. Ale i w puszczach dawaj na się baczenie, bo tam teraz różne zło bożki mieszkają, 
które tamtejszy naród czcił, nim do krześcijaństwa nie przystał. Pamiętam, jako to i rycerz 
Maćko, i Zbyszko opowiadali w Zgorzelicach. 
– Pamiętam, ale jakoś nie boję się, bo chudziny to, nie bożeczkowie, i siły nijakiej nie mają. 
Dam ja sobie z nimi rady i z Niemcami, których napotkam też, byle wojna chciała dobrze 
rozgorzeć. 
– A to nie rozgorzała? Powiadaj, coście o niej między Niemcami słyszeli. 
Na to roztropny pachołek namarszczył brew, zastanowił się przez chwilę, po czym rzekł: 
– I rozgorzała, i nie rozgorzała. Pilnie my o wszystko dopytywali, a szczególnie rycerz 
Maćko, któren jest chytry i objechać każdego Niemca umie. Niby to o co innego pyta, niby 
życzliwość udaje, z niczym się sam nie wyda, a w sedno utrafi i z każdego nowinę jakoby 
rybę hakiem wyciągnie. Zechce-li wasza miłość cierpliwie słuchać, to powiem. Kniaź Witold 
lat temu kilka, mając zamysły przeciw Tatarom i chcąc od niemieckiej ściany spokoju, ustąpił 
Niemcom Żmujdź. Była wielka przyjaźń i zgoda. Zamki im wznosić pozwolił, ba, sam pomagał. 
Zjeżdżali się też z mistrzem na jednej wyspie, pili, jedli i świadczyli sobie miłość. Łowy 
nawet w tamecznych puszczach nie były Krzyżakom wzbronione, a jak niebożęta Żmujdzini 
podnosili się przeciw zakonnemu panowaniu, to kniaź Witold Niemcom pomagał i wojska im 
swoje w pomoc wysyłał, o co szemrano nawet na całej Litwie, że na własną krew nastaje. 
Wszystko to nam podwójci w Szczytnie rozpowiadał i chwalił krzyżackie rządy na Żmujdzi, 
że posyłali Żmujdzinom księży, którzy ich mieli chrzcić, i zboże w czasie głodu. Jakoż podobno 
posyłali, bo wielki mistrz, któren więcej od innych ma bojaźni boskiej, kazał, ale za to 
zabierali im dzieci do Prus, a niewiasty sromocili w oczach mężów i braci, kto się za. przeciwił, 
to go wieszali – i stąd, panienko, jest wojna. 
– A kniaź Witold? 
– Kniaź długo na żmujdzkie krzywdy oczy zamykał i Krzyżaków kochał. Niedawne czasy, 
jak księżna, jego żona, jeździła do Prus, do samego Malborga w odwiedziny. To tam ją 
przyjmowali jakoby samą królowę polską. A toż niedawno, niedawno! Obsypywali ci ją darami, 
a co było turniejów, uczt i różnych wszelakich dziwów w każdym mieście, tego by nikt 
nie zliczył. Myśleli ludzie, że to już na wieki miłość między Krzyżaki a księciem Witoldem 
nastanie, aż tu niespodzianie odmieniło się w nim serce... 
– Miarkując z tego, co nieraz i nieboszczyk tatuś, i Maćko gadali, to często się w nim serce 
odmienia. 
– Przeciw cnotliwym nie, ale przeciw Krzyżakom często, skroś tej przyczyny, że oni sami 
w niczym wiary nie dotrzymują. Chcieli teraz od niego, by im zbiegów wydał, a on im powiedział, 
że ludzi podłego stanu wyda, a zaś wolnego nie myśli, gdyż ci, jako wolni, mają 
prawo żyć, gdzie chcą. Zasłyszawszy o tym Żmujdzini nuż w Niemców! Załogi wycięli, zameczki 
poburzyli, a teraz ci i do samych Prus wpadają, zaś kniaź Witold nie tylko już[ ich nie 
hamuje, ale jeszcze się z frasunku niemieckiego śmieje i Żmujdzinom pomoc po cichu posyła. 
– Rozumiem – rzekła Jagienka. – Ale jeśli po cichu ich wspomaga, to jeszcze wojny nie 
ma. 
– Jest ze Żmujdzinami, a i z Witoldem w rzeczy już jest. Idą zewsząd Niemce bronić pogranicznych 
zamków, a radzi by i wielką wyprawę na Żmujdź uczynić, jeno z tym długo muszą 
czekać, aż do zimy, bo to jest kraj rozmokły i rycerzom nijak w nim wojować. Gdzie 
Żmujdzin przejdzie, tam Niemiec ulegnie, przeto zima Niemcom przyjaciółka. Ale z nastaniem 
mrozów ruszy się cała potęga krzyżacka, a zaś kniaź Witold pójdzie w pomoc Żmujdzi86 
 
 

nom – i pójdzie z pozwoleństwem króla polskiego, boć to przecie zwierzchni pan i nad wielkim 
kniaziem, i nad całą Litwą. 
 
– To może i z królem będzie wojna? 
– Mówią ludzie i tam u Niemców, i tu u nas, że będzie. Żebrzą już pono Krzyżacy pomocy 
po wszystkich dworach i kaptury im na łbach gorą jako zwyczajnie na złodziejach, boć to 
przecie potęga królewska nie żart, a ponoć rycerstwo polskie, byle kto Krzyżaka wspomniał, 
zaraz w garście popluwa. 
Westchnęła na to Jagienka i rzekła: 
 
– Zawszeć to chłopu weselej na świecie niż dziewce, bo na ten przykład ty sobie pojedziesz 
na wojnę, równie jak pojechali Zbyszko i Maćko, a my tu ostaniem w Spychowie. 
– Jakoż 
inaczej, panienko, ma być? Ostaniecie, ale we wszelkiej przezpieczności. Straszne 
jeszcze i teraz Niemcom Jurandowe imię, com sam widział w Szczytnie, że gdy się dowiedzieli, 
iż jest w Spychowie, zaraz strach ich zdjął. 
– To wiemy, że tu nie przyjdą, bo i bagno broni, i stary Tolima, jeno ciężko tu będzie siedzieć 
bez wieści. 
– Jak się co przygodzi, to dam znać. Wiem, że jeszcze przed naszym wyjazdem do Szczytna 
wybierało się stąd na wojnę z własnej woli dwóch dobrych pachołków, którym Tolima 
wzbronić tego nie może, bo sąślachtą z Łękawicy. Teraz pojadą razem ze mną i w razie czego 
zaraz którego tu pchnę z nowiną. 
– Bóg zapłać. Wiedziałam zawsze, iż rozum masz w każdej przygodzie, ale za twoje serce 
i za chętliwość ku mnie to już ci do śmierci będę wdzięczna. 
Na to Czech przykląkł na jedno kolano i rzekł: 
 
– Nie krzywd ja, jeno dobrodziejstw u was zaznałem. Wziął ci mnie chłopięciem w jeństwo 
rycerz Zych pod Bolesławiem i bez okupu wolnością obdarował, aleć mi milsza już była 
służba u was od wolności. Dajże mi, Boże, dla was krew rozlać, panienko moja! 
– Boże cię prowadź i przyprowadź – odpowiedziała Jagienka wyciągając ku niemu rękę. 
Lecz on wolał pochylić się do jej nóg i całować stopy, aby jej cześć oddać tym większą, a 
potem podniósł głowę i nie wstając z klęczek począł mówić nieśmiało i pokornie: 
 
– Prosty ja pachołek, alem szlachcic i sługa wasz wierny... dajcieże mi jakowy wspominek 
na drogę. Nie odmawiajcie mi tego! Jużci nadchodzi czas kośby wojennej, a święty Jerzy mi 
świadkiem, że tam w poprzódku, nie zaś w ociągu się znajdę. 
– O jakiż wspominek mnie prosisz? – zapytała nieco zdziwiona Jagienka. 
– Przepaszcie mnie byle tam krajką na drogę, by jeśli polec mi przyjdzie, lżej mi było pod 
waszą przewiązką umierać. 
I znów pochylił się do jej stóp, a potem ręce złożył i tak błagał ją patrząc w jej oczy, ale na 
twarzy Jagienki odbił się ciężki frasunek – i po chwili odrzekła jakby z wybuchem mimowolnej 
goryczy: 
 
– A mój miły! nie prośże mnie o to, bo ci nic z mojej przewiązki nie przyjdzie. Kto sam 
szczęśliwy, ten niech cię przepasze, bo ten ci szczęście przyniesie. A we mnie po prawdzie co 
jest? – Nic, jeno smutek! A zaś przede mną – nic, jeno niedola! Oj! nie napytam ja szczęścia 
ni tobie, ni komu, bo czego nie mam, tego i dać nie zdolę. Tak ci mi, Hlawo, źle teraz na 
świecie, że, że... 
Tu umilkła nagle, czując, że jeśli słowo jeszcze powie, to płaczem wybuchnie, a i tak zaszły 
jej jakby chmurą oczy. Czech zaś wzruszył się ogromnie, albowiem zrozumiał, że i wracać 
jej było źle do Zgorzelic w pobliże drapieżnych komyszy: Cztana i Wilka, i równie źle 
zostawać w Spychowie, dokąd prędzej lub później zjechać mógł 
Zbyszko z Danusią. Zdawał 
sobie Hlawa doskonale sprawę ze wszystkiego, co dzieje się w sercu dziewczyny, że zaś nie 
widziałżadnej rady na jej nieszczęście, więc tylko znów objął jej stopy powtarzając: 
 
– Hej! polec za was! polec! 
A ona rzekła: 
87 
 
 

– Wstań. A na wojnę niech cię Sieciechówna przepasze albo ci jaki inny da wspominek, 
gdyż rada cię ona widzi od dawna. 
I poczęła ją wołać, ta zaś wyszła niebawem z przyległej izby, albowiem podsłuc***ąc poprzednio 
pode drzwiami nie pokazywała się tylko przez nieśmiałość, chociaż kipiała w niej 
chęć pożegnania się z pięknym giermkiem. Wyszła tedy zmieszana, spłoszona, z bijącym sercem, 
z oczyma świecącymi zarazem od łez i od senności, i spuściwszy powieki stała tak przed 
nim podobna do kwiatu jabłoni nie mogąc ni słowa przemówić. 
 
Hlawa miał dla Jagienki obok najgłębszego przywiązania cześć i nabożeństwo, ale nie 
śmiał ani myślą posięgnąć na nią, posięgał zaś często na Sieciechównę, czując bowiem wartką 
krew w żyłach nie mógł obronić się przed jej urokiem. Teraz chwyciła go tym bardziej za 
serce swą urodą, a zwłaszcza swym zmieszaniem i łzami, przez które przeglądało kochanie, 
jak przez jasną wodę strumienia przegląda złote dno. 
 
Więc zwrócił się ku niej i rzekł: 
 
– Wiecie! Na wojnę jadę, może i legnę. Nie żal wam mnie? 
– Żali ci mi! – odpowiedziała cienkim głosikiem dziewczyna. 
I zaraz poczęła sypaćłzami, gdyż zawsze miała je na pogotowiu. Czech wzruszył się do 
ostatnia i jął całować jej ręce tłumiąc w sobie wobec Jagienki ochotę do poufalszych jeszcze 
pocałunków. 
 
– Przepasz go alibo daj mu wspominek na drogę, aby się pod twoim znakiem potykał – 
rzekła Jagienka. 
 
Lecz Sieciechównie niełatwo było mu coś dać, gdyż miała na sobie męski ubiór wyrostka. 
Poczęła szukać: ni wstążki, ni jakiejkolwiej przewiązki! Że zaś niewieście ubrania były jeszcze 
w łubach, nie ruszone od czasu wyjazdu ze Zgorzelic, wpadła przeto w kłopot niemały, z 
którego znów wyratowała ją Jagienka radząc, by mu oddała pątliczek, który nosiła na głowie. 
 
– Bo mi! niech będzie pątliczek! – zawołał 
nieco rozweselony Hlawa. – Powieszę go na 
hełmie – i nieszczęsna mać tego Niemca, któren po niego sięgnie! 
Więc Sieciechówna podniosła obie ręce do głowy i po chwili jasne promienie włosów rozsypały 
się jej po plecach i po ramionach. Hlawa zaś widząc ją taką przetowłosą i dumną, aż 
zmienił się na twarzy. Policzki zapłonęły mu, a potem zaraz pobladły; wziął pątlik, ucałował 
go, schował w zanadrze, raz jeszcze objął kolana Jagienki, a następnie mocniej, niż było trzeba, 
Sieciechówny i po słowach: „Niechże tak będzie!” – wyszedł nie mówiąc nic więcej z 
izby. 
 
A chociaż był zdrożon i niewypoczęty, nie położył się spać. Pił na umór przez całą noc z 
dwoma młodymi szlachcicami z Łękawicy, którzy mieli z nim jechać na Żmujdź. Nie upił się 
jednak – i o pierwszym brzasku był już na dziedzińcu w fortalicji, gdzie czekały gotowe do 
drogi konie. 
 
W ścianie nad wozownią rozchyliło się zaraz błoniaste okno i przez szparutkę wyjrzały na 
dziedziniec modre oczy. Czech, który je dostrzegł, chciał iść 
ku nim, by pokazać pątlik przy-
pięty na hełmie i pożegnać się raz jeszcze, ale przeszkodził 
mu w tym ksiądz Kaleb i stary 
Tolima, którzy zeszli umyślnie, aby mu udzielić rad na drogę. 
 
– Jedź na dwór księcia Januszowy – rzekł ksiądz Kaleb. – Może i rycerz Maćko tam wstąpił. 
W każdym jednak razie wieści pewnych zasięgniesz, boć 
tam znajomków ci nie brak. 
Drogi też stamtąd na Litwę znajome i o przewodnika przez puszczęłatwo. Chcesz-li na pewno 
do pana Zbyszka dojechać, to wprost na Żmujdź nie jedź, bo tam jest przegroda pruska, 
jeno jedź przez Litwę. Bacz, że i Żmudzini mogą cię zbić, nim zakrzykniesz. Zresztą Boże 
błogosław tobie i obudwom tamtym rycerzom, obyście w zdrowiu wrócili i dziecko przywieźli, 
na którą to intencję będę każdego dnia po nieszporach aż do pierwszej gwiazdy krzyżem 
leżał. 
88 
 
 

– Dziękuję wam, ojcze, za błogosławieństwo – odrzekł Hlawa. – Niełatwo to ochwiarę z 
tamtych diabelskich rąk żywą wydobyć, ale przecie wszystko w ręku Pana Jezusowych i lepsza 
nadzieja niż smutek. 
– Jużci lepsza, przeto jej nie tracą. Tak... żywie nadzieja, chociaż 
serce i trwogi niepróżne... 
Najgorzej, że sam Jurand, byle jej imię wspomnieć, zaraz ku niebiosom palce prostuje, 
jakby ją tam już widział. 
– Jakoże ją może widzieć oczu stradawszy? 
A ksiądz począł mówić na wpół do Czecha, na wpół do siebie: 
– Bywa tak, że gdy komu ziemskie oczy zagasną, ten właśnie widzi to, czego inni dojrzeć 
nie potrafią. Bywa tak, bywa! Ale i to się rzecz niepodobna widzi, by Bóg dopuścił krzywdy 
jakiego jagniątka. Bo i cóż ona choćby Krzyżakom przewiniła? Nic! A niewinne to ci było jak 
lelija Boża, a miłe ku ludziom, a jako ta ptaszyna polna śpiewająca! Bóg dzieci miłuje i nad 
męką ludzką ma litość... Ba! jeśli ją zabili, to ją może i wskrzesi jako Piotrowina, któren 
wstawszy z grobu, długie potem roki gospodarzył... Jedź 
w zdrowiu i niech ręka boska was 
wszystkich i ją piastuje! 
To rzekłszy wrócił do kaplicy, by mszę ranną odprawić, a Czech siadł na koń, skłonił się 
raz jeszcze przed przytwartym błoniastym oknem – i pojechał, bo już też rozedniało zupełnie. 
 
89 
 
 

Rozdział 
piętnasty 
 
 
Książę Janusz i księżna wyjechali razem z częścią dworu na wiosenny połów ryb do Czerska, 
gdyż 
lubili niezmiernie to widowisko i mieli je sobie za najprzedniejszą zabawę. Dowiedział 
się jednak Czech od Mikołaja z Długolasu wielu rzeczy ważnych, tyczących się zarówno 
spraw prywatnych, jak i wojny. Dowiedział się więc naprzód, że rycerz Maćko widocznie 
poniechał 
zamiaru jechania na Żmujdź prosto przez „pruską przegrodę”, gdyż przed kilku 
dniami był w Warszawie, gdzie zastał jeszcze obojga księstwa. O wojnie potwierdził stary 
Mikołaj te wszystkie wieści, które Hlawa słyszał w Szczytnie. Cała Żmujdź podniosła się 
przeciw Niemcom jak jeden mąż, a kniaź Witold nie tylko że już Zakonowi przeciw nieszczęsnym 
Żmujdzinom nie pomagał, ale nie wypowiadając jeszcze mu wojny i łudząc go układami 
zasilał wszelako Żmujdź pieniędzmi, ludźmi, końmi, zbożem. Tymczasem tak on, jak 
Krzyżacy słali posłów do papieża, do cesarza i do innych panów chrześcijańskich zarzucając 
sobie wzajem wiarołomstwo, niewierność i zdradę. Ze strony wielkiego kniazia pojechał z 
tymi listami mądry Mikołaj ze Rżeniewa, który umiał rozplątywać nici namotane przez przebiegłość 
krzyżacką, dowodnie wykazując niezmierne krzywdy krain litewskich i żmujdzińskich. 
 
 
Tymczasem gdy na sejmie wileńskim wzmocniły się jeszcze związki między Litwą a Polską, 
potruchlały serca krzyżackie, łatwo było bowiem przewidzieć, że Jagiełło, jako 
zwierzchni pan wszystkich ziem będących pod władzą kniazia Witolda, stanie w razie wojny 
po jego stronie. Hrabia Jan Sayn, komtur grudziądzki, i hrabia Schwartzburg, gdański, wyjechali 
z rozkazu mistrza do króla z zapytaniem, czego się mają od niego spodziewać. Nic im 
król nie rzekł, chociaż mu dary przywieźli: ścigłe krzeczoty i drogie naczynia. Więc zagrozili 
wojną, ale nieszczerze, gdyż dobrze wiedzieli, że mistrz i kapituła boją się 
w duszach strasznej 
Jagiełłowej potęgi i pragną odwlec dzień 
gniewu i klęski. 
 
I rwały się jak nić pajęcza wszelkie układy, a rwały się zwłaszcza z Witoldem. Wieczorem 
po przyjeździe Hlawy przyszły znów na warszawski zamek świeże nowiny. Przyjechał Bronisz 
z Ciasnoci, dworzanin księcia Janusza, którego on wysłał był poprzednio po wieści na 
Litwę, a z nim dwóch znacznych litewskich kniaziów z listami od Witolda i od Żmujdzinów. 
Nowiny były groźne. Zakon gotował się do wojny. Wzmacniano zamki, mielono prochy, 
krzesano kule kamienne, ściągano ku pograniczu knechtów i rycerstwo, a lżejsze oddziały 
jazdy i piechoty wpadały już w granice Litwy i Żmudzi od strony Ragnety, od Gotteswerder i 
innych zamków brzegowych. Już po gęstwach leśnych, już w polach, już po wsiach rozlegały 
się 
okrzyki wojenne, a wieczorami ponad ciemnym morzem lasów świeciły łuny pożaru. Witold 
przyjął wreszcie Żmujdź w jawną opiekę, wysłał swych rządców, a wodzem zbrojnemu 
ludowi ustanowił słynnego z męstwa Skirwoiłłę. Ów wpadał do Prus, palił, niszczył, pustoszył. 
Sam książę przymknął wojsko ku Żmujdzi, niektóre zamki opatrzył, inne, jak na przy-
kład Kowno, zniszczył, aby nie stały się oparciem Krzyżakom, i nie było już tajno nikomu, że 
gdy nadejdzie zima, a mróz popęta mokradła i błota, albo nawet wcześniej, jeśli lato będzie 
 
90 
 
 

suche, pocznie się wojna wielka, która ogarnie wszystkie litewskie, żmujdzkie i pruskie krainy, 
gdyby zaś król w pomoc Witoldowi przybieżał, tedy musi nastąpić dzień, w którym fala 
niemiecka albo drugie półświata zaleje, alboli też, odbita, cofnie się na długie wieki w dawniej 
zajęte łożysko. 
 
Lecz to nie zaraz jeszcze miało nastąpić. Tymczasem po świecie rozlegał się jęk i wołanie 
 
o sprawiedliwość. Czytano list nieszczęsnego narodu w Krakowie i w Pradze, i na dworze 
papieskim, i w innych królestwach zachodnich. Do księcia Janusza przywieźli to otwarte pismo 
owi bojarzynkowie, którzy z Broniszem z Ciasnoci przybyli. Niejeden więc z Mazurów 
mimo woli macał korda przy boku i rozważał w duszy, czy z własnej ochoty pod znak witoldowy 
się nie zaciągnąć. Wiedziano, że rad był wielki kniaź hartownej lechickiej szlachcie, 
równie zażartej w boju jak litewscy i żmujdzcy bojarzynowie, a więcej ćwiczonej i lepiej 
zbrojnej. Niektórych popychała też i nienawiść do starych wrogów lechickiego plemienia, a 
innych litość. „Słuchajcie, słuchajcie! – wołali do królów, książąt i wszystkich narodów 
Żmujdzini. – Wolnym ci my byli i szlachetnej krwi ludem, a Zakon chce nas w niewolników 
przemienić! Nie dusz on naszych szuka, lecz ziemi i dostatków. Już nędza nasza taka, że nam 
chyba żebrać lub rozbijać! Jakoże im wodą chrztu nas obmywać, gdy sami nie mają rąk czystych! 
My chcemy chrztu, ale nie krwią i mieczem, i chcemy wiary, ale jeno takiej, jakiej zacni 
monarchowie, Jagiełło i Witold, nauczają. Słuchajcie i ratujcie nas, bo giniemy! Nie chce 
nas Zakon chrzcić, by nas uciemiężałłatwiej; nie księży, lecz zasie katów nam posyła. Już ule 
nasze, już stada, już wszystkie płody ziemi nam zabrali; już nam ni ryby łowić, ni zwierza bić 
w puszczach nie wolno! Błagamy! słuchajcie, bo oto zgięli nam wolne drzewiej karki do robót 
nocnych przy zamkach, dzieci nam jako zakładników uwieźli, a żony i córki w oczach 
mężów i ojców bezczeszczą. Nam słuszniej należałoby jęczeć niż mówić! Rodziny nasze 
ogniem popalili, panów do Prus uwieźli, wielkich ludzi: Korkucia, Wassygina, Swolka i Sągajłę, 
potracili – i jako wilcy krew naszą 
żłopią. O, słuchajcie! Przecież 
my ludzie, nie zwie-
rzęta, przeto wołamy do Ojca Świętego, by nas przez polskich biskupów chrzcić kazał, gdyż 
całą duszą chrztu pragniemy, ale chrztu wodąłaski, nie żywą krwią zniszczenia”. 
Tak i tym podobnie skarżyli sięŻmujdzini, więc gdy ich skargi i na mazowieckim dworze 
usłyszano, zaraz kilku rycerzy i dworzan postanowiło iść im w pomoc rozumiejąc, że księcia 
Janusza nawet i pytać o pozwolenie nie trzeba, choćby z tego powodu, że księżna jest rodzoną 
siostrą Witolda. Zawrzały też 
powszechnym gniewem serca, gdy dowiedziano się od Bronisza 
i bojarzynków, że wielu szlachetnych młodzianków żmujdzkich będącymi zakładnikami w 
Prusiech, nie mogąc znieść pohańbienia i okrucieństw, jakich dopuszczali się nad nimi Krzyżacy, 
poodbierało sobie życie. 
 
Hlawa cieszył się zaś z tej ochoty mazowieckiego rycerstwa, myślał bowiem, że im więcej 
ludzi z Polski pociągnie do księcia Witolda, tym wojna rozgorzeje większa i tym pewniej 
można będzie czegoś przeciw Krzyżakom dokazać. Cieszyło go także i to, że zobaczy Zbyszka, 
do którego się przywiązał, i starego rycerza Maćka, o którym mniemał, że godzien widzenia 
przy robocie, a razem z nim nowe dzikie kraje, nieznane miasta, nie widziane dotychczas 
rycerstwo i wojska, wreszcie samego księcia Witolda, którego sława szeroko wówczas rozbrzmiewała 
po świecie. 
 
I w tej myśli postanowił jechać „wielkimi i pilnymi drogami” nie zatrzymując się nigdzie 
dłużej, niż było dla wypoczynku koniom potrzeba. Owi bojarzynkowie, którzy z Broniszem z 
Ciasnoci przybyli, i inni Litwini znajdujący się na dworcu księżny, świadomi dróg i przejść 
wszelkich, mieli prowadzić 
jego i ochotniczych rycerzy mazowieckich od osady do osady, od 
grodu do grodu i przez głuche, niezmierne puszcze, którymi większa część Mazowsza i Litwy, 
i Żmujdzi była pokryta. 
 
91 
 
 

Rozdział 
szesnasty 
 
 
W lasach o milę 
na wschód za Kownem, które sam Witold zniszczył, stały główne siły 
Skirwoiłły, przerzucając się w razie potrzeby błyskawicą 
z miejsca na miejsce, czyniąc szybkie 
wyprawy bądź to w granice pruskie, bądź na zamki i zameczki będące jeszcze w ręku 
krzyżackim i podsycając płomień wojny w całej krainie. Tam to znalazł wierny giermek 
Zbyszka, a przy nim i Maćka, który był dopiero przed dwoma dniami przyjechał. Po przywitaniu 
się ze Zbyszkiem przespał Czech całą noc jak zabity i dopiero na drugi dzień wieczorem 
poszedł powitać starego rycerza, który będąc strudzon i zły przyjął go gniewliwie, pytając, 
dlaczego wedle rozkazania w Spychowie nie został – i udobruchał się nieco dopiero wówczas, 
gdy ów znalazłszy sposobną chwilę, w której Zbyszka nie było w namiocie, usprawiedliwił 
się przed nim wyraźnym rozkazem Jagienki. 
 
Powiedział też, że prócz rozkazu i prócz przyrodzonej ochoty do wojny przywiodła go także 
w tę stronę chęć, by w razie czego pchnąć zaraz gońca z wiadomości do Spychowa. „Panienka 
– mówił – która ma duszę jak anioł, sama przeciw własnemu dobru modli się za Jurandównę. 
Ale wszystkiemu musi być koniec. Jeśli Jurandówna nie żyje, to niech Bóg da jej 
światłość wiekuistą, boć była jako jagnię niewinne, ale jeśli się odnajdzie, to trzeba panienkę 
jako najprędzej zawiadomić, aby wraz jechała precz ze Spychowa, nie zaś dopiero po powrocie 
Jurandówny, jakoby wypędzona, ze sromotą a wstydem”. 
 
Maćko słuchał tego z niechęcią, powtarzając od czasu do czasu: „Nic ci do tego”. Ale 
Hlawa postanowiwszy mówić otwarcie wcale się tym nie tropił i w końcu rzekł: 
 
– Lepiej było pannie w Zgorzelicach ostawać i na nic była ta podróż. Wmawialiśmy w niebogę, 
że Jurandówna już nie żywie, a może się pokazać inaczej. 
– A kto opowiadał, że nie żywie, jeżeli nie ty? – zapytał z gniewem Maćko. – Trzeba było 
trzymać język za zębami. Ja zaś zabrałem ją, bo się bała Cztana i Wilka. 
– Pozór to tylko był – odpowiedział giermek. – Mogła siedzieć w Zgorzelicach bezpiecznie, 
bo oni by tam sobie wzajem przeszkadzali. Ale baliście się, panie, żeby w razie śmierci 
Jurandówny nie ominęła pana Zbyszka i panienka, i dlategoście ją zabrali. 
– Cóżeś tak zhardział? Zaliś to już rycerz pasowany, nie sługa? 
– Sługam ci jest, ale sługa panny, przeto dbam, aby jej hańba nie spotkała. 
A Maćko zamyślił się posępnie, gdyż nie był z siebie rad. Nieraz on już sobie wyrzucał, że 
zabrał Jagienkę ze Zgorzelic, czuł bowiem, że w każdym razie w takim podwożeniu Jagienki 
Zbyszkowi była jakowaś 
dla niej ujma, a na wypadek, gdyby Danusia się odnalazła – więcej 
niż ujma. Czuł również, że w hardych słowach Czecha tkwi prawda, bo choć Jagienkę zabrał 
dlatego, by ją do opata odwieźć, mógł jednak dowiedziawszy się o jego śmierci w Płocku ją 
zostawić, a tymczasem on ją aż do Spychowa przywiózł, by w razie czego, blisko przy 
Zbyszku była. 
 
– Dyć mnie to do łba nie przyszło – rzekł jednak chcąc siebie i Czecha stumanić – jeno 
sama się jechać naparła. 
92 
 
 

– Jużci się naparła, bośmy w nią wmówili, że tamtej nie ma na świecie, a że braciom bezpieczniej 
było bez niej niż z nią – więc i pojechała. 
– Tyś wmówił: – zakrzyknął Maćko. 
– Ja – i moja wina. Ale teraz musi się pokazać, jako jest. Trzeba, panie, co wskórać. Inaczej 
– lepiej pogińmy. 
– Co tu wskórasz – rzekł z niecierpliwością Maćko – z takim wojskiem, w takiej wojnie!... 
Będzie-li co lepszego, to dopiero w lipcu, bo dla Niemców dwie są pory wojenne: zimą i suchym 
latem, a teraz to się jeno tli, nie pali. Kniaź Witold podobno do Krakowa pojechał królowi 
się opowiedzieć i pozwoleństwo a pomoc jego sobie zjednać. 
– Są przecie w pobliżu zamki krzyżackie. Gdyby choć ze dwa zdobyć, znaleźlibyśmy może 
Jurandównę albo wiadomość o jej śmierci. 
– Albo i nic. 
– W tę stronę ją przecie Zygfryd wywiózł. Powiadali to nam i w Szczytnie, i wszędy, i samiśmy 
tak myśleli. 
– A widziałeś to wojsko? Wyjdźże za namiot i spójrz. Niektórzy pałki jeno mają, a niektórzy 
miedziane miecze po pradziadach. 
– Ba! Jako słyszałem, chłopy do bitki dobre! 
– Ale nie im z gołymi brzuchami zamków dobywać, zwłaszcza krzyżackich. 
Dalszą rozmowę przerwało im przybycie Zbyszka i Skirwoiłły, który był wodzem Żmujdzinów. 
Był to mąż małego wzrostu, ale krzepki w sobie i barczysty. Pierś posiadał tak wypukłą, 
że prawie wyglądała na garb, i niezmiernie długie, sięgające prawie do kolan ręce. W 
ogóle przypominał 
Zyndrama z Maszkowic, słynnego rycerza, którego Maćko i Zbyszko poznali 
swego czasu w Krakowie, miał bowiem równie ogromną głowę i takie same pałąkowate 
nogi. Mówiono o nim także, że dobrze rozumiał się na wojnie. Wiek życia zbiegł mu w polu 
przeciw Tatarom, z którymi długie lata walczył na Rusi, i przeciw Niemcom, których nienawidził 
jak zarazy. W tych wojnach nauczył się po rusińsku, a potem na dworze Witoldowym 
nieco po polsku; po niemiecku umiał, a przynajmniej powtarzał tylko trzy wyrazy: ogień, 
krew i śmierć. W swojej ogromnej głowie miał zawsze pełno pomysłów i podstępów wojennych, 
których Krzyżacy nie umieli ani przewidzieć, ani im zapobiegać – dlatego bano się go 
w pogranicznych komturiach. 
 
– Mówiliśmy o wyprawie – rzekł z niezwykłym ożywieniem do Maćka Zbyszko – i dlategośmy 
tu przyszli, byście też swoje doświadczone zdanie rzekli. 
Maćko usadził Skirwoiłłę na sosnowym pniaku pokrytym niedźwiedzią skórą, następnie 
kazał przynieść czeladzi stągiewkę miodu, z której poczęli czerpać rycerze blaszankami i pić, 
gdy zaś pokrzepili się godnie, dopieroż Maćko zapytał: 
 
– Chcecie wyprawę uczynić albo co? 
– Zamki Niemcom okurzyć... 
– Któren? 
– Ragnetę albo Nowe Kowno. 
– Ragnetę – rzekł 
Zbyszko. – Cztery dni temu byliśmy pod Nowym Kownem i pobili nas. 
– To właśnie – rzekł Skirwoiłło. 
– Jakże to? 
– Dobrze. 
– Poczekajcie – rzekł Maćko – bo ja tutejszej krainy nie znam. Gdzie jest Nowe Kowno, a 
gdzie Ragneta? 
– Stąd do Starego Kowna niespełna mila – odpowiedział Zbyszko – a od Starego do Nowego 
też mila. Zamek jest na wyspie. Onegdaj chcieliśmy się przeprawić, ale pobili nas u 
przeprawy. Ścigali ci nas pół dnia, aż utailiśmy się 
w tych lasach, a wojsko tak się rozproszyło, 
że niektórzy dopiero dziś nad ranem się znaleźli. 
– A Ragneta? 
93 
 
 

Skirwoiłło wyciągnął swe długie jak gałąź ramię na północ i rzekł: 
 
– Daleko! daleko!... 
– Właśnie dlatego, że daleko! – odparł 
Zbyszko.– Spokój tam wokoło, bo co było zbrojnych 
ludzi z tej strony granicy, to ściągnęło ku nam. Nie spodziewają się tam teraz Niemcy 
żadnej napaści, więc na ubezpieczonych uderzym. 
– Słusznie prawi – rzekł Skirwoiłło. 
Maćko zaś spytał: 
– Zali myślicie, że będzie można i zamku dobyć? 
Na to Skirwoiłło potrząsnął głową na znak przeczenia, a Zbyszko odpowiedział: 
– Zamek mocny, więc chybaby wypadkiem. Ale krainę spustoszym, wsie i miasta popalim, 
spyżę 
poniszczym, a co nade wszystko jeńców nabierzemy, między którymi mogą być ludzie 
znaczni, a takich chętnie Krzyżacy wykupują alboli też wymieniają... 
Tu zwrócił się do Skirwoiłły: 
 
– Samiście, kniaziu, przyznali, że słusznie prawię, a teraz rozważcie jeno: Nowe Kowno na 
wyspie. Ni tam wsi nie poburzym, ni stad nie zagarniem, ni jeńców nie nabierzem. I przecie 
dopiero co nas tam pobili. Ej! pójdźmy lepiej tam, gdzie się nas teraz nie spodziewają. 
– Kto pobije, ten się napaści najmniej spodziewa – mruknął Skirwoiłło. 
Lecz tu zabrał głos Maćko – i począł popierać zdanie Zbyszkowe, zrozumiał bowiem, że 
młodzianek ma większą nadzieję dowiedzieć się czegoś pod Ragnetą niż pod Nowym Kownem 
– i że pod Ragnetąłatwiej będzie przede wszystkim schwytać jakiego znacznego jeńca, 
który by mógł posłużyć na wymianę. Mniemał także, że w każdym razie lepiej jest iść dalej i 
wychynąć niespodzianie w kraj mniej strzeżony niż porywać się na wyspę od przyrodzenia 
obronną, a strzeżoną prócz tego przez silny zamek i zwycięską załogę. 
 
Jako zaś człek doświadczony w wojnie, mówił jasno i przytaczał tak walne powody, że 
każdego mógł przekonać. Tamci słuchali go też uważnie. Skirwoiłło poruszał kiedy niekiedy 
wzniesionymi brwiami jakby na znak potakiwania, chwilami pomrukiwał: „Słusznie prawi!” 
 
– wreszcie wsunął swą ogromną głowę między szerokie ramiona, tak że wyglądał całkiem jak 
garbaty, i zamyślił się głęboko. 
Lecz po pewnym czasie wstał – i nic nie mówiąc począł siężegnać. 
 
– A jakoże, kniaziu, będzie? – spytał go Maćko – dokąd ruszym? 
Ów zaś rzekł krótko: 
– Pod Nowe Kowno. 
I wyszedł z namiotu. 
Maćko i Czech spoglądali czas jakiś ze zdziwieniem na Zbyszka, po czym stary rycerz 
uderzył się dłońmi po udach i zawołał: 
 
– Tfu! cóż to za pień!... To niby słucha, słucha, a potem swoje. Żal gęby drzeć!... 
– Słyszałem ci ja o nim, że taki jest – odrzekł 
Zbyszko – a po prawdzie, to i cały tu naród 
uporczywy jako mało który. Cudzego zdania wysłucha, a potem jakoby kto na wiatr dmuchał. 
– To czego pyta? 
– Bośmy pasowani rycerze i dlatego żeby każdą rzecz na dwie strony rozważyć. Ale głupi 
on nie jest. 
– Pod Nowym Kownem też może najmniej się nas spodziewają – zauważył Czech – właśnie 
dlatego, że dopiero co was pobili. W tym miał ci on słuszność. 
– Pójdźmy obaczyć tych ludzi, którym ja przywodzę – rzekł 
Zbyszko, któremu duszno 
było w namiocie – trzeba im zapowiedzieć, aby zaś byli gotowi. 
I wyszli. Na dworze noc już zapadła zupełna, chmurna i ciemna, rozświecona tylko przez 
ogniska, przy których siedzieli Żmujdzini. 
 
94 
 
 

Rozdział 
siedemnasty 
 
 
Dla Maćka i dla Zbyszka, którzy służąc poprzednio u Witolda napatrzyli się do syta litewskim 
i żmujdzkim wojownikom, widok obozowiska nie przestawiał nic nowego; ale Czech 
patrzał na nich z ciekawością, rozważając sobie zarazem w umyśle, czego od takich ludzi 
można w bitwie oczekiwać, i porównywając ich z polskim i z niemieckim rycerstwem. Obóz 
stał 
w nizinie otoczonej borem i bagnami, zatem ubezpieczon zupełnie od napadu, albowiem 
żadne inne wojsko nie zdołałoby przebrnąć przez owe zdradliwe mokradła. Sama nizina, na 
której stały szałasy, była także grząska i błotnista, lecz oni nakrzesawszy jodłowych i sosnowych 
gałązek przyrzucili ją nimi tak grubo, że spoczywali jakby na najsuchszym miejscu. 
Kniaziowi Skirwoille sklecono naprędce coś w rodzaju „numy”, czyli chaty litewskiej z ziemi 
i drewnianych nie ociosanych bierwion, dla znaczniejszych ludzi uwito z gałęzi kilkadziesiąt 
szałasów, pospolici zaś wojownicy siedzieli koło ognisk, pod gołym niebem, mając ochronę 
przeciw zmianom pogody i dżdżom tylko w kożuchach i skórach, które na nagim ciele nosili. 
W obozie nikt nie spał 
jeszcze, albowiem ludzie, nie mając po ostatniej porażce nic do roboty, 
sypiali we dnie. Niektórzy siedzieli lub leżeli wokół jasnych ognisk podsycanych suszem i 
gałęźmi jałowca, inni grzebali w przygasłych już i zasutych popiołem watrzyskach, od których 
rozchodził się zapach pieczonej rzepy, zwykłego pokarmu Litwinów, i swąd przypalonych 
mięsiw. Między ogniskami widniały stosy broni poskładane blisko, tak aby w danym 
razie łatwo było każdemu za swój oręż pochwycić. Hlawa przypatrywał się z ciekawością 
oszczepom o grotach wąskich i długich, wykutych z hartownego żelaza, kiścieniom uczynionym 
z młodych dąbczaków, w które ponabijano krzemieni lub gwoździ, okszom o trzonkach 
krótkich, podobnych do polskich toporów, którymi posługiwali się 
jezdni, i okszom o trzonkach 
tak niemal długich jak u berdyszów, którymi walczyli piesi. Trafiały się między nimi i 
miedziane, pochodzące z dawnych czasów, kiedy żelazo w małym jeszcze było użyciu w tych 
zapadłych stronach. Niektóre miecze były również z miedzi, ale większość z dobrej, dostarczanej 
z Nowogrodu stali. Czech brał w rękę oszczepy, miecze, oksze, smoliste, prażone w 
ogniu łuki i przy blasku płomienia badał ich doskonałość. Koni niewiele było przy ogniskach, 
gdyż stada pasły się opodal w lasach i na łąkach pod strażą czujnych koniuchów, ale że 
znaczniejsi bojarowie chcieli mieć swoje rumaki na zawołanie, przeto było ich w obozie kilkadziesiąt, 
które niewolnicy pańscy karmili z ręki u toku. Hlawę zdumiewały kudłate ciała 
tych rumaków, nadzwyczaj drobnych, o potężnych karkach i w ogóle tak dziwnych, że zachodni 
rycerze poczytywali je za jakieś całkiem odmienne zwierzęta leśne, więcej do jedno-
rożców niż do prawdziwych koni podobne. 
 
– Na nic tu wielkie, bojowe ogiery – mówił doświadczony Maćko wspominając swoje 
dawne służby u Witolda – bo wielki zaraz w młakach ugrzęźnie, a tutejszy chmyz przejdzie 
wszędy, tak prawie jako i człowiek. 
– Ale w polu – odrzekł Czech – tutejsze wielkim niemieckim nie dostoją. 
95 
 
 

– Jużci nie dostoją. Za to nie ucieknie Niemiec przed Żmujdzinem ani też go nie zgoni, bo 
te są tak właśnie ścigłe albo i ściglejsze niż tatarskie. 
– A wszelako dziwno mi to jest, bo com widział jeńców Tatarów, których rycerz Zych do 
Zgorzelic przyprowadził, to chłopy były nieduże i takiego byle koń udźwignie, a to lud rosły. 
Lud zaś istotnie był dorodny. Przy blasku ognia widać było spod skór i kożuchów szerokie 
piersi i tęgie ramiona. Chłop w chłopa suchy był, ale kościsty i długi, w ogóle zaś wzrostem 
ludzie ci przewyższali mieszkańców innych krain litewskich, albowiem siedzieli na ziemiach 
lepszych i obfitszych, w których głody, trapiące kiedy niekiedy Litwę, rzadziej dawały się we 
znaki. Natomiast dzikością przewyższali jeszcze Litwinów. W Wilnie był dwór wielkoksiążęcy, 
do Wilna ściągali księża ze Wschodu i Zachodu, przychodziły poselstwa, napływał kupiec 
zagraniczny, przez co mieszkaniec miasta i okolicy oswajał się nieco z obczyzną; tu cudzoziemiec 
zjawiał się tylko pod postacią Krzyżaka lub Mieczowego Kawalera, niosących w głu-
che leśne osady ogień, niewolę i chrzest z krwi, więc wszystko tu było grubsze, surowsze i 
bardziej do dawnych czasów zbliżone, bardziej przeciw nowościom zawzięte; starszy obyczaj, 
starszy tryb wojowania, a i pogaństwo uporczywsze, dlatego że czci Krzyża nauczał nie 
łagodny zwiastun Dobrej Nowiny z miłością apostoła, lecz zbrojny niemiecki mnich z duszą 
kata. 
 
Skirwoiłło i znaczniejsi kniazie a bojarzyny byli już chrześcijanami, albowiem poszli za 
przykładem Jagiełły i Witolda. Inni, nawet najprostsi i najdziksi wojownicy, nosili w piersiach 
głuche poczucie, że nadchodzi śmierć 
i skon dawnemu światu, dawnej ich wierze. I gotowi 
byli pochylić głowy przed Krzyżem, byle tego Krzyża nie wznosiły niemieckie nienawistne 
ręce. „My prosimy chrztu – wołali do wszystkich książąt i narodów – lecz wspomnijcie, 
że ludzie jesteśmy, nie zwierzęta, które można darować, kupić i przedać”. Tymczasem, 
gdy dawna wiara gasła, jak gaśnie ognisko, do którego nikt drew nie przyrzuca, a od nowej 
odwracały się serca właśnie dlatego, że wmuszała ją niemiecka przemoc, rodziła się w ich 
duszach pustka, niepokój i żal po przeszłości, i głęboki smutek. Czech, który od dziecka zrósł 
się z wesołym gwarem żołnierskim, z pieśniami i szumną muzyką, widział po raz pierwszy w 
życiu obóz tak cichy i posępny. Ledwie gdzieniegdzie, przy dalszych od Skirwoiłłowej numy 
ogniskach, słychać było odgłos fujarki lub piszczałki, albo słowa przyciszonej pieśni, którą 
śpiewał „burtinikas”. Wojownicy słuchali w kucki wedle ognia, mając łokcie wsparte na kolanach, 
a twarze ukryte w dłoniach, okryci skórami, podobni do drapieżnych zwierząt leśnych. 
Lecz gdy podnosili ku przechodzącym rycerzom głowy, blask płomienia oświecał twarze 
łagodne i niebieskie źrenice, wcale nie srogie ni drapieżne, ale tak raczej patrzące, jak 
patrzą smutne i pokrzywdzone dzieci. Na krańcach obozowiska leżeli na mchach ranni, których 
zdołano unieść z ostatniej bitwy. Wróżbici, tak zwani „łabdarysy” i „sejtonowie”, mruczeli 
nad nimi zaklęcia lub opatrywali ich rany przykładając na nie znane sobie zioła gojące, a 
oni leżeli w milczeniu znosząc cierpliwie ból i męki. Z głębin leśnych, od strony polan i ługów, 
dochodziło poświstywanie koniuchów, kiedy niekiedy podnosił się wiatr przysłaniając 
dymami obozowisko i napełniając szumem bór ciemny. Ale noc czyniła się coraz późniejsza, 
więc ogniska poczęły mdleć i gasnąć i cisza zapadła jeszcze większa potęgując owe wrażenie 
smutku i jakby pognębienia. 
 
Zbyszko wydał rozkaz gotowości ludziom, którym przywodził i z którymi łatwo mógł się 
rozmówić, albowiem była między nimi garść Płocczan, po czym zwrócił się do swego giermka 
i rzekł: 
 
– Napatrzyłeś się do woli, a teraz czas wrócić pod namiot. 
– Jużci się napatrzyłem – odpowiedział giermek – alem nie bardzo rad z tego, com widział, 
bo zaraz znać, że to pobici ludzie. 
– Dwa razy: cztery dni temu przy zamku i onegdaj u przeprawy. A teraz chce się Skirwoille 
trzeci raz tam iść, by trzeciej porażki doznać. 
96 
 
 

– Jakże, to on nie rozumie, że z takim wojskiem przeciw Niemcom nie wskóra? Powiadał 
mi to już rycerz Maćko, a teraz i sam miarkuję, że liche to muszą być i do bitki pachołki. 
– I w tym się mylisz, bo to lud chrobry jak mało który w świecie. Jeno się kupą bezładną 
biją, a Niemcy w szyku. Jeśli się uda szyk rozerwać, to częściej Żmujdzin Niemca niż Niemiec 
Żmujdzina położy. Ba, ale tamci to wiedzą i tak się zwierają, że jako ściana stoją. 
– A już o zamków dobywaniu to pewnie nie ma co i myśleć – rzekł Czech. 
– Boć nijakiego sprzętu do tego nie ma – odpowiedział Zbyszko. – Sprzęt ma kniaź Witold 
i póki ku nam nie nadciągnie, nie ugryziem żadnego zamku, chybaby trafunkiem albo zdradą. 
Tak rozmawiając doszli do namiotu, przed którym płonął duży, podsycany przez czeladź 
ogień, a w nim kopciły się przygotowane przez czeladź mięsiwa. W namiocie chłodno było i 
wilgotno, więc rycerze, a z nimi i Hlawa, pokładli się przed ogniem na skórach. 
 
Za czym posiliwszy się próbowali zasnąć, lecz nie mogli. Maćko przewracał się z boku na 
bok, a następnie ujrzawszy, że Zbyszko siedzi przed płomieniem otoczywszy ramionami kolana, 
zapytał: 
 
– Słuchaj! Dlaczegoś ty radził iść daleko pod Ragnetę, nie tu blisko pod ten Gotteswerder? 
Co masz w tym? 
– Bo tak mi coś do duszy gada, że Danuśka jest w Ragnecie – i tam się mniej strzegą niż 
tu. 
– Nie było czasu się rozgadać, bom i sam był utrudzon, i tyś ludzi po boru po klęsce zbierał. 
Ale teraz mówże, jako jest: chcesz-li ty zawsze tej dziewki szukać? 
– Dyć to nie żadna dziewka, jeno moja niewiasta – odpowiedział Zbyszko. 
Nastało milczenie, albowiem Maćko rozumiał dobrze, że nie masz na to odpowiedzi. Gdyby 
Danuśka była dotychczas panną Jurandówną, byłby niechybnie stary rycerz namawiał 
bratanka, by jej poniechał, ale wobec świętości sakramentu poszukiwanie stawało się prostą 
powinnością i Maćko nie byłby nawet zadawał takiego pytania, gdyby nie to, że nie będąc 
obecny ni na ślubie, ni na weselu, mimowiednie uważał Jurandównę zawsze za dziewkę. 
 
– Jużci! – rzekł po chwili. – Ale o com przez te dwa dni miał czas się spytać, tom się spytał, 
i rzekłeś mi, że nic nie wiesz. 
– Bo nic nie wiem, jeno to, że chyba gniew boski jest nade mną. 
Wtem Hlawa przypodniósł się z niedźwiedziej skóry, siadł i nastawiwszy uszu począł słuchać 
pilnie a ciekawie. 
A Maćko rzekł: 
 
– Pókić sen nie zmorzy, gadaj: coś widział, coś robił i coś wskórał w Malborgu? 
Zbyszko odgarnął włosy, które dawno nie podcinane z przodu, spadały mu aż na brwi, 
chwilę posiedział w milczeniu, po czym jął mówić: 
 
– Dałby Bóg, abym ja tyle mógł wiedzieć o mojej Danuśce, ile wiem o Malborgu. Pytacie, 
com tam widział? Widziałem potęgę krzyżacką niezmierną, przez wszystkich królów i przez 
wszystkie narody wspomaganą, z którą nie wiem, czyli kto w świecie mierzyć się zdoła. Widziałem 
zamek, jakiego chyba i sam cesarz rzymski nie ma. Widziałem skarby nieprzebrane, 
widziałem zbroje, widziałem mrowie orężnych mnichów, rycerzy i knechtów – i relikwie jakby 
u Ojca Świętego w Rzymie, i mówię wam, że aże dusza zdrętwiała we mnie, bom sobie 
pomyślał: gdzie się tam komu na nich porywać? kto ich zmoże? kto się im oprze? kogo ich 
siła nie przełamie? 
– Nas! zatracona ich mać! – zawołał nie mogąc wytrzymać Hlawa. 
Maćkowi dziwne wydały się także słowa Zbyszka, więc choć chciało mu się poznać 
wszystkie przygody młodzianka, jednakże przerwał mu i rzekł: 
 
– A toś zapomniał o Wilnie? A mało to razy zderzaliśmy się z nimi tarczą o tarcz i łbem o 
łeb! A toś zabaczył, jako im niesporo bywało ku nam – i jak na zatwardziałość naszą narzekali: 
że to nie dość było konia zapocić i kopię pokruszyć, jeno trza było cudze gardło wziąć 
97 
 
 

albo swoje dać! Byli tam przecie i goście, którzy nas pozywali – a wszyscy z hańbą odeszli. 
Cóżeś to tak zmiękł? 
 
– Nie zmiękłem ja, bom się i w Malborgu potykał, gdzie też i na ostre gonili. Ale wy ich 
wszystkiej potęgi nie znacie. 
Lecz stary rozgniewał się. 
 
– A ty znasz-li całą moc polską? Widziałeś wszystkie chorągwie w kupie? Nie widziałeś. 
A ich potęga na krzywdzie ludzkiej i na zdradzie stoi, bo tam i piędzi ziemi nie ma, która by 
była ich. Przyjęli ci ich książęta nasi, jak się ubogiego w dom przyjmuje – i obdarowali, a oni 
porósłszy w moc pokąsali tę rękę, co ich żywiła, jako psi bezecni i wściekli. Ziemię zagarnęli, 
miasta zdradą pobrali i ot ich moc! Ale choćby wszyscy królowie świata szli im w pomoc – 
nadejdzie dzień sądu i pomsty. 
– Skoroście mi kazali gadać, com widział, a teraz się gniewacie, to wolej zaniecham – 
rzekł Zbyszko. 
Maćko zaś zasapał przez jakiś czas gniewnie, po chwili jednak uspokoił się i rzekł: 
 
– Albo to raz tak bywa! Sto ci w lesie chojar jako wieża sroga, myślałbyś, że wiek wieków 
postoi, a stukniesz w niego godnie obuchem, to ci się pustką obezwie. I próchno się w nim 
sypie. Taka to i krzyżacka moc! Ale jam ci kazał gadać, coś robił i coś wskórał. Goniłeś tam 
na ostre – powiadasz? 
– Goniłem. Hardo i niewdzięcznie ci mnie tam z początku przyjęli, bo było im już wiadomo, 
żem się z Rotgierem potykał. Może i przygodziłoby mi się co złego, jeno żem z listem od 
księcia przyjechał i pan Lorche, którego oni szanują, od ich złości mnie bronił. Ale potem 
przyszły uczty i gonitwy, w których Pan Jezus mi pobłogosławił. Toście słyszeli, że mnie brat 
mistrzów Ulryk pokochał – i dał mi rozkaz od samego mistrza na piśmie, aby mi Danuśkę 
wydali? 
– Powiadali nam ludzie – rzekł Maćko – iże popręg mu pękł przy siedle, co ty widzęcy nie 
chciałeś na niego uderzać. 
– Jużci, podniosłem kopię w górę, a on mnie od tej pory pokochał. Hej, miły Boże! srogie 
mi pisma dali, z którymi mogłem od zamku do zamku jeździć i szukać. Już myślałem, że koniec 
mojej biedy i mego frasunku – a teraz ot, tu siedzę, w dzikiej stronie, bez rady nijakiej, w 
strapieniu i smutku, a co dzień ci mi gorzej i tęskniej... 
Tu umilkł na chwilę, po czym rzucił z całej mocy wiórem w ogień, aż iskry posypały się z 
płonących głowni, i rzekł: 
 
– Bo jeśli ta nieboga jęczy tu gdzie w jakim zamku, a myśli, żem ją zabaczył, to niechby 
mnie nagła śmierć nie minęła! 
I tyle w nim się widocznie zapiekło zniecierpliwienia i bólu, że jął znów rzucać wiórami w 
ogień jak gdyby nagłym, ślepym bólem uniesion, a oni zdumieli się bardzo, nie przypuszczali 
bowiem, żeby tak kochał Danuśkę. 
 
– Pohamuj się! – zawołał Maćko. – Jakoże było z onym glejtem? Zali komturowie nie 
chcieli rozkazów mistrza słuchać? 
– Pohamujcie się, panie – rzekł Czech – Bóg was pocieszy – może wkrótce. 
Zbyszkowi zaśłzy błysły w źrenicach, ale uspokoił się nieco i rzekł: 
– Otwierali odmieńce zamki i więzienia. Byłem wszędy, szukałem! Aż wybuchła ta wojna 
– i w Gierdawach powiedział mi wójt von Heideck, że wojenne prawo inne i że glejty wydane 
w czasie pokoju nic nie znaczą. Pozwałem go zaraz, ale nie stanął 
i z zamku mnie wyżenąć 
kazał. 
– A w innych? – spytał Maćko. 
– Wszędy to samo. W Królewcu komtur, który jest zwierzchnikiem gierdawskiego wójta, 
nie chciał nawet czytać mistrzowego pisma mówiąc, że wojna wojną – i głowę, póki cała, 
kazał mi precz unosić. Pytałem i gdzie indziej – wszędy to samo. 
98 
 
 

– To teraz rozumiem – rzekł stary rycerz. – Widząc, że nic nie wskórasz, wolałeś tu 
przyjść, gdzie chociaż pomsta może się zdarzyć. 
– Tak jest – odpowiedział Zbyszko. – Myślałem także, że jeńców nabierzem i może zamków 
kilka ogarniem; ale oni nie umieją zamków zdobywać. 
– Hej, przyjdzie sam kniaź Witold, to będzie inaczej. 
– Daj go Bóg. 
– Przyjdzie. Słyszałem na mazowieckim dworze, że przyjdzie, a może i król z nim razem z 
całą potęgą polską. 
Lecz dalszą rozmowę przerwało im przyjście Skirwoiłły, który wychylił się niespodzianie 
z cienia i rzekł: 
 
– W pochód ruszamy. 
Usłyszawszy to rycerze powstali żywo na nogi, Skirwoiłło zaś zbliżył ku ich twarzom 
swoją ogromną głowę i rzekł przyciszonym głosem: 
 
– Są nowiny: idą do Nowego Kowna posiłki. Dwóch rycerzy prowadzi knechtów, bydło i 
spyżę. Zaskoczym im. 
– To przejdziem Niemen? – zapytał Zbyszko. 
– Tak. Wiem bród. 
– A w zamku wiedzą o posiłkach. 
– Wiedzą i wyjdą im na spotkanie, ale na tych uderzycie wy. 
I począł im objaśniać, gdzie mają się zasadzić, tak aby niespodzianie uderzyć na tych, którzy 
pokwapią się z zamku. Chodziło mu o to, by jednocześnie stoczyć dwie bitwy i pomścić 
ostatnie porażki, co mogło się udać tym łatwiej, że po świeżym zwycięstwie nieprzyjaciel 
czuł się zupełnie bezpieczny. Więc wskazał 
im miejsce i czas, w którym mieli tam zdążyć, a 
resztę zdał na ich męstwo i przemyślność. Oni zaś uradowali się w sercach, gdyż zaraz poznali, 
że mówi do nich wojownik doświadczony i sprawny. Skończywszy kazał im iść za sobą 
i wrócił do swej numy, w której czekali już na niego kniaziowie i bojarzyni setnicy. Tam powtórzył 
rozkazy, wydał nowe, a wreszcie podniósłszy do ust piszczałkę, wyrzeźbioną z wilczej 
kości, wydał donośny i przeraźliwy świst, który usłyszano od jednego do drugiego końca 
obozu. 
 
Na ów odgłos zakotłowało się coś wedle przygasłych ognisk; tu i ówdzie poczęły strzelać 
iskry, potem błysnęły płomyki, które rosły i wzmagały się z każdą chwilą, a przy ich blasku 
widać było dzikie postacie wojowników zbierające się koło stosów z bronią. Bór zadrgał i 
zbudził się. Po chwili z głębin poczęły dochodzić wołania koniuchów pędzących stada ku 
obozowi. 
 
99 
 
 

Rozdział 
osiemnasty 
 
 
Doszli rankiem do Niewiaży i przeprawili się: kto konno, kto przy ogonie końskim, kto na 
pęku łóz. Poszło to tak prędko, że aż Maćko, Zbyszko, Hlawa i ci z Mazurów, którzy przyszli 
na ochotnika, dziwili się sprawności tego ludu i teraz dopiero zrozumieli, dlaczego ni bory, ni 
bagna, ni rzeki nie mogły powstrzymać 
wypraw litewskich. Wyszedłszy z wody żaden nie 
zewlókł odzieży, nie zrzucił kożucha ni wilczury, jeno suszyli się nadstawiając grzbiety słońcu, 
aż dymiło się 
z nich jak ze smolarni – i po małym wypoczynku ruszyli śpiesznym pochodem 
na północ. Ciemnym wieczorem dotarli do Niemna. I tu przeprawa, jako przez rzekę 
wielką a do tego nabrzmiałą wiosennymi wodami, nie była łatwą. Bród, o którym wiedział 
Skirwoiłło, zmienił się 
miejscami w topiel, tak że konie musiały pływać więcej niż na ćwierć 
stajania. Dwóch ludzi uniósł prąd tuż przy boku Zbyszka i Czecha, którzy na próżno chcieli 
ich ratować, albowiem z powodu ciemności i wzburzonej wody rychło stracili ich z oczu, oni 
zaś nie śmieli wołać o ratunek, ponieważ poprzednio wódz wydał rozkaz, aby przeprawa odbyła 
się w jak najgłębszym milczeniu. Jednakże wszyscy inni dotarli szczęśliwie do drugiego 
brzegu, na którym przesiedzieli bez ognia do rana. 
 
O pierwszym brzasku całe wojsko rozdzieliło się 
na dwa oddziały. Z jednym Skirwoiłło 
poszedł w głąb kraju na spotkanie owych rycerzy prowadzących posiłki do Gotteswerder, 
drugi powiódł Zbyszko wstecz ku wyspie, aby zaskoczyć ludziom zamkowym, którzy naprzeciw 
tamtym wyjść chcieli. Dzień czynił się 
w górze jasny i pogodny, ale na dole bór, łęki 
i krze przysłonione były gęstym, białawym oparem, który całkiem zakrywał dal. Była to dla 
Zbyszka i jego ludzi okoliczność pomyślna, albowiem Niemcy ciągnący od zamku nie mogli 
ich z dala dojrzeć i w porę cofnąć się przed bitwą. Młody rycerz rad był z tego niezmiernie i 
tak mówił do jadącego obok Maćka: 
 
– Pierwej uderzym się o siebie, niż się w takim tumanie zobaczym, daj Bóg tylko, aby nie 
zrzedniał choć do południa. 
To rzekłszy poskoczył naprzód, by wydać setnikom jadącym na przodzie rozkazy, niebawem 
jednak wrócił i rzekł: 
 
– Niezadługo trafim na gościniec idący od przewozu przed wyspą do środka kraju. Tam się 
w gęstwinie położym i będziem na nich czekać. 
– Skąd wiesz o gościńcu? – zapytał Maćko. 
– Od chłopów tutejszych, których mam między ludźmi kilkunastu. Oni to wszędy nas prowadzą. 
– A jak daleko od zamku i od wyspy przypadniesz? 
– W mili. 
– To dobrze, bo gdyby było bliżej, mogliby z zamku knechtów w pomoc pchnąć, a tak – 
nie tylko nie nadążą, ale i krzyku nie usłyszą. 
 
– Jużci, że o tym pomyślałem. 
100 
 
 

– Pomyślałeś o jednym, pomyślże i o drugim: jeśli to wierne chłopy, wyślij ich dwóch albo 
trzech naprzód, aby który pierwszy obaczy Niemców, zaraz dawał nam znać, że idą. 
– Ba, już i to zrobione! 
– Tedy jeszcze ci coś powiem. Każ 
stu albo dwustu ludziom, zaraz jak tylko bitka się zacznie, 
nie mieszać się do niej, jeno skoczyć i przeciąć drogę od wyspy. 
– Pierwsza rzecz! – odpowiedział Zbyszko – ale już i takie rozkazy wydane. Wpadną 
Niemce jakoby w potrzask albo jako w oklepce! 
Usłyszawszy to Maćko spojrzał na bratanka życzliwym okiem, rad był bowiem, że Zbyszko 
mimo wczesnych lat życia tak dobrze wojnę rozumiał, więc uśmiechnął się i mruknął: 
 
– Nasza prawa krew! 
Lecz giermek Hlawa uradowany był w duszy jeszcze bardziej od Maćka, gdyż nie było dla 
niego większej nad bitwę rozkoszy. 
 
– Nie wiem – rzekł – jak ci nasi ludzie będą się potykali, ale idą cicho, sprawnie i ochotę 
znać po nich okrutną. Jeżeli ów Skirwoiłło dobrze wszystko wymędrował, to żywa noga nie 
powinna wyjść ze skrzętu. 
– Da Bóg, mało się ich wymknie – odpowiedział 
Zbyszko. – Ale kazałem jak najwięcej 
jeńców brać, a gdyby trafił się między nimi rycerz albo brat zakonny, to już koniecznie nie 
zabijać. 
– A czemu to, panie? – spytał Czech. 
Zbyszko zaś odrzekł: 
– Pilnujcie i wy, aby tak było. Rycerz, jeśli w gości, to włóczy się po miastach, po zamkach, 
siła ludzi widuje i siła nowin słyszy, a jeśli zakonny, to jeszcze więcej. Toć Bogiem a 
prawdą 
po to ja tu przyjechałem, żeby kogoś znaczniejszego pochwycić i zamianę uczynić. 
Jedna mi ta droga ostała... jeżeli jeszcze ostała. 
To rzekłszy dał ostrogi koniowi i znów wysunął się na czoło oddziału, aby wydać ostatnie 
rozporządzenia i uciec razem od smutnych myśli, na które brakło i czasu, albowiem miejsce 
na zasadzkę wybrane nie było już zbyt odległe. 
 
– Czemu to młody pan tuszy, że jego niewiastka jeszcze żyje i że się w tych stronach znajduje? 
– spytał Czech. 
– Bo jeśli jej Zygfryd od razu w Szczytnie w pierwszym zapędzie nie zamordował – odparł 
Maćko – to sprawiedliwie można się spodziewać, że jeszcze żywa. A jeśliby ją był zamordował, 
to by szczytnieński ksiądz nie był nam takich rzeczy opowiadał, które przecie i Zbyszko 
słyszał. Ciężka to rzecz nawet dla największego okrutnika podnieść rękę na niewiastę bezbronną, 
ba! na dziecko niewinne. 
– Ciężka, ale nie dla Krzyżaka. A księcia Witoldowe dzieci? 
– Prawda jest, że wilcze oni serca mają, wszelako i to prawda, że w Szczytnie jej nie zgładził, 
a że sam w tę stronę pociągnął, więc może i ją w którymś zamku ukrył. 
– Hej! żeby się to tak udało tę wyspę i ten zamek ubiec! 
– Spojrzyj jeno na tych ludzi – odrzekł Maćko. 
– Pewnie! pewnie! ale mam ci ja jedną myśl, którą młodemu panu powiem. 
– Choćbyś miał i dziesięć, dzidami murów nie rozwalisz. 
To powiedziawszy ukazał Maćko na szeregi dzid, w które większa część wojowników była 
uzbrojona, po czym zapytał: 
 
– Widziałeś kiedy takie wojsko? 
A Czech rzeczywiście nic podobnego nie widział. Przed nim jechał gęsty zastęp wojowników 
i jechał bezładnie, bo w boru i wśród krzów trudno się było trzymać szeregów. Zresztą 
piesi pomieszani byli z konnymi i by nadążyć krokom końskim, trzymali się grzyw, kulbak i 
ogonów. Barki wojowników pokryte były skórami wilków, rysiów i niedźwiedzi, z głów sterczały 
to kły dzicze, to rogi jelenie, to kosmate uszy, tak że gdyby nie broń stercząca w górę i 
nie smoliste łuki i kobiałki ze strzałami na plecach, patrzącym z tyłu mogłoby się wydać, 
 
101 
 
 

zwłaszcza we mgle, że to całe gromady dzikich leśnych bestii wyruszyły z głębi leśnych mateczników 
– i ciągnął gdzieś na wyraj gnane żądzą krwi lub głodem. Było w tym coś strasznego, 
a zarazem tak niezwyczajnego, jak gdyby się patrzało na ów dziw zwany gomon, w 
czasie którego, jak wierzy prostactwo, zrywają się i idą przed się zwierzęta, a nawet kamienie 
i krzaki. 
 
Toteż na ów widok jeden z owych włodyczków z Łękawicy, którzy przybyli z Czechem, 
zbliżył się do niego, przeżegnał się i rzekł: 
 
– W imię Ojca, i Syna! Dyć ze stadem prawym wilków idziem, nie z ludźmi. 
Hlawa zaś, choć sam pierwszy raz podobne wojsko oglądał, odrzekł jako doświadczony 
człowiek, który wszystko przeznał i niczemu się nie dziwi: 
 
– Wilcy stadem w zimie chadzają, ale krzyżacka jucha smakuje i na wiosnę. 
A rzeczywiście była już wiosna – maj! Leszczyna, którą bór był podszyty, pokryła się jasną 
zielenią. Z mchów puszystych a miękkich, po których stąpały bez szelestu nogi wojowników, 
wydobywały się białe i sinawe sasanki oraz młode jagodzisko i ząbkowana paproć. 
Zmoczone obfitymi dżdżami drzewa pachniały wilgotną korą, a z leśnego podłoża biła surowa 
woń opadłego igliwia i próchna. Słońce grało tęczą na zwieszonych wśród liści kroplach i 
ptactwo głosiło się w górze radośnie. 
 
Oni szli coraz prędzej, bo Zbyszko przynaglał. Po chwili przyjechał znów na tyły oddziału, 
gdzie był Maćko z Czechem i mazurskimi ochotnikami. Nadzieja dobrej bitki widocznie 
ożywiła go znacznie, bo w twarzy nie miał zwykłej troski i oczy świeciły mu po dawnemu. 
 
– Nuże! – zawołał. – W przodku nam teraz iść, nie w ociągu! 
I powiódł ich na czoło oddziału. 
– Słyszycie – rzekł jeszcze – może zaskoczym Niemców niespodzianie; ale jeśli co wymiarkują 
i w szyku zdołają stanąć, to jużci pierwsi uderzym, bo zbroja na nas godniejsza i 
miecze lepsze! 
– Tak ono i będzie! – rzekł Maćko. 
Inni zaś osadzili się mocniej w kulbakach, jakby już zaraz mieli uderzyć. Ten i ów nabrał 
w piersi powietrza i zmacał, czy kord łatwo z pochew wychodzi. 
Zbyszko powtórzył im jeszcze raz, aby jeśli wśród pieszych knechtów znajdą się rycerze 
lub bracia w białych płaszczach na zbroi, nie zabijać ich, jeno w niewolę brać, po czym skoczył 
znów do przewodników i po chwili zatrzymał oddział. 
 
 
Zbyszko nie mógł zgonić swego giermka, albowiem ów jechał dniem i nocą tyle tylko wypoczywając, 
ile było koniecznie trzeba, aby konie nie popadały, które jako żywione samą 
trawą mdłe były i nie mogły czynić tak wielkich pochodów jak w krajach, w których łatwiej 
było o owies. Sam siebie Hlawa nie szczędził, a na późny wiek i osłabienie Zygfryda nie 
zważał. Cierpiał też stary Krzyżak okrutnie, tym bardziej że żylasty Maćko nadwyrężył mu 
poprzednio kości. Ale najcięższe były dla niego komary rojące się w wilgotnej puszczy, od 
których mając związane ręce, a przykrępowane do brzucha końskiego nogi, opędzać się nie 
mógł. Giermek nie zadawał mu wprawdzie żadnych osobnych mąk, ale i litości nad nim nie 
miał, i uwalniał mu prawicę z więzów tylko na postojach przy jedle: „Jedz, wilcza mordo, 
abym ciężywięcego panu na Spychowie mógł dowieźć!” Takie były słowa, którymi go do 
posiłku zachęcał. Zygfrydowi przyszła wprawdzie z początku podróży myśl, by się głodem 
zamorzyć, ale gdy usłyszał zapowiedź, że będą mu zęby nożem podważać i przemocą w gardło 
lać, wolał ustąpić, aby do poniewierania swej godności zakonnej i czci rycerskiej nie dopuścić. 
 
 
A Czech chciał koniecznie znacznie przed „panami” przybyć do Spychowa, aby swoją 
uwielbianą panienkę od wstydu uchronić. Prostym, ale roztropnym i nie pozbawionym uczuć 
rycerskich szlachetką będąc, rozumiał to jednak doskonale, że byłoby w tym coś upokarzającego 
dla Jagienki, gdyby znalazła się w Spychowie razem z Danusią. „Można będzie w Płocku 
biskupowi powiedzieć – myślał – że staremu panu z Bogdańca z opiekuństwa tak wypadło, 
że ją z sobą musiał brać, a potem niech się jeno rozgłosi, że ona pod biskupią opieką i że 
prócz Zgorzelic jeszcze i po opacie dziedzictwo na nią idzie – to choćby i wojewodziński syn 
nie będzie dla niej za dużo”. I ta myśl osładzała mu trudy pochodów, bo zresztą trapił się myślą, 
że ta szczęsna nowina, którą do Spychowa i wezmie, będzie jednak dla panienki wyrokiem 
niedoli. 
 
Często też stawała mu przed oczyma rumiana jak jabłuszko Sieciechówna. Naówczas, o ile 
drogi pozwalały, łechtał boki i konia ostrogami, albowiem tak pilno było mu do Spychowa. 
 
Jechali błędnymi drogami, a raczej bezdrożem przez bór, wprost przed siebie jak sierpem 
rzucił. Wiedział tylko Czech, że jadąc nieco ku zachodowi, a wciąż na południe, musi dojechać 
na Mazowsze, a wówczas wszystko już będzie dobrze. W dzień kierował się słońcem, a 
gdy pochód w noc się przeciągnął, gwiazdami. Puszcza przednimi zdawała się nie mieć granic 
ni końca. Płynęły im wśród mroków nocnych dni i noce. Nieraz myślał Hlawa, że nie przewiezie 
młody rycerz żywej niewiasty przez to okropne bezludzie, gdzie znikąd pomocy, znikąd 
żywności, gdzie nocami koni trzeba było strzec od wilków i niedźwiedzi, w dzień ustępować 
z drogi stadom żubrów i turów, gdzie straszne odyńce ostrzyły krzywe kły o korzenie 
sosen i gdzie często, kto nie przedział z kuszy albo nie przebódł dzidą cętkowanych boków 
jelonka lub warchlaka, ten całymi dniami jeść co nie miał. 
 
136 
 
 

„Jakże tu będzie – myślał 
Hlawa – jechać z taką niedomęczoną dziewką, która ostatnim 
tchem goni!” 
 
Przychodziło im raz po raz objeżdżać rozległe grzęzawy lub głębokie parowy, na których 
dnie szumiały wzdęte wiosennymi dżdżami potoki. Nie brakło w puszczy i jezior, w których 
widywali przy zachodzie słońca pławiące się w rumianych, wygładzonych wodach całe stada 
łosiów lub jeleni. Czasem spostrzegali też dymy zwiastujące obecność ludzi. Kilkakrotnie 
Hlawa zbliżał się ku takim borowym osadom, ale wysypywał się z nich na spotkanie lud dziki, 
przybrany w skóry na gołym ciele, zbrojny w kiścienie i łuki, a patrzący tak złowrogo 
spod poskręcanych przez kołtun czupryn, że trzeba było korzystać co duchu z pierwszego 
zdumienia, w jaki ich wprawiał widok rycerzy, i odjeżdżać jak najśpieszniej. 
 
Dwa razy jednak świstały za Czechem groty i gonił 
go okrzyk: „Wokili!” (Niemcy!), on 
zaś wolał umykać niż wywodzić się, kto jest. Nareszcie po kilku jeszcze dniach zaczął przypuszczać, 
że może już i przejechał granicę, ale na razie nie było się kogo spytać. Dopiero od 
osaczników mówiących polską mową dowiedział się, że na koniec stanął na ziemiach mazowieckich. 
 
 
Tam szło jużłatwiej, chociaż całe wschodnie Mazowsze szumiało również jedną puszczą. 
Nie skończyło się także bezludzie, ale tam, gdzie zdarzyła się osada, mieszkaniec mniej był 
nieużyty, może dlatego, że nie karmił się wciąż nienawiścią, a może i z tej przyczyny, że 
Czech odzywał się zrozumiałym dla niego językiem. Bieda bywała tylko z niezmierną ciekawością 
tych ludzi, którzy otaczali gromadnie jeźdźców i zarzucali ich pytaniami, a dowiedziawszy 
się, że jeńca-Krzyżaka wiodą, mówili: 
 
– Podarujcież go nam, panie; już my go sprawim! 
I prosili tak natarczywie, że Czech często musiał się gniewać albo tłumaczyć im, że jeniec 
jest książęcy. To wówczas ustępowali. Później, w kraju już osiadłym, ze szlachtą i włodykami 
nie szło teżłatwo. Wrzała tam nienawiść przeciw Krzyżakom, pamiętano bowiem żywo 
wszędzie zdradę i krzywdą wyrządzoną księciu wówczas, gdy w czasie największego spokoju 
porwali go Krzyżacy pod Złotoryją i zatrzymali jako więźnia. Nie chciano tam już wprawdzie 
„sprawiać” Zygfryda, ale ten lub ów twardy szlachcic mówił: „Rozwiążcie go, to mu dam 
oręż i za miedzą pozwę go na śmierć.” Takim wkładał jako łopatą w głowę Czech, że pierwsze 
prawo do pomsty ma nieszczęsny pan spychowski i że nie wolno go jej pozbawiać. 
 
Ale w osiadłych stronach łatwo już szła podróż, bo były jakie takie drogi i konie wszędy 
karmiono owsem lub jęczmieniem. Jechał też Czech żywo, nie zatrzymując się nigdzie, i na 
dziesięć dni przed Bożym Ciałem stanął w Spychowie. 
 
Przyjechał wieczorem, jak wówczas, gdy go był Maćko ze Szczytna z wiadomością o 
swoim odjeździe na Żmujdź przysłał, i tak samo jak wówczas zbiegła do niego ujrzawszy go 
z okna Jagienka, a on jej do nóg padł, słowa przez chwilę nie mogąc przemówić. Ale ona 
podniosła go i pociągnęła co rychlej na górę nie chcąc przy ludziach wypytywać. 
 
– Co za nowiny? – spytała drżąc z niecierpliwości i ledwie mogąc dech złapać. – Żywi są? 
Zdrowi? 
– Żywi! Zdrowi! 
– A ona znalazła się? 
– Jest. Odbili ją. 
– Pochwalony Jezus Chrystus! 
Ale mimo tych słów twarz jej stała się jakby skrzepła, bo od razu wszystkie jej nadzieje 
rozsypały się w proch. 
Siły wszakże nie opuściły jej i nie straciła przytomności, a po chwili opanowała się zupełnie 
i poczęła znów pytać: 
 
– Kiedy zaś tu staną? 
– Za kilka dni! Ciężka to droga – z chorą. 
– Chora ci jest? 
137 
 
 

– Skatowana. Umysł się jej od męki pomieszał. 
– Jezu miłosierny! 
Nastało krótkie milczenie, tylko przybladłe nieco usta Jagienki poruszały się jakby w modlitwie. 
 
 
– Nie obaczyłaże się przy Zbyszku? – spytała znowu. 
– Może się i obaczyła, ale nie wiem, bom wraz wyjechał, aby wam, pani, oznajmić nowinę, 
nim tu staną. 
– Bóg ci zapłać. Powiadaj, jako było? 
Czech począł opowiadać w krótkich słowach, jak odbili Danusię i wzięli olbrzyma Arnolda 
razem z Zygfrydem. Oznajmił też, że Zygfryda przywiózł z sobą, albowiem młody rycerz 
chciał go dać w podarunku i dla pomsty Jurandowi. 
 
– Trzeba mi teraz do Juranda! – rzekła, gdy skończył, Jagienka. 
I wyszła, ale Hlawa niedługo pozostał sam, gdyż z alkierza wybiegła ku niemu Sieciechówna, 
a on, czy to dlatego, że nie całkiem był przytomny ze zmęczenia i trudów niezmiernych, 
czy że tęsknił do niej i zapamiętał się na razie na jej widok, dość 
że chwycił ją wpół, 
przycisnął do piersi i począł całować jej oczy, policzki, usta, tak jakby dawno już przedtem 
powiedział jej wszystko, co przed takim uczynkiem powiedzieć dziewczynie wypada. 
 
I może, że istotnie wypowiedział jej to już 
w duchu w czasie podróży, bo całował i całował 
bez końca, a tulił ją do się z taką siłą, że aż w niej oddech zapierało, ona zaś nie broniła się, z 
początku ze zdumienia, a potem z omdlałości tak wielkiej, że byłaby osunęła się na ziemię, 
gdyby trzymały ją mniej krzepkie ręce. Na szczęście, nie trwało to wszystko zbyt długo, gdyż 
na schodach dały się słyszeć kroki i po chwili wpadł do izby ojciec Kaleb. 
 
Odskoczyli więc od siebie, a ksiądz Kaleb począł znów zarzucać Hlawę pytaniami, na które 
ów nie mogąc tchu złapać z trudnością odpowiadał. Ksiądz myślał, że to z trudu. Usłyszawszy 
jednak potwierdzenie nowiny, że Danusia odbita i znaleziona, a kat jej przywiezion 
do Spychowa, rzucił się na kolana, aby Bogu dzięki uczynić. Przez ten czas uspokoiła się nieco 
krew w żyłach Hlawy i gdy ksiądz wstał, mógł mu już spokojnie powtórzyć, jakim sposobem 
znaleźli i odbili Danusię. 
 
– Nie po to ją Bóg wybawił – rzekł wysłuchawszy wszystkiego ksiądz – aby rozum jej i 
duszę w ciemnościach i we władaniu mocy nieczystych miał pozostawić! Położy Jurand na 
niej swoje święte ręce i jedną modlitwą przywróci jej rozum i zdrowie. 
– Rycerz Jurand? – zapytał ze zdziwieniem Czech. – Takąż on ma moc? Świętym ci może 
już za życia został. 
– Przed Bogiem jest już za życia, a gdy zemrze, będą mieli ludzie w niebiesiech jednego 
więcej patrona-męczennika. 
– Powiedzieliście wszelako, wielebny ojcze, że położy ręce na głowie córki. Zaliby mu 
prawica odrosła? bo wiem, żeście o to Pana Jezusa prosili. 
– Powiedziałem „ręce”, jako się zwyczajnie mówi – odrzekł ksiądz – ale przy łasce boskiej 
i jedna wystarczy. 
– Pewnie – odpowiedział Hlawa. 
Ale w głosie jego było nieco zniechęcenia, gdyż myślał, że widomy cud zobaczy. Dalszą 
rozmowę przerwało wejście Jagienki. 
 
– Oznajmiłam mu – rzekła – nowinę ostrożnie, aby go nagła radość nie zabiła, a on zaraz 
padł krzyżem i modli się. 
– On i bez tego całymi nocami tak leży, a dziś tym bardziej pewnie do rana nie wstanie – 
powiedział ksiądz Kaleb. 
Jakoż tak się stało. Kilka razy zaglądali do niego i za każdym razem znajdowali go leżącego, 
nie w uśpieniu, lecz w modlitwie tak gorliwej, że do zupełnego zapamiętania się dochodzącej. 
 
 
138 
 
 

Dopiero nazajutrz, znacznie po jutrzni, gdy Jagienka zajrzała znów do niego, dał znać, że 
chce widzieć Hlawę i jeńca. Wyprowadzono wówczas z podziemia Zygfryda ze skrępowanymi 
w krzyż na piersiach rękoma i wszyscy razem z Tolimą udali się do starca. 
 
W pierwszej chwili Czech nie mógł mu się dobrze przyjrzeć, gdyż błoniaste okna mało 
przepuszczały światła, a dzień był 
ciemny z powodu chmur, które zawaliły całkiem niebo i 
zapowiadały groźną nawałnicę. Ale gdy bystre jego oczy przywykły do mroku, zaledwie go 
poznał, tak jeszcze wychudł i wynędzniał. Olbrzymi mąż zmienił się w olbrzymiego kościeja. 
Twarz miał tak białą, że nie różniła się wiele od mlecznej barwy włosów i brody, a gdy przechyliwszy 
się na poręcz krzesła przymknął powieki, wydał się Hlawie po prostu trupem. 
 
Przy krześle stał stół, a na nim krucyfiks, dzban z wodą i bochen czarnego chleba z 
utkwioną w nim mizerykordią, czyli groźnym nożem, którego rycerze używali do dobijania 
rannych. Innego pokarmu oprócz chleba i wody od dawna już Jurand nie używał. Za odzież 
służyła mu gruba włosiennica, przepasana powrósłem, którą nosił na gołym ciele. Tak to od 
czasu powrotu ze szczycieńskiej niewoli żył możny i straszny niegdyś rycerz ze Spychowa. 
 
Posłyszawszy wchodzących odsunął nogą oswojoną wilczycę, która ogrzewała mu bose 
stopy, i podał się w tył. Wtedy to właśnie wydał się Czechowi jak umarły. Nastała chwila 
oczekiwania, spodziewano się bowiem, że uczyni jaki znak, aby kto zaczął mówić, ale on 
siedział nieruchomo, biały, spokojny, z otwartymi nieco ustami, jakoby istotnie pogrążon w 
wieczystym uśpieniu śmierci. 
 
– Jest tu Hlawa – ozwała się wreszcie słodkim głosem Jagienka – chcecie-li go wysłuchać? 
Skinął głową na znak zgody, więc Czech rozpoczął 
po raz trzeci opowiadanie. Wspomniał 
pokrótce o bitwach stoczonych z Niemcami pod Gotteswerder, opowiedział walkę z Arnoldem 
von Baden i odbicie Danusi, ale nie chcąc przydawać staremu męczennikowi boleści do 
dobrej nowiny i budzić w nim nowego niepokoju zataił, że umysł Danusi pomieszał się przez 
długie dni okrutnej niedoli. 
 
Natomiast mając serce zawzięte przeciw Krzyżakowi i pragnąc, aby Zygfryd jak najnie-
miłosierniej był 
pokaran, nie zataił umyślnie, że znaleźli ją przelęknioną, wynędzniałą, chorą, 
że znać było, że obchodzono się z nią 
po katowsku, i że gdyby była dłużej pozostała w tych 
strasznych rękach, byłaby uwiędła i zgasła tak właśnie, jako więdnie i ginie podeptane nogami 
kwiecie. Ponurej tej opowieści towarzyszył niemniej posępny pomruk zapowiadającej się 
burzy. Miedziane zwały chmur kłębiły się coraz potężniej nad Spychowem. 
 
Jurand słuchał opowiadania bez jednego drgnienia i ruchu, tak że obecnym zdawać się 
mogło, iż pogrążony jest we śnie. Słyszał 
jednak i rozumiał wszystko, bo gdy Hlawa począł 
mówić o niedoli Danusi, wówczas w pustych jamach oczu zebrały mu się dwie wielkie łzy i 
spłynęły mu po policzkach. Ze wszystkich ziemskich uczuć pozostało mu jeszcze jedno tylko: 
miłość do dziecka. 
 
Potem sinawe jego usta poczęły się poruszać modlitwą. Na dworze rozległy się pierwsze, 
dalekie jeszcze grzmoty i błyskawice jęły kiedy niekiedy rozświecać 
okna. On modlił się długo 
i znów łzy kapały mu na białą brodę. Aż wreszcie przestał i zapadło długie milczenie, które 
przedłużając się nad miarę stało się na koniec uciążliwe dla obecnych, bo nie wiedzieli, co 
mają z sobą robić. 
 
Na koniec stary Tolima, prawa Jurandowa przez całe życie ręka, towarzysz we wszystkich 
bitwach i główny stróż Spychowa, rzekł: 
 
– Stoi przed wami, panie, ten piekielnik, ten wilkołak krzyżacki, który katował was i 
dziecko wasze; dajcie znak, co mam z nim uczynić i jako go pokarać? 
Na te słowa przez oblicze Juranda przebiegły nagłe promienie – i skinął, aby mu przywiedziono 
tuż więźnia. 
Dwaj pachołkowie chwycili go w mgnieniu oka za barki i przywiedli przed starca, a ów 
wyciągnął rękę, przesunął naprzód dłoń po twarzy Zygfryda, jakby chciał sobie przypomnieć 
lub wrazić w pamięć po raz ostatni jego rysy, następnie opuścił ją na piersi Krzyżaka, zmacał 
 
 
139 
 
 

skrzyżowane na nich ramiona, dotknął powrozów – i przymknąwszy znów oczy przechylił 
głowę. 
 
Obecni mniemali, że się namyślał. Ale cokolwiek bądź czynił, nie trwało to długo, gdyż po 
chwili ocknął się – i skierował dłoń w stronę bochenka chleba, w którym utkwiona była złowroga 
mizerykordia. 
 
Wówczas Jagienka, Czech, nawet stary Tolima i wszyscy pachołkowie zatrzymali dech w 
piersiach. Kara była stokroć zasłużona, pomsta słuszna, jednakże na myśl, że ów na wpółżywy 
starzec będzie rzezał omackiem skrępowanego jeńca, wzdrygnęły się w nich serca. 
 
Ale on ująwszy w połowie nóż wyciągnął wskazujący palec do końca ostrza, tak aby mógł 
wiedzieć, czego dotyka, i począł przecinać sznury na ramionach Krzyżaka. 
 
Zdumienie ogarnęło wszystkich, zrozumieli bowiem jego chęć – i oczom nie chcieli wierzyć. 
Tego jednak było im zanadto. Hlawa jął pierwszy szemrać, za nim Tolima, za tymi pachołkowie. 
Tylko ksiądz Kaleb począł pytać przerywanym przez niepohamowany płacz głosem: 
 
 
– Bracie Jurandzie, czego chcecie? Czy chcecie darować jeńca wolnością? 
– Tak! – odpowiedział skinieniem głowy Jurand. 
– Chcecie, by odszedł bez pomsty i kary? 
– Tak! 
Pomruk gniewu i oburzenia zwiększył się jeszcze, ale ksiądz Kaleb nie chcąc, by zmarniał 
tak niesłychany uczynek miłosierdzia, zwrócił się ku szemrzącym i zawołał: 
 
– Kto sięświętemu śmie sprzeciwić? Na kolana! 
I klęknąwszy sam, począł mówić: 
– Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje... 
I odmówił „Ojcze nasz” do końca. Przy słowach: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy 
naszym winowajcom”, oczy jego zwróciły się mimo woli na Juranda, którego 
oblicze zajaśniało istotnie jakimś nadziemskim światłem. 
 
A widok ów w połączeniu ze słowami modlitwy skruszył 
serca wszystkich obecnych, gdyż 
stary Tolima o zatwardziałem w ustawicznych bitwach duszy, przeżegnawszy się krzyżem 
świętym, objął następnie Jurandowe kolano i rzekł: 
 
– Panie, jeśli wasza wola ma się spełnić, to trzeba jeńca do granicy odprowadzić. 
– Tak! – skinął Jurand. 
Coraz częstsze błyskawice rozświecały okna; burza była bliżej i bliżej. 
140 
 
 

Rozdział 
dwudziesty szósty 
 
 
Dwaj jeźdźcy zdążali wśród wichru i nawalnego już chwilami dżdżu ku spychowskiej granicy: 
Zygfryd i Tolima. Ten ostatni odprowadzał Niemca z obawy, aby po drodze nie zabili 
go chłopi czatownicy lub czeladź spychowska, płonąca ku niemu straszną nienawiścią i zemstą. 
Zygfryd jechał bez broni, ale i bez pęt. Burza, którą gnał wicher, była już nad nimi. 
Kiedy niekiedy, gdy huknął niespodziany grzmot, konie przysiadały na zadach. Oni jechali w 
głębokim milczeniu zapadłym wądołem, nieraz z powodu ciasnoty drogi tak blisko siebie, że 
strzemię trącało o strzemię. Tolima, przywykły od całych lat do stróżowania jeńców, spoglądał 
i teraz chwilami na Zygfryda bacznym okiem, jak gdyby mu chodziło o to, aby niespodzianie 
nie umknął – i dreszcz mimowolny przejmował 
go za każdym razem, albowiem wydawało 
mu się, że oczy Krzyżaka świecą 
w pomroce jak oczy złego ducha albo upiora. Przychodziło 
mu nawet do głowy, aby go przeżegnać, ale na myśl, że pod znakiem krzyża może 
mu zawyje nieludzkim głosem i zmieniwszy się w szkaradny kształt pocznie kłapać zębami, 
zdejmował go strach jeszcze większy. Stary wojownik, który umiał bić w pojedynkę w całe 
kupy Niemców, jak jastrząb bije w stado kuropatw – bał się jednakże sił nieczystych i nie 
chciał mieć z nimi do czynienia. Wolałby też był pokazać 
Niemcowi po prostu dalszą drogę i 
zawrócić, ale wstyd mu było samego siebie, więc odprowadził go aż do granicy. 
 
Tam, gdy dotarli do krańca spychowskiego lasu, nastała przerwa w dżdżu i chmury zajaśniały 
jakimś dziwnym żółtym światłem. Uczyniło się widniej i oczy Zygfryda utraciły ów 
poprzedni niesamowity blask. Ale wówczas napadła na Tolimę inna pokusa: „Kazali mi – 
mówił sobie – odprowadzić tego wściekłego psa przezpiecznie aż do granicy, tom go i odprowadził; 
ale zaliż ma on odjechać bez pomsty i kary, ów kat pana mojego i jego dziecka, i 
czy nie byłby to godny a miły Bogu uczynek zgładzić go? Ej! nużbym go pozwał na śmierć? 
Nie ma ci on wprawdzie broni, ale o milę zaraz, w pana Warcimowym dworzyszczu, dadzą 
mu przecie jaki miecz albo okszę – i będę się z nim potykał. Da Bóg, obalę go, a potem dorżnę 
jako przystoi i głowę w gnoju zakopię!” Tak mówił 
do siebie Tolima i spoglądając łakomie 
na Niemca ją poruszać nozdrzami, jakby już zwietrzył zapach świeżej krwi. I ciężko 
musiał walczyć z tą 
żądzą, ciężko łamać się z sobą, aż dopiero gdy pomyślał, że Jurand nie do 
granicy tylko darowałżycie i wolność jeńcowi i że w takim razie na nic by się nie przydał 
pański święty uczynek i zmniejszyłaby się za niego nagroda niebieska, przezwyciężył się 
wreszcie i powstrzymawszy konia rzekł: 
 
– Oto granica nasza, a i do waszej niedaleko. Jedźże wolny, a jeśli cię zgryzota nie zdławi i 
piorun boski nie doścignie, to od ludzi nic ci nie grozi. 
I to rzekłszy zawrócił, a tamten pojechał przed siebie z jakąś dziką skamieniałością w twarzy, 
nie odezwawszy się ani jednym słowem i jakby nie słysząc, że ktoś do niego przemówił. 
 
I jechał dalej szerszym już gościńcem, rzekłbyś, pogrążon we śnie. 
 
Krótka była przerwa w burzy i krótko trwało rozjaśnienie. Ściemniło się znów tak, iż 
 
 
rzekłbyś, na świat padł 
mrok wieczorny i chmury zstąpiły nisko, prawie nad sam bór. Z góry 
 
141 
 
 

dochodził złowrogi pomruk i jakby niecierpliwy syk i warczenie piorunów, które hamował 
jeszcze anioł burzy. Ale błyskawice rozświecały już 
co chwila oślepiającym blaskiem groźne 
niebo i przerażoną ziemię i wówczas widać było szeroką drogę idącą wśród dwóch czarnych 
ścian boru, na niej zaś w pośrodku samotnego jeźdźca na koniu. Zygfryd jechał na wpół 
przytomny, trawiony przez gorączkę. Rozpacz żrąca mu duszę od czasu śmierci Rotgiera, 
zbrodnie popełnione przez zemstę, zgryzoty, przerażające widzenia, duszne targaniny zmąciły 
jego umysł już od dawna do tego stopnia, że z największym tylko wysiłkiem bronił się szaleństwu, 
a chwilami nawet mu się poddawał. Świeżo zaś – i trudy podróży pod twardą ręką 
Czecha, i noc spędzona w spychowskim więzieniu, i niepewność losu, a nade wszystko ów 
niesłychany, nadludzki niemal czyn łaski i miłosierdzia, który po prostu go przeraził, wszystko 
to potargało go do ostatka. Chwilami tężała i krzepła w nim myśl, tak że zupełnie tracił 
rozpoznanie, co się z nim dzieje, ale potem znów gorączka budziła go i zarazem budziła w 
nim jakieś głuche poczucie rozpaczy, zatraty, zguby – poczucie, że wszystko już minęło, zgasło, 
skończyło się, że nadszedł jakiś kres, że naokół 
jeno noc i noc, i nicość, i jakby jaka otchłań 
okropna wypełniona przerażeniem, ku której musi jednak iść. 
 
– Idź! idź! – szepnął mu nagle nad uchem jakiś głos. 
A on obejrzał się – i ujrzałśmierć. Sama kształtu kościotrupa, siedząc na kościotrupie końskim, 
sunęła tuż obok, biała i klekocąca kościami. 
 
– Jesteś? – zapytał Krzyżak. 
– Jestem. Idź! idź! 
Ale w tej chwili spostrzegł, że z drugiej strony ma także towarzysza: strzemię w strzemię 
jechał jakiś twór ciałem podobny do człowieka, ale z nieludzką twarzą, głowę miał bowiem 
zwierzęcą, ze stojącymi uszami, długą, spiczastą i pokrytą czarną sierścią. 
 
– Ktoś ty? – zawołał Zygfryd. 
Ów zaś, zamiast odpowiedzieć, pokazał mu zęby i począł głucho warczeć. 
Zygfryd zamknął 
oczy, ale natychmiast usłyszał potężniejszy chrzęst kości i głos mówiący 
mu w samo ucho: 
 
– Czas! czas! śpiesz się! idź! 
I odpowiedział: 
– Idę!... 
Ale odpowiedź ta wyszła z jego piersi tak, jakby ją dał kto inny. 
Potem, rzekłbyś, popychany jakąś nieprzepartą zewnętrzną siłą, zsiadł z konia i zdjął z 
niego wysokie rycerskie siodło, a następnie uzdę. Towarzysze zsiadłszy także nie odstąpili go 
ani na mgnienie oka – i zawiedli ze środka drogi na skraj boru. Tam czarny upiór pochylił mu 
gałąź i pomógł przywiązać do niej rzemień uzdy. 
 
– Śpiesz się! – szepnęła śmierć. 
– Śpiesz się! – zaszumiały jakieś głosy w wierzchołkach drzew. 
Zygfryd, pogrążony jakby we śnie, przewlókł drugi lejc przez sprzączkę, uczynił pętlę – 
wstąpiwszy na siodło, które złożył poprzednio pod drzewem, założył ją sobie na szyją. 
 
– Odepchnij siodło!... już! Aa! 
Trącone nogą siodło potoczyło się 
o kilka kroków – i ciało nieszczęsnego Krzyżaka zwisło 
ciężko. 
Przez jedno mgnienie oka wydało mu się, że słyszy jakiś chrapliwy, stłumiony ryk i że ów 
ohydny upiór rzucił się na niego, zakołysał nim i począł zębami szarpać mu piersi, aby ukąsić 
go w serce. Ale potem gasnące jego źrenice ujrzały jeszcze co innego: oto śmierć rozpłynęła 
się w jakiś białawy obłok, który z wolna posunął się ku niemu, objął go, ogarną, otoczył i 
zakrył wreszcie wszystko okropną, nieprzeniknioną zasłoną. 
 
W tej chwili burza rozszalała się z niezmierną wściekłością. Piorun huknął w środek drogi 
z tak straszliwym łoskotem, jakby ziemia zapadała się w posadach. Cały bór ugiął się pod 
wichrem. Szum, świst, wycie, skrzypienie pni i trzask łamanych gałęzi wypełniły głębie le
 
 
142 
 
 

śne. Fale dżdżu gnane wichrem przesłoniły świat – i tylko w czasie krótkich krwawych błyskawic 
można było dojrzeć rozhuśtany dziko nad drogą trup Zygfryda. 
 
Nazajutrz tą samą drogą posuwał się dość liczny orszak. Na przodzie jechała Jagienka z 
Sieciechówną i Czechem, za nimi szły wozy, otoczone przez czterech zbrojnych w kusze i 
miecze pachołków. Z woźniców każdy miał też obok siebie oszczep i siekierę, nie licząc 
okutych wideł i innych narzędzi w drodze przydatnych. Potrzebne to było tak dla obrony od 
dzikiego zwierza, jak od kup rozbójniczych, które widocznie grasowały na krzyżackiej granicy, 
a na które gorzko się skarżył wielkiemu mistrzowi Jagiełło i w listach, i osobiście na zjazdach 
w Raciążu. 
 
Ale mając ludzi sprawnych i dobry sprzęt obronny można się było ich nie lękać, poczet 
więc jechał ufny w siebie i wolny od obaw. Po wczorajszej burzy nastał dzień przecudny, 
rzeźwy, cichy i tak jasny, że tam, gdzie nie było cienia, oczy podróżnych mrużyły się od 
zbytniego blasku. Żaden liść nie poruszał się na drzewach, a z każdego zwieszały się wielkie 
krople dżdżu, mieniące się tęczą w słońcu. Wśród sosnowych igieł błyszczały jakby wielkie 
diamenty. Ulewa potworzyła na gościńcu małe strumyki, które spływały z wesołym szelestem 
ku niższym miejscom, tworząc we wgłębieniach płytkie jeziorka. Cała okolica była zroszona, 
mokra, ale śmiejąca się 
w porannej jasności. W takie poranki radość ogarnia i serce ludzkie, 
więc woźnice i parobcy podśpiewywali sobie z cicha, dziwiąc się milczeniu, które panowało 
między jadącymi na przedzie. 
 
Oni zaś milczeli, bo na duszy Jagienki osiadła ciężka troska. W życiu jej coś się skończyło, 
coś złamało i dziewczyna, chociaż nie bardzo biegła w rozmyślaniu i nie umiejąca wypowiedzieć 
sobie wyraźnie, co się w niej dzieje i co się 
jej wydaje, czuła jednak, że wszystko, czym 
dotychczas żyła, zawiodło i poszło na marne, że rozwiała się w niej wszelaka nadzieja, jako 
poranna mgła rozwiewa się nad polami, że wszystkiego trzeba się będzie wyrzec, wszystkiego 
zaniechać, o wszystkim zapomnieć i zacząć 
życie jakby całkiem nowe. Myślała też, że choćby 
z woli Bożej nie było ono całkiem złe, jednakże nie może być inne, jeno smutne, a w żadnym 
razie nie tak dobre jak mogłoby być to, które się właśnie skończyło. 
 
I żal niezmierny ściskał jej serce po owej zamkniętej raz na zawsze przeszłości i podnosił 
się strumieniem łez do oczu. Ale nie chciała płakać, bo i bez tego czuła jakby w dodatku do 
całego brzemienia, które jej gniotło duszę, jeszcze i wstyd. Wolałaby była nigdy nie wyjeżdżać 
ze Zgorzelic, byle tak nie wracać teraz ze Spychowa. Bo że tu przyjechała nie tylko dlatego, 
że nie wiedziała, co czynić po śmierci opata, i nie tylko dlatego, by Cztanowi i Wilkowi 
odjąć przyczynę do napaści na Zgorzelice, tego nie mogła przed sobą zaprzeć! Nie! Wiedział 
 
 
o tym i Maćko, który też nie z tego powodu ją brał, a dowie się niechybnie i Zbyszko. Na tę 
myśl zapalały jej policzki i gorycz zalała serce. „Nie byłam ci dość harda – mówiła sobie w 
duszy – a teraz mam, czegom chciała”. I do troski, do niepewności jutra, do zgryźliwego 
smutku i do niezgłębionego żalu po przeszłości dołączyło się upokorzenie. 
Ale dalszy przebieg ciężkich myśli przerwał jej jakiś człowiek nadchodzący z przeciwka. 
Czech, mający na wszystko baczne oko, ruszył też koniem ku niemu i z kuszy na ramieniu, z 
torby borsuczej i z piór sójki na czapce poznał w nim borowego. 
 
– Hej, a ktoś jest? stój! – zawołał jednak dla pewności. 
Ów zbliżył się pośpiesznie i z obliczem poruszonym, jakie miewają zwykle ludzie, którzy 
chcą coś niezwykłego oznajmić, zawołał: 
 
– Człowiek przed wami wisi nade drogą! 
Czech więc zaniepokoił się, czy to nie jakaś sprawa zbójecka, i począł pytaćżywo: 
– Daleko stąd? 
– Na strzelenie z kuszy. Nad samą drogą. 
– Nikogo przy nim? 
– Nikogo. Spłoszyłem jeno wilka, który go obwąchiwał. 
143 
 
 

Wzmianka o wilku uspokoiła Hlawę, dowodziła bowiem, że w pobliżu nie było ludzi ni 
żadnej zasadzki. 
 
Tymczasem Jagienka rzekła: 
 
– Obacz, co to jest. 
Hlawa skoczył przed siebie, a po chwili powrócił jeszcze szybciej. 
– Zygfryd wisi! – zawołał osadzając przed Jagienką konia. 
– W imię Ojca, i Syna, i Ducha! Zygfryd? Krzyżak? 
– Krzyżak! Na uździenicy się powiesił! 
– Sam? 
– Sam, widać, bo siodło leży wedle niego. Gdyby to zbóje uczynili, byliby go po prostu 
zabili – i siodło zabrali, bo zacne. 
– Jakoże przejedziem? 
– Nie jedźmy tam, nie jedźmy! – poczęła wołać bojaźliwa Anula Sieciechówna. – Jeszcze 
cię co do nas przyczepi! 
Jagienka przelękła się nieco także, gdyż wierzyła, że koło trupa samobójcy zbierają się 
całymi gromadami duchy paskudne, ale Hlawa, który był zuchwały i niczego się nie bojący, 
rzekł: 
 
– O wa! Byłem blisko niego, a nawet trąciłem go oszczepem – i jakoś nie czuję diabła na 
karku. 
– Nie bluźnij! – zawołała Jagienka. 
– Nie bluźnię – odpowiedział Czech – jeno ufam w moc Bożą. Wszelako, jeśli się boicie, 
to można borem objechać. 
Sieciechówna poczęła prosić, by objechać, ale Jagienka namyśliwszy się przez chwilę, 
rzekła: 
 
– Ej! nie godzi się umarłego nie pogrześć! Krześcijański to uczynek, od Pana Jezusa nakazany, 
a to przecie człowiek. 
– Ba, ale Krzyżak, wisielec i kat! Kruki i wilcy się nim zajmą. 
– Nie powiedaj byle czego! Za winy Bóg go będzie sądził, my zaś uczyńmy swoje. Nie 
przyczepi się też do nas nijakie zło, jeśli pobożne przykazanie spełnimy. 
– Ha! to niech się i stanie wedle waszej woli – odrzekł Czech. 
I wydał odpowiedni rozkaz parobkom, którego posłuchali z ociąganiem się 
i ze wstrętem. 
Bojąc się jednak Hlawy pobrali, w niedostatku łopat, widły i topory dla wybrania dołu w ziemi 
i poszli. Czech udał się też z nimi dla przykładu i przeżegnawszy się przeciął własnoręcznie 
rzemień, na którym tup wisiał. 
 
Zygfryda twarz zbłękitniała już na powietrzu i wyglądał dość okropnie, albowiem oczy 
miał nie zamknięte i przerażone, usta zaś otwarte jakby dla złapania ostatniego tchu. Prędko 
więc wykopali tuż obok dół i zepchnęli do niego ciało rękojeściami wideł, twarzą do ziemi, 
po czym przysypawszy je, poczęli szukać kamieni, był bowiem obyczaj odwieczny, że pokrywano 
nimi samobójców, inaczej bowiem wstawali nocami i przeszkadzali podróżnym. 
 
Kamieni było dosyć i na drodze, i między mchami leśnymi, wkrótce więc urosła nad Krzyżakiem 
kopiasta mogiła, a potem Hlawa wyciął siekierą na pniu sosny krzyż, co uczynił nie 
dla Zygfryda, lecz aby złe duchy nie zbierały się w tym miejscu, i wrócił do orszaku. 
 
– Dusza w piekle, a ciało już w ziemi – rzekł do Jagienki. – Możem teraz jechać. 
I ruszyli. Jednakże Jagienka przejeżdżając udarła gałązkę sośniny i cisnęła ją na kamienie, 
a za przykładem pani uczynili tak samo wszyscy inni, bo i to nakazywał także obyczaj. 
Długi czas jechali w zadumie, rozmyślając o tym złowrogim mnichu-rycerzu, o karze, jaka 
go dosięgła, a wreszcie Jagienka rzekła: 
 
– Sprawiedliwość 
boska nie folguje. I nie godzi się nawet „Wieczny odpoczynek” za niego 
odmówić, bo dla niego nie masz zmiłowania. 
– Litościwą macie i tak duszę, żeście kazali go pogrześć – odpowiedział Czech. 
144 
 
 

A następnie zaczął mówić z pewnym wahaniem: 
 
– Ludzie prawią, ba! może i nie ludzie, jeno czarownice i czarowniki, że niby powróz albo 
też rzemień z wisielca daje jakoweś szczęście we wszystkim, ale nie wziąłem rzemienia z 
Zygfryda, bo ja dla was nie od czarnoksięstwa, tylko od Pana Jezusowej mocy, szczęścia wyglądam. 
Jagienka nie odrzekła na razie nic i po chwili dopiero, westchnąwszy kilkakroć, rzekła jakby 
sama do siebie: 
 
– Hej! Moje szczęście za mną, nie przede mną! 
145 
 
 

Rozdział 
dwudziesty siódmy 
 
 
Dopiero w dni dziewięć po wyjeździe Jagienki stanął Zbyszko na granicy Spychowa, ale 
Danusia była już tak bliska śmierci, że zupełnie stracił nadzieję, czy jążywą ojcu dowiezie. 
Zaraz następnego dnia, gdy poczęła nie do rzeczy odpowiadać, spostrzegł, iż nie tylko umysł 
jej jest zwichnięty, ale że przy tym i ciało ogarnia jakaś choroba, przeciw której nie ma już sił 
w tym wycieńczonym przez niewolę, więzienie, mękę i ustawiczny strach dziecku. Może być, 
że odgłosy zaciekłej walki, jaką 
Zbyszko i Maćko stoczyli z Niemcami, przepełniły ten kielich 
przerażenia i że właśnie w tej chwili napadła ją owa choroba, dość 
że gorączka nie 
opuszczała jej odtąd prawie aż do końca drogi. Była to nawet poniekąd okoliczność pomyślna, 
albowiem przez straszną puszczę, wśród niezmiernych trudów, wiózł ją Zbyszko jak 
martwą, nieprzytomną i o niczym nie wiedzącą. Po przebyciu puszcz, gdy weszli do „zbożnego” 
kraju, między osady kmiece i szlacheckie, skończyły się niebezpieczeństwa i trudy. Ludzie 
dowiadując się, że to wiozą swojackie dziecko, odbite Krzyżakom, a do tego córkę sławnego 
Juranda, o którym „gądkowie” tyle śpiewali już pieśni po gródkach, dworzyszczach i 
chatach, prześcigali się w usługach i pomocy. Dostarczano zapasów i koni. Wszystkie drzwi 
stawały otworem. Nie potrzebował już Zbyszko wieść Danusi w kolebce między końmi, gdyż 
silni młodziankowie przenosili ją 
w noszach ode wsi do wsi tak troskliwie i ostrożnie, jakby 
jakąś 
świętość nieśli. Niewiasty otaczały ją najtkliwszą opieką. Mężowie słuchając opowieści 
 
o jej krzywdach zgrzytali zębami i niejeden nakładał zaraz żelazne blachy, chwytał za miecz, 
za topór albo za kopię i jechał dalej za Zbyszkiem, by pomścić się „z nawiązką”, bo nie dość 
wydawało się zawziętemu pokoleniu równo krzywdą za krzywdę zapłacić. 
Ale Zbyszko nie myślał w tej chwili o zemście, tylko jedynie o Danusi. Żył między prze-
błyskami nadziei, gdy chwilowo czyniło się chorej lepiej, a głuchą rozpaczą, gdy stan jej pogarszał 
się widomie. A co do tego nie mógł się jużłudzić. Nieraz z początku podróży przelatywała 
mu przez głowę zabobonna myśl, że może tam gdzieś po bezdrożach, które przebywali, 
jedzie za nimi ślad w ślad śmierć i czyha tylko na sposobną chwilę, by się rzucić na Danusię 
i wyssać z niej ostatek życia. Widzenie to, a raczej poczucie, bywało zwłaszcza wśród 
ciemnych nocy tak wyraźne, że nieraz porywała go rozpaczliwa chęć zawrócić, wyzwać 
martwicę, jak się 
wyzywa rycerza, i potykać się z nią do ostatniego tchu. Ale przy końcu drogi 
było jeszcze gorzej, czuł bowiem śmierć nie za orszakiem, ale wśród samego orszaku, niewidzialną 
wprawdzie, ale tak bliską, iż obwiewało ich jej mroźne tchnienie. I rozumiał już, że 
przeciw temu nieprzyjacielowi na nic męstwo, na nic krzepka dłoń, na nic oręż, że trzeba będzie 
oddać bezradnie najdroższą głowę na łup bez walki. 
 
I to było uczucie najstraszniejsze, albowiem łączył się z nim żal, niepohamowany jak wicher, 
bezdenny jak morze. Jakże nie miała jęczeć, jakże nie miała się rwać z boleści w Zbyszku 
dusza, gdy spoglądając na swoją kochaną mówił jej jakby z mimowolną wymówką: „Na 
tożem cię miłował, na tom cię odszukał i odbił, aby cię jutro ziemią przysypać i nie widzieć 
cię już 
nigdy?” A tak mówiąc spoglądał na jej kwitnące gorączką policzki, na jej mętne, nie
 
 
146 
 
 

przytomne oczy i znów ją pytał: „Ostawisz mnie? Nie żal ci? Wolisz ode mnie niż ze mną?” I 
wówczas myślał, że chyba i jemu samemu w głowie się pomiesza, piersi zaś rozpierał mu 
jakby płacz przeogromny, ale zapiekły i nie mogący wybuchnąć, albowiem tamowała mu 
ujście i jakaś złość, i jakiś gniew na tę bezlitosną siłę, która wywarła się na niewinne dziecko, 
ślepa i zimna. Gdyby złowrogi Krzyżak znajdował się wówczas w orszaku, byłby go poszarpał 
jak dziki zwierz. 
 
Dobiwszy się do leśnego dworca chciał się zatrzymać, ale tam na wiosnę było pusto. Od 
stróżów dowiedział się przy tym, że oboje księstwo wybrali się do brata Ziemowita do Płocka, 
poniechał więc zamiaru jechania do Warszawy, gdzie by dworski medyk mógł dać chorej 
ratunek. Trzeba mu było ciągnąć do Spychowa, co było straszne, albowiem zdawało mu się, 
iż wszystko już się kończy i że trupa tylko dowiezie Jurandowi. 
 
Ale właśnie na kilka godzin drogi przed Spychowem padł znów na jego serce jaśniejszy 
promyk nadziei. Policzki Danusi poczęły blednąć, oczy stawały się mniej mętne, oddech nie 
tak głośny i mniej pośpieszny. Zbyszko spostrzegł to natychmiast i po niejakim czasie nakazał 
ostatni postój, aby mogła spokojnie oddychać. Byli o milę może od Spychowa, z dala od 
mieszkań ludzkich, na wąskiej drodze między polem a łąką. Ale stojąca w pobliżu dzika grusza 
dawała ochronę od słońca, zatrzymali się więc pod jej gałęziami. Pachołkowie pozłaziwszy 
z koni rozkiełznali je, aby łacniej im było szczypać trawę. Dwie niewiasty najęte do po-
sług przy Danusi i młodziankowie, którzy ją nieśli, znużeni drogą i upałem pokładli się w 
cieniu i usnęli; tylko Zbyszko czuwał przy noszach i siadłszy tuż na korzeniach gruszy nie 
spuszczał z chorej oczu. 
 
A ona leżała wśród popołudniowej ciszy, spokojnie, z przymkniętymi powiekami. Zbyszkowi 
wydawało się jednakże, że nie śpi. Jakoż gdy na drugim końcu rozległej łąki koszący 
siano chłop stanął i począł brzękać w kosę osełką, drgnęła lekko i otworzyła na chwilę powieki, 
po czym przymknęła je zaraz; pierś jej podniosła się jakby głębszym oddechem, a z ust 
wyszedł ledwie dosłyszalny szept: 
 
– Kwiecie pachnie... 
Były to pierwsze niegorączkowe i niebłędne słowa, jakie od początku podróży wymówiła, 
albowiem z przygrzanej słońcem łąki powiew przynosił istotnie mocną woń, w której czuć 
było i siano, i miód, i przeróżne pachnące zioła. Więc w Zbyszku na myśl, że przytomność 
wraca chorej, zadrżało z radości serce. W pierwszym uniesieniu chciał rzucić się do jej nóg, 
ale z obawy, by jej nie przestraszyć, pohamował się, klęknął tylko przy noszach i pochyliwszy 
się nad nią jął wołać z cicha: 
 
– Danusiu! Danusiu! 
A ona otworzyła znów oczy; czas jakiś patrzyła na niego, po czym uśmiech rozjaśnił jej 
twarz i tak samo jako poprzednio w chacie smolarzy, ale daleko przytomniej, wymówiła jego 
imię: 
 
– Zbyszko!... 
I próbowała wyciągnąć ku niemu ręce, ale dla zbytniej słabości nie mogła tego uczynić; on 
natomiast objął ją ramionami, z sercem tak wezbranym, jakby jej dziękował za jakąś niezmiernąłaskę. 
 
 
– Przebudziłaś się! – mówił. – O, Bogu chwała... Bogu... 
Po czym zbrakło mu głosu – i przez czas jakiś 
patrzyli na siebie w milczeniu. Ciszę polną 
mącił tylko wonny powiew od strony łąki, któren szemrał w liściach gruszy, ksykanie koników 
w trawach i dalekie, niewyraźne śpiewanie kosiarza. 
 
Danusia spoglądała coraz przytomniej i nie przestawała się uśmiechać, zupełnie jak dziecko, 
które we śnie widzi anioła. Powoli jednak w oczach jej poczęło się odbijać jakby pewne 
zdziwienie: 
 
– Gdziem jest?... – rzekła. 
Wówczas z ust jego wyrwał się cały rój krótki, przerywanych przez radość odpowiedzi. 
147 
 
 

– Przy mnieś jest! Pod Spychowem! Do tatusia jedziemy. Skończona twoja niedola! Oj! 
Danuśko moja! Danuśko! Szukałem cię i odbiłem. Nie w niemieckiej tyś już mocy. Nie bój 
się! Zaraz będzie Spychów. Chorzałaś, ale Pan Jezus się zmiłował! Ile było boleści, ile płakania! 
Danuśko!... Teraz już dobrze!... Nic, jeno szczęśliwość przed tobą. Ej, com się naszukał!... 
com się nawędrował!... Ej, mocny Boże!... Ej! 
I odetchnął głęboko a prawie z jękiem, jakby ostatek ciężaru boleści zrzucał z piersi. 
Danusia leżała spokojnie, coś sobie przypominając, coś rozważając, a na koniec spytała: 
 
– Toś ty nie zabaczył mnie? 
I dwie łzy wezbrawszy jej w oczach stoczyły się z wolna po twarzy na wezgłowie. 
– Ja miałbym ciebie zabaczyć! – zawołał Zbyszko. 
Było zaś w tym stłumionym okrzyku więcej mocy niż w największych zaklęciach i przy-
sięgach, albowiem miłował ją zawsze całą duszą, a od czasu gdy ją odzyskał, stała mu się 
droższą niż cały świat. 
 
Ale tymczasem zapadła ponownie cisza; w dali jeno chłop przestałśpiewać i jął raz drugi 
klepać osełką kosę. 
Usta Danusi poczęły się znów poruszać, ale szeptem tak cichym, że Zbyszko nie mógł jej 
dosłyszeć, więc pochyliwszy się zapytał: 
 
– Co zaś, jagódko, mówisz? 
A ona powtórzyła: 
– Kwiecie pachnie... 
– Bośmy przy łące – odrzekł – ale wnet pojedziem dalej. Do tatusia, któren też z niewoli 
wybawion. I będziesz moja do śmierci. Słyszyszże ty mnie dobrze? i rozumiesz? 
Wtem targnął nim nagły niepokój, spostrzegł bowiem, że twarz jej czyni się blada i coraz 
bledsza, a na twarzy osiadają gęsto drobne krople potu. 
 
– Co ci jest? – spytał z okropnym przestrachem. I uczuł, jak włosy zjeżają mu się na gło-
wie, a mróz przechodzi przez kości. 
– Co ci jest? powiedz! – powtórzył. 
– Ciemno! – szepnęła. 
– Ciemno? Słonko świeci, a tobie ciemno? – zapytał zdyszanym głosem. – Dopiero co 
mówiłaś przytomnie! Na imię 
Boskie, rzeknij choć słowo! 
Poruszyła jeszcze ustami, ale nie mogła już nawet szeptać. Zbyszko odgadł tylko, że wymawia 
jego imię i że go woła. Wnet potem wychudzone jej dłonie jęły drgać i trzepotać się po 
kilimku, którym była okryta. Trwało to chwilę. Nie było już się co łudzić – konała! 
 
A on w przerażeniu i rozpaczy począł ją błagać, jakby prośba mogła coś wskórać: 
 
– Danuśka! O Jezu miłosierny!... Poczekaj choć 
do Spychowa! poczekaj! poczekaj! O Jezu! 
Jezu! Jezu! 
Podczas tego błagania rozbudziły się niewiasty i nadbiegli pachołkowie, którzy byli opodal 
przy koniach na łące. Ale zrozumiawszy od pierwszego rzutu oka, co się dzieje, poklękali i 
poczęli odmawiać w głos litanię. 
 
Powiew ustał, przestały szemrać liście na gruszy i tylko słowa modlitwy rozlegały się 
wśród wielkiej, polnej ciszy. 
Danusia przed samym końcem litanii otworzyła jeszcze oczy, jakby chcąc spojrzeć po raz 
ostatni na Zbyszka i na świat słoneczny, po czym zaraz zasnęła snem wiekuistym. 
 

 
Niewiasty zamknęły jej powieki, a następnie poszły po kwiaty na łąkę. Pachołcy udali się 
ich śladem – i tak chodzili w słońcu wśród bujnych traw, podobni do duchów polnych, pochylając 
się 
co chwila i płacząc, albowiem w sercach mieli litość i żal. Zbyszko klęczał w 
cieniu, przy noszach, z głową na kolanach Danusi, bez ruchu i słowa, sam jak martwy, a oni 
 
148 
 
 

krążyli to bliżej, to dalej, rwąc złoty kaczeniec i dzwonki, i obficie rosnące różowe smółki, i 
białą, pachnącą miodem drobniczkę. W wilgotnych dołkach znaleźli też lilie polne, a na miedzy 
przy ugorze janowiec. Aż gdy już mieli pełne naręcza, otoczyli smutnym korowodem 
nosze i poczęli je maić. Pokryli więc prawie całkiem kwieciem i ziółmi zwłoki zmarłej, nie 
zasłaniając tylko twarzy, która wśród dzwoników i lilij bielała, cicha, ukojona snem nieprzespanym, 
pogodna i po prostu anielska. 
 
Do Spychowa nie było nawet i mili, więc po niejakim czasie, gdy im smutek i boleść 
łzami 
spłynęły, podnieśli nosze i ruszyli ku borom, od których zaczynały się już Jurandowe ziemie. 
 
Pachołcy wiedli za orszakiem konie. Sam Zbyszko niósł w głowach nosze, a niewiasty, 
obarczone zbywającymi pękami ziół i kwiatów, śpiewały na przodzie pieśni pobożne – i tak z 
wolna szli i szli między zielonąłąką a równym, szarym ugorem, jakby jaka procesja żałosna. 
 
Na modrym niebie nie było żadnej chmurki i świat cały wygrzewał się w złotym blasku 
słonecznym. 
 
149 
 
 

Rozdział 
dwudziesty ósmy 
 
 
Przyszli na koniec ze zwłokami dziewczyny do borów spychowskich, na których granicy 
stróżowali dniem i nocą zbrojni pachołkowie Jurandowi. Jeden z nich skoczył z wieścią do 
starego Tolimy i do księdza Kaleba, inni poprowadzili orszak z początku krętą i zapadłą, a 
potem szeroką leśną drogą aż do miejsca, gdzie bór się kończył, a poczynały się rozległe wilgotne 
grudzie i grząskie, rojne od błotnego ptactwa trzęsawy, za którymi na suchej wyżni 
leżał spychowski gródek. Poznali też wraz, że jużżałobna wieść o nich doszła do Spychowa, 
gdyż zaledwie wychylili się z leśnego cienia na jasne błonie, doleciał do ich uszu odgłos 
dzwonu z gródkowej kaplicy. Wkrótce potem ujrzeli idącą z dali naprzeciw liczną drużynę 
ludzi, w której byli mężowie i niewiasty. Gdy gromada owa zbliżyła się na trzy lub dwa 
strzelenia z łuku, można już było rozróżnić osoby. Na czele szedł sam Jurand, podtrzymywany 
przez Tolimę i macający przed sobą koszturem. Łatwo go było poznać po ogromnym 
wzroście, po czerwonych jamach w miejsce oczu i po białych, opadających aż na ramiona 
włosach. Obok postępował z krzyżem i w białej komży ksiądz Kaleb. Za nimi niesiono chorągiew 
z Jurandowym znakiem, przy której szli zbrojni „woje” spychowscy, a za nimi niewiasty 
zamężne w nałęczkach na głowach i przetowłose panny. Na końcu gromady ciągnął wóz, 
na którym miano złożył zwłoki. 
 
Zbyszko ujrzawszy Juranda kazał postawić nosze na ziemi, które sam niósł do tej chwili od 
strony wezgłowia, za czym posunąwszy się ku niemu jął wołać takim okropnym głosem, jakim 
woła niezmierna boleść i rozpacz: 
 
– Szukałem ci jej, pókim nie znalazł, i odbiłem, ale ona wolała do Boga niż do Spychowa! 
I boleść złamała go zupełnie, albowiem padłszy na piersi Juranda objął 
go za szyję i począł 
jęczeć: 
 
– O Jezu, o Jezu! o Jezu!... 
Na ów widok wzburzyły się 
serca zbrojnej czeladzi spychowskiej i poczęli bić włóczniami 
o tarcze nie wiedząc, jak inaczej swój ból i swoją chęć pomsty wyrazić. Niewiasty uczyniły 
lament i zawodząc jedna przez drugą podnosiły zapaski do oczu albo też całkiem pokrywały 
nimi głowy wołając wniebogłosy: 
„Hej! Dola! Dola! Tobie wesele, a nam płakanie. Śmierć cię skosiła, Kościej cię zabrał – 
oj! oj!” 
 
A niektóre przechylając w tył głowy i zamykając oczy wołały znów: 
 
„Źle ci tu było, kwiatuszku, z nami – źle? Ostał się rodzic w wielkiej żałobie, a tym już 
chodzisz po boskich pokojach – oj! oj!” 
 
Inne na koniec wymawiały zmarłej, że się nie ulitowała tatkowego i mężowego sieroctwa i 
łez. A był ten lament i ten żal na wpółśpiewem, bo nie umiał ów lud inaczej swojego bólu 
wypowiadać. 
 
Atoli Jurand wysunąwszy się z ramion Zbyszka wyciągnął 
kosztur przed siebie na znak, że 
chce iść 
do Danusi. Wówczas Tolima ze Zbyszkiem chwycili go pod ramiona i przywiedli do 
 
150 
 
 

noszów, a on klęknął przy zwłokach, powiódł po nich dłonią od czoła aż do złożonych w 
krzyż rąk zmarłej i pochylił kilkakrotnie głowę, jakby chciał rzec, że ona to jest, jego Danusia, 
nie kto inny – i że poznaje dziecko. Potem objął ją jednym ramieniem, a drugie, pozbawione 
dłoni, wzniósł w górę, zaś obecni odgadli także i tę niemą skargą przed Bogiem, wymowniejszą 
od wszelkich słów boleści. Zbyszko, któremu po chwilowym wybuchu odrętwiała 
znów twarz zupełnie, klęczał z drugiej strony milczący, do kamiennego posągu podobny 
i naokół uczyniło się tak cicho, że słychać było ksykanie koników polnych i brzęczenie 
każdej przelatującej muchy. Wreszcie ksiądz Kaleb pokropiłświęconą wodą Danusię, Zbyszka, 
Juranda i rozpoczął 
Requiem aeternam. A po ukończeniu pieśni długi czas modlił się głośno, 
przy czym ludziom zdawało się, że słyszą proroczy głos, gdy błagał, aby ta męka niewinnego 
dziecka była oną kroplą, która przepełnia naczynie nieprawości, i aby nastał dzień 
sądu, kary, gniewu i klęski. 
 
Następnie ruszyli do Spychowa; ale nie położyli Danusi na wóz, tylko nieśli ją na przedzie 
orszaku na umajonych noszach. Dzwon nie przestając bić zdawał się ich wzywać i zapraszać 
ku sobie, a oni szli śpiewając szerokim błoniem, pod ogromną złotą zorzę wieczorną, jakby 
ich ta zmarła prowadziła naprawdę 
do odwiecznych blasków i jasności. Wieczór już był i 
trzody wracały z pól, gdy doszli. Kaplica, w której złożono zwłoki, jaśniała od pochodni i 
świec jarzących. Z rozkazu księdza Kaleba siedem panien odmawiało kolejno litanię nad ciałem 
aż do świtu. Do świtu również Zbyszko nie odstępował Danusi i sam o jutrzni wkładał ją 
w trumnę, którą biegli rzemieślnicy uciosali przez noc z pnia dębowego, wyprawiwszy w 
wieku nad głową szybę złotego bursztynu. 
 
Juranda nie było przy tym, albowiem działy się z nim rzeczy dziwne. Zaraz po powrocie 
do domu utracił władzę w nogach, a gdy położono go na łożu, utracił ruch i świadomość, 
gdzie jest i co się z nim dzieje. Próżno ksiądz Kaleb przemawiał do niego, próżno zapytywał, 
co mu jest; nie słyszał, nie rozumiał, tylko leżąc na wznak podnosił do góry powieki pustych 
oczu i uśmiechał się z twarzą rozjaśnioną i szczęśliwą, a czasem poruszał 
ustami, jak gdyby z 
kim rozmawiał. Ksiądz i Tolima rozumieli, że ze zbawioną córką rozmawia i do niej się 
śmieje. Rozumieli również, że już kona i własną wieczną szczęśliwość 
źrenicami duszy ogląda, 
ale w tym się pomylili, gdyż on, nieczuły igłuchy na wszystko, uśmiechał się tak całe 
tygodnie, i Zbyszko, wyjechawszy wreszcie z okupem za Maćka, zostawił go jeszcze przy 
życiu. 
 
151 
 
 

Rozdział 
dwudziesty dziewiąty 
 
 
Po pogrzebie Danusi Zbyszko nie chorzał obłożnie, ale żył w odrętwieniu. Z początku, 
przez pierwsze dni, nie było z nim tak źle: chodził, rozmawiał o swojej zmarłej niewieście, 
odwiedzał Juranda i siadywał przy nim. Opowiedział też księdzu o niewoli Maćkowej i uradzili 
obaj wysłać 
do Prus i Malborga Tolimę, aby wywiedział się, gdzie Maćko jest, i żeby go 
wykupił zapłaciwszy zarazem i za Zbyszka tyle grzywien, na ile zgodzili się z Arnoldem von 
Baden i jego bratem. W spychowskich podziemiach nie brakło srebra, które Jurand bądź swego 
czasu wygospodarzył, bądź zdobył, przypuszczał więc ksiądz, że Krzyżacy, byle otrzymali 
pieniądze, łatwo i starego rycerza wypuszczą, i nie będą 
żądali, aby młody stawił się osobiście. 
 
 
– Jedź do Płocka – rzekł na drogę Tolimie ksiądz – i weź od tamtejszego księcia glejt. Inaczej 
pierwszy lepszy komtur złupi cię i samego uwięzi. 
– Ba! przecie ich znam – odrzekł 
stary Tolima. – Wzdyć umieją oni łupić nawet i tych, 
którzy z glejtami przyjeżdżają. 
I pojechał. Ale niebawem pożałował ksiądz Kaleb, że samego Zbyszka nie wyprawił. Bał 
się on wprawdzie, że w pierwszych chwilach boleści nie potrafi się młodzian sprawić jak należy 
lub może przeciw Krzyżakom wybuchnie i na niebezpieczeństwo się poda; wiedział 
również, że trudno mu będzie zaraz odjechać od kochanej trumny, w świeżym żalu, w świeżym 
osieroceniu i wnet po takiej strasznej a bolesnej podróży, którą gdzieś od Gotteswerder 
do Spychowa odbył. Potem jednak żałował, iż wziął to wszystko w rachubę, gdyż Zbyszkowi 
z każdym dniem czyniło się ciężej. Żył on aż do śmierci Danusi w okrutnym wysiłku, w 
okrutnym natężeniu wszystkich sił: jeździł na kraje świata, potykał się, odbijał swoją niewiastę, 
przeprawiał się przez dzikie puszcze, i nagle to wszystko skończyło się, jakby kto mieczem 
uciął, a została tylko pamięć, że to wszystko poszło na marne, że trudy były daremne – i 
że wprawdzie przeszły, ale razem z nimi przeszła część 
życia, przeszła nadzieja, przeszło dobro, 
zginęło kochanie, a nie pozostało nic. Każdy żyje jutrem, każdy coś zamierza i coś układa 
sobie na przyszłość, a Zbyszkowi jutro stało się obojętne, co zaś do przyszłości, to miał 
takie poczucie, jakie miała Jagienka, gdy wyjeżdżając ze Spychowa mówiła: „Moje szczęście 
za mną, nie przede mną”. Ale na domiar w jego duszy to poczucie bezradności, pustki i niedoli 
wyrastało na gruncie ogromnej boleści i coraz większego żalu po Danusi. Ów żal przejmował 
go, opanowywał i zarazem tężał w nim coraz bardziej, tak że w końcu nie było w 
Zbyszkowym sercu miejsca na nic innego. Więc o nim tylko myślał i hodował 
go w sobie, i 
żył z nim jednym, nieczuły na wszystko inne, zamknięty w sobie, pogrążon jakby w półśnie, 
nieświadom tego, co się naokół dzieje. Wszystkie władze jego duszy i ciała, jego dawna 
wartkość i dzielność przeszły w stan folgi. W spojrzeniu i w ruchach miał teraz jakąś ociężałość 
starca. Całymi dniami i nocami przesiadywał albo w podziemiu przy trumnie Danusi, 
albo na przyzbie grzejąc się w południowych godzinach w blasku słonecznym. Chwilami zapamiętywał 
się tak, że nie odpowiadał na pytania. Ksiądz Kaleb, który go miłował, począł 
 
 
152 
 
 

obawiać się, aby ów ból nie przeżarł 
go tak, jak rdza przeżera żelazo – i ze smutkiem myślał, 
że może lepiej było wyprawić Zbyszka, choćby do Krzyżaków z okupem. „Trzeba – mówił 
do miejscowego klechy, z którym w braku kogo innego o swoich frasunkach rozmawiał – aby 
jakowaś przygoda targnęła nim jako wicher drzewem, bo inaczej gotów skapieć do szczętu”. 
A klecha przeświadczał roztropnie, mówiąc dla porównania, że gdy się człek kością udławi, 
to także najlepiej dać mu dobrze pięścią po karku. 
 
Przygoda żadna nie przytrafiła się jednak, ale natomiast kilka tygodni później przyjechał 
niespodzianie pan de Lorche. Widok jego wstrząsnął 
Zbyszka, albowiem przypomniał mu 
wyprawę na Żmujdź 
i odbicie Danusi. Sam de Lorche bynajmniej nie wahał się potrącać tych 
bolesnych wspomnień. Owszem, dowiedziawszy się o nieszczęściu Zbyszka poszedł zaraz 
modlić się 
z nim razem nad trumną Danusi, mówił też o niej bez ustanku, a następnie będąc 
przez pół minstrelem ułożył o niej pieśń, którąśpiewał przy lutniach w nocy u kraty podziemia 
tak rzewliwie i żałośnie, że Zbyszka, chociaż słów nie rozumiał, od samej nuty chwycił 
ogromny płacz do samego świtania trwający. 
 
A potem zmorzon tym płaczem i żalem, i niewywczasem, zapadł w długi sen, lecz gdy się 
zbudził, znacznie widać mu boleść 
łzami spłynęła, gdyż był rzeźwiejszy niż dni poprzednich i 
raźniej przed się spoglądał. Ucieszył się też wielce do pana de Lorche i począł mu za przybycie 
dziękować, a następnie wypytywać, skąd by się o jego nieszczęściu dowiedział. 
 
A ów odpowiedział mu przez usta księdza Kaleba, że o śmierci Danusi dowiedział się dopiero 
w Lubawie od starego Tolimy, którego widział w więzach u tamtejszego komtura, ale że 
do Spychowa i tak jechał, by oddać się 
Zbyszkowi w niewolę. 
 
Wieść o uwięzieniu Tolimy wielkie i na Zbyszku, i na księdzu uczyniła wrażenie. Zrozumieli, 
że okup przepadł, albowiem nie było trudniejszej rzeczy w świcie niż wydrzeć z gardła 
Krzyżakom raz zagrabione pieniądze. Wobec tego należało jechać z drugim okupem. 
 
– Gorze! – zawołał 
Zbyszko. – To biedny stryjko czeka tam i myśli, żem go przepomniał! 
Trzeba mi teraz co duchu do niego śpieszyć. 
Potem zwrócił się do pana de Lorche: 
 
– Wiesz, jako się zdarzyło? Wiesz, że on w rękach krzyżackich? 
– Wiem – odpowiedział de Lorche – bom go widział 
w Malborgu i dlatego sam tu przyjechałem. 
Tymczasem ksiądz Kaleb począł narzekać. 
 
– Źleśmy postąpili – mówił – ale nikt głowy nie miał... Więcej się też 
po rozumie Tolimy 
spodziewałem. Czemu zaś nie jechał do Płocka i bez nijakiego glejtu między tych rozbójników 
się puścił! 
A na to pan de Lorche ruszył ramionami: 
 
– Co im tam glejty! Albo to sam książę płocki, również jak i wasz tutejszy, mało od nich 
krzywd cierpią? Nad granicą 
wieczne bitwy i napaści – bo i wasi swego nie darują. Każdy też 
komtur, ba! każdy wójt robi, co chce, a w drapieżności to już 
chyba jeden drugiego prześciga... 
– Tym bardziej powinien był Tolima do Płocka jechać. 
– Tak i chciał uczynić, ale go w drodze nad granicą z noclegu porwali. Byliby go zabili, 
gdyby im nie był rzekł, iże dla komtura do Lubawy pieniądze wiezie. Tym się ocalił, ale też 
komtur postawi teraz świadków, jako Tolima sam to mówił. 
– A stryj Maćko jakoże się ma? zdrów? Nie nastają tam na jego szyję? – pytał Zbyszko. 
– Zdrów jest – odrzekł de Lorche. – Zawziętość tam jest na „króla” Witolda i na tych, którzy 
pomagająŻmujdzinom, wielka – i pewnie by starego rycerza ścięli, gdyby nie to, że im 
żal okupu. Bracia von Baden także go z tej samej przyczyny bronią, a wreszcie chodzi kapitule 
o moją głowę, którą gdyby poświęcili, zawrzałoby przeciw nim rycerstwo i we Flandrii, i 
w Geldrii, i w Burgundii... Wiecie, jakożem jest krewny grafa geldryjskiego. 
– A przeczże o twoją głowę ma chodzić? – przerwał ze zdziwieniem Zbyszko. 
153 
 
 

– Bom jest przez ciebie pojman. Powiedziałem w Malborgu tak: „Weźmiecie gardło staremu 
rycerzowi z Bogdańca, to młody weźmie moje...” 
– Nie wezmę! tak mi dopomóż Bóg! 
– Wiem, że nie weźmiesz, ale oni się tego boją i przez to Maćko ostanie między nimi bezpieczny. 
Mówili mi, żeś i ty jest także w niewoli, bo cię tylko na rycerskie słowo Badenowie 
puścili, że zatem nie potrzebuję ci się stawiać. Ale ja odrzekłem, że gdyś 
mnie w jeństwo brał, 
byłeś wolny. I ot mnie masz! A pókim w twoich rękach, nic oni ani tobie, ani Maćkowi nie 
uczynią. Ty okup von Badenom spłać, zaś za mnie zażądaj we dwoje alibo we troje tyle. Muszą 
zapłacić. Nie dlatego tak mówię, abym mniemał, żem więcej od was wart, ale aby ich 
chciwość pokarać, którą pogardzam. Całkiem inne miałem o nich niegdyś pojęcie, ale teraz 
zbrzydli mi i oni, i ich gościna. Pójdę do Ziemi Świętej, tam szukać przygód, bo im dłużej 
służyć nie chcę. 
– Albo też u nas, panie, ostańcie – rzekł ksiądz Kaleb. – A myślę, że tak i będzie, bo co do 
tego, żeby oni mieli okup za was dawać, to mi się nie wydaje. 
– Jeśli nie zapłacą, to sam zapłacę – odrzekł de Lorche. – Przyjechałem tu z pocztem 
znacznym i wozy mam ładowne, a tego, co na nich jest, wystarczy... 
Ksiądz Kaleb powtórzył Zbyszkowi te słowa, na które Maćko pewnie nie byłby pozostał 
nieczuły, ale Zbyszko, jako młody i mało o majętność dbający, odrzekł: 
 
– Na moją cześć! nie będzie tak, jako mówisz. Byłeś mi jako brat i przyjaciel i okupu nijakiego 
od ciebie nie wezmę. 
Po czym uściskali się czując, że nowy węzeł został między nimi zawiązany. Ale de Lorche 
uśmiechnął się i rzekł: 
 
– Dobrze. Niech jeno Niemce o tym nie wiedzą, bo się o Maćka będą droczyć. A widzicie, 
muszą zapłacić, gdyż będą się bali, że inaczej rozgłoszę po dworach i między rycerstwem, że 
radzi niby zapraszają i widzą rycerskich gości, ale gdy który w niewolę popadnie, to o nim 
zapominają. A Zakonowi o gości okrutnie teraz chodzi, bo mu Witolda strach, a jeszcze bardziej 
Polaków i ich króla. 
– To niech tedy tak będzie – rzekł Zbyszko – że ty tu ostaniesz alibo gdzie chcesz na Mazowsze, 
a ja do Malborga po stryjca pojadę i będę okrutną przeciw tobie udawał zawziętość. 
– Na św. Jerzego! uczyń tak! – odpowiedział de Lorche. – Ale wpierw wysłuchaj, co ci 
powiem. W Malborgu mówią, że ma zjechać do Płocka król polski i spotkać się z mistrzem w 
samym Płocku albo gdzie na granicy. Krzyżacy wielce tego pragną, albowiem chcą wymiarkować, 
czy król będzie pomagał Witoldowi, jeśli ów otwartą im wojnę o Żmujdź wypowie. 
Ha! chytrzy oni są jako węże, ale przecie w tym Witoldzie mistrza znaleźli. Zakon się go też 
boi, ponieważ 
nigdy nie wiadomo, co on zamyśla i co uczyni: „Oddał nam Żmujdź – mówią 
w kapitule – ale przez nią trzyma ciągle jakoby miecz nad naszymi karkami.” „Słowo – mówią 
– rzeknie i bunt gotów!” Jakoż tak jest. Muszę się kiedy wybrać na jego dwór. Może 
przygodzi się w szrankach u niego potykać, a prócz tego słyszałem, że i niewiasty tamtejsze 
anielskiej czasem bywają urody. 
– Mówiliście, panie, o przyjeździe króla polskiego do Płocka? – przerwał ksiądz Kaleb. 
– Tak jest. Niech Zbyszko przyłączy się do królewskiego dworu. Mistrz chce sobie króla 
ująć i niczego mu nie odmówi. Wiecie, że w potrzebie nikt nie umie być pokorniejszy od 
Krzyżaków. Niech się 
Zbyszko do orszaku przyłączy i niech się o swoje upomina, niech jak 
najgłośniej na bezprawie krzyczy. Inaczej go będą słuchali wobec króla i wobec krakowskich 
rycerzy, którzy sławni są w świecie i których wyroki szeroko rozchodzą się między rycerstwem. 
– Przednia rada! na Pański Krzyż! przednia! – zawołał ksiądz. 
– Tak – potwierdził de Lorche. – I sposobności też nie braknie. Słyszałem w Malborgu, że 
będą uczty, będą turnieje, bo się goście zagraniczni koniecznie chcą z królewskimi rycerzami 
potykać. Na Boga! toż ma przyjechać i rycerz Jan z Aragonii, największy ze wszystkich w 
154 
 
 

chrześcijaństwie. Nie wiecie? Prze on podobno aż z Aragonii rękawicę waszemu Zawiszy 
przysłał, aby zaś nie mówiono po dworach, że jest drugi równy jemu na świecie. 
 
Przyjazd pana de Lorche, jego widok i cała rozmowa tak jednak rozbudziła Zbyszka z 
owej bolesnej martwoty, w której był przedtem pogrążon, że z ciekawością słuchał jego nowin. 
O Janie z Aragonii wiedział, gdyż powinnością było wówczas każdego rycerza znać i 
pamiętać nazwiska wszystkich najsłynniejszych wojowników, sława zaś szlachty aragońskiej, 
a szczególnie owego Jana, obiegła świat cały. Żaden rycerz nie sprostał mu nigdy w szrankach, 
a Mazurowie pierzchali na sam widok jego zbroi i powszechne było mniemanie, że on 
jest pierwszy w całym chrześcijaństwie. 
 
Więc na wieść o nim ozwała się w Zbyszku bojowa rycerska dusza i począł wypytywać się 
z wielkim zajęciem: 
 
– Pozwał ci Zawiszę Czarnego? 
– Rok już podobno, jak przyszła rękawica i jak Zawisza odesłał swoją. 
– To Jan z Aragonii na pewno już przyjedzie. 
– Czy na pewno, nie wiedzą, ale są takowe posłuchy. Krzyżacy dawno posłali mu zaproszenie. 
– Daj Bóg, takie rzeczy widzieć! 
– Daj Bóg! – rzekł 
de Lorche. – I choćby Zawisza był pokonan, co łatwo się może zdarzyć, 
wielka to chwała dla niego, że go taki Jan z Aragonii pozwał, ba! i dla całego waszego narodu. 
– A obaczym! – rzekł Zbyszko – mówię tylko: daj Bóg widzieć. 
– A ja przywtarzam. 
Jednakże życzenie ich nie miało się tym razem spełnić, gdyż stare kroniki wspominają, że 
pojedynek Zawiszy z przesławnym Janem z Aragonii odbył się dopiero w kilkanaście lat później 
w Perpignano, gdzie w obecności cesarza Zygmunta, papieża Benedykta XIII, a dalej 
króla aragońskiego i wielu książąt i kardynałów, Zawisza Czarny z Garbowa zwalił z konia 
pierwszym uderzeniem kopii swego przeciwnika i świetne nad nim odniósł zwycięstwo. 
Tymczasem wszelako i Zbyszko, i de Lorche cieszyli się w sercach, myśleli bowiem, że gdyby 
nawet Jan z Aragonii nie mógł się na ów termin stawić, to i tak ujrzą znamienite czyny 
rycerskie, bo w Polsce nie brakło zapaśników mało co Zawiszy ustępujących, a między gośćmi 
krzyżackimi można było znaleźć najprzedniejszych szermierzy francuskich, angielskich, 
burgundzkich i włoskich, gotowych z każdym iść o lepszą. 
 
– Słuchaj – rzekł 
do pana de Lorche Zbyszko. – Cni mi się bez stryja Maćka i pilno mi go 
wykupić, przeto jutro zaraz do dnia do Płocka ruszę. Ale po co ty masz tu ostawać? Nibyś to 
u mnie w niewoli, więc jedź ze mną, a obaczysz króla i dwór. 
– Chciałem cię właśnie o to prosić – odrzekł de Lorche – bom z dawna chciał widzieć waszych 
rycerzy, a przy tym słyszałem, że damy z dworu królewskiego więcej do aniołów niż 
do mieszkanek ziemskiego padołu są podobne. 
– Dopiero coś to powiedział o Witoldowym dworze – zauważył Zbyszko. 
155 
 
 

Rozdział 
trzydziesty 
 
 
Zbyszko wyrzucał sobie w duszy, iż w swej boleści o stryjcu przepomniał, a że i bez tego 
prędko zwykł był wykonywać, co zamierzał, więc nazajutrz do dnia wyruszyli razem z panem 
de Lorche do Płocka. Nadgraniczne drogi nawet w czasach największego spokoju nie bywały 
bezpieczne z przyczyny łotrów, których liczne kupy wspierali i otaczali opieką Krzyżacy, co 
ostro wymawiał im król Jagiełło. Mimo skarg, które aż o Rzym się opierały, mimo pogróżek i 
srogiego wymiaru sprawiedliwości, komturowie sąsiedni pozwalali często zaciężnym knechtom 
zakonnym łączyć się ze zbójami, wypierając się wprawdzie tych, którzy mieli nieszczęście 
wpaść w ręce polskie, ale dając schronienie powracającym ze zdobyczą i jeńcami nie 
tylko we wsiach zakonnych, lecz i w zamkach. 
 
W takie to właśnie zbójeckie ręce dostawali się niejednokrotnie podróżni i mieszkańcy 
nadgraniczni, a zwłaszcza dzieci bogatych ludzi, które porywano dla okupu. Ale dwaj młodzi 
rycerze mając znaczne poczty, złożone każdy, prócz woźniców, z kilkunastu orężnych pieszych 
i konnych pachołków, nie obawiali się napadu i bez przygód dotarli do Płocka, gdzie 
zaraz na wstępie miła czekała ich niespodzianka. 
 
Oto w gospodzie znaleźli Tolimę, który przybył na dzień przed nimi. Stało się to takim 
sposobem, iż starosta krzyżacki z Lubawy zasłyszawszy, że wysłannik, w chwili gdy go napadnięto 
niedaleko Brodnicy, zdołał ukryć część okupu, odesłał 
go do tego zamku z poleceniem 
do komtura, aby go zmusił do wskazania, gdzie pieniądze zostały schowane. Tolima 
skorzystał ze sposobności i uciekł, gdy zaś rycerze dziwili się, iż udało mu się to tak łatwo, 
objaśnił im rzecz, jak następuje: 
 
– Wszystko przez ich łakomstwo. Nie chciał komtur brodnicki przydawać mi znacznej 
straży, bo nie chciał, by się o pieniądzach rozgłosiło. Może ułożyli się z lubawskim, że się 
podzielą, a bali się, iż gdy się rozgłosi, to trzeba będzie znaczną część do Malborga odesłać 
albo i wszystko owym Badenom oddać. Dodał ci mi tedy jeno dwóch ludzi: jednego zaufanego 
knechta, który musiał po Drwęcy razem ze mną wiosłować, i jakowegoś 
pisarza... A zaś 
chodziło im, by nikt nas nie widział, więc było to pod noc, i wiecie, że granica tuż. Dali mi 
też wiosło dębowe... no – i łaska boska... bom jest oto w Płocku. 
– Wiem, a tamci nie wrócili! – zawołał Zbyszko. 
Na to uśmiech rozjaśnił srogą twarz Tolimy. 
– Wżdy Drwęca do Wisły płynie – rzekł. – Jakoże im było pod wodę wracać? Znajdą ich 
Krzyżaki chyba w Toruniu. 
Po chwili zaś zwróciwszy się do Zbyszka dodał: 
 
– Pieniędzy część mi komtur lubawski zagrabił, ale te, którem przy napaści ukrył, tom odnalazł 
i teraz dałem je, panie, waszemu giermkowi do schowania, bo on w zamku u księcia 
mieszka, a tam im przezpieczniej niż u mnie w gospodzie. 
– To mój giermek jest tu w Płocku? a co on tu robi? – zapytał ze zdziwieniem Zbyszko. 
156 
 
 

– On przecie po przywiezieniu Zygfryda odjechał z tą panną, która w Spychowie była, a 
teraz jest dwórką tutejszej księżnej. Tak ci mi wczoraj gadał. 
Ale Zbyszko, którzy przygłuszon boleścią po śmierci Danusi o nic w Spychowie nie pytał i 
 
o niczym nie wiedział, teraz dopiero przypomniał sobie, że Czech był naprzód z Zygfrydem 
wyprawiony – i na to wspomnienie serce ścisnęło mu siężalem i pomstą. 
– Prawda! – rzekł. – A gdzie zaś ów kat? Co się z nim stało? 
– Nie powiadał wam ksiądz Kaleb? Zygfryd powiesił się i przejeżdżaliście, panie, wedle 
jego mogiły. 
Nastała chwila milczenia. 
 
– Mówił giermek – rzekł wreszcie Tolima – iże się do was wybiera, a byłby to już dawno 
uczynił, jeno że panny musiał pilnować, która tu po powrocie ze Spychowa chorzała. 
A Zbyszko spytał znów, otrząsnąwszy się z żałosnych wspomnień jakby ze snu: 
 
– Jakiej panny? 
– No, tej – odrzekł stary – waszej siostry albo krewniaczki, która tu z rycerzem Maćkiem 
do Spychowa w pacholikowych szatkach przyjechała, a po drodze pana naszego omackiem 
idącego znalazła. Żeby nie ona, nie byliby rycerz Maćko ani wasz giermek pana poznali. Miłował 
ci też ją potem nasz pan wielce, bo w takim go miała starunku jak córka i prócz księdza 
Kaleba – ona jedna mogła go wyrozumieć. 
Więc młody rycerz otworzył ze zdumienia szeroko oczy. 
 
– Nie powiadał mi ksiądz Kaleb o żadnej pannie i ja nijakiej krewniaczki nie mam... 
– Nie powiadał, boście, panie, w zapamiętaniu od boleści żyli i o bożym świecie nie wiedzieli. 
– A jakoże na ową pannę wołali? 
– Wołali na nią: Jagienka. 
Zbyszkowi wydawało się, że śni. Myśl, że Jagienka z odległych Zgorzelic mogła przyjechać 
aż do Spychowa, nie chciała mu się w głowie pomieścić. I po co? Dlaczego? Nie było 
mu wprawdzie tajnym, że dziewczyna rada go widziała i lgnęła do niego w Zgorzelicach, ale 
on jej przecie wyznał, że byłżonaty – więc wobec tego nie mógłżadną miarą przypuścić, aby 
stary Maćko zabrał ją do Spychowa w tym celu, aby ją za niego wydać. Zresztą i Maćko, i 
Czech nawet mu o niej nie wspomnieli... Wszystko to wydało mu się ogromnie dziwne i zupełnie 
niezrozumiałe, więc zaczął znów zarzucać pytaniami Tolimę, jak człowiek, który własnym 
uszom nie wierzy i chce, by mu powtórzono nieprawdopodobną nowinę. 
 
Tolima jednak nie umiał mu nic więcej powiedzieć nad to, co poprzednio powiedział, ale 
natomiast poszedł na zamek szukać 
giermka i niebawem, jeszcze przed zachodem słońca, z 
nim powrócił. Czech witał młodego pana z radością, ale i ze smutkiem, bo się już był poprzednio 
o wszystkim, co zaszło w Spychowie, dowiedział. A Zbyszko również rad mu był z 
całej duszy czując, iż to jest serce przyjazne i wierne, jedno z takich, jakich człowiek w nieszczęściu 
najbardziej potrzebuje. Rozrzewnił się też i roztkliwił opowiadając mu o śmierci 
Danusi i podzielił się z nim bólem, żalem, łzami tak właśnie, jak brat dzieli się z bratem. Długo 
to wszystko trwało, zwłaszcza że w końcu na prośbę Zbyszkową powtórzył im pan de Lor-
che ową pieśń 
żałosną, którą był o zmarłej ułożył, i śpiewał ją przy cytrze w otwartym oknie, 
podnosząc oczy i twarz ku gwiazdom. 
 
Aż gdy już im wreszcie znacznie ulżyło, poczęli mówić o sprawach, które czekały ich w 
Płocku. 
 
– Wstąpiłem tu po drodze do Malborga – rzekł 
Zbyszko – bo to wiesz, że stryj Maćko w 
niewoli i że po niego z okupem jadą. 
– Wiem – odparł Czech. – Dobrzeście zrobili, panie. Chciałem sam do Spychowa jechać, 
aby wam drogę na Płock doradzić: król w Raciążu ma układy z wielkim mistrzem prowadzić, 
przy królu zaśłatwiej się upomnieć, ile że wobec majestatu nie tacy Krzyżacy hardzi i udają 
poczciwość chrześcijańską. 
157 
 
 

– A mówił Tolima, że miałeś do mnie jechać, ale cię niezdrowie Jagienki Zychówny 
wstrzymało. Słyszałem, że ją stryj Maćko w te strony przywiózł i że w Spychowie też była? 
Okrutniem się dziwował! Ale gadaj, skroś jakiejże przyczyny stryj Maćko ją ze Zgorzelic 
zabierał? 
– Siła było przyczyn. Bał się rycerz Maćko, że gdy ją bez nijakiej opieki zostawi, to rycerze 
Wilk i Cztan będą na Zgorzelice najeżdżali, przy czym mogła się stać i młodszym dzieciom 
krzywda. A bez niej jużci przezpieczniej, bo w Polsce, jako wiecie: zdarzy się, iż 
szlachcic – nie mogąc inaczej – siłą dziewkę bierze, ale na małe sieroty nikt ręki nie podniesie, 
gdyż za to i miecz katowski, i gorsza od miecza hańba! Była wszelako i druga takowa 
przyczyna, że opat umarł i pannę dziedziczką swych włości uczynił, nad którymi opiekę miał 
tutejszy biskup. Przeto rycerz Maćko pannę do Płocka przywiózł. 
– Ale ją i do Spychowa brał? 
– Brał, na czas wyjazdu biskupa i księstwa, gdyż nie było jej przy kim ostawić. I szczęście, 
że ją wziął. Gdyby nie panienka, bylibyśmy ze starszym panem przejechali wedle rycerza 
Juranda jak koło obcego dziada. Dopieroż jak się poczęła nad nim litować, uznaliśmy, kto ów 
dziad. Pan Bóg to wszystko zrządził przez jej miłosierne serce. 
I począł opowiadać, jak następnie Jurand nie mógł się bez niej obyć, jak ją miłować i błogosławił, 
a Zbyszko, choć to już wiedział od Tolimy, słuchał tego opowiadania ze wzruszeniem 
i wdzięcznością dla Jagienki. 
 
– Niech jej Bóg da zdrowie! – rzekł 
wreszcie. – Dziwno mi jeno, żeście mi nic o niej nie 
mówili. 
A Czech zakłopotał się nieco i chcąc zyskać czas do namysłu nad odpowiedzią zapytał: 
 
– Gdzie, panie? 
– A u Skirwoiłły, tam, na Żmujdzi. 
– Nie mówiliśmy? Jako żywo! Mnie się wydaje, żeśmy mówili, ale wam w głowie było co 
innego. 
– Mówiliście, że Jurand wrócił, ale o Jagience nic. 
– Ej! czyście nie zabaczyli? A wreszcie, Bóg raczy wiedzieć! Może rycerz Maćko myślał, 
że ja powiedziałem, a ja, że on. Na nic to było, panie, cośkolwiek wam wtedy powiadać. I nie 
dziwota! Ale teraz rzekę co innego: Szczęście, że panienka tu jest, bo ona i rycerzowi 
Maćkowi się przyda. 
– Cóż zaś może wskórać? 
– Niech jeno słowo tutejszej księżnie powie, która okrutnie ją miłuje! A znów Krzyżacy 
niczego księżnie nie odmawiają, bo raz, że królewska rodzona, a po wtóre, wielka Zakonu 
przyjaciółka. Teraz, jakoście może słyszeli, kniaź Skirgiełł, też rodzony brat królewski, podniósł 
się przeciw kniaziowi Witoldowi i do Krzyżaków uciekł, którzy chcą 
go wspomóc i na 
Witoldowym stolcu posadzić. Król bardzo księżnę nawidzi i rad, jako mówią, ucha jej podaje, 
więc Krzyżacy chcą, by na stronę Kirgiełła przeciw Witoldowi króla skłoniła. Rozumieją to – 
mać ich zatracona! – że byle się Witolda pozbyli, będą mieli spokój. więc posły krzyżackie od 
rana do wieczora księżnie pokłony biją i każdą jej chęć zgadują. 
– Jagienka miłuje wielce stryja Maćka i pewnie za nim się wstawi – rzekł Zbyszko. 
– Jużci, że nie będzie inaczej! Ale chodźcie, panie, na zamek i powiedzcie jej, jak i co ma 
mówić. 
– Mieliśmy i tak na zamek z panem de Lorche iść – odrzekł Zbyszko – i po tom tu przyjechał. 
Trzeba nam tylko włosy utrefić i przyodziać się przystojnie. 
Po chwili zaś dodał: 
 
– Chciałem z żałości włosy obciąć, alem przepomniał. 
– To i lepiej! – rzekł Czech. 
158 
 
 

I wyszedł wołać służebnych pachołków, wróciwszy zaś 
z nimi, podczas gdy dwaj młodzi 
rycerze przyozdabiali się godnie na wieczorną ucztę do zamku, powiadał dalej, co się na królewskim 
i książęcym dworze dzieje. 
 
– Krzyżacy – mówił – jako mogą, pod kniaziem Witoldem kopią, bo póki on żyw i z ramienia 
królewskiego potężną krainą władnie, póty też, kopią jako krety! Podburzyli już na 
niego tutejszych księstwa oboje, a ponoć dokazali także, że nawet i książę Janusz teraz na 
niego krzyw z przyczyny Wizny... 
– A książę Janusz i księżna Anna też tu są? – zapytał 
Zbyszko. – Siła znajomych się znajdzie, 
bom przecie i w Płocku nie pierwszy raz. 
– Jakże – odrzekł giermek – są oboje, mają oni niemało spraw z Krzyżakami, które to 
krzywdy chcą mistrzowi przy królu do oczu wymówić. 
– A król co? za kim jest? Zali mu nie gniewno na Krzyżaków i mieczem nad nimi nie potrząsa? 
– Król Krzyżaków nie kocha i mówią, że z dawna już wojną 
grozi... A co do kniazia Witolda, 
to woli go król od rodzonego Skirgiełła, któren jest wicher i opój... I dlatego rycerze, 
którzy są przy majestacie, powiadają, że król się 
przeciw Witoldowi nie opowie i nie obiecnie 
Krzyżakom, że go nie będzie wspomagał. I to może być, bo od kilku dni księżna tutejsza, 
Aleksandra, bardzo wedle króla zabiega i jakaś frasobliwa chodzi. 
– Zawisza Czarny tu jest? 
– Nie masz go, ale i tym, którzy są, napatrzyć się nie można, i gdyby co do czego przyszło, 
hej, mocny Boże! polecą też wióry i paździerze z Niemców, polecą!... 
– Nie ja ich będężałował. 
W kilka pacierzy później przybrawszy się pięknie wyszli na zamek. Uczta wieczorna miała 
się odbyć tego dnia nie u samego księcia, lecz u starosty grodowego Andrzeja z Jasieńca, którego 
obszerne domostwo leżało w obrębie murów zamkowych przy Baszcie Większej. Z powodu 
przecudnej, aż nazbyt ciepłej nocy, starosta bojąc się, aby gościom nie było duszno w 
izbach, rozkazał zastawić stoły na podworcu, na którym spomiędzy kamiennych płyt wyrastały 
jarzęby i cisy. Płonące beczki smolne oświecały je jasnym żółtym płomieniem, ale jeszcze 
jaśniej oświecał księżyc, który błyszczał na bezchmurnym niebie wśród rojów gwiazd jak 
srebrna tarcza rycerska. Koronowani goście jeszcze nie nadeszli, ale roiło się już od miejscowego 
rycerstwa, od duchownych, od dworzan zarówno królewskich, jak i książęcych. Zbyszko 
znał ich wielu, zwłaszcza z dworu księcia Janusza, a z dawnych znajomych krakowskich 
ujrzał Krzona z Kozichgłów, Lisa z Targowiska, Marcina z Wrocimowic, Domarata z Kobylan 
i Staszka z Charbimowic, a wreszcie i Powałę z Taczewa, którego widok szczególniej go 
ucieszył, pamiętał bowiem, jakążyczliwość okazał mu swego czasu ów sławny rycerz w Krakowie. 
 
 
Nie mógł jednakże do żadnego z nich od razu dostąpić, albowiem miejscowi rycerze mazowieccy 
otaczali każdego z nich ciasnym kołem wypytując się o Kraków, o dwór, o zabawy, 
 
o różne przewagi bojowe, a zarazem przypatrując się ich świetnym szatom, ich trefieniu włosów, 
których cudne zwoje polepione były białkiem dla mocy, i biorąc z nich we wszystkim 
wzór dworności i obyczajów. 
Wszelako Powała z Taczewa dojrzał 
Zbyszka i rozsunąwszy Mazurów zbliżył się ku niemu. 
 
 
– Poznałem cię, młodzianku – rzekłściskając jego dłoń. – Jakoż się miewasz i skąd się tu 
znalazłeś? Dla Boga! widzę, że już pas i ostrogi nosisz. Inni do siwych włosów na to czekają, 
ale ty widać godnie św. Jerzemu służysz. 
– Szczęść wam Boże, szlachetny panie – odrzekł 
Zbyszko. – Gdybym najprzedniejszego 
Niemca z konia zwalił, nie tak bym się ucieszył jak z tego, że was we zdrowiu oglądam. 
– Jam też rad. A rodzic twój gdzie? 
– Nie rodzic, jeno stryj. W niewoli ci on u Krzyżaków i z wykupem za niego jadę. 
159 
 
 

– A oważ dzieweczka, która cię nałęczką nakryła? 
Zbyszko nie odrzekł nic, tylko podniósł w górę oczy, które załzawiły mu się w jednej 
chwili, co widząc pan z Taczewa rzekł: 
 
– Padół to jest łez... nic, jeno prawy padół! Ale chodźmy na ławę pod jarzęba, to mi opowiesz 
swoje rzewliwe przygody. 
I pociągnął 
go w kąt dziedzińca. Tam Zbyszko siadłszy obok niego począł mu opowiadać 
 
 
o niedoli Juranda, o pochwyceniu Danusi i o tym, jako jej szukał i jako mu zmarła po odbiciu. 
A Powała słuchał uważnie i na przemian to zdumienie, to gniew, to zgroza, to litość odbijały 
mu się na obliczu. Wreszcie, gdy Zbyszko skończył, rzekł: 
– Opowiem to królowi, panu naszemu! Ma on i tak upomnieć się u mistrza o małego Jaśka 
z Kretkowa i srogiej domagać się kary na tych, którzy go porwali. A porwali dlatego, że bogaty 
i chcą wykupu. Nic to u nich na dziecko rękę podnieść. 
Tu zamyślił się nieco, po czym mówił dalej jakby do siebie samego: 
 
– Nienasycone to plemię, gorsze od Turków i Tatarów. Bo oni w duszy i króla, i nas się 
boją, a jednak od grabieży i mordów nie mogą się powstrzymać. Napadają wsie, rzezają 
kmieciów, topią rybaków, chwytają dzieci jako wilcy. Cóż by to było, gdyby się nie bali!... 
Mistrz na króla listy do obcych dworów wysyła, a w oczy mu sięłasi, bo lepiej od innych 
naszą potęgę rozumie. Ale przebierze się w końcu miara! 
I znów na chwilę ucichł, a potem położył dłoń na ramieniu Zbyszka. 
 
– Powiem królowi – powtórzył – a w nim wre już z dawna gniew jak ukrop w garnku i tego 
bądź pewien, że kara okrutna nie minie sprawców twojej niedoli. 
– Z tych, panie, jużżaden nie żywie – odparł Zbyszko. 
A Powała spojrzał na niego z wielką przyjacielskążyczliwością: 
– Bogdajże cię! To widać 
swego nie darujesz. Jednemu Lichtensteinowi jeszcześ nie odpłacił, 
bo wiem, żeś nie mógł. Myśmy mu także w Krakowie ślubowali, ale z tym trzeba chyba 
wojny – którą daj Bóg – czekać, gdyż on bez pozwoleństwa mistrzowego stanąć nie może, 
a mistrzowi jego rozum potrzebny, dla którego ciągle go na różne dwory posyła, więc mu i 
niełatwo pozwoli. 
– Pierwszej muszę stryjca wykupić. 
– Tak... i wreszcie pytałem się o Lichtensteina. Nie ma go tu i nie będzie w Raciążku, gdyż 
wysłan jest do króla angielskiego po łuczników. A o stryja niech cię głowa nie boli. Gdy król 
albo tutejsza księżna słowo rzekną, to z okupem nie pozwoli mistrz kręcić. 
– Tym bardziej że mam jeńca znacznego, rycerza de Lorche, któren jest pan możny i między 
nimi sławny. Rad by on się pewnie wam, panie, pokłonić i znajomość z wami uczynić, bo 
nikt więcej nad niego nie uwielbia sławnych rycerzy. 
To rzekłszy skinął na pana de Lorche, któren stał w pobliżu, a ów rozpytawszy się już poprzednio, 
z kim Zbyszko rozmawia, zbliżył się skwapliwie, bo istotnie zapłonął chęcią poznania 
tak sławnego jak Powała rycerza. 
 
Więc gdy ich Zbyszko zaznajomił, skłonił się wytworny Geldryjczyk jak najukładniej i 
rzekł: 
 
– Jeden tylko byłby większy zaszczyt, panie, od uściśnięcia waszej dłoni, a to potykać się z 
wami w szrankach albo w bitwie. 
Na to uśmiechnął się potężny rycerz z Taczewa, gdyż przy drobnym i szczupłym panu de 
Lorche wyglądał jak góra, i rzekł: 
 
– A ja tam rad, że się spotkamy jeno przy pełnych konwiach i da Bóg, nie inaczej. 
De Lorche zaś zawahał się nieco, a potem ozwał się jakby z pewną nieśmiałością: 
– Gdybyście jednak, szlachetny panie, chcieli twierdzić, że panna Agnieszka z Długolasu 
nie jest najpiękniejszą i najcnotliwszą damą w świecie... Wielki byłby dla mnie honor... zaprzeczyć 
i... 
160 
 
 

Tu przerwał i począł patrzeć w oczy Powale z szacunkiem, ba! nawet z uwielbieniem, ale 
bystro i uważnie. 
 
Ale ów, czy dlatego, że wiedział, iż zgniótłby go w dwóch palcach jak orzech, czy dlatego 
że duszę miał niezmiernie dobrotliwą i wesołą, roześmiał się głośno i rzekł: 
 
– Ba, ja swego czasu ślubowałem księżnie burgundzkiej, ale ona wówczas miała z dziesięć 
roków więcej ode mnie; jeżelibyście więc, panie, chcieli twierdzić, że moja księżna nie jest 
starsza od waszej panny Agnieszki, to trzeba nam będzie zaraz na koń... 
Usłyszawszy to de Lorche popatrzał przez chwilę w zdumieniu na pana z Taczewa, po 
czym twarz poczęła mu drgać i wreszcie wybuchnął i on szczerym śmiechem. 
A Powała pochylił się, otoczył mu biodra ramieniem, nagle podniósł 
go z ziemi i począł 
kołysać 
go z takąłatwością, jakby pan de Lorche był niemowlęciem. 
 
– Pax! pax! – rzekł – jak mówi biskup Kropidło... Udaliście mi się, rycerzu, i prze Bóg, nie 
będziemy się potykali o żadne damy. 
Za czym uściskawszy go postawił na ziemi, gdyż właśnie przy wejściu na dziedziniec huk-
nęły nagle trąby – i wszedł książę Ziemowit Płocki z małżonką. 
 
– Tutejsi księstwo przed królem i przed księciem Januszem przybywają – rzekł do Zbyszka 
Powała – bo choć to uczta u starosty, ale zawsze w Płocku – oni gospodarze. Pójdź ze mną do 
pani, choć ją znasz jeszcze z Krakowa, gdzie się do króla za tobą przyczyniała. 
I wziąwszy go za rękę powiódł przez dziedziniec. Za księciem i za księżną szli dworzanie i 
dwórki, wszyscy z powodu obecności króla bardzo strojni i świetni, że aż cały dziedziniec 
zajaśniał od nich jak od kwiatów. Zbyszko zbliżając się z Powałą przepatrywał z dala twarze, 
czyli nie dojrzy między nimi znajomych, i nagle aż przystanął ze zdumienia. 
 
Bo oto tuż za księżną ujrzał rzeczywiście znajomą postać i znajomą twarz, ale tak poważną, 
tak piękną i tak pańską, iż pomyślał, że go chyba oczy mylą. 
 
– Jagienka-li to czyli może córka księstwa na Płocku? 
Ale to była Jagienka Zychówna ze Zgorzelic, gdyż w chwili gdy oczy ich spotkały się, 
uśmiechnęła się do niego zarazem przyjaźnie i litościwie, a potem przybladła nieco i nakrywszy 
oczy powiekami stała w złotej przepasce na ciemnych włosach i w niezmiernym blasku 
swej piękności, wysoka, smutna i cudna, nie tylko do księżniczki, ale do prawdziwej królewny 
podobna. 
 
161 
 
 

Rozdział 
trzydziesty pierwszy 
 
 
Zbyszko podjął panią na Płocku pod nogi i służby jej swoje ofiarował, ale ona nie poznała 
go w pierwszej chwili, gdyż nie widziała go od dawnego czasu. Aż dopiero, gdy jej powiedział, 
jako go wołają – rzekła: 
 
– Prawdziwie! A ja myślałam, że kto z dworu królewskiego. Zbyszko z Bogdańca! Jakże! 
Gościł tu u nas wasz stryjko, stary rycerz z Bogdańca, i pamiętam, jako i mnie, i moim dwórkom 
śluzy ciurkiem leciały, gdy nam o was prawił. A odnaleźliście waszą niewiastę? gdzie 
ona teraz? 
– Zmarła mi, miłościwa pani... 
– O miły Jezu! Nie mówcie, bo płakania nie strzymam. Jedno to pociecha, że pewnie w 
niebie, a wyście młodzi. Mocny Boże! mdłe to stworzenie – każda niewiasta. Ale w niebie za 
wszystko nagroda i tam ją znajdziecie. Zaś stary rycerz z Bogdańca jest tu z wami? 
– Nie masz go, bo w niewoli u Krzyżaków, z której jadę go wykupić. 
– To i jemu się nie poszczęściło. A zdawał się człek bystry i wszelaki obyczaj znajęcy. Ale 
jak go wykupicie, zajedźcie też do nas. Radzi was ugościm, bo szczerze powiadam, że jemu 
na rozumie, a wam na gładkości nie zbywa. 
– Uczynim tak, miłościwa pani, tym bardziej żem i teraz umyślnie tu przyjechał, aby waszą 
miłość o dobre słowo za nim prosić. 
– Dobrze. Przyjdźcie jutro przed wyjazdem na łowy, to będę miała czas... 
Dalsze jej słowa przerwał 
znowu huk trąb i kotłów oznajmujących przybycie księstwa Januszów 
Mazowieckich. Ponieważ Zbyszko z panią na Płocku stał tuż przy wejściu, więc 
księżna Anna Danuta spostrzegła go od razu i natychmiast zbliżyła się do niego nie zważając 
na pokłony gospodarza starosty. 
 
A w młodzianku rozdarło się na nowo serce na jej widok, więc klęknął przed nią i objąwszy 
rękoma jej kolana klęczał w milczeniu, ona zaś pochyliła się nad nim i ścisnąwszy mu 
dłońmi skronie roniła łzę po łzie na jego jasną głowę, zupełnie jak matka, która płacze nad 
nieszczęściem syna. 
 
I ku wielkiemu zdziwieniu dworzan i gości płakała tak długo powtarzając: „O Jezu, o Jezu 
miłosierny!” – po czym podniosła Zbyszka z klęczek i rzekła: 
 
– Płaczę po niej, po mojej Danuśce, i płaczę nad tobą. Bóg tak wszelako zrządził, że na nic 
były twoje trudy i na nic teraz nasze łzy. Ale ty mi praw o niej i jej śmierci, bo choćbym do 
północka słuchała, nigdy nie będzie mi tego dosyć. 
I wzięła go na stronę, tak jak poprzednio brał 
go pan z Taczewa. Ci z gości, którzy nie 
znali Zbyszka, poczęli dopytywać się o jego przygody i w ten sposób przez jakiś czas wszyscy 
rozmawiali tylko o nim, o Danusi i o Jurandzie. Dopytywali się także posłowie krzyżaccy, 
Frydrych von Wenden, komtur toruński, wysłany na spotkanie króla, i Jan von Schönfeld, 
komtur z Osterody. Ten ostatni, Niemiec, ale rodem ze Śląska, umiejąc dobrze po polsku z 
 
162 
 
 

łatwością dopytywał, o co chodzi, i wysłuchawszy opowieści z ust Jaśka z Zabierza, dworzanina 
księcia Janusza, rzekł: 
 
– Danveld i de Löwe byli samemu mistrzowi podejrzani – że zajmowali się czarną magią. 
Po czym pomiarkował wnet, że jednak opowiadanie podobnych rzeczy mogło rzucić na 
cały Zakon cień taki, jaki padł swego czasu na Templariuszów, i dodał szybko: 
 
– Tak przynajmniej bajczarze prawili, ale to nie była prawda, bo takich nie masz między 
nami. 
Lecz stojący w pobliżu pan z Taczewa odpowiedział: 
 
– Komu wadził chrzest Litwy, tego może mierzić i krzyż. 
– My krzyż na płaszczach nosim – odpowiedział z dumą Schönfeld. 
Na to zaś Powała: 
– A trzeba go nosić w sercach. 
Tymczasem zagrały trąby jeszcze rozgłośniej i nadszedł król, a z nim razem arcybiskup 
gnieźnieński, biskup krakowski, biskup płocki, kasztelan krakowski i kilku innych dygnitarzy 
i dworzan, między którymi był i Zyndram z Maszkowic, herbu Słońce, i młody kniaź Jamont, 
przyboczny pański. Król mało się zmienił 
od czasu, jak go Zbyszko nie widział. Na jagodach 
miał takie same mocne rumieńce, takie same długie włosy, które co chwila zakładał za uszy, i 
tak samo niespokojnie strzelający oczy. Zdawało się tylko Zbyszkowi, że więcej ma w sobie 
powagi i więcej majestatu, jak gdyby się już czuł pewniejszy na tym tronie, który po śmierci 
królowej chciał był zrazu opuścić nie wiedząc, czy się 
na nim osiedzi, i jak gdyby świadomszy 
teraz był swej niezmiernej potęgi i siły. Obaj książęta mazowieccy ustawili się zaraz 
przy bokach pana, od przodu bili powitalne pokłony Niemcy-posłowie, a naokół stanęli dygnitarze 
i przedniejsi dworscy. Mury okalające dziedziniec drżały od nieustających okrzyków, 
od odgłosu trąb i brzmienia kotłów. 
 
Gdy wreszcie nastała cisza, poseł krzyżacki von Wenden począł coś mówić o sprawach 
Zakonu, ale król, gdy po kilku słowach zmiarkował, do czego zmierza przedmowa, machnął 
niecierpliwie ręką i ozwał się swym grubym, donośnym głosem: 
 
– Milczałbyś! Na uciechę 
my tu przyszli – i jadło a napitek, nie twoje pergaminy, radzi 
obaczym. 
Lecz uśmiechnął się 
przy tym dobrotliwie nie chcąc, aby Krzyżak myślał, że mu gniewnie 
odpowiada, i dodał: 
 
– O sprawach będzie czas gadać z mistrzem w Raciążku. 
Potem do księcia Ziemowita: 
– A jutro do puszczy na łów – co? 
Pytanie to było zarazem oznajmieniem, że tego wieczoru nie chce o czym innym mówić, 
jeno o łowach, w których z całej duszy się kochał i dla których rad na Mazowsze przyjeżdżał, 
gdyż Mało– i Wielkopolska mniej były lesiste, a w niektórych ziemiach tak już zaludnione, że 
im zgoła brakło lasów. 
 
Więc poweselały oblicza, bo wiedziano, że król przy rozmowie o łowach bywa także i wesół, 
i niezmiernie łaskaw. Książę Ziemowit począł też zaraz opowiadać, dokąd pojadą i na 
jakiego zwierza będą 
polowali, a książę Janusz posłał jednego z dworzan, aby sprowadził z 
miasta jego dwóch „brońców”, którzy żubry wywodzili z ostępów za rogi i łamali kości 
niedźwiedziom, pragnął ich bowiem królowi pokazać. 
 
Zbyszko chciał bardzo pójść pokłonić się panu, ale nie mógł do niego dostąpić. Z dala tylko 
kniaź Jamont zapomniawszy widocznie o ostrej odpowiedzi, jaką swego czasu młody rycerz 
dał mu w Krakowie, kiwnął mu przyjaźnie głową dając zarazem znać na migi, aby się do 
niego przy sposobności zbliżył. Ale w tej chwili jakaś ręka dotknęła ramienia młodego rycerza 
i słodki, smutny głos ozwał się tuż przy nim: 
 
– Zbyszku... 
163 
 
 

Młodzian odwrócił się i ujrzał przed sobą Jagienkę. Zajęty poprzednio powitaniem księżny 
Ziemowitowej, a następnie rozmową z księżną Januszową, nie mógł dotychczas zbliżyć się do 
dziewczyny, więc ona sama korzystając z zamieszania, jakie wywołało przybycie króla, przyszła 
ku niemu. 
 
– Zbyszku – powtórzyła – niech cię pocieszy Bóg i Najświętsza Panna. 
– Bóg wam zapłać – odpowiedział rycerz. 
I spojrzał z wdzięcznością w jej modre oczy, które w tej chwili przesłoniła się jakby rosą. 
Po czym stali przed sobą 
w milczeniu, bo choć ona przyszła do niego jak dobra i smutna siostra, 
wydała mu się 
jednak w swej królewskiej postawie i w świetnych dworskich szatach tak 
inną od dawnej Jagienki, że w pierwszej chwili nie śmiał nawet mówić jej: ty, jak ongi w 
Zgorzelicach i w Bogdańcu. Ona zaś myślała, że po tych słowach, które wyrzekła, nie ma mu 
nic więcej do powiedzenia. 
 
I aż zakłopotanie odbiło się na ich twarzach. Ale w tej chwili rum uczynił się na dziedzińcu, 
albowiem król zasiadł do wieczerzy. Do Zbyszka zbliżyła się znów księżna Januszowa i 
rzekła: 
 
– Żałośliwa to będzie dla nas obojga uczta, ale mi służ, jakoś dawniej sługiwał. 
Więc młody rycerz musiał odejść od Jagienki i gdy goście zasiedli, stanął przy ławce za 
plecami księżny, aby zmieniać miski i nalewać jej wody i wina. Służąc, mimo woli spoglądał 
kiedy niekiedy na Jagienkę, która będąc dwórką księżny na Płocku, siedziała tuż obok niej – i 
również mimo woli musiał podziwiać jej urodę, Jagienka od tych kilku lat urosła znacznie, ale 
zmienił ją jednak nie tyle wzrost, ile powaga, której nie miała przedtem ani śladu. Dawniej, 
gdy w kożuszku i z liśćmi w roztarganych włosach ganiała na koniu po borach i lasach, można 
ją było poczytać bogdaj za urodziwą chłopiankę, teraz na pierwszy rzut oka widać w niej 
było dziewkę znacznego rodu i wielkiej krwi – taki rozlewał się 
w jej twarzy spokój. Zbyszko 
zauważył też, że znikła jej dawna wesołość, ale temu mniej się dziwił, wiedział bowiem o 
śmierci Zycha. Dziwiła go natomiast najwięcej ta jakowaś jej godność, i z początku zdawało 
mu się, że to strój daje jej takie pozory. Więc spoglądał 
kolejno to na złotą przepaskę, która 
obejmowała jej białe jak śnieg czoło i ciemne włosy spadające w dwóch warkoczach na plecy, 
to na niebieską, obcisłą, a obramowaną purpurowym szlakiem szatę, pod którą rysowała się 
wyraźnie jej strzelista postać i dziewicza pierś 
– i mówił sobie: „Iście prawa księżniczka!” 
Ale potem uznał, że to nie tylko ubiór jest przyczyną odmiany i że choćby teraz wzięła na 
siebie prosty kożuch, to już by nie potrafił jej tak lekko brać i tak być z niąśmiałym jak dawniej. 
 
 
Zauważył następnie, że rozmaici młodzi, a nawet starsi rycerze wpatrują się w nią pilnie i 
łakomie, a raz, gdy zmieniał przed księżną misę, spostrzegł zapatrzoną i jakby wniebowziętą 
twarz pana de Lorche i na ten widok uczuł na niego gniew w duszy. Nie uszedł geldryjski 
rycerz baczności i księżny Januszowej, która, poznawszy go nagle, rzekła: 
 
– Widzisz: de Lorche! Pewnikiem znów się w kim kocha, bo całkiem olśnął. 
Za czym pochyliła się nieco nad stołem i spojrzawszy w bok ku Jagience rzekła: 
– Wiera, że gasną inne świeczki przy tej pochodni. 
Zbyszka ciągnęło jednak do Jagienki, gdyż wydała mu się jakby kochająca i kochana 
krewna, i czuł, że lepszej spólniczki do smutku i większej litości w niczyim sercu nie znajdzie, 
ale tego wieczora nie mógł do niej więcej przemówić, a to dlatego, że był zajęty służbą, 
a po wtóre, że przez cały czas uczty gądkowie śpiewali pieśni albo trąby czyniły tak hałaśliwą 
muzykę, że ci nawet, którzy koło siebie siedzieli, zaledwie mogli się dosłyszeć. Obie też 
księżne, a z nimi niewiasty, wstały wcześniej od stołów, od króla, książąt i rycerzy, którzy 
mieli zwyczaj do późna w noc zabawiać się kielichami. Jagience, która niosła poduszkę do 
siedzenia dla księżny, nijako się było zatrzymać, więc odeszła także, tylko na odchodnym 
uśmiechnęła się znów Zbyszkowi i skinęła mu głową. 
 
164 
 
 

Późno dopiero przed dniem młody rycerz, pan de Lorche i dwaj ich giermkowie wracali do 
gospody. Czas jakiś szli pogrążeni w myślach, ale gdy już byli niedaleko domu, de Lorche 
począł coś mówić 
do swego giermka, Pomorzanina, umiejącego dobrze po polsku, a ten 
zwrócił się następnie do Zbyszka: 
 
– Pan mój chciałby o coś waszą miłość zapytać. 
– Dobrze – odpowiedział Zbyszko. 
Wówczas tamci znów pogadali chwilę z sobą, po czym Pomorzanin uśmiechając się nieco 
pod wąsem rzekł: 
 
– Pan mój chciałby spytać: czy to jest pewna, że ta panna, z którą wasza miłość rozmawiała 
przed ucztą, jest śmiertelna, czyli też to jest właśnie anioł albo święta? 
– Powiedz twemu panu – odpowiedział z pewną niecierpliwością Zbyszko – że już mnie 
drzewiej tak samo pytał i że aż mi cudnie tego słuchać. Bo jakże: w Spychowie mówił mi, że 
się na dwór księcia Witoldowy dla urody Litwinek wybiera, potem skroś tejże przyczyny 
chciał jechać do Płocka, w Płocku dziś chciał rycerza z Taczewa dla Agnieszki z Długolasu 
pozywać, a teraz znów w inną godzi. Zali taka to u niego stateczna i taka rycerska wiara? 
Pan de Lorche wysłuchał 
tej odpowiedzi z ust swego Pomorczyka, westchnął 
głęboko, 
popatrzył chwilę w blednące nocne niebo i tak na zarzuty Zbyszkowe odpowiedział: 
 
– Słusznie mówisz. Ni statku, ni wiary! bom jest człek grzeszny i niegodny ostróg rycerskich 
nosić. Co do panny Agnieszki z Długolasu – prawda, ślubowałem jej i Bóg da, że wytrwam, 
ale uważ, jak cię wzruszę, gdy ci opowiem, jak okrutnie ze mną w czerskim zamku 
postąpiła. 
Tu znów westchnął, znów spojrzał w niebo, na którego wschodzie czyniła się coraz jaśniejsza 
smuga, i poczekawszy, dopóki Pomorzanin nie przetłumaczył jego słów, tak dalej po 
chwili mówił: 
 
– Powiedziała mi, że wrogiem jej jest pewien czarnoksiężnik w wieży wśród lasów mieszkający, 
który corocznie smoka przeciw niej wysyła, a ów podchodzi każdej wiosny pod mury 
czerskie i patrzy, czyby jej pochwycić nie zdołał. Co gdy rzekła, wraz oświadczyłem, że będę 
walczył ze smokiem. Ach! uważ, co dalej opowiem: gdym stanął na wskazanym miejscu, 
ujrzałem okropną potworę czekającą mnie nieruchomie i radość zalała mi duszę, bom myślał, 
że albo polegnę, albo dziewicę z plugawej paszczy ocalę i nieśmiertelną sławę pozyskam. Ale 
gdym natarł z bliska kopią w poczwarę, cóżem, jak mniemasz, ujrzał? Oto wielki wór słomy 
na drewnianych kołkach, z ogonem z powróseł! I śmiech ludzki, nie sławę, zyskałem, i aż 
dwóch mazowieckich rycerzy musiałem potem pozwać, od których obu ciężki szwank w 
szrankach poniosłem. Tak postąpiła ze mną ta, którąm nad wszystkie uwielbił i jedną jedyną 
kochać chciałem... 
Pomorzanin tłumacząc słowa rycerza wypychał językiem od środka policzki i chwilami 
przygryzał 
go, aby nie parsknąć, a i Zbyszko w innych czasach byłby się roześmiał z pewnością, 
ale że boleść i niedola wyszlamowały w nim do cna wesołość, więc odrzekł poważnie: 
 
– Może z pustoty to jeno uczyniła, nie ze złości. 
– Toteż jej przebaczyłem – odpowiedział de Lorche – a najlepszy dowód masz w tym, żem 
się z rycerzem z Taczewa chciał o jej piękność i cnotę potykać. 
– Nie czyń tego – rzekł jeszcze poważniej Zbyszko. 
– Ja wiem, że to śmierć, ale wolej mi polec niż w ciągłym smutku i strapieniu... 
– Panu Powale już takie rzeczy nie w głowie. Pójdź lepiej jutro ze mną do niego i zawrzyj 
z nim przyjaźń. 
– Tak i postąpię, bo mnie do serca przycisnął, ale on jutro na łowy z królem jedzie. 
– To pójdziem z rana. Król miłuje łowy, atoli i wywczasem nie gardzi, a dziś do późna biesiadował. 
I tak uczynili, ale na próżno, gdyż 
Czech, który jeszcze przed nimi na zamek pośpieszył, 
aby się widzieć z Jagienką, oznajmił im, że Powała spał nie u siebie tej nocy, jeno na poko
 
 
165 
 
 

jach królewskich. Opłacił im się wszelako zawód, bo spotkał ich książę Janusz i kazał im się 
do swego orszaku przyłączyć, przez co mogli wziąć udział w łowach. Jadąc ku puszczy znalazł 
też Zbyszko sposobność rozmówienia się 
z kniaziem Jamontem, który powiedział mu 
dobrą nowinę. 
 
– Rozbierając króla do łoża – rzekł – przypomniałem mu ciebie i twoją krakowską przygodę. 
A że był przy tym rycerz Powała, więc zaraz przydał, że ci stryjca Krzyżaki chyciły i prosił 
króla, aby się 
o niego upomniał. Król, który okrutnie jest na nich za porwanie małego Jaśka 
z Kretkowa i za inne napaści zagniewan, rozsierdził się jeszcze więcej: „Nie z dobrym 
słowem – powiada – by do nich, ale z dzidą! z dzidą!, z dzidą!” A Powała umyślnie drew na 
ów ogień dorzucał, Rano też, gdy posłowie krzyżaccy czekali przy bramie, ani ci na nich król 
spojrzał, chociaż się do ziemi kłaniali. Hej, nie wydobędą oni z tego teraz obietnicy, iże nie 
będzie kniazia Witolda wspomagał 
– i nie będą wiedzieli, co począć. Ale ty bądź pewien, że o 
twego stryjca nie zaniecha król samego mistrza przycisnąć. 
I tak pocieszył jego duszę kniazik Jamont, a jeszcze bardziej pocieszyła ją Jagienka, która 
towarzysząc księżnie Ziemowitowej do puszczy postarała się o to, aby z powrotem jechać 
obok Zbyszka. Podczas łowów bywała wielka swoboda, wracano przeto zwykle parami, a że 
nie chodziło o to żadnej parze, by być zbyt blisko drugiej, więc można się było rozmówić 
swobodnie. Jagienka dowiedziała się już poprzednio o Maćkowej niewoli od Czecha i nie 
straciła czasu. Na jej prośbę dała księżna list do mistrza, a prócz tego wymogła, że nadmienił 
 
 
o tym i komtur toruński von Wenden w piśmie, w którym zdawał sprawę z tego, co w Płocku 
się dzieje. Chwalił się on sam przed księżną, iż dopisał, że: „chcąc króla udobruchać nie można 
mu w tej sprawie czynić trudności”. A mistrzowi chodziło wielce w tej chwili o to, aby jak 
najbardziej potężnego władcę udobruchać i z całkowitym bezpieczeństwem obrócić wszystkie 
siły na Witolda, z którym Zakon istotnie nie umiał sobie dotychczas dać rady. 
– I tak, com mogła, tom wskórała bacząc, aby zaś nie było mitręgi – kończyła Jagienka – a 
że król, nie chcąc siostrze w wielkich sprawach ustąpić, będzie się pewnie starał wygodzić jej 
choć w mniejszych, przeto mam jako najlepszą nadzieję. 
– Żeby nie z tak zdradliwymi ludźmi sprawa – odpowiedział 
Zbyszko – to bym po prostu 
odwiózł okup i na tym ty się skończyło, z nimi wszelako może się przygodzić, jako się Tolimie 
przygodziło, że i pieniądze zagrabią, i temu, co je przywiózł, nie przepuszczą, jeśli za 
nim jakowaś potęga nie stoi. 
– Rozumiem – odrzekła Jagienka. 
– Wy teraz wszystko rozumiecie – zauważył 
Zbyszko – i pókim żyw, wdzięczen wam będę. 
A ona podniósłszy na niego swe smutne i dobre oczy zapytała: 
 
– Czemu zaś nie mówisz mi: ty, jako znajomce od małego. 
– Nie wiem – odpowiedział szczerze. – Coś mi niełacno... i wyście już nie ten dawny 
skrzat, jakoście bywali, jeno... niby... coś całkiem... 
I nie umiał znaleźć porównania, ale ona przerwała mu wysiłek i rzekła: 
 
– Bo mi kilka roków przybyło... A Niemce i mnie rodzica na Śląsku zabiły. 
– Prawda! – odrzekł Zbyszko. – Daj mu Boże światłość wiekuistą. 
Czas jakiś jechali cicho obok siebie, zamyśleni i jakby zasłuchani w nieszporny szum sosen, 
po czym ona spytała znowu: 
 
– A po wykupie Maćka ostaniecie w tych stronach? 
Zbyszko spojrzał na nią jakby ze zdziwieniem, gdyż dotąd oddany był tak wyłącznie żalowi 
i smutkom, że ani do głowy nie przyszło mu pomyśleć o tym, co będzie później. Więc 
podniósł 
oczy w górę, jakby się namyślając, a po chwili odrzekł: 
 
– Nie wiem! Chryste miłosierny! skądże mam wiedzieć? To jeno wiem, że gdzie powędruję, 
tam i dola moja pójdzie za mną. Hej! ciężka dola!... Stryja wykupię, a potem chyba do 
Witolda pójdę, ślubów przeciw Krzyżakom dopełnić – i może zginę. 
166 
 
 

A na to zamgliły się 
oczy dziewczyny i pochyliwszy się nieco ku młodziankowi zaczęła 
mówić z cicha, jakby z prośbą: 
 
– Nie giń! nie giń! 
I znów przestali rozmawiać, aż dopiero pod samymi murami miasta Zbyszko otrząsnął się 
z myśli, które go gryzły, i rzekł: 
 
– A wy... a ty – ostaniesz tu przy dworze? 
– Nie – odpowiedziała. – Cni mi się bez braci i bez Zgorzelic. Cztan i Wilk musieli się tam 
już pożenić, a chociażby i nie, to się już ich nie boję. 
– Da Bóg, że cię stryj Maćko do Zgorzelic odwiezie. Taki on ci przyjaciel, że we wszystkim 
możesz się na niego zdać. Ale i ty o nim pamiętaj... 
– Święcie ci to przyrzekam, że mu będę jako rodzone dziecko... 
I po tych słowach rozpłakała się na dobre, bo w sercu uczyniło się jej ogromnie smutno. 

 
Nazajutrz dzień Powała z Taczewa przyszedł do gospody Zbyszka i rzekł mu: 
 
– Po Bożym Ciele król zaraz do Raciąża wyjeżdża na spotkanie z wielkim mistrzem, a tyś 
jest do rycerzy królewskich zaliczon i razem z nami ruszysz. 
A Zbyszko aż się spłonił z uciechy po tych słowach – nie tylko bowiem ubezpieczało go to 
zaliczenie do rycerzy królewskich od zdrad i podstępów krzyżackich, ale okrywało go chwałą 
niezmierną. Należał przecie do tych rycerzy i Zawisza Czarny, i bracia jego: Farurej i Kruczek, 
i sam Powała, i Krzon z Kozichgłów, i Stach z Charbimowic, i Paszko Złodziej z Biskupic, 
i Lis z Targowiska – i wielu innych strasznych, najsławniejszych, o których wiedziano 
w kraju i za granicą. Niewielki ich zastęp wziął król Jagiełło z sobą, bo niektórzy w domu 
zostali, a inni szukali przygód w zamorskich, odległych krajach, ale to wiedział, że i z tymi 
mógł nie lękając się zdrady krzyżackiej choćby do Malborga jechać, gdyż w razie czego mury 
pokruszyliby potężnymi ramiony i wysiekli mu drogę wśród Niemców. Mogło też zapłonąć 
dumą młode Zbyszkowe serce na myśl, że takich będzie miało towarzyszów. 
 
Więc Zbyszko w pierwszej chwili zapomniał nawet o swoim żalu – i ściskając ręce Powały 
z Taczewa mówił do niego z radością: 
 
– Wam to, nie komu, winienem, panie, wam! wam! 
– Mnie w części – odrzekł Powała – w części tutejszej księżnie, ale najbardziej panu naszemu 
miłościwemu, którego idź zaraz podjąć pod nogi, by cię zaś o niewdzięczność nie posądził. 
– Jakom dla niego zginąć 
gotów, tak mi dopomóż Bóg! – zawołał Zbyszko. 
167 
 
 

Rozdział 
trzydziesty drugi 
 
 
Zjazd na wyspie wiślanej w Raciążu, na który król udał się koło Bożego Ciała, odbywał się 
pod złą wróżbą i nie doprowadził do takiej zgody i załatwienia różnych spraw jak te, które w 
tym samym miejscu odbyły się 
we dwa lata później i na których odzyskał król zastawioną 
zdradliwie przez Opolczyka Krzyżakom ziemię dobrzyńską 
wraz z Dobrzyniem i Bobrownikami. 
Jagiełło przybył rozdrażnion wielce obmową, jakiej dopuszczali się względem niego 
Krzyżacy po dworach zachodnich i w samym Rzymie, a zarazem zgniewany nieuczciwością 
Zakonu. Mistrz nie chciał układów o Dobrzyń prowadzić, czynił zaś to umyślnie – i zarówno 
on sam, jak inni dygnitarze zakonni powtarzali codziennie Polakom: „Wojny ni z wami, ni z 
Litwą 
nie chcemy, ale Żmujdź nasza, bo sam Witold nam ją oddał. Obiecnijcie, iże nie będziecie 
mu pomagali, to wojna z nim prędzej się skończy, a wówczas pora będzie gadać o 
Dobrzyniu, i siła wam ustępstw poczynimy.” Ale rajcy królewscy mając bystry, doświadczony 
rozum i znając kłamstwo krzyżackie nie dawali się zdurzyć: „Gdy w potęgę wzrośniecie, 
zuchwałości wam jeszcze przybędzie – odpowiadali mistrzowi. – Mówicie, że nic wam do 
Litwy, a Skirgiełłę 
chcecie na stolcu w Wilnie posadzić. Ależ na miły Bóg! wżdy to Jagiełłowe 
dziedzictwo, który jeden, kogo chce, księciem na Litwie stanowi – przeto się hamujcie, 
aby was nie pokarał nasz wielki król!” Na co mistrz mówił, że jeśli król jest prawdziwym 
panem Litwy, niechże nakaże Witoldowi, by wojny zaniechał i Zakonowi Żmujdź wrócił – 
gdyż inaczej Zakon musi uderzyć w Witolda tam, gdzie go dosięgnąć i zranić może. I w ten 
sposób spory wlokły się 
od rana do wieczora jakoby błędną drogą idącą w kółko. Król nie 
chcąc się do niczego zobowiązać niecierpliwił się coraz bardziej i mówił mistrzowi, że gdyby 
Żmujdź była pod krzyżacką ręką szczęśliwa, nie poruszyłby się 
Witold i jednym palcem, bo 
nie znalazłby ni pozoru, nie przyczyny. Mistrz, który był człowiekiem spokojnym i lepiej od 
innych braci zdawał sobie sprawę z potęgi Jagiełłowej, starał się króla ułagodzić i nie zważając 
na szemranie niektórych zapalczywych i dumnych komturów nie szczędził pochlebnych 
słów, a chwilami uderzał i w pokorę. Ale że nawet w tej pokorze nieraz odzywały się ukryte 
pogróżki, przeto nie wiodło to do niczego. Układy o rzeczy ważne rozchwiały się prędko i 
drugiego już dnia poczęto mówić 
tylko o sprawach pomniejszych. Natarł król ostro na Zakon 
 
o utrzymywanie kup łotrów, o napaści i grabieże nad granicą, o porwanie Jurandówny i małego 
Jaśka z Kretkowa, o mordowanie kmieciów i rybaków. Mistrz wypierał się, wykręcał, 
przysięgał, że to było bez jego wiedzy, i wzajem wyrzuty czynił, że nie tylko Witold, ale i 
rycerze polscy pomagali pogańskim Żmujdzinom przeciw Krzyżowi – na dowód czego przytoczył 
Maćka z Bogdańca. Szczęściem, wiedział już król przez Powałę, czego rycerze z Bogdańca 
szukali na Żmujdzi – i umiał na zarzut odpowiedzieć, tym łatwiej że w orszaku jego był 
Zbyszko, a w mistrzowym obaj von Badenowie, którzy przybyli w tej nadziei, że zdarzy im 
się może z Polakami w szrankach potykać. 
Ale nie było i tego. Chcieli Krzyżacy, w razie gdyby im gładko poszło, zaprosić wielkiego 
króla do Torunia i tam przez kilka dni wyprawiać na jego cześć uczty i igrzyska, ale wobec 
 
168 
 
 

nieudałych układów, które zrodziły w obopólną niechęć i gniew, brakło do zabaw ochoty. Na 
boku tylko w porannych godzinach między sobą popisywali się nieco wzajem rycerze siłą i 
zręcznością, lecz jak mówił wesoły kniaź Jamont, poszło i to pod włos Krzyżakom, gdyż Powała 
z Taczewa okazał się tęższym na rękę od Arnolda von Baden, Dobek z Oleśnicy kopią, a 
Lis z Targowiska skakaniem przez konie wszystkich przewyższył. Przy tej sposobności porozumiewał 
się Zbyszko z Arnoldem von Baden o okup. De Lorche, który jako grabia i pan 
wielkiego znaczenia patrzył na Arnolda z góry, sprzeciwił się temu twierdząc, iż sam wszystko 
na siebie bierze. Zbyszko jednak mniemał, że cześć rycerska nakazuje mu zapłacić tę ilość 
grzywien, do której się zobowiązał, i dlatego chociaż sam Arnold chciał spuścić z ceny, nie 
przyjął ani tego ustępstwa, ani pośrednictwa pana de Lorche. 
 
Arnold von Baden był człowiekiem dość prostym, którego największą zaletę stanowiła olbrzymia 
siła ramienia, dość głupowatym, nieco na pieniądze łakomym, ale prawie uczciwym. 
Nie było w nim chytrości krzyżackiej i dlatego nie ukrywał 
przed Zbyszkiem, z jakiej przyczyny 
nie chce spuścić z umówionej ceny: „Do układów – mówił – między wielkim królem a 
mistrzem nie przyjdzie, ale przyjdzie do wymiany jeńców – a w takim razie będziesz mógł 
stryja darmo odebrać. Ja wolę wziąć coś niż nic, gdyż mieszek u mnie zawsze próżny i nieraz 
ledwie na trzy garnce piwa dziennie wstrzyma, zaś bez pięciu lub sześciu krzywda mi!” Lecz 
Zbyszko gniewał się na niego za takie słowa: „Płacę, bom dał rycerskie słowo, a taniej nie 
chcę, abyś wiedział, żeśmy tyle warci.” Na to ściskał 
go Arnold, a rycerze i polscy, i krzyżaccy 
chwalili go mówiąc: „Słuszna, iże w tak młodych latach pas i ostrogi nosi, bo się do czci i 
godności poczuwa.” 
 
Tymczasem król z mistrzem ułożyli się 
istotnie o wymianę jeńców, przy czym ukazały się 
dziwne rzeczy, o których biskupi i dygnitarze Królestwa pisali później listy do papieża i różnych 
dworów: oto w rękach polskich sporo było wprawdzie jeńców, ale byli to mężowie dorośli, 
w sile wieku, wzięci zbrojną ręką w nadgranicznych bitwach i potyczkach. Tymczasem 
w rękach krzyżackich znajdowała się większość niewiast i dzieci pojmanych wśród nocnych 
napadów dla okupu. Sam papież w Rzymie zwrócił na to swoją uwagę i pomimo całej przebiegłości 
Jana von Felde, prokuratora krzyżackiego w stolicy apostolskiej, głośno wyrażał 
swój gniew i oburzenie na Zakon. 
 
Co do Maćka, były trudności. Nie czynił ich mistrz naprawdę, ale tylko pozornie, aby każdemu 
ustępstwu przydać wagi. Twierdził więc, że rycerz chrześcijanin, który wojował razem 
ze Żmujdzinami przeciw Zakonowi, powinien być po sprawiedliwości skazan na śmierć. 
Próżno rajcy królewscy przytaczali na nowo wszystko, co im było wiadomym o Jurandzie i 
jego córce oraz o straszliwych krzywdach, jakich się względem tych dwojga i względem rycerzy 
z Bogdańca dopuścili słudzy Zakonu. Mistrz w odpowiedzi przytoczył dziwnym trafem te 
same prawie słowa, które powiedziała w swoim czasie księżna Aleksandra Ziemowitowa do 
starego rycerza z Bogdańca: 
 
– Za baranków się podajecie, a naszych za wilków. Tymczasem z tych czterech wilków, 
którzy w porwaniu Jurandówny wzięli udział, ani jeden nie żywie, a barankowie chodzą przezpiecznie 
po świecie. 
I była to prawda, wszelako na tę prawdę odpowiedział obecny przy obradach pan z Taczewa 
następującym pytaniem: 
 
– Tak, ale czy zabito którego zdradą? I zali ci, którzy polegli, nie polegli wszyscy z mieczami 
w ręku? 
Mistrz nie miał co na to odrzec, a gdy spostrzegł przy tym, że król poczyna marszczyć się i 
błyskać oczyma, ustąpił nie chcąc doprowadzać groźnego władcy do wybuchu. Uradzono 
potem, że każda strona wyśle posłów po odbiór jeńców. Ze strony polskiej mianowani zostali 
w tym celu Zyndram z Maszkowic, który pragnął się potędze krzyżackiej z bliska przypatrzeć, 
i rycerz Powała, a z nimi razem Zbyszko z Bogdańca. 
 
169 
 
 

Zbyszkowi usługę tę oddał kniaź Jamont. Przyczynił się za nim do króla w tej myśli, że 
młodzian i zobaczy prędzej stryjca, i tym pewniej go odwiezie, gdy pojedzie po niego jako 
poseł 
królewski. A król nie odmówił prośbie kniazika, który z powodu swej wesołości, dobroci 
i cudnego oblicza był i jego, i całego dworu ulubieńcem, a przy tym nigdy o nic dla siebie 
nie prosił. Zbyszko dziękował mu też z całej duszy, gdyż teraz był już zupełnie pewien, że 
Maćka z rąk krzyżackich wydostanie. 
 
– Tobie niejeden zajrzy – mówił mu – że przy majestacie zostajesz, ale to sprawiedliwie 
tak jest, bo jeno na dobro ludzkie swojej podufałości z królem używasz i lepszego nad cię 
serca nikt chyba nie ma. 
– Przy majestacie dobrze – odrzekł bojarzynek – ale ja bym jeszcze wolał w pole ku Krzyżakom 
i tego tobie zajrzę, żeś w nich już bijał. 
Po chwili zaś dodał: 
 
– Komtur toruński von Wenden przyjechał wczoraj, a dziś wieczór pojedziecie do niego na 
noc z mistrzem i z mistrzowskim orszakiem. 
– A potem do Malborga. 
– A potem do Malborga. 
Tu kniaź Jamont począł sięśmiać: 
– Niedaleka to będzie droga, ale kwaśna, bo nic od króla nie potrafili Niemce uzyskać, a z 
Witoldem nie będą mieli też uciechy. Zebrał ci on pono całą potęgę litewską i na Żmujdź 
idzie. 
– Jeśli go król wspomoże, to będzie wielka wojna. 
– Proszą o to Pana Boga wszyscy nasi rycerze. Ale choćby król z żalu nad krwią krześcijańską 
wielkiej wojny nie uczynił, wspomoże Witolda zbożem i pieniędzmi, a nie bez tego 
także, aby coś polskich rycerzy na ochotnika do niego nie poszło. 
– Jako żywo – odpowiedział 
Zbyszko. – A może za to sam Zakon wypowie królowi wojnę? 
– Ej, nie! – odpowiedział kniaź – póki dzisiaj mistrz żywie, nie będzie tego. 
I miał słuszność. Zbyszko znał już mistrza dawniej, ale teraz, po drodze do Malborga, będąc 
razem z Zyndramem z Maszkowic i z Powałą prawie ciągle przy jego boku, mógł mu się 
lepiej przypatrzyć i lepiej go przeznać. Owóż ta podróż utwierdziła go tylko w przekonaniu, 
że wielki mistrz Konrad von Jungingen nie był złym i zepsutym człowiekiem. Musiał on często 
postępować w sposób nieprawy, gdyż cały Zakon krzyżacki stał na nieprawości. Musiał 
czynić krzywdy, bo cały Zakon zbudowany był na ludzkiej krzywdzie. Musiał kłamać, bo 
kłamstwo odziedziczył 
razem z oznakami mistrzostwa, a od wczesnych lat przywykł uważać 
je tylko za polityczną przebiegłość. Ale nie był okrutnikiem, bał się sądu Bożego i ile mógł, 
hamował pychę i zuchwałość tych dygnitarzy zakonnych, którzy pchali umyślnie do wojny z 
potęgą Jagiełłową. Był jednakże człowiekiem słabym. Zakon tak dalece przywykł od całych 
wieków czyhać na cudze, grabić, zabierać siłą lub podstępem przyległe ziemie, że Konrad nie 
tylko nie umiał powściągnąć tego drapieżnego głodu, ale mimo woli, siłą nabytego pędu sam 
poddawał mu się i usiłował go zaspokoić. Dalekie też były już czasy Winrycha von Kniprode, 
czasy żelaznej karności, którą Zakon wprawiał w podziwienie świat cały. Już za poprzedniego 
przed Jungingenem mistrza, Konrada Wallenroda Zakon upoił się własną, coraz wzrastającą 
potęgą, której nie zdołały osłabić chwilowe klęski, odurzył się sławą, powodzeniem, krwią 
ludzką, tak że rozluźniły się karby, które trzymały go w sile i jedności. Mistrz przestrzegał, ile 
mógł, prawa i sprawiedliwości, ile mógł, łagodził osobiście żelazną rękę Zakonu ciążącą na 
chłopach, mieszczanach, a nawet na duchowieństwie i szlachcie siedzącej na prawie lennych 
w ziemiach krzyżackich, więc w pobliżu Malborga ten i ów kmieć albo mieszczanin mógł się 
pochwalić nie tylko dostatkiem, lecz i bogactwem. Ale w dalszych ziemiach samowola, srogość 
i rozpasanie komturów deptały prawa, szerzyły ucisk i zdzierstwa, wyciskały z pomocą 
nakładanych na własną rękę 
podatków albo i bez wszelkiego pozoru ostatni grosz, wyciskały 
 
170 
 
 

łzy, często krew, tak że w całych obszernych krainach jeden był jęk, jedna nędza i jedna skarga. 
Jeśli nawet dobro Zakonu nakazywało, jak chwilami na Żmujdzi, większąłagodność – i 
takie nakazy szły wniwecz wobec niesforności komturów i przyrodzonego im okrucieństwa. 
Czuł się więc Konrad von Jungingen niby woźnicą, który rozhukanymi powodując końmi 
wypuścił lejce z rąk i zdawał wóz na wolę losu. Często też opanowywały jego duszę złe przeczucia, 
często przychodziły mu na myśl prorocze słowa: „Postanowiłem ich pszczołami pożyteczności 
i utwierdziłem na progu ziem chrześcijańskich, ale oto powstali przeciw mnie. Bo 
nie dbają o duszę i nie litują się ciał 
tego ludu, który z błędu nawrócił się ku wierze katolickiej 
i ku mnie. I uczynili z niego niewolników i nie nauczając go przykazań Bożych, i odejmując 
mu Sakramenta święte, na większe jeszcze piekielne męki go skazują, niż gdyby był w 
pogaństwie pozostał. A wojny toczą ku rozpostarciu swej chciwości. Przeto przyjdzie czas, 
iże wyłamane im będą zęby i będzie ucięta im ręka prawa, a prawa noga im ochromieje, aby 
uznali grzechy swoje.” 
 
Mistrz wiedział, że owe wyrzuty, które tajemniczy Głos uczynił Krzyżakom w objawieniu 
świętej Brygidy, były słuszne. Rozumiał, że gmach zbudowany na cudzej ziemi i cudzej 
krzywdzie, wsparty na kłamstwie, podstępie, srogości, nie może się długo ostać. Bał się, że 
podmywany od lat całych krwią i złami, runie od jednego uderzenia potężnej ręki polskiej; 
przeczuwał, że wóz, który ciągną rozhukane konie, musi skończyć w przepaści, więc starał 
się, aby przynajmniej godzina sądu, gniewu, klęski i nędzy przyszła jak najpóźniej. Z tej 
przyczyny, pomimo swej słabości, w jednym tylko stawiał niezłomny opór swym dumnym i 
zuchwałym racjom: oto nie dopuszczał do walki z Polską. Próżno zarzucano mu bojaźń i niedołęstwo, 
próżno pograniczni komturowie parli wszelkimi siłami do wojny. On, gdy ogień 
miał już, już wybuchnąć, cofał się zawsze w ostatniej chwili, a potem Bogu czynił dzięki w 
Malborgu, że mu się udało miecz podniesiony nad głową Zakonu zatrzymać. 
 
Ale wiedział, że do tego przyjść musi. Więc owo przeświadczenie, że Zakon stoi nie na 
prawie Bożym, ale na nieprawości i kłamstwie, i owo przeczucie bliskiego dnia zaguby czyniło 
go jednym z najbardziej nieszczęsnych ludzi w świecie. Byłby niechybnie dałżycie i 
krew, gdyby mogło być inaczej i gdyby czas był jeszcze zawrócić na prawą drogę, ale sam 
czuł, że już nie czas! Zawrócić – to by znaczyło oddać prawym posiadaczom całe ziemie żyzne, 
bogate i pochwycone przez Zakon od Bóg wie jak dawna, a z nimi razem mnóstwo miast 
tak bogatych jak Gdańsk. I nie dość! To znaczyło wyrzec sięŻmujdzi, wyrzec się zamachów 
na Litwę, włożyć miecze do pochew, wreszcie całkiem wynieść się z tych krain, w których 
Zakon nie miał już kogo nawracać – i osiąść 
chyba znów w Palestynie lub na której z wysp 
greckich, aby tam Krzyża od prawdziwych bronić Saracenów. Ale było to niepodobieństwem, 
gdyż równałoby się wyrokowi zagłady na Zakon. Kto by się na to zgodził? i jakiż mistrz mógł 
czegoś podobnego zażądać? Konradowi von Jungingen zawłóczyła się 
cieniem dusza i życie, 
ale człowieka, który by z podobną radą wystąpił, on pierwszy skazałby, jako pozbawionego 
zmysłów, na ciemną izbę. Trzeba było iść dalej i dalej aż do dnia, w którym sam Bóg kres 
naznaczy. Więc szedł, ale w dusznej trosce i smutku. Włos na brodzie i skroniach już mu się 
posrebrzył, a bystre niegdyś oczy pokryły się do połowy ociężałymi powiekami. Zbyszko ani 
razu nie dostrzegł na jego twarzy uśmiechu. Oblicze mistrzowe nie było groźne ani nawet 
chmurne, było tylko jakby zmęczone jakimś 
cichym cierpieniem. W zbroi, z krzyżem na piersiach, 
w środku którego był w czworokącie czarny orzeł – w białym wielkim płaszczu, również 
przyozdobionym krzyżem, czynił wrażenie powagi, majestatu i smutku. Konrad niegdyś 
wesoły był i kochał się w krotofilach, a i teraz nawet nie usuwał się od wspaniałych uczt, widowisk 
i turniejów – owszem, sam je wyprawiał, ale ani w natłoku świetnego rycerstwa, które 
przybyło w gości do Malborga, ani w zgiełku radosnym, wśród huku trąb i szczęku oręża, ani 
przy pucharach przepełnionych małmazją – nie rozweselał się nigdy. Wówczas, gdy wszystko 
wokół niego zdawało się dyszeć potęgą, świetnością, nieprzebranym bogactwem, niezłomną 
mocą, gdy posłowie cesarza i innych królów zachodnich wykrzykiwali w uniesieniu, że Za
 
 
171 
 
 

kon sam starczy za wszystkie królestwa i za potęgę całego świata – on jeden się nie łudził – i 
on jeden pamiętał złowrogie słowa objawione świętej Brygidzie: „Przyjdzie czas, iże wyłamane 
będą ich zęby i będzie im ucięta ręka prawa, a prawa noga im ochromieje, aby uznali 
grzechy swoje.” 
 
172 
 
 

Rozdział 
trzydziesty trzeci 
 
 
Jechali suchą drogą na Chełmżę do Grudziądza, gdzie zatrzymali się na noc i dzień, gdyż 
wielki mistrz miał 
tam do osądzenia sprawę o rybołówstwo między zamkowym starostą krzyżackim, 
a okoliczną szlachtą, której ziemie przylegały do Wisły. Stamtąd płynęli na szkutach 
krzyżackich rzeką aż do Malborga. Zyndram z Maszkowic, Powała z Taczewa Zbyszko znajdowali 
się przez cały czas przy boku mistrza, który ciekawy był, jakie wrażenie uczyni, 
zwłaszcza na Zyndramie, widziana z bliska potęga krzyżacka. Chodziło zaś mistrzowi o to 
dlatego, że Zyndram z Maszkowic był nie tylko mężnym i strasznym w pojedynkę rycerzem, 
ale nadzwyczaj biegłym wojownikiem. W całym Królestwie nikt tak jak on nie znał się na 
prowadzeniu wielkich wojsk, na szykowaniu hufców do bitwy, na budowie i burzeniu zamków, 
na rzucaniu mostów przez szerokie rzeki, na „armacie”, to jest na uzbrojeniu u rozmaitych 
narodów, i na wszelkich wojennych sposobach. Mistrz wiedząc, że na radzie królewskiej 
dużo zależało od zdania tego męża, mniemał, że jeśli zdoła go przerazić wielkość zakonnych 
bogactw i wojsk, to wojna odwlecze się jeszcze na długo. A przede wszystkim sam 
widok Malborga3 mógł przejąć trwogą serce każdego Polaka, albowiem z twierdzą ową, licząc 
Wysoki Zamek, Średni i Przedzamcze, żadna inna w całym świecie nie mogła się nawet 
w przybliżeniu porównać. Już z dala, płynąc Nogatem, ujrzeli rycerze potężne baszty rysujące 
się na niebie. Dzień był jasny i przeźroczy, więc widać je było doskonale, a po niejakim czasie, 
gdy szkuty zbliżyły się, jeszcze bardziej rozbłysły szczyty kościoła na Wysokim Zamku i 
olbrzymie mury piętrzące się jedne nad drugimi – w części barwy ceglanej, przeważnie jednak 
pokryte ową słynną szarobiałą zaprawą, którą przyrządzać umieli tylko mularze krzyżaccy. 
Ogrom ich przewyższał wszystko, co w życiu widzieli polscy rycerze. Zdawać się mogło, 
że tam gmachy wyrastają na gmachach, tworząc w nizinnym z natury miejscu jakby górę, 
której szczytem był 
Stary Zamek, a stokami – Średni i rozłożyste Przedzamcze. Biła od tego 
olbrzymiego gniazda zbrojnych mnichów moc i potęga tak nadzwyczajna, że nawet długa i 
zwykle posępna twarz mistrza wypogodziła się nieco na ów widok. 
 
– Ex luto Marienburg – z błota Marienburg – rzekł zwracając się do Zyndrama – ale tego 
błota moc ludzka nie pokruszy. 
Zyndram nie odpowiedział – i w milczeniu obejmował oczyma wszystkie baszty i ogrom 
murów wzmocnionych potwornymi skarpami. 
A Konrad von Jungingen dodał po chwili milczenia: 
 
– Wy, panie, którzy się na twierdzach znacie, cóż nam o tej powiecie? 
– Twierdza widzi mi się nie do zdobycia – odrzekł jakby w zamyśleniu polski rycerz – 
ale... 
 
– Ale co? Co w niej możecie przyganić? 
3 Do zupełnej ruiny doprowadził Malborg Fryderyk II, król pruski, po upadku Rzeczypospolitej 
Polskiej. 
 
173 
 
 

– Ale każda twierdza może zmienić panów. 
Na to mistrz zmarszczył brwi. 
– W jakiejże to myśli mówicie? 
– W tej, że zakryte są przed oczyma ludzkimi sądy i wyroki Boże. 
I znów patrzał w zamyśleniu na mury, a Zbyszko, któremu Powała przetłumaczył należycie 
odpowiedź, spoglądał na niego z podziwem i wdzięcznością, Uderzyło go przy tym w tej 
chwili podobieństwo między Zyndramem a żmujdzkim wodzem Skirwoiłłą. Obaj mieli takie 
same ogromne głowy, jak gdyby wbite między szerokie ramiona, obaj równie potężne piersi i 
takie same pałąkowate nogi. 
 
Tymczasem mistrz nie chcąc, by ostatnie słowo zostało przy polskim rycerzu, znów zaczął: 
 
– Mówią – rzekł – że nasz Marienburg sześć razy większy od Wawelu. 
– Tam na skale nie masz tyle miejsca, ile tu w równi – odparł pan z Maszkowic – ale serce, 
widzę, u nas na Wawelu większe. 
Konrad podniósł ze zdziwieniem brwi: 
 
– Nie rozumiem. 
– Bo cóż ci jest sercem w każdym zamku, jeśli nie kościół? A nasza katedra za trzy takie 
jak oto ów obstanie. 
I to rzekłszy wskazał na istotnie niewielki kościół 
zamkowy, na którego prezbiterium 
błyszczała na złotym tle olbrzymia mozaikowa figura Najświętszej Panny. 
A mistrz znowu był nieraz z takiego obrotu rozmowy: 
 
– Prędkie, ale dziwne macie, panie, odpowiedzi – rzekł. 
W tymże czasie dojechali. Wyborna policja krzyżacka uprzedziła widocznie miasto i zamek 
o przyjeździe wielkiego mistrza, gdyż u przeprawy czekali już, prócz kilku braci, trębacze 
miejscy, którzy przygrywali zwykle wielkiemu mistrzowi w czasie przewozu. Z drugiej 
strony czekały gotowe konie, na które siadłszy przebył orszak miasto i przez Szewcką bramę, 
wedle Wróblowej baszty, wjechał do Przedzamcza. W bramie witali mistrza: wielki komtur 
Wilhelm von Helfenstein, który zresztą tytuł już tylko nosił, albowiem od kilku miesięcy 
obowiązki jego sprawował naprawdę 
Kuno Lichtenstein, wysłany podówczas do Anglii; a 
dalej: wielki szpitalnik, krewny Kunona, Konrad Lichtenstein, wielki szatny Rumpenheim i 
wielki podskarbi Burghard von Wobecke, i wreszcie mały komtur, przełożony nad warsztatami 
i nad zarządem zamku. Prócz tych dostojników stało tam kilkunastu braci wyświęconych, 
którzy zawiadowali rzeczami dotyczącymi kościoła w Prusiech i ciężko gnębili inne 
klasztory oraz świeckie duchowieństwo, zmuszając je nawet do robót przy drogach i przy 
łamaniu lodów – a z nimi gromada braci świeckich, to jest rycerzy nie obowiązanych do godzin 
kanonicznych. Rosłe i silne ich postacie (słabych nie chcieli Krzyżacy przyjmować), 
szerokie ramiona, kręte brody i srogie spojrzenia czyniły ich podobniejszymi do drapieżnych 
zbójów-rycerzy niemieckich niż do mnichów. Z oczu patrzała im odwaga, hardość i pycha 
niezmierna. Nie lubili oni Konrada za jego obawę wojny z potęgą Jagiełłową; nieraz na kapitułach 
otwarcie wyrzucali mu bojaźliwość, rysowali go na murach i podmawiali błaznów do 
wyśmiewania go w oczy. Jednakże na jego widok pochylili teraz głowy z pozorną pokorą, 
zwłaszcza że mistrz wjeżdżał w towarzystwie obcych rycerzy, i poskoczyli hurmem, aby potrzymać 
mu konia za uzdę i strzemię. 
 
Mistrz zaś zsiadłszy zwrócił się zaraz do Helfensteina i zapytał: 
 
– Są-li jakie nowiny od Wernera von Tettingen? 
Werner von Tettingen, jako wielki marszałek, czyli przywódca zbrojnych sił krzyżackich, 
był w tej chwili na wyprawie przeciw Żmudzinom i Witoldowi. 
 
– Ważnych nowin nie ma– odpowiedział Helfenstein – ale są szkody. Dzicz popaliła osady 
pod Ragnetą i miasteczka przy innych zamkach. 
– W Bogu nadzieja, że jedna wielka bitwa złamie ich złość i zatwardziałość – odparł 
mistrz. 
174 
 
 

I to rzekłszy podniósł oczy w górę, a usta jego poruszały się przez chwilę modlitwą, którą 
odmawiał za powodzenie wojsk zakonnych. 
 
Po czym ukazał na polskich rycerzy i rzekł: 
 
– To są wysłannicy króla polskiego: rycerz z Maszkowic, rycerz z Taczewa i rycerz z 
Bogdańca, którzy z nami dla wymiany jeńców przybyli. Niechaj komtur zamkowy wskaże im 
gościnne komnaty i podejmie ich, i ugości, jako przystało. 
Na te słowa bracia-rycerze poczęli spoglądać z ciekawością na wysłanników, a zwłaszcza 
na Powałę z Taczewa, którego imię, jako słynnego zapaśnika, było niektórym znane. Tych 
zaś, którzy nie słyszeli o jego czynach na dworze burgundzkim, czeskim i krakowskim, 
przejmowała podziwem jego ogromna postawa i jego ogier bojowy tak nadzwyczajnej wielkości, 
że bywalcom, którzy za młodych lat zwiedzali ZiemięŚwiętą 
i Egipt, przypomniał 
wielbłądy i słonie. 
 
Kilku poznało też Zbyszka, który swego czasu potykał się w szrankach w Malborgu, i ci 
witali go dość uprzejmie, pamiętając, że potężny i mający wielką wziętość w Zakonie brat 
mistrzów, Ulryk von Jungingen, okazywał mu szczerą przyjaźń i przychylność. Najmniej 
zwracał uwagi i podziwu ten, który w niedalekiej już przyszłości miał być najstraszliwszym 
pogromcą 
Zakonu, to jest Zyndram z Maszkowic, albowiem gdy zsiadł z konia, wydawał się 
z powodu swej niezwykłej krępości i wysokich ramion prawie garbatym. Nazbyt długie jego 
ręce i pałąkowate nogi budziły uśmiech na twarzach młodszych braci. Jeden z nich, znany 
krotofilnik, przystąpił nawet do niego chcąc mu przymówić, ale spojrzawszy w oczy pana z 
Maszkowic stracił jakoś ochotę i odszedł w milczeniu. 
 
Tymczasem komtur zamkowy zabrał gości i powiódł ich z sobą. Weszli naprzód na niewielki 
dziedziniec, na którym prócz szkoły, starego lamusa i warsztatu siodlarskiego, znajdowała 
się kaplica Św. Mikołaja, po czym przez most Mikołajski wkroczyli na właściwe Przedzamcze. 
Komtur prowadził ich przez niejaki czas wśród potężnych murów, bronionych tu i 
ówdzie mniejszymi i większymi basztami. Zyndram z Maszkowic pilnie przypatrywał się 
wszystkiemu, przewodnik zaś, nawet nie zapytywany, chętnie pokazywał rozmaite budynki, 
jakby mu zależało właśnie na tym, aby goście przypatrzyli się wszystkiemu jak najdokładniej. 
 
– Ten okrutny gmach, który wasze miłoście widzicie przed sobą po lewej ręce – mówił – 
to nasze stajnie. Ubodzyśmy mnisi, a przecie ludzie mówią, że gdzie indziej i rycerze tak nie 
mieszkają jak u nas konie. 
 
– Nie pomawiają was ludzie o ubóstwo – odrzekł Powała – ale coś tu musi być więcej 
prócz stajni, bo gmach okrutnie wysoki, a koni przecie po schodach nie sprowadzacie. 
– Nad stajnią, która jest w dole i w której czterysta koni się mieści – odrzekł komtur zamkowy 
– sąśpichrze, a w nich zboża choćby na dziesięć lat, nie przyjdzie tu nigdy do oblężenia, 
ale gdyby przyszło, to głodem nas nie wezmą. 
To rzekłszy zawrócił w prawo i znów przez most między basztąŚw. Wawrzyńca a basztą 
Pancerną wwiódł ich na inny dziedziniec, olbrzymi, leżący w samym środku Podzamcza. 
 
– Zważcie, wasze moście – rzekł Niemiec – że to wszystko, co ku północy widzicie, jakkolwiek 
za łaską Bożą nie do zdobycia, jest tylko Vorburg – i utwierdzeniem nie może się 
porównać ani ze Średnim Zamkiem, do którego was prowadzę, ani tym bardziej z Wysokim. 
Jakoż oddzielna fosa i oddzielny zwodzony most dzieliły Średni Zamek od dziedzińca i 
dopiero w bramie zamkowej, która leżała znacznie wyżej, rycerze obróciwszy się za poradą 
komtura jeszcze raz mogli objąć oczyma cały ów olbrzymi kwadrat zwany Podzamczem. 
Gmach tam wznosił się przy gmachu, tak iż wydawało się Zyndramowi, iż widzi przed sobą 
całe miasto. Były tam nieprzebrane zapasy drzewa ułożone w szychty tak wielkie jak domy, 
składy kul kamiennych sterczące na kształt piramid, cmentarze, lazarety, magazyny. Nieco z 
boku, wedle leżącego w środku stawu, czerwieniały potężne mury „templu”, to jest wielkiego 
magazynu z jadalnią dla najemników i czeladzi. Pod północnym wałem widać było inne stajnie 
dla koni rycerskich i dla wyborowych mistrzowskich. Wzdłuż młynówki wznosiły się 
 
 
175 
 
 

koszary dla giermków i wojsk najemnych, a po przeciwległej stronie czworoboku mieszkania 
dla przeróżnych zawiadowców i urzędników zakonnych – znów składy, śpichrze, piekarnie, 
szatnie, ludwisarnie, niezmierny arsenał, czyli Karwan, więzienia, stara puszkarnia, każdy 
gmach tak niezłomny i obronny, że w każdym można się było tak jak w osobnej twierdzy 
bronić, a wszystko otoczone murem i gromadą groźnych baszt, za murem fosą, za fosą wieńcem 
olbrzymich palisad, za którymi dopiero na zachód toczyłżółte fale Nogat, na północ i 
wschód błyszczała toń ogromnego stawu, a od południa sterczały silniej jeszcze umocnione 
zamki: Średni i Wysoki. 
 
Gniazdo straszne, od którego biła nieubłagana potęga i w którym skupiły się dwie największe 
znane wówczas w świecie siły: siła duchowna i siła miecza. Kto oparł się jednej, tego 
pokruszyła druga. Kto podniósł przeciw nim ramię, na tego krzyk powstawał we wszystkich 
krajach chrześcijańskich, że przeciw Krzyżowi je podnosi. 
 
I wnet rycerstwo zbiegało się ze wszystkich stron na pomoc. Gniazdo też roiło się wiecznie 
rzemieślniczym i zbrojnym ludem i wrzało w nim ciągle jak w ulu. Przed gmachami, w przejściach, 
przy bramach, w warsztatach – wszędzie panował ruch jak na jarmarku. Echo roznosiło 
odgłos młotów i dłut krzesających kamienne kule, huczenie młynów i deptaków, rżenie 
koni, szczęk zbroi i oręża, dźwięk trąb i piszczałek, nawoływania i rozkazy. Na owych dziedzińcach 
słyszałeś wszystkie mowy świata i mogłeś napotkaćżołnierzy ze wszystkich narodów: 
więc niechybnych łuczników angielskich, którzy o sto kroków przeszywali gołębia 
uwiązanego na maszcie, a których groty przebijały pancerze tak łatwo jak sukno, i strasznych 
szwajcarskich piechurów walczących dwuręcznymi mieczami, i mężnych, choć niepomiarkowanych 
w jedle i napoju Duńczyków, i skłonnych zarówno do śmiechu, jak zwady rycerzy 
francuskich, i małomówną a dumną szlachtę hiszpańską, i świetnych rycerzy włoskich, najbieglejszych 
fechtmistrzów przybranych w jedwabie, aksamity, a na wojnę w niezłomne 
zbroje, kowane w Wenecji, Mediolanie i Florencji – i rycerzy burgundzkich, i Fryzów, i 
wreszcie Niemców ze wszystkich ziem niemieckich. Kręciły się między nimi „białe płaszcze”, 
jako gospodarze i zwierzchnicy. „Wieża pełna złota”, a ściślej: osobna izba zbudowana 
na Wysokim Zamku obok mieszkania mistrza, napełniona od dołu do góry pieniędzmi i sztabami 
z drogocennego metalu, pozwalała Zakonowi na godne podejmowanie „gości”, również 
jak na zaciągi najemnego żołdactwa, które wysyłano stąd na wyprawy i do wszystkich zamków, 
do rozporządzenia wójtów, starostów i komturów. Tak to z siłą miesza i z siłą duchowną 
kojarzyło się tu niezmierne bogactwo, a zarazem żelazny ład, który lubo rozluźnion już po 
prowincjach przez zbytnią ufność i upojenie się własną potęgą, trzymał się jeszcze w samym 
Malborgu mocą dawnego wezwyczajenia. Monarchowie przybywali tu nie tylko walczyć z 
pogany lub pożyczać pieniędzy, lecz i uczyć się sztuki rządzenia, rycerze – uczyć się sztuki 
wojennej. W całym bowiem świecie nikt nie umiał tak rządzić i wojować jak Zakon. Gdy 
niegdyś przybył w tej strony, prócz szczupłej okolicy i kilku zamków podarowanych przez 
niebacznego księcia polskiego, nie należała do niego ani piędź ziemi, teraz zaś władał obszerną, 
większą od wielu królestw krainą, pełną ziem żyznych, potężnych miast i niezdobytych 
zamków. Władał i czuwał, jak włada pająk rozpiętą siecią, której wszystkie nici dzierży pod 
sobą. Stąd, z tego Wysokiego Zamku, od mistrza i od białych płaszczów rozbiegały się przez 
pocztowych pachołków rozkazy na wszystkie strony: do lennej szlachty, do rad miejskich, do 
burmistrzów, do wójtów, podwójcich i kapitanów najemnych wojsk, a co tu zrodziła i postanowiła 
myśl i wola, tam wnet wykonywały setki i tysiące żelaznych dłoni. Tu spływał pieniądz 
z całego kraju, tu zboże, tu wszelkiego rodzaju spyża, tu daniny od jęczącego pod srogim 
jarzmem świeckiego duchowieństwa i od innych klasztorów, na które patrzał niechętnym 
okiem Zakon; stąd wreszcie wyciągały się drapieżne ramiona ku wszystkim okolicznym krajom 
i ludom. 
 
Liczne pruskie mówiące litewską mową narody starte już były z oblicza ziemi. Litwa czuła 
do niedawna żelazną stopę krzyżacką ciążącą 
jej na piersiach tak straszliwie, że za każdym 
 
176 
 
 

tchnieniem oddawała zarazem krew spod serca; Polska, lubo zwycięska w straszliwej bitwie 
pod Płowcami, straciła jednak za Łokietkowych czasów swe dzierżawy na lewym brzegu Wisły 
razem z Gdańskiem, Tczewem, Gniewem i Świeciem. Rycerski Zakon Inflancki sięgał po 
ziemie ruskie, i szły oba te zakony jak pierwsza olbrzymia fala niemieckiego morza, które 
zalewało coraz szerzej i szerzej słowiańskie ziemie. 
 
Aż nagle zaszło chmurą słońce krzyżacko-niemieckiej pomyślności. Litwa przyjęła chrzest 
z rąk polskich, a tron krakowski razem z ręką cudnej królewny odzierżył Jagiełło. Nie utracił 
wprawdzie Zakon przez to ani jednej ziemi, ani jednego zamku, ale uczuł, że przeciw sile 
stanęła siła, i stracił przyczynę, dla której istniał w Prusiech. Po chrzcie Litwy wrócić im było 
chyba do Palestyny i strzec pątników dążących do świętego miejsca. Ale wrócić – to znaczyło 
wyrzec się bogactw, władzy, potęgi, panowania, miast, ziem i całych królestw. Więc począł 
miotać się Zakon w przerażeniu i wściekłości jak potworny smok, w którego boku utkwiło 
żeleźce. Mistrz Konrad bał się stawić wszystkiego na jeden rzut kości i drżał na myśl o wojnie 
z wielkim króle, władcą ziem polskich, litewskich i obszernych dzierżaw ruskich, które 
Olgierd wydarł z gardła Tatarom, ale większość rycerzy krzyżackich parła do niej czując, że 
trzeba stoczyć bój na śmierć i życie, póki siły są nienaruszone, póki urok Zakonu nie zblednie, 
póki świat cały śpieszy mu na pomoc i póki gromy papieskie nie spadną na to ich gniazdo, 
dla którego rzeczążycia i śmierci było teraz – nie rozszerzanie chrześcijaństwa, lecz właśnie 
utrzymanie pogaństwa. 
 
A tymczasem między narodami i po dworach oskarżano Jagiełłę i Litwę o chrzest pozorny 
i fałszywy, przedstawiając jako rzecz niepodobną, aby stać się mogło w ciągu roku to, czego 
miecz zakonny nie mógł przez wieki dokonać. Burzono przeciw Polsce i przeciw jej władcy 
królów i rycerzy, jako przeciw opiekunom i obrońcom pogaństwa – a głosy te, którym jedynie 
w Rzymie nie dowierzano, rozchodziły się szeroką falą po świecie i ściągały ku Malborgowi 
książąt, grafów i rycerzy z Południa i Zachodu. Zakon nabierał ufności i poczuwał się w mocy. 
Marienburg ze swymi groźnymi zamkami i Przedzamczem olśniewał ludzi potęgą więcej 
niż kiedykolwiek – i olśniewało bogactwo, olśniewał pozorny ład – i cały Zakon wydawał się 
być władniejszy i bardziej na wiek wieków niepożyty niż dawniej. I nikt z książąt, nikt z 
owych rycerskich gości – nikt – prócz mistrza – nawet spomiędzy Krzyżaków nie rozumiał, 
że od czasu chrztu Litwy stało się coś takiego, jak gdyby fale Nogatu, które osłaniały z jednej 
strony straszną twierdzę – zaczęły podmywać cicho i nieubłaganie jej mury. Nikt nie rozumiał, 
że w owym olbrzymim ciele została jeszcze siła – ale uleciała z niego dusza; kto świeżo 
przybył i spojrzał na ów wzniesiony ex luto Marienburg, na owe mury, baszty, na czarne 
krzyże w bramach, na budynkach i na szatach, temu przede wszystkim przychodziło na myśl, 
że i bramy piekielne nie przemogą tej północnej Krzyża stolicy. 
 
Z podobną też myślą patrzyli na nią nie tylko Powała z Taczewa i Zbyszko, który tu już 
bywał poprzednio, lecz i wiele bystrzejszy od nich Zyndram z Maszkowic. I jemu, gdy w tej 
chwili spoglądał na to zbrojne rojowisko żołnierskie objęte w ramę baszt i olbrzymich tynów, 
zmierzchła twarz, a na pamięć nasunęły się mimo woli dumne słowa, którymi niegdyś Krzyżacy 
grozili królowi Kazimierzowi: 
 
„Większać nasza moc i jeśli nie ustąpisz, do samego Krakowa mieczami naszymi ścigać 
cię będziem.” 
 
Ale tymczasem komtur zamkowy powiódł rycerzy dalej, do Średniego Zamku, w którego 
wschodniej połaci leżały gościnne komnaty. 
 
177 
 
 

Rozdział 
trzydziesty czwarty 
 
 
Maćko i Zbyszko długi czas trzymali się w ramionach, gdyż miłowali się wzajem zawsze, 
a w ostatnich latach wspólne przygody i nieszczęścia uczyniły tę miłość jeszcze silniejszą. 
Stary rycerz od pierwszego wejrzenia na bratanka odgadł, że Danusi nie ma już na świecie, 
więc nie pytał o nic, jeno tulił do siebie młodzianka chcąc przez moc tego uścisku pokazać 
mu, że nie został zupełnym sierotą i że ma jeszcze bliskążywą duszę, gotową podzielić się z 
nim niedolą. 
 
Aż dopiero, gdy im smutek i boleść znacznie łzami spłynęły, zapytał po długim milczeniu 
Maćko: 
 
– Zali wydarli ci ją znów, czyli też ci na ręku skonała? 
– Na ręku mi skonała pod samym Spychowem – odrzekł młodzian. 
I począł opowiadać, jak i co było, płaczem i wzdychaniami przerywając sobie opowiadanie, 
a Maćko słuchał uważnie, wzdychał także i w końcu znów jął wypytywać: 
 
– A Jurand żywie jeszcze? 
– Juranda żywiącegom odjechał, ale niedługo mu na świecie i pewnie go już nie obaczę. 
– Parę niedziel wcześniej alibo później, wszystko jedno! 
Ale Zbyszko popatrzył na niego bacznie i rzekł: 
– I tak musieliście tu chorzeć? Jako Piotrowin wyglądacie. 
– Bo choć słonko na ziemi przygrzewa, w podziemiu zawsze zimno i wilgoć tam jest 
okrutna z takowej przyczyny, że tu naokół zamku wody. Myślałem, że do szczętu spleśnieję. 
Dychać też nie ma czym i od tego wszystkiego rana mi się odnowiła – ta, wiesz... co to mi w 
Bogdańcu dopiero po bobrowym sadle szczebrzuch wylazł. 
– Pamiętam – rzekł Zbyszko – bośmy po bobra z Jagienką chodzili. A to was tu psubraty 
w podziemiach trzymali? 
Maćko poruszył głową i odpowiedział: 
 
– Żeby ci tak szczerze rzec, to nieradzi oni mnie widzieli i już było ze mnąźle. Wielka tu 
jest zawziętość na Witolda i Żmujdzinów, ale jeszcze większa na tych spomiędzy nas, którzy 
im pomagają. Próżnom gadał, dlaczegośmy między Żmujdzinów poszli. Byliby mi głowę 
ucięli i jeśli tak nie uczynili, to jeno dlatego, że im wykupu było żal, bo jako wiesz, pieniądz 
im nawet i od pomsty wdzięczniejszy, a po wtóre chcieli mieć w ręku dowód, że król Polaków 
poganom w pomoc posyła. Bo że Żmujdzini niebożęta proszą się 
o krzest, byle nie z ich 
rąk, to wiemy, którzyśmy tam byli, ale Krzyżaki udają, że nie wiedzą, i skarżą ich po wszystkich 
dworach, a z nimi razem i naszego króla. 
Tu porwała Maćka zadyszka, tak że musiał na chwilę umilknąć, i dopiero odsapnąwszy 
mówił dalej: 
 
– I byłbym może skapiał w podziemiu. Wstawiał ci się za mną po prawdzie Arnold von 
Baden, któremu też o okup chodziło. Ale on nie ma między nimi nijakiej powagi i nazywają 
go niedźwiedziem. Szczęściem de Lorche dowiedział się o mnie od Arnolda i okrutnego zaraz 
178 
 
 

narobił warchołu. Nie wiem, czy ci o tym powiadał, bo on rad kryje swoje dobre uczynki... 
Jego oni tu to za coś mają, bo już jeden de Lorche wielkie niegdyś w Zakonie piastował godności, 
a ten jest znamienitego rodu i bogacz. Mówił im tedy, że sam jest naszym jeńcem i że 
gdyby mi tu gardło wzięli albo gdybym skapiał z głodu i wilgotności, to ty jemu szyją utniesz. 
Groził ci kapitule, że rozpowie po zachodnich dworach, jak Krzyżacy z pasowanymi rycerzami 
postępują. Aż zlękli się i wzięli mnie do lazaretu, gdzie i powietrze, i strawa lepsza. 
 
– Od Lorchego jednej grzywny nie wezmę, tak mi dopomóż Bóg! 
– Miło od nieprzyjaciela brać, ale przyjacielowi słuszna rzecz przepuścić – rzekł Maćko – 
a skoro jako słyszę, ugoda z królem o wymianę jeńców stanęła, to i za mnie nie potrzebujesz 
płacić. 
– Ba! a nasze słowo rycerskie? – zapytał 
Zbyszko. – Ugoda ugodą, a Arnold bezecność 
mógłby nam zadać. 
Usłyszawszy to zatroskał się Maćko, pomyślał nieco i rzekł: 
 
– Ale można by coś utargować? 
– Samiśmy się cenili. Zaliśmy to teraz mniej warci? 
Maćko zatroskał się jeszcze bardziej, ale w oczach odbił się podziw i jakby jeszcze większa 
miłość dla Zbyszka. 
 
– A czci potrafi strzec!... Taki ci się już urodził – mruknął sam do siebie. 
I począł wzdychać. Zbyszko myślał, że z żalu o te grzywny, które mieli von Badenowi zapłacić, 
więc rzekł: 
 
– Wiecie! Pieniędzy i tak jest dość, byle ona dola nie była taka ciężka. 
– Bóg ci ją odmieni! – rzekł ze wzruszeniem stary rycerz. – Mnie tam niedługo już na 
świecie. 
– Nie powiadajcie! Będziecie zdrowi, niech jeno was wiater przewieje. 
– Wiater? Wiater młode drzewo przygnie, a stare złamie. 
– Owa! nie próchnieją 
w was jeszcze gnaty i do starości wam daleko. Nie smućcie się! 
– Żeby tobie było wesoło, to i ja bym sięśmiał. Wszelako mam ci ja i inną do smutku 
przyczynę, a prawdą rzekłszy, nie tylko ja, ale i my wszyscy. 
– Co zaś? – zapytał Zbyszko. 
– A pamiętasz, jakom jakom cię w obozie u Skirwoiłły zgromił za to, żeś moc krzyżacką 
sławił? W polu juści twardy jest nasz naród, ale tak z bliska, to ja się tutejszym psubratom 
dopiero teraz przypatrzył!... 
Tu Maćko jakby w obawie, aby go kto nie dosłyszał, zniżył głos: 
 
– I teraz widzę, żeś ty był praw, nie ja. Niech ręka boska broni, co to za moc, co to za po-
tęga! Swędzą 
naszych rycerzy ręce i chce im się jak najprędzej k’Niemcom, a nie wiedzą, że 
Krzyżaków wszystkie narody i wszyscy królowie wspomagają, że pieniędzy u nich więcej, że 
ćwiczenie lepsze, że zamki warowniejsze i sprzęt wojenny godniejszy. Niech ręka boska broni!... 
I u nas, i tu mówią, że do wielkiej wojny przyjść musi i przyjdzie, ale gdy przyjdzie, to 
niechże Bóg zmiłuje się nad naszym Królestwem i naszym narodem! 
Tu objął dłońmi swą szpakowatą głowę, łokcie wsparł na kolanach i zamilkł. 
Zbyszko zaś rzekł: 
 
 
– A widzicie. W pojedynkę 
niejeden z naszych od nich tęższy, ale co do wielkiej wojny, 
pomiarkowaliście sami. 
– Oj, pomiarkowałem! a da Bóg i ci posłowie królewscy pomiarkują także, a zwłaszcza rycerz 
z Maszkowic. 
– Widziałem, jako spochmurniał. Wielki z niego sprawca wojenny i powiadają, że nikt na 
świecie nie rozumie się tak na wojnie. 
– Jeśli prawda, to chyba jej nie będzie. 
– Jeśli Krzyżacy obaczą, że mocniejsi, to właśnie będzie. I powiem wam szczerze: bogdaj 
już przyszedł wóz alibo przewóz, gdyż dłużej nie lża nam tak żyć... 
179 
 
 

I z kolei Zbyszko, jakby przygniecion niedolą własną i powszechną, opuścił głowę, a 
Maćko rzekł: 
 
– Szkoda zacnego Królestwa, a boję się, by nas Bóg za zbytnią zuchwałość nie pokarał. 
Pamiętasz, jak to rycerstwo przed katedrą na Wawelu przede mszą, wtedy kiedy ci to mieli 
głowę uciąć i nie ucięli – samego Tymura Kuternogę wyzywało, któren czterdziestu królestw 
jest panem i któren góry z głów ludzkich uczynił... Nie dość im Krzyżaków! wszystkich naraz 
chcieliby wyzwać – i w tym może być obraza boska. 
A Zbyszko na owo wspomnienie chwycił się na płowe włosy, bo go niespodzianie ogarnął 
żal okrutny – zakrzyknął: 
 
– A któż mnie wówczas od kata zratował, jeśli nie ona! O Jezu! Danuśka moja!... O Jezu!... 
I począł drzeć włosy, a następnie gryźć pięści, którymi łkanie chciał potłumić, tak rozskowyczało 
się w nim serce z nagłego bólu. 
 
– Chłopie! miej Boga w sercu!... cichaj! – wołał Maćko. – Co wskórasz? Hamuj się! cichaj!... 
Ale Zbyszko długi czas nie mógł się uspokoić i upamiętał się dopiero, gdy Maćko, który 
był istotnie jeszcze chory, zesłabł tak bardzo, że zachwiał się na nogach i padł na ławę w zupełnym 
zmysłów zamroczeniu. Wówczas młodzian położył go na tapczanie, pokrzepił winem, 
które przysłał komtur zamkowy, i czuwał nad nim, póki stary rycerz nie zasnął. 
 
Nazajutrz zbudzili się późno, rzeźwiejsi i wypoczęci. 
 
– No – rzekł Maćko – chyba jeszcze na mnie nie czas, i tak myślę, że byle mnie wiater 
polny przewiał, to i na koniu dosiedzę. 
– Posłowie ostaną jeszcze kilka dni – odpowiedział Zbyszko – bo coraz to do nich ludzie 
przychodzą z prośbą o jeńców, którzy na Mazowszu albo w Wielkopolsce na rozboju schwytani, 
ale my możem jechać, kiedy chcecie i kiedy poczujecie się w siłach. 
W tej chwili wszedł Hlawa. 
 
– Nie wiesz zaś, co tam czynią posłowie? – spytał go stary rycerz. 
– Zwiedzają Wysoki Zamek i kościół – odrzekł Czech. – Komtur zamkowy sam ich oprowadza, 
a potem pójdą 
do wielkiego refektarza na obiad, na który i wasze miłości ma mistrz 
zaprosić. 
– A ty coś 
od rana czynił? 
– A ja przypatrywałem się niemieckiej najemnej piechocie, którą kapitanowie ćwiczyli, i 
przyrównywałem ją z naszą czeską. 
– A ty czeską pamiętasz? 
– Wyrostkiem mnie pojmał rycerz Zych ze Zgorzelic, ale pamiętam dobrze, bom od małego 
był do takich rzeczy ciekawy. 
– No i cóż? 
– A nic! Jużci tęga jest krzyżacka piechota i ćwiczona godnie, ale to są woły, a nasi Czesi 
wilcy. Gdyby tak przyszło co do czego, to przecie wasze miłoście wiedzą: woły wilków nie 
jadają, a wilki okrutnie na wołowinęłakome. 
– Prawda jest – rzekł Maćko, który widocznie coś o tym wiedział – kto się o waszych 
otrze, to jako od jeża odskoczy. 
– W bitwie konny rycerz za dziesięciu piechoty stanie – rzekł Zbyszko. 
– Ale Marienburga jeno piechota może dobyć – odpowiedział giermek. 
I na tym skończyła się 
rozmowa o piechocie, gdyż Maćko idąc za biegiem swych myśli 
rzekł: 
 
– Słysz, Hlawa, dziś, jak podjem i poczuję się w mocy – to pojedziemy. 
– A dokąd? – spytał Czech. 
– Wiadomo, że na Mazowsze. Do Spychowa – rzekł Zbyszko. 
– I tam już ostaniem?... 
180 
 
 

Na to spojrzał Maćko na Zbyszka pytającym wzrokiem, gdyż dotychczas nie było między 
nimi mowy o tym, co dalej uczynią. Młodzian może miał gotowe postanowienie, ale nie 
chciał nim widocznie stryjca zasmucić, więc rzekł wymijająco: 
 
– Wpierw musicie wydobrzeć. 
– A potem co? 
– Potem? Wrócicie do Bogdańca. Wiem, jako Bogdaniec miłujecie. 
– A ty? 
– Ija go miłuję. 
– Nie mówię, żebyś 
do Juranda nie jechał – rzekł powoli Maćko – bo jeśli zamrze, to pogrześć 
go przystojnie należy, ale ty bacz, co powiem, gdyż, jako młody, rozumem mi nie dorównasz. 
Nieszczęśliwa to jakowaś ziemia ten Spychów. Co cię spotkało dobrego – to gdzie 
indziej, a tam nic, jeno strapienie ciężkie i frasunki. 
– Prawdę mówicie – rzekł Zbyszko – ale tam Danusina truchełka... 
– Cichaj! – zawołał Maćko w obawie, że Zbyszka chwyci taki sam niespodziany ból jak 
wczoraj. 
Ale na twarzy młodzianka odbiło się tylko rozrzewnienie i smutek. 
 
– Będzie czas uradzać – rzekł po chwili. – W Płocku i tak musicie odpocząć. 
– Starunku waszej miłości tam nie zbraknie – wtrącił Hlawa. 
– Prawda! – rzekł Zbyszko – wiecie, że tam jest Jagienka? Jest dwórką przy księżnie Ziemowitowej. 
Ba – ale przecie wiecie, boście ją sami tam przywieźli. Była i w Spychowie. Aż 
mi to dziwno, żeście mi nic o niej u Skirwoiłły nie wspomnieli. 
– Nie tylko była w Spychowie, ale bez niej Jurand alboby dotychczas macał koszturem 
drogi, alboby zamarł gdzie przy drodze. Przywiozłem ją do Płocka wedle opatowego dziedzictwa, 
a nie wspomniałem ci o niej, bo choćbym był wspomniał, byłoby to samo. Na nic 
tyś, niebożę, wówczas nie baczył. 
– Wielce ona was kocha – rzekł Zbyszko. – Chwalić Boga, że nijakie listy nie były potrzebne, 
ale ona od księżny dostała listy za wami i przez księżnę od posłów krzyżackich. 
– Niech Bóg za to dziewce błogosławi, bo lepszej na świecie nie ma! – rzekł Maćko. 
Dalszą rozmowę przerwało im wejście Zyndrama z Maszkowic i Powały z Taczewa, którzy 
zasłyszawszy o wczorajszym omdleniu Maćka przyszli go dziś odwiedzić. 
 
– Pochwalony Jezus Chrystus! – rzekł przestąpiwszy próg Zyndram. – Jakoże wam dziś? 
– Bóg zapłać! Pomału! Zbyszko prawi, że byle mię wiater obwiał, to będzie całkiem dobrze. 
– Co nie ma być?... będzie! Wszystko będzie dobrze – wtrącił Powała. 
– Wywczasowałem się też na porządek! – odrzekł Maćko. – Nie tak jak wasze miłoście, 
którzy jako słyszę, ranoście wstali. 
– Naprzód przychodzili do nas ludzie tutejsi mianować jeńców – rzekł 
Zyndram – a potem 
oglądaliśmy gospodarstwo krzyżackie: Przedzamcze i oba zamki. 
– Tęgie gospodarstwo i tęgie zamki! – mruknął posępnie Maćko. 
– Pewnie, że tęgie. Na kościele są arabskie ozdobności, o których powiadali Krzyżacy, że 
się 
takiego murowania od Saracenów w Sycylii nauczyli, a w zamkach komnaty ci osobliwe, 
na słupcach w pojedynkę alibo gromadami stojących. Obaczycie sami wielki refektarz. 
Utwierdzenie też wszędy okrutne, jakiego nigdzie nie masz. Takich murów i kula kamienna, 
chociażby największa nie ugryzie. Wiera, iż miło patrzeć... 
Zyndram mówił to tak wesoło, że Maćko spojrzał na niego zdziwiony i zapytał: 
 
– A bogactwo ich, a porządki, a wojsko i gości – widzieliście? 
– Wszystko nam pokazywali niby z gościnności, a w rzeczy dlatego, aby serce w nas upadło. 
– No i cóż? 
181 
 
 

– Ano, da Bóg, że jak przyjdzie wojna, wyżeniem ich het, za góry i morza – tam, skąd 
przyszli. 
A Maćko, przepomniawszy w tej chwili o chorobie, aż zerwał się 
na równe nogi ze zdziwienia. 
 
 
– Jak to, panie – rzekł. – Mówią, że rozum macie bystry... Bo mnie aż zemdliło, gdym się 
ich potęgi napatrzył... Dla Boga! z czegoż to miarkujecie? 
Tu zwrócił się do bratanka: 
 
– Zbyszku, każ zaś to wino, które nam przysłali, postawić. Siadajcie, wasze moście, i 
mówcie, bo lepszej driakwi żaden medyk na moje choróbsko nie wymyśli. 
Zbyszko, zaciekawion też bardzo, sam postawił dzbaniec z winem, a przy nim kubki, po 
czym siedli naokół stołu i pan z Maszkowic tak mówić począł: 
 
– Utwierdzenie to jest nic, bo co ręką ludzką stawiane, to ręka ludzka zburzyć zdoła. Wiecie, 
co trzyma w kupie cegły? – wapno! A wiecie, co ludzi? – miłość. 
– Rany boskie! miód wam, panie, z gęby płynie – zawołał Maćko. 
A Zyndram uradował się w sercu tą pochwałą i tak dalej rzecz prowadził: 
– Z tutejszych ludzi – ten ci ma u nas w pętach brata, ten syna, ten krewniaka, inny zięcia 
alibo kogo. Komturowie graniczni każą 
im na rozbój do nas chodzić – więc niejeden polegnie 
i niejednego nasi ułapią. Ale że tu już się zwiedzieli ludzie o ugodzie między królem a mistrzem 
– przychodzili tedy do nas od samego rana podawać nazwiska jeńców, które nasz pisarz 
spisywał. Był naprzód bednarz tutejszy, możny mieszczanin, Niemiec, mający dom w 
Malborgu, który w końcu rzekł: „Bym mógł 
waszemu królowi i Królestwu w czym się przysłużyć, 
nie tylko bym majętność, ale i głowę oddał.” Odprawiłem go myśląc, że Judasz. Ale 
potem przychodzi ksiądz świecki spod Oliwy, prosi o brata i tak powiada: „Prawda-li to, panie, 
że na naszych pruskich panów wojną nastąpicie? bo wiedzcie, że tu już cały naród, gdy 
mówi: «Przyjdź Królestwo Twoje», to o waszym królu myśli.” Było potem o synów dwóch 
szlachty, co na lennych ziemiach wedle Sztumu siedzą; byli kupcy z Gdańska, byli rzemieślnicy, 
był, który dzwony w Kwidzyniu leje, była różnych ludzi kupa – i wszyscy gadali to samo. 
Tu przerwał pan z Maszkowic, wstał, obaczył, czy za drzwiami nikt nie podsłu*****, i 
wróciwszy kończył przyciszonym nieco głosem: 
 
– Długom ja o wszystkich wypytywał. Nienawidzą w całych Prusiech Krzyżaków i księżna, 
i szlachta, i mieszczanie, i kmiecie. I nienawidzi ich nie tylko ten naród, któren naszą alibo 
pruską mową mówi, ale nawet i Niemcy. Kto musi służyć, służy – ale zaraza każdemu milsza 
niż Krzyżak. Ot, co jest... 
– Ba, ale co się to ma do krzyżackiej mocy – rzekł niespokojnie Maćko. 
A Zyndram pogładził dłonią swoje potężne czoło, pomyślał chwilę, jakby szukał porównania, 
a wreszcie uśmiechnął się i zapytał: 
 
– Potykaliście się kiedy w szrankach? 
– Jużci i nieraz – odrzekł Maćko. 
– To jakże myślicie? Nie zwali ci się z konia przy pierwszym starciu rycerz, choćby najmocniejszy, 
ale taki, któren ma poderżnięty poprąg u siodła i strzemiona? 
– Jako żywo! 
– No, widzicie: Zakon to taki rycerz. 
– Prze Bóg! – zawołał 
Zbyszko. – Pewnie i w książce nic lepszego nie wyczytasz! 
A Maćko aż wzruszył się i rzekł nieco drżącym głosem: 
– Bóg wam zapłać. Na waszą głową, panie, chyba umyślnie płatnerz musi hełm robić, bo 
gotowego na nią nigdzie nie masz. 
182 
 
 

Rozdział 
trzydziesty piąty 
 
 
Obiecywali sobie Maćko i Zbyszko wyjechać zaraz z Malborga, ale tego dnia, w którym 
tak bardzo pokrzepił ich dusze Zyndram z Maszkowic, nie wyjechali, gdyż był na Wysokim 
Zamku obiad, a potem wieczerza na cześć posłów i gości, na którą Zbyszko był zaproszon 
jako królewski rycerz, a dla Zbyszka i Maćko. Obiad odbywał się w mniejszym gronie, we 
wspaniałym wielkim refektarzu, który oświecało dziesięć okien, a którego palczaste sklepienie 
wspierało się, rzadko widzianym kunsztem budowniczym, tylko na jednym słupie. Prócz 
królewskich rycerzy zasiadł do stołu tylko jeden graf szwabski i jeden burgundzki, który, lubo 
bogatych władców poddany, przyjechał w ich imieniu pożyczyć pieniędzy od Zakonu. Z 
miejscowych obok mistrza, wzięło udział w obiedzie czterech dostojników zwanych filarami 
Zakonu, to jest wielki komtur, jałmużnik, szatny i podskarbi. Piąty filar, to jest marszałek, był 
w tym czasie na wyprawie przeciw Witoldowi. 
 
Jakkolwiek Zakon ślubował ubóstwo, jedzono na złocie i srebrze, a popijano małmazją, albowiem 
mistrz chciał olśnić oczy posłów polskich. Lecz pomimo mnóstwa potraw i obfitego 
poczęstunku przykrzyła się niego gościom ta uczta z powodu trudności rozmowy i powagi, 
jaką wszyscy musieli zachowywać. Natomiast wieczerza w olbrzymim refektarzu zakonnym 
(Convents Remter) wiele była weselsza, albowiem zgromadził się na nią cały konwent i 
wszyscy ci goście, którzy nie zdążyli jeszcze pociągnąć przeciw Witoldowi z wojskiem marszałka. 
Wesołości tej nie zmąciłżaden spór ni żadna kłótnia. Wprawdzie rycerze zagraniczni 
przewidując, że przyjdzie im się kiedyś spotkać z Polakami, patrzali na nich niechętnym 
okiem, ale Krzyżacy z góry zapowiedzieli im, że muszą się zachować spokojnie, i prosili ich 
 
o to bardzo usilnie bojąc się w osobach posłów obrazić króla i całe królestwo. Ale nawet i w 
tym wypadku okazała się nieżyczliwość 
Zakonu, przestrzegali bowiem gości przed zapalczywością 
Polaków: „że gdy ma w głowie, za każde ostrzejsze słowo wraz brodę ci wyszarpie 
albo cię nożem pchnie”. Więc goście zadziwieni byli potem dobrodusznością i Powały z Taczewa, 
i Zyndrama z Maszkowic, a bystrzejsi pomiarkowali, że nie obyczaje polskie są grube, 
lecz języki krzyżackie złośliwe i jadowite. 
Niektórzy, przywykli do wykwintnych zabaw na polerownych dworach zachodnich, nieszczególne 
nawet wynieśli pojęcie o obyczajach samychże Krzyżaków, gdyż była na tej 
uczcie wrzaskliwa nad miarę kapela, grubiańskie pieśni szpylmanów, grube żarty trefnisiów, 
pląsy niedźwiedzie i pląsy bosych dziewek. A gdy dziwiono się obecności niewiast na Wysokim 
Zamku, wydało się, że zakaz łamano już od dawna, i że sam wielki Winrych Kniprode 
tańcował 
tu swego czasu z piękną Marią von Alfleben. Bracia tłumaczyli, że na Zamku niewiasty 
nie mogą tylko mieszkać, ale mogą przychodzić do refektarza na uczty i że zeszłego 
roku księżna Witoldowa, która mieszkała w urządzonej po królewsku starej Puszkarni na 
Przedzamczu, przychodziła jednak tu codziennie grywać w złote arcaby, które jej każdego 
wieczora darowywano. 
 
183 
 
 

Grano i tego wieczora nie tylko w arcaby i w szachy, lecz i w kości; więcej tego nawet 
było niż rozmowy, którą głuszyły pieśni i owa zbyt wrzaskliwa kapela. Jednakże wśród powszechnego 
gwaru zdarzały się 
chwile ciszy i raz korzystając z takiej chwili Zyndram z 
Maszkowic, niby to nie wiedząc o niczym, zapytał wielkiego mistrza, czyli poddani we 
wszystkich ziemiach bardzo miłują Zakon. 
 
Na co Konrad von Jungingen rzekł: 
 
– Kto miłuje Krzyż, ten i Zakon powinien miłować. 
Odpowiedź ta podobała się i zakonnikom, i gościom, więc poczęli go za nią chwalić, ów 
zaś ucieszywszy się tak mówił dalej: 
 
– Kto nam przyjaciel, temu pod nami dobrze, a kto nieprzyjaciel, na tego mamy dwa sposoby. 
– Jakież to? – pytał polski rycerz. 
– Wasza cześć może nie wiesz, że ja tu z moich komnat schodzę do tego refektarza małymi 
schodami w murze, a przy tych schodach jest pewna sklepiona izba, do której gdybym waszą 
cześć zaprowadził, poznałbyś pierwszy sposób. 
– Jako żywo! – zawołali bracia. 
A pan z Maszkowic domyślił się, że mistrz mówi o owej „wieży” pełnej złota, którą się 
chlubili Krzyżacy, więc zastanowił się nieco i odpowiedział: 
 
– Niegdyś – hej! okrutnie już temu dawno, pokazał pewien cesarz niemiecki naszemu posłowi, 
który zwał się Skarbek, taką komorę i rzekł: „Mam ja twojego pana czym podbić!” A 
Skarbek dorzucił ci mu pierścień kosztowy i powiada: „Idź złoto do złota, my Polacy bardziej 
w żelezie się kochamy...” I wiecie, wasze czeście, co potem było? – potem było Hundsfeld... 
– Co to takiego Hundsfeld? – zapytało kilkunastu naraz rycerzy. 
– To – odpowiedział spokojnie Zyndram – takie pole, na którym nikt nie mógł nadążyć 
grześć 
Niemców i grzebli ich w końcu psi. 
Więc stropili się 
bardzo i rycerze, i bracia zakonni usłyszawszy taką odpowiedź i nie wiedzieli, 
co mają mówić, a Zyndram z Maszkowic rzekł jakby na zakończenie: 
 
– Złotem przeciw żelazu nie wskórasz. 
– Ba! – zawołał mistrz – wżdy to nasz drugi sposób – żelazo. Widziałeś wasza cześć na 
Przedzamczu płatnerskie majsternie. Kują tam młoty noc i dzień, i takich pancerzy, równie 
jak mieczów, na świecie nie masz. 
Lecz na to znów Powała z Taczewa wyciągnął rękę ku środkowi stołu, wziął długi na łokieć 
i szeroki więcej niż na pół piędzi tasak służący do rąbania mięsa, zwinął go lekko w 
trąbkę jak pergamin, podniósł w górę, tak aby wszyscy mogli go widzieć, a potem podał mistrzowi. 
 
 
– Jeśli takie i w mieczach żelazo – rzekł – to niewiela nimi dokażecie. 
I uśmiechnął się, raz z siebie, a duchowni i świeccy aż popodnosili się ze swych miejsc i 
hurmem zbiegli się do wielkiego mistrza, po czym jedne drugiemu podawał zwinięty w trąbkę 
tasak, ale milczeli wszyscy, mając na widok takiej mocy struchlałe w piersiach serca. 
 
– Na głowęśw. Liboriusza! – zawołał w końcu mistrz – żelazne, panie, macie ręce. 
A graf burgundzki dodał: 
– I z lepszego niż to żelaza. Tak ci zwinął ten tasak, jakby był z wosku. 
– Nawet się nie spłonił i żyły mu nie nabrały! – zawołał jeden z braci. 
– Bo – odpowiedział Powała – prosty jest nasz naród, nie znajęcy takich dostatków i wygód, 
jakie tu widzę, ale czerstwy. 
A tu zbliżyli się ku niemu rycerze włoscy i francuscy i poczęli odzywać się do niego swym 
dźwiękliwym językiem, o którym stary Maćko mówił, że jest taki, jakby kto cynowe misy 
potrząsał. Podziwiali tedy jego siłę, on zaś trącał się z nimi kielichem i odpowiadał: 
 
– Często u nas przy biesiadach takie rzeczy czynią, a zdarzy się, że mniejszy tasak, to ci i 
poniektóra dziewka zwinie. 
184 
 
 

Ale Niemcom, którzy lubili się chełpić między obcymi wzrostem i mocą, wstyd było – i 
brała ich złość, więc stary Helfenstein jął wołać przez cały stół: 
 
– Hańba to dla nas! Bracie Arnoldzie von Baden, pokaż, że i nasze kości nie ze świec kościelnych 
uczynione! Dajcie mu tasak! 
Służba przyniosła wnet tasak i położyła go przed Arnoldem, ale on, czy to że zmieszał go 
widok tylu świadków, czy że siłę w palcach miał istotnie mniejszą od Powały, zgiął wprawdzie 
tasak przez połowę, ale nie zdołał go skręcić. 
 
Więc niejeden z gości zagranicznych, któremu nieraz poprzednio szeptali Krzyżacy, jako 
w zimie nastąpi wojna z królem Jagiełłą, zamyślił się mocno i przypomniał sobie w tej chwili, 
że zima w tym kraju okrutnie bywa ciężka i że lepiej by może wrócić póki czas pod łagodniejsze 
niebo, do rodzinnego zamku. 
 
A było w tym to dziwnego, że podobne myśli poczęły im przychodzić do głowy w lipcu, 
czasu pięknej pogody i upałów. 
 
185 
 
 

Rozdział 
trzydziesty szósty 
 
 
W Płocku Zbyszko i Maćko nie zastali nikogo z dworu, albowiem oboje księstwo razem z 
ośmiorgiem dzieci pojechali w odwiedziny do Czerska, dokąd ich zaprosiła księżna Anna 
Danuta. O Jagience dowiedzieli się od biskupa, że miała zostać w Spychowie przy Jurandzie 
aż do jego śmierci. Wiadomości te były im na rękę, bo i sami chcieli jechać do Spychowa. 
Maćko wysławiał przy tym bardzo poczciwość Jagienki, że wolała udać się do umierającego 
człowieka, który nie był nawet jej krewny, niż na zabawy czerskie, na których pląsów i 
wszelakiej ochoty nie mogło zabraknąć. 
 
– Może też uczyniła to i dlatego, aby się z nami nie zminąć – mówił stary rycerz. – Nie 
widziałem jej już dawno i rad ją obaczę, gdyż wiem, że i ona dla mnie życzliwa. Musiała mi 
dziewka wyrosnąć – i pewno jeszcze gładsza, niż była. 
A Zbyszko rzekł: 
 
– Odmieniła się okrutnie. Gładka była zawsze, ale pamiętałem ją prostą dziewką, a teraz to 
jej... choćby na pokoje królewskie. 
– Tak że ci się odmieniła? Ba! ale to i stary ród tych Jastrzębców ze Zgorzelic, którzy się 
„Na gody!” czasu wojen wołają. 
Nastała chwila milczenia, po czym znów ozwał się stary rycerz: 
 
– Pewnie tak będzie, jakom ci mówił, że jej się zechce do Zgorzelic. 
– Mnie i to dziwno było, że z nich wyjeżdżała. 
– Bo chorego opata chciała doglądać, któren należytego starunku nie miał. Bała się przy 
tym Cztana i Wilka, a ja sam jej rzekłem, że przezpieczniej będzie braciom bez niej niżeli 
przy niej. 
– Wiera, że nijak im było sieroty najeżdżać. 
A Maćko zamyślił się. 
– Ale czy się tam na mnie nie pomścili za to, żem ją wywiózł, i czy z Bogdańca choć jedno 
drewno zostało, Bóg raczy wiedzieć! Nie wiem też, czy wróciwszy podołam im się obronić. 
Chłopy młode i krzepkie, a ja stary. 
– Ej! to, to już chyba mówcie temu, kto was nie zna – odpowiedział Zbyszko. 
Jakoż Maćko nie mówił tego zupełnie szczerze, chodziło mu bowiem o co innego, ale na 
razie machnął tylko ręką: 
 
– Żebym był nie chorzał w Malborgu, no, to jeszcze! – rzekł.– Ale o tym w Spychowie pogadamy. 
 
 
I nazajutrz po noclegu w Płocku ruszyli do Spychowa. 
 
Dni były jasne, droga sucha, łatwa, a przy tym bezpieczna, gdyż z powodu ostatnich ukła
 
 
dów wstrzymali Krzyżacy rozboje na granicy. Zresztą dwaj rycerze należeli do takich podróżnych, 
którym i dla zbója lepiej się z dala pokłonić niż 
z bliska ich zaczepić, więc podróż 
szła wartko i piątego dnia po wyjeździe z Płocka stanęli rankiem bez trudu w Spychowie. 
Jagienka, która była przywiązana do Maćka jak do najlepszego w świecie przyjaciela, witała 
 
186 
 
 

go niemal tak, jakby witała ojca, a on, choć nie byle co mogło go poruszyć, rozrzewnił się 
jednak tążyczliwością 
kochanej dziewczyny – i gdy w chwilę później Zbyszko wypytawszy 
się 
o Juranda poszedł do niego i do swojej „truchełki” – odetchnął stary rycerz głęboko i 
rzekł: 
 
– Ano, kogo Bóg chciał wziąć, to wziął, a kogo chciał ostawić, to ostawił, ale tak myślę, że 
przecie skończone już te nasze mitręgi i te nasze wędrowania po różnych mierzejach i wertepach. 
Po chwili zaś dodał: 
 
– Hej! gdzie to nas Pan Jezus przez te ostatnie lata nie nosił! 
– Ale was ręka boska piastowała – odrzekła Jagienka. 
– Prawda, że piastowała, wszelako szczerze rzekłszy czas już do dom. 
– Trzeba nam tu zostać, póki Jurand żywie – rzekła dziewczyna. 
– A jakoże z nim? 
– Patrzy do góry i śmieje się: widać już raj ogląda, a w nim Danuśkę. 
– Pilnujesz go? 
– Pilnuję, ale ksiądz Kaleb powiada, że i anieli go pilnują. Wczoraj gospodyni tutejsza 
dwóch widziała. 
– Powiadają – rzekł na to Maćko – że szlachcicowi najprzystojniej w polu umierać, ale tak 
jak Jurand kona, to i na łożu dobrze. 
– Nie je nic, nie pije, jeno się cięgiem śmieje – rzekła Jagienka. 
– Pójdźmy do niego. Zbyszko też tam musi być. 
Ale Zbyszko krótko zabawił przy Jurandzie, który nikogo nie poznawał – i poszedł następnie 
do Danusinej trumny, do podziemia. Tam zabawił 
dopóty, dopóki stary Tolima nie przyszedł 
szukać go na posiłek. Wychodząc zauważył przy blasku pochodni, że na trumnie pełno 
było wianuszków z chabru i z nagietków, a naokół wymieciona czysto polepa przytrząśnięta 
była tatarakiem, kaczeńcem i kwiatem lipowym, który roznosił woń miodową. Więc wezbrało 
w młodzianku na ten widok serce i zapytał: 
 
– Któż to tak zdobi tę truchełkę? 
– Panna ze Zgorzelic – odpowiedział Tolima. 
Młody rycerz nie rzekł na to nic, ale w chwilę później, ujrzawszy Jagienkę, pochylił się 
nagle do jej kolan i objąwszy je zawołał: 
 
– Bógże ci zapłać za twoją poczciwość i za one kwiecie dla Danuśki. 
I to rzekłszy rozpłakał się rzewnie, a ona objęła mu rękoma głowę 
jak siostra, która pragnie 
kwilącego brata utulić, i rzekła: 
 
– Oj, mój Zbyszku, rada by ja cię bardziej pocieszyć! 
Po czym łzy obfite puściły się i jej z oczu. 
187 
 
 

Rozdział 
trzydziesty siódmy 
 
 
Jurand umarł w kilka dni później. Przez cały tydzień odprawiał ksiądz Kaleb nabożeństwo 
nad jego ciałem, które nie psuło się wcale – w czym wszyscy cud Boży widzieli – i przez cały 
tydzień roiło się od gości w Spychowie. Potem przyszedł 
czas ciszy, jaki zwykle bywa po 
pogrzebach. Zbyszko chadzał do podziemia, a czasem też z kuszą do boru, z której zresztą nie 
strzelał do zwierzyny, jeno chodził w zapamiętaniu, aż wreszcie pewnego wieczora przyszedł 
do izby, w której dziewczyny siedziały z Maćkiem i Hlawą – i niespodzianie rzekł: 
 
– Posłuchajcie, co powiem! Nie płuży smutek nikomu, a przez to lepiej wam do Bogdańca 
i do Zgorzelic wracać niżeli tu w smutku siedzieć. 
Nastało milczenie, wszyscy bowiem odgadli, że to będzie wielkiej wagi rozmowa – i dopiero 
po chwili ozwał się Maćko: 
 
– Lepiej nam, ale i tobie lepiej. 
Lecz Zbyszko potrząsnął swymi jasnymi włosami. 
– Nie! – rzekł – wrócę, da Bóg, i ja do Bogdańca, ale teraz w inną mi trzeba drogę. 
– Hej! – zawołał Maćko. – Mówiłem, że koniec, a tu nie koniec! Bójże ty się Boga, Zbyszku! 
– Przecie wiecie, iżem ślubował. 
– To to jest przyczyna? Nie masz Danuśki, nie masz i ślubowania. Śmierć cię od przysięgi 
zwolniła. 
– Moja by mnie zwolniła, ale nie jej. Na rycerską cześć ja Bogu przysięgał! Jakoże chcecie? 
Na rycerską cześć! 
Każde słowo o rycerskiej czci wywierało na Maćku jakby czarodziejski wpływ. W życiu, 
prócz przykazań boskich i kościelnych, niewielu się innym kierował, ale natomiast tymi kilkoma 
kierował się niezachwianie. 
 
– Ja ci nie mówię, żebyś przysięgi nie dotrzymał – rzekł. 
– Jeno co? 
– Jeno to, żeś młody i że na wszystko masz czas. Jedź teraz z nami; wypoczniesz – z żalu i 
boleści się otrząśniesz – a potem ruszysz, dokąd zechcesz. 
– To już 
wam tak szczerze jak na spowiedzi powiem – odrzekł Zbyszko. – Jeżdżę, widzicie, 
gdzie trzeba, gadam z wami, jem i piję jak każdy człowiek, a sprawiedliwie mówię, że we 
wnętrzu i w duszy rady sobie nijakiej dać nie mogę. Nic, jedno smutek we mnie, nic, jedno 
boleść, nic, jedno te gorzkie śluzy – same mi z oczu płyną! 
– To ci właśnie między obcymi będzie najgorzej. 
– Nie! – mówił Zbyszko. – Bóg widzi, że do reszty bym skapiał w Bogdańcu. Kiedy wam 
mówię, że nie mogę, to nie mogą! Wojny mi trza, bo w polu łacniej przepomnieć. Czuję, że 
jak ślubu dokonam, jak onej zbawionej duszy będę mógł rzec: wszystkom ci spełnił, com 
przyobiecał – dopiero mnie popuści. A pierwej – nie! Nie utrzymalibyście mnie i na powrozie 
w Bogdańcu... 
188 
 
 

Po tych słowach stało się w izbie cicho, tak że słychać było muchy latające pod pułapem. 
 
– Ma-li skapieć w Bogdańcu, to niech lepiej jedzie – ozwała się wreszcie Jagienka. 
Maćko założył obie ręce na kark, jak miał zwyczaj czynić w chwilach wielkiego frasunku, 
po czym westchnął ciężko i rzekł: 
 
– Ej, mocny Boże!... 
Jagienka zaś mówiła dalej: 
– Zbyszku, ale ty przysięgnij, że jeżeli cię Bóg zachowa, to nie ostaniesz tutaj, jeno wrócisz 
do nas. 
– Co bym nie miał wrócić! Jużci nie ominę Spychowa, ale tu nie ostanę. 
– Bo – ciągnęła dalej cichszym nieco głosem dziewczyna – jeśli ci o tę truchełkę chodzi, to 
my ci ją zawieziem do Krześni... 
– Jaguś! – zawołał wybuchem Zbyszko. 
I w pierwszej chwili uniesienia i wdzięczności padł jej do nóg. 
189 
 
 

Rozdział 
trzydziesty ósmy 
 
 
Stary rycerz pragnął koniecznie towarzyszyć 
Zbyszkowi do wojsk księcia Witoldowych, 
ale ów nie dał sobie nawet o tym mówić. Uparł się jechać sam, bez pocztu, bez wozów, z 
trzema tylko konnymi pachołkami, z których jeden miał wieźć spyżę, drugi zbroję i ubiory, 
trzeci niedźwiedzie skóry do spania. Próżno Jagienka i Maćko błagali go, by wziął z sobą 
chociaż Hlawę, jako giermka wypróbowanej siły i wierności. Uparł się i nie chciał, mówiąc, 
że trzeba mu o tej boleści, która go toczy, zapomnieć, a obecność giermka przypominałaby 
mu właśnie wszystko, co było i przeszło. 
 
Ale jeszcze przed jego wyjazdem toczyły się ważne narady nad tym, co uczynić ze Spychowem. 
Maćko radził tę majętność sprzedać. Mówił, że to jest ziemia nieszczęsna, która 
nikomu nie przyniosła nic prócz klęsk i niedoli. W Spychowie dużo było wszelakiego bogactwa, 
począwszy od pieniędzy aż do zbroi, koni, szat, kożuchów, drogich skór, kosztownych 
sprzętów i stad, więc Maćkowi chodziło w duszy o to, aby owym bogactwem wspomóc 
Bogdaniec, który milszy był 
mu od wszystkich innych ziem. Radzili tedy nad tym długo, ale 
Zbyszko żadną miarą nie chciał się zgodzić na sprzedaż. 
 
– Jakoże mi – mówił – Jurandowe kości przedawać? – Tak ci to mu się mam wypłacić za 
one dobrodziejstwa, którymi mię obsypał? 
– Obiecaliśmy ci wziąć Danusiną truchłeczkę – odrzekł Maćko – możemy i Juranda ciało 
zabrać. 
– Ba, on tu z ojcami, a bez ojców będzie mu się cniło w Krześni. Weźmiecie Danuśkę, to 
on tu ostanie z dala od dziecka, weźmiecie i jego, to tu ojce sami ostaną. 
– Bo ty nie baczysz, że Jurand w raju wszystkich co dzień ogląda, a ojciec Kaleb powiada, 
że on w raju – odpowiedział stary rycerz. 
Ale ksiądz Kaleb, który był po stronie Zbyszka, rzekł: 
 
– Dusza w raju, ale ciało na ziemi aż do dnia sądu. 
Maćko zaś zastanowił się nieco i idąc dalej za własną myślą dodał: 
– Jużci, takiego chyba Jurand nie widzi, któren nie został zbawion, na to wszelako nie ma 
rady. 
– Co tu wyroków boskich dochodzić! – odrzekł 
Zbyszko. – Ale i tego nie daj Bóg, aby tu 
obcy człek nad tymi świętymi prochami mieszkał. Lepiej tu wszystkich ostawię, a Spychowa 
nie przedam, choćby mi za niego księstwo dawali. 
Po tych słowach wiedział już Maćko, że nie ma rady, bo znał uporczywość bratanka i 
wielbił ją w głębi duszy na równi ze wszystkim, co tylko w młodzianku było. 
Więc po chwili rzekł: 
 
– Prawda jest, że pod włos mi chłop mówi, ale w tym, co mówi, to praw. 
I zafrasował się, bo jednakże nie wiedział, co czynić. 
Ale Jagienka, która milczała dotąd, wystąpiła z nową radą: 
190 
 
 

– Żeby tak znaleźć poczciwego człeka, co by tu rządził alibo dzierżawą Spychów wziął, to 
by była wyborna rzecz. Najsłuszniej by wydzierżawić, bo nijakich nie mielibyście kłopotów, 
jeno gotowy grosz. Może by Tolima?... Stary on jest i więcej się na wojnie niż na gospodarstwie 
rozumie, ale jeśli nie on, to może ojciec Kaleb?... 
– Miła panno! – odpowiedział na to ksiądz Kaleb – obu nam z Tolimą ziemia się patrzy, 
ale ta, która nas pokryje, nie ta, po której chodzim. 
I to rzekłszy zwrócił się do Tolimy: 
 
– Prawda, stary? 
Więc Tolima ogarnął dłonią spiczaste ucho i zapytał: 
– O co chodzi? – a gdy mu powtórzono głośniej, rzekł: 
– Święta to prawda. Nie do gospodarstwa ja! Topór głębiej orze od pługa... Pana i dziecko 
to bym rad jeszcze pomścił... 
I wyciągnął chude, lecz żylaste dłonie z zakrzywionymi na kształt szponów drapieżnego 
ptaka palcami, po czym zwracając swą siwą, podobną do wilczej głowę w stronę Maćka i 
Zbyszka dodał: 
 
– Na Niemców, wasze moście, mnie weźcie – to moja służba! 
I miał słuszność. Przysporzył on niemało bogactw Jurandowi, ale tylko drogą wojny i łupu 
– nie gospodarstwem. 
Więc Jagienka, która przez czas tej rozmowy namyślała się, co ma powiedzieć, rzekła 
znów: 
 
– Tu by się patrzył człek młody, a nie bojący, bo zaśściana krzyżacka obok; taki, powiadam, 
co by się 
przed Niemcami nie tylko nie chował, ale jeszcze ich szukał, więc tak myślę, 
że nie przymierzając Hlawa – w sam raz by się do tego nadawał... 
– Obaczcie, jak to uradza! – rzekł Maćko, któremu, pomimo całej miłości do Jagienki, nie 
chciało się w głowie pomieścić, by w takiej sprawie zabierała głos niewiasta, a do tego 
dziewka przetowłosa. 
Ale Czech podniósł się z ławy, na której siedział, i rzekł: 
 
– Bóg na mnie patrzy, że rad bym z panem Zbyszkiem na wojnę iść, bośmy już razem trocha 
Niemców wyłuskali – i jeszcze by się zdarzyło... Ale jeśli mam zostawać, to bym tu został... 
Tolima mi przyjaciel i on mnie zna. Ściana krzyżacka obok, to i co? To właśnie! A oba-
czym, komu się somsiedztwo wpierw uprzykrzy! Miałbym się ja ich bać, to niech oni się 
mnie boją. Nie daj też, Panie Jezu, abym ja waszym mościom krzywdę 
w gospodarstwie czynił 
i k’sobie wszystko garnął. W tym panienka za mną poświadczy, bo wie, iżebym wolał 
sczeznąć sto razy niźli jej nierzetelne oczy pokazać... Na gospodarstwie tyle się znam, ilem 
się go w Zgorzelicach napatrzył, ale tak miarkuję, że więcej tu trzeba toporem i mieczem niż 
pługiem gospodarzyć. I to wszystko wielce mi jest po myśli, jeno, że przecie, tak... niby tu 
zostać... 
– To i co? – zapytał 
Zbyszko. – Czego się ociągasz? 
A Hlawa zmieszał się wielce i tak dalej zająkając się mówił: 
– Niby, że jak panienka odjedzie, to z nią i wszyscy odjadą. Wojować – dobrze i gospodarzyć 
też, ale tak samemu... bez nijakiej pomocy. Okrutnie by mi się tu cniło bez panienki i 
bez... tego, jako właśnie chciałem rzec... i jako że panienka nie sama jeździła po świecie... to 
jakby mi tu nikt nie pomógł... to nie wiem! 
– O czym ten chłop gada? – spytał Maćko. 
– Rozum macie bystry, a niceście nie pomiarkowali – odrzekła Jagienka. 
– Bo co? 
A ona zamiast odpowiedzi zwróciła się do giermka: 
– A jakby tak Anula Sieciechówna z tobą ostała – wytrzymałbyś? 
Na to Czech grzmotnął się do jej nóg, aż kurz powstał z polepy. 
– I w piekle bym z nią wytrzymał! – zawołał obejmując jej stopy. 
191 
 
 

Zbyszko usłyszawszy ten okrzyk patrzył ze zdumieniem na giermka, gdyż poprzednio o 
niczym nie wiedział i niczego się nie domyślał, a Maćko dziwił się także temu w duszy, ile to 
niewiasta znaczy we wszystkich ludzkich sprawach i jak przez nią każda rzecz może się udać 
albo też zgoła chybić. 
 
– Bóg łaskaw – mruknął – że już ja do nich nieciekaw. 
Jednakże Jagienka zwróciwszy się znów do Hlawy rzekła: 
– To teraz trzeba nam jeno wiedzieć, czy i Anula z tobą wytrzyma. 
I zawołała Sieciechównę, a ta weszła wiedząc lub domyślając się widocznie, o co chodzi, 
gdyż weszła z zasłonionymi ramieniem oczyma i z głową spuszczoną tak, że widać było tylko 
rozbiór jej jasnych włosów, które rozjaśniał jeszcze bardziej padający na nie promień słońca. 
Naprzód zatrzymała się przy odrzwiach, potem skoczywszy ku Jagience padła przed nią na 
kolana i ukryła twarz w fałdach jej spódnicy. 
 
A Czech klęknął koło niej i rzekł do Jagienki: 
 
– Pobłogosławcie nas, panienko. 
192 
 
 

Rozdział 
trzydziesty dziewiąty 
 
 
Nazajutrz nadeszła chwila odjazdu Zbyszka. On sam siedział wysoko na rosłym koniu bojowym, 
a swoi otaczali go dokoła. Jagienka stojąc wedle strzemienia wznosiła ku młodziankowi 
w milczeniu swe smutne niebieskie oczy, jakby chcąc przed rozstaniem napatrzyć się na 
niego do woli. Maćko razem z księdzem Kalebem przy drugim strzemieniu, a tuż obok giermek 
z Sieciechówną. On zwracał głowę to w jedną, to w drugą stronę, zamieniając z nimi 
krótkie słowa, jakie zwykle wypowiada się przed długą podróżą: „Ostańcie zdrowi!” – „Niech 
cię Bóg prowadzi!” – „Czas już!” – „Hej, czas! czas!” Poprzednio już był pożegnał się ze 
wszystkimi i z Jagienką, którą pod nogi podjął dziękując jej za życzliwość. A teraz, gdy spoglądał 
na nią z wysokiego rycerskiego siodła, miał ochotę powiedzieć jej jeszcze jakie dobre 
słowo, gdyż jej wzniesione oczy i twarz mówiły mu tak wyraźnie: „Wróć!” – że serce wzbierało 
mu rzetelną wdzięcznością. 
 
I gdyby odpowiadając na tę jej niemą wymowę rzekł: 
 
– Jaguś, ku tobie jako ku siestrze rodzonej... Wiesz!... Nic więcej nie rzekę! 
– Wiem. Bóg ci zapłać. 
– I o stryjcu pamiętaj. 
– I ty pamiętaj. 
– Jużci, wrócę, jeśli nie zginę. 
– Nie giń. 
Raz już, w Płocku, gdy wspomniał o wyprawie, powiedziała mu tak samo: „Nie giń”, ale 
teraz słowa te wyszły z jeszcze większej głębi jej duszy i może dla ukrycia łez pochyliła się 
przy tym tak, że czoło jej dotknęło na chwilę kolana Zbyszka. 
 
A tymczasem pachołkowie konni przy bramie trzymający juczne konie, gotowi już do drogi, 
poczęli śpiewać: 
 
Nie zginie pierścień, złocisty pierścień 
 
 
Nie zginie. 
 
Kruk go odniesie, z pola odniesie 
 
Dziewczynie. 
 
– W drogę! – zawołał Zbyszko. 
– W drogę. 
– Boże cię prowadź! Matko Najświętsza!... 
Zatętniły kopyta na drewnianym zwodzonym moście, jeden z koni zarżał przeciągle, inne 
poczęły parskać i orszak ruszył. 
Ale Jagienka, Maćko, ksiądz, Tolima oraz Czech ze swą niewiastą i ci słudzy, którzy zostawali 
w Spychowie, wyszli na most i patrzyli na odjeżdżających. Ksiądz Kaleb żegnał ich 
krzyżem czas długi, aż 
gdy wreszcie znikli za wysokimi krzewami olszyny, rzekł: 
 
– Pod tym znakiem nie dosięgnie ich zła przygoda. 
193 
 
 

A Maćko dodał: 
 
– Pewnie, ale i to też dobrze, że konie czyniły parskanie okrutne. 

 
Lecz i oni nie zostali już długo w Spychowie. Po dwóch tygodniach załatwił stary rycerz 
sprawy z Czechem, który osiadł dzierżawą na majętności, sam zaś na czele długiego szeregu 
wozów otoczonych zbrojną czeladzią ruszył z Jagienką w stronę Bogdańca. Niezupełni radzi 
patrzyli na owe wozy ksiądz Kaleb i stary Tolima, bo, prawdę rzekłszy, Maćko złupił trochę 
Spychów – ale ponieważ Zbyszko całkiem zdał na niego rządy – nikt nie śmiał mu się sprzeciwić. 
Zresztą byłby zabrał jeszcze więcej, gdyby go nie hamowała Jagienka, z którą sprzeczał 
się wprawdzie, wydziwiając na „babskie rozumy” ale której słuchał jednak prawie we 
wszystkim. 
 
Trumny Danusinej nie wieźli jednak, gdyż skoro Spychów nie został sprzedany, Zbyszko 
wolał, aby została z ojcem. 
 
Wieźli natomiast moc pieniędzy i różnych bogactw, w znacznej części złupionych swego 
czasu na Niemcach w rozlicznych bitwach, które stoczył z nimi Jurand. Toteż Maćko spoglądając 
teraz na ładowne, pokryte rogożami wozy radował się 
w duszy na myśl, jak wspomoże i 
urządzi Bogdaniec. Zatruwała mu jednak tę radość obawa, że Zbyszko może polec, ale znając 
sprawność rycerską młodzianka nie tracił jednak nadziei, że wróci szczęśliwie, i z rozkoszą o 
tej chwili rozmyślał. 
 
– Może to Bóg tak chciał – mówił sobie – żeby wpierw dostał 
Zbyszko Spychów, a potem 
Moczydoły i wszystko, co po opacie zostało? Niech jedno wróci szczęśliwie, to mu kasztel 
godny w Bogdańcu wystawię; a wtedy obaczym!... 
Tu przypomniało mu się, że Cztan z Rogowa i Wilk z Brzozowej pewnie niezbyt mile go 
przyjmą i że może trzeba się będzie z nimi potykać, ale o to nie dbał, równie jak stary koń 
bojowy nie dba, gdy mu do bitwy iść przyjdzie. Zdrowie mu wróciło, czuł siłę w kościach i 
wiedział, że tym zabijakom, groźnym wprawdzie, ale nie mającym nijakiego ćwiczenia rycerskiego 
łatwo da rady. Wprawdzie co innego mówił przed niedawnym czasem Zbyszkowi – 
mówił to jednak tylko dlatego, by go do powrotu skłonić. 
 
„Hej! szczuka ja, a oni kiełbie – myślał – niech mi lepiej od głowy nie zachodzą!” 
 
Natomiast zaniepokoiło go co innego: Zbyszko Bóg wie kiedy oto wróci, a przy tym Jagienkę 
uważa całkiem tylko za siostrę. Nuż dziewka patrzy na niego też jak na brata i nuż nie 
zechce czekać na jego niepewny powrót? 
 
Więc zwrócił się do niej i rzekł: 
 
– Słuchaj, Jagna, nie mówię ja o Cztanie i Wilku, bo to grube chłopiska i nie dla ciebie. 
Tyś teraz dwórka!... Ale wedle tego, że to roki ci są!... Już 
nieboszczyk Zych powiadał, że 
czujesz Bożą wolę, a to temu kilka lat... Bo ja tam wiem! Mówią, że jak dziewce za ciasno we 
wianuszku, to ci sama gotowa szukać takiego, co by jej go z głowy zdjął... Ma się rozumieć, 
że ni Cztan, ni Wilk... Ale jakoże miarkujesz? 
– O co wy się pytacie? 
– Nie wydasz-li ty się za kogo bądź? 
– Ja?... Ja mniszką ostanę. 
– Nie powiadaj byle czego! A jak Zbyszko wróci? 
Ale ona potrząsnęła głową: 
– Mniszką ostanę. 
– No, a jakby cię pokochał? Jakby cię prosił okrutnie? 
Na to dziewczyna odwróciła zarumienioną twarz do pola, ale wiatr, który właśnie od pola 
wiał, przyniósł Maćkowi cichą odpowiedź: 
 
– To nie ostanę. 
194 
 
 

Rozdział 
czterdziesty 
 
 
Zabawili czas jakiś w Płocku, aby się 
z dziedzictwem i z testamentem opatowym uładzić, a 
potem, zaopatrzeni w należyte dokumenta, ruszyli dalej niewiele wypoczywając w drodze, 
która była łatwa i bezpieczna, gdyż upał osuszył błota, pozwężał rzeki, a gościńce szły krajem 
spokojnym, zamieszkałym przez lud swojacki i gościnny. Z Sieradza pchnął jednak ostrożny 
Maćko pachołka do Zgorzelic, ażeby o przybyciu swoim i Jagienkowym oznajmić, skutkiem 
czego Jaśko, brat Jagienki, wyskoczył ku nim na pół drogi i na czele dwudziestu zbrojnych 
parobków odprowadził ich do domu. 
 
Było przy tym spotkaniu niemało radości, powitań i okrzyków. Jaśko podobny był zawsze 
do Jagienki jak dwie krople wody, ale już ją przerósł. Chłopak był na schwał: dziarski, wesoły 
jak nieboszczyk Zych, po którym ochotę do ciągłego śpiewania odziedziczył, a żywy jak skra. 
Poczuł się też już w latach, w sile i za dojrzałego męża się uważał, bo rządził swymi pachołkami 
jak prawy wódz, a oni w mig każdy jego rozkaz spełniali bojąc się widocznie jego powagi 
i władzy. 
 
Dziwili się więc temu Maćko i Jagienka, a on dziwił się także z wielką uciechą urodzie i 
dworności siostry, której od dawna nie widział. Mówił przy tym, że już się ku niej wybierał i 
że maluczko, a byliby go w domu nie zastali, gdyż i tak trzeba mu świat obaczyć, o ludzi się 
otrzeć, ćwiczenia rycerskiego nabrać i sposobności tu i owdzie znaleźć do potykania się z 
wędrownymi rycerzami. 
 
– Świat i obyczaje ludzkie poznać – rzekł mu na to Maćko – dobra jest to rzecz, gdyż uczy 
to, jak się w każdej przygodzie znaleźć, co powiedzieć, i wzmaga przyrodzony rozum. Ale co 
do potykania się, lepiej, że ja ci powiem, iżeś nato jeszcze za młody, niżżeby ci to miał jaki 
obcy rycerz powiedzieć, któren by cię przy tym wyśmiać nie omieszkał. 
– To by po tym śmiechu zapłakał – odrzekł na to Jaśko – a jeśli nie on, to jego żona i dzieci. 
I spojrzał z okrutną zuchwałością przed siebie, jakby chciał rzec wszystkim wędrownym 
rycerzom na świecie: „Gotujcie się na śmierć!” Lecz stary rycerz z Bogdańca zapytał: 
 
– A Cztan i Wilk ostawili tu was w spokoju? Bo to oni radzi na Jagienkę patrzyli. 
– Ba! Wilk zabit na Śląsku. Chciał tam jednego kasztelu niemieckiego dobyć i dobył, ale 
że go kłodą z murów przywalili, więc po dwóch dniach ostatnią parę puścił. 
– To go szkoda. Chadzał i jego ojciec na Niemców do Śląska, którzy tam nasz naród cisną 
– i łupy z nich brał... Najgorsze to dobywanie zamków, bo przy nim ni zbroja, ni ćwiczenie 
rycerskie nie pomoże. Da Bóg, że tam książę Witold nie będzie zamków dobywał, jeno w 
polu Krzyżaków gnębił... A Cztan? Co z nim słychać? 
Jaśko począł sięśmiać: 
 
– Cztan się ożenił! Wziął córkę kmiecia z Wysokiego Brzegu, sławną z urody. Hej! nie 
tylko gładka dziewka, ale i zaradna, bo Cztanowi niejeden woli z drogi ustąpić, a ona go po 
włochatym pysku bije i za nozdrza ci go wodzi jako niedźwiedzia na łańcuchu. 
195 
 
 

Rozweselił się usłyszawszy to stary rycerz. 
 
– Widzisz ją! wszystkie baby jednakie! Jagienka, i ty taka będziesz! Chwała Bogu, że nie 
było z tymi dwoma zabijakami kłopotu, bo szczerze mówiąc, aże mi to dziwno, że na Bogdańcu 
złości nie wywarli. 
– Cztan chciał, ale Wilk, który był mądrzejszy, nie dał mu. Przyjechał do nas do Zgorzelic 
pytać, co się z Jagienką stało? Rzekłem, iż pojechała po opatowe dziedzictwo. A on powiada: 
„Czemu zaś mi Maćko o tym nie mówili?” Więc ja znów na to: „A cóż to, Jagienka twoja, 
żeby ci się mieli opowiadać?!” On też pomyślawszy chwilę: „Prawda, mówi, że nie moja.” I 
jako to rozum miał bystry, zaraz widać pomiarkował, że was i nas sobie zjedna, jeśli Bogdańca 
będzie przed Cztanem bronił. Potykali się też na Ławicy wedle Piasków i poszczerbili się 
wzajem, a potem pili na umór, jak to im się zawdy przytrafiało. 
– Panie świeć nad Wilkową duszą! – rzekł Maćko. 
I odetchnął głęboko, rad, że w Bogdańcu nie znajdzie innych szkód nad te, których długa 
jego nieobecność mogła być przyczyną. 
Jakoż 
i nie znalazł; owszem, pomnożył się nawet dobytek w stadach, a z niewielkiego 
stadka świerzop były jużźrebaki dwulatki, niektóre – po bojowych fryzyjskich ogierach – nad 
zwykłą miarę rosłe i silne. Szkoda znalazła się tylko w tym, że kilku brańców uciekło, ale 
niewielu, bo mogli uciekać wyłącznie do Śląska, a tam niemieccy lub zniemczeni rabusie-
rycerze gorzej obchodzili się z jeńcami niż szlachta polska. Stare, ogromne domosko pochyliło 
się jednakże znacznie do upadku. Popękały polepy, skrzywiły sięściany i pułapy, a modrzewiowe 
belki zrębione przed dwustu albo i więcej laty poczęły próchnieć. We wszystkich 
izbach, które zamieszkiwał ongi liczny róg Gradów Bogdanieckich, zaciekało w czasie obfitych 
dżdżów letnich. Dach zdziurawiał i pokrył się całymi kępami zielonych i rudych mchów. 
Cała budowa przysiadła i wyglądała jak grzyb rozłożysty, ale zmurszały. 
 
– Żeby był starunek, to by jeszcze trwało, bo od niedawna zaczęło się psować – mówił 
Maćko do starego karbowego Kondrata, który pod nieobecność panów zawiadował majętnością. 
A po chwili: 
 
– Ja bym i tak do śmierci domieszkał, ale Zbyszkowi kasztel się patrzy. 
– O dla Boga! Kasztel? 
– He! Albo co? 
Była to ulubiona myśl starego postawić 
Zbyszkowi i przyszłym jego dzieciakom kasztel. 
Wiedział, że szlachcica, który nie w zwykłym dworcu, ale za rowem i częstokołem siedzi, a 
przy tym czatownię ma, z której straż spogląda na okolicę, zaraz i sąsiedzi „za coś uważają” – 
i o urząd mu łatwiej. Dla siebie niewiele już 
żądał Maćko, ale dla Zbyszka i jego synów nie 
chciał na małym poprzestać, tym bardziej teraz, gdy majętność wzrosła tak znacznie. 
 
„Niechby jeszcze Jagienkę wziął – myślał – a z nią Moczydoły i opatowe dziedzictwo: nikt 
by w okolicy nie był z nami na równi – co daj Boże!” 
 
Ale to wszystko zależało od tego, czy Zbyszko wróci – a to była rzecz niepewna i zależna 
od łaski boskiej. Mówił sobie tedy Maćko, że trzeba mu być teraz z Panem Bogiem jak najlepiej 
i nie tylko w niczym mu się nie narazić, ale czym można, to go zjednać. W tej części nie 
żałował dla kościoła w Krześni ni wosku, ni odsepów, ni zwierzyny, a pewnego wieczora 
przyjechawszy do Zgorzelic tak rzekł do Jagienki: 
 
– Do Krakowa ci jutro jadę, do grobu Świętej naszej ukochanej Jadwigi. 
A ona aż zerwała się z ławy ze strachu. 
– Zaliście dostali jaką złą nowinę? 
– Nijakiej nowiny nie było, bo i nie mogło jeszcze być. Ale ty pamiętasz, jako wtedy, 
gdym chorzał od tego zadziora w boku – co toście, wiesz, po bobry ze Zbyszkiem chodzili – 
ślubowałem, że jeśli Bóg mi wróci zdrowie, to do tego grobu pójdę. Bardzo mi wonczas 
wszyscy tę chęć 
chwalili. I pewnie! Ma tam Pan Bóg dość 
świętej czeladzi, ale przecie byle 
196 
 
 

święty nie znaczy i tam tyle, co nasza Pani, której uradzić nie chcę i wskróś tej przyczyny, że 
mi i o Zbyszka chodzi. 
 
– Prawda! jako żywo! – rzekła Jagienka. – Ale żeście dopiero z takiej okrutnej wędrówki 
wrócili... 
– To i co! Wolę już wszystko naraz odbyć, a potem siedzieć spokojnie doma aż do Zbyszkowego 
powrotu. Niech jeno królowa nasza wstawi się za nim do Pana Jezusa, to mu przy 
dobrej zbroi i dziesięciu Niemców nie poradzi... Będę potem z lepszą nadzieją kasztel budował. 
– Ale też kości macie niepożyte! 
– Pewnie, żem jeszcze jary. Powiem ci też 
i co innego. Niech Jaśko, któren się w drogę 
rwie, jedzie ze mną. Jam człek doświadczony i pohamować go potrafię. A gdyby przygoda się 
jaka trafiła – bo to chłopaka ręce swędzą – to wiesz przecie, że i potykać mi się nie nowina, 
zarówno pieszo, jak konno – na miecze alibo na topory... 
– Wiem! Nikt go lepiej od was nie ustrzeże. 
– Ale tak myślę, że nie przygodzi się potykać, bo póki królowa żyła, to pełno bywało w 
Krakowie obcych rycerzy, którzy jej urodę chcieli oglądać – ale teraz wolą do Malborga ciągnąć, 
bo tam beczki z małmazją pękatsze. 
– Ba! przecie jest nowa królowa. 
A Maćko skrzywił się i machnął ręką: 
– Widziałem! – i nic więcej nie rzekę – rozumiesz. 
Po chwili zaś dodał: 
– Za trzy albo cztery niedziele będziemy z powrotem. 
Jakoż tak się stało. Kazał 
tylko stary rycerz poprzysiąc Jaśkowi na rycerską cześć i na głowęśw. 
Jerzego, że się w żadną dalszą drogę nie będzie napierał – i wyjechali. 
W Krakowie stanęli bez przygody, bo kraj był spokojny, a od wszelkich napadów ze strony 
zniemczonych książątek granicznych i zbójów-rycerzy niemieckich ubezpieczał go strach 
przed potęgą Królestwa i męstwem mieszkańców. Po odprawieniu ślubów dostali się przez 
Powałę 
z Taczewa i kniazika Jamonta na dwór królewski. Myślał Maćko, że i na dworze, i po 
urzędach będą 
go skwapliwie wypytywali o Krzyżaków, jako człeka, który ich przeznał dobrze 
i który im się z bliska przypatrywał. Ale po rozmowie z kanclerzem i z miecznikiem krakowskim 
przekonał się ze zdziwieniem, że wiedzą oni o Krzyżakach nie tylko nie mniej, ale 
więcej od niego. Wiedziano wszystko aż do najdrobniejszych szczegółów, co się działo i w 
samym Malborgu, i w innych, choćby w najodleglejszych zamkach. Wiedziano, jakie są komendy, 
jaka gdzie liczba żołnierza, jaka ilość dział, ile czasu potrzeba na zebranie wojsk, jakie 
są zamiary Krzyżaków na wypadek wojny. Wiedziano nawet o każdym komturze, czy jest 
człowiek porywczy i zapalczywy, czy rozważny, a zapisywano wszystko tak troskliwie, jakby 
wojna miała jutro wybuchnąć. 
 
Stary rycerz uradował się tym w sercu wielce, zrozumiał bowiem, że do owej wojny gotują 
się daleko rozważniej, rozumniej i potężniej w Krakowie niż w Malborgu. „Pan Jezus dał nam 
takie albo i większe męstwo – mówił sobie Maćko – a widać większy rozum i większą zapobiegliwość.” 
I tak wówczas było. Dowiedział się też niebawem, skąd pochodzą owe wiado-
mości: oto dostarczali ich sami mieszkańcy Prus, ludzie wszystkich stanów, zarówno Polacy, 
jak i Niemcy. Zakon potrafił taką wzbudzić przeciw sobie nienawiść, że wszyscy w Prusiech 
wyglądali jak zbawienia przyjścia wojsk Jagiełłowych. 
 
Maćkowi przypomniało się wówczas, co swego czasu mówił 
w Malborgu Zyndram z 
Maszkowic – i jął powtarzać sobie w duszy: 
 
– Ten ci ma głowę! czysty ceber! 
I rozpamiętywał każde jego słowo, a raz zapożyczył nawet od niego mądrości, bo gdy trafiło 
się, że młody Jaśko począł wypytywać o Krzyżaków, rzekł: 
 
197 
 
 

– Mocni oni, juchy, są, ale jakoże myślisz? zali nie wyleci z siodła rycerz najmocniejszy, 
jeśli ma poderżnięty poprąg i strzemiona? 
– Wyleci, jako to prawda, że tu stoję! – odrzekł młodzianek. 
– Ha! widzisz! – zawołał grzmiącym głosem Maćko. – Do tegom cię chciał przywieść! 
– Bo co? 
– Bo Zakon to taki rycerz! 
A po chwili dodał: 
– Z lada gęby tego nie usłyszysz – nie bój się! 
I – gdymłody rycerzyk nie mógł jeszcze wymiarkować dobrze, o co chodzi, począł mu 
rzecz wyjaśniać, zapomniał jednak dodać, że porównanie to nie sam wymyślił, ale że wyszło 
ono co do słowa z potężnej głowy Zyndrama z Maszkowic. 
 
198 
 
 

Rozdział 
czterdziesty pierwszy 
 
 
W Krakowie niedługo zabawili, a byliby zabawili jeszcze krócej, gdyby nie prośby Jaśka, 
który chciał się ludziom i miastu napatrzyć, albowiem wszystko wydawało mu się snem cudownym. 
Jednakże staremu rycerzowi śpieszyło się okrutnie do domowych pieleszy i do 
żniw, więc niewiele pomogły i prośby, tak że na Wniebowzięcie Najświętszej Panny byli już 
z powrotem – jeden w Bogdańcu, drugi w Zgorzelicach przy siostrze. 
 
I od tej pory zaczęło im siężycie wlec dość jednostajnie, zapełnione pracą gospodarczą i 
zwykłymi wiejskimi zabiegami. Żniwa w położonych nizinnie Zgorzelicach, a zwłaszcza w 
Jagienkowych Moczydołach, wypadły wyśmienicie, ale w Bogdańcu z powodu suchego roku 
plon okazał się chudy i nie trzeba było trudu, by go zebrać. W ogóle skąpo tam mieli ziemi 
uprawnej, bo majętność była pod borem, a wskutek długiej niebytności panów te nawet lechy, 
które już był karczunkiem przysposobił pod orkę opat, zapuszczono z braku rąk na nowo. 
Stary rycerz, jakkolwiek czuły na każdą stratę, nie brał tego zbytnio do serca, wiedział bowiem, 
iż przy pieniądzach łatwo będzie wprowadzić we wszystkim ład i porządek – byle tylko 
było dla kogo trudzić się i pracować. Ale właśnie ta wątpliwość zatruwała mu pracę i dni. 
Rąk wprawdzie nie opuszczał, wstawał do dnia; jeździł do stad, doglądał robót polnych i leśnych, 
wybrał nawet miejsce na kasztel i przysposabiał budulec, ale gdy po dniu znojnym 
słońce roztapiało się w złotych i czerwonych blaskach zórz, nieraz chwytała go tęsknota 
okrutna, a obok niej i niepokój, jakiego przedtem nigdy nie doznawał. „Ja tu zabiegam, ja się 
tu mozolę – mówił sobie – a tam chłopisko mój leży może gdzie w polu włócznią przebodzion 
i wilcy mu zębami pozgonne dzwonią.” Na tę myśl ściskało mu się serce i wielką miłością, 
i wielkim bólem. Nasłuchiwał też wówczas pilnie, czy tętentu nie usłyszy, który zwiastował 
codzienne przybycie Jagienki, udając bowiem przy niej, że ma dobrą otuchę, nabierał 
jej sam i krzepił się nieco w strapionej duszy. 
 
Ona zaś przyjeżdżała codziennie, zwykle pod wieczór, z kuszą przy siodle i z oszczepem, 
od wypadku w drodze powrotnej. Nie była to rzecz wcale możliwa, aby mogła kiedy niespodzianie 
zastać Zbyszka już w domu, gdyż Maćko nie śmiał się 
go przed jakimś rokiem albo i 
półtora spodziewać – ale widocznie i ta nadzieja taiła się w dziewczynie, gdyż przybywała nie 
tak jak niegdyś za dawnych czasów, w zaściągniętej tasiemką koszulinie, w kożuszku wełną 
do góry i z liśćmi w powichrzonych włosach, ale z pięknie splecionym warkoczem i z piersią 
opiętą w barwne sieradzkie sukno. Maćko wychodził ku niej – i pierwsze jej pytanie było 
zawsze, jakby kto zapisał: „A co?” – a pierwsza jego odpowiedź „A nic!” – potem wprowadzał 
ją 
do izby i gwarzyli przy ogniu o Zbyszku, o Litwie, o Krzyżakach i o wojnie – ciągle w 
kółko, ciągle o tym samym – a nigdy żadnemu z nich nie tylko nie naprzykrzyły się te rozmowy, 
ale nigdy nie mieli ich dosyć. 
 
I tak było przez całe miesiące. Bywało, że i on jeździł do Zgorzelic, ale częściej ona do 
Bogdańca. Czasem jednak, gdy w okolicy zdarzały się jakieś niepokoje albo w porze rui 
niedźwiedzich, gdy stare samce idąc rozwścieczone za samicą skłonne bywały do zaczepki, 
 
199 
 
 

Maćko odprowadzał dziewczynę do domu. Zbrojny dobrze, nie obawiał się stary żadnych 
dzikich zwierząt, był bowiem niebezpieczniejszy dla nich niż one dla niego. Jeździli tedy 
wówczas strzemię w strzemię – i często bór odzywał się z głębin groźnie, lecz oni zapomina-
jąc o wszystkim, co im się mogło przygodzić, rozmawiali tylko o Zbyszku: gdzie jest? co robi? 
zali już nabił albo czy prędko nabije tylu Krzyżaków, ile nieboszczce Danusi i jej nieboszczce 
matce ślubował – i czyli rychło powróci? Jagienka zadawała przy tym Maćkowi 
pytania, które już ze sto razy zadawała poprzednio, a on odpowiadał 
na nie z taką uwagą i 
rozmysłem, jakby je pierwszy raz słyszał. 
 
– To mówicie – pytała – że bitwa w polu nie tak dla rycerza straszna jak zamków dobywanie? 
– A obacz, co się Wilkowi przygodziło? Przed kłodą, którą z wałów stoczą, żadna zbroja 
nie uchroni, a w polu, byle rycerz ćwiczenie należyte miał, może się i dziesięciu nie dać. 
– A Zbyszko? Zali zacną ma zbroję? 
– Ma ich kilka zacnych, a najlepszą tę zdobyczną 
po Fryzie, bo w Mediolanie kuta. Jeszcze 
przed rokiem była cośkolwiek na Zbyszka za luźna, ale ninie w sam raz. 
– To już przeciw takiej żadna broń nie poradzi, prawda? 
– Co ręka ludzka zrobiła, przeciw temu ręka ludzka poradzi. Na mediolańską zbroję – mediolański 
miecz albo też strzały Angielczyków. 
– Strzały Angielczyków? – pytała z niepokojem Jagienka. 
– A tom ci nie mówił? Nie masz nad nich w świecie łuczników... chyba Mazurowie puszczańscy, 
ale i ci tak godnego sprzętu nie mają. Angielska kusza przeszyje na sto kroków najlepszą 
zbroję. Widziałem pod Wilnem. I żaden z nich nie chybi, a znajdzie się poniektóry, co 
i jastrzębia w lot ustrzeli. 
– O pogańscy synowie! Jakożeście sobie z nimi radzili? 
– Nie było innej rady, jeno zaraz w nich! Dobrze psiajuchy i berdyszami obracają, ale z 
bliska to już nasz sobie poradzi. 
– Piastowała was przecie ręka boska, to i teraz Zbyszka ustrzeże. 
– Często ja też tak mówię: „Panie Boże, skoroś nas stworzył i w Bogdańcu osadził, to teraz 
pilnuj, abyśmy zaś nie sczezli!” Ha! boska to już sprawa. Po prawdzie, niemała to rzecz na 
cały świat dawać 
baczenie i o niczym nie przepomnieć, ale po pierwsze, człek się tam czym 
może przypomina, Kościołowi świętemu nie skąpiąc, a po wtóre, co boska głowa, to nie ludzka. 
Tak to oni nieraz z sobą gwarzyli dodając sobie wzajem otuchy i nadziei. Tymczasem jednak 
płynęły dni, tygodnie i miesiące. W jesieni zdarzyła się Maćkowi sprawa ze starym Wilkiem 
z Brzozowej. Był z dawna spór graniczny między Wilkami a opatem o leśne nowocie, 
które opat, trzymając zastawem Bogdaniec, wykarczował i zagarnął. W swoim czasie pozywał 
on nawet obu naraz Wilków w pole, na kopie albo na długie miecze, ci wszelako nie 
chcieli stawać z duchownym, w sądzie zaś nie mogli nic wskórać. Teraz stary Wilk upomniał 
się 
o swoje grunta, Maćko zaś, który na nic w świecie nie był tak chciwy jak na ziemię, idąc 
zrazu za popędem swej natury, a zarazem podniecon myślą, że jęczmiona udają się doskonale 
na nowinach, ani chciał słyszeć o ich ustąpieniu. Byliby też niechybnie poszli do grodu, gdyby 
nie to, że wypadkiem zjechali się u proboszcza w Krześni. Tam gdy nagle stary Wilk rzekł 
w końcu srogiej kłótni: „Zanim ludzie rozsądzą, na Boga się zdaję, który na waszym rodzie za 
moją krzywdę się pomści” – zmiękł nagle zawzięty Maćko, pobladł, na chwilę umilkł, a potem 
tak ozwał się do kłótliwego sąsiada: 
 
– Słuchajcie, nie ja począłem sprawę, jeno opat. Bóg wie, czyja sprawa słuszna, ale macie-
li złorzeczyć 
Zbyszkowi, to bierzcie nowiny, a Zbyszkowi niech tak Bóg da zdrowie i szczęście, 
jako je wam z serca odstępuję. 
I wyciągnął ku niemu dłoń, a ów znając go z dawnych czasów zdumiał się niezmiernie, ani 
bowiem domyślał się, jaka w tym twardym pozornie sercu tkwiła miłość dla bratanka i jaki 
 
200 
 
 

panował 
niepokój o jego losy. Przez długi też czas nie mógł i słowa przemówić, aż dopiero 
gdy ucieszony takim obrotem sprawy proboszcz kraśnieński przeżegnał ich znakiem krzyża – 
odrzekł: 
 
– A kiedy tak, to co innego! Nie o zysk mi chodziło, bom stary i majętności nie mam komu 
ostawić – jeno o słuszność. Kto ze mną po dobroci – temu jeszcze i swego ustąpię. A waszemu 
bratankowi niech tam Bóg błogosławi – abyście na starość nie płakali po nim, jako ja po 
moim jedynym chłopie... 
I rzucili się sobie wzajem w ramiona, a potem długi czas spierali się o to, kto weźmie nowiny. 
Maćko dał się wszelako w końcu przekonać – ile że Wilk sam był na świecie – i majętności 
nie miał istotnie komu zostawić. 
 
Po czym zaprosił starego do Bogdańca, gdzie uczcił 
go obficie jadłem i napojem – albowiem 
i sam miał w duszy radość wielką. Cieszyła go i nadzieja, że jęczmień na nowinach 
tęgo zejdzie, i zarazem myśl, że odwrócił od Zbyszka niełaskę Bożą. 
 
„Byle wrócił, to mu ta ziemi i dobytku nie zbraknie!” – myślał. 
Jagienka nie mniej była z tej zgody zadowolona. 
 
 
– Jużci teraz – mówiła wysłuchawszy, jak się wszystko odbyło – jeśli Pan Jezus miłosierny 
zechce okazać, że mu zgoda od swarów milsza, to musi wam Zbyszko szczęśliwie powrócić. 
Na to twarz Maćka pojaśniała, jakby padł na nią promień słońca. 
 
– Tak i ja myślą! – rzekł. – Pan Bóg wszechmocny, bo wszechmocny, ale i na moce niebieskie 
są sposoby, trzeba jeno rozum mieć... 
– Wam chytrości nigdy nie brakło – odpowiedziała dziewczyna podnosząc w górę oczy. 
I po chwili, jakby się nad czym namyśliwszy, ozwała się znowu: 
– Ale też wy tego waszego Zbyszka miłujecie! miłujecie! hej! 
– Kto by jego nie miłował! – odparł stary rycerz. – A ty? Niby to go nienawidzisz? 
Jagienka nie odpowiedziała nic wprost, tylko jak siedziała na ławie w podle Maćka, tak 
przysunęła się do niego jeszcze bliżej i odwróciwszy głowę poczęła go trącać z lekka łokciem: 
 
 
– Dajcie spokój! com wam winna! 
201 
 
 

Rozdział 
czterdziesty drugi 
 
 
Jednakże wojna o Żmujdź między Krzyżakami a Witoldem zbyt zajmowała ludzi w Królestwie, 
aby nie mieli dopytywać się o jej przebieg. Niektórzy pewni byli, że Jagiełło przyjdzie 
w pomoc stryjecznemu bratu i że walnej wyprawy przeciw Zbyszkowi rychło patrzeć. Rycerstwo 
rwało się 
do niej, a po wszystkich siedzibach szlacheckich powtarzano sobie, że i znaczna 
liczba panów krakowskich zasiadających w królewskiej radzie przechyla się na stronę 
wojny mniemając, że raz trzeba skończyć z tym nieprzyjacielem, który nigdy nie chciał poprzestać 
na swoim, a o zagrabieniu cudzego myślał nawet wówczas, gdy ogarniała go bojaźń 
przed potęgą sąsiedzką. Lecz Maćko, który był człowiekiem rozumnym, a jako bywalec widział 
i przeznał wiele, nie wierzył w bliską wojnę i tak nieraz o tym mówił do młodego Jaśka 
ze Zgorzelic i do innych sąsiadów, których w Krześni spotykał: 
 
– Póki mistrz Konrad żywie, nie będzie z tego nic, bo on mądrzejszy od innych i wie, że 
nie byłaby to zwyczajna wojna, ale jakoby rzec: „twoja albo moja śmierć!” I do tego on zna-
jąc moc królewską nie dopuści. 
– Ba! a jeśli król pierwszy wojnę wypowie? – pytali sąsiedzi. 
Lecz Maćko kręcił głową: 
– Widzicie... z bliska ja się wszystkiemu przypatrował i niejednom potrafił wymiarkować. 
Żeby to był król z naszego dawnego rodu królów od wiek wieków krześcijańskich, to by może 
i pierwszy na Niemców uderzył. Ale nasz Władysław Jagiełło (nie chcę ja mu czci 
umknąć, bo zacny to pan, którego niech Bóg w zdrowiu zachowa), nimeśmy go królem sobie 
obrali, był wielkim księciem litewskim i poganinem; krześcijaństwo dopiero co przyjął, a 
Niemce szczekają po świecie, że dusza jeszcze w nim pogańska. Przeto okrutnie mu nie przystoi 
pierwszemu wojnę wypowiedzieć i krześcijańską krew rozlewać. Dla której przyczyny i 
Witoldowi w pomoc nie rusza, chociaż go ręce swędzą, bo i to wiem, że nienawidzi on jak 
trądu Krzyżaków. 
Takimi mowami jednał sobie Maćko sławę bystrego człowieka, któren każdą rzecz potrafi 
jako na stole położyć. W Krzeźni też otaczano go co niedziela po mszy kołem, a potem weszło 
w zwyczaj, że ten lub ów sąsiad zasłyszawszy jaką nowinę zajeżdżał do Bogdańca, aby 
mu stary rycerz wytłumaczył to, czego zwykła szlachecka głowa nie mogła wyrozumieć. On 
zaś przyjmował wszystkich gościnnie i rozmawiał z każdym ochotnie, a gdy wreszcie gość 
nagawędziwszy się odjeżdżał, nie zapomniał nigdy pożegnać 
go takimi słowy: 
 
– Dziwujecie się mojemu dow***owi, ale gdy Zbyszko, da Bóg, wróci, to się dopiero będziecie 
dziwowali! Jemu choćby w radzie królewskiej zasiadać, taka jucha łebska i przemyślna. 
I wmawiając to gościom wmówił na końcu sobie, a zarazem i Jagience. Zbyszko wydawał 
się im oboju z dala jak królewicz w bajce. Gdy nadeszła wiosna, zaledwie już mogli usiedzieć 
w domu. Wróciły jaskółki, wróciły bociany; chruściele poczęły grać po łąkach, przepiórki 
odzywać się 
w zielonej runi zbóż; przeleciały przedtem jeszcze klucze żurawi i cyranek – 
 
202 
 
 

Zbyszko jeden nie wracał. Ale gdy ptactwo ciągnęło z południa, natomiast z północy wicher 
skrzydlaty przynosił wieści o wojnie. Mówiono o bitwach i licznych potyczkach, w których 
obrotny Witold to zwyciężał, to bywał 
pobity; mówiono o wielkich klęskach, które poczyniła 
między Niemcami zima i choroby. Aż wreszcie rozgrzmiała po całym kraju radosna wieść, że 
dzielny Kiejstutowicz wziął Nowe Kowno, czyli Gotteswerder, zburzył je, kamienia na kamieniu 
i belki na belce nie zostawił. Maćko, gdy doszła go ta wiadomość, siadł na koń i w te 
pędy poleciał do Zgorzelic. 
 
– Ha! – mówił – znane mi to strony, bośmy tam ze Zbyszkiem i ze Skirwoiłłą tęgo Krzyżaków 
potłukli. Tam wzięt był 
przez nas i ten poćciwy de Lorche. Oto Bóg dał, że się Niemiaszkom 
noga powinęła, bo to kasztel był do zbycia trudny. 
Jagienka jednak słyszała już była przed przybyciem Maćka o zburzeniu Nowego Kowna, a 
nawet słyszała i coś więcej, a mianowicie, że Witold rozpoczął układy o pokój. Ta ostatnia 
nowina więcej ją nawet obeszła od poprzedniej, albowiem gdy pokój stanął, Zbyszko, jeśli 
zostałżyw – musiałby powrócić do domu. 
 
Więc zaczęła wypytywać starego rycerza, czy to jest rzecz podobna do wiary, a ów zastanowiwszy 
się tak jej odrzekł: 
 
– Z Witoldem wszystko jest do wiary podobne, gdyż to człek całkiem od innych różny i 
pewnie ze wszystkich panów krześcijańskich najchytrzejszy. Gdy mu trzeba ku Rusi swe panowanie 
rozszerzyć, to pokój z Niemcami czyni, a jak tam dokaże tego, co przed się zamierzył, 
znów Niemców za łeb! Nie mogą sobie oni dać rady ani z nim, ani z tą nieszczęsną 
Żmujdzią. Raz on ją im odbiera, drugi raz oddaje – i nie tylko oddaje, ale sam im ją pomaga 
pognębić. Są tacy między nami, ba i na Litwie, którzy mu to za złe mają, że on ze krwią tego 
nieszczęsnego plemienia tak igra... I ja bym, szczerze mówiąc, za hańbę mu to miał, żeby to 
nie był 
Witold... Bo wżdy tak sobie czasem myślę: a nuże on ode mnie mądrzejszy i wie, co 
robi? Jakoż słyszałem od samego Skirwoiłły, że on z tej krainy wrzód wiecznie ciekący w 
krzyżackim ciele uczynił, aby zaś nigdy do zdrowia nie przyszło... Matki na Żmujdzi zawdy 
będą rodziły, a krwi nie szkoda, byle nie szła na marne. 
– Mnie tam jeno o to chodzi, czy Zbyszko wróci. 
– Jak Bóg pozwoli, ale bogdajeś to, dziewczyno, w szczęśliwą godzinę powiedziała! 
Jednakże upłynęło jeszcze kilka miesięcy. Doszły wieści, że pokój istotnie stanął; zboża 
stały się płowe, ciężarne kłosami, poletki zasiane gryką dobrze już zrudziały, a o Zbyszku nie 
było i słychu. 
 
Na koniec po pierwszych sprzętach nie mógł już wytrzymać Maćko i zapowiedział, że wyruszy 
do Spychowa, wieści tam, jako w bliższych stronach Litwy, zasięgnąć i zarazem gospodarstwo 
Czecha obejrzeć. 
 
Jagienka naparła się z nim jechać, ale on jej nie chciał brać, więc poczęły się między nimi 
 
o to spory, które trwały przez cały tydzień. Aż gdy pewnego wieczoru sprzeczali się tak z 
sobą 
w Zgorzelicach, wpadł jak wicher na dworski podwórzec chłopak z Bogdańca boso, 
oklep, bez kapelusza na płowej czuprynie i zakrzyknął im przed przyłapem, na którym właśnie 
siedzieli: 
– Młody pan wrócił! 
Zbyszko wrócił istotnie, ale jakiś dziwny: nie tylko wychudły, spalony wichrem polnym, 
wynędzniały, lecz zarazem obojętny i małomówny. Czech, który przyjechał wraz z żoną z 
nim razem – gadał za niego i za siebie. Mówił tedy, że wyprawa widocznie się jednak udała 
młodemu rycerzowi, gdyż 
w Spychowie złożył na trumnach Danusi i jej matki cały pęk rycerskich 
pawich i strusich pióropuszów. Wrócił też ze zdobycznymi końmi i zbrojami, z których 
dwie były nadzwyczaj cenne, choć okrutnie razami miecza i toporu pocięte. Maćko płonął z 
ciekawości, aby się o wszystkim dokładnie z ust bratanka wywiedzieć, ale ów machał tylko 
ręką i odpowiadał półsłówkami – a trzeciego dnia zachorzał i musiał się położyć. Pokazało 
się, że miał zbity lewy bok i złamane dwa żebra, które źle złożone „przeszkadzały” mu w 
 
203 
 
 

chodzeniu i oddychaniu. Odezwały się także i te dolegliwości, na które swego czasu cierpiał 
po wypadku z turem – a do zupełnego poderwania jego sił przyczyniła się i droga ze Spychowa. 
Nie było to wszystko samo w sobie groźne, bo chłop był młody i niepożyty jak dąb – ale 
na razie ogarnęło go jakieś niezmierne znużenie, jak gdyby wszystkie trudy, które poniósł, 
teraz dopiero zaczynały mu chodzić po kościach. Z początku myślał Maćko, że po dwóch 
albo trzech dniach odpoczynku w łożu wszystko minie, a tymczasem stało się przeciwnie. Nie 
pomogły żadne smarowania ni okadzania ziółmi, które owczarz miejscowy zalecił, ni odwary 
przysyłane przez Jagienkę i księdza z Krześni: Zbyszko coraz był słabszy, coraz bardziej znużon 
i – coraz smutniejszy. 
 
– Co ci jest? może byś czego chciał? – wypytywał go stary rycerz. 
– Niczego nie chcę – i wszystko mi za jedno – odpowiedział Zbyszko. 
I w ten sposób upływał dzień za dniem. Jagienka wpadłszy na myśl, że to może jest coś 
więcej niżeli zwyczajna krzypota – i że młodzian ma chyba jakąś tajemnicę, która go gnębi, 
poczęła namawiać Maćka, aby raz jeszcze popróbował wypytać, co by to mogło być. 
 
Maćko zgodził się bez wahania, jednak pomyślawszy chwilę rzekł: 
 
– A nużby tobie chętniej powiedział niż mnie? Bo – lubić – to on cię 
przecie lubi, a to też 
widziałem, że jak się tam kręcisz po izbie, to za tobą oczyma wodzi. 
– Widzieliście? – zapytała Jagienka. 
– Kiedy powiedziałem, że wodzi, to wodzi. A jak cię długo nie ma, to raz po raz na drzwi 
spogląda. Pytaj go ty. 
I na razie na tym stanęło. Jednakże pokazało się, że Jagienka nie umie i nie śmie. Dopiero 
gdy przyszło co do czego, zrozumiała, że trzeba by jej mówić o Danusi i o miłości Zbyszka 
do nieboszczki – a te rzeczy nie chciały się jej przez usta przecisnąć. 
 
– Wyście chytrzejsi – rzekła do Maćka – i rozum a doświadczenie macie lepsze; wy mówcie, 
ja nie mogę. 
Więc Maćko rad nierad zabrał się do rzeczy – i pewnego ranka, gdy Zbyszko zdawał się 
być nieco rzeźwiejszy niż zwykle, taką rozpoczął z nim rozmowę: 
 
– Powiadał mi Hlawa, żeś godną wiązkę 
czubów pawich w Spychowie w podziemiu położył. 
A ów nie odejmując oczu od pułapu, na który leżąc na wznak patrzał – skinął tylko głową 
na znak potwierdzenia. 
 
– No! Pan Jezus ci poszczęścił, bo przecie i na wojnie łatwiej o ciurów niż o rycerzy... 
Knechtów możesz nabić, ilu chcesz – ale za rycerzem trzeba się 
nieraz dobrze oglądać... Także 
ci to sami leźli pod miecz? 
– Pozywałem różnych kilkakroć na udeptaną ziemię, a raz otoczyli mnie w bitwie – odrzekł 
leniwie młodzian. 
– I zdobycznego dobra dość przywiozłeś... 
– W części kniaź Witold obdarzył. 
– Zawsze taki hojny? 
Zbyszko skinął znów głową, widocznie nie mając ochoty do dalszej rozmowy. 
Ale Maćko nie dał za wygraną i postanowił przystąpić do rzeczy. 
– Powiedz mi tak szczerze – rzekł. – Jakeś już tam owymi czubami truchełkę nakrył – musiało 
ci okrutnie ulżyć?... Człek zawsze rad, gdy ślub spełni... Radeś był? co? 
Zbyszko oderwał swe smutne oczy od pułapu, zwrócił je na Maćka – i odpowiedział jakby 
z pewnym zdziwieniem: 
 
– Nie. 
– Nie? Bójże się 
Boga! Bo ja myślałem, że jak tam te dusze w niebie ucieszysz, to już będzie 
i koniec. 
A młodzian zamknął na chwilę oczy jakby w zamyśleniu i wreszcie odrzekł: 
 
– Na nic widać zbawionym duszom krew ludzka. 
204 
 
 

Nastała chwila milczenia. 
 
– To po cóżeś na tę wojnę chodził? – zapytał wreszcie Maćko. 
– Po co? – odpowiedział 
z pewnym ożywieniem Zbyszko – ja sam myślałem, że mi ulży! 
sam myślałem, że i Danuśkę, i siebie ucieszę... A potem aże mi się dziwno uczyniło. Wysze-
dłem z podziemia od tych trucheł i tak samo mi ciężko było jako i przedtem. Tak ci to widać 
jest, że na nic zbawionym duszom krew ludzka. 
– Musiał ci to ktoś powiedzieć, bo sam byś tego nie wymyślił. 
– Samem wymiarkował z tego właśnie, że mi sięświat nie wydał weselszy potem niż 
przedtem. Ksiądz Kaleb tylko mi przytwierdził. 
– Zabić nieprzyjaciela na wojnie nie grzech to żaden, ba! nawet chwalebna rzecz, a to 
przecie nieprzyjaciele naszego plemienia. 
– Ja też 
za grzech sobie tego nie mam i nie żałuję ich. 
– Jeno ciągle Danuśki? 
– Jużci: jako ją sobie wspomnę, to mi żal. Ale wola boska! Lepiej jej na dworcu niebieskim 
i – już ja do tego przywykł. 
– To czemu się ze smutków nie otrząchniesz? Czego ci trzeba? 
– Bo ja wiem... 
– Wypocznienia ci nie brak, a krzypota cię rychło popuści. Idź do łaźni, wykąp się, wypij 
łagiewkę miodu na poty – i hoc! 
– No i co? 
– I wnet wesołości nabierzesz. 
– A skąd jej wezmę? W sobie ci jej nie znajdę, a pożyczać mi jej – nikt nie pożyczy. 
– Bo ty coś skrywasz! 
Zbyszko ruszył ramionami. 
– Nie mam wesołości, ale nie mam też nic do skrywania. 
I powiedział to tak szczerze, że Maćko od razu przestał posądzać 
go o tajemnicę, a natomiast 
począł się gładzić szeroką dłonią po siwej czuprynie, jak miał zwyczaj czynić zawsze, 
gdy się nad czymś mocno namyślał, i w końcu rzekł: 
 
– To ja ci powiem, czego ci brak: tobie się jedno skończyło, a drugie się jeszcze nie zaczęło 
– rozumiesz? 
– Nie bardzo, ale może być! – odpowiedział młodzianek. 
I przeciągnął się jak człowiek, którego ogarnia sen. 
Maćko jednak był pewien, że odgadł prawdziwą przyczynę, i rad był ogromnie, albowiem 
przestał się zupełnie niepokoić. Nabrał też jeszcze większej niż przedtem ufności do własnego 
rozumu i mówił sobie w duchu: „Nie dziwować się ludziom, że się mnie radzą!” 
A gdy po owej rozmowie wieczorem tego samego dnia przyjechała Jagienka – jeszcze nim 
zdążyła zsiąść z konia, powiedział jej, że wie, czego Zbyszkowi brakuje. 
Więc dziewczyna zsunęła się w jednej chwili z siodła i nuż dopytywać: 
 
– No co? czego? mówcie! 
– Ty właśnie masz dla niego lekarstwo. 
– Ja? jakie? 
A on objął ją wpół i począł szeptać jej coś do ucha, ale niedługo, gdyż 
po chwili odskoczyła 
od niego jak oparzona i ukrywszy między czaprakiem a wysokim siodłem spłonioną 
twarz zawołała: 
 
– Idźcie sobie! Nie cierpię was! 
– Jak mi Bóg miły, tak prawdę mówię – rzekłśmiejąc się Maćko. 
205 
 
 

Rozdział 
czterdziesty trzeci 
 
 
Stary Maćko odgadł dobrze, ale tylko w połowie. Zbyszkowi istotnie jedna część 
życia 
skończyła się całkowicie. Za każdym wspomnieniem było mu Danusi żal, ale sam przecie 
powiadał, że lepiej jej musi być na dworcu niebieskim, niż było na książęcym. Zżył się już z 
tą myślą, że jej na świecie nie ma, przywykł do niej i uważał, że wcale nie mogło być inaczej. 
Swego czasu w Krakowie podziwiał bardzo na szybach kościelnych wycięte ze szkła i pooprawiane 
w ołów postacie różnych świętych panienek – barwne, przeświecające w słońcu, a 
teraz wyobrażał 
sobie tak samo Danusię. Widział ją niebieską, przeźroczystą, odwróconą bokiem, 
ze złożonymi rączkami, ze wzniesionymi oczyma i grającą na luteńce, wśród różnych 
zbawionych Bożych skrzypaczków, którzy w niebie grywają Matce Boskiej i Dzieciątku. Nic 
już w niej nie było ziemskiego, a stała mu się duchem tak czystym i bezcielesnym, że gdy 
czasem wspomniał sobie, jak w leśnym dworcu posługiwał księżnie, śmiała się, rozmawiała, 
siadała z innymi do stołu – przejmowało go jakby zdziwienie, że to być mogło. Już w czasie 
wyprawy, przy Witoldzie, gdy sprawy wojenne i bitwy pochłaniały jego uwagę, przestał tęsknić 
do swej nieboszczki, tak jak tęskni mąż do niewiasty, a myślał tylko tak, jak myśli pobożny 
człowiek o swej patronce. W ten sposób miłość jego tracąc stopniowo ziemskie pierwiastki 
zmieniała się 
coraz bardziej tylko w słodkie, tak błękitne jak właśnie samo niebo, wspomnienie 
– i po prostu w cześć nabożną. 
 
Gdyby był człekiem wątłego ciała igłębszej myśli, byłby został mnichem – i w cichym życiu 
klasztornym byłby przechował jak świętość owo niebieskie wspomnienie aż do chwili, w 
której duch z więzów cielesnych ulata w nieskończone przestworza jak ptak z klatki. Ale jemu 
ledwie się zaczynał trzeci dziesiątek lat – i sok z surowego wióra w pięści wyciskał, i konia 
ścisnąwszy udami mógł tchu pozbawić. Był taki, jakimi byli wówczas powszechnie 
szlachta i włodykowie – którzy jeśli nie marli w dzieciństwie lub zostawali księżmi – to nie 
znając granic ni miary w zapędach cielesnych i sile albo puszczali się na zbój, rozpustę i pijactwo 
– albo teżżenią się młodo, stawali, gdy wici wyszły na wojnę, z dwudziestu czterema 
albo i więcej synami do dzików siłą podobnymi. 
 
Ale on nie wiedział, że był taki – tym bardziej że z początku chorzał. Powoli jednak źle 
ustawione żebra zrosły mu się tworząc nieznaczną zaledwie z boku wyniosłość, która nie 
przeszkadzała mu w niczym i którą 
nie tylko pancerz, ale i zwykła szata mogła całkowicie 
pokryć. Znużenie mijało. Bujne, płowe włosy obcięte na znak żałoby po Danusi odrosły mu 
znów do wpół pleców. Wracała mu dawna nadzwyczajna uroda. Gdy kilka lat temu w Krakowie 
szedł na śmierć z ręki kata, wyglądał jak pacholę 
z wielkiego rodu – a teraz stał się 
jeszcze piękniejszy, istny królewicz, podobien z barków, z piersi, z lędźwi i ramion do olbrzyma, 
z twarzy zaś do dziewicy. Moc i życie kipiało w nim jak war w garnku – a spotężnione 
czystością i długim wypoczynkiem chodziło mu po kościach jak płomię. On nie wiedząc, 
co to jest, myślał, że wciąż 
chorzeje, i wylegiwał się w łożu, rad, że Maćko i Jagienka 
strzegą go, pilnują i dogadzają mu we wszystkim. Chwilami wydawało mu się, że mu jest tak 
 
206 
 
 

dobrze jak w niebie, chwilami – zwłaszcza gdy nie było przy nim Jagienki – że źle, smutno, 
nieznośnie. Brało go wówczas ziewanie, ciągoty, gorączka, i zapowiedział Maćkowi, że wróciwszy 
do zdrowia pójdzie znów na koniec świata, na Niemców, na Tatarów – albo na inną 
podobną dzicz – byle zbyćżycia, które mu cięży okrutnie. A Maćko, zamiast sprzeciwiać się, 
kiwał głową, przyświadczał – ale tymczasem posyłał po Jagienkę, za której przyjazdem topniały 
zaraz w Zbyszku myśli o nowych wyprawach wojennych, tak jak topniejąśniegi, gdy je 
wiosenne słońce przygrzeje. 
 
Ona zaś przyjeżdżała skwapliwie i na wezwanie, i z własnej woli – gdyż pokochała 
Zbyszka ze wszystkich sił duszy i serca. Za czasów swego pobytu na dworze biskupim i książęcym 
w Płocku widywała rycerzy równie pięknych, równie sławnych z siły imęstwa, którzy 
nieraz klękali przed niąślubując jej wierność 
do zgonu, ale ten był jej wybrany, tego ukochała 
w zaraniu lat pierwszą miłością, a nieszczęścia, przez jakie przeszedł, wzmogły tylko jej kochanie 
do tego stopnia, że był jej milszym i stokroć droższym nie tylko od wszystkich rycerzy, 
ale i od wszystkich książąt ziemi. Teraz, gdy przychodząc do zdrowia stawał się z dnia na 
dzień cudniejszy, miłość jej zmieniła się niemal w zapamiętanie i przesłoniła jej cały świat. 
 
Nie przyznawała się jednak do niej nawet sama przed sobą, a przed Zbyszkiem taiła ją jak 
najstaranniej z obawy, aby nią znowu nie wzgardził. Nawet z Maćkiem, o ile dawniej skora 
była do zwierzeń, o tyle teraz stała się ostrożna i milcząca. Mogła ją tylko zdradzić troskliwość, 
jaką okazywała w pielęgnowaniu Zbyszka, ale i tej troskliwości starała się inne nadać 
pozory – i w tym celu tak pewnego razu ozwała się przebiegle do Zbyszka! 
 
– Bo, że cię tam trochę doglądam, to jeno z przychylności dla Maćka, a tyś zaraz co pomyślał? 
powiadaj! 
I niby poprawiając włosy na czole przysłoniła twarz dłonią i poczęła pilnie patrzeć na niego 
przez palce, on zaś zaskoczony niespodzianym pytaniem, zaczerwienił się jak panna i dopiero 
po niejakim czasie odrzekł! 
 
– Nicem nie pomyślał. Tyś teraz inna. 
Nastała znów chwila milczenia. 
– Inna? – zapytała wreszcie dziewczyna jakimś cichym i miękkim głosem. – No! pewnie, 
że inna. Ale żebym cię już tak całkiem miała nie cierpieć, to tego też Boże nie daj! 
– Bóg ci zapłać i za to – odrzekł Zbyszko. 
I odtąd bywało im z sobą dobrze, tylko jakoś niezręcznie i niesporo. Nieraz mogło się 
zdawać, że oboje o czym innym mówią, a o czym innym myślą. Zapadało między nimi częste 
milczenie. Zbyszko wylegując się wciąż w łożu wodził wedle słów Maćka za nią oczyma, 
gdziekolwiek się ruszyła, albowiem, chwilami zwłaszcza, wydawała mu się tak cudna, że się 
jej napatrzyć nie mógł. Bywało także, że spojrzenia ich spotykały się nagle, a wówczas płoniły 
im się twarze i wypukła pierś dziewczyny poruszała sięśpiesznych oddechem, i serce jej 
było jakby w oczekiwaniu, czy czegoś nie usłyszy, od czego stopnieje i rozpłynie się w niej 
dusza. Ale Zbyszko milczał, albowiem tracił do niej dawnąśmiałość i bał się ją spłoszyć niebacznym 
słowem, i wbrew temu, co widziały jego oczy, sam w siebie wmawiał, że ona mu 
tylko siostrzaną przychylność gwoli Maćkowej przyjaźni okazuje. 
 
I raz począł mówić o tym z Maćkiem. Starał się mówić niby spokojnie, a nawet obojętnie, 
i ani się spostrzegł, jak słowa jego stawały się coraz podobniejsze do skargi przez pół gorzkiej, 
przez pół smutnej. Maćko zaś wysłuchał 
cierpliwie wszystkiego, a w końcu rzekł tylko 
jedno jedyne słowo: 
 
– Głupiś! 
I wyszedł z izby. 
Ale na oborze począł zacierać ręce i klepać się z wielkiej radości po udach. 
„Ha! – mówił sobie – wtedy, kiedy ci tanio mogła przyjść, toć i patrzeć na nią nie chciał, 
najedzże się teraz strachu, kiedyś głupi. Ja będę kasztel stawiał, a ty się przez ten czas oblizuj. 
Nic ci nie rzekę i bielma z oczu nie zdejmę, choćbyś rżał głośniej od wszystkich koni w Bog
 
 
207 
 
 

dańcu. Gdzie wióry na zarzewiu leżą, tam i tak prędzej czy później płomię buchnie, ale ja ci 
nie będę na zarzewie dmuchał, bo tak myślę, że i nie trzeba.” 
 
I nie tylko nie dmuchał, ale się nawet Zbyszkowi sprzeciwiał i drażnił go jako stary przechera, 
który rad igra z niedoświaczonym młodzieńcem. Więc razu pewnego, gdy Zbyszko 
znów mu powtórzył, że chyba na jaką daleką wyprawę pójdzie, aby się nieznośnego żywota 
pozbyć, rzekł mu: 
 
– Pókiś goło miał pod nosem, tom tobą rządził, ale teraz – twoja wola. Chcesz-li koniecznie 
swojemu jeno rozumowi dufać i iść – to idź. 
A Zbyszko aż zerwał się ze zdziwienia i siadł na łożu. 
 
– Jak to? To już się nawet i temu nie przeciwicie? 
– Co mam się przeciwiać? Żal mi tylko okrutnie rodu, który by razem z tobą zaginął, ale i 
na to może znajdzie się rada. 
– Jaka rada? – pytał niespokojnie Zbyszko. 
– Jaka? No! nie ma co gadać, że roki mi godne są – ale też i mocy w kościach nie brak. 
Jużci, Jagience patrzyłby się młodszy jakowyś chłop – ale żem to jej nieboszczykowi ojcu był 
przyjacielem – to kto wie... 
– Byliście jej ojcu przyjacielem – odrzekł Zbyszko – ale dla mnie nigdyście nie mieli 
życzliwości – nigdy, nigdy!... 
I przerwał, bo się mu poczęła broda trząść, a Maćko rzekł: 
 
– Ba! skoro koniecznie chcesz ginąć – to cóż mam robić? 
– Dobrze! róbcie, co chcecie – ja jeszcze dziś w świat pojadę! 
– Głupiś! – powtórzył Maćko. 
I znów wyszedł z izby doglądać chłopów i bogdanieckich, i tych, których pożyczyła ze 
Zgorzelic i z Moczydołów Jagienka, aby pomagali w kopaniu rowu mającego otaczać kasztel. 
 
208 
 
 

Rozdział 
czterdziesty czwarty 
 
 
Zbyszko nie spełnił wprawdzie swej groźby i nie wyjechał, ale za to po upływie jeszcze 
tygodnia zdrowie wróciło mu zupełnie i nie mógł już dłużej wylegiwać się w łożu. Maćko 
powiedział, że wypada im teraz pojechać 
do Zgorzelic i podziękować Jagience za starunek, 
więc pewnego dnia wyprażywszy się dobrze w łaźni postanowił jechać nie zwłócząc. W tym 
celu kazał wydobyć ze skrzyni piękne szaty, aby nimi zastąpić zwykłą odzież, którą miał na 
sobie – a następnie zajął się trefieniem włosów. Była to jednak czynność niełatwa i niemała, a 
to nie tylko z powodu bujności Zbyszkowej czupryny, która z tyłu spadała mu jak grzywa aż 
za łopatki. Rycerze w życiu codziennym nosili włosy w pątlikach kształtu grzyba, co miało i 
tę dobrą stronę, że w czasie wypraw hełm daleko mniej ich uwierał, natomiast na rozmaite 
uroczystości wesela lub jadąc w odwiedziny do domów, w których były panny, układali je w 
pięknie poskręcane zwoje, które często smarowano białkiem dla połysku i mocy. Tak to właśnie 
chciał utrefić się 
Zbyszko. Ale dwie niewiasty wezwane z czeladnej, nieprzywykłe do 
takiej roboty, nie umiały sobie dać rady. Wyschłe i wzburzone po łaźni włosy nie chciały się 
układać i jeżyły się jako źle poszyta strzecha na chałupie. Nie pomogły ani zdobyczne na Fryzach 
grzebienie ozdobnie z bawolego rogu wyrobione, ani nawet zgrzebło, po które jedna z 
niewiast poszła do stajni. Zbyszko począł się w końcu niecierpliwić i gniewać – gdy wtem do 
izby wszedł Maćko w towarzystwie Jagienki, która przez ten czas niespodzianie nadjechała. 
 
– Pochwalony Jezus Chrystus! – rzekła dziewczyna. 
– Na wieki wieków! – odpowiedział z rozpromienioną twarzą 
Zbyszko. – O, to dziwne. Bo 
myśmy właśnie chcieli do Zgorzelic jechać, a tyś tu! 
I oczy rozbłysły mu radością, bo już tak było, iż ilekroć ją zobaczył, tylekroć czyniło mu 
się w duszy tak jasno, jakby na wschód słońca patrzał. 
A Jagienka ujrzawszy zakłopotane baby z grzebieniami w ręku, zgrzebło leżące na ławie 
wpodle Zbyszka i jego zwichrzoną czuprynę poczęła sięśmiać. 
– Ej, wiecha też to, wiecha! – zawołała ukazując spod koralowych ust cudne, białe zęby. – 
W konopiach by cię albo w sadzie wiśniowym na strach ptactwu postawić! 
On zaś zasępił się i rzekł: 
 
– Chcieliśmy do Zgorzelic jechać, ale w Zgorzelicach nijak by ci było gościowi uchybiać, 
a tu możesz sobie ze mnie dworować, ile chcesz, co, wiera, zawsze rada czynisz. 
– Ja rada to czynię? – zapytała dziewczyna. – Ej, mocny Boże! Toż przyjechałam prosić 
was na wieczerzę, a śmieję się nie z ciebie, jeno z tych bab, bo żeby tak na mnie, wnet bym tu 
sobie dała rady. 
– Nie wskórałabyś i ty! 
– A Jaśkowi to niby kto to robi? 
– Jasiek ci brat – odparł Zbyszko. 
– Jużci!... 
Lecz tu stary i doświadczony Maćko postanowił im przyjść z pomocą. 
209 
 
 

– Po domach – rzekł – gdy po postrzyżynach rycerskiemu pacholęciu włosy odrosną, trefi 
mu je siostra, a w źrałym wieku żona mężowi; ale obyczaj też jest, że gdy rycerz siostry albo 
żony nie ma, to mu dziewki szlacheckie służą, nawet i całkiem obce. 
– Zali istotnie jest taki obyczaj? – pytała spuszczając oczy Jagienka. 
– Nie tylko po dworach, lecz i po zamkach, ba! nawet na królewskim dworze – odrzekł 
Maćko. 
Po czym zwrócił się do niewiast: 
 
– Kiedyście do niczego, ruszajcie do czeladnej! 
– To niech mi też grzanej wody przyniosą – dodała dziewczyna. 
Maćko wyszedł razem z niewiastami, niby dla pilnowania, aby w posłudze nie było marudztwa 
– i po chwili wysłał grzaną wodę, którą 
gdy zostawiono w izbie, młodzi zostali sami. 
Jagienka zamoczywszy naprzód nałęczkę poczęła nią zwilżać silnie włosy Zbyszkowe, gdy 
zaś przestały się wichrzyć i opadły ciężarem wilgoci, wzięła grzebień i siadła na ławie obok 
młodzianka, aby zabrać się do dalszej roboty. 
 
I tak siedzieli tuż koło siebie, oboje nad miaręśliczni i nad miarę w sobie rozkochani, ale 
stropieni i milczący. Jagienka poczęła wreszcie układać jego złote włosy, a on czuł bliskość 
jej wzniesionych ramion, jej dłoni i drżał od stóp do głowy, hamując się całą siłą woli, aby nie 
porwać jej wpół i nie przycisnąć ze wszystkich sił do piersi. 
 
W ciszy słychać było przyspieszone ich oddechy. 
 
– Możeś ty chory? – spytała po chwili dziewczyna. – Co ci jest? 
– Nic! – odpowiedział młody rycerz. 
– bo jakoś tak dychasz. 
– I ty dychasz... 
Znów zapadła cisza. Policzki Jagienki zakwitły jak róże, czuła bowiem, że Zbyszko oczu 
nie odrywa ani na chwilę od jej twarzy, więc chcąc zagadać własne zakłopotanie znów zapytała: 
 
 
– Czego się tak patrzysz? 
– Wadzi ci? 
– Nie wadzi mi, jeno się pytam. 
– Jagienka? 
– Co... 
Zbyszko nabrał w pierwsi powietrza, westchnął, poruszył 
ustami, jakby zabierając się do 
dłuższej rozmowy, ale widać nie starczyło mu jeszcze odwagi, bo tylko powtórzył znów: 
 
– Jagienka?... 
– Co? 
– Kiedy się boję coś rzec... 
– Nie bój się. Prosta ja dziewczyna, nie żaden smok. 
– Jużci, nie smok! Ale że stryj Maćko powiada, że cię chce brać!... 
– Bo chce, jeno nie dla siebie. 
I zamilkła, jakby przestraszona własnym słowy. 
– Przemiły Bóg! Jaguś moja... A ty co na to, Jaguś? – zawołał Zbyszko. 
Lecz jej niespodzianie oczy wezbrały łzami, śliczne usta poczęły drgać, a głos stał się tak 
cichy, że Zbyszko ledwo mógł dosłyszeć, gdy rzekła: 
 
– Tatuś i opat chcieli... a ja – to... ty wiesz!... 
Na te słowa radość buchnęła mu w sercu jak nagły płomień – więc porwał dziewczynę na 
ręce, podniósł ją w górę jak piórko i począł krzyczeć w zapamiętaniu: 
 
– Jaguś! Jaguś! złoto ty moje! słonko ty moje – hej! hej!... 
I krzyczał tak, że stary Maćko myśląc, że stało się coś niezwykłego, wpadł do izby. Dopieroż 
ujrzawszy Jagienkę na ręku Zbyszka zdumiał się, że wszystko poszło tak niespodziewanie 
prędko, i zawołał: 
 
210 
 
 

– W imię Ojca, i Syna! Miarkuj się, chłopie! 
A Zbyszko przypadł do niego, postawił Jagienkę 
na ziemi i oboje chcieli przyklęknąć, lecz 
nim zdołali to uczynić, chwycił ich stary w kościste ramiona i przycisnął ze wszystkich sił do 
piersi. 
 
– Pochwalony! – rzekł. – Wiedziałem ci ja, że tak się skończy, ale mi przecie radość! Boże 
wam błogosław! Lżej będzie umierać... Dziewucha jak złoto najszczersze... Ku Bogu i ku 
ludziom! Prawdziwie! A niech ta już będzie, co chce, kiedym się takiej pociechy doczekał... 
Bóg doświadczył, ale i Bóg pocieszył. Trzeba jechać do Zgorzelic, Jaśkowi oznajmić. Hej, 
żeby stary Zych żył!... i opat... Ale ja wam za obu strzymam, bo żeby tak prawdą rzec, to was 
tak oboje miłuję, że i wstyd gadać. 
I chociaż miał w piersi serce hartowne, wzruszył się tak, że ażścisnęło go coś w gardle, 
więc ucałował jeszcze Zbyszka, a potem w oba policzki Jagienkę i wyksztusiwszy na wpół 
przez łzy: „Miód, nie dziewczyna!” – poszedł do stajen, aby kazać konie kulbaczyć. 
 
Wyszedłszy zatoczył się z radości na dziewanny, które rosły przed domem, i począł spoglądać 
na ich ciemne kręgi otoczone żółtymi liśćmi, zupełnie jak człowiek pijany. 
 
– Ano! Kupa was – rzekł – ale da Bóg, Gradów Bogdanieckich będzie więcej. 
Po czym idąc ku stajni jął znów mruczeć i wyliczać: 
– Bogdaniec, opatowe majątki, Spychów, Moczydoły... Bóg zawsze wie, do czego prowadzi, 
a przyjdzie czas na starego Wilka, to by i Brzozową warto kupić... Łęki godne!... 
Tymczasem Jagienka i Zbyszko wyszli także przed dom, radośni, szczęśliwi, jaśniejący jak 
słońce. 
 
– Stryjku! – ozwał się z dala Zbyszko. 
A on zwrócił się ku nim, otworzył ręce i począł wołać jak w lesie: 
– Hop! hop! By-waj-ciesmile 
211 
 
 

Rozdział 
czterdziesty piąty 
 
 
Oni mieszkali w Moczydołach, a stary Maćko wznosił dla nich kasztel w Bogdańcu. 
Wznosił mozolnie, gdyż chciał, żeby odsady były z kamienia na wapno, a czatownia z cegły, 
 
o którą trudno było w okolicy. W pierwszym roku wykopał rowy, co przyszło dość 
łatwo, 
albowiem wzgórze, na którym miał stanąć kasztel, było niegdyś okopane, może za czasów 
jeszcze pogańskich, należało więc tylko oczyścić owe wądoły z drzew i z głogowych gąszczów, 
którymi zarosły, a następnie umocnić je i pogłębić należycie. Przy pogłębianiu dokopano 
się też obfitego źródła, które w niedługim czasie napełniło fosę tak, że musiał Maćko 
obmyślać ujście dla zbytku wody. Potem na wale wzniósł częstokół i począł zgromadzać budulec 
na ściany zameczku, bale dębowe, tak grube, że trzech chłopów jednego objąć nie mogło, 
i modrzewiowe, nie gnijące ni podglinianą polepą, ni pod przykryciem z darniny. Do 
wznoszenia tych ścian zabrał się pomimo stałej pomocy chłopów ze Zgorzelic i Moczydołów 
dopiero po roku, ale zabrał się 
tym gorliwiej dlatego, że przedtem jeszcze Jagienka powiła 
bliźnięta. Niebo otworzyło się 
wówczas przed starym rycerzem, miał już bowiem dla kogo 
pracować, zabiegać i wiedział, że ród Gradów nie zaginie, a Tępa Podkowa nieraz jeszcze 
ubroczy się we krwi nieprzyjacielskiej. 
Bliźniakom dano imiona: Maćko i Jaśko. „Chłopy – mówił stary – na schwał, tak że w całym 
Królestwie nie masz podobnych, a przecie jeszcze nie wieczór.” I ukochał ich od razu 
wielką miłością, a za Jagienkąświata nie widział. Kto mu ją w oczy sławił, ten wszystko 
mógł u niego uzyskać. Zazdroszczono jej jednak Zbyszkowi szczerze i sławiono ją nie tylko 
dla korzyści, gdyż istotnie jaśniała ona w okolicy niby kwiat najpiękniejszy ze wszystkich na 
łące. Przyniosła mężowi wielkie wiano, ale i więcej niż wiano, bo wielkie kochanie i urodę 
olśniewającą oczy ludzkie, i dworność, i dzielność taką, że niejeden rycerz mógłby się nią 
pochlubić. Nic to dla niej było w kilka dni po połogu do gospodarstwa wstać, a potem z mężem 
na łowy jechać 
albo konno z Moczydołów do Bogdańca rano skoczyć i przed południem 
do Jaśka i Maćka wrócić. Kochał ją tedy jak źrenicę oka mąż, kochał stary Maćko, kochała 
czeladź, dla której ludzkie miała serce, a w Krześni, gdy w niedzielę wchodziła do kościoła, 
witał ją szmer podziwu i uwielbienia. Dawniejszy jej zalotnik, groźny Cztan z Rogowa, żeniaty 
z córką kmiecą, który po mszy pijał w karczmie ze starym Wilkiem z Brzozowej, mawiał 
podpiwszy do niego: „Szczerbiliśmy się o nią nieraz z waszym synem i chcieliśmy ją 
brać, ale to tak właśnie było, jakby po miesiąc na niebie sięgać.” 
 
Inni zaś głośno wyznawali, że takiej chybaby na dworze królewskim w Krakowie szukać. 
Bo obok bogactwa, urody i dworności czczono także niezmiernie jej czerstwość i siłę. I był o 
tym jeden głos, że „to dopiero niewiasta, co niedźwiedzia oszczepem w boru podeprze, a 
orzechów nie potrzebuje gryźć, jeno je na ławie ułoży i z nagła przysiędzie, to ci się wszystkie 
tak pokruszą, jakobyś je młyńskim kamieniem przycisnął”. Tak to ją sławiono i w parafialnej 
Krześni, i po sąsiednich wsiach, a nawet w wojewódzkim Sieradzu. Jednakże za
 
 
212 
 
 

zdroszcząc Zbyszkowi z Bogdańca nie dziwiono się zbytecznie, że ją dostał, albowiem opromieniła 
i jego taka chwała wojenna, jakiej nikt w okolicy nie miał. 
 
Młodzi włodykowie i szlachta prawili sobie wzajem całe opowieści o Niemcach, których 
„nałuszczył” w bitwach pod wodzą Witolda i w pojedynkę, na udeptanej ziemi. Mówiono, że 
żaden mu się nigdy nie odjął, że w Malborgu dwunastu ich zbił z konia, między nimi brata 
mistrzowego Ulryka, wreszcie, że nawet z krakowskimi rycerzami mógł się potykać i że sam 
niezwyciężony Zawisza Czarny był mu życzliwym przyjacielem. 
 
Niektórzy nie chcieli tak nazwyczajnym klechdaniom wierzyć, ale i ci jednak, gdy była 
mowa o tym, kogo by okolica wybrała, gdyby polskim rycerzom przyszło z obcymi iść w 
zawód, mówili: „Jużci, Zbyszka” – a potem dopiero włochatego Cztana z Rogowa i innych 
miejscowych osiłków, którym pod względem ćwiczenia rycerskiego daleko było do młodego 
dziedzica z Bogdańca. 
 
Wielka zamożność jednała mu na równi ze sławą szacunek ludzki. Bo że za Jagienkę wziął 
Moczydoły i wielką majętność opatową, to nie była jego zasługa, ale on już przedtem miał 
Spychów wraz z ogromnymi skarbami zgromadzonymi przez Juranda, a prócz tego szeptali 
sobie ludzie, że samych łupów zdobytych i wziętych przez rycerzy z Bogdańca w zbrojach, 
koniach, szatach, klejnotach wstrzymałoby na trzy albo i cztery dobre wsie. 
 
Widziano więc w tym jakąś szczególnąłaskę Bożą nad rodem Gradów herbu Tępa Podkowa, 
który do niedawna po****dły, tak że prócz pustego Bogdańca nic nie miał, wyrastał 
teraz nad wszystkie inne w okolicy. „Przecie w Bogdańcu ostało po pogorzeli jeno garbate 
domosko – mówili starzy ludzie – i samą majętność z braku rąk roboczych musieli krewnemu 
zastawić, a teraz kasztel wznoszą.” I podziw był wielki, ale że towarzyszyło mu ogólne, instynktowne 
poczucie, że cały naród idzie także niepowstrzymanym pędem do jakiegoś niezmiernego 
dorobku i że z woli Bożej taki ma być właśnie porządek rzeczy, więc nie było w 
tym podziwie złej zawiści. Owszem, chełpiła się okolica i była dumna z tych rycerzy z Bogdańca. 
Byli oni jakby oczywistym dowodem, do czego może doprowadzić szlachcica krzepkie 
ramię w połączeniu z mężnym sercem i rycerską pożądliwością przygód. Niejeden też na 
ich widok uczuwał, że mu za ciasno w domowych pieleszach, w rodzimych granicach, i że o 
ścianę są we wrażej mocy wielkie bogactwa i obszerne ziemie, które można zdobyć z niezmierną 
dla siebie i dla Królestwa korzyścią. A ów nadmiar sił, który odczuwały rody, rozpierał 
całą społeczność, tak iż była jakby war, który musi z naczynia wykipieć. Mogli mądrzy 
panowie krakowscy i miłujący pokój król hamować te siły do czasu i odkładać wojnę z odwiecznym 
wrogiem na długie lata, ale żadna moc ludzka nie mogła przytłumić ich całkowicie 
ani też powstrzymać tego pędu, którym idzie ku wielkości dusza powszechna. 
 
213 
 
 

Rozdział 
czterdziesty szósty 
 
 
Dożył Maćko szczęśliwych dni żywota. Nieraz mawiał też sąsiadom, że więcej dostali, 
niźli sam się spodziewał. Nawet starość ubieliła mu tylko włos na głowie i brodzie, ale nie 
odjęła mu dotychczas ni sił, ni zdrowia. Serce miał pełne tak wielkiej wesołości, jakiej dotychczas 
nie zaznał. Surowa niegdyś jego twarz stawała się coraz więcej dobroduszną, a oczy 
śmiały się do ludzi dobrym uśmiechem. W duszy miał przekonanie, że wszystko zło skończyło 
się na zawsze i że żadna troska, żadna niedola nie zmąci już płynących tak spokojnie 
jak jasny strumień dni życia. Do starości wojować, na starość gospodarzyć i majętność dla 
„wnęków” powiększyć – to było przecie jego największe pragnienie we wszystkich czasach, a 
oto właśnie wszystko spełniło mu się doskonale. Gospodarka szła jak z płatka. Bory były 
znacznie wycięte; wykarczowane i obsiane nowocie zieleniły się co wiosna runią zbóż rozmaitych; 
mnożył się dobytek; na łąkach było czterdzieści świerzop ze źrebięty, które stary 
szlachcic codziennie oglądał; stada baranów i bydła pasły się po ugorach i zagajach; Bogdaniec 
zmienił się całkowicie: z opustoszałej osady czynił się wsią ludną i zamożną, a kto się do 
niego zbliżał, tego oczy olśniewała widna z dala czatownia i nie poczerniałe jeszcze ściany 
kasztelu, błyszczące złotem w słońcu, a purpurą zorzy wieczorem. 
 
Więc radował się stary Maćko w sercu dobytkiem, gospodarstwem, pomyślną dolą – i nie 
przeczył, gdy ludzie mówili, że ma szczęsną rękę. W rok po bliźniętach przyszedł znowu na 
świat chłopak, którego Jagienka, na cześć i dla pamięci swego rodzica, nazwała Zychem. 
Maćko przyjął go z radością i nie zatroszczył się tym bynajmniej, że gdyby tak miało pójść 
dalej, majętność z takim trudem i zabiegliwością zebrana musiałaby się rozdrobnić: „Bo co 
my mieli? – mówił 
o tym pewnego razu do Zbyszka. – Nic! a przecie Bóg przysporzył. Stary 
Pakosz z Sulisławic – mówił – ma jedną wieś, synów zaś dwudziestu dwóch, a przecie gło-
dem nie przymierają. Małoż to jest ziem w Królestwie i na Litwie? Małoż 
to wsi i zamów w 
psubrackich rękach Krzyżaków? Hej! nużby tak Pan Jezus zdarzył! Byłoby godne pomieszczenie, 
bo tam zamki całe z cegły czerwonej, z których był kasztelanie nasz miłościwy król 
poczynił.” Ibyła to rzecz godna uwagi, że Zakon stał przecie na szczycie potęgi, że bogactwy, 
siłą, mnogościąćwiczonych wojsk wszystkie zachodnie królestwa przewyższał, a jednak ten 
stary rycerz myślał o zamkach krzyżackich jako o przyszłych siedzibach dla swoich wnuków. 
I wielu zapewne tak samo myślało w Królestwie Jagiełłowym, nie tylko dlatego, że to były 
stare polskie ziemie, na których Zakon siedział, ale i w poczuciu tej siły potężnej, która burząc 
się w piersiach narodu szukała na wszystkie strony ujścia. 
 
W czwartym dopiero roku, licząc od małżeństwa Zbyszka, stanął kasztel, a i to z pomocą 
rąk roboczych nie tylko miejscowych, zgorzelickich, moczydłowskich, lecz i sąsiedzkich, a 
szczególnie starego Wilka z Brzozowej, który zostawszy sam po śmierci syna na świecie, 
zaprzyjaźnił się bardzo z Maćkiem, a potem zwrócił serce ku Zbyszkowi i Jagience. Maćko 
przyozdobił komnaty łupami z wojen, które albo sami ze Zbyszkiem wzięli, albo po Jurandzie 
ze Spychowa odziedziczyli, przydał do tego dostatki po opacie i to, co Jagienka z domu wy
 
 
214 
 
 

wiozła, okna szklane sprowadził z Sieradza – i wspaniałą urządził siedzibę. Zbyszko z żoną i 
dziećmi przeniósł się 
jednak do kasztelu w piątym dopiero roku, gdy już inne budowy, jak 
oto: stajnie, obory, kuchnie i łaźnie, były ukończone, a z nimi razem i sklepy podziemne, które 
stawił stary na kamień i wapno, aby zaś trwałość miały niepożytą. Sam się jednak do zamku 
nie przeniósł; wolał zostać w starym domostwie, a na wszelkie prośby Zbyszka i Jagienki 
odpowiadał odmownie, w taki sposób myśl swoją wyłuszczając: 
 
– Tu już zamrę, gdziem się urodził. Widzicie, za czasów wojny Grzymalitów z Nałęczami 
spalon był do cna Bogdaniec – wszystkie budynki, wszystkie chałupy – ba! płoty nawet, jeno 
to domosko ostało. Ludzie gadali, że dla zbytku mchów na dachu nie chciało gorzeć 
– ale ja 
myślę, że była w tym i łaska Boża – i wola, abyśmy tu wrócili i stąd znowu wyrośli. Za czasów 
naszej wojaczki biadałem ja nieraz, że nie mamy do czego wracać, alem nie całkiem 
słusznie tak mówił, bo, wiera, nie było na czym gospodarzyć 
i co do gęby włożyć, ale było się 
gdzie schronić. Wy młodzi to co innego, ale ja tak już myślę, że skoro nas ów stary dom nie 
poniechał – to i mnie nie godzi się go poniechać. 
I został. Lubił jednakże przychodzić do zameczku, aby oglądać jego wielkość i wspaniałość 
w porównaniu z dawną siedzibą, a zarazem patrzeć na Zbyszka, na Jagienkę i na „wnęków”. 
Wszystko, co tam widział, było w znacznej części jego dziełem, a jednak przejmowało 
go ono dumą i podziwem. Przyjeżdżał czasem do niego stary Wilk, aby z nim „ugwarzyć” 
przy ognisku, albo też on sam odwiedzał go w tymże zamiarze w Brzozowej, więc raz tak mu 
swoje myśli o tych „nowych porządkach” wypowiedział: 
 
– Wiecie! Aże mi czasem cudnie. Bo przecie wiadomo, że Zbyszko i w Krakowie na zamku 
u króla bywał (ba! mało mu tam głowy nie ucięli!), i na Mazowszu, i w Malborgu, i u 
księcia Janusza, a Jagienka też się w dostatku chowała, ale przecie własnego kasztelu nie 
mieli... Ale teraz to tak, jakby nigdy inaczej nie żywili... Chodzą, mówię wam, po komnatach, 
chodzą, chodzą 
– i służbie rozkazania dają, a jak się zmęczą, to sobie siedną. Prawy kasztelan 
i kasztelanowa! Mają ci też komnatę, w której z sołtysami, z karbowymi i czeladzią obiadują, 
a w niej ławy, dla niego i dla niej wyższe – inni zaś poniżej siedzą i czekają, póki państwo 
godnie mis nie nałożą. Taki to dworski obyczaj, aże człek musi sobie przypominać, że to nie 
żadne wielkie państwo, jeno bratanek i bratankowa, którzy po ręku starego boćkają, na pierwszym 
miejscu sadzą i dobrodziejem swoim zowią. 
– Dlatego im też Pan Jezus błogosławi – zauważył stary Wilk. 
Za czym pokiwawszy smutnie głową popił miodu, poruszyłżelaznym pogrzebaczem 
głownie w ognisku i rzekł: 
 
– A mojemu chłopu się sczezło! 
– Wola boska. 
– Ano! Starsi, których było pięciu, przedtem dawno polegli. Przecie wiecie. Jużci, wola 
boska. Ale ten był ze wszystkich najtęższy. Prawy Wilk i gdyby nie był legł, to by dziś też 
może na własnym zamku siedział. 
– Wolej by był Cztan poległ. 
– Co ta Cztan! Niby to kamienie młyńskie na plecy bierze, a ile to razy mój go poszczerbił! 
Mój miałćwiczenie rycerskie, a Cztana teraz żona po pysku pierze, bo choć jest chłop mocarny, 
ale głupi. 
– Hej! jako podogonie! – przyświadczył Maćko. 
I przy sposobności wynosił pod niebo nie tylko ćwiczenie rycerskie, ale i rozum Zbyszka, 
że to w Malborgu z najprzedniejszym rycerzami gonił 
na ostre, „a z książęty to ci wam tak 
będzie gadał, jakoby orzechy gryzł”. Chwalił też jego porządek w głowie i zapobiegliwość w 
gospodarce, bez której prędko by kasztel majętność zjadł. Nie chcąc jednak, by stary Wilk 
myślał, że coś podobnego im może grozić, kończył przyciszonym głosem: 
 
– No z łaski Boga jest ta wszelkiego dobra dosyć, więcej niż ludzie wiedzą, ale nie mówcie 
o tym nikomu. 
215 
 
 

Ludzie jednak domyślali się, wiedzieli i opowiadali sobie aż do przesady, zwłaszcza o bogactwach, 
które Bogdanieccy mieli wywieźć ze Spychowa. Mówiono, że pieniądze solówkami 
wozili z Mazowsza. Wygodził też raz Maćko pożyczką kilkunastu grzywien możnym 
dziedzicom na Koniecpolu, co do ostatnia utwierdziło okolicę w mniemaniu o jego „skarbach”. 
Z tego powodu rosło znaczenie Bogdanieckich, rósł szacunek ludzi i gości nigdy nie 
brakło w kasztelu, na co Maćko, choć oszczędny, nie patrzał niechętnym okiem, gdyż wiedział, 
że i to sławy rodowi przymnaża. 
 
Szczególnie chrzciny bywały sute, a raz na rok, po Matce Boskiej Zielnej, wyprawiał 
Zbyszko wielką ucztę dla sąsiedztwa, na którą i szlachcianki przyjeżdżały patrzeć na ćwiczenia 
rycerskie, słuchać gądków i pląsać z młodymi rycerzami przy smolnych pochodniach aż 
do rana. Wtedy to pasł oczy i radował się 
w sercu stary Maćko widokiem Zbyszka i Jagienki, 
tak wyglądali dwornie i pańsko. Zbyszko zmężniał, rozrósł się, a choć przy potężnej i wyniosłej 
postawie twarz jego wydawała się zawsze zbyt młoda, jednakże gdy bujny włos opiął 
przepaską z purpury, przybrał się w świetną, naszytą srebrnymi i złotymi nićmi szatę, to nie 
tylko Maćko, ale i niejeden szlachcic mówił sobie w duszy: „Boga mi! iście książę jakoweś 
na zamku swoim siedzące.” A przed Jagienką przyklękali nieraz rycerze znający zachodni 
obyczaj prosząc, by chciała im być damą ich myśli – taki bił od niej blask zdrowia, młodości, 
siły i urody. Sam stary dziedzic na Koniecpolu, który był wojewodą sieradzkim, zdumiewał 
się jej widokiem i z zorzą poranną, a nawet i z słonkiem ją porównywał, „które światu jasność 
daje, a nawet i stare kości żywszą gorącością napełnia.” 
 
216 
 
 

Rozdział 
czterdziesty siódmy 
 
 
Jednakże w piątym roku, gdy ład był wprowadzon we wszystkich wsiach nadzwyczajny, 
gdy nad skończoną czatownią powiewała już od kilu miesięcy chorągiew z Tępą Podkową, a 
Jagienka powiła szczęśliwie czwartego syna, którego nazwano Jurandem – tak rzekł raz stary 
Maćko do Zbyszka: 
 
– Wszystko się 
darzy i gdyby Pan Jezus jeszcze jedno zdarzył szczęśliwie – to bym już 
umarł spokojny. 
A Zbyszko popatrzał nań pytającym wzrokiem i po chwili zapytał: 
 
– Chyba o wojnie z Krzyżaki mówicie, bo czegóż by wam więcej trzeba? 
– To ci rzekę, com drzewiej mówił – odpowiedział Maćko – że póki mistrz Konrad żywie, 
wojny nie będzie. 
– Albo to mu wiecznie żyć? 
– Ale i mnie nie wiecznie i dlatego o czym innym myślę. 
– A zaś o czym? 
– Ii! lepiej nie zapowiadać. Tymczasem się do Spychowa wybieram, a może zdarzy się i 
książąt na Płocku i na Czersku odwiedzić. 
Zbyszka nie zdziwiła zbytnio ta zapowiedź, albowiem w ciągu ostatnich lat kilkakrotnie 
stary Maćko wyjeżdżał do Spychowa, więc tylko zapytał: 
 
– Długo zabawicie? 
– Dłużej niż 
zwykle, bo się w Płocku zatrzymam. 
Jakoż w tydzień później wyjechał Maćko, wziąwszy ze sobą kilka wozów i zbroję dobrą, 
„na wypadek, jeśli się przyjdzie w szrankach potykać”. Na odjezdnym zapowiedział, że może 
zabawi dłużej niż 
zwykle, i istotnie zabawił dłużej, gdyż przez pół roku nie było o nim żadnej 
wieści. Zbyszko począł się niepokoić i w końcu wyprawił umyślnego do Spychowa, ale ów 
spotkał Maćka za Sieradzem i wrócił z nim razem. 
 
Stary rycerz wrócił jakiś 
chmurny, ale wypytawszy dokładnie Zbyszka o wszystko, co cię 
podczas jego niebytności działo – i zaspokojon, że wszystko szło dobrze, rozpogodził się nieco 
– i pierwszy zaczął mówić o swej wyprawie. 
 
– Wiesz, że byłem w Malborgu – rzekł. 
– W Malborgu? 
– A gdzie by indziej? 
Zbyszko popatrzał na niego przez chwilę zdumionymi oczyma, po czym uderzył się nagle 
dłonią po udzie i rzekł: 
 
– O prze Bóg! A ja na śmierć zapomniałem. 
– Wolno było tobie zapomnieć, bośślubów dopełnił – odrzekł Maćko – ale nie daj Bóg, 
abym ja przysiędze i czci własnej umknął. Nie nasz to obyczaj, aby czegoś zaniechać – i tak 
mi dopomóżŚwięty Krzyż, jako póki mi tchu w nozdrzach, póty ja go nie zaniechałem. 
217 
 
 

Tu zmierzchła twarz Maćka i stała się tak groźną i zawziętą, jako ją Zbyszko widywał tylko 
za dawnych lat u Witolda i Skirwoiłły, gdy miało przyjść do bitwy z Krzyżaki. 
 
– No i co? – zapytał. – Odjął się wam? 
– Nie odejmował się, bo mi nie stanął. 
– czemu zaś? 
– Komturem wielkim został. 
– Kuno Lichtenstein komturem ci wielkim został? 
– Ba! Może go i wielkim mistrzem obiorą. Kto go wie! Ale on już i teraz z książęty się 
równym być mniema. Mówią, że wszystkim rządzi i że wszystkie sprawy Zakonu na jego 
głowie, a mistrz nic bez niego nie poczyna. Gdzie ci tam taki stanie na udeptaną ziemię! Na 
śmiech ludzki jeno zarobisz. 
– Wyśmieli was? – zapytał 
Zbyszko, któremu oczy zaiskrzyły się nagle gniewem. 
– Śmiała się księżna Aleksandra w Płocku: „Jedźże, powiada, i cesarza rzymskiego pozwij! 
Jemu, powiada (niby Lichtensteinowi), jako wiemy, przysłali także pozwy i Zawisza 
Czarny, i Powała, i Paszko z Biskupic, a też nawet takim mężom nie odkazał nic, bo nie może. 
Przecie nie serca mu brak, jeno że jest zakonnik i że, prawi, urząd ma tak znaczny i godny, 
że mu te rzeczy nie w głowie – i że więcej by czci uchybił przyjmując niźli na pozwy nie 
zważając.” Tak ci to pani mówiła. 
– A wyco na to? 
– Zafrasowałem się 
okrutnie, ale rzekłem, że i tak do Malborga muszę jechać, abym mógł 
powiedzieć Bogu i ludziom: „Co było w mojej mocy – tom uczynił”. Prosiłem tedy pan, żeby 
mi obmyśliła jakoweś poselstwo i dała pisanie do Malborga, bom wiedział, że inaczej głowy z 
tego wilczego gniazda nie wywiozę. W duszy zaś myślałem tak: „Jużci nie chciał wyznaczyć 
zroku ni Zawiszy, ni Powale, ni Paszkowi, ale jeśli go wobec samego mistrza, wszystkich 
komturów i gości za gębę porwę, a wąsy i brodę mu wyszarpnę – to przecie stanie.” 
– Bogdajże was! – zawołał z zapałem Zbyszko. 
– Co? – rzekł stary rycerz. – Na wszystko jest rada, byle głowę 
na karku mieć. Ale tu Pan 
Jezus łaski umknął, bom go w Malborgu nie zastał. Powiedzieli, że to Witolda w posły pojechał. 
Nie wiedziałem wtedy, co czynić: czekać czy za nim jechać. Bałem się rozminąłeś Ale 
żem to z mistrzem i wielkim szatnym miał z dawnych czasów znajomość – spuściłem im się z 
tajemnicy, dlaczegom przyjechał, oni zaś zakrzyknęli, że to nie może być. 
– Czemu? 
– Skroś tej samej przyczyny, którą księżna na Płocku wyłuszczyła. I mistrz przy tym rzekł: 
„Co byś o mnie myślał, gdybym ja każdemu rycerzowi z Mazowsza albo z Polski stawał?” 
No – i praw był, bo dawno by go już na świecie nie było. Cudowali się tedy obaj z szatnym – 
i opowiedzieli to przy stole na wieczerzy. To ci mówię, jakobyś w ul dmuchnął! A szczególnie 
między gośćmi podniosła się ich zaraz kupa: „Kuno – krzyczeli – nie może, ale my możem!” 
Wybrałem sobie tedy trzech chcąc się z nimi po kolei potykać, ale mistrz po wielkich 
prośba pozwolił jeno z jednym, któremu na przezwisko było też Lichtenstein i który był Kuna 
krewny. 
– No i co? – zakrzyknął Zbyszko. 
– Ano, jużci przywiozłem jego blachy, ale tak całkiem popękane, że i jednej grzywny nikt 
za nie nie da. 
– Bójcie się Boga, toście przysięgę spełnili! 
– Zrazu byłem rad, bom i sam tak mniemał, ale potem pomyślałem: „Nie! – to nie to samo!” 
I teraz spokoju nijakiego nie mam, bo nuż to nie to samo! 
Lecz Zbyszko począł go pocieszać. 
 
– Mnie też znacie, że w takich rzeczach ni sobie, ni komu nie folguję, ale gdyby mi się tak 
przygodziło, to miałbym dosyć. I to wam mówię, że najwięksi rycerze w Krakowie mi w tym 
218 
 
 

przyświadczą. Sam Zawisza, który na czci rycerskiej najlepiej się zna, pewnie nie co innego 
powie. 
 
– Tak mówisz? – zapytał Maćko. 
– Pomyślcie jeno: oni sławni w całym świecie – i pozwali go też, a żaden nie spawił nawet 
i tyle, ile wyście sprawili. Ślubowaliście śmierć 
Lichtensteinowi – i przecie Lichtensteinaście 
zarżnęli. 
– Może – rzekł stary rycerz. 
A Zbyszko, który był ciekaw spraw rycerskich, zapytał: 
– Nuże! mówcie: młody był czy stary? i jakże było: z konia czy piechtą? 
– Było mu ze trzydzieści pięć roków i brodę miał do pasa, a było z konia. Bóg mi pomógł, 
że go kopią zmacałem, ale potem przyszło do mieszów. To tak, mówię ci, krew mu z gęby 
buchała, że cała broda była jakoby jeden sopel. 
– A narzekaliście nieraz, że się starzejecie? 
– Bo jak na koń siędę alboli się na ziemi rozkraczę, to się trzymam krzepko, ale już na sio-
dło we zbroi całej nie skoczę. 
– Ale i Kuno nie byłby się wam odjął. 
Stary machnął pogardliwie ręką na znak, że z Kunonem byłoby mu poszło znacznie łatwiej 
– po czym poszli oglądać zdobyczne „blachy”, które Maćko zabrał tylko na znak zwycięstwa, 
bo zresztą były zbyt potrzaskane i dlatego bez wartości. Tylko nabiodrza i nagolenniki były 
nietknięte i roboty bardzo przedniej. 
– Wolałbym wszelako, żeby t były Kunona – mówił posępnie Maćko. 
Na co Zbyszko: 
– Wie Pan Bóg, co lepiej. Kunona, jeśli mistrzem zostanie, to już nie dostaniecie, chyba w 
jakowej wielkiej bitwie. 
– Nastawiałem ci ja ucha, co ludzie mówią – odrzekł Maćko. – Jedni tedy gadają, że po 
Kondracie będzie Kuno, a drudzy, że brat Kondratowy, Ulryk. 
– Wolałbym, żeby był Ulryk – rzekł Zbyszko. 
– I ja, a wiesz dlaczego? Kuno rozum ma większy i chytrzejszy, a Ulryk zapalczywszy. 
Prawy to jest rycerz, któren czci dochowuje, ale do wojny z nami aż drży. Powiadają też, że 
byle mistrzem ostał, to przyjdzie wnet taka nawałnica, jakiej na świecie nie bywało. A na 
Kondrata omdlałości pono już często przychodzą. Raz go zamroczyło i przy mnie. Hej! może 
doczekamy! 
– Daj to Bóg! A są jakieś nowe niezgody z Królestwem? 
– Są stare i nowe. Krzyżak zawsze Krzyżakiem. Chociaż wie, żeś mocniejszy i że z tobą 
źle zadrzeć, będzie ci na twoje dybał, bo inaczej nie może. 
– Przecie oni myślą, że Zakon od wszystkich królestw mocniejszy. 
– Nie wszyscy, ale wielu, a między nimi i Ulryk. Bo w rzeczy, potęga to jest okrutna. 
– A pamiętacie, co mówił Zyndram z Maszkowic? 
– Pamiętam i tam z każdym rokiem gorzej. Brat brata tak nie przyjmie jako mnie tam 
przyjmowali, gdy żaden Krzyżak nie poglądał. Mają ich tam wszyscy dosyć. 
– To i niedługo czekać! 
– Niedługo albo i długo – rzekł Maćko. 
I po chwili zastanowienia dodał: 
– A tymczasem trza harować – i majętności przysparzać, aby godnie w pole wystąpić. 
219 
 
 

Rozdział 
czterdziesty ósmy 
 
 
Mistrz Konrad zmarł jednak dopiero w rok później. Jaśko ze Zgorzelic, brat Jagienki, który 
pierwszy usłyszał w Sieradzu nowinę 
i o jego śmierci, i o obiorze Ulryka von Jungingen, 
pierwszy też przywiózł ją do Bogdańca, w którym zarówno jak i we wszystkich szlacheckich 
siedzibach wstrząsnęła ona do głębi dusze i serca. „Nastają czasy, jakich dotychczas nie było” 
 
– rzekł uroczyście stary Maćko, a Jagienka przyprowadziła w pierwszej chwili wszystkie 
dzieci przed Zbyszka i sama poczęła się z nim żegnać, jakby już nazajutrz miał wyruszyć. 
Maćko i Zbyszko wiedzieli wprawdzie, że wojna nie rozpala się tak od razu jak ogień w kominie, 
niemniej jednak wierzyli, że do niej przyjdzie – i poczęli się gotować. Wybierali konie, 
zbroje, ćwiczyli w wojennym rzemiośle giermków, czeladź, sołtysów ze wsi, siedzących na 
niemieckim prawie, którzy obowiązani byli konno stawać na wyprawę – i uboższą szlachtę – 
włodyków – ci bowiem radzi garnęli się do możniejszych. A to samo czyniono i po wszystkich 
innych dworach, wszędy biły młoty w kuźniach, wszędy czyszczono stare pancerze, nacierano 
topionym w sałhanach sadłem łuki i rzemienie, kowano wozy, czyniono zapasy spyży 
w krupach i wędzonym mięsiwie. Przy kościołach w niedziele i święta wypytywano o nowiny 
i smucono się, gdy przychodziły pokojowe, albowiem każdy nosił w duszy głębokie poczucie, 
że raz trzeba skończyć 
z tym strasznym wrogiem całego plemienia i że nie zakwitnie w potędze, 
w spokoju i pracy Królestwo, póki, wedle słów św. Brygidy, nie będą wyłamane Krzyżakom 
zęby i nie będzie odcięta im prawa ręka. 
W Krześni zaś szczególnie otaczano Maćka i Zbyszka, jako ludzi znających Zakon i świadomych 
wojny z Niemcami. Wypytywano się ich nie tylko o nowiny, ale sposoby na Niemców: 
jak najlepiej w nich bić, jak mają zwyczaj się potykać, w czym od Polaków wyżsi, a w 
czym niżsi, i czy po skruszeniu kopii łatwiej na nich zbroje łamać toporem czyli też mieczem. 
 
Oni zaś byli istotnie tych rzeczy świadomi, więc słuchano ich z wielką uwagą, tym bardziej 
że było przekonanie powszechne, że wojna to nie będzie łatwa, że przyjdzie się mierzyć 
z najprzedniejszym rycerstwem wszelkich krajów i nie poprzestawać na tym, że tu i owdzie 
pokołacze się nieprzyjaciela, jeno uczynić to rzetelnie do „cna” albo też zginąć z kretesem. 
Mówili tedy między sobą Włodykowie: „Skoro trzeba, to trzeba – ich śmierć 
albo nasza.” I 
pokoleniu, które w duszach nosiło poczucie przyszłej wielkości, nie odbierało to ochoty, 
owszem! rosła ona z każdą godziną i dniem, ale przystępowano do dzieła bez próżnej chwalby 
chełpliwości, a raczej z pewnym zawziętym skupieniem i z gotową na śmierć powagą. 
 
– Nam alibo im śmierć pisana. 
Ale tymczasem czas upływał i dłużył się, a wojny nie było. Mówiono wprawdzie o niezgodach 
między królem Władysławem a Zakonem – i jeszcze o ziemi dobrzyńskiej, choć była 
już przed laty wykupiona, i o sporach nadgranicznych, o jakowymś 
Drezdenku, o którym 
wielu po raz pierwszy w życiu słyszało, a o które spierały się jakoby obie strony, ale wojny 
nie było. Niektórzy poczęli nawet już wątpić, czy będzie, bo przecie spory bywały zawsze, ale 
kończyło się zwykle na zjazdach, układach i wysyłaniu poselstw. Owóż rozeszła się wieść, że 
 
220 
 
 

i teraz przyjechali jacyś posłowie krzyżaccy do Krakowa, a polscy udali się do Malborga. 
Poczęto mówić o pośrednictwem królów czeskiego i węgierskiego, a nawet samego papieża. 
Z dala od Krakowa nie wiedziano niczego dokładnie, więc rozmaite, a często dziwaczne i 
niepodobne chodziły między ludźmi słuchy, ale wojny nie było. 
 
W końcu i sam Maćko, za którego pamięci niemało przeszło gróźb wojennych i układów – 
nie wiedział, co o wszystkim myśleć, i wybrał się do Krakowa, aby jakiejś pewniejszej wieści 
zasięgnąć. Zabawił tam niedługo, bo szóstego tygodnia był już z powrotem – i wrócił z twarzą 
wielce wyjaśnioną. Gdy zaś w Krześni otoczyła go jak zwykle ciekawa nowin szlachta, na 
liczne pytania odpowiedział im pytaniem: 
 
– A groty u kopij i topory macie wyostrzone? 
– Albo co? Nuże! Na rany boskie! Jakie nowiny? Kogoście widzieli? – wołano ze wszystkich 
stron. 
– Kogo widziałem? Zyndrama z Maszkowic! A jakie nowiny? Takie, że pono wraz konie 
siodłać przyjdzie. 
– Prze Bóg! Jakże to? Powiadajcie! 
– A słyszeliście o Drezdenku? 
– Jużci żeśmy słyszeli. Ale zameczek to, jakich wiele i ziem bogdaj tam nie więcej niźli u 
was w Bogdańcu. 
– Marna to wojny przyczyna, co? 
– Pewnie, że marna; bywały i większe, a przecie nic potem nie nastąpiło. 
– A wiecie, jaką mi przypowieść 
Zyndram z Maszkowic z przyczyny Drezdenka powiedział? 
– Prędzej mówcie, bo nam czapki na łbach zgorzeją! 
– Powiedzieli mi tedy tak: „Szedłślepy gościńcem i przewalił się przez kamień. Przewalił 
się, bo byłślepy, ale przecie kamień przyczyną.” Otóż Drezdenko to taki kamień. 
– Jakże to? co? Jeszcze ci Zakon stoi. 
– Nie rozumiecie? Tedy wam inaczej tak powiem: gdy naczynie zbyt pełne, to jedna kropla 
je przeleje. 
Więc zapał ogarniał rycerstwo tak wielki, iż Maćko musiał go hamować, bo chcieli zaraz 
na koń siadać i do Sieradza ciągnąć. 
 
– Bądźcie gotowi – mówił im – ale czekajcie cierpliwie. Już też i o nas nie zapomną. 
Więc trwali w gotowości, ale czekali długo, tak nawet długo, że niektóry poczęli znów 
wątpić. Lecz Maćko nie wątpił, bo jako z przylotu ptactwa poznaje się nadejście wiosny, tak 
on, jako człek doświadczony, umiał 
z rozmaitych oznak wywnioskować, że zbliża się wojna – 
i to wielka. 
 
Więc naprzód nakazano łowy we wszystkich borach i puszczach królewskich tak ogromne, 
jakich najstarsi ludzie nie pamiętali. Zbierano tedy tysiącami osaczników na obławy, na których 
padały całe stada żubrów, turów, jeleni, dzików i różnej pomniejszej zwierzyny. Lasy 
dymiły przez całe tygodnie i miesiące, w dymach zaś wędzono solone mięsiwo, a następnie 
odsyłano je do miast wojewódzkich, a stamtąd na skład do Płocka. Oczywistym było, ż szło o 
zapasy dla wielkich wojsk. Maćko wiedział dobrze, co o tym myśleć, to takie same łowy nakazywał 
przed każdą większą wyprawą na Litwie Witold. Lecz były i inne oznaki. Oto chłopi 
poczęli całymi gromadami uciekać „spod Niemca” do Królestwa i na Mazowsze. W okolicę 
Bogdańca przybywali głównie poddani niemieckich rycerzy ze Śląska, ale wiedziano, że 
wszędzie dzieje się to samo, a zwłaszcza na Mazowszu. Czech gospodarzący w Spychowie na 
Mazowszu przysłał stamtąd kilkunastu Mazurów, którzy schronili się do niego z Prus. Ludzie 
ci prosili, by im pozwolono wziąć udział w wojnie „na piechtę” – albowiem chcieli pomścić 
się swych krzywd na Krzyżakach, których nienawidzili duszą całą. Powiadali też, że niektóre 
nadgraniczne wsie w Prusiech prawie zupełnie opustoszały, albowiem kmiecie przenieśli się z 
żonami i dziećmi do księstw mazowieckich. Krzyżacy wieszali wprawdzie schwytanych zbie
 
 
221 
 
 

gów, ale nieszczęsnego ludu nic już nie mogło powstrzymać i niejeden wolałśmierć od życia 
pod straszliwym jarzmem niemieckim. Następnie poczęli się roić w całym kraju „dziadowie” 
z Prus. Ciągnęli oni wszyscy do Krakowa. Napływali z Gdańska, z Malborga, z Torunia, z 
dalekiego nawet Królewca, ze wszystkich pruskich miast i ze wszystkich komandorii. Byli 
między nimi nie tylko dziady, ale klechowie, organiści, różni słudzy klasztorni, a nawet klerycy 
i księża. Domyślano się, że znoszą wiadomości o wszystkim, co się dzieje w Prusiech: o 
przygotowaniach wojennych, o utwierdzaniu zamków, o załogach, o wojskach najemnych i 
gościach. Jakoż szeptano sobie, że wojewodowie po miastach wojewódzkich, a w Krakowie 
rajcy królewscy zamykali się z nimi całymi godzinami, słuchając ich i spisując ich wiadomości. 
Niektórzy wracali chyłkiem do Prus, a potem znowu zjawiali się w Królestwie. Dochodziły 
wieści z Krakowa, że król i panowie rada wiedzą przez nich o każdym kroku Krzyżaków. 
 
 
Przeciwnie działo się w Malborgu. Pewien duchowny, zbiegły z tej stolicy, zatrzymał się u 
dziedziców Koniecpola i opowiadał im, że mistrz Ulryk i inni Krzyżacy nie troszczą się o 
wieści z Polski i że pewni są, iż jednym zamachem zawojują i obalą na wieki wieków całe 
Królestwo, „tak, aby ślad po nim nie został”. Powtarzał przy tym słowa mistrza wypowiedziane 
na uczcie w Malborgu: „Im ich więcej będzie, tym bardziej kożuchy w Prusiech potanieją.” 
Gotowali się więc do wojny w radości i upojeniu, dufni we własną siłę i pomoc, którą 
im wszystkie, najdalsze nawet królestwa nadeślą. 
 
Lecz mimo tych wszystkich wojennych oznak, przygotowań i zabiegów, wojna nie przychodziła 
tak prędko, jak sobie ludzie życzyli. Młodemu dziedzicowi z Bogdańca „cniło się” 
już także w domu. Wszystko było od dawna gotowe, dusza rwała się w nim do sławy i do 
boju, przeto ciężki mu był każdy dzień zwłoki – i często czynił o to wymówki stryjcowi, tak 
jakby wojna lub pokój od niego zależały. 
 
– Boście obiecywali na pewno, że będzie – mówił – a tu nic i nic! 
Na to zaś Maćko: 
– Mądryś, ale nie bardzo! A to nie widzisz, co się dzieje? 
– A jak się król w ostatniej godzinie zgodzi? Mówią, że nie chce wojny. 
– Bo nie chce, ale któż jak nie on zakrzyknął: „chybaby nie był królem, gdybym Drezdenko 
zabrać pozwolił”, a Drezdenko Niemce jak wzięli, tak i dotychczas dzierżą. Ba! król nie 
chce rozlewu krwi chrześcijańskiej, ale panowie rada, którzy rozum mają bystry, czując większą 
moc polską przypierają Niemców do ściany – i to ci jeno rzekę, że gdyby nie było Drezdenka, 
to by się znalazło co innego. 
– Bo jako słyszałem, to jeszcze mistrz Kondrat zabrał Drezdenko, a on się przecie króla 
bał. 
– Bał się, gdyż lepiej od innych przeznał potęgę polską, ale chciwości zakonnej i on nie 
umiał pohamować. W Krakowie mówili mi tak: stary von Ost, dziedzic Drezdenka, w czasie 
gdy Krzyżaki zabierały Nową Marchię, pokłonił się jako hołdownik królowi, gdyż to ziemia 
była od wieków polska, więc chciał 
do Królestwa należeć. Ale zaprosili ci go Krzyżacy do 
Malborga, spoili winem i uzyskali od niego zapis. Wtedy t zbrakło już do ostatnia królowi 
cierpliwości. 
– Wiera, że mogło mu zbraknąć – zawołał Zbyszko. 
Lecz Maćko rzekł: 
– Ale to tak jest, jako Zyndram z Maszkowic powiedział: Drezdenko to jeno kamień, przez 
który sięślepy przewalił. 
– Gdyby zaś Niemce oddali Drezdenko, t co będzie? 
– To znajdzei się inny kamień. Ale nie oda ci Krzyżak tego, co raz połknął, chyba mu 
brzuch rozpłatasz, co daj Bóg, abyśmy prędko uczynili. 
– Nie! – zawołał pokrzepiony na duchu Zbyszko. – Kondrat może by oddał, Ulryk nie odda. 
Prawy to rycrz, na którym skazy nijakiej nie masz, ale okrutnie zapalczywy. 
222 
 
 

Tak to oni ze sobą rozmawiali, a tymczasem zdarzenia staczały sią, jakby kamienie potrącone 
na stromych śieżkach górskich nogą przechodnia, z coraz większym pędem ku przepaści. 
 
 
Nagle rozegrzmiała po całym kraju wiadomość, że Krzyżacy napadli i zagrabili staropolski, 
zastawiony johannitom Santok. Nowy mistrz Ulryk, który, gdy posłowie polscy przybyli, 
aby mu złożyćżyczenia z powdu jego wyboru, wyjechał umyślnie z Malborga i który od 
pierwszej chwili swych rządów nakazał, by w stosunkach z królem i Polską miasto łaciny 
używać języka niemieckiego – pokazał 
wreszcie, kim jest. Krakowscy panowie, którzy po 
cichu pchali do wojny, zrozumieli, że on do niej pcha głośno i nie tylko głośno, ale na oślep i 
z takim zuchwalstwem, jakiego względem polskiego narodu nie dopuszczali się nigdy mistrzowie 
nawet wówczas, gdy ich potęga była w istocie większą, a Królestwa mniejszą niż 
ninie. 
 
Jednakże mniej zapalczywi a przebieglejsi od Ulryka dostojnicy Zakonu, którzy znali Witolda, 
starali się go sobie zjednać darami i pochlebstwy tak przechodzącymi wszelką miarę, iż 
podobnych trzeba było chyba szukać 
w tych czasach, gdy cezarom rzymskim wznoszono za 
życia świątynie i ołtarze. „Dwóch jest dobrodziejów Zakonu – mówili posłowie krzyżaccy 
bijąc czołem temu namiestnikowi Jagiełły – pierwszy Bóg, a drugi Witold; przeto jest święte 
każde życzenie i każde słowo Witolda dla Krzyżaków.” I błagali go o rozjemstwo w sprawie 
 
o Drezdenko w tej myśli, że gdy jako podległy królowi podejmie się sądzić swego zwierzchnika, 
tym samym go obrazi – i dobre ich stosunki przerwą się, jeśli nie na zawsze, to przynajmniej 
na czas dłuższy. Lecz że panowie rada wiedzieli o wszystkim, co się w Malborgu 
dzieje i zamierza, przeto król wybrał także Witolda na rozjemcę. 
I pożałował Zakon wyboru. Dostojnicy krzyżaccy, którym zdawało się, że znają wielkiego 
księcia, znali go nie dość jeszcze, albowiem Witold nie tylko przysądził Drezdenko Polakom, 
lecz wiedząc zarazem i odgadujc, na czym się sprawa skończyć musi – podniósł znów 
Żmujdź i coraz groźniejsze ukazując Zakonowi oblicze jął ją wspomagać ludźmi, orężem i 
zbożem z żyznych ziem polskich nadsyłanym. 
 
Co gdy się stało, wszyscy po wszytkich ziemiach olbrzymiego państwa zrozumieli, że wybiła 
stanowcza godzina. Jakoż wybiła. 
 
Raz w Bogdańcu gdy stary Maćko, Zbyszko i Jagienka siedzieli przed bramką kasztelu zażywając 
cudnej pogody i ciepła – zjawił się nagle na spenionym koniu nieznany człowiek, 
osadził go przed bramą, cisnął coś na ksztatł wieńca splecionego z łozy i wierzbiny pod nogi 
rycerzy – i krzyknąwszy: „Wici! wici!” – pomknął dalej. 
 
A oni zerwali się na równe nogi w wielkim wzruszeniu. Twarz Maćka stała się groźna i 
uroczysta. Zbyszko skoczył, aby pchnąć 
giermka z wicią dalej, po czym wrócił z ogniem w 
źrenicach i zawołał: 
 
– Wojna! Wreszcie Bóg dał! Wojna! 
– I taka, jakiejśmy przedtem nie widzieli! – dorzucił poważnie Maćko. 
Następnie krzyknął na czeladź, która w mig zebrała się wokół państwa: 
– Dąć 
w rogi z czatowni na cztery strony świata! a inni niech skoczą na wsie po sołtysów. 
Konie ze stajen wywieść i wozy zaprzęgać! Duchem! 
I głos jego jeszcze nie przegrzmiał, gdy czeladź kopnęła się w różne strony, aby spełnić 
rozkazy, które nie były trudne, gdyż wszystko z dawna było gotowe: ludzie, wozy, broń, 
zbroje, zapasy – tylko siadać i jechać! 
 
Lecz przedtem Zbyszko jeszcze zawołał Maćka: 
 
– A wy nie ostaniecie w domu? 
– Ja? Co ci w głowie? 
– Bo wedle prawa możecie, że to człowiek z was w leciech podeszły, a byłaby jakaś opieka 
nad Jagienką i dziećmi. 
– No, to słuchaj: ja do białego włosa czekał na tę godzinę. 
223 
 
 

I dosyć było spojrzeć na jego zimne, zawzięte oblicze, aby poznać, że na nic wszelka namowa. 
Zresztą, mimo siódmego krzyżyka, chłop był jeszcze czerstwy jak dąb, ręce łatwo 
chodzły mu w stawach, a topór w nich aż warczał. Nie mógł już wprawdzie skoczyć w pełnej 
zbroi bez strzemion na konia, ale i wielu młodych, zwłaszcza między zachodnimi rycerzami, 
tego uczynić nie mogło. Natomiast ćwiczenie rycerskie posiadał 
ogromne i bardziej doświadczonego 
wojownika nie było w całej okolicy. 
 
Jagienka też widocznie nie obawiała się sama zostać, gdyż usłyszawszy słowa męża wstała 
i ucałowawszy go w rękę rzekła: 
 
– Nie frasuj się ty o mnie, miły Zbyszku, bo kasztel jest godny, a i to wiesz, że ja tam niezbyt 
płochliwa, i że ni kusza, ni sulica mi nie nowina. Nie czas o nas myśleć, gdy trza Królestwo 
ratować, a nad nami tu Bóg będzie opiekunem. 
I nagle oczy jej wezbrały łzami, które stoczyły się w wielkich kroplach po cudnej liliowej 
twarzy. Więc ukazawszy gromadkę dzieci tak dalej mówiła wzruszonym, drgającym głosem: 
 
– Hej! żeby nie one pędraki, póty by ja ci u nóg leżała, póki byś mnie nie wziął na tę wojnę! 
– Jaguś! – zawołał Zbyszko chwytając ją w ramiona. 
A ona objęła mu też szyję i jęła powtarzać tuląc się do niego z całej siły: 
– Jeno mi ty wróć, mój złoty, mój jedyny, mój najmilejszy! 
– A zaś co dzień dziękuj Bogu, że ci dał taką niewiastę! – dodał grubym głosem Maćko. 
I w godzinę później ściągnięto z czatowni chorągwie na znak nieobecności panów. Zbyszko 
i Maćko zezwolili, aby Jagienka razem z dziećmi odprowadziła ich do Sieradza, więc po 
obfitym posiłku ruszyli wszyscy razem z ludźmi i całym taborem wozów. 
 
Dzień był jasny, bez wiatru. Bory stały w ciszy nieruchome. Stada na polach i ugorach zażywały 
także południowego spoczynku przeżuwając paszę 
powolnie i jakby w zamyśleniu. 
Jeno z powodu suchości powietrza wznosiły się tu i ówdzie po drogach kłęby złotego kurzu, a 
nad owymi kłębami płonęły jakby ogniki niezmiernie w słońcu błyszczące. Zbyszko ukazywał 
je żonie i dzieciom mówiąc: 
 
– Wiecie, co to się tam tak łyska nad kurzawą? To groty kopij i sulic. Wszędy już widać 
wici doszły i zewsząd ciągnie naród na Niemca. 
Jakoż tak było. Niedaleko za granicą Bogdańca spotkali brata Jagienki, młodego Jaśka ze 
Zgorzelic, który jako dziedzic dość możny szedł w trzy kopie, a luda prowadził z sobą dwudziestu. 
 
 
Wkrótce potem na rozstaju wychyliło się ku nim z tumanów zarosłe oblicze Cztana z Rogowa, 
który nie był wprawdzie przyjacielem Bogdanieckich, ale teraz krzyknął z dala: „Bywaj 
na psubraty!” – i skłoniwszy się im życzliwie, pocwałował w siwym oboku dalej. Spotkali 
także i starego Wilka z Brzozowej. Głowa już mu się trzęsła nieco ze starości, ale ciągnął 
i on, by pomścićśmierć syna, którego mu na Śląsku Niemcy zabili. 
 
I w miarę jak zblżali się do Sieradza, coraz częstsze były po drogach obłoki kurzawy, a 
gdy z dala ukazały się już wieże miejskie, cały gościniec roił się od rycerstwa, od sołtysów i 
od zbrojnych miejskich pachołków, którzy wszyscy ciągnęli na miejsce zbioru. Widząc tedy 
ów lud rojny a czerstwy i tęgi, w boju uporny, a na niewygody, słoty, chłody i wszelkie trudy 
nad wszystkie inne wytrzymały, krzepił się w sercu stary Maćko i pewne wróżył sobie zwycięstwo. 
 
 
224 
 
 

Rozdział 
czterdziesty dziewiąty 
 
 
I wojna wybuchła wreszcie, nieobfita z początku w bitwy, ale w pierwszych chwilach niezbyt 
dla Polaków pomyślna. Nim nadciągnęły siły polskie, zdobyli Krzyżacy Bobrowniki, 
zrównali z ziemią Złotoryję – i znów zajęli nieszczęsną, a z takim rudem niedawno odzyskaną 
ziemię dobrzyńską. Lecz pośrednictwo czeskie i węgierskie przygasiło na czas burzę wojenną. 
Nastąpił rozejm, w czasie którego Wacław, król czeski, miał sądzić spory między Polską a 
Zakonem. 
 
Nie przestano jednak gromadzić wojsk i posuwać ich ku sobie w czasie zimowych i wiosennych 
miesięcy, gdy zaś przekupiony król czeski wydał wyrok na korzyść Zakonu, wojna 
musiła wybuchnąć na nowo. 
 
A tymczasem nadeszło lato, a z nim razem nadciągnęły „narody” pod Witoldem. Po przeprawie 
pod Czerwieńskiem połączyły się 
oba wojska i chorągwie książąt mazowieckich. Z 
drugiej strony w obozie pod Świeciem stanęło sto tysięcy zakutych w żelazo Niemców. 
Chciał król przeprawić się przez Drwęcę i pójść krótką drogą ku Malborgowi, lecz gdy przeprawa 
okazała się niepodobną, zawrócił od Kurzętnika ku Działdowu i po skruszeniu zamku 
krzyżackiego Dąbrowna, czyli Gilgenburga, położył się tamże obozem. 
 
Zaówno on jak i dostojnicy polscy i litewscy wiedzieli, że walna rozprawa musi wkrótce 
nastąpić, nikt jednak nie sądził, żeby miało przyjść do niej prędzej niż za kilka dni. Przypuszczano, 
że mistrz zabieżawszy drogę królowi zechce dać wypoczynek swym zastępom, aby do 
śmiertelnej walki stanęły nieutrudzone i świeże. Tymczasem wojska królewskie zatrzymały 
się na noc w Dąbrownie. Wzięcie tej fortecy, lubo bez rozkazów, a nawet wbrew woli rady 
wojennej, napełniło otuchą 
serce króla i Witolda, zamek to bowiem był potężny, oblany jeziorem, 
o grubych murach i licznej załodze. A jednak rycestwo polskie wzięło go niemal w 
mgnieniu oka, z zapałem tak niepohamowanym, że nim cały obóz nadciągnął, już z miasta i 
zamku pozostały tylko gruzy i zgliszcza, wśród których dzicy wojownicy Witolda i Tatarzy 
pod Saladynem wycinali ostatki broniących się z rozpaczą niemieckich knechtów. 
 
Pożar jednakże nie trwał długo, gdyż zgasiła go krótko wprawdzie trwająca, ale ogromna 
ulewa. Cała noc z czternastego na piętnasty lipca była dziwnie zmienna i nawałnista. Wicher 
przypędzał burzę za burzą. Chwilami niebo zdało się całe płonąć od błyskawic i grzmoty 
roztaczały się ze straszliwym łoskotem midzy wschodem a zachodem. Częste gromy napełniały 
zapachem siarki powietrze, to znów szum dżdżu zagłuszał wszystkie inne odgłosy. A 
potem wiatr rozpędzał chmury i wśród ich strzępów widać było gwiazdy i jasny, wielki miesiąc. 
Po północy dopiero uciszyło się nieco, tak że można było przynajmniej ognie rozpalić. 
Jakoż w tej chwili zabłysły ich tysiące i tysiące w niezmiernym polsko-litewskim obozie. 
Wojownicy suszyli przy nich przemokłe szaty i śpiewali pieśni bojowe. 
 
Król czuwał również, albowiem w domu położonym na samym skraju obozów, do którego 
schronił się przed burzą, zasiadała rada wojskowa, przed którą zdawano sprawę ze zdobycia 
Gilgenburga. Ponieważ w szturmie brała udział chorągiew sieradzka, więc przywódca jej, 
 
225 
 
 

Jakub z Koniecpola, wezwany był wraz z innymi do usprawiedliwienia się, dlaczego bez rozkazów 
dobywali miasta i nie zaniechali szturmu, chociaż król wysłał dla powstrzymania ich 
swego podwojskiego i kilku podręcznych pachołków. 
 
Z tej przyczyny wojewoda nie będąc pewien, czy nie spotka go nagana albo nawet i kara, 
zabrał z sobą kilkunastu przedniejszych rycerzy, a między nimi starego Maćka i Zbyszka, 
jako świadków, że podwojski dotarł do nich dopiero wówczas, gdy byli już 
na murach zamku 
i w chwili najzawziętszej bitwy z załogą. A co do tego, że uderzył na zamek: „Trudno, mówił, 
pytać o wszytko, gdy wojska na kilka mil się ozciągają.” Wysłany będąc w przodku, rozumiał, 
iż ma powinność kruszyć przeszkody przed wojskiem i bić 
nieprzyjaciela, gdzie go napotka. 
Więc wysłuchawszy tych słów król, książę 
Witold i panowie, którzy w duszy radzi byli 
temu, co się stało, nie tylo nie przyganili wojewodzie i Sieradzanom ich postępku, ale sławili 
jeszcze ich męstwo, że „tak wartko pożyli zamek i męską załogę”. Mogli wówczas Maćko i 
Zbyszko napatrzyć się największym głowom w Królestwie, bo prócz króla i książąt mazwieckich 
znajowali się tam dwaj przywódcy wszystkich zastępów: Witold, który Litwinom, 
Żmujdzi, Rusinom, Besarabom, Wołochom i Tatarom przywodził – i Zyndram z Maszkowic, 
herbu „tego samego co słońce”, miecznik krakowski, główny sprawca wojsk polskich, przewyższający 
wszystkich znajomością spraw wojennych. Oprócz nich byli w tej radzie wielcy 
wojownicy i statyści: kasztelan krakowski Krytyn z Ostrowa i wojewoda krakowski Jaśko z 
Tarnowa, i poznański Sędziwój z Ostroroga, i sędomierski Mikołaj z Michałowic, i proboszcz 
od Św. Floriana, a zarazem podkanclerzy Mikołaj Trąba, i marszałek Królestwa Zbigniew z 
Brzezia, i Piotr Szafraniec, podkomorzy krakowski, i wreszcie Ziemowit, syn Ziemowita, 
księcia na Płocku, jeden między nimi młody, ale dziwnie „do wojny przemyślny”, którego 
zdanie wysoce sobie sam wielki król cenił. 
 
A w przyległej obszernej izbie czekali, aby być pod ręką i w razie zapytania radą się przysłużyć, 
najwięksi rycerze, których sława grzmiała szeroko w Polsce i za granicą: więc ujrzeli 
tam Maćko i Zbyszko Zawiszę Czarnego Sulimczyka i jego brata Farureja, i Skarbka Abdanka 
z Gór, i Dobka z Oleśnicy, który swego czasu dwunastu niemieckich rycerzy w toruniu na 
turniej z siodła wysadził, i olbrzymiego Paszka Złodzieja z Biskupic, i Powałę z Taczewa, 
kóry życzliwym im był przyjacielem, i Krzona z Kozichgłów, i Marcina zWrocimowic, który 
wielką chorągiew całego Królestwa nosił, i Floriana Jelitczyka z Korytnicy, i strasznego w 
ręcznym spotkaniu Lisa z Targowiska, i Staszka z Charbimowic, który w pełnej zbroi przez 
dwa rosłe konie mógł przeskoczyć. 
 
Było i wielu innych słynnych rycerzy przedchorągiewnych z rozmaitych ziemi i z Mazowsza, 
których przedchorągiewnymi zwano dlatego, że w pierwszym szeregu stawali do bitwy. 
Lecz znajomkowie, a szczególnie Powała, radzi witali Maćka i Zbyszka i zaraz poczęli z nimi 
 
o dawnych czasach i przygodach rozmawiać. 
– Hej! – mówił do Zbyszka pan z Taczewa. – Jużci ciężkie ty masz z Krzyżaki rachunki, 
ale tak tuszę, że im teraz za wszystkie czasy zapłacisz. 
– Zapłacę choćby krwią, jako i wszyscy zapłacim! – odrzek Zbyszko. 
– A wiesz, że twój Kuno Lichtenstein jest ninie wielkim komturem? – ozwał się Paszko 
Złodziej z Biskupić. 
– Wiem i stryj wiedzą też. 
– Daj mi go Bóg spotkać – przerwał Maćko – bo ja osobną mam z nim sprawę. 
– Ba! Przecie pozywaliśmy go i my – odpowiedział Powała – ale odrzekł, że urząd nie pozwala 
mu się potykać. No, teraz chyba pozwoli. 
Na to zaś Zawisza, który zawsze mówił z powagą wielką, rzekł: 
 
– Tego on będzie, komu go Bóg przeznaczy. 
Lecz Zbyszko z samej ciekawości wytoczył zaraz przed sąd Zawiszy sprawę stryjka i zapytał, 
czy nie zadość się stało ślubowaniu przez to, że Maćko potykał się z krewnym Lichten
 
 
226 
 
 

steina, który się ofiarował w zastępstwo, i takowego zabił. I wszyscy zakrzyknęli, że zadość. 
Sam tylko zawzięty Maćko, chociaż ucieszył się z wyroku, rzekł: 
 
– Ba, przecież pewniejszy byłbym zbawienia, gdybym samego Kunona spotkał! 
I następnie poczęli mówić o wzięciu Gilgenburga i o przyszłej wielkiej bitwie, której spodziewali 
się wkrótce, bo przecie nie miał mistrz nic innego do zrobienia, jeno królowi drogę 
zabiec. 
 
Ale gdy właśnie łamali głowy nad tym, za ile dni spotkanie może nastąpić, zbliżył się ku 
nim chudy i długi rycerz, przybrany w czerwone sukno, z takąż mycką na głowie i rozłożywszy 
ręce rzekł miękkim, prawie niewieścim głosem: 
 
– Pozdrowienie ci, rycerzu Zbyszku z Bogdańca! 
– De Lorche! – zakrzyknął 
Zbyszko – tyś tu? 
I chwycił 
go w objęcia, gdyż wdzięczne pozostało mu o nim wspomnienie, a gdy ucałowali 
się jakby najbliżsi przyjaciele, począł wypytywać z radością: 
 
– Tyś tu? po naszej stronie? 
– Wielu może geldryjskich rycerzy znajduje się po tamtej stronie – odrzekł de Lorche – ale 
jam panu memu, księciu Januszowi, służby z Długolasu powinien. 
– Toś ty dziedzicem po starym Mikołaju na Długolesie? 
– Tak. Bo po śmierci Mikołaja i syna jego, któren pod Bobrownikami zabit, Długolas 
przypadł na cudną Jagienkę, a od lat pięciu moją niewiastę i panią. 
– Dla Boga! – zawołał 
Zbyszko – powiadaj, jako ci to przyszło? 
Lecz de Lorche powitawszy starego Maćka rzekł: 
– Dawny wasz giermek, Głowacz, powiedział mi, że was tu znajdę, a teraz czeka u mnie w 
namiocie i nad wieczerzą czuwa. Dalekoć to wpradzie, bo na drugim końcu obozu, ale końmi 
prędko się przejedzie – więc jedźcie ze mną. 
Po czym zwróciwszy się do Powały, którego poznał w dawniejszych czasach w Płocku, 
dodał: 
 
– I wy, szlachetny panie. Będzie to dla mnie szczęście i honor. 
– Dobrze – odparł Powała. – Miło ze znajomymi ugwarzyć, a po drodze jeszcze się obozowi 
przypatrzym. 
Więc wyszli, by siąść na koń i jeczać. Przedtem jednak sługa de Lorchego ponarzucał im 
na ramiona opończe, które widocznie przywiózł umyślnie. Ów zbliżywszy się do Zbyszka 
pocałował go w rękę i rzekł: 
 
– Pokłon i cześć 
wam, panie. Jam dawny sługa wasz, ale w ciemności nie mżecie mnie rozeznać. 
Czy pamiętacie Sanderusa? 
– Prze Bóg! – zawołał Zbyszko. 
I na chwilę odżyły w nim wspmnienai przeżytych smutków, bólów i dawnej niewoli, tak 
samo jak parą tygodni temu, gdy po połączeniu się wojsk królewskich z chorągwiami książąt 
mazowieckich spotkał po długim niewidzeniu dawnego swego giermka Hlawę. 
 
Więc rzekł: 
 
– Sanderus! Hej! Pamiętam i te dawne czasy, i ciebie! Cóżeś od onej pory porabiał i gdzieś 
się obracał? Zali już nie nosisz relikwij? 
– Nie, panie. Aż do ostatniej wiosny byłem klechą przy kościele w Długolesie, ale że nieboszczyk 
ojciec mój wojennym rzemiosłem się zajmował, przeto gdy wojna wybuchła, zaraz 
mi zbrzydła miedź na kościelnych dzwonach, a zbudziła się chętka do żelaza i stali. 
– Co słyszę! – zawołał Zbyszko, który jakoś nie mógł wyobrazić sobie Sanderusa stawającego 
z mieczem, rohatyną albo toporem do boju. 
Ów zaś rzekł podając mu strzemię: 
 
– Rok temu z rozkazu biskupa płockiego chodziłem do pruskich krajów, przez co znaczną 
posługę oddałem, ale to później opowiem, a teraz siadajcie, wasza wielkość, na koń, gdyż ów 
grabia czeski, którego wołacie Hlawa, czeka na was z wieczerzą w namiotach pana mego. 
227 
 
 

Więc Zbyszko siadł na koń i zbliżywszy się do pana de Lorche jechał w pobok, aby swobodnie 
z nim rozmawiać, albowiem ciekawy był jego dziejów. 
 
– Okrutniem rad – rzekł – iżeś 
po naszej stronie, ale mi to dziwne, boś przecie u Krzyżaków 
służył. 
– Służą ci, którzy żołd biorą – odparł de Lorche – a jam go nie brał. Nie. Jam między 
Krzyżaków przyjechał 
w tym jeno celu, aby przygód szukać i pas rycerski pozyskać, który, 
jak ci wiadomo, z rąk polskiego księcia pozyskałem. I bawiąc długie lata w tych krajach poznałem, 
po czyjej stronie słuszność, a gdym się przy tym tu ożenił i osiedlił, jakże mi było 
przeciw wam stawać? Jam już 
tutejszy i patrz, jakom się mowy waszej wyuczył. Ba! swojej 
już nieco zapomniałem. 
– A twoja majątność w Geldrii? Bo jakom słyszał, toś tamtejszemu władcy pokrewny i 
dziedzic wielu zamków i włości. 
– Dziedzictwo moje krewnemu, Fulkonowi de Lorche, ustąpiłem, który mi je spłacił. Pięć 
roków temu byłem w Geldrii i dostatki wielkie stamtąd przywiozłem, za którem się na Mazowszu 
okupił. 
– A jakże się to słało, żeś się z Jagienką z Długolasu ożenił? 
– Ach! – odpowiedział de Lorche – kto zdoła odgadnąć niewiastę? Dworowała ci ona ze 
mnie zawsze, aż gdym mając tego dosyć oświadczył jej, że do Azji na wojnę z żalu pojadę i 
już nigdy nie wrócę, rozpłakała się niespodzianie i rzekła: „To ja mniszką ostanę.” Padłem jej 
do nóg za te słowa, a we dwie niedziele później biskup płocki pobłogosławił nam w kościele. 
– Dzieci zaś macie? – zapytał Zbyszko. 
– Po wojnie Jagienka wybiera się do grobu waszej królowej Jadwigi, aby ją o błogosławieństwo 
uprosić – odrzekł wzdychając de Lorche. 
– Dobrze. Powiadają, że to pewny sposób i że w tych rzeczach nie masz lepszej nad naszą 
świętą królową orędowniczki. Walne spotkanie nastąpi za kilka dni, a potem będzie spokój. 
– Tak. 
– Ale Krzyżacy pewnie cią za zdrajcę poczytują. 
– Nie! – rzekł de Lorche. – Wiesz, jako czci rycerskiej przestrzegam. Jeździł Sanderus ze 
zleceniami biskupa płockiego do Malborga, więc posłałem przez niego pismo do mistrza 
Ulryka, w którym wypowiedziałem mu służbę i wyłuszczyłem mu przyczyny, dla których po 
waszej stronie staję. 
– Ha! Sanderus! – zawołał 
Zbyszko. – Mówił mi, że mu spiż na dzwonach zbrzydł i że do 
żelaza zbudziła się w nim chętka, co mi i dziwne, bo zajęcze zawsze miał on serce. 
A pan de Lorche począł sięśmiać: 
 
– Sanderus tyle ma ze stalą albo z żelazem do czynienia, że mnie i moich giermków goli. 
– Jak to? – zapytał rozweselony Zbyszko. 
Czas jakiś jechali w milczeniu, po czym de Lorche podnósł oczy ku niebu i rzekł: 
– Prosiłem was na wieczerzę, ale nim zajedziem, to chyba będzie śniadanie. 
– Miesiąc jeszcze świeci – odparł 
Zbyszko. – Jedźmy. 
Więc zrównawszy się z Maćkiem i Powałą jechali dalej razem we czwórkę szeroką szeroką 
obozową ulicą, którą wytykano zawsze z rozkazu dowódców między namiotami i ogniskami, 
aby przejazd był wolny. Chcąc dostać się do stojących na drugim końcu obozu chorągwi 
mazowieckich, musieli go cały wzdłuż przejechać. 
 
– Jak Polska Polską – ozwał się Maćko – jeszcze takich wojsk nie widzała, bo spłynęły narody 
ze wszytkich krain ziemi. 
– Żaden też inny król takich nie postawi – odpowiedzał 
de Lorche – bo żaden tak potężnym 
państwem nie władnie. 
A stary rycerz zwrócił się do Powały z Taczewa: 
 
– Ile, mówicie, panie, przyszło chorągwi z kniaziem Witoldem? 
228 
 
 

– Czterdzieście – odrzekł Powała. – Naszych polskich wraz z Mazurami jest pięćdziesiąt, 
ale nie tak okryte jak Witoldowe, bo u niego czasem i kilka tysięcy ludzi pod jednym znakiem 
służy. Ha! Słyszeliśmy, iż mistrz rzekł, iż to hołota lepsza do łyżek niż 
do miecza, ale bogdajże 
w złą godzinę to wymówił, bo tak myślę, że litewskie sulice okrutnie się od krzyżackiej 
juchy zaczerwienią. 
– A ci, wedle których teraz przejeżdżamy, którzy są? – zapytał de Lorche. 
– To Tatary; przywódł ich Witoldowy hołdownik, Saladyn. 
– Dobrzyż do bitwy? 
– Litwa umie z nimi wojować i znaczną ich część podbiła, z której przyczyny musieli na tę 
wojnę przyciągnąć. Ale zachodniemu rycerstwu ciężko z nimi, gdyż oni w ucieczce straszniejsi 
niż w spotkaniu. 
– Przypatrzmy się im bliżej – rzekł de Lorche. 
I pojechali ku ogniskom, które otaczali ludzie z nagimi całkiem ramionami, odziani mimo 
pory letniej w owcze tułuby, wełną do góry. Większa część ich spała wprost na gołej ziemi 
alb na mokrej i parującej od żaru słomie, lecz wielu siedziało w kuczki przy płonących stosach; 
niektórzy skracali sobie godziny nocne podśpiewując przez nos dzikie pieśni i uderzając 
do wtóru jednym piszczelem końskim o drugi, co czyniło dziwny i nieprzyjemny łoskot; inni 
mieli małe bębenki lub brzdąkali na naciągniętych cięciwach łuków. Inni żarli świeżo wyjęte 
z gonia, dymiące, a zarazem krwawe kawały mięsiwa, na które dmuchali wzdętymi, sinymi 
wargami. W ogóle wyglądali tak dziko i złowrogo, że łatwiej ich było wziąć za jakieś okropne 
stwory leśne niż za ludzi. Dymy ognisk były gryzące od końskiego i baraniego tłuszczu, 
który w nich topniał, a prócz tego rozchodził się naokół nieznośny swąd przypalonej sierśi, 
przygrzanych tułubów i ckliwa wońśieżo zdartych skór i krwi. Z drugiej ciemnej strony ulicy, 
gdzie stały konie, zawiewało ich potem. Szkapy owe, których kilkaset trzymano dla rozjazdów 
w pobliżu, wygryzły trawę spod nóg gryzły się między sobą kwicząc przeraźlwie i 
chrapiąc. Koniuchowie uśmierzali walkę głosem i batami z surowca. 
 
Niebezpiecznie było zapuszczać się w pojedynkę między nich, gdyż dzicz to była niesłychanie 
drapieżna. Tuż za nimi stały niewiele mniej dzikie watahy Besarabów, z rogami na 
głowach, długowłosych Wołochów, noszących miast pancerzy drewniane, malowane deski na 
piersiach i plecach, z niezgrabnymi wizerunkami upiorów, kościotrupów lub zwierząt; dalej 
Serby, których uśpiony teraz obóz rozbrzmiewał we denie w czasie postojów jakby jedna 
wielka lutnia, tyle w nim było fletni, bałabajek, multanków i różnych innych narzędzi muzycznych. 
 
 
Świeciły ognie, a z nieba wśród chmur, które mocny wiatr rozwiewał, świecił jasny, wielki 
miesiąc i przy owych blaskach przypatrywali się nasi rycerze obozom. Za Serbami stała nieszczęsna 
Żmujdź. Niemcy wytoczyli z niej potoki krwi, a jednak na każde wezwanie Witolda 
zrywała się do nowych bojów. I teraz jakby w przeczuciu, że niedola jej skończy się wkrótce 
raz na zawsze, przyciągnęła tu przejęta duchem tegoż Skirwoiłły, którego samo imię przejmowało 
Niemców wściekłością i trwogą. Ogniska żmujdzkie stykały się 
wprost z litewskimi, 
gdyż ten sam był to naród, ten sam obyczaj i mowa. 
 
Lecz przy wjeździe do litewskich obozów posępny obraz uderzył oczy rycerzy. Oto na 
zbitej z okrąglaków szubienicy zwieszały się dwa trupy ludzkie, które wiatr kołysał, huśtał, 
okręcał i podrzucał z taką siłą, że aż bale szubienicy skrzypiały żałośnie. Chrapnęły na widok 
trupów i przysiadły nieco na zadach konie, więc rycerze poczęli siężegnać pobożnie, a gdy 
przejechali, Powała rzekł: 
 
– Kniaź Witold był razem z królem, a ja byłem przy królu, gdy przywiedziono tych winowajców. 
Już poprzednio skarżyli sę nasi biskupi i panowie, że Litwa zbyt okrutnie wojuje i 
kościołów nawet nie oszczędza. Więc gdy ich przywiedziono (a byli to znaczni ludzie, ale 
Najświętszy Sakrament nieszczęśnicy pono znieważyli), napęczniał kniaź tak gniewem, że 
strach było nań spojrzeć 
– i powiesić im się kazał. To niebożęta sami szubienicę utwierdzić 
229 
 
 

musieli i sami ci się powiesili, a jeszcze jeden drugiego naganiał: „Nuże, prędzej, bo kniaź się 
gorzej rozgniewa!” I strach padł 
na wszystkich Tatarów itwinów, bo oni nie śmierci, ale 
książęcego gniewu się boją. 
 
– Ba, pomnę – rzekł Zbyszko – że gdy onego czasu w Krakowie król rozgniewał się na 
mnie o Lichtensteina, to młody kniaź Jamont, który był rękodajnym królewskim, też zaraz 
radził mi się powiesić. I z dobrego serca dawał tę radę, chociaż byłbym go za nią pozwał na 
udeptaną ziemię, gdyby nie to, że i tak mieli mi, jako wiecie, szyję uciąć. 
– Kniaź Jamont nauczył się już rycerskich obyczajów – odrzekł Powała. 
Tak rozmawiając minęli wielki obóz litewski i trzy świetne pułki ruskie, z któych najliczniejszy 
był smoleński, a wjechali do polskiego obozu. Stało tam pięćdziesiąt chorągwi – jądro 
i zarazem czoło wszystkich wojsk. Zbroje tu byłylepsze, konie ogromniejsze, rycerstwo bardziej 
ćwiczone, w niczym zachodniemu nie ustąpujące. Siłą członków ciała, wytrwałością na 
głód, zimno i turdy przewyższali nawet ci dziedzice z Wielko– i Małopolski bardziej dbałych 
 
o wygody wojowników z Zachodu. Obyczaj ich był 
prostszy, pancerze grubiej kowane, ale 
hart większy, a ich pogardęśmierci i niezmierną w boju uporczywość opodziwiali już swego 
czasu nieraz przybyli z daleka francuscy i angielscy rycerze. 
De Lorche, który znał polskie rycerstwo od dawna, tak też mówił: 
 
– Tu cała siła i cała nadzieja. Pamiętam, jako w Malborgu nieraz narzekano, że w bitwie z 
wami każdą piędź ziemi trzeba rzeką krwi okupić. 
– Rzeką też i teraz krew popłynie – odpowiedział Maćko. – Bo i Zakon nigdy dotychczas 
takiej potęgi nie zebrał. 
Na to zaś Powała: 
 
– Powiadał rycerz Korzbóg, który od króla do mistrza z listami jeździł, iż Krzyżacy mówią, 
że ni cesarz rzymski, ni żaden król nie ma takiej potęgi i że Zakon mógłby wszystkie 
królestwa zawojować. 
– Ba, przecie nas więcej! – rzekł Zbyszko. 
– Tak, ale oni lekko sobie Witoldowe wojsko ważą, że to lud byle jako zbrojny i że się od 
pierwszego uderzenia skruszy jako gliniany garnek pod młotem. A prawda-li to czy też nieprawda, 
nie wiem. 
– I prawda, i nieprawda! – ozwał się roztropny Maćko. – My ze Zbyszkiem znamy ich, bośmy 
razem z nimi wojowali. Jużci, zbroja u nich gorsza i chmyzowate konie, przeto często 
bywa, że się pod naporem rycerstwa ugną, ale serca mąją tak chrobre albo i mężniejsze niż 
Niemce. 
– Niezadługo się to pokaże – rzekł Powała. – Królowi ciągle śluzy do oczu płyną na myśl, 
że tyle się krwie chrześcijańskiej rozleje, i do ostatniej chwili rad by sprawiedliwy pokój zawrzeć, 
ale pycha krzyżacka do tego nie dopuści. 
– Jako żywo! Znam ja Krzyżaków i wszyscy ich znamy – przytwierdził Maćko. – Bóg już 
tam wagi przyładował, na których położy krew naszą i nieprzyjaciół naszego plemienia. 
Już byli niedaleko chorągwi mazowieckich, między którymi tkwiły namioty pana de Lor-
che, gdy wtem na środku „ulicy” spostrzegli sporą gromadą ludzi zbitych w kupę i patrzących 
na niebo. 
 
– Stójcie tam! stójcie! – zawołał jakiś głos na środku gromady. 
– A kto mówi i co tu robicie? – zapytał Powała. 
– Proboszcz kłobucki. A wy kto? 
– Powała z Taczewa, rycerze z Bogdańca i de Lorche. 
– Ach, to wy, panie – rzekł tajemniczym głosem ksiądz proboszcz zbliżając się do konia 
Powały. – Spojrzyjcie jeno na miesiąc i patrzcie, co się na nim wyrabia. Wróżebna to i cudowna 
noc! 
Więc rycerze podnieśli głowy i poczęli patrzeć na księżyć, który już zbladł 
i bliski był zachodu. 
 
 
230 
 
 

– Nie mogę nic rozeznać! – rzekł Powała. – A wy co widzicie? 
– Mnich w kapturze potyka się z królem w koronie! Patrzcie! o tam! W imię Ojca i Syna, i 
Ducha! O, jakże się okrutnie zmagają... Boże, bądź miłościw nam grzesznym! 
Naokół zapadła cisza, bo wszyscy wstrzymali oddech w piersiach. 
 
– Patrzcie, patrzcie! – wołał ksiądz. 
– Prawda! coś ci takiego jest! – rzekł Maćko. 
– Prawda! prawda! – potwierdzili inni. 
– Ha! król obalił mnicha – zakrzyknął nagle proboszcz kłobucki – nogę na nim postawił! 
Pochwalony Jezus Chrystus. 
– Na wieki wieków! 
W tej chwili duża, czarna chmura przykryła księżyc – i noc stała się 
ciemna – tylko blask 
ognisk drgał krwawymi pasmami w poprzek drogi. 
Rycerze ruszyli dalej, a gdy już odjechali od gromady, Powała spytał: 
 
– Widzieliście co? 
– Z początku nic – odpowiedział Maćko – ale potem widzaiłem wyraźnie i króla, i mnicha. 
– I ja. 
– I ja. 
– Znak Boży – ozwał się Powała. – Ha! to już mimo łez naszego króla nic widać z pokoju 
nie będzie. 
– A bitwa będzie taka, jakiej świat nie pamięta – rzekł Maćko. 
I jechali dalej w milczeniu mając serca wezbrane i uroczyste. 
Lecz gdy już byli niedaleko namiotu pana de Lorche, zerwał się znów wicher z taką siłą, że 
w mgnieniu oka porozrzucał ogniska Mazurów. Powietrze zaroiło się tysiącami głowni, płonących 
szczypek, skier, a zarazem przesłoniło się kłębami dymu. 
 
– Hej, dmnie okrutnie! – mówił Zbyszko ociągając opończę, którą mu wiatr na głowę zarzucił. 
– A w wichurze jakoby jęk i płacz ludzki słychać. 
– Świt już niezadługo, ale nikt nie wie, co mu dzień przyniesie – dodał de Lorche. 
231 
 
 

Rozdział 
pięćdziesiąty 
 
 
Nad ranem wichura nie tylko nie ustała, ale wzmogła się do tego stopnia, że niepodobna 
było rozpiąć namiotu, w którym król zwykł był od początku wyprawy słuchać codziennie 
trzech mszy świętych. Przybiegł 
wreszcie Witold z prośbami i błaganiem, aby nabożeństwo 
do stosowniejszej pory w zaciszach leśnych odłożyć i nie wstrzymywać pochodu. Jakoż stało 
się zadość jego życzeniu, bo i nie mogło być inaczej. 
 
O wschodzie słońca ruszyły wojska ławą, a za nimi nieprzejrzany tabor wozów. Po godzinie 
pochodu wiatr uciszył się nieco, tak że można było rozwinąć chorągwie. I wówczas pola, 
jak okiem sięgnąć, pokryły się niby kwieciem stubarwnym. Żadne oko nie mogło objąć zastąpów 
z tego lasu rozmaitych znaków, pod którymi pułki posuwały się naprzód. Szła więc ziemia 
krakowska pod czerwoną chorągwią z białym orłem w koronie, była zaś to chorągiew 
naczelna całego Królestwa, wielki znak dla wszystkich wojsk. Niósł ją Marcin z Wrocimowic, 
herbu Półkozy, rycerz potężny i w świecie sławny. Za nim szły hufce nadworne, jeden 
mając nad sobą podwójny krzyż litewski, drugi pod Pogonią. Zaś pod znakiem św. Jerzego 
ciągnął potężny zaastąp najemników i ochotników zagranicznych, przeważnie z Czechów i 
Morawców złożony. Tych wielu stanęło na tę wojnę, bo i cała czterdziesta dziewiąta chorągiew 
była wyłącznie z nich złożona. Lud to był, zwłaszcza w piechocie, która ciągnęła za 
kopijnikami, dziki, niesforny, ale do bitwy tak zaprawny, a w spotkaniu tak zaciekły, iż 
wszelkie inne piechoty, gdy się o nich otarły, odskakiwały co prędzej jako pies od jeża. Berdysze, 
kosy, topory, a szczególnie żelazne cepy stanowiły ich broń, którą władali wprost 
strasznie. Najmowali się oni każdemu, kto im płacił, albowiem żywiołem ich jedynym była 
wojna, grabież i rzeź. 
 
W pobok Morawców i Czechów szło pod swymi znakami szesnaście chorągwi ziem polskich, 
w tych jedna przemyska, jedna lwowska i jedna halicka, i trzy podolskie, a za nimi piechoty 
tychże ziem, przeważnie zbrojne w rohatyny i w kosy. Książęta mazowieccy Janusz i 
Ziemowit wiedli chorągwie dwudziestą pierwszą, drugą i trzecią. Tuż szły biskupie, a potem 
pańskie w liczbie dwudziestu dwóch. Więc Jaśka z Tarnowa, Jędrka z Tęczyna, Spyztka Leliwy 
i Krzona z Ostwowa, i Mikołaja z Michałowa, i Zbigniewa z Brzezia, i Krzona z Kozichgłów, 
i Kuby na Koniecpolu, i Jaśka Ligęzy, i Kmity, i Zakliki, a oprócz nich rodowa 
Gryfitów i Bobowskich, i Koźlich Rogów, i różnych innych, którzy w bitwach zbierali się 
pod wspólnym herbowym godłem i wspólne wykrzykiwali „zawołanie”. 
 
I tak rozkwitła pod nimi ziemia, jak rozkwitają 
łąki na wiosnę. Szła fala koni, fala ludzi, 
nad nimi las kopij i z barwnymi „płachetkami” na kształt drobniejszych kwiatów, a z tyłu, w 
obłokach kurzawy, miejskie i kmiece piechoty. Wiedzieli, że ku bitwie straszliwej idą, ale 
wiedzieli, że „trzeba”, więc szli z ochotnym sercem. 
 
Na prawym zaś skrzydle płynęły Witoldowe watahy, pod chorągwiami różnej barwy, ale z 
jednakim wyobrażeniem litewskiej Pogoni. Żaden wzrok nie mógł objąć wszystkich zastępów, 
ciągnęły się one bowiem wśród pól il lasów na szerokość przeszło mili niemieckiej. 
 
232 
 
 

Przed południem przyszedłszy wojska w pobliże wsi Logdau i Tannenberga, zatrzymały 
sięna krawędzi lasu, Miejsce zdało się dobre na spoczynek i azbezpieczone od wszelkiej niespodzianej 
napaści, gdyż z lewej strony oblewała je łacha Jeziora Dąbrowskiego, z prawej zaś 
jezioro Lubeń, przed wojskami zaś otwierała się szeroka na milę przestrzeń polna. W środku 
owej przestrzeni, wznoszącej się ku zachodowi łagodnie w górę, zieleniły się 
łęgi Grunwaldu, 
a nieco w dali szarzały słomiane dachy i puste, smutne ugory Tannenberga. Nieprzyjaciela, 
który by spuszczał się ku lasom z wyniosłości, łatwo było dostrzec, ale nie spodziewano się, 
aby mógł prędzej niż nazajutrz nastąpić. Zatrzymały się też tu wojska tylko na postój, że jednak 
biegły w rzeczach wojny Zyndram z Maszkowic nawet w pochodzie przestrzegał bojowego 
porządku, więc stanęły tak, aby w każdej chwili mogły być 
do sprawy gotowe. Z rozkazu 
wodza wysłano wnet na lekkich a ścigłych koniach gońców hen, przed się, w stronę 
Grunwaldu i Tannenberga, i dalej, aby zbadali okolicę, a tymczasem dla łaknącego nabożeństwa 
króla ustawiono na wysokim brzegu jeziora Lubeń namiot kapoliczny, aby mógł zwykłych 
mszy wysłuchać. 
 
Jagiełło, Witold, książęta mazowieccy i rada wojenna udali się do namiotu. Przed nim zaś 
zgromadziło się przedniejsze rycerstwo, już to dlateog, aby polecić się 
Bogu plrzed dniem 
stanowczym, już aby na króla popatrzeć. I widziano go, jak szedł w szarej obozowej szacie, z 
twarzą poważną, na której osiadła wyraźnie ciężka troska. Lata mało zmieniły jego postać i 
nie pokryły mu zmarszczkami oblicza ani nie ubieliły mu włosów, które i teraz zakładał tak 
samo prędkim ruchem za uszy, jak wówczas, gdy Zbyszko widział go po raz pierwszy w Krakowie. 
Ale szedł jakby pochylony pod brzemieniem strasznej odpowiedzialności, która ciążyła 
na jego ramionach, jak gdyby pogrążon w wiekim smutku. W wojsku mówiono sobie, że 
król płacze ustawicznie nad tą krwią chrześcijańską, która ma być przelana, i tak było istotnie. 
Jagiełło wzdrygał się przed wojną, zwłaszcza z ludźmi, którzy na płaszczach i chorągwiach 
krzyż nosili, i z całej duszy pragnął pokoju. Próżno mu panowie polscy, a nawet pośrednicy 
węgierscy, Ścibor i Gara, wystawiali pychę i dufność krzyżacką, którą przepełnion mistrz 
Ulryk gotów był cały świat wyzwać do boju; próżno mu jego własny wysłannik Piotr Korz-
bóg przysięgał na Krzyż Pański i na swoje ryby herbowe, że Zakon ani chce słyszeć o pokoju 
i że jedynego komtura gniewskiego, hrabiego von Wende, który do pokoju nakłaaniał, inni 
obrzucili szyderstwy i obelgami – on jeszcze miał nadzieję, że nieprzyjaciel uzna słuszność 
jego rządań, pożałuje krwi ludzkiej i sprawiedliwym układem straszliwą waśń zakończy. 
 
Więc i teraz poszedł się modlić o to do kaplicy, gdyż prostą a dobrotliwą duszę jego dręczył 
ogromny niepokój. Nawiedzał już ongi Jagiełło ogniem i żelazem ziemie krzyżackie, ale 
czynił to jako pogański książę 
litewski, lecz teraz, gdy jako król polski i chrześcijanin ujrzał 
płonące sioła, zgliszcza, krew i łzy, ogarnęła go bojaźń gniewu Bożego, zwłaszcza że to był 
dopiero początek wojny. Gdyby choć na tym poprzestać! Ale oto dziś, jutro zetrą się narody i 
ziemia rozmięknie od krwi. Jużci, nieprawy jest ten nieprzyjaciel, ale jednak krzyże na płaszczach 
nosi i bronią 
go tak wielkie i święte relikwie, że myśl cofa się 
przed nimi przerażona. 
W całym wojsku myślano przecież o nich z obawą i nie grotów, nie mieczów, nie toporów, 
ale tych świętych szczątków obawiali się głównie Polacy. „Jakoże nam będzie na mistrza ramię 
podnosić 
– mówili nie znający trwogi rycerze – gdy na pancerzu u niego relikwiarz, a w 
nim i kości święte, i drzewo krzyża Zbawiciela!” Witold gorzał wprawdzie wojną, pchał do 
niej i spieszył się do bitwy, lecz pobożne serce króla truchlało po prostu na wspomnienie tych 
mocy niebieskich, którymi zakon osłaniał swą nieprawość. 
 
233 
 
 

Rozdział 
pięćdziesiąty pierwszy 
 
 
Już właśnie ksiądz Bartosz z Kłobucka skończył jedną mszę, a Jarosz, proboszcz kaliski, 
miał wkrótce wyjść z drugą i król wyszedł 
przed namiot, aby rozprostować nieco zmęczone 
klęczeniem kolana, gdy na spienionym koniu wpadł jak burza szlachcic Hanko Ostojczyk i 
nim z siodła zeskoczył, zakrzyknął: 
 
– Niemce, miłościwy panie, idą! 
Porwali się na te słowa rycerze, król zmienił się na twarzy, zamilkł przez mgnienie oka, po 
czym zawołał: 
 
– Pochwalony Jezus Chrystus! Gdzieś ich widział i ile chorągwi? 
– Widziałem jedną chorągiew przy Grunwaldzie – odpowiedział zdyszanym głosem Hanko 
ale zza wzgórza kurzawa szła, jakby ich więcej ciągnęło! 
– Pochwalony Jezus Chrystus! – powtórzył król. 
A wtem Witold, któremu za pierwszy słowem Hanki krew uderzyła do twarzy i oczy poczęły 
siężarzyć jak węgle – zwrócił się do dworzan i zawołał: 
 
– Odwołać drugą mszę i konia mi! 
Król zaś położył mu rękę na ramieniu i rzekł: 
– Jedź 
ty, bracie, a ja ostanę i drugiej mszy wysłucham. 
Więc Witold i Zyndram z Maszkowic wskoczyli na konie, lecz właśnie w chwili gdy zawrócili 
ku obozom, przyleciał drugi goniec, szlachcic Piotr Oksza z Włostowa, i z dala już 
począł krzyczeć: 
 
– Niemce! Niemce! Widziałem dwie chorągwie! 
– Na końsmile – ozwały się głlosy między dworzany i rycerstwem. 
A jeszcze Piotr mówi nie przestał, gdy znów rozległ się tętent i przypadł 
trzeci goniec, a za 
nim czwarty, piąty i szósty: wszyscy widzieli chorągwie niemieckie, nadciągające w coraz 
większej liczbie. Niebyło już wcale wątpliwości, że cała armia krzyżacka zastępuje drogę 
wojskom królewskim. 
 
Rycerze porozjeżdżali się w mgnieniu oka do swoich chorągwi. Z królem przy namioocie 
kaplicznym pozostała tylko garstka dworzan, księży i pachołków. Ale w tej chwili rozległ się 
dzwonek na znak, że proboszcz kaliski wychodzi z drugą mszą, więc Jagiełło wyciągnął ramiona, 
złożył pobożnie dłonie i wzniósłszy oczy ku niebu wolnym krokiem udał się do namiotu. 
 
 

 
 
Lecz gdy po skończonej mszy wyszedł 
znowu przed namiot, mógł już własnym oczyma 
przekonać się, że prawdę mówili gońce, gdyż na krańcach wznoszącej się coraz bardziej ku 
górze, rozległej równiny zaczerniało coś, jak gdyby bór wyrósł nagle na pustych polach, a nad 
tym borem grała i mieniła się w słońcu tęcza chorągwiana. Jeszcze dalej, hen! za Grunwal
 
 
234 
 
 

dem i Tannenbergiem, wznosił się ku niebu olbrzymi obłok kurzawy. Król objął wzrokiem 
cały ten groźny widnokrąg, po czym zwróciwszy się do księdza podkanclerzego Mikołaja 
zapytał: 
 
– Jakiego dziś patrona? 
– Dzień Rozesłania Apostołów – odrzekł ksiądz podkanclerzy. 
A król westchnął: 
– Więc dzień Apostołów będzie ostatnim życia dla wielu chrześcijan, którzy się dziś na 
tym polu zetrą. 
I wskazał ręką na szeroką, pustą równinę, na której w pośrodku tylko, w połowie drogi do 
Tannenberga, wznosiło się kilka odwiecznych dębów. 
Tymczasem jednak przyprowadzono mu konia, a w oddali ukazało się sześćdziesiąt kopii, 
które Zyndram z Maszkowic przysłał jako straż osoby królewskiej. 
 

 
Straży królewskiej przewodził Aleksander, młodszy syn księcia na Płocku, a brat tego 
Ziemowita, który szczególną „przemyślnością” do wojny obdarzon, zasiadał w radzie wojskowej. 
Drugie po nim miejsce trzymał litewski synowiec monarchy, Zygmunt Korybut, młodzian 
wielkich nadziei i wielkich przeznaczeń, ale niespokojnego ducha. Między rycerstwem 
najsłynniejsi byli: Jaśko Mążyk z Dąbrowy, prawdziwy olbrzym, postawą niemal Paszkow z 
Biskupic równy, a siłą niewiele samemu Zawiszy Czarnemu ustępujący, Żóława, baron czeski, 
drobny i chudy, ale sprawności niezmiernej, słynny na dworze czeskim i węgierskim z 
pojedynków, w których kilkunastu rycerzy rakuskich rozciągnął, i drugi Czech Sokół, łucznik 
nad łuczniki, i Wielkopolanin Bieniasz Wierusz, i Piotr Mediolański, i bojarzyn litewski 
Sienko z Pohosta, którego ojciec Piotr jednej chorągwi smoleńskiej przywodził, i krewny 
króla, kniaź Fieduszko, i kniaź 
Jamont, a zresztą 
sami polscy rycerze, „wybrani z tysięców”, 
którzy wszyscy zaprzysięgli do ostatniej krwi króla bronić i od wszelkiej wojennej przygody 
go osłaniać. Zaś bezpośrednio przy osobie królewskiej znajdował się ksiądz podkanclerzy 
Mikołaj i sekretarz Zbyszko z Oleśnicy, młodzieńczyk uczony, biegły w sztuce czytania i w 
piśmie, ale zarazem siłą do dzika podobny. Nad zbroją pana czuwali trzej giermkowie: Czajka 
z Nowego Dworu, Mikołaj z Morawicy i Daniłko Rusin, który dzierżyłłuk i sajdak królewski. 
Dopełniało orszaku kilkunastu dworskich, którzy na ścigłych biegunach mieli z rozkazami 
do wojska latać. 
 
Giermkowie przybrali pana w świetną, błyszczącą zbroję, po czym przywiedli mu również 
„wybranego z tysięców” cisawego rumaka, który parskał 
nozdrzami na dobrą wróżbę spod 
stalowego naczółka i napełniając rżeniem powietrze przysiadał nieco jak ptak, który się chce 
zerwać do lotu. Kró, gdy uczuł pod sobą konia, a w ręku kopię, zmienił się nagle. Smutek 
znikł mu z oblicza, małe czarne oczy poczęły błyskać, a na twarzy zjawiły się rumieńce; lecz 
była to chwila tylko, bo gdy ksiądz podkanclerzy począł go żegnać krzyżem, spoważniał 
znów i pochylił z pokorą – przybraną w srebrzysty hełm głowę. 
 

 
Tymczasem armia niemiecka zstępując z wolna z wyniosłej równiny minęła Grunwald, 
minęła Tannenberg i zatrzymała się w zupełnym bojowym szyku w połowie pola. Z dołu, z 
polskiego obozu, widać było doskonale groźnąławę olbrzymich, zakutych w żelazne zbroje 
koni i rycerzy. Bystrzejsze oczy odróżnaiły nawet dokładnie, o ile wiatr targający chorągwie 
na to pozwalał, rozmaite znaki na nich wyszyte, jako: krzyże, orły, gryfy, miecze, hełmy, baranki, 
głowy żubrów i niedźwiedzi. 
 
235 
 
 

Stary Maćko i Zbyszko, który wojując poprzednio z Krzyżakami znali ich wojska i herby, 
pokazywali swoim Sieradzanom dwie chorągwie mistrza, w których służył 
sam kwiat i dobór 
rycerstwa, i walną chorągiew całego Zakonu, której przewodził Fryderyk von Wallenrod, i 
potężnąświętego Jeruzego, z krzyżem czerwonym w polu białym, i wiele innych zakonnych. 
Nie znane im były jeno znaki różnych gości zagranicznych, których tysiące nadciągały ze 
wszystkich stron świata: z Rakuz, z Bawarii, ze Szwabii, ze Szwajcarii, ze słynnej z rycerstwa 
Burgundii, z bogatej Flandrii, ze słonecznej Francji, o której rycerzach opowiadał ongi 
Maćko, że nawet leżąc już na ziemi jeszcze waleczne słowa mówią, z zamorskiej Anglii, ojczyzny 
celnych łuczników, i nawet z dalekiej Hiszpanii, gdzie wśród ustawicznych walk z 
Saracenami rozkwitło nad wszystkie inne kraje męstwo i honor. 
 
A zaś 
onej twardej szlachcie spod Sieradza, z Koniecpola, z Krześni, z Bogdańca, z Rogowa 
i Brzozowej jak również z innychziem polskich poczęłał burzyć się krew w żyłach na 
myśl, że za chwilę przyjdzie im się związać z Niemcami i całym tym świetnym rycerstwem. 
Twarze starszych stały się poważne i surowe, ci bowiem wiedzieli, jak ciężka i okrutna będzie 
to praca. Atoli serca młodych poczęły skowytać tak właśnie, jak skowyczą trzymane na uwięzi 
psy myśliwe, gdy z dala dzikiego zwierza ujrzą. Więc niektórzy ściskając silniej w garści 
kopie, rękojeście mieczów i toporzyska osadzali na zadach konie jakby do skoku, inni płonili 
się na twarzach, inni poczęli oddychać szybko, jakby stało im się nagle za ciasno w pancerzach. 
Doświadczeńsi jednak wojownicy uspokajali ich mówiąc: „Nie minie was, a starczy dla 
każdego, daj Bóg, by nie było nadto.” 
 
Lecz Krzyżacy spoglądając z góry na lesistą nizinę widzieli na krawądzi boru tylko kilkanaście 
polskich chorągwi i wcale nie byli pewni, czy to jest cała armia królewska. Wprawdzie 
na lewo, koło jeziora, widać było także szare gromady wojowników, a w kuszczach błyszczało 
coś na kształt grotów sulic, to jest lekkich dzid, których używali Litwini. Mógł to być 
jednak tylko znaczny podjazd polski. Dopiero zbiegowie ze zburzonego Gilgenburga, których 
kilkunastu sprowadzono przed mistrza, zaświadczyli, iż 
naprzeciw nich stoją wszystkie wojska 
polsko-litewskie. 
 
Lecz próżno mówili o ich potędze. Mistrz Ulryk nie chciał im wierzyć, gdyż od początku 
tej wojny wierzył tylko w to, co było mu na rękę i wróżyło niechybne zwycięstwo. Zwiadów i 
gońców nie rozsyłał rozumiejąc, że i bez tego wszystkiego musi przyjść do walnej bitwy, a 
bitwa owa nie może zakończyć się inaczej, jeno straszliwą klęską 
nieprzyjaciela. Dufny w 
siłę, jakiej żaden z mistrzów nie wyprowadził dotąd w pole, lekceważył też przeciwnika, a 
gdy komtur gniewski, który na swoją rękę czynił wywiady, przedstawiał mu, że jednak wojska 
Jagiełły są liczniejsze – odpowiadał: 
 
– Jakie tam wojska! Jeno z Polaki przyjdzie się nieco wysilić, a reszta, choćby ich było i 
najwięcej, pośledni to lud, lepszy do łyżki niż do oręża. 
I dążąc wszelkimi siłami do bitwy zapłonął teraz wielką radością, gdy nagle znalazł się 
przed nieprzyjacielem i gdy widok walnej chorągwi całego Królestwa, której czerwień spostrzeżono 
na ciemnym tle boru, nie pozwalał już dłużej wątpić, że tkwi przed nim główna 
armia. 
 
Ale na stojących pod lasem i w lesie Polaków nijak było Niemcom uderzać, gdyż rycerstwo 
straszne tylko było w czystym polu, nie lubiło zaś i nie umiało walczyć w gęstwinie 
drzewnej. 
 
Zebrano się więc na krótką naradą przy boku mistrza, jakim sposobem wywabić z zarośli 
nieprzyjaciela. 
 
– Na świętego Jerzego – zawołał mistrz. – Dwie mile ujechaliśmy nie spoczywając i upał 
dostwiera, a ciała oblewają się nam potem pod zbroją. Nie będziemże tu czekali, póki nieprzyjacielowi 
nie spodoba się wystąpić w pole. 
A na to hrabia Wende, mąż poważny wiekiem i rozumem, rzekł: 
 
236 
 
 

– Zaiste, już wyśmiewano tutaj moje słowa – i wyśmiewali je tacy, którzy bogdaj że 
umkną z tego pola, na którym ja polegnę (i tu spojrzał na Wernera von Tettingen) – ale wżdy 
powiem, co mi sumienie i miłość do Zakonu zakazuje. Nie serca brak Polakom, jeno, jako 
wiem, król do ostatka spodziewa się wysłanników pokoju. 
Werner von Tettingen nie odrzekł 
nic, tylko parsknął wzgardliwym śmiechem, ale i mistrzowi 
niemiłe były słowa Wendego, więc ozwał się: 
 
– Zali czas myśleć teraz o pokoju! Nad inną sprawą mamy radzić. 
– Czas zawsze na dzieło Boże – odrzekł von Wende. 
Lecz okrutny komtur człuchowski Henryk, który zaprzysiągł, że każe nosić przed sobą 
dwa nagie miecze, dopóki ich w polskiej krwi nie ubroczy – zwrócił do mistrza swe tłuste, 
spotniałe oblicze i zakrzyknął z gniewem okrutnym: 
 
– Milsza mi śmierć od hańby! i choćby sam jeden, tymi mieczami na całe wojsko polskie 
uderzę! 
Ulryk zmarszczył nieco brwi. 
 
– Przeciw posłuszeństwu mówić – rzekł. 
A potem do komturów: 
– Radźcie jeno o tym, jak nieprzyjaciela z boru wyciągnąć. 
Więc różni różnie radzili, aż wreszcie podobało się i komturom, i przedniejszym gościom 
rycerskie zdanie Gersdorfa, aby wysłać 
dwóch heroldów do króla z oznajmieniem, że mistrz 
przysyła mu dwa miecze i wyzywa Polaków na bój śmiertelny, jeśli zaś mało im pola, to 
ustąpi nieco z wojskiem, aby im go przyczynić. 
 

 
Król zjechał właśnie z nadbrzeża jeziora i udał się na lewe skrzydło do polskich chorągwi, 
gdzie miał pasować całą gromadę 
rycerzy, gdy nagle dano mu znać, iż dwóch heroldów zjeżdża 
od krzyżackiego wojska. 
 
Serce Władysława zabiło nadzieją. 
 
– Nuże ze sprawiedliwym pokojem jadą! 
– Daj Bóg – odrzekli duchowni. 
Król posłał po Witolda, ale ów zajęty już szykowaniem swych wojsk nie mógł przybyć, a 
tymczasem heroldowie nie spiesząc się zbliżali się doobozu. 
W jasnym świetle słońca widziano ich doskonale, podjeżdżających na ogromych, pokrytych 
kropierzami koniach bojowych; jeden miał na tarczy cesarskiego czarnego orła na złotym 
polu, drugi, który był heroldem księcia szczecińskiego, gryfa na białym polu. Szeregi 
rozstąpiły się przed nimi, oni zaś zsiadłszy z koni stanęli po chwili przed wielkim królem i 
skłoniwszy nieco głowy dla okazania mu czci tak odprawili swoje poselstwo: 
 
– Mistrz Ulryk – rzekł 
pierwszy herold – wzywa twój majestat panie, i księcia Witolda na 
bitwęśmiertelną i aby męstwo wasze, którego wam widać brakuje, podniecić, śle wam te dwa 
nagie miecze. 
To rzekłszy złożył miecze u stóp królewskich. Jaśko Mążyk z Dąbrowy wytłumaczył jego 
słowa królowi, ale ledwie skończył, wysunął się drugi herold z gryfem na tarczy i tak przemówił: 
 
 
– Mistrz Ulryk kazał wam też oznajmić, panie, iż jeśli skąpo wam pola do bitwy, to się z 
wojskami wam ustąpi, abyście nie gnuśnieli w zaroślach. 
Jaśko Mążyk znów przełożył jego słowa i nastała cisza, tylko w orszaku królewskim rycerze 
poczęli zgrzytać z cicha zębami na takie zuchwalstwo i zniewagę. 
Ostatnie nadzieje Jagiełły rozwiały się jak dym. Spodziewał się 
poselstwa zgody i pokoju, 
a tymczasem było to poselstwo pychy i wojny. 
Więc wzniósłszy załzawione oczy do góry tak odrzekł: 
 
237 
 
 

– Mieczów ci u nas dostatek, ale i te przyjmuję jako wróżbę zwycięstwa, którą mi sam Bóg 
przez wasze ręce zsyła. A pole bitwy On także wyznaczy. Do którego sprawiedliwości się 
ninie odwołuję, skargę na moją krzywdę i waszą nieprawość a pychę zanoszę – amen. 
I dwie wielkie łzy spłynęły mu po ogorzałych policzkach. 
Tymczasem głosy rycerskie w orszaku poczęły wołać: 
 
 
– Cofają się Niemce. Dają pole! 
Heroldowie odeszli i po chwili widziano ich znowu jadących pod górę na swych ogromych 
konaich i błyszczących w świetle słonecznym od jedwabiów, które po wierzchu zbroi nosili. 
Wojska polskie wysunęły się z lasu i zarośli w składnym szyku bojowym. W przodku stał 
hufiec tak zwany „czelny”, złożony z najstraszniejszych rycerzy, za nim walny – a za walnym 
piechoty i lud najemny. Utworzyły się 
przez to między hufcami dwie długie ulice, po których 
przelatywał 
Zyndram z Maszkiowic i Witold. Ten ostatni bez hełmu na głowie, w świetnej 
zbroi, podobny do złowrogiej gwiazdy lub do gnanego wichrem płomienia. 
 
Rycerze nabierali tchu w piersi i osadzali się mocniej w siodłach. 
Bitwa miała tuż, tuż nastąpić. 
 
 

 
Mistrz spoglądał tymczasem na wojska królewskie, które wysuwały się z boru. 
 
Patrzał długo na ich ogrom, na rozpostarte jakby u olbrzymiego ptaka skrzydła, na poruszaną 
wiatrem tęczę chorągwi i nagle serce mu sięścisnęło jakimś nieznanym, strasznym 
uczuciem. Może ujrzał oczyma duszy stosy trupów i rzeki krwi. Nie lekając się ludzi, może 
zląkł się Boga trzymającego już tam na wysokościach niebios szale zwycięstwa... 
 
Po raz pierwszy przyszło mu na myśl, jaki to okropny nastał dzień, i po raz pierwszy uczuł, 
jaką niezmierną odpowiedzialność wziął na swoje ramiona. 
 
Więc twarz mu pobladła, wargi poczęły drżeć, a z oczu puściły się obfite łzy. Komturowie 
ze zdziwieniem spoglądali na swego wodza. 
 
– Co wam jest, panie? – zapytał hrabia Wende. 
– Zaiste stosowna to do łez pora! – ozwał się okrutny Henryk, komtur człuchowski. 
A wielki komtur Kuno Lichtenstein wydął wargi i rzekł: 
– Otwarcie naganiam ci to, mistrzu, bo ci teraz podnosić 
serca rycerzy, nie zaś osłabiać 
przystoi. Zaprawdę, nie takiegośmy cię przedtem widywali. 
Lecz mistrzowi wbrew wszelkim wysiłkom spływały tak ciągle łzy na czarną brodę, jakby 
w nim płakał kto inny. 
Wreszcie pohamował się nieco i zwróciwszy surowe oczy na komturów zawołał: 
 
– Do chorągwi! 
Więc skoczyli każdy do swojej, bo bardzo potężnie przemówił, a on wyciągnął rękę do 
giermka i rzekł: 
 
– Daj mi hełm. 

 
Już serca w obu wojskach biły jak młoty, ale trąby nie dawały jeszcze znaku do boju. 
 
Nastała cięższa może od samej bitwy chwila oczekiwania. Na polu między Niemcami a 
armią królewską wznosiło się 
od strony Tannenberga kilka odwiecznych dębów, na które powłazili 
chłopi miejscowi, aby patrzeć na zapasy tych wojsk tak olbrzymich, jakich od niepamiętnych 
czasów świat nie widział. Lecz prócz tej jednej kępy całe to pole było puste, szare, 
przeraźliwe, do obumarłego stepu podobne. Chodził tylko po nim wiatr, a nad nim unosiła się 
cicho śmierć. Oczy rycerzy zwracały się mimo woli na tę złoworgoą, milczącą równinę. 
 
238 
 
 

Przelatujące po niebie chmury przesłaniały od czasu do czasu słońce, a wówczas padał na nią 
mrok śmiertelny. 
 
Wtem wstał wicher. Zaszumiał w lesie, oberwał tysiące liści, wypadł na pole, chwycił suche 
źdźbła traw, wzbił tumany kurzawy i podniósł je w oczy wojsk krzyżackich. W tej również 
chwili wstrząsnął powietrzem przeraźliwy głos rogów, krzywuł, piszczałek, i całe skrzy-
dło litewskie zerwało się na kształt niezmiernego stada ptactwa do lotu. Poszli od razu wedle 
zwyczaju w skok. Konie wyciągnąwszy szyje i potuliwszy uszy rwały ze wszystkich sił przed 
siebie, jeźdźcy wymac***ąc mieczami i sulicami lecieli z krzykiem okropnym przeciw lewemu 
skrzydłu Krzyżaków. 
 
Mistrz właśnie znajdował się 
przy nim. Wzruszenie jego już przeszło, a z oczu szły mu, 
zamist łez, skry. Ujrzawszy więc rozpędzonąćmę litewską zwrócił się do Frydrycha Wallenroda, 
który na tej stronie dowodził, i rzekł: 
 
– Witold pierwszy wystąpił. Poczynajcież i wy w imię Boże! 
I skinieniem prawicy ruszył czternaście chorągwi żelaznego rycerstwa. 
– Gott mit uns! – zakrzyknął Wallenrod. 
Chorągwie zniżywszy kopie poczęły z początku iść krokiem. Lecz równie jak skała stoczona 
z góry spadając coraz większego pędu nabiera, tak i one: z kroku przeszły w rysią, potem 
w cwał i szły straszne, niepohamowane, jako lawina, która musi zetrzeć i zdruzgotać 
wszystko przed sobą. 
 
Ziemia jęczała i gięła się pod nimi. 
 

 
Bitwa miała lada chwila rozciągnąć się i rozpalić na całej linii, więc polskie chorągwie poczęły 
śpiewać starą bojową pieśń 
św. Wojciecha. Sto tysięcy pokrytych żelazem głów i sto 
tysięcy par oczu podniosło się ku niebu, a ze stu tysięcy piersi wyszedł jeden olbrzymi głos 
do grzmotu niebieskiego podobny: 
 
Bogurodzica, dziewica, 
 
Bogiem sławiena Maryja! 
 
Twego syna gospodzina, 
 
Matko zwolena, Maryja, 
 
Zyszczy nam, spuści nam... 
 
Kiryjelejzon!... 
 
I wraz moc zstąpiła w ich kości, a serca stały się na śmierć gotowe. Była zaś taka niezmierna 
zwycięska siła w tych głosach i w tej pieśni, jakby naprawdę grzmoty poczęły się 
roztaczać po niebie. Zadrżały kopie w rękach rycerzy, zadrżały chorągwie i chorągiewki, zadrżało 
powietrze, zakolebały się gałęzie w boru, a zbudzone echa leśne jęły odzywać się w 
głębinach i wołać, i jakby powtarzać jeziorom i łęgom, i całej ziemi jak długa i szeroka: 
 
Zyszczy nam, spuści nam. 
 
Kiryjelejzon!... 
 
A oni śpiewali dalej: 
 
Twego dziela krzciciela, bożycze, 
 
Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze, 
 
Słysz modlitwę, jąż nosimy, 
 
A dać raczy, jegoż prosimy, 
 
239 
 
 

A na świecie zbożny pobyt, 
 
Po żywocie rajski przebyt. 
 
Kiryjelejzon! 
 
Echo powtórzyło w odpowiedzi: „Kiryjelejzooon!” – a tymczasem na prawym skrzydle 
wrzała już bitwa zacięta i zbliżała się ku środkowi coraz bardziej. 
 
Łoskot, kwik koni, krzyki okropne mężów mieszały się z pieśnią. Ale chwilami krzyki cichły, 
jakby tym tam ludziom zbrakło tchu, i w jednej z takich przerw raz jeszcze można było 
dosłyszeć grzmiące głosy: 
 
Adamie, ty Boży kmieciu, 
 
Ty siedzisz u Boga w wiecu, 
 
Domieściż twe dzieci, 
 
Gdzie królują anieli! 
 
Tam radość, 
 
Tam miłość, 
 
Tam widzenie Twórca, anielskie, bez końca... 
 
Kiryjelejzon! 
 
I znów runęło echo pół boru: „Kiryjelejzooon!” Krzyki na prawym skrzydle wzmogły się 
jeszcze, lecz nikt nie mógł ni widzieć, ni rozeznać, co się tam dzieje, albowiem mistrz Ulryk, 
który patrzył z góry na bitwę, stoczył 
w tej chwili pod wodzą Lichtensteina dwadzieścia chorągwi 
na Polaków. 
 
A zaś do polskiego hufca „czelnego”, w którym stali najprzedniejsi rycerze, przypadł jak 
grom Zyndram z Maszkowic i ukazawszy ostrzem zbliżającą się chmurę Niemców zakrzyknął 
tak donośnie, że aż konie poprzysiadały w pierwszym szeregu na zadach: 
 
– W nich! Bij! 
Więc rycerze pochyliwszy się na karki końskie i wyciągnąwszy przed się włócznie ruszyli. 

 
Lecz Litwa ugięła się pod straszliwą nawałą Niemców. Pierwsze szeregi, najlepiej zbrojne, 
złożone z możniejszych bojarów, padły mostem na ziemię. Następne zwarły się z wściekłością 
z krzyżactwem, lecz żadne męstwo, żadna wytrwałość, żadna moc ludzka nie mogła ich 
od zguby i klęski uchronić. I jakże mogło być inaczej, gdyż z jednej strony walczyło rycerstwo 
całkiem zakute w stalowe zbroje i na koniach stalą osłonionych, z drugiej lud, rosły 
wprawdzie i silny, ale na drobnych konikach i skórami jeno okryty?... Próżno też szukał uporny 
Litwin, jak do skóry niemieckiej się dobrać. Sulice, szable, ostrza oszczepów, pałki nasadzane 
krzemieniem lub gwoździami odbijały się tak o żelazne blachy jak o skałę lub jak o 
mury zamkowe. Ciężar ludzi i koni gniótł nieszczęsne Witoldowe zastępy, cięły ich miecze i 
topory, bodły i kruszyły kości berdysze, tratowały kopyta końskie. Kniaź Witold daremnie 
ciskał w tę paszczęśmierci coraz nowe watahy, daremny był upór, na nic zaciekłość, na nic 
pogarda śmierci i na nic rzeki krwi! Pierzchło naprzód tatarstwo, Besaraby, Wołochy, a 
wkrótce pękła ściana litewska i dziki popłoch ogarnął wszystkich wojowników. 
 
Większa część wojsk pierzchła w stronę jeziora Lubeń 
i za nią pognały główne siły niemieckie 
czyniąc kośbę tak straszną, że całe pobrzeże pokryło się trupami. 
 
Druga atoli część 
wojsk Witoldowych, mniejsza, w której było trzy pułki smoleńskie, cofała 
się ku skrzydłu polskiemu, parta przez sześć chorągwi Niemców, a następnie i przez te, 
które wracały z pogoni. Lecz lepiej zbrojni Smoleńszczanie skuteczniejszy stawiali też opór. 
Bitwa zmieniła się tu w rzeź. Potoki krwi okupowały każdy krok, każdą niemal piędź ziemi. 
 
240 
 
 

Jeden z pułków smoleńskich wycięto niemal co do nogi. Dwa inne broniły się z rozpaczą i 
wściekłością. Lecz zwycięskich Niemców nic już nie mogło powstrzymać. Niektóre ich chorągwie 
ogarnął jakby szał bojowy. Pojedynczy rycerze bodąc ostrogami i wspinając rumaki 
rzucali się na oślep ze wzniesionym toporem lub mieczem w największą gęstwinę nieprzyjaciół. 
Cięcia ich mieczów i berdyszów stały się niemal nadludzkie, cała zaśława prąc, tratując 
i miażdżąc konie i rycerzy smoleńskich przyszła na koniec w bok czelnemu i walnemu 
hufcowi polskiemu, albowiem oba od godziny już przeszło zmagały się z Niemcami, którym 
Kuno Lichtenstein przywodził. 
 

 
Nie poszło tu tak łatwo Kunonowi, gdyż większa była równość 
broni i koni, a jednakie 
ćwiczenia rycerskie. Wsparły nawet Niemców „drzewa” polskie i odrzuciły ich w tył, zwłaszcza 
że pierwsze uderzyły w nich trzy straszne chorągwie: krakowska, gończa pod Jędrkiem z 
Brochocic i nadworna, której Powała z Taczewa przewodził. Jednakże bitwa rozgorzała najprzeraźliwsza 
dopiero wówczas, gdy po strzaskaniu kopij chwycono za miecze i topory. Tarcza 
uderzała wówczas w tarczę, mąż zwierał się z mężem, padały konie, przewracały się znaki, 
pękały pod uderzeniem brzeszczotów i obuchów hełmy, naramienniki, pancerze, oblewało 
się krwiążelazo, walili się z siodeł na kształ podciętych sosen witezie. Ci z rycerzy krzyżackich, 
którzy już pod Wilnem zaznali bitew z Polakami, wiedzieli, jaki to „nieużyty” i „natarczywy” 
jest ten lud, lecz nowaków i gości zagranicznych ogarnęło zrazu podobne do strachu 
zdumienie. Niejeden też wstrzymywał mimo woli konia, spoglądał przed się niepewnie i nim 
się namyślił, co czynić, ginął pod ciosem polskiej prawicy. I równie jak grad sypie się niemiłosiernie 
z miedzianej chmury na łan żyta, tak gęsto sypały się ciosy okrutne i biły miecze, 
biły okrze, biły topory, biły bez tchu i miłosierdzia, dźwięczały jak w kuźniach żelazne blachy, 
śmierć gasiła niby wicher żywoty, jęki rwały się z piersi, gasły oczy, a zbielałe młodzieńcze 
głowy pogrążały się w noc wiekuistą. 
 
Leciały w górę skry skrzesane żelazem, złamki drzewców, proporce, pióra strusie i pawie. 
Kopyta rumaków obsuwały się po krwawych leżących na ziemi pancerza i trupach końskich. 
Kto padł ranny, tego miażdżyły podkowy. 
 
Lecz żaden jeszcze nie padł 
z przedniejszych rycerzy polskich i szli przed się w zgiełku i 
ciasnocie, wykrzykując imiona swych patronów lub zawołania rodowe, jak idzie ogień po 
suchym stepie, który pożera krze i trawy. Pierwszy tam Lis z Targowiska porwał mężnego 
komtura z Osterody, Gamrata, któren straciwszy tarczę zwinął w kłąb swój biały płaszcz koło 
ramienia i płaszczem się od ciosów zasłaniał. 
 
Ostrzem miecza przeciął Lis płaszcz i naramiennik, odwalił od pachy ramię, drugim zaś 
pchnięciem przebił brzuch, aże ostrze w kość pacierzową zgrzytnęło. Krzyknęli z trwogi na 
widok śmierci wodza ludzie z Osterody, lecz Lis rzucił się między nich jak orzeł między żurawie, 
a gdy Staszko z Charbimowic i Domarat z Kobylan skoczyli mu na pomoc, poczęli ich 
we trzech łuskać okropnie, tak jak niedźwiedzie łuszczą strąki, gdy się na pole zasiane młodym 
grochem dostaną. 
 
Tamże Paszko Złodziej z Biskiupic zabił sławnego brata Kunca Adelsbacha. Kunc, gdy ujrzał 
przed sobą 
wielkoluda z krwawym toporem w dłoni, na którym wraz z krwią przylepły 
kudły ludzkie, zląkł się w sercu i chciał się oddać w niewolę. Ale Paszko nie dosłyszawszy go 
wśród wrzawy podniósł się w strzemionach i rozciął mu głowę wraz ze stalowym hełmem, 
jakby ktoś rozciął jabłko na dwoje. Wraz potem zgasił 
Locha z Meklemburgii i Klingensteina, 
i Szwaba Helmsdorfa z możnego hrabiowskiego rodu, i Limpacha spod Moguncji, i Nachterwitza 
też z Moguncji, aż wreszcie poczęli się cofać przed nim przerażeni Niemcy w lewo i w 
prawo, on zaś bił w nich jak w walącą sięścianę i co chwila widziano go, jak wznosił się do 
 
241 
 
 

cięcia na siodle, po czym widziano błysk topora i hełm niemiecki zapadający się w dół między 
konie. 
 
Tamże potężny Jędrzej z Brochocic złamawszy miecz na głowie rycerza, który miał sowę 
na tarczy i przyłbicę w kształt sowiej głowy wykutą, chwycił go za ramię, skruszył je i wydarłszy 
mu brzeszczot zaraz go nim życia pozbawił. On również młodego rycerza Dynheima 
wziął w niewolę, którego widząc bez hełmu pożałował zabijać, gdyż ów prawie był dzieckiem 
jeszcze i dziecinnymi nań spoglądał oczyma. Rzucił go tedy Andrzej giermkom swoim nie 
odgadując, że zięcia sobie bierze, albowiem rycerzyk ten córkę jego wziął później za żonę i 
na zawsze w Polsce pozostał. 
 
Natarli atoli teraz ze wściekłością Niemcy chcąc odbić młodego Dynheima, który z możnego 
rodu grafów nadreńskich pochodził, lecz przedchorągiewni rycerze: Sumik z Nadbroża i 
dwaj bracia z Płomykowa, i Dobko z Ochwia, i Zych Pikna, osadzili ich na miejscu, jak lew 
osadza byka, i odepchnęli ku chorągwi świętego Jerzego szerząc wśród nich zgubę i zniszczenie. 
 
 
Zaś z rycerskimi gośćmi starła się chorągiew królewska nadworna, której Ciołek z Żelechowa 
przywodził. Tam Powała z Taczewa siłę nadludzką mający obalał ludzi i konie, kruszyłżelazne 
hełmy jak skorupy jaj, bił sam jeden w całe gromady, a obok niego szli Leszko z 
Goraja, drugi Powała z Wyhucza i Mścisław ze Skrzynna, i dwóch Czechów: Sokół i Zbysławek. 
Długo toczyła się tu walka, gdyż na tę jedną chorągiew uderzyły trzy niemieckie, lecz 
gdy dwudziesta siódma Jaśka z Tarnowa przyszła w pomoc, siły zrównały się mniej więcej i 
odrzucono Niemców prawie na pół strzelania z kuszy od miejsca, w którym nastąpiło pierwsze 
spotkanie. 
 
Lecz jeszcze dalej odrzuciła ich wielka krakowska chorągiew, której sam Zyndram przywodził, 
a na czele między przedchorągiewnymi szedł najstraszniejszy ze wszystkich Polaków 
Zawisza Czarny herbu Sulima. W pobok walczyli: brat jego Farurej i Florian Jelitczyk z Korytnicy, 
i Skarbek z Gór, i właśnie ów sławny Lis z Targowiska, i Paszko Złodziej, i Jan Nałęcz, 
i Stach z Charbimowic. Pod okropną ręką Zawiszy ginęli bitni mężowie, jakby w tej 
czarnej zbroi sama śmierć szła im naprzeciw, on zaś walczył z namarszczoną brwią i ściśniętymi 
nozdrzami, spokojny, uważny, jakby zwykłą odbywał robotę; czasem równo poruszał 
tarczą, odbijał cios, lecz każdemu błyskowi jego miecza odpowiadał krzyk straszny porażonego 
męża, a on nie oglądał się nawet i szedł pracując naprzód jak czarna chmura, z której co 
chwila piorun wypada. 
 
Poznańska chorągiew, mająca w znaku orła bez korony, walczyła też na śmierć i życie, a 
arcybiskupia i trzy mazowieckie szły z nią w zawody. Ale i wszystkie inne przesadzały się 
wzajem w zawziętości i natarczywym męstwie. W sieradzkiej młody Zbyszko z Bogdańca 
rzucał się jak dzik w najgęstsze tłumy, zaś 
przy boku jego szedł stary, straszny Maćko walcząc 
rozważnie, jak walczy wilk, który inaczej niż na śmierć nie ukąsi. 
 
Szukał on wszędy oczyma Kunona Lichtensteina, ale nie mogąc go w tłoku dostrzec upatrywał 
tymczasem innych, takich, którzy świetniejsze mieli na sobie stroje, i nieszczęsny był 
każdy rycerz, któremu się z nim potkać przyszło. Niedaleko od obu rycerzy bogdanieckich 
ciskał się nieznośnie złowrogi Cztan z Rogowa. Po pierwszym spotkaniu rozbito mu hełm, 
więc walczył teraz z gołą głową strasząc swą zakrwawioną włochatą twarzą Niemców, którym 
się zdało, że nie człowieka, ale jakąś poczwarę leśną mają przed sobą. 
 
Jednakże setki, a potem tysiące rycerzy zaległy z obu stron ziemi, aż wreszcie pod razami 
zaciekłych Polaków poczęła się chwiać niemiecka nawała, gdy wtem zaszło coś takiego, co 
losy całej bitwy mogło w jednej chwili przeważyć. 
 
Oto wracając z pogoni za Litwą rozgorzałe i upojone zwycięstwem chorągwie niemieckie 
uderzyły w bok polskiego skrzydła. 
 
242 
 
 

Sądząc, że wszystkie wojska królewskie już rozbite i bitwa stanowczo wygrana, wracały 
one w wielkich, bezładnych gromadach z krzykiem i śpiewaniem, gdy nagle ujrzały przed 
sobą srogą rzeź i Polaków prawie już zwycięskich, ogarniających zastępy niemieckie. 
 
Więc Krzyżacy zniżając głowy spoglądali ze zdumieniem przez kraty przyłbic na to, co się 
dzieje, a potem, jak który stał, wbijał koniowi ostrogi w boki i puszczał się w zamęt bojowy. 
 
I tak gromada uderzała po gromadzie, aż wkrótce tysiące ich zwaliły się na znużone walką 
chorągwie polskie. Krzyknęli Niemcy radośnie, widząc przybywającą pomoc, i z nowym zapałem 
poczęli bić w Polaków. Okropna bitwa zawrzała na całej linii, ziemia spłynęła potokami 
krwi, zachmurzyło się niebo i odezwały się głuche grzmoty, jakby sam Bóg chciał mieszać 
się między walczących. 
 
Lecz zwycięstwo poczęło chylić się ku Niemcom... Już, już zaczynała się zamieszka w ławie 
polskiej, już rozszalałe w boju zastąpy krzyżackie poczęły jednym głosem śpiewać pieśń 
tryumfu: 
 
Christ ist erstanden!... 
 
A wtem stało się się coś jeszcze okropniejszego. 
 
Oto jeden leżący na ziemi Krzyżak rozpruł nożem brzuch konia, na którym siedział Marcin 
z Wrocimowic trzymający wielką, świętą dla wszystkich wojsk chorągiew krakowską z orłem 
w koronie. Rumak i jeździec zwalili się nagle, a wraz z nimi zachwiała się i padła chorągiew. 
 
W jednej chwili setki żelaznych ramion wyciągnęło się po nią, a ze wszystkich piersi niemieckich 
wyrwał się ryk radości. Zdało im się, że to koniec, że strach i popłoch ogarnął teraz 
Polaków, że przychodzi czas klęski, mordu i rzezi, że już uciekających tylko przyjdzie im 
ścigać i wycinać. 
 
Ale oto właśnie czekał ich straszny i krwawy zawód. 
 
Krzyknęły wprawdzie z rozpaczą jak jeden mąż wojska polskie na widok upadającej chorągwi, 
lecz w tym krzyku i w tej rozpaczy był nie strach, ale wściekłość. Rzekłbyś, żywy 
ogień spadł na pancerze. Rzucili się 
jak lwy rozżarte ku miejscu najstraszniejsi mępowie z 
obu armii i rzekłbyś, burza rozpętała się koło chorągwi. Ludzie i konie zbili się 
w jeden wir 
potworny, a w tym wirze śmigały ramiona, szczękały miecze, warczały topory, zgrzytała stal 
 
o żelazo, łomot, jęki, dziki wrzask wyrzynanych mężów zlały się w jeden przeokropny głos, 
taki, jakby potępieńcy odezwali się 
nagle z głębi piekła. Wstała kurzawa, a w z niej wypadły 
tylko oślepłe z przerażenia konie bez jeźdźców, z krwawymi oczyma i rozwianą dziko grzywą. 
Lecz trwało to krótko. Ni jeden Niemiec nie wyszedłżywy z tej burzy i po chwili powiała 
znów nad polskimi zastępami odbita chorągiew. Wiatr poruszył ją, rozwinął i rozkwitła 
wspaniale jak olbrzymi kwiat, jako znak nadziei i jako znak gniewu Bożego dla Niemców, a 
zwycięstwa dla polskich rycerzy. 
 
Całe wojsko powitało ją okrzykiem tryumfu i uderzyło z taką zapamiętałością w Niemców, 
jakby każdej chorągwi przybyło w dwójnasób sił i żołnierzy. 
 
A Niemcy, bici bez miłosierdzia, bez wytchnienia, bez takiej nawet przerwy, jakiej piersiom 
trzeba dla złapania oddechu, parci ze wszystkich stron, naciskani, rażeni nieubłaganie 
ciosami mieczów, siekier, toporów, maczug, poczęli znów chwiać się i ustępować. Tu i 
owdzie ozwały się głosy o litość. Tu i owdzie wypadał ze skrzętu jakiś zagraniczny rycerz z 
twarzą zbielałą 
ze strachu i zdumienia i uciekał w zapamiętaniu, gdzie go niósł nie mniej 
przerażony rumak. Większość białych płaszczów, które na zbrojach nosili bracia zakonni, 
leżała już na ziemi. 
 
Więc ciężki niepokój ogarnął serca przywódców krzyżackich, gdyż zrozumieli, że cały ich 
ratunek tylko w mistrzu, który dotychczas w pogotowiu stał na czele szesnastu odwodowych 
chorągwi. 
 
243 
 
 

On zaś patrząc z góry na bitwę zrozumiał także, że chwila nadeszła, i ruszył swe żelazne 
hufce, tak jak wicher porusza ciężką, niosącą klęskę chmurę gradową. 
 
Lecz wcześniej jeszcze, przed trzecią linią polską, która dotąd nie brała udziału w boju, 
zjawił się na rozhukanym rumaku, czuwający nad wszystkim i baczny na przebieg bitwy, 
Zyndram z Maszkowic. 
 
Stało tam wśród polskiej piechoty kilka rot zaciężnych Czechów. Jedna z nich zachwiała 
się jeszcze przed spotkaniem, ale zawstydzona w porę, została na miejscu i rzuciwszy swego 
dowódcę płonęła teraz żądzą bitwy, aby wynagrodzić męstwem chwilową słabość. Lecz 
główne siły składały pułki polskie, złożone z konnych, ale nie pancernych ubogich włodyków, 
z piechot miejskich i najliczniejszych kmiecych, zbrojnych w rohatyny, w ciężkie 
oszczepy i w kosy, osadzone sztorcem na drągach. 
 
– Gotuj się! gotuj! – wołał ogromnym głosem Zyndram z Maszkowic przelatując jak błyskawica 
wzdłuż szeregów. 
– Gotuj się! – powtórzyli mniejsi przywódcy. 
Więc kmiecie zrozumiawszy, że przychodzi na nich czas, poopierali drągi od dzid, cepów i 
kos o ziemię i przeżegnawszy się krzyżem świętym, poczęli popluwać w pracowite ogromne 
dłonie. 
 
I dało się słyszeć przez całą linię to złowrogie popluwanie, po czym chwycił każdy broń i 
nabrał tchu. W tej chwili przyleciał do Zyndrama pachołek z rozkazem od króla i szepnął mu 
coś zdyszanym głosem do ucha, a on zwróciwszy się do piechurów machnął mieczem i zakrzyknął: 
 
 
– Naprzód! 
– Naprzód! ławą! równo! – rozległy się wołania przywódców. 
– Bywaj! Na psubraty! W nich! 
Ruszyli. By zaś iść krokiem równym i nie łamać szeregów, poczęli wszyscy razem powtarzać: 
 
 
– Zdro – waś – Ma – ry – ja – Łas – kiś – peł – na – Pan – z To – bą!... 
I szli jak powódź. Szły pułki najemne i pachołkowie miejscy, kmiecie z Małopolski i 
Wielkopolski i Ślązacy, którzy przed wojną schronili się do Królestwa, i Mazury spod Ełku, 
którzy od Krzyżaków uciekli. Zajaśniało i rozbłysło od grotów na oszczepach i od kos całe 
pole. 
 
Aż doszli. 
 
– Bij! – zakrzyknęli dowódcy. 
– Uch! 
I stęknął każdy jako krzepki drwal, gdy się pierwszy raz toporem zamachnie, a potem ją 
walić, ile mu sił i pary w piersiach starczyło. 
Wrzaski i krzyki wzbiły się aż ku niebiosom. 
 

 
Król, który z wyniosłego miejsca zawiadował całą bitwą, rozsyłał pachołków i aż ochrypł 
od dawania rozkazów, gdy ujrzał wreszcie, że już wszystkie wojska pracują, począł i sam 
rwać się do boju. 
 
Nie puszczali go dworzanie bojąc się o świętą osobę pańską. Żóława chwycił za cugle konia 
i choć król uderzył go włócznią po ręku, nie puścił. Inni zastąpili też drogę prosząc, błagając 
i przedstawiając, że i tak losów bitwy nie przeważy. 
 
A tymczasem największe niebezpieczeństwo zawisło nagle nad królem i nad całym jego 
orszakiem. 
 
244 
 
 

Oto mistrz idąc za przykładem tych, którzy wrócili po rozgromie Litwy, i chcąc także zajechać 
z boku Polakom, zatoczyło koło, skutkiem czego jego szesnaście wyborowych chorągwi 
musiało przechodzić właśnie nie opodal wzgórza, na którym stał Władysław Jagiełło. 
 
Spostrzeżono wraz niebezpieczeństwo, ale nie było czasu się cofać. Zwinięto tylko znak 
królewski, a jednocześnie pisarz królewski Zbigniew z Oleśnicy skoczył co siły w koniu do 
najbliższej chorągwi, która gotowała się właśnie na przyjęcie nieprzyjaciela, a której rycerz 
Mikołaj Kiełbasa przywodził. 
 
– Król w obieży. Na pomoc! – zawołał Zbigniew. 
Lecz Kiełbasa straciwszy poprzednio hełm zerwał całą mokrą od potu i pokrwawioną 
myckę z głowy i pokazując ją gońcowi zakrzyknął z gniewem okrutnym: 
 
– Patrz, jeśli tu próżnujem! Szalony! Zali nie widzisz, że na nas idzie taka chmura i że właśnie 
naprowadzilibyśmy ją na króla; za czym ruszaj precz, bo cię tu mieczem przebodę. 
I niepomny, z kim mówi, zziajany, uniesion gniewem, zmierzył się istotnie na gońca, ów 
zaś widząc z kim sprawa, a co większa, że stary wojownik ma słuszność, skoczył na powrót 
do króla i powtórzył mu, co usłyszał. 
 
Więc straż królewska murem wysunęła się naprzód, aby pana piersiami zasłonić. Tym razem 
jednak król nie dał się powstrzymać i stanął w pierwszym szeregu. Lecz ledwie się ustawił, 
chorągwie niemieckie były już tak blisko, że herby na tarczach można było doskonale 
odróżnić. Widok ich dreszczem mógł przejąć najodważniejsze serca, był to bowiem sam 
kwiat i wybór rycerstwa. Przybrani w świetne zbroje, na ogromnych jak tury koniach, nie 
uznojeni w boju, w którym dotychczas nie brali udziału, wypoczęci, szli jak huragan z tętentem, 
z hukiem, z szumem chorągi i chorągiewek, a sam wielki mistrz leciał przed nimi w 
białym szerokim płaszczu, który rozpuszczony na wiatr wyglądał jak olbrzymie skrzydła orła. 
 
Mistrz minął już orszak królewski i biegł ku głównej bitwie, bo co mu tam znaczyła jakaś 
garstka rycerzy stojących na uboczu, między którą nie domyślał się i nie rozpoznał króla! Ale 
spod jednej chorągwi oderwał się olbrzymi Niemiec i czy to poznawszy Jagiełłę, czy też znęcony 
srebrzystą zbroją królewską, czy wreszcie chcąc popisać się odwagą rycerską, schylił 
głowę, wyciągnął kopię i skoczył wprost na króla. 
 
Król zaś spiął ostrogami konia i nim go zdołano zatrzymać, skoczył także ku niemu. I byliby 
się niechybnie starli śmiertelnie, gdyby nie ten sam Zbigniew z Oleśnicy, młody sekretarz 
królewski, zarówno biegły w łacinie, jak i w rycerskim rzemiośle. Ten mając złomek kopii 
w ręku, zajechał Niemca z boku i grzmotnąwszy go w łeb skruszył mu hełm i zwalił na 
ziemię. W tej chwili sam król uderzył 
go ostrzem w odkryte czoło i własną ręką zabić go raczył. 
 
 
Tak zginął sławny rycerz niemiecki, Dypold Kikieritz von Dieber. Konia jego pochwycił 
kniaź 
Jamont, a on sam leżałśmiertelnie porażon, w swej białej jace na stalowej zbroi i w 
pozłocistym pasie. Oczy zaszły mu bielmem, lecz nogi kopały jeszcze czas jakiś ziemię, póki 
największa ludzka uspokoicielka, śmierć, nie pokryła mu nocą głowy i nie uspokoiła go na 
zawsze. 
 
Skoczyli rycerze spod chełmińskiej chorągwi chcąc pomścićśmierć towarzysza, lecz sam 
mistrz zabiegł im drogę i krzycząc: Herum! herum! – zaganiał ich tam, gdzie miały rozstrzygnąć 
się losy tego krwawego dnia, to jest do głównej bitwy. 
 
I znów zdarzyła się rzecz dziwna. Oto najbliżej od pola stojący Mikołaj Kiełbasa poznał 
wprawdzie nieprzyjaciół, ale w kurzawie nie poznały ich inne polskie chorągwie i myśląc, że 
to Litwa wraca do boju, nie pośpieszyły na ich przyjęcie. 
 
Dopiero wyskoczył 
Dobko z Oleśnicy naprzeciw pędzącego w przedzie wielkiego mistrza 
i poznał go po płaszczu, po tarczy i po złotym wielkim relikwiarzu, który on nosił na piersiach, 
na pancerzu. Ale nie śmiał uderzyć kopią polski rycerz w relikwiarz, choć niezmiernie 
siłą mistrza przewyższał, więc ów podbił mu ostrze do góry, zranił nieco konia, po czym mi-
nąwszy się zatoczyli koło i rozbiegli się, każdy ku swoim. 
 
245 
 
 

– Niemce! Sam mistrz! – zakrzyknął Dobko. 
Usłyszawszy to kopnęły się z miejsca największym pędem ku wrogom chorągwie polskie. 
Pierwszy uderzył ze swymi Mikołaj Kiełbasa i znów rozgorzała bitwa. 
Lecz czy to, że rycerstwo z ziemi chełmińskiej, między którymi wielu było ludzi polskiej 
krwi, nie uderzyło szczerze, czy też, że zaciekłości Polaków nic już nie mogło powstrzymać, 
dość 
że ten nowy napad nie wywarł takiego skutku, jakiego się mistrz spodziewał. Zdawało 
mu się bowiem, że to będzie ostatni cios zadany potędze królewskiej, a tymczasem spostrzegł 
wkrótce, że to Polacy prą, idą naprzód, biją, rażą, biorą jakoby w żelazne cęgi te hufce, a jego 
rycerstwo raczej się broni, niż naciera. 
 
Próżno zachęcał głosem, próżno zapędzał 
mieczem w bój. Bronili się wprawdzie i bronili 
mocno, ale nie było w nich ni tego rozmachu, ni tego zapału, który porywa wosjak zwycięskie 
i którym rozgorzały serca polskiej. W zbrojach potłuczonych, we krwi, w ranach, z poszczerbioną 
bronią, bez głosu w piersi, rwali się jednak w zapamiętaniu polscy rycerze ku najgęstszym 
kupom Niemców, a ci poczęli to zdzierać 
konie, to oglądać się za siebie, jakby chcąc 
wiedzieć, czy nie zamknęły się jeszcze te żelazne cęgi, które obejmowały ich coraz okropniej 
i ustępowali z wolna, ale ciągle, jakby pragnąc wydostać się nieznacznie z morderczego 
skrętu. A wtem od strony lasu zagrzmiały naraz nowe okrzyki. To właśnie Zyndram wprowadził 
i puścił kmieciów do boju. Zazgrzytały wnet po żelazie kosy, zagrzmiały pod cepami 
pancerze, trup jął padać coraz gęstszy, krew lała się strumieniem na zdeptaną ziemię i bitwa 
stała się jak jeden płomień niezmierny, gdyż Niemcy poznawszy, że tylko w mieczu ratunek, 
poczęli się bronić rozpaczliwie. 
 

 
I zmagali się tak jeszcze w niepewności zwycięstwa, dopóki olbrzymie kłęby kurzawy nie 
wzbiły się niespodzianie po prawej stronie bitwy. 
 
– Litwa wraca! – huknęły radośnie głosy polskie. 
I odgadli. Litwa, którąłatwiej było rozbić niż zwyciężyć, wracała teraz i z wrzawą nieludzką 
pędziła jak wicher na swych ścigłych koniach do boju. 
Wówczas kilku komturów, a na ich czele Werner von Tettingen, przyskoczyli do mistrza. 
 
– Ratuj się, panie! – wołał pobladłymi usty komtur Elbląga. – Ratuj siebie i Zakon, póki 
się koło nie zawrze. 
Ale rycerski Ulryk spojrzał na niego ponuro i wzniósłszy rękę ku niebu zawołał: 
 
– Nie daj Bóg, abym ja opuścił to pole, na którym tylu mężnych poległo! Nie daj Bóg! 
I krzyknąwszy na ludzi, aby szli za nim, rzucił się w war bitwy. Nadbiegła tymczasem 
Litwa i stał się taki zamęt, taki wir i kotłowanie, że oko ludzkie nic już w nich rozróżnić nie 
mogło. 
 
Mistrz, uderzon ostrzem litewskiej sulicy w usta i dwukrotnie raniony w twarz, odbijał 
przez jakiś czas mdlejącą prawicą 
ciosy; wreszcie, pchnięty rohatyną w szyję, zwalił się jak 
dąb na ziemię. 
 
Mrowie przybranych w skóry wojowników pokryło go zupełnie. 
 

 
Werner Tettingen z kilku chorągwiami pierzchł, lecz naokół wszystkich pozostałych chorągwi 
zamknęło siężelazne koło wojsk królewskich. Bitwa zmieniała się w rzeź i w klęskę 
krzyżacką tak niesłychaną, że w całych dziejach ludzkich mało zdarzyło się podobnych. Nigdy 
też w czasach chrześcijańskich, od walki Rzymian i Gotów z Attylą i Karła Młota z Arabami, 
nie walczyły z sobą wojska tak potężne. Ale teraz jedno z nich leżało już po większej 
części jak zżęty łan zboża. Poddały się te chorągwie, które ostatnie wprowadził do boju 
 
246 
 
 

mistrz. Chełmińczycy pozatykali w ziemię proporce. Inni niemieccy rycerze pozeskakiwali z 
koni na znak, że chcą iść w niewolę, i poklękali na obluzganej krwią ziemi. Cała chorągiew 
św. Jerzego, pod którą służyli goście zagraniczni, uczyniła razem ze swym dowódcą to samo. 
 

 
Lecz bitwa trwała jeszcze, albowiem wiele chorągwi krzyżackich wolało umierać niż błagać 
o litość i o niewolę. Zbili się teraz Niemcy wedle swego wojennego zwyczaju w ogromne 
kolisko i bronili się tak, jak broni się stado dzików, gdy je gromady wilków otoczą. Pierścień 
polsko-litewski opasał owo kolisko, jak wąż opasuje ciało byka, i zacieśniał się coraz bardziej. 
I znów śmigały ramiona, grzmiały cepy, zgrzytały kosy, cięły miecze, bodły oszczepy, 
chlastały topory i oksze. Wycinano Niemców jak bór, a oni marli w milczeniu, posępni, 
ogromni, nieustraszeni. 
 
Niektórzy popodnosiwszy przyłbice żegnali się z sobą dając sobie ostatni przed śmiercią 
pocałunek; niektórzy rzucali się na oślep w ukrop bojowy jakby zdjęci szaleństwem, inni walczyli 
jak przez sen, inni na koniec mordowali się sami, wbijając sobie w gardło mizerykordię 
lub porzuciwszy naszyjniki zwracali się do towarzyszów z prośbą: „Pchnij!” 
 
Zaciekłość polska rozbiła wkrótce wielkie kolisko na kilkanaście mniejszych kup i wtedy 
znów łatwiej było wymykać się 
pojedynczym rycerzom. Ale w ogóle i te rozbite gromady 
biły się ze wściekłością i rozpaczą. 
 
Mało kto klękał prosząc o litość, a gdy straszny zapęd Polaków rozpłoszył wreszcie i 
mniejsze kupy, nawet pojedynczy rycerze nie chcieli oddawać siężywcem w ręce zwycięzców. 
Dzień był dla Zakonu i dla wszystkiego zachodniego rycerstwa największej klęski, ale i 
chwały największej. Pod olbrzymim Arnoldem von Baden otoczonym przez piechotę kmiecą 
utworzył się wał polskich trupów, on zaś, potężny i niezwalczony, stał nad nim, jak stoi słup 
graniczny wkopany na wzgórzu, i kto zbliżył się do niego na długość miecza, marł jakby piorunem 
rażony. 
 
Najechał go wreszcie sam Zawisza Czarny Sulimczyk, lecz widząc rycerza bez konia i nie 
chcąc przeciw rycerskiemu prawu z tyłu nań uderzać, zeskoczył także z rumaka i począł nań 
wołać z daleka: 
 
– Zwróć, Niemcze, głowę i poddaj się alibo spotkaj ze mną! 
A Arnold zwróciwszy się i poznawszy Zawiszę po czarnej zbroi i po Sulimie na tarczy 
rzekł sobie w duszy: 
„Śmierć 
idzie i moja godzina wybiła, albowiem jemu nikt nie odejmie siężywy. Gdybym 
jednakże go zwyciężył, zyskałbym chwałę nieśmiertelną, a może i życie ocalił”. 
To rzekłszy skoczył ku niemu i starli się 
jak dwie burze na ziemi trupami zasłanej. Lecz 
Zawisza tak okrutnie siłą nad wszystkimi górował, że nieszczęśni to byli rodzice, których 
dzieciom wypadło się z nim spotkać w boju. Jakoż pod cięciem jego miecza pękła kuta w 
Malborgu tarcza, pękł 
jak gliniany garnek stalowy hełm i mężny Arnold padł z rozciętą na 
dwoje głową... 
 

 
Henryk, komtur człuchowski, ten sam najzawziętszy wróg polskiego plemienia, który zaprzysiągł, 
że póty dwa miecze każe przed sobą nosić, póki obu w krwi polskiej nie ubroczy, 
wymykał się teraz chyłkiem z pola, jako lis wymyka się z otoczonego przez myśliwców ostępu, 
gdy wtem zajechał mu drogę Zbyszko z Bogdańca. Krzyknął komtur widząc nad sobą 
wzniesiony brzeszczot: Erbarme dich meiner! (oszczędź mnie) – i złożył z przestrachu ręce, 
co usłyszawszy młody rycerz nie zdołał już wprawdzie wstrzymać ręki i rozmachu, ale zdołał 
przekręcić miecz i płazem tylko w spasły, spotniały pysk komtura uderzył. I rzucił go potem 
 
247 
 
 

swemu giermkowi, który założywszy mu powróz na szyję powlókł 
go jak wołu tam, dokąd 
spędzano wszystkich jeńców krzyżackich. 
 

 
A stary Maćko szukał wciąż 
na krwawym pobojowisku Kunona Lichtensteina – i szczęsny 
we wszystkim dnia tego los dla Polaków wydał go wreszcie w jego ręce w zaroślach, w których 
przytaiła się garść uchodzących ze strasznego pogromu rycerzy. Blask słońca, który odbił 
się w zbrojach, zdradził ich obecność przed pościgiem. Padli wraz wszyscy na kolana i 
poddali się natychmiast, lecz Maćko dowiedziawszy się, iż 
wielki komtur Zakonu znajduje się 
między jeńcami, kazał go stawić przed sobą i zdjąwszy hełm z głowy zapytał: 
 
– Kunonie Lichtensteinie, zali poznajesz mnie? 
A on zmarszczył brwi i utkwiwszy oczy w oblicze Maćka rzekł po chwili: 
– Widziałem cię na dworze w Płocku. 
– Nie – odpowiedzaił Maćko – widziałeś 
mnie przedtem. Widziałeś mnie w Krakowie, 
gdym cię błagał o życie mego bratanka, który za nierozważny napad na ciebie na utratę gardła 
był skazan. Wówczas to ślubowałem Bogu i zaprzysiągłem na rycerską cześć, iż cię odnajdę i 
spotkam się z tobąśmiertelnie. 
– Wiem – odparł 
Lichtenstein i wydął dumnie usta, chłociaż zarazem pobladł mocno – ale 
jeńcem twoim teraz jestem i zhańbiłbyś się, gdybyś miecz na mnie podniósł. 
Na to twarz Maćka ściągnęła się złowrogo i stała się zupełnie do paszczy wilczej podobna. 
 
– Kunonie Lichtenstein – rzekł – miecza na bezbronnego nie wzniosę, ale to ci powiadam, 
że jeśli walki mi odmówisz, tedy cię każę jak psa na powrozie powiesić. 
– Nie mam wyboru, stawaj! – zawołał wielki komtur. 
– Na śmierć, nie na niewolę – zastrzegł raz jeszcze Maćko. 
– Na śmierć. 
I po chwili starli się z sobą 
wobec niemieckich i polskich rycerzy. Młodszy i zręczniejszy 
był Kunon, lecz Maćko tak dalece siłą rąk i nóg przeciwnika przewyższał, że w mgnieniu oka 
obalił go na ziemię i kolanem brzuch mu przycisnął. 
 
Oczy komtura wyszły z przerażenia na wierzch. 
 
– Daruj! – jęknął wyrzucając ślinę i pianę ustami. 
– Nie! – odpowiedzał nieubałgany Maćko. 
I przyłożywszy mizerykordię do szyi przeciwnika pchnął dwukrotnie, a tamten zacharczał 
okropnie; fala krwi buchnęła mu ustami, drgawki śmiertelne wstrząsnęły jego ciałem, po 
czym wyprężył się i wielka uspokoicielka rycerzy uspokoiła go na zawsze. 
 

 
Bitwa zmieniła się w rzeź i pościg. Kto nie chciał się poddać, zginął. Wiele bywało w 
owych czasach na świecie bitew i spotkań, ale nikt z żywych ludzi nie pamiętał tak straszliwego 
pogromu. Padł 
pod stopami wielkiego króla nie tylko Zakon krzyżacki, ale i całe Niemcy, 
które najświetniejszym rycerstwem wspomagały oną „przednią straż” teutońską, wżerającą 
się coraz głębiej w ciało słowiańskie. 
 
Z siedmiuset „białych płaszczów” przodujących, jako wodzowie tej germańskiej powodzi, 
zostało ledwie piętnastu. Czterdzieści przeszło tysięcy ciał leżało w wiekuistym śnie na onym 
krwawym boisku. 
 
Rozliczne chorągwie, które w południe jeszcze powiewały nad niezmiernym wojskiem 
krzyżackim, wpadły wszystkie w krwawe i zwycięskie ręce Polaków. Nie ostała, nie ocaliła 
się ani jedna i oto rzucali je teraz polscy i litewscy rycerze pod nogi Jagiełły, który wznosząc 
pobożnie oczy ku niebu powtarzał wzruszonym głosem: „Bóg tak chciał!” Stawiano też przed 
 
248 
 
 

majestatem pana przedniejszych jeńców. Abdank Skarbek z Gór przywiódł szczecińskiego 
księcia kazimierza, Trocnowski, rycerz czeski, księcia na Oleśnicy Konrada, a Przedpełko 
Kopidłowski, herbu Dryja, mdlejącego z ran Jerzego Gersdorfa, który pod chorągwiąśw. Jerzego 
wszystkim gościom rycerskim przywodził. 
 
Dwadzieścia dwa narody uczestniczyły w tej walce Zakonu przeciw Polakom, a teraz pisarze 
królewscy spisywali jeńców, którzy klękając przed majestatem błagali o miłosierdzie i o 
powrót za okupem do domu. 
 
Cała armia krzyżacka przestała istnieć. Pogoń polska zdobyła też ogromny obóz krzyżacki, a w nim, prócz 
niedobitków, nieprzeliczoną ilość wozów wyładowanych pętami na Polaków i winem przygotowanym na wielką 
ucztę po zwycięstwie. 
 

 
Słońce chyliło się ku zachodowi. Spadł krótki, obfity deszcz i potłumił kurzawę. Król, 
Witold i Zyndram z Maszkowic gotowali się właśnie zjechać na bojowowisko, gdy poczęto 
zwozić przed nich ciała poległych wodzów. Litwini przynieśli skłute sulicami, pokryte kurzem 
i posoką ciało wielkiego mistrza Ulryka von Jungingen i położyli je przed królem, a ów 
westchnął 
żałośnie i spoglądając na ogromne zwłoki leżące na wznak na ziemi, rzekł: 
 
– Oto jest ten, który jeszcze dziś rano mniemał się być wyższym nad wszystkie mocarze 
świata. 
Za czym łzy poczęły mu spływać jak perły po policzkach i po chwili ozwał się znowu: 
 
– Ale że śmiercią walecznych poległ, przeto sławić będziem jego męstwo i godnym chrześcijańskim 
uczcim go pogrzebem. 
Jakoż zaraz wydał rozkaz, by ciało obmyto starannie w jeziorze, by przybrano je w piękne 
szaty i przysłoniono, nim trumna będzie gotowa, zakonnym płaszczem. 
Tymczasem przynoszono coraz nowe zwłoki, które rozpoznawali jeńcy. Przyniesiono także 
komtura Kunona Lichtensteina, z gardłem okropnie mizerykordią rozciętym, i marszałka 
Zakonu Fryderyka Wallenroda, i wielkiego szatnego, grafa Alberta Szwarcberga, i wielkiego 
skarbnika Tomasza Mercheima, i grafa Wendego, który legł z ręki Powały z Taczewa, i przeszło 
sześćset ciał znakomitych komturów i braci. Czeladź kładła ich jednego przy drugim, a 
oni leżeli na kształt zrąbanych pni, ze zwróconymi ku niebu i białymi jak ich płaszcze twarzami, 
z otwartymi szkalnymi oczyma, w których zastygł 
gniew, duma, wściekłość bojowa i 
przerażenie. 
 
Nad ich głowami pozatykano zdobyte chorągwie – wszystkiesmile Wieczorny powiew to 
zwijał, to rozwijał barwne płótna, one zaś szumiały jakby do snu poległym. Z dala pod zorzą 
widać było oddziały litewskie ciągnące zdobyte armaty, których po raz pierwszy użyli Krzyżacy 
w bitwie polnej, ale które nie przyczyniły żadnej szkody zwycięzcom. 
 
Na wzgórzu koło króla skupili się najwięksi rycerze i dysząc utrudzonymi piersiami spoglądali 
na te chorągwie i na te trupy leżące u ich stóp, jak spoglądają uznojeni źeńcy na zżęte i 
powiązane snopy. Ciężki był dzień i straszny plon tego żniwa, ale oto nadchodził wielki, Boży, 
radosny wieczór. 
 
Więc niezmierne szczęście rozjaśniło twarze zwycięzców, bo rozumieli wszyscy, że to był 
wieczór kładący koniec nędzy i trudom nie tylko dnia tego, ale całych stuleci. 
A król, chociaż zdawał sobie sprawę z ogromu klęski, jednakże patrzył jakby w zdumieniu 
przed siebie i w końcu spytał: 
 
– Zali cały Zakon tu leży? 
Na to podkanclerzy Mikołaj, który znał przepowiednie św. Brygidy, rzekł: 
– Nadszedł czas, iż wyłamane są ich zęby i odcięta jest ich ręka prawasmile... 
Po czym podniósł dłoń i począł 
żegnać nie tylko tych, którzy leżeli najbliżej, ale i całe pole 
między Grunwaldem a Tannenbergiem. W jaskrawym od blasku zorzy i oczyszczonym przez 
deszcz powietrzu widać było doskonale olbrzymie, dymiące, krwawe pobojowisko, zjeżone 
 
249 
 
 

ułamkami włóczni, rohatyn, kos, stosami trupów końskich i ludzkich, wśród których sterczały 
do góry martwe ręce, nogi, kopyta – i ciągnęło się owo żałosne pole śmierci z dziesiątkami 
tysiący ciał dalej, niż wzrok mógł sięgnąć. 
 
Czeladź uwijała się na tym niezmiernym cmentarzu zbierając broń i zdejmując zbroje poległych. 
 
 
A w górze, na rumianym niebie, wichrzyły się już i zataczały koła stada wron, kruków i 
orłów, kracząc i radując się rozgłośnie na widok żeru. 
 
I nie tylko przeniewierczy Zakon krzyżacki leżał oto pokotem u stóp króla, ale cała potęga 
niemiecka zalewająca dotychczas jak fala nieszczęsne krainy słowiańskie rozbiła się w tym 
dniu odkupienia o piersi polskie. 
 

 
Więc tobie, wielka, święta przeszłości, i tobie, krwi ofiarna, niech będzie chwała i cześć po 
wsze czasy! 
 
250 
 
 

Rozdział 
pięćdziesiąty drugi 
 
Maćko i Zbyszko wrócili do Bogdańca. Stary rycerz żył jeszcze długo, a Zbyszko doczekał 
się w zdrowiu i sile tej szczęsnej chwili, w której jedną bramą wyjeżdżał z Malborga ze łzami 
w oczach mistrz krzyżacki, drugą wjeżdżał na czele wojsk polskich wojewoda, aby w imieniu 
króla i Królestwa objąć w posiadanie miasto i całą krainę aż po siwe fale Bałtyku. 
 
KONIEC :) :) :)



 
Edytowano dnia: 31.01.2012 , 19:41
flag dR-X- gold | punkty: 11 plus Ilość Komentarzy:9 | 31.01.2012 - 19:23
dR-X-
HENRYK SIENKIEWICZ
LATARNIK
Opowiadanie to osnute jest na
wypadku rzeczywistym, o którym w
swoim czasie pisał J. Horain w jednej
ze swoich korespondencyj z Ameryki.
Pewnego razu zdarzyło się, że latarnik w Aspinwall, niedaleko Panamy, przepadł
bez wieści. Ponieważ stało się to wśród burzy, przypuszczano, że nieszczęśliwy
musiał podejść nad sam brzeg skalistej wysepki, na której stoi latarnia, i został
spłukany przez bałwan. Przypuszczenie to było tym prawdopodobniejsze, że na
drugi dzień nie znaleziono jego łódki stojącej w skalistym wrębie. Zawakowało
tedy miejsce latarnika, które trzeba było jak najprędzej obsadzić, ponieważ latarnia
niemałe ma znaczenie tak dla ruchu miejscowego, jak i dla okrętów idących z New
Yorku do Panamy. Zatoka Moskitów obfituje w piaszczyste ławice i zaspy, między
którymi droga nawet w dzień jest trudna, w nocy zaś, zwłaszcza wśród mgieł
podnoszących się często na tych ogrzewanych podzwrotnikowym słońcem wodach
prawie niepodobna. Jedynym wówczas przewodnikiem dla licznych statków bywa
światło latarni. Kłopot wynalezienia nowego latarnika spadł na konsula Stanów
Zjednoczonych, rezydującego w Panamie, a był to kłopot niemały, raz z tego
powodu, że następcę trzeba było znaleźć koniecznie w ciągu dwunastu godzin; po
wtóre, następca musiał być nadzwyczaj sumiennym człowiekiem, nie można więc
było przyjmować byle kogo; na koniec w ogóle kandydatów na posadę brakło.
Życie na wieży jest nadzwyczaj trudne i bynajmniej nie uśmiecha się
rozpróżniaczonym i lubiącym swobodną włóczęgę ludziom Południa. Latarnik jest
niemal więźniem. Z wyjątkiem niedzieli nie może on wcale opuszczać swej
skalistej wysepki. Łódź z Aspinwall przywozi mu raz na dzień zapasy żywności i
świeżą wodę, po czym przywożący oddalają się natychmiast, na całej zaś wysepce,
mającej morgę rozległości, nie ma nikogo. Latarnik mieszka w latarni, utrzymuje ją
w porządku; w dzień daje znaki wywieszaniem różnokolorowych flag wedle
wskazówek barometru, w wieczór zaś zapala światło. Nie byłaby to wielka robota,
gdyby nie to, że chcąc się dostać z dołu do ognisk na szczyt wieży, trzeba przejść
przeszło czterysta schodów krętych i nader wysokich, latarnik zaś musi odbywać tę
podróż czasem i kilka razy dziennie. W ogóle jest to życie klasztorne, a nawet
więcej niż klasztorne, bo pustelnicze. Nic też dziwnego, że Mr. Izaak Falconbridge
był w niemałym kłopocie, gdzie znajdzie stałego następcę po nieboszczyku, i łatwo
zrozumieć jego radość, gdy najniespodzianiej następca zgłosił się jeszcze tegoż
samego dnia. Był to człowiek już stary, lat siedmiudziesiąt albo i więcej, ale
czerstwy, wyprostowany, mający ruchy i postawę żołnierza. Włosy miał zupełnie
białe, płeć spaloną, jak u Kreolów, ale sądząc z niebieskich oczu, nie należał do
ludzi Południa. Twarz jego była przygnębiona i smutna, ale uczciwa. Na pierwszy
rzut oka podobał się Falconbridge’owi. Pozostało go tylko wyegzaminować,
wskutek czego wywiązała się następująca rozmowa
— Skąd jesteście?
— Jestem Polak.
— Coście robili dotąd?
— Tułałem się.
— Latarnik powinien lubić siedzieć na miejscu.
— Potrzebuję odpoczynku.
— Czy służyliście kiedy? Czy macie świadectwa uczciwej służby rządowej?
Stary człowiek wyciągnął z zanadrza spłowiały jedwabny szmat, podobny do
strzępu starej chorągwi. Rozwinął go i rzekł:
— Oto są świadectwa. Ten krzyż dostałem w roku trzydziestym. Ten drugi jest
hiszpański z wojny karlistowskiej; trzeci to legia francuska; czwarty otrzymałem
na Węgrzech. Potem biłem się w Stanach przeciw południowcom, ale tam nie dają
krzyżów — więc oto papier.
Falconbridge wziął papier i zaczął czytać.
— Hm! Skawiński? To jest wasze nazwisko?… Hm! … Dwie chorągwie
zdobyte własnoręcznie w ataku na bagnety… Byliście walecznym żołnierzem!
— Potrafię być i sumiennym latarnikiem.
— Trzeba tam co dzień wchodzić po kilka razy na wieżę. Czy nogi macie
zdrowe?
— Przeszedłem piechotą „pleny”.
— All right! Czy jesteście obeznani ze służbą morską?
— Trzy lata służyłem na wielorybniku.
— Próbowaliście różnych zawodów?
— Nie zaznałem tylko spokojności.
— Dlaczego?
Stary człowiek ruszył ramionami.
— Taki los…
— Wszelako na latarnika wydajecie mi się za starzy.
— Sir — ozwał się nagle kandydat wzruszonym głosem. — Jestem bardzo
znużony i skołatany. Dużo, widzicie, przeszedłem. Miejsce to jest jedno z takich,
jakie najgoręcej pragnę otrzymać. Jestem stary, potrzebuję spokoju! Potrzebuję
sobie powiedzieć: tu już będziesz siedział, to jest twój port. Ach, Sir! to od was
tylko zależy. Drugi raz się może taka posada nie zdarzy. Co za szczęście, że byłem
w Panamie… Błagam was… Jak mi Bóg miły, jestem jak statek, który jeśli nie
wejdzie do portu, to zatonie… Jeśli chcecie uszczęśliwić człowieka starego…
Przysięgam, że jestem uczciwy, ale… dość mam już tego tułactwa…
Niebieskie oczy starca wyrażały tak gorącą prośbę, że Falconbridge, który miał
dobre, proste serce, czuł się wzruszony.
— Well ! — rzekł. — Przyjmuję was. Jesteście latarnikiem.
Twarz starego zajaśniała niewypowiedzianą radością.
— Dziękuję.
— Czy możecie dziś jechać na wieżę?
— Tak jest.
— Zatem good bye ! … Jeszcze słowo: za każde uchybienie w służbie
dostaniecie dymisję.
— All right !
Tegoż samego jeszcze wieczora, gdy słońce stoczyło się na drugą stronę
międzymorza, a po dniu promiennym nastąpiła noc bez zmierzchu, nowy latarnik
widocznie był już na miejscu, bo latarnia rzuciła jak zwykle na wody swoje snopy
jaskrawego światła. Noc była zupełnie spokojna, cicha, prawdziwie
podzwrotnikowa, przesycona jasną mgłą, tworzącą koło księżyca wielki,
zabarwiony tęczowo krąg o miękkich, nieujętych brzegach. Morze tylko burzyło
się, ponieważ przypływ wzbierał. Skawiński stał na balkonie, tuż koło olbrzymich
ognisk, podobny z dołu do małego, czarnego punkciku. Próbował zebrać myśl i
objąć swe nowe położenie. Ale myśl jego była nadto pod naciskiem, by mogła snuć
się prawidłowo. Czuł on coś takiego, co czuje szczuty zwierz, gdy wreszcie schroni
się przed pogonią na jakiejś niedostępnej skale lub w pieczarze. Nadszedł nareszcie
dla niego czas spokoju. Poczucie bezpieczeństwa napełniło jakąś niewysłowioną
rozkoszą jego duszę. Oto mógł na tej skale po prostu urągać dawnemu tułactwu,
dawnym nieszczęściom i niepowodzeniom. Był on naprawdę jak okręt, któremu
burza łamała maszty, rwała liny, żagle, którym rzucała od chmur na dno morza, w
który biła falą, pluła pianą — a który jednak zawinął do portu. Obrazy tej burzy
przesuwały się teraz szybko w jego myśli w przeciwstawieniu do cichej
przyszłości, jaka miała się rozpocząć. Część swych dziwnych kolei opowiadał sam
Falconbridge’owi, nie wspomniał jednak o tysiącznych innych przygodach. Miał
on nieszczęście, że ilekroć rozbił gdzie namiot i rozniecił ognisko, by się osiedlić
stale, jakiś wiatr wyrywał kołki namiotu, rozwiewał ognisko, a jego samego niósł
na stracenie. Spoglądając teraz z wieżowego balkonu na oświecone fale,
wspominał o wszystkim, co przeszedł. Oto bił się w czterech częściach świata — i
na tułaczce próbował wszystkich niemal zawodów. Pracowity i uczciwy, nieraz
dorabiał się grosza i zawsze tracił go wbrew wszelkim przewidywaniom i
największej ostrożności. Był kopaczem złota w Australii, poszukiwaczem
diamentów w Afryce, strzelcem rządowym w Indiach Wschodnich. Gdy w swoim
czasie założył w Kalifornii farmę, zgubiła go susza; próbował handlu z dzikimi
plemionami zamieszkującymi wnętrze Brazylii: tratwa jego rozbiła się na
Amazonce, on sam zaś bezbronny i prawie nagi tułał się w lasach przez kilka
tygodni, żywiąc się dzikim owocem, narażony co chwila na śmierć w paszczy
drapieżnych zwierząt. Założył warsztat kowalski w Helenie, w Arkansas, i — spalił
się w wielkim pożarze całego miasta. Następnie w Górach Skalistych dostał się w
ręce Indian i cudem tylko został wybawiony przez kanadyjskich strzelców. Służył
jako majtek na statku kursującym między Bahią i Bordeaux, potem jako harpunnik
na wielorybniku: oba statki rozbiły się. Miał fabrykę cygar w Hawanie — został
okradziony przez wspólnika w chwili, gdy sam leżał chory na „vomito”. Wreszcie
przybył do Aspinwall — i tu miał być kres jego niepowodzeń. Cóż go bowiem
mogło doścignąć jeszcze na tej skalistej wysepce? Ani woda, ani ogień, ani ludzie.
Zresztą od ludzi Skawiński niewiele doznał złego. Częściej spotykał dobrych niż
złych.
Zdawało się natomiast, że prześladują go wszystkie cztery żywioły. Ci, co go
znali, mówili, że nie ma szczęścia, i tym objaśniali wszystko. On sam wreszcie stał
się trochę maniakiem. Wierzył, że jakaś potężna a mściwa ręka ściga go wszędzie,
po wszystkich lądach i wodach. Nie lubił jednak o tym mówić; czasem tylko, gdy
go pytano, czyja to miała być ręka, ukazywał tajemniczo na Gwiazdę Polarną i
odpowiadał, że to idzie stamtąd… Rzeczywiście, niepowodzenia jego były tak
stałe, że aż dziwne, i łatwo mogły zabić gwóźdź w głowie, zwłaszcza temu, kto ich
doznawał. Zresztą miał cierpliwość Indianina i wielką spokojną siłę oporu, jaka
płynie z prawości serca. W swoim czasie na Węgrzech dostał kilkanaście pchnięć
bagnetem, bo nie chciał chwycić za strzemię, które mu ukazywano jako środek
ratunku, i krzyczeć: pardon. Tak samo nie poddawał się i nieszczęściu. Lazł pod
górę tak pracowicie, jak mrówka. Zepchnięty sto razy, rozpoczynał spokojnie
swoją podróż po raz setny pierwszy. Był to w swoim rodzaju szczególniejszy
dziwak. Stary ten żołnierz, opalony Bóg wie w jakich ogniach, zahartowany w
biedach, bity i kuty, miał serce dziecka. W czasie epidemii na Kubie zapadł na nią
dlatego, że oddał chorym wszystką swoją chininę, której miał znaczny zapas, nie
zostawiwszy sobie ani grama.
Było w nim jeszcze i to dziwnego, że po tylu zawodach zawsze był pełen
ufności i nie tracił nadziei, że jeszcze wszystko będzie dobrze. W zimie ożywiał się
zawsze i przepowiadał jakieś wielkie wypadki. Czekał ich niecierpliwie i myślą o
nich żył lata całe… Ale zimy mijały jedne za drugimi i Skawiński doczekał się
tylko tego, że ubieliły mu głowę. Wreszcie zestarzał się — począł tracić energię.
Cierpliwość jego poczynała być coraz podobniejsza do rezygnacji. Dawny spokój
zmienił się w skłonność do roztkliwiania się i ten hartowny żołnierz jął przeradzać
się w beksę gotowego załzawić się z lada powodu. Prócz tego od czasu do czasu
tłukła go najstraszliwsza nostalgia, którą podniecała lada okoliczność: widok
jaskółek, szarych ptaków podobnych do wróbli, śniegi na górach lub zasłyszana
jakaś nuta, podobna do słyszanej niegdyś… Na koniec opanowała go tylko jedna
myśl: myśl spoczynku. Owładnęła ona starcem zupełnie i wchłonęła w siebie
wszelkie inne pragnienia i nadzieje. Wieczny tułacz nie mógł już sobie wymarzyć
nic bardziej upragnionego, nic droższego nad jaki spokojny kąt, w którym by mógł
odpocząć i czekać cicho kresu. Może właśnie dlatego, że szczególne jakieś
dziwactwo losu rzucało nim po wszystkich morzach i krajach tak, że prawie nie
mógł tchu złapać, wyobrażał sobie, że największym ludzkim szczęściem jest —
tylko nie tułać się. Co prawda, to i należało mu się takie skromne szczęście, ale tak
już był zwyczajny zawodów, że myślał o tym, jak w ogóle ludzie marzą o czymś
niedoścignionym. Spodziewać się nie śmiał. Tymczasem niespodzianie w ciągu
dwunastu godzin dostał posadę jakby wybraną dla siebie ze wszystkich na świecie.
Nic też dziwnego, że gdy wieczorem zapalił swoją latarnię, był jakby odurzony, że
pytał sam siebie, czy to prawda, i nie śmiał odpowiedzieć: tak. A tymczasem
rzeczywistość przemawiała do niego nieprzepartymi dowodami; więc godziny
jedna za drugą spływały mu na balkonie. Patrzył, nasycał się, przekonywał.
Mogłoby się zdawać, że pierwszy raz w życiu widział morze, bo północ wybiła już
na aspinwalskich zegarach, a on jeszcze nie opuszczał swojej powietrznej wyżyny
— i patrzył. W dole pod jego stopami grało morze. Soczewka latarni rzucała w
ciemność olbrzymi ostrokrąg światła, poza którym oko starca ginęło w dali czarnej
zupełnie, tajemniczej i strasznej. Ale dal owa zdawała się biegnąć ku światłu.
Długie wiorstowe fale wytaczały się z ciemności i rycząc szły aż do stóp wysepki,
a wówczas widać było spienione ich grzbiety, połyskujące różowo w świetle
latarni. Przypływ wzmagał się coraz bardziej i zalewał piaszczyste ławice.
Tajemnicza mowa oceanu dochodziła z pełni coraz potężniej i głośniej, podobna
czasem do huku armat, to do szumu olbrzymich lasów, to do dalekiego, zmąconego
gwaru głosów ludzkich. Chwilami cichło. Potem o uszy starca odbijało się kilka
wielkich westchnień, potem jakieś łkania — i znów groźne wybuchy. Wreszcie
wiatr zwiał mgłę, ale napędził czarnych, poszarpanych chmur, które przysłaniały
księżyc. Z zachodu poczynało dąć coraz mocniej. Bałwany skakały z wściekłością
na urwisko latarni, oblizując już pianą i podmurowanie. W dali pomrukiwała burza.
Na ciemnej, wzburzonej przestrzeni zabłysło kilka zielonych latarek,
pouwieszanych do masztów okrętowych. Zielone owe punkciki to wznosiły się
wysoko, to zapadały w dół, to chwiały się na prawo i na lewo. Skawiński zeszedł
do swej izby. Burza poczęła wyć. Tam, na dworze, ludzie na owych okrętach
walczyli z nocą, z ciemnością, z falą; w izbie zaś spokojnie było i cicho. Nawet
odgłosy burzy słabo przedzierały się przez grube mury i tylko miarowe tik-tak!
zegara kołysało utrudzonego starca jakby do snu.
II
Zaczęły płynąć godziny, dnie i tygodnie… Majtkowie twierdzą, że czasem, gdy
morze bardzo jest rozhukane, woła coś na nich wśród nocy i ciemności po
nazwisku. Jeżeli nieskończoność morska może tak wołać, to być może, że gdy się
człowiek zestarzeje, woła także na niego i inna nieskończoność, jeszcze
ciemniejsza i bardziej tajemnicza, a im jest bardziej zmęczony życiem, tym milsze
są mu te nawoływania. Ale, by ich słuchać, trzeba ciszy. Prócz tego starość lubi się
odosabniać, jakby w przeczuciu grobu. Latarnia była już dla Skawińskiego takim
półgrobem. Nic jednostajniejszego, jak podobne życie na wieży. Młodzi ludzie,
jeśli się na nie godzą, to po pewnym czasie opuszczają służbę. Latarnik też bywa
zazwyczaj człekiem niemłodym, posępnym i zamkniętym w sobie. Gdy
wypadkiem porzuci swoją latarnię i dostanie się między ludzi, chodzi wśród nich
jak człowiek zbudzony z głębokiego snu. Na wieży brak wszelkich drobnych
wrażeń, które w zwykłym życiu uczą stosować wszystko do siebie. Wszystko, z
czym styka się latarnik, jest olbrzymie i pozbawione zwartych, określonych
kształtów. Niebo — to jeden ogół, woda — to drugi, a wśród tych nieskończoności
samotna dusza ludzka! Jest to życie, w którym myśl jest raczej ciągłym
zadumaniem się, a z tego zadumania nie budzi latarnika nic, nawet jego zajęcia.
Dzień do dnia staje się podobny jak dwa paciorki w różańcu i chyba zmiany
pogody stanowią jedyną rozmaitość. Skawiński jednak czuł się tak szczęśliwym,
jak nigdy w życiu nie był. Wstawał świtaniem, brał posiłek, czyścił soczewki
latarni, a potem, siadłszy na balkonie, wpatrywał się w dal morską i oczy jego nie
mogły się nigdy nasycić obrazami, które przed sobą widział. Zwykle na olbrzymim
turkusowym tle widać było stada wydętych żagli, świecących w promieniach
słońca tak mocno, że aż oczy mrużyły się pod nadmiarem blasku; czasem statki,
korzystając z wiatrów, które pasatami zowią, szły wyciągniętym szeregiem jedne
za drugimi, podobne do łańcucha mew lub albatrosów. Czerwone beczki
wskazujące drogę kołysały się na fali lekkim, łagodnym ruchem; między żaglami
pojawiał się co dnia w południe olbrzymi szarawy pióropusz dymu. To parowiec
z New Yorku wiózł podróżnych i towary do Aspinwall, ciągnąc za sobą długi,
spieniony szlak piany. Z drugiej strony balkonu widział Skawiński, jak na dłoni,
Aspinwall i jego ruchliwy port, a w nim las masztów, łodzie i łódki; nieco zaś dalej
białe domy i wieżyczki miasta. Z wysokości latarni domki były podobne do gniazd
mew, łodzie do żuków, a ludzie poruszali się jak małe punkciki na białym,
kamiennym bulwarku. Z rana lekki wschodni powiew przynosił zmieszany gwar
życia ludzkiego, nad którym górował świst parowców. W południe nadchodziła
godzina sjesty. Ruch w porcie ustawał; mewy kryły się w szczerby skał, fale słabły
i stawały się jakieś leniwe, a wówczas na lądzie, na morzu i na latarni nastawała
chwila niezmąconej niczym ciszy. Żółte piaski, z których odpłynęły fale, lśniły na
kształt złotych plam na obszarach wodnych; słup wieżowy odrzynał się twardo
w błękicie. Potoki promieni słonecznych lały się z nieba na wodę, na piaski i na
urwiska. Wówczas i starca ogarniała jakaś niemoc, pełna słodyczy. Czuł, że ten
odpoczynek, którego używa, jest wyborny, a gdy pomyślał, że będzie trwały, to mu
już niczego nie brakło. Skawiński rozmarzał się własnym szczęściem, ale że
człowiek łatwo oswaja się z lepszym losem, stopniowo nabierał wiary i ufności,
myślał bowiem, że jeśli ludzie budują domy dla inwalidów, to dlaczegóżby Bóg nie
miał wreszcie przygarnąć swego inwalidy? Czas upływał i utrwalał go w tym
przekonaniu. Stary zżył się z wieżą, z latarnią, z urwiskiem, z ławicami piasku i
samotnością. Poznał się także i z mewami, które niosły się w załamach skalnych, a
wieczorem odprawiały wiece na dachu latarni. Skawiński rzucał im zwykle resztki
swego jadła, tak zaś przyswoiły się wkrótce, że gdy to czynił potem, to otaczała go
prawdziwa burza białych skrzydeł, stary zaś chodził między ptastwem jak pastuch
między owcami. W czasie odpływu wyprawiał się na niskie piaszczyste ławice, na
których zbierał smaczne ślimaki i piękne perłowe konchy żeglarków, które
odpływająca fala osadzała na piasku. W nocy przy świetle księżyca i latarni chodził
na ryby, którymi roiły się załamy skalne. W końcu pokochał swoją skałę i swoją
bezdrzewną wysepkę, porośniętą tylko drobnymi, tłustymi roślinkami, sączącymi
lepką żywicę. Ubóstwo wysepki wynagradzały mu zresztą dalsze widoki. W
południowych godzinach, gdy atmosfera stawała się bardzo przezroczystą, widać
było całe międzymorze, aż do Pacyfiku, pokryte najbujniejszą roślinnością.
Skawińskiemu wydawało się wówczas, że widzi jeden olbrzymi ogród. Pęki
kokosów i olbrzymich muz układały się jakby w przepyszne czubiaste bukiety, tuż
zaraz za domami Aspinwallu. Dalej, między Aspinwall a Panamą, widać było
ogromny las, nad którym co rano i pod noc zwieszał się czerwonawy opar
wyziewów — las prawdziwie podzwrotnikowy, zalany u spodu stojącą wodą,
oplatany lianami, szumiący jedną falą olbrzymich storczyków, palm, drzew
mlecznych, żelaznych i gumowych.
Przez swą strażniczą lunetę stary mógł dojrzeć nie tylko drzewa, nie tylko
rozłożyste liście bananów, ale nawet gromady małp, wielkich marabutów i stada
papug, wzbijające się czasem jak tęczowa chmura nad lasem. Skawiński znał z
bliska podobne lasy, gdyż po rozbiciu się na Amazonce błąkał się całe tygodnie
wśród podobnych zielonych sklepień i gąszczów. Wiedział, ile pod cudną, śmiejącą
się powierzchnią ukrywa się niebezpieczeństw i śmierci. Wśród nocy, jakie w nich
spędził, słyszał z bliska grobowe głosy wyjców i ryki jaguarów, widział olbrzymie
węże kołyszące się na kształt lianów na drzewach; znał owe senne jeziora leśne,
przepełnione drętwami i rojące się od krokodylów. Wiedział, pod jakim jarzmem
żyje człowiek w tych niezgłębionych puszczach, w których pojedyncze liście
przenoszą dziesięciokrotnie jego wielkość, w których mrowią się krwiożercze
moskity, pijawki drzewne i olbrzymie jadowite pająki. Wszystkiego sam doznał,
sam doświadczył, wszystko sam przecierpiał; toteż tym większą mu teraz
sprawiało rozkosz patrzeć z wysokości na owe matos, podziwiać ich piękność, a
być zasłoniętym od zdrad. Jego wieża chroniła go przed wszelkim złem. Opuszczał
ją też tylko czasami w niedzielę z rana. Przywdziewał wtedy granatową kapotę
strażniczą ze srebrnymi guzami, na piersiach zawieszał swoje krzyże i jego
mleczna głowa podnosiła się z pewną dumą, gdy słyszał przy wyjściu z kościoła,
jak Kreole mówili między sobą: „Porządnego mamy latarnika”. — „I nie heretyk,
chociaż Yankee!” Wracał jednak natychmiast po mszy na wyspę i wracał
szczęśliwy, bo zawsze jeszcze nie dowierzał stałemu lądowi. W niedzielę także
odczytywał sobie hiszpańską gazetę, którą zakupywał w mieście, lub newyorskiego
„Herolda”, pożyczanego u Falconbridge’a — i szukał w nich skwapliwie
wiadomości z Europy. Biedne stare serce! Na tej wieży strażniczej i na drugiej
półkuli biło jeszcze dla kraju… Czasem także, gdy łódź przywożąca mu co dzień
żywność i wodę przybiła do wysepki, schodził z wieży na gawędę ze strażnikiem
Johnsem. Potem jednak widocznie zdziczał. Przestał bywać w mieście, czytywać
gazety i schodzić na polityczne rozprawy Johnsa. Upływały całe tygodnie w ten
sposób, że nikt jego nie widział ani on nikogo. Jedynym znakiem, że stary żyje,
było tylko znikanie żywności pozostawianej na brzegu i światło latarni zapalane co
wieczór z taką regularnością, z jaką słońce wstaje rankiem z wody w tamtych
stronach. Widocznie stary zobojętniał dla świata. Powodem tego nie była nostalgia,
ale właśnie to, że przeszła i ona nawet w rezygnację. Cały świat teraz zaczynał się
dla starca i kończył się na jego wysepce. Zżył się już z myślą, że nie opuści wieży
do śmierci, i po prostu zapomniał, że jest jeszcze coś poza nią. Przy tym stał się
mistykiem. Łagodne niebieskie jego oczy poczęły być jak oczy dziecka, zapatrzone
wiecznie i jakby utkwione w jakiejś dali. W ciągłym odosobnieniu i wobec
otoczenia nadzwyczaj prostego a wielkiego począł stary tracić poczucie własnej
odrębności, przestawał istnieć jakoby osoba, a zlewał się coraz więcej z tym, co go
otaczało. Nie rozumował nad tym, czuł tylko bezwiednie, ale w końcu zdawało mu
się, że niebo, woda, jego skała, wieża i złote ławice piasku, i wydęte żagle, i mewy,
odpływy i przypływy, to jakaś wielka jedność i jedna, ogromna tajemnicza dusza;
on zaś sam pogrąża się w tej tajemnicy i czuje ową duszę, która żyje i koi się.
Zatonął, ukołysał się, zapamiętał — i w tym ograniczeniu własnego, odrębnego
bytu, w tym pół czuwaniu, pół śnie znalazł spokój tak wielki, że prawie podobny
do półśmierci.
III
Ale nadeszło przebudzenie.
Pewnego razu, gdy łódź przywiozła wodę i zapasy żywności, Skawiński,
zeszedłszy w godzinę później z wieży, spostrzegł, że prócz zwykłego ładunku jest
jeszcze jedna paczka więcej. Na wierzchu paczki były marki pocztowe Stanów
Zjednoczonych i wyraźny adres „Skawiński Esq.”, wypisany na grubym żaglowym
płótnie. Rozciekawiony starzec przeciął płótno i ujrzał książki: wziął jedną do ręki,
spojrzał i położył na powrót, przy czym ręce poczęły mu drżeć mocno. Przysłonił
oczy, jakby im nie wierząc; zdawało mu się, że śni — książka była polska. Co to
miało znaczyć?! Kto mu mógł przysłać książkę? W pierwszej chwili zapomniał
widocznie, iż jeszcze na początku swej latarniczej kariery przeczytał pewnego razu
w pożyczonym od konsula „Heroldzie” o zawiązaniu polskiego Towarzystwa w
New Yorku i że zaraz przesłał Towarzystwu połowę swej miesięcznej pensji, z
którą zresztą nie miał co robić na wieży. Towarzystwo wywdzięczając się
przysyłało książki. Przyszły one drogą naturalną, ale w pierwszej chwili starzec nie
mógł pochwytać tych myśli. Polskie książki w Aspinwall, na jego wieży, wśród
jego samotności, była to dla niego jakaś nadzwyczajność, jakieś tchnienie dawnych
czasów, cud jakiś. Teraz wydało mu się, jak owym żeglarzom wśród nocy, że coś
zawołało na niego po imieniu głosem bardzo kochanym, a zapomnianym prawie.
Przesiedział chwilę z zamkniętymi oczyma i był prawie pewny, że gdy je otworzy,
sen zniknie. Nie! Rozcięta paczka leżała przed nim wyraźnie, oświecona blaskiem
popołudniowego słońca, a na niej otwarta już książka. Gdy stary wyciągnął znowu
po nią rękę, słyszał wśród ciszy bicie własnego serca. Spojrzał: były to wiersze. Na
wierzchu stał wypisany wielkimi literami tytuł, pod spodem zaś imię autora. Imię
to nie było Skawińskiemu obce; wiedział, że należy ono do wielkiego poety,
którego nawet i utwory czytywał po trzydziestym roku w Paryżu. Potem, wojując
w Algerze i w Hiszpanii, słyszał od rodaków o coraz wzrastającej sławie wielkiego
wieszcza, ale tak przywykł wówczas do karabina, że i do ręki nie brał książek. W
czterdziestym dziewiątym roku wyjechał do Ameryki i w awanturniczym życiu,
jakie prowadził, prawie nie spotykał Polaków, a nigdy książek polskich. Z tym
większą też skwapliwością i z tym żywiej bijącym sercem przewrócił kartę
tytułową. Zdało mu się teraz, że na jego samotnej skale poczyna się dziać coś
uroczystego. Jakoż była to chwila wielkiego spokoju i ciszy. Zegary aspinwalskie
wybiły piątą po południu. Jasnego nieba nie zaciemniała żadna chmurka, kilka
mew tylko pławiło się w błękitach. Ocean był ukołysany. Nadbrzeżne fale zaledwie
bełkotały z cicha, rozpływając się łagodnie po piaskach. W dali śmiały się białe
domy Aspinwallu i cudne grupy palm. Naprawdę było jakoś uroczyście, a cicho i
poważnie. Nagle wśród tego spokoju natury rozległ się drżący głos starego, który
czytał głośno, by się samemu lepiej rozumieć:
Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie!
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie…
Skawińskiemu zabrakło głosu. Litery poczęły mu skakać do oczu; w piersi coś
urwało się i szło na kształt fali od serca wyżej i wyżej, tłumiąc głos, ściskając za
gardło… Chwila jeszcze, opanował się i czytał dalej:
Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogrodzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie, dziecko, do zdrowia powróciłaś cudem,
(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
Iść, za zwrócone życie podziękować Bogu),
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono…
Wezbrana fala przerwała tamę woli. Stary ryknął i rzucił się na ziemię; jego
mleczne włosy zmieszały się z piaskiem nadmorskim. Oto czterdzieści lat
dobiegało, jak nie widział kraju, i Bóg wie ile, jak nie słyszał mowy rodzinnej, a tu
tymczasem ta mowa przyszła sama do niego — przepłynęła ocean i znalazła go,
samotnika, na drugiej półkuli, taka kochana, taka droga, taka śliczna! We łkaniu,
jakie nim wstrząsało, nie było bólu, ale tylko nagle rozbudzona niezmierna miłość,
przy której wszystko jest niczym… On po prostu tym wielkim płaczem przepraszał
tę ukochaną, oddaloną za to, że się już tak zestarzał, tak zżył z samotną skałą i tak
zapamiętał, iż się w nim i tęsknota poczynała zacierać. A teraz „wracał cudem” —
więc się w nim serce rwało. Chwile mijały jedna za drugą: on wciąż leżał. Mewy
przyleciały nad latarnię, pokrzykując jakby niespokojne o swego starego
przyjaciela. Nadchodziła godzina, w której je karmił resztkami swej żywności,
więc kilka z nich zleciało z wierzchu latarni aż do niego. Potem przybyło ich coraz
więcej i zaczęły go dziobać lekko i furkotać skrzydłami nad jego głową. Szumy
skrzydeł zbudziły go. Wypłakawszy się, miał teraz w twarzy jakiś spokój i
rozpromienienie, a oczy jego były jakby natchnione. Oddał bezwiednie całą swoją
żywność ptakom, które rzuciły się na nią z wrzaskiem, a sam wziął znowu książkę.
Słońce już było przeszło nad ogrodami i nad dziewiczym lasem Panamy i staczało
się z wolna za międzymorze, ku drugiemu oceanowi, ale i Atlantyk był jeszcze
pełen blasku, w powietrzu widno zupełnie, więc czytał dalej:
Tymczasem przenoś duszę moją utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych…
Zmierzch dopiero zatarł litery na białej karcie, zmierzch krótki jak mgnienie
oka. Starzec oparł głowę o skałę i przymknął oczy. A wówczas „Ta, co jasnej broni
Częstochowy” zabrała jego duszę i przeniosła „do tych pól malowanych zbożem
rozmaitym”. Na niebie paliły się jeszcze długie szlaki czerwone i złote, a on w tych
światłościach leciał ku stronom kochanym. Zaszumiały mu w uszach lasy sosnowe,
zabełkotały rzeki rodzinne. Widzi wszystko, jak było. Wszystko go pyta:
„Pamiętasz?”. On pamięta! a zresztą widzi: pola przestronne, miedze, łąki, lasy i
wioski. Noc już! O tej porze już zwykle jego latarnia rozświecała ciemności
morskie — ale teraz on jest we wsi rodzinnej. Stara głowa pochyla się na piersi i
śni. Obrazy przesuwają się przed jego oczyma szybko i trochę bezładnie. Nie widzi
domu rodzinnego, bo starła go wojna, nie widzi ojca ani matki, bo go odumarli
dzieckiem; ale zresztą wieś, jakby ją wczoraj opuścił: szereg chałup ze światełkami
w oknach, grobla, młyn, dwa stawy podane ku sobie i brzmiące całą noc chórami
żab. Niegdyś w tej swojej wiosce stał nocą na widecie, teraz przeszłość ta
podstawia się nagle w szeregu widzeń. Oto znowu jest ułanem i stoi na widecie: z
dala karczma pogląda płonącymi oczyma i brzmi, i śpiewa, i huczy wśród ciszy
nocnej tupotaniem, głosami skrzypiec i basetli. „U-ha! U-ha!” To ułany krzeszą
ognia podkówkami, a jemu tam nudno samemu na koniu! Godziny wloką się
leniwo, wreszcie światła gasną; teraz, jak okiem sięgnąć, mgła i mgła
nieprzejrzana: opar widocznie podnosi się z łąk i obejmuje świat cały białawym
tumanem. Rzekłbyś: zupełnie ocean. Ale to łąki: rychło czekać, jak derkacz ozwie
się w ciemności i bąki zahuczą po trzcinach. Noc jest spokojna i chłodna,
prawdziwie polska noc! W oddali bór sosnowy szumi bez wiatru… jak fala
morska. Wkrótce świtanie wschód ubieli: jakoż i kury pieją już w zapłociach.
Jeden drugiemu podaje głos z chaty do chaty; wraz i żurawie krzyczą już gdzieś z
wysoka. Ułanowi jakoś rześko, zdrowo. Coś tam gadali o jutrzejszej bitwie. Hej! to
i pójdzie, jak pójdą inni z krzykiem i furkotaniem chorągiewek. Młoda krew gra
jak trąbka, choć powiew nocny ją chłodzi. Ale już świta, świta! Noc blednie: z
cienia wychylają się lasy, zarośla, szereg chałup, młyn, topole. Studnie skrzypią,
jakby blaszana chorągiewka na wieży. Jaka ta ziemia kochana, śliczna w różowych
blaskach jutrzni! Oj, jedyna, jedyna!
Cicho! Czujna wideta słyszy, że się ktoś zbliża. Zapewne idą zluzować warty.
Nagle jakiś głos rozlega się nad Skawińskim:
— Hej, stary! wstawajcie. Co to wam?
Stary otwiera oczy i patrzy ze zdziwieniem na stojącego przed sobą człowieka.
Resztki snu widzeń walczą w jego głowie z rzeczywistością. Wreszcie widzenia
bledną i nikną. Przed nim stoi Johns, strażnik portowy.
— Co to? — pyta Johns — chorzyście?
— Nie.
— Nie zapaliliście latarni. Pójdziecie precz ze służby. Łódź z San-Geromo
rozbiła się na mieliźnie, szczęściem, nikt nie utonął; inaczej poszlibyście pod sąd.
Siadajcie ze mną, resztę usłyszycie w konsulacie.
Stary pobladł: istotnie nie zapalił tej nocy latarni.
W kilka dni później widziano Skawińskiego na pokładzie statku idącego z
Aspinwall do New Yorku. Biedak stracił posadę. Otwierały się przed nim nowe
drogi tułactwa; wiatr porywał znowu ten liść, by nim rzucać po lądach i morzach,
by się nad nim znęcać do woli. Toteż stary przez te kilka dni posunął się bardzo i
pochylił; oczy miał tylko błyszczące. Na nowe zaś drogi życia miał także na
piersiach swoją książkę, którą od czasu do czasu przyciskał ręką, jakby w obawie,
by mu i ona nie zginęła…
flag ths gold | punkty: 312 plus Ilość Komentarzy:184 | 31.01.2012 - 19:29
ths
STOP ACTA

UMOWA HANDLOWA DOTYCZĄCA ZWALCZANIA OBROTU TOWARAMI PODROBIONYMI MIĘDZY UNIĄ EUROPEJSKĄ I JEJ PAŃSTWAMI CZŁONKOWSKIMI, AUSTRALIĄ, KANADĄ, JAPONIĄ, REPUBLIKĄ KOREI, MEKSYKAŃSKIMI STANAMI ZJEDNOCZONYMI, KRÓLESTWEM MAROKAŃSKIM, NOWĄ ZELANDIĄ, REPUBLIKĄ SINGAPURU, KONFEDERACJĄ SZWAJCARSKĄ I STANAMI ZJEDNOCZONYMI AMERYKI

Tekst dołączony do wniosku z dnia 16 listopada 2011 r. o wyrażenie przez Radę Ministrów zgody na podpisanie Umowy (RM-111-218-11).

STRONY NINIEJSZEJ UMOWY,

STWIERDZAJĄC, ŻE skuteczne dochodzenie i egzekwowanie praw własności intelektualnej ma decydujące znaczenie dla trwałego wzrostu gospodarczego we wszystkich gałęziach przemysłu oraz na całym świecie;

STWIERDZAJĄC, ŻE rozpowszechnianie towarów podrobionych i pirackich oraz usług polegających na dystrybucji materiałów stanowiących naruszenie osłabia prowadzony zgodnie z prawem handel i zrównoważony rozwój światowej gospodarki, powoduje znaczące straty finansowe dla posiadaczy praw i działających zgodnie z prawem przedsiębiorstw oraz, w niektórych przypadkach, stanowi źródło dochodów dla przestępczości zorganizowanej oraz zagrożenie dla społeczeństwa;

PRAGNĄC zwalczyć takie rozpowszechnianie poprzez zacieśnioną międzynarodową współpracę oraz skuteczniejsze egzekwowanie prawa na poziomie międzynarodowym;

ZAMIERZAJĄC zapewnić skuteczne i odpowiednie środki uzupełniające w stosunku do porozumienia TRIPS, służące dochodzeniu i egzekwowaniu praw własności intelektualnej, z uwzględnieniem różnic w swoich systemach i praktykach prawnych;

PRAGNĄC zapewnić, aby środki i procedury służące dochodzeniu i egzekwowaniu praw własności intelektualnej nie stały się przeszkodą w handlu prowadzonym zgodnie z prawem;

PRAGNĄC rozwiązać problem naruszania praw własności intelektualnej, w tym naruszania występującego w środowisku cyfrowym, w szczególności w odniesieniu do prawa autorskiego lub praw pokrewnych, w sposób równoważący prawa i interesy odpowiednich posiadaczy praw, usługodawców i użytkowników;

PRAGNĄC propagować współpracę między dostawcami usług i posiadaczami praw w celu zwalczania odnośnych naruszeń w środowisku cyfrowym;

PRAGNĄC, aby niniejsza Umowa funkcjonowała w sposób wzajemnie wspierający działania służące egzekwowaniu prawa na poziomie międzynarodowym oraz współpracę w ramach odpowiednich organizacji międzynarodowych;

UZNAJĄC zasady ustanowione w Deklaracji z Doha w sprawie porozumienia TRIPS i zdrowia publicznego, przyjętej w dniu 14 listopada 2001 r. podczas Czwartej Konferencji Ministerialnej WTO;

NINIEJSZYM UZGADNIAJĄ, CO NASTĘPUJE:

ROZDZIAŁ I

POSTANOWIENIA WSTĘPNE I DEFINICJE OGÓLNE

SEKCJA 1

POSTANOWIENIA WSTĘPNE

ARTYKUŁ 1

Stosunek do innych umów

Żadne postanowienie niniejszej Umowy nie stanowi odstępstwa od żadnego zobowiązania Strony wobec jakiejkolwiek innej Strony wynikającego z istniejących umów, w tym porozumienia TRIPS.

ARTYKUŁ 2

Charakter i zakres zobowiązań

1. Każda Strona nadaje skuteczność postanowieniom niniejszej Umowy. Strona może wprowadzić do swojego prawa szerzej zakrojone dochodzenie i egzekwowanie praw własności intelektualnej, niż jest to wymagane niniejszą Umową, pod warunkiem, że takie dochodzenie i egzekwowanie nie narusza postanowień niniejszej Umowy. Każdej Stronie pozostawia się swobodę określenia właściwego sposobu wprowadzania w życie postanowień niniejszej Umowy w ramach własnego systemu prawnego i praktyki.

2. Żadne z postanowień niniejszej Umowy nie tworzy zobowiązania co do rozdziału środków pomiędzy dochodzenie i egzekwowanie praw własności intelektualnej a ogólne egzekwowanie prawa.

3. Cele i zasady określone w części I porozumienia TRIPS, w szczególności w art. 7 i 8, mają odpowiednie zastosowanie do niniejszej Umowy.

ARTYKUŁ 3

Stosunek do norm dotyczących dostępności i zakresu praw własności intelektualnej

1. Niniejsza Umowa nie narusza przepisów prawa Stron dotyczących dostępności, nabywania, zakresu i utrzymywania w mocy praw własności intelektualnej.

2. Niniejsza Umowa nie tworzy obowiązku stosowania przez Stronę środków w przypadku gdy dane prawo własności intelektualnej nie jest chronione na podstawie przepisów ustawowych i wykonawczych danej Strony.

ARTYKUŁ 4

Prywatność i ujawnianie informacji

1. Żadne z postanowień niniejszej Umowy nie nakłada na Stronę wymogu ujawniania:

a) informacji, których ujawnienie byłoby sprzeczne z jej prawem, w tym z przepisami chroniącymi prawo do prywatności, lub z umowami międzynarodowymi, których jest stroną;

b) informacji poufnych, których ujawnienie utrudniłoby egzekwowanie prawa lub byłoby w inny sposób sprzeczne z interesem publicznym; lub

c) informacji poufnych, których ujawnienie naruszałoby zgodne z prawem interesy handlowe poszczególnych przedsiębiorstw publicznych lub prywatnych.

2. W przypadku gdy Strona przekaże pisemne informacje na podstawie postanowień niniejszej Umowy, Strona otrzymująca te informacje, z zastrzeżeniem swojego prawa i praktyki, powstrzymuje się od ich ujawnienia bądź wykorzystania w celu innym niż ten, dla którego informacje te przekazano, z wyjątkiem sytuacji, gdy nastąpiło to za uprzednią zgodą Strony przekazującej informacje.

SEKCJA 2

DEFINICJE OGÓLNE

ARTYKUŁ 5

Definicje ogólne

Jeżeli nie określono inaczej, na użytek niniejszej Umowy:

a) ACTA oznacza Umowę handlową dotyczącą zwalczania obrotu towarami podrobionymi;

b) Komitet oznacza Komitet do spraw ACTA ustanowiony w rozdziale V (Postanowienia instytucjonalne);

c) właściwe organy obejmują odpowiednie organy sądowe, administracyjne lub organy odpowiedzialne za egzekwowanie prawa zgodnie z prawem danej Strony;

d) towary oznaczone podrobionym znakiem towarowym oznaczają towary, wraz z opakowaniem, opatrzone bez zezwolenia znakiem towarowym identycznym ze znakiem towarowym należycie zarejestrowanym dla takich towarów lub takim, którego istotne cechy nie odróżniają go od takiego znaku towarowego i który w związku z tym narusza prawa osoby będącej właścicielem przedmiotowego znaku zgodnie z prawem kraju, w którym wykorzystano procedury określone w rozdziale II (Ramy prawne dla dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej);

e) kraj należy rozumieć tak samo jak określono w Uwagach interpretacyjnych Porozumienia WTO;

f) tranzyt celny oznacza procedurę celną, w ramach której towary są transportowane pod kontrolą organów celnych z jednego urzędu celnego do drugiego;

g) dni oznaczają dni kalendarzowe;

h) własność intelektualna odnosi się do wszystkich kategorii własności intelektualnej objętych postanowieniami sekcji 1-7 części II porozumienia TRIPS;

i) towary w tranzycie oznaczają towary objęte tranzytem celnym lub przeładunkiem;

j) osoba oznacza osobę fizyczną lub prawną;

k) pirackie towary chronione prawem autorskim oznaczają towary będące kopiami stworzonymi bez zgody posiadacza praw lub osoby przez niego należycie upoważnionej w kraju wytworzenia i które są wytworzone bezpośrednio lub pośrednio z przedmiotu, którego skopiowanie stanowiłoby naruszenie prawa autorskiego lub prawa pokrewnego zgodnie z prawem kraju, w którym wykorzystano procedury określone w rozdziale II (Ramy prawne dla dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej);

l) posiadacz praw obejmuje zrzeszenia i stowarzyszenia, które na mocy przepisów są uprawnione do dochodzenia praw własności intelektualnej;

m) terytorium, na użytek sekcji 3 (Środki stosowane przy kontroli granicznej) rozdziału II (Ramy prawne dla dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej), oznacza terytorium celne i wszystkie wolne obszary celne  Strony;

n) przeładunek oznacza procedurę celną, w ramach której towary są przemieszczane pod kontrolą organów celnych ze środka transportu, z pomocą którego dokonano przywozu, do środka transportu w celu wywozu na terenie urzędu celnego będącego urzędem do celów zarówno przywozu, jak i wywozu;

o) porozumienie TRIPS oznacza Porozumienie w sprawie handlowych aspektów praw własności intelektualnej, zamieszczone w załączniku 1C do Porozumienia WTO;

p) WTO oznacza Światową Organizację Handlu; oraz

q) Porozumienie WTO oznacza Porozumienie ustanawiające Światową Organizację Handlu (WTO), sporządzone w Marakeszu dnia 15 kwietnia 1994 r.

ROZDZIAŁ II

RAMY PRAWNE DLA DOCHODZENIA I EGZEKWOWANIA PRAW WŁASNOŚCI INTELEKTUALNEJ

SEKCJA 1

ZOBOWIĄZANIA OGÓLNE

ARTYKUŁ 6

Zobowiązania ogólne w odniesieniu do dochodzenia i egzekwowania praw

1. Każda Strona zapewnia w swoim prawie dostępność procedur dochodzenia i egzekwowania praw, tak aby umożliwić skuteczne działania przeciwko naruszaniu praw własności intelektualnej objętych niniejszą Umową, w tym dostępność środków doraźnych zapobiegających naruszeniom i środków odstraszających od dalszych naruszeń. Procedury te są stosowane w taki sposób, aby uniknąć tworzenia barier dla handlu prowadzonego zgodnie z prawem oraz aby zapewnić zabezpieczenie przed ich nadużywaniem.

2. Procedury przyjęte, utrzymane w mocy lub stosowane w celu wprowadzenia w życie postanowień niniejszego rozdziału muszą być uczciwe i sprawiedliwe oraz zapewniać odpowiednią ochronę praw wszystkich podlegających im uczestników. Procedury te nie mogą być niepotrzebnie skomplikowane ani kosztowne, przewidywać nierozsądnych terminów ani powodować nieuzasadnionych opóźnień.

3. Przy wprowadzaniu w życie postanowień niniejszego rozdziału każda Strona uwzględnia potrzebę zachowania proporcji między wagą naruszenia, interesami stron trzecich i mającymi zastosowanie środkami, środkami zaradczymi i sankcjami.

4. Żadne postanowienie niniejszego rozdziału nie może być interpretowane w taki sposób, aby nakładało na Stronę wymóg pociągnięcia swoich urzędników do odpowiedzialności za działania podjęte w związku z wypełnianiem ich urzędowych obowiązków.

SEKCJA 2

DOCHODZENIE I EGZEKWOWANIE PRAW W POSTĘPOWANIU CYWILNYM

ARTYKUŁ 7

Dostępność procedur cywilnych

1. Każda Strona umożliwia posiadaczom praw dochodzenie i egzekwowanie wszelkich praw własności intelektualnej w drodze cywilnego postępowania sądowego, jak określono w postanowieniach niniejszej sekcji.

2. W zakresie, w jakim środki cywilnoprawne mogą przysługiwać w związku z rozstrzygnięciem dotyczącym istoty sprawy w ramach postępowania administracyjnego, każda Strona zapewnia zgodność tych postępowań z zasadami odpowiadającymi co do swej istoty zasadom określonym w niniejszej sekcji.

ARTYKUŁ 8

Nakazy

1. Każda Strona przewiduje w cywilnych postępowaniach sądowych dotyczących dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej możliwość wydania przez jej organy sądowe nakazu zaprzestania przez stronę działań stanowiących naruszenie, oraz między innymi wydania tej stronie lub w stosownych przypadkach stronie trzeciej, nad którą odnośny organ sądowy sprawuje jurysdykcję, nakazu mającego na celu uniemożliwienie wprowadzenia do obrotu handlowego towarów, które naruszają prawa własności intelektualnej.

2. Niezależnie od innych postanowień niniejszej sekcji, Strona może ograniczyć środki zaradcze mające zastosowanie w przypadku korzystania z praw przez rządy lub osoby trzecie upoważnione przez rząd, bez zgody posiadacza praw, do wypłaty wynagrodzenia, pod warunkiem, że Strona ta przestrzega postanowień części II porozumienia TRIPS w sposób wyraźny regulujących takie korzystanie. W innych przypadkach zastosowanie mają środki zaradcze przewidziane w niniejszej sekcji lub też, jeżeli środki takie są niezgodne z prawem Strony, przewiduje się orzeczenia sądowe o charakterze deklaratoryjnym oraz stosowną rekompensatę.

ARTYKUŁ 9

Odszkodowania

1. Każda Strona zapewnia w cywilnych postępowaniach sądowych dotyczących dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej możliwość nakazania przez jej organy sądowe sprawcy naruszenia, który wiedział lub miał wystarczające podstawy, aby wiedzieć, że zajmuje się działalnością stanowiącą naruszenie, zapłaty posiadaczowi praw odszkodowania odpowiedniego dla wyrównania szkody, jakiej posiadacz praw doznał w wyniku naruszenia. Określając kwotę odszkodowania za naruszenie praw własności intelektualnej, organy sądowe Strony muszą mieć możliwość wzięcia pod uwagę, między innymi, przedstawionego przez posiadacza praw jakiegokolwiek zgodnego z prawem obliczenia wartości, które może obejmować utracone zyski, wartość towarów lub usług, których dotyczy naruszenie, wycenionych zgodnie z ceną rynkową lub sugerowaną ceną detaliczną.

2. Przynajmniej w przypadkach naruszeń praw autorskich lub praw pokrewnych oraz podrabiania znaku towarowego każda Strona przewiduje w cywilnych postępowaniach sądowych możliwość nakazania sprawcy naruszenia przez jej organy sądowe, aby wypłacił posiadaczowi praw swoje zyski, które osiągnął w wyniku naruszenia. Strona może przyjąć domniemanie, że zyski te stanowią kwotę odszkodowania, o której mowa w ust. 1.

3. Przynajmniej w odniesieniu do naruszenia prawa autorskiego lub praw pokrewnych chroniących utwory, fonogramy i wykonania, a także w przypadku podrabiania znaków towarowych, każda Strona ustanawia lub utrzymuje w mocy system przewidujący co najmniej jeden z następujących elementów:

a) odszkodowanie w z góry ustalonej wysokości; lub

b) domniemania  służące ustaleniu wysokości odszkodowania wystarczającej do wyrównania posiadaczowi praw szkody spowodowanej naruszeniem; lub

c) dodatkowe odszkodowanie, przynajmniej w odniesieniu do prawa autorskiego.

4. W sytuacji gdy Strona przewiduje środek zaradczy, o którym mowa w ust. 3 lit. a), lub domniemania, o których mowa w ust. 3 lit. b), Strona ta zapewnia swoim organom sądowym albo posiadaczowi praw możliwość wyboru takiego środka lub takich domniemań jako alternatywy wobec środków, o których mowa w ust. 1 i 2.

5. Każda Strona przewiduje możliwość nakazania przez jej organy sądowe, w stosownych przypadkach, na zakończenie cywilnych postępowań sądowych dotyczących naruszenia przynajmniej prawa autorskiego lub praw pokrewnych, lub znaków towarowych, aby strona przegrywająca wypłaciła stronie wygrywającej kwotę kosztów lub opłat sądowych oraz stosownych honorariów pełnomocnika procesowego, lub wszelkich innych wydatków przewidzianych w prawie danej Strony.

ARTYKUŁ 10

Inne środki zaradcze

1. Przynajmniej w odniesieniu do pirackich towarów chronionych prawem autorskim i towarów oznaczonych podrobionym znakiem towarowym każda Strona przewiduje możliwość nakazania przez jej organy sądowe w cywilnych postępowaniach sądowych, na wniosek posiadacza praw, zniszczenia towarów stanowiących naruszenie, poza wyjątkowymi okolicznościami, bez jakiejkolwiek rekompensaty.

2. Ponadto każda Strona przewiduje możliwość nakazania przez jej organy sądowe, aby materiały i narzędzia, których głównym przeznaczeniem było wytwarzanie lub tworzenie towarów stanowiących naruszenie, zostały niezwłocznie i bez jakiejkolwiek rekompensaty zniszczone lub usunięte z obrotu handlowego w sposób, który zminimalizuje ryzyko dalszych naruszeń.

3. Strona może przewidzieć stosowanie środków zaradczych opisanych w niniejszym artykule na koszt sprawcy naruszenia.

ARTYKUŁ 11

Informacje o naruszeniu

Bez uszczerbku dla przepisów prawa Strony dotyczących przywilejów, ochrony poufności źródeł informacji lub przetwarzania danych osobowych, każda Strona przewiduje w cywilnych postępowaniach sądowych dotyczących dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej możliwość nakazania przez jej organy sądowe sprawcy naruszenia lub osobie, którą podejrzewa się o naruszenie, na uzasadniony wniosek posiadacza praw, przekazania posiadaczowi praw lub organom sądowym, przynajmniej dla celów zgromadzenia dowodów, stosownych informacji, zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi, będących w posiadaniu lub pod kontrolą sprawcy naruszenia lub osoby, którą podejrzewa się o naruszenie. Informacje takie mogą obejmować informacje dotyczące dowolnej osoby zaangażowanej w jakikolwiek aspekt naruszenia lub podejrzewanego naruszenia oraz dotyczące środków produkcji lub kanałów dystrybucji towarów lub usług stanowiących naruszenie lub co do których zachodzi podejrzenie naruszenia, w tym informacje umożliwiające identyfikację osób trzecich, co do których istnieje podejrzenie, że są zaangażowane w produkcję i dystrybucję takich towarów lub usług, oraz identyfikację kanałów dystrybucji tych towarów lub usług.

ARTYKUŁ 12

Środki tymczasowe

1. Każda Strona przyznaje swoim organom sądowym prawo zastosowania szybkich i skutecznych środków tymczasowych:

a) w odniesieniu do strony lub w stosownych przypadkach strony trzeciej, wobec której odnośny organ sądowy sprawuje jurysdykcję, w celu uniemożliwienia naruszenia jakiegokolwiek prawa własności intelektualnej oraz w szczególności w celu uniemożliwienia wprowadzenia do obrotu handlowego towarów, których dotyczy naruszenie prawa własności intelektualnej;

b) dla zabezpieczenia odpowiednich dowodów w związku z podejrzeniem naruszenia.

2. Każda Strona przyznaje swoim organom sądowym prawo zastosowania środków tymczasowych bez wysłuchania drugiej strony, w stosownych przypadkach, w szczególności, gdy jakakolwiek zwłoka może spowodować dla posiadacza praw szkodę nie do naprawienia lub gdy istnieje możliwe do wykazania niebezpieczeństwo, że dowody zostaną zniszczone. W przypadku postępowania prowadzonego bez wysłuchania drugiej strony, każda Strona przyznaje swoim organom sądowym prawo do podejmowania natychmiastowego działania w odpowiedzi na wniosek o zastosowanie środków tymczasowych i do podejmowania decyzji bez zbytniej zwłoki.

3. Przynajmniej w przypadkach naruszeń praw autorskich lub praw pokrewnych oraz podrabiania znaków towarowych każda Strona przewiduje w cywilnych postępowaniach sądowych możliwość nakazania przez jej organy sądowe konfiskaty lub innego rodzaju przejęcia kontroli nad podejrzanymi towarami oraz nad materiałami i narzędziami związanymi z naruszeniem oraz, przynajmniej w przypadku podrabiania znaków towarowych, nad dowodami w postaci dokumentów, oryginałów lub kopii, związanych z naruszeniem.

4. Każda Strona przyznaje swoim organom prawo do wymagania od wnioskodawcy żądającego zastosowania środków tymczasowych, aby dostarczył wszelkie możliwe do pozyskania dowody, aby organy te mogły przekonać się w wystarczającym stopniu, że prawo wnioskodawcy zostało naruszone lub że istnieje groźba takiego naruszenia, a także prawo do nakazania wniesienia kaucji lub przedstawienia innego równoważnego zabezpieczenia wystarczającego dla ochrony osoby, przeciwko której skierowany jest wniosek, i zapobieżenia nadużyciu. Taka kaucja lub równoważne zabezpieczenie nie mogą nadmiernie zniechęcać do korzystania z procedur dotyczących takich środków tymczasowych.

5. W przypadku uchylenia lub wygaśnięcia środków tymczasowych na skutek działania lub zaniechania wnioskodawcy, lub w przypadku późniejszego ustalenia, że naruszenie prawa własności intelektualnej nie miało miejsca, organy sądowe mają prawo nakazać wnioskodawcy, na wniosek osoby, przeciwko której skierowany był wniosek, aby zapłacił tej osobie odpowiednią rekompensatę z tytułu wszelkich szkód spowodowanych przez te środki.

SEKCJA 3

ŚRODKI STOSOWANE PRZY KONTROLI GRANICZNEJ,

ARTYKUŁ 13

Zakres środków stosowanych przy kontroli granicznej

Zapewniając skuteczne dochodzenie i egzekwowanie praw własności intelektualnej na granicach, w stosownych przypadkach oraz zgodnie z krajowym systemem ochrony praw własności intelektualnej, a także bez uszczerbku dla wymogów określonych w porozumieniu TRIPS, Strona nie powinna wprowadzać nieuzasadnionego rozróżnienia między prawami własności intelektualnej oraz powinna unikać tworzenia barier dla handlu prowadzonego zgodnie z prawem.

ARTYKUŁ 14

Małe przesyłki i bagaż osobisty

1. Każda Strona włącza w zakres stosowania niniejszej sekcji towary o charakterze handlowym wysyłane w małych przesyłkach.

2. Strona może wyłączyć z zakresu stosowania niniejszej sekcji małe ilości towarów o charakterze niehandlowym znajdujące się w bagażu osobistym podróżnego.

ARTYKUŁ 15

Przekazywanie informacji przez posiadacza praw

Każda Strona zezwala swoim właściwym organom na wezwanie posiadacza praw do przekazania stosownych informacji w celu pomocy właściwym organom we wprowadzeniu środków stosowanych przy kontroli granicznej, o których mowa w niniejszej sekcji. Strona może również zezwolić posiadaczowi praw na przekazanie stosownych informacji właściwym organom tej Strony.

ARTYKUŁ 16

Środki stosowane przy kontroli granicznej

1. Każda Strona przyjmuje lub utrzymuje w mocy procedury w odniesieniu do wysyłek przywozowych i wywozowych, w ramach których:

a) organy celne Strony mogą z własnej inicjatywy podejmować działania w celu wstrzymania zwolnienia podejrzanych towarów; oraz

b) w stosownych przypadkach, posiadacz praw może zwrócić się do właściwych organów Strony o wstrzymanie zwolnienia podejrzanych towarów.

2. W odniesieniu do podejrzanych towarów w tranzycie lub w innych sytuacjach, gdy towary znajdują się pod kontrolą organów celnych, Strona może przyjąć lub utrzymać w mocy procedury, w ramach których:

a) jej organy celne mogą z własnej inicjatywy podejmować działania w celu wstrzymania zwolnienia podejrzanych towarów lub w celu ich zatrzymania; oraz

b) w stosownych przypadkach, posiadacz praw może zwrócić się do właściwych organów Strony o wstrzymanie zwolnienia lub o zatrzymanie podejrzanych towarów.

ARTYKUŁ 17

Wniosek posiadacza praw

1. Każda Strona zapewnia swoim właściwym organom prawo do wymagania od posiadacza praw, który wnosi o zastosowanie procedur opisanych w art. 16 (Środki stosowane przy kontroli granicznej) ust. 1 lit. b) i ust. 2 lit. b), aby przedstawił odpowiednie dowody, tak aby właściwe organy mogły stwierdzić, że według prawa Strony prowadzącej postępowanie naruszenie prawa własności intelektualnej tego posiadacza jest prawdopodobne, oraz aby przekazał wystarczające informacje, co do których można w uzasadniony sposób przypuszczać, że znajdują się w jego posiadaniu, dzięki którym podejrzane towary mogą być odpowiednio zidentyfikowane przez właściwe organy. Wymóg dostarczenia wystarczających informacji nie może nadmiernie zniechęcać do korzystania z procedur opisanych w art. 16 (Środki stosowane przy kontroli granicznej) ust. 1 lit. b) i ust. 2 lit. b).

2. Każda Strona przewiduje możliwość składania wniosków o wstrzymanie zwolnienia lub o zatrzymanie jakichkolwiek podejrzanych towarów  znajdujących się pod kontrolą organów celnych na terytorium Strony. Strona może przewidzieć możliwość składania takich wniosków w odniesieniu do wielu wysyłek. Strona może postanowić, że na żądanie posiadacza praw wniosek o wstrzymanie zwolnienia lub o zatrzymanie podejrzanych towarów może mieć zastosowanie do wybranych punktów wprowadzenia i wyjścia pod kontrolą organów celnych.

3. Każda Strona zapewnia, aby jej właściwe organy w rozsądnym terminie informowały wnioskodawcę, czy przyjęły wniosek. W przypadku gdy właściwe organy Strony przyjęły wniosek, informują również wnioskodawcę o okresie ważności wniosku.

4. Strona może przyznać swoim właściwym organom - w przypadku gdy wnioskodawca nadużył procedur opisanych w art. 16 (Środki stosowane przy kontroli granicznej) ust. 1 lit. b) i ust. 2 lit. b) lub gdy istnieje uzasadniony powód - prawo do odrzucenia, zawieszenia lub unieważnienia wniosku.

ARTYKUŁ 18

Kaucja lub równoważne zabezpieczenie

Każda Strona zapewnia swoim właściwym organom prawo do wymagania od posiadacza praw, który wnosi o zastosowanie procedur opisanych w art. 16 (Środki stosowane przy kontroli granicznej) ust. 1 lit. b) i ust. 2 lit. b), aby wniósł kaucję w rozsądnej wysokości lub przedstawił inne równoważne zabezpieczenie wystarczające dla ochrony osoby, przeciwko której skierowany jest wniosek, i właściwych organów oraz zapobieżenia nadużyciu. Każda Strona zapewnia, aby taka kaucja lub równoważne zabezpieczenie nie zniechęcały nadmiernie do korzystania z takich procedur. Strona może postanowić, że taka kaucja może przyjąć formę gwarancji stwierdzającej, że jeśli właściwe organy ustalą, iż towary nie stanowią naruszenia, osoba, przeciwko której skierowany jest wniosek, otrzyma wyrównanie wszelkich strat lub szkód wynikających z jakiegokolwiek wstrzymania zwolnienia towarów lub ich zatrzymania. Strona może, jedynie w wyjątkowych okolicznościach lub na podstawie orzeczenia sądowego, pozwolić osobie, przeciwko której skierowany jest wniosek, na wejście w posiadanie podejrzanych towarów w zamian za przedstawienie gwarancji lub innego zabezpieczenia.

ARTYKUŁ 19

Ustalenie naruszenia

Każda Strona przyjmuje lub utrzymuje w mocy procedury, w ramach których jej właściwe organy mogą stwierdzić w rozsądnym terminie po wszczęciu procedur opisanych w art. 16 (Środki stosowane przy kontroli granicznej), czy podejrzane towary naruszają prawo własności intelektualnej.

ARTYKUŁ 20

Środki zaradcze

1. Każda Strona przewiduje możliwość nakazania przez jej właściwe organy zniszczenia towarów w wyniku ustalenia, o którym mowa w art. 19 (Ustalenie naruszenia), że towary te stanowią naruszenie. W przypadkach, w których towary takie nie zostaną zniszczone, każda Strona zapewnia, poza wyjątkowymi okolicznościami, usunięcie takich towarów z obrotu handlowego, w taki sposób, aby posiadacz praw uniknął jakiejkolwiek szkody.

2. W stosunku do towarów oznaczonych podrobionym znakiem towarowym zwykłe usunięcie znaku towarowego umieszczonego na nich bezprawnie nie jest, poza wyjątkowymi przypadkami, wystarczające, aby zezwolić na dopuszczenie takich towarów do obrotu handlowego.

3. Strona może umożliwić swoim właściwym organom nałożenie sankcji administracyjnych w wyniku ustalenia, o którym mowa w art. 19 (Ustalenie naruszenia), że towary te stanowią naruszenie.

ARTYKUŁ 21

Opłaty

Każda Strona zapewnia, aby opłaty za wniosek, przechowywanie lub zniszczenie, które ustalą właściwe organy Strony w związku z procedurami opisanymi w niniejszej sekcji, nie mogły być wykorzystane do nadmiernego zniechęcenia do korzystania z takich procedur.

ARTYKUŁ 22

Ujawnianie informacji

Bez uszczerbku dla przepisów prawa Strony dotyczących prywatności lub poufności informacji:

a) Strona może upoważnić swoje właściwe organy do udzielenia posiadaczowi praw informacji dotyczących określonych wysyłek towarów, w tym opisu i ilości towarów, aby pomóc w wykryciu towarów stanowiących naruszenie;

b) Strona może upoważnić swoje właściwe organy do udzielenia posiadaczowi praw informacji dotyczących towarów, w tym między innymi opisu i ilości towarów, nazwy i adresu nadawcy, importera, eksportera, lub odbiorcy, a także, jeśli jest znany, kraju pochodzenia towarów oraz nazwy i adresu producenta towarów, aby pomóc w ustaleniu, o którym mowa w art. 19 (Ustalenie naruszenia);

c) jeżeli Strona nie udzieliła swoim właściwym organom upoważnienia, o którym mowa w lit. b), upoważnia ona swoje właściwe organy, przynajmniej w przypadku towarów przywożonych, gdy właściwe organy Strony skonfiskowały podejrzane towary lub dokonały ustalenia, o którym mowa w art. 19 (Ustalenie naruszenia), że towary powodują naruszenie, do udzielenia posiadaczowi praw, w terminie trzydziestu dni od dokonania konfiskaty lub ustalenia , informacji dotyczących tych towarów, w tym między innymi opisu i ilości towarów, nazwy i adresu nadawcy, importera, eksportera, lub odbiorcy, a także, jeśli jest znany, kraju pochodzenia towarów oraz nazwy i adresu producenta towarów.

SEKCJA 4

DOCHODZENIE I EGZEKWOWANIE PRAW W POSTĘPOWANIU KARNYM

ARTYKUŁ 23

Przestępstwa

1. Każda Strona przewiduje przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji, które są stosowane przynajmniej w przypadkach umyślnego podrabiania znaku towarowego lub piractwa praw autorskich lub praw pokrewnych na skalę handlową . Na użytek niniejszej sekcji działania na skalę handlową obejmują przynajmniej działania prowadzone jako działalność handlowa w celu osiągnięcia bezpośredniej lub pośredniej korzyści ekonomicznej lub handlowej.

2. Każda Strona przewiduje przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji, które są stosowane w przypadkach umyślnego przywozu  i użytku krajowego, w obrocie handlowym i na skalę handlową, etykiet i opakowań :

a) które zostały opatrzone bez zezwolenia znakiem towarowym identycznym ze znakiem towarowym zarejestrowanym na jej terytorium lub niedającym się od niego odróżnić; oraz

b) które są przeznaczone do użytku w obrocie handlowym towarami lub w związku z usługami, które są identyczne z towarami lub usługami, dla których taki znak towarowy został zarejestrowany.

3. Strona może przewidzieć w stosownych przypadkach przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji za nieupoważnione kopiowanie dzieł kinematograficznych podczas seansu filmowego w obiekcie wyświetlającym filmy ogólnie otwartym dla publiczności.

4. W odniesieniu do przestępstw określonych w niniejszym artykule, których dotyczą przewidziane przez Stronę przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji, Strona ta zapewnia w swoim prawie odpowiedzialność karną za pomocnictwo i podżeganie.

5. Każda Strona przyjmuje niezbędne, zgodne z zasadami jej prawa, środki w celu ustanowienia odpowiedzialności, która może mieć formę odpowiedzialności karnej, osób prawnych za przestępstwa określone w niniejszym artykule, w odniesieniu do których Strona przewiduje przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji. Taka odpowiedzialność pozostaje bez uszczerbku dla odpowiedzialności karnej osób fizycznych, które dopuściły się przestępstwa.

ARTYKUŁ 24

Sankcje

Za przestępstwa określone w art. 23 (Przestępstwa) ust. 1, 2 i 4 każda Strona przewiduje sankcje, które obejmują pozbawienie wolności oraz kary pieniężne  w wysokości wystarczającej do odstraszenia od popełnienia naruszenia w przyszłości, zgodnie z granicami sankcji stosowanych za przestępstwa o podobnym ciężarze.

ARTYKUŁ 25

Zajęcie, przepadek i zniszczenie

1. W odniesieniu do przestępstw, o których mowa w art. 23 (Przestępstwa) ust. 1, 2, 3 i 4, w odniesieniu do których Strona przewiduje przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji, Strona ta przewiduje możliwość wydania przez swoje właściwe organy nakazu zajęcia towarów, co do których istnieje podejrzenie, że są towarami oznaczonymi podrobionym znakiem towarowym lub pirackimi towarami chronionymi prawem autorskim, wszelkich związanych z nimi materiałów i narzędzi wykorzystywanych do popełnienia czynu, co do którego istnieje podejrzenie naruszenia prawa, dokumentacji odnoszącej się do tego czynu oraz majątku pochodzącego z działalności, co do której istnieje podejrzenie naruszenia prawa, lub uzyskanego pośrednio lub bezpośrednio w jej wyniku.

2. Jeśli Strona wymaga identyfikacji przedmiotów podlegających zajęciu przed wydaniem nakazu, o którym mowa w ust. 1, Strona ta nie wymaga, aby przedmioty były opisane w sposób bardziej szczegółowy niż jest to niezbędne do ich identyfikacji w celu zajęcia.

3. W odniesieniu do przestępstw, o których mowa w art. 23 (Przestępstwa) ust. 1, 2, 3 i 4, w odniesieniu do których Strona przewiduje przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji, Strona ta przewiduje możliwość orzeczenia przez swoje właściwe organy przepadku lub wydania nakazu zniszczenia wszystkich towarów oznaczonych podrobionym znakiem towarowym lub pirackich towarów chronionych prawem autorskim. W przypadkach, w których towary oznaczone podrobionym znakiem towarowym lub pirackie towary chronione prawem autorskim nie zostaną zniszczone, właściwe organy zapewniają, poza wyjątkowymi okolicznościami, usunięcie takich towarów z obrotu handlowego w taki sposób, aby uniknąć wyrządzenia jakiejkolwiek szkody posiadaczowi praw. Każda Strona zapewnia, aby przepadek lub zniszczenie takich towarów następowały bez jakiejkolwiek rekompensaty na rzecz sprawcy naruszenia.

4. W odniesieniu do przestępstw, o których mowa w art. 23 (Przestępstwa) ust. 1, 2, 3 i 4, w odniesieniu do których Strona przewiduje przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji, Strona ta przewiduje możliwość orzeczenia przez swoje właściwe organy przepadku lub wydania nakazu zniszczenia materiałów i narzędzi wykorzystywanych głównie do wytwarzania towarów oznaczonych podrobionym znakiem towarowym lub pirackich towarów chronionych prawem autorskim oraz, przynajmniej w przypadku poważnych przestępstw, majątku pochodzącego z działalności naruszającej prawo lub uzyskanego pośrednio lub bezpośrednio w jej wyniku. Każda Strona zapewnia, aby przepadek lub zniszczenie takich materiałów, narzędzi lub majątku następowały bez jakiejkolwiek rekompensaty na rzecz sprawcy naruszenia.

5. W odniesieniu do przestępstw, o których mowa w art. 23 (Przestępstwa) ust. 1, 2, 3 i 4, w odniesieniu do których Strona przewiduje przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji, Strona ta może przewidzieć możliwość wydania przez swoje organy sądowe nakazu:

a) zajęcia majątku, którego wartość odpowiada wartości majątku pochodzącego z działalności, co do której podejrzewa się naruszenie prawa, lub uzyskanego pośrednio lub bezpośrednio w jej wyniku; oraz

b) przepadku majątku, którego wartość odpowiada wartości majątku pochodzącego z działalności naruszającej prawo lub uzyskanego pośrednio lub bezpośrednio w jej wyniku.

ARTYKUŁ 26

Dochodzenie i egzekwowanie z urzędu praw w postępowaniu karnym

Każda Strona przewiduje, w stosownych przypadkach, możliwość wszczynania przez jej właściwe organy z urzędu dochodzeń lub działań prawnych w odniesieniu do przestępstw, o których mowa w art. 23 (Przestępstwa) ust. 1, 2, 3 i 4, dla których Strona przewiduje przepisy dotyczące postępowań karnych i sankcji.

SEKCJA 5

DOCHODZENIE I EGZEKWOWANIE PRAW WŁASNOŚCI INTELEKTUALNEJ W ŚRODOWISKU CYFROWYM

ARTYKUŁ 27

Dochodzenie i egzekwowanie w środowisku cyfrowym

1. Każda Strona zapewnia w swoim prawie, w stopniu określonym w sekcji 2 (Dochodzenie i egzekwowanie praw w postępowaniu cywilnym) i sekcji 4 (Dochodzenie i egzekwowanie praw w postępowaniu karnym) dostępność procedur dochodzenia i egzekwowania, tak aby umożliwić skuteczne działania przeciwko naruszaniu praw własności intelektualnej, które odbywa się w środowisku cyfrowym, w tym doraźne środki zapobiegające naruszeniom i środki odstraszające od dalszych naruszeń.

2. Poza postanowieniami ust. 1, procedury dochodzenia i egzekwowania każdej Strony mają zastosowanie do naruszenia prawa autorskiego lub praw pokrewnych za pośrednictwem sieci cyfrowych, które może obejmować bezprawne wykorzystanie środków powszechnego rozpowszechniania w celu dokonania naruszenia. Procedury są stosowane w sposób, który pozwala uniknąć tworzenia barier dla zgodnej z prawem działalności, w tym handlu elektronicznego, oraz, zgodnie z prawem Strony, przy zachowaniu podstawowych zasad, takich jak wolność słowa, prawo do sprawiedliwego procesu i prywatności .

3. Każda Strona dąży do wspierania wspólnych wysiłków przedsiębiorców na rzecz skutecznego zwalczania naruszeń praw związanych ze znakami towarowymi, praw autorskich lub praw pokrewnych, przy jednoczesnym zachowaniu zgodnej z prawem konkurencji oraz, zgodnie z prawem Strony, przy zachowaniu podstawowych zasad, takich jak wolność słowa, prawo do sprawiedliwego procesu i prywatności.

4. Strona może, zgodnie ze swoimi przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi, przewidzieć możliwość wydania przez swoje właściwe organy dostawcy usług internetowych nakazu niezwłocznego ujawnienia posiadaczowi praw informacji wystarczających do zidentyfikowania abonenta, co do którego istnieje podejrzenie, że jego konto zostało użyte do naruszenia, jeśli ten posiadacz praw zgłosił w sposób wystarczający pod względem prawnym żądanie dotyczące naruszenia praw związanych ze znakami towarowymi, praw autorskich lub praw pokrewnych i informacje te mają służyć do celów ochrony lub dochodzenia i egzekwowania tych praw. Procedury są stosowane w sposób, który pozwala uniknąć tworzenia barier dla zgodnej z prawem działalności, w tym handlu elektronicznego, oraz, zgodnie z prawem Strony, przy zachowaniu podstawowych zasad, takich jak wolność słowa, prawo do sprawiedliwego procesu i prywatności.

5. Każda Strona zapewnia odpowiednią ochronę prawną oraz skuteczne środki zaradcze przeciwko obchodzeniu skutecznych środków technicznych  stosowanych przez autorów, wykonawców lub producentów fonogramów w związku z korzystaniem z ich praw, które to środki ograniczają podejmowanie wobec ich utworów, wykonań i fonogramów działań, na które ci autorzy, wykonawcy lub producenci fonogramów nie udzielili zezwolenia lub które nie są prawnie dozwolone.

6. Aby zapewnić odpowiednią ochronę prawną oraz skuteczne środki zaradcze, o których mowa w ust. 5, każda ze Stron zapewnia ochronę co najmniej w odniesieniu do:

a) w stopniu określonym w swoim prawie:

(i) nieupoważnionego obchodzenia skutecznego środka technicznego dokonanego świadomie lub w okolicznościach wystarczających aby być świadomym, że takie obchodzenie jest dokonywane; oraz

(ii)    oferowania do publicznej sprzedaży urządzenia lub produktu, włącznie z programami komputerowymi, lub usługi jako metody obchodzenia skutecznego środka technicznego; oraz

b) produkcji, przywozu lub rozpowszechniania urządzeń lub produktów, włącznie z programami komputerowymi, lub świadczenia usług, które:

(i) są głównie zaprojektowane lub wyprodukowane w celu obchodzenia skutecznego środka technicznego; lub

(ii) mają jedynie ograniczony cel handlowy inny niż obchodzenie skutecznego środka technicznego .

7. W celu ochrony podanych w formie elektronicznej informacji o zarządzaniu prawami  każda ze Stron przewiduje odpowiednią ochronę prawną oraz skuteczne środki zaradcze przeciwko każdemu, kto świadomie i bez zezwolenia dopuszcza się jednego z następujących czynów, wiedząc lub - gdy chodzi o środki cywilnoprawne - mając uzasadnione podstawy, aby wiedzieć, że czyn ten spowoduje, umożliwi, ułatwi lub ukryje naruszenie jakichkolwiek praw autorskich lub praw pokrewnych:

a) usuwania lub zmiany jakichkolwiek podanych w formie elektronicznej informacji o zarządzaniu prawami;

b) rozpowszechniania, przywozu w celu rozpowszechniania, nadawania, komunikowania lub publicznego udostępniania utworów, wykonań lub fonogramów ze świadomością, że podane w formie elektronicznej informacje o zarządzaniu prawami zostały usunięte lub zmienione bez zezwolenia.

8. Przy zapewnianiu odpowiedniej ochrony prawnej oraz skutecznych środków zaradczych zgodnie z postanowieniami ust. 5 i 7, Strona może przyjąć lub utrzymać stosowne ograniczenia lub wyłączenia środków wdrażających postanowienia ust. 5, 6 i 7. Obowiązki określone w ust. 5, 6 i 7 nie naruszają przepisów prawa Strony dotyczących praw, ograniczeń, wyłączeń lub środków obrony przed naruszeniem prawa autorskiego lub praw pokrewnych.

ROZDZIAŁ III

PRAKTYKI W ZAKRESIE DOCHODZENIA I EGZEKWOWANIA

ARTYKUŁ 28

Wiedza fachowa, informacje i koordynacja krajowa w dziedzinie dochodzenia i egzekwowania

1. Każda Strona wspiera rozwój specjalistycznej wiedzy fachowej w ramach swoich właściwych organów odpowiedzialnych za dochodzenie i egzekwowanie praw własności intelektualnej.

2. Każda Strona wspiera gromadzenie i analizę danych statystycznych i innych stosownych informacji dotyczących naruszeń praw własności intelektualnej oraz gromadzenie informacji na temat najlepszych praktyk zapobiegania naruszeniom i ich zwalczania.

3. Każda Strona, w stosownych przypadkach, wspiera wewnętrzną koordynację i ułatwia wspólne działania swoich właściwych organów odpowiedzialnych za dochodzenie i egzekwowanie praw własności intelektualnej.

4. Każda Strona, w stosownych przypadkach, podejmuje wysiłki, aby wspierać tworzenie i utrzymanie formalnych i nieformalnych mechanizmów, takich jak grupy doradcze, w ramach których jej właściwe organy mogą poznać opinie posiadaczy praw i innych odpowiednich zainteresowanych stron.

ARTYKUŁ 29

Zarządzanie ryzykiem przy kontroli granicznej

1. W celu wzmocnienia skuteczności dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej przy kontroli granicznej, właściwe organy Strony mogą:

a) konsultować się z odpowiednimi zainteresowanymi stronami oraz właściwymi organami innych Stron odpowiedzialnymi za dochodzenie i egzekwowanie praw własności intelektualnej, aby identyfikować poważne ryzyko i przeciwdziałać mu oraz wspierać działania ograniczające je; oraz

b) dzielić się z właściwymi organami innych Stron informacjami na temat dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej przy kontroli granicznej, w tym odpowiednimi informacjami służącymi lepszej identyfikacji i wybieraniu do inspekcji wysyłek podejrzanych o zawieranie towarów stanowiących naruszenie.

2. W przypadku zajęcia przez Stronę towarów przywożonych, które stanowią naruszenie praw własności intelektualnej, jej właściwe organy mogą udzielić Stronie wywozu informacji niezbędnych do identyfikacji stron i towarów związanych z wywozem zajętych towarów. Właściwe organy Strony wywozu mogą podjąć działania przeciwko tym stronom i przyszłym wysyłkom zgodnie z prawem tej Strony.

ARTYKUŁ 30

Przejrzystość

Aby wzmacniać przejrzystość zarządzania systemem dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej, każda Strona podejmuje odpowiednie środki, zgodnie ze swoim prawem i polityką, w celu publikacji lub innego udostępnienia do publicznej wiadomości informacji dotyczących:

a) dostępnych w jej prawie procedur dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej, właściwych organów odpowiedzialnych za to dochodzenie i egzekwowanie oraz punktów kontaktowych, w których można uzyskać pomoc;

b) odpowiednich przepisów ustawowych i wykonawczych, prawomocnych orzeczeń sądowych oraz rozstrzygnięć administracyjnych mających ogólne zastosowanie dotyczących dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej; oraz

c) swoich wysiłków zmierzających do zapewnienia skutecznego systemu dochodzenia, egzekwowania i ochrony praw własności intelektualnej.

ARTYKUŁ 31

Świadomość społeczna

Każda Strona, w stosownych przypadkach, wspiera przyjmowanie środków wzmacniających świadomość społeczną w zakresie znaczenia poszanowania praw własności intelektualnej oraz szkodliwych skutków naruszeń praw własności intelektualnej.

ARTYKUŁ 32

Kwestie związane z ochroną środowiska przy niszczeniu towarów stanowiących naruszenie

Niszczenie towarów stanowiących naruszenie praw własności intelektualnej odbywa się zgodnie z przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi dotyczącymi ochrony środowiska Strony, na terytorium której niszczenie to ma miejsce.

ROZDZIAŁ IV

WSPÓŁPRACA MIĘDZYNARODOWA

ARTYKUŁ 33

Współpraca międzynarodowa

1. Każda Strona uznaje, że współpraca międzynarodowa ma kluczowe znaczenie we wdrażaniu skutecznej ochrony praw własności intelektualnej i że należy ją wspierać bez względu na pochodzenie towarów naruszających prawa własności intelektualnej, siedzibę lub narodowość posiadacza praw.

2. Aby walczyć z naruszaniem praw własności intelektualnej, w szczególności podrabianiem znaku towarowego i piractwem praw autorskich lub praw pokrewnych, Strony wspierają współpracę, w stosownych przypadkach, swoich właściwych organów odpowiedzialnych za dochodzenie i egzekwowanie praw własności intelektualnej. Współpraca taka obejmować może współpracę w dziedzinie egzekwowania prawa w ramach postępowań karnych oraz środków stosowanych przy kontroli granicznej objętych niniejszą Umową.

3. Współpraca na podstawie niniejszego rozdziału odbywa się zgodnie z odpowiednimi umowami międzynarodowymi i z zastrzeżeniem przepisów, polityk, alokacji zasobów oraz priorytetów w dziedzinie egzekwowania prawa każdej ze Stron.

ARTYKUŁ 34

Wymiana informacji

Bez uszczerbku dla postanowień art. 29 (Zarządzanie ryzykiem przy kontroli granicznej), każda ze Stron podejmuje wysiłki w celu wymiany z innymi Stronami:

a) informacji gromadzonych przez Stronę zgodnie z postanowieniami rozdziału III (Praktyki w zakresie dochodzenia i egzekwowania), w tym danych statystycznych oraz informacji na temat najlepszych praktyk;

b) informacji na temat środków ustawowych i wykonawczych dotyczących ochrony, dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej; oraz

c) innych odpowiednich informacji, zgodnie z wzajemnymi uzgodnieniami.

ARTYKUŁ 35

Budowanie zdolności i pomoc techniczna

1. Każda Strona podejmuje wysiłki, aby, na wniosek oraz na wzajemnie uzgodnionych warunkach i w uzgodniony sposób, udzielać innym Stronom niniejszej Umowy oraz, w stosownych przypadkach, jej potencjalnym Stronom, pomocy w budowaniu zdolności oraz pomocy technicznej w celu poprawy dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej. Budowanie zdolności i pomoc techniczna mogą obejmować następujące obszary:

a) wzmacnianie świadomości społecznej w zakresie praw własności intelektualnej;

b) opracowywanie i wdrażanie przepisów krajowych związanych z dochodzeniem i egzekwowaniem praw własności intelektualnej;

c) szkolenie urzędników w zakresie dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej; oraz

d) skoordynowane operacje na szczeblu regionalnym i wielostronnym.

2. Każda Strona podejmuje starania mające na celu bliską współpracę z innymi Stronami oraz, w stosownych przypadkach, podmiotami niebędącymi Stronami niniejszej Umowy w celu wdrożenia postanowień ust. 1.

3. Strona może podjąć działania opisane w niniejszym artykule we współpracy z odpowiednimi organizacjami sektora prywatnego lub organizacjami międzynarodowymi. Każda Strona stara się unikać niepotrzebnego powielania działaniami opisanymi w niniejszym artykule innych działań z zakresu współpracy międzynarodowej.

ROZDZIAŁ V

POSTANOWIENIA INSTYTUCJONALNE

ARTYKUŁ 36

Komitet do spraw ACTA

1. Strony powołują niniejszym Komitet do spraw
flag ths gold | punkty: 312 plus Ilość Komentarzy:184 | 31.01.2012 - 19:36
ths
Dok, jak taki cwany jestes to

Dlaczego Skawiński nie zapalił latarnismile

Co stało się z wcześniejszym latarnikiem?

Dlaczego Skawiński chciał przyjąć posadę latarnika?

Co dostał w prezencie Skawinski?

Gdzie toczy sie akcja powiesci?
flag dR-X- gold | punkty: 11 plus Ilość Komentarzy:9 | 31.01.2012 - 19:46
dR-X-
tzn ze nie czytales ; /

Bo czytał ksiazke,pana tadeusza zapil i olal sprawe
Poszedł na ryby i nie wrocil chyba ?
Bo chcial pospac jak benek

reszta maturzysci !
flag htu | punkty: 52 plus Ilość Komentarzy:40 | 31.01.2012 - 20:50
htu
Co do tej zacnej a mądrej księgi chciałbym dodać również, że główny bohater był skrytym gejem. Wymaga to oczywiście głębszej analizy (penetracji), aczkolwiek wnioski nasuwają sie same. W różnych bibliotekach (m.in. wrocławskie Ossolineum) po głębszych poszukiwaniach można też znaleźć notatki o Skawińskim seniorze, które to mówią nam jak tato nagminnie łapał syna za krocze przy obiedzie, na którym to zazwyczaj podawany był tłusty rosół w porcelanowej wazie.
flag htu | punkty: 52 plus Ilość Komentarzy:40 | 31.01.2012 - 20:51
htu
Co do tej zacnej a mądrej księgi chciałbym dodać również, że główny bohater był skrytym gejem. Wymaga to oczywiście głębszej analizy (penetracji), aczkolwiek wnioski nasuwają sie same. W różnych bibliotekach (m.in. wrocławskie Ossolineum) po głębszych poszukiwaniach można też znaleźć notatki o Skawińskim seniorze, które to mówią nam jak tato nagminnie łapał syna za krocze przy obiedzie, na którym to zazwyczaj podawany był tłusty rosół w porcelanowej wazie.
Strony: « 1 2 3 4 z 4 »
Aby dodać komentarz zaloguj się !
a

Ostatnia, IX kolejka ESL Pro Series Polska

MerFF | 27.05.2012, 10:05
Komentarzy: 3, Polecono: 1
a

Dwa mecze Polaków w fnatic PLAY League!

shinen1337 | 27.05.2012, 01:00
Komentarzy: 7, Polecono: 2
a

DM CUP - zapisz się i wygraj

aGiie. | 26.05.2012, 08:49
Komentarzy: 13, Polecono: 6
a

Powtórki z WCS Poland Nationals!

shinen1337 | 23.05.2012, 23:37
Komentarzy: 0, Polecono: 0
a

Zmiana miejsca i daty EPS IV Polska

echoES | 17.05.2012, 18:55
Komentarzy: 33, Polecono: 5
a

Konkurs - wygraj sprzęt SteelSeries Diablo III Edition

echoES | 17.05.2012, 15:41
Komentarzy: 3, Polecono: 3
a

CyberTV: fallen vs. Morgen

mes | 27.05.2012, 14:28
Komentarzy: 239, Polecono: 2
a

Faworyci xfunction Fraglider Cup

shinen1337 | 26.05.2012, 09:16
Komentarzy: 1, Polecono: 0
a

Wywiad z Matizem - trenerem w MoW

bobik007 | 25.05.2012, 17:13
Komentarzy: 0, Polecono: 3
a

CyberTV: ham przed kamerą

mes | 25.05.2012, 13:45
Komentarzy: 14, Polecono: 5
a

hitOnn w ogniu pytań

M4rko | 23.05.2012, 22:25
Komentarzy: 9, Polecono: 3
a

Analiza postaci: Varus

dk. | 22.05.2012, 17:44
Komentarzy: 19, Polecono: 1
NAJNOWSZE VIDEO
BEST Lan 2012: Tarson przed kamerą BEST Lan 2012: Tarson przed kamerą
BEST Lan 2012: PANORAMIX odpowiada BEST Lan 2012: PANORAMIX odpowiada
BEST Lan 2012: destru przed kamerą BEST Lan 2012: destru przed kamerą
a

Demka z finałów Ligi Cybersport Counter Strike

aGiie. | 07.12.2011, 09:25
Komentarzy: 12, Polecono: 1
a

Demka z finałów Ligi Cybersport Quake Live 2011

kaboom | 05.12.2011, 18:22
Komentarzy: 6, Polecono: 4
aGiie.
Login: flag aGiie.
Imię i Nazwisko: Agnieszka Błażejczyk
Urodzony: 11.06.1989
Pochodzi z: Toruń/Polska
Email: agiie@cybersport.pl
Publikacje: 485
aGiie.
bottom
» 26.05.2012, 08:49
» 25.05.2012, 09:48
» 24.05.2012, 08:57
» 22.05.2012, 20:03
» 22.05.2012, 16:25
» 20.05.2012, 14:56
» 20.05.2012, 14:05
» 19.05.2012, 11:01
» 19.05.2012, 10:33
» 19.05.2012, 09:40
» 18.05.2012, 08:59
» 17.05.2012, 10:28
» 17.05.2012, 10:14
» 16.05.2012, 08:26
» 15.05.2012, 13:04
» 11.05.2012, 16:07
» 10.05.2012, 13:30
» 10.05.2012, 12:06
» 10.05.2012, 10:08
» 08.05.2012, 19:58
Strony: 1 2 3 4 z 22 »
bottom
belka
top
» flag Neo (1560 głosów)
17.07.2008
» flag LUq (857 głosów)
17.07.2008
» flag hayabusa (703 głosów)
17.07.2008
» flag neqs (371 głosów)
16.04.2007
» flag echoES (364 głosów)
03.04.2007
» flag vib (347 głosów)
17.07.2008
» flag TaZ (258 głosów)
17.07.2008
» flag reconiasty (164 głosów)
21.01.2009
» flag martwa (151 głosów)
17.07.2008
» flag metaz (137 głosów)
11.10.2008
top
top
soilar
Herten
27.05.2012, 19:04
Anml.
Poznań
27.05.2012, 18:33
legia72
Warszawa
27.05.2012, 17:33
unfake
Tomaszów Mazowiecki
27.05.2012, 11:27
GAMER0VSky
Rzeczyca Wielka
27.05.2012, 09:17
venom537
Grudziądz
27.05.2012, 01:31
top
top
» flag wreck (15419 pkt)
Użytkownik
» flag halsonph (15172 pkt)
Użytkownik
» flag KREJWEN (15090 pkt)
Użytkownik
» flag procentSTO (14105 pkt)
Użytkownik
» flag rysion1 (13964 pkt)
Użytkownik
» flag vib (13229 pkt)
Owner
» flag nIF (11537 pkt)
Użytkownik
» flag reconiasty (10776 pkt)
Użytkownik
» flag kaboom (9430 pkt)
Administrator
» flag mIF (8496 pkt)
Użytkownik
top
top
dennY | 16, 23:09
» KONKURS
neYus | 09, 13:55
snejq | 07, 11:40
Stiverr | 06, 20:09
MeMenTo | 05, 13:35
tykens26 | 02, 08:27
top
top
NoTag|pmC | 11.05, 23:55
HQvEq | 22.04, 15:57
XsandeR | 28.03, 15:18
xar | 21.03, 20:54
Czarny. | 20.02, 18:39
» Find-Masters (1)
ltblue | 03.02, 09:06
» Dawaj mnie do k (17)
Darky | 28.01, 17:47
kojote | 15.01, 16:51
hopez | 31.12, 11:57
top
cybersport
Cybersport.pl on Facebook