fot. MLG

Miliony dolarów za sloty, esport na konsolach i polska scena. Rozmawiamy o Call of Duty z Dziukensem

Esportowa scena Call of Duty wkracza w nową erę. Już dziś zainaugurowany zostanie pierwszy sezon Call of Duty League, czyli franczyzowych rozgrywek, które do góry nogami wywróciły dotychczasową sytuację w grze, wymusiły rozpad starych składów i stowrzenie nowych, a także zachęciły niektóre marki do inwestycji w ten niezbyt popularny poza Stanami Zjednoczonymi tytuł. Jest zresztą o co grać, bo łączna pula nagród inauguracyjnej edycji ma wynieśc aż 6 milionów dolarów, o które powalczy dwanaście formacji. Czy franczyza to dobry kierunek? Kto będzie faworytem nadchodzących rozgrywek? I co z polską sceną CoD-a? O tym i nie tylko porozmawialiśmy z Kamilem „Dziukensem” Dziukiem, komentatorem Counter-Strike: Global Offensive oraz prywatnie ogromnym fanem serii Call of Duty.


Maciej Petryszyn: Na co dzień funkcjonujesz zarówno w środowisku Call of Duty, jak i Counter-Strike’a. Co do tego, że to CS jest najpopularniejszą i niemalże jedyną esportową grą FPS w Polsce, nie ma wątpliwości, chociaż ostatnio Rainbow Six coś tam próbuje, ale…

Kamil „Dziukens” Dziuk: Bardzo powoli. (śmiech)

Właśnie. Gdybyś miał więc porównać ze sobą CoD-a i CS-a, wyjaśnić komuś, pod jakim względem gry te się między sobą różnią, albo może stwierdzić, w czym Call of Duty jest lepsze, to co byś powiedział?

Trudne pytanie, bo oczywiście jest to też kwestia gustu. Counter-Strike jest spokojniejszy, z kolei Call of Duty opiera się głównie na trybach, w których są odrodzenia. To jest najbardziej zasadnicza różnica, bo za nią idzie także tempo całej rozgrywki. W CoD-zie jest ona dużo bardziej emocjonująca, nie ujmując oczywiście w żadnym stopniu CS-owi, bo w nim fragmenty rund także dostarczają emocji. Ponadto w Call of Duty nie ma ekonomii. W każdej rundzie, w każdym życiu możesz skorzystać z pełnego wyposażenia ze wszystkimi dodatkami, wedle gustu, co nieco może oczywiście zmniejszać skill cap. Trzeba wziąć pod uwagę balans… No cóż, to po prostu dwie zupełnie różne gry, choć obie to FPS-y.

Do niedawna różnił je też format, bo wcześniej w CoD-zie rozgrywki toczone były w systemie czterech na czterech. Tak było nawet na promodzie w Call of Duty 4. W ubiegłym roku jednak to zmieniono, wprowadzono format pięciu na pięciu, co wywołało mieszane uczucia zarówno wśród widzów, jak i graczy.

Czy mimo tych różnic, jeśli ktoś jest dobry w CS-a, to może to przełożyć na CoD-a albo w drugą stronę? Czy może jednak ta różnica w rozgrywce jest na tyle duża, że niekoniecznie?

W każdej grze FPS wykorzystywane są bardzo podobne umiejętności. I w CoD-zie, i w CS-ie istotne są refleks, celność i przede wszystkim obycie na mapie. Przytomność podczas meczu. W Call of Duty największa trudność polega na przewidywaniu respawnów w trybach, gdzie one faktycznie występują. Chodzi o wyczucie tego. O kontrolowanie mapy jako drużyna, wymuszanie na rywalu, by respił się w tym, a nie innym miejscu, zmniejszając tym samym ryzyko, że to on nas zdominuje.

Oczywiście jest szansa, że ktoś może być dobry w obu tych grach, ale jest pewna ogromna różnica – w CS-a gramy na myszkach, a w CoD-a na padach. To największa trudność, przez którą przejście z jednej platformy na drugą może być naprawdę trudne. Niemniej da się to zrobić, co pokazuje przykład Nifty’ego. Zaczynał on w Call of Duty jeszcze w czasach Black Ops 2, bodajże w 2012 roku. Po sieci krąży wiele klipów z jego akcjami. Zaczął więc przy CoD-zie, ale potem przeniósł się na Counter-Strike’a. Zatem można? Można, a to idealny na to przykład.

Z czego w ogóle wynika fakt, że dziś esportowo CoD to tylko konsole? Ta gra na PC nie ma racji bytu czy to może kwestie czysto marketingowe, wynikające z umów podpisanych przez Activision?

Jedno i drugie. W poprzedniej generacji głównymi platformami były Xbox 360 oraz PlayStation 3 i wtedy to Microsoft wykładał pieniądze. Gdy rozpoczęła się kolejna generacja, czyli Xbox One i PlayStation 4, to jeszcze przez dwa lata obowiązywał wcześniejszy kontrakt, ale później to Sony przejęło pałeczkę. Trzeba też jednak pamiętać, że liczba graczy na komputerach i konsolach ogromnie się różni. Co prawda na tych drugich nie da się tego dokładnie zmierzyć, można tylko sprawdzać odświeżane co jakiś czas rankingi, ale widać tę różnicę nawet po tym, jak długo trzeba czekać na mecz. Na PC tak naprawdę trafia się ciągle na tych samych graczy. Sam mam CoD-a zarówno na komputerze, jak i na konsoli, i ta różnica jest olbrzymia.

Jak sam dobrze wiesz, części Call of Duty ma od groma i momentami trudno się doliczyć, ile ich było. Cała seria liczy sobie już trochę lat, gdybyś miał więc ocenić jej rozwój, to twoim zdaniem CoD podąża w dobrym kierunku?

Zależy, z jakiej perspektywy zadajesz to pytanie – czy z perspektywy esportowej, czy też takiego niedzielnego gracza, który grywa sobie tylko od czasu do czasu.

Rozdzielmy to na te dwie kwestie i zacznijmy od tej czysto casualowej.

Patrząc z perspektywy bardziej casualowego gracza, to wydaje mi się, że część ruchów, które wykonują Activision oraz deweloperzy tworzący grę, jest dobra. Dzięki nim skill cap zmniejsza się, co oznacza, że nowy gracz, który nie posiada zbyt dużego doświadczenia, nie musi się obawiać, że na serwerze będzie tylko i wyłącznie mielony. Taki ktoś chce móc odpalić grę i zagrać sobie na luzie, co jest dzięki niektórym zmianom możliwe – dla takich graczy ten kierunek jest jak najbardziej w porządku. Niemniej już dla bardziej hardcorowych zawodników, którzy mają dłuży staż jak np. ja, który gram w CoD-a od trzynastu lat, ten kierunek niekoniecznie jest dobry.

A jak to wygląda w kontekście esportu?

Rozgrywki na dobre jeszcze się nie zaczęły. Przed nami dopiero pierwszy sezon po wprowadzeniu franczyzy. Dla Activision będzie to drugi tytuł po Overwatchu, gdzie funkcjonować będzie system zamknięty. Niemniej w Call of Duty wprowadzono system turniejowy, który jest po prostu kapitalny, a w Overwatchu oglądamy zwykłą ligę, mecze każdy z każdym, chociaż teraz od trzeciego sezonu spotkania rozgrywane będą w domu i na wyjeździe, jak w tradycyjnym sporcie. Ale komisarz OW odszedł, największe gwiazdy, które były wizytówką ligi, odchodzą. Czy więc dla CoD-a jest to dobry kierunek? Trudno mi powiedzieć, tym bardziej że Call of Duty nie jest w ogólnym ujęciu najpopularniejszym esportem. Mamy CS-a, Dotę, LoL-a i gdzieś z tyłu, na piątym, szóstym albo może nawet siódmym miejscu jest CoD. Czy więc warto ryzykować, inwestować, tworzyć franczyzę z tak zaporowymi cenami? Na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, bo dopiero pierwszy rok przed nami.

Z drugiej strony produkt jest przygotowywany głównie z myślą o widzu amerykańskim, a ten przyzwyczajony jest do franczyzy poprzez sport tradycyjny, NBA, MSL itd. Użycie tego systemu wydaje się więc zrozumiałe, zwłaszcza że Activision Blizzard zbierało doświadczenia we wspomnianym Overwatch League i jest szansa, że tym razem uniknie pewnych błędów.

Tak, ale nie tylko ja nie jestem fanem franczyzy, także i wielu specjalistów ze Stanów Zjednoczonych, który odeszli z MLG, czyli firmy, która od 2015 roku obsługiwała Activision, tworzyła Pro Ligę. Wtedy pule nagród były naprawdę pokaźne – łącząc wszystkie turnieje, których na przestrzeni sezonu nie było mało, to było 7-8 albo nawet 10 milionów. Problemem jest też format ligowy, który obecny jest w sporcie tradycyjnym i który próbuje przenieść się na esport. W takiej piłce nożnej tych spotkań jest jednak znacznie mniej, nie ma przesytu, który pojawia się np. w Counter-Strike’u. W systemie ligowym jest po prostu bardzo dużo takich samych spotkań, a ile emocji można wydobyć z oglądania ciągle identycznych meczów? To była totalna strata czasu i nawet wśród graczy panowało przekonanie, że te pojedynki to tak naprawdę lanowe scrimy, klanówki, które dopiero na koniec sezonu będą mieć znaczenie.

Dlatego Activision zareagowało i w ostatniej chwili zmieniło plany w związku z ligą, wprowadziło system turniejowy, który będzie sporym odświeżeniem, ale nadal jest robiony na wariackich papierach, bo zmieniono go dość niedawno. Bodajże wczoraj potwierdzono, iż do końca lipca odbędzie się 14 lanów – na każdym dwie grupy GSL po osiem drużyn, które poprowadzą do drabinki pojedynczej eliminacji. To będzie coś na zasadzie formatu z BLAST Pro Series – ograniczona liczba turniejów lanowych, każda ekipa będzie mieć x podejść, by zdobyć punkty, bo każde miejsce będzie punktowane. Zarówno uczestnicy, jak i społeczność są bardzo zadowoleni z tej zmiany, bo już nie będzie sytuacji, że dany zespół, na przykład z Minnesoty, leci do Londynu na jedno spotkanie BO5, które może trwać tylko godzinę. Będzie szansa, by pograć dłużej. Kibice będą mogli zobaczyć zwycięzcę całego tygodnia, a nie tylko zapłacić 50-60 dolarów, bo pierwotnie tyle miały kosztować bilety, za obejrzenie pięciu meczów na przestrzeni dwóch dni. Teraz stosunek ceny do jakości jest zdecydowanie lepszy.

Wrócę jeszcze do tematu samej gry, do kwestii ligi wrócimy za chwilę. Chciałem cię spytać o najnowszą odsłonę serii Call of Duty, w której rywalizować będą też gracze Call of Duty League. Mówię oczywiście o nowym Modern Warfare, miałeś już okazję zapoznać się z tą grą?

Tak, jak najbardziej.

I jak wrażenia?

Hardcorowi gracze mogą mnie za to zjeść, ale niezbyt przypadło mi do gustu to, jakie decyzje podjął deweloper. Jak wspomniałem wcześniej, gra bardzo mocno daje szanse słabszym graczom, wydłużając ich staż w grze. W Black Ops 4 np. było o wiele więcej zdrowia – było to 150 hp ze względu na dodany wtedy tryb battle royale. Było więcej zdrowia, było ręczne leczenie, które jak na mój gust było troszeczkę za szybkie, ale to wszystko sprawiało, że rozgrywka wymagała więcej skilla. Musiałeś dłużej utrzymywać ten track aim na przeciwniku. A w Modern Warfare każdy gracz jest praktycznie na pierdnięcie. Time to kill jest zdecydowanie za niski.

Fakt faktem gun feeling jest fenomenalny, samo strzelanie świetne, ale już mapy są fatalne. Kompletnie odpuszczono system three lane desing, który obecny był w CoD-zie od wielu lat i zawsze się sprawdzał. Może faktycznie na dłuższą metę był nieco nużący, ale teraz odpuszczono go zupełnie, na czym gra sporo straciła. Różnica między tym, ile czasu rok temu spędziłem przy Black Ops 4, a ile teraz przy MW, jest ogromna – w BO4 byłem w stanie przegrać o wiele więcej czasu.

Znaczenie ma też fakt, że nowa część ma podtytuł Modern Warfare, który w polskiej społeczności budzi pamięć, wspomnienia z Call of Duty 4, gdy mieliśmy fenomenalnych graczy. Rywalizowali oni na najwyższym poziomie, chociaż to były czasy, gdy esport nie był jeszcze tak dobrze rozwinięty. Dlatego też CoD-a 4 wynosi się na piedestał jako tę najlepszą część serii, ale moim zdaniem były lepsze. Przez te lata od premiery „czwórki” wychodziły CoD-y, które przyniosły znacznie lepiej dopracowany system pod kątem esportu, dzięki temu esport zwyczajnie lepiej się oglądało. Ale CoD 4 zawsze będzie miał u nas specjalne miejsce z uwagi na wspomnienia i to, jaką pozycję mieli polscy zawodnicy.

Twoja opinia na temat ostatniego CoD-a pokrywa się z tym, co sądzą profesjonalni gracze?

Tak, bardzo. Ze względu na to, o czym wspomniałem, czyli zbyt krótki time to kill, słabe mapy oraz, o czym zapomniałem wspomnieć, system respawnów, który nie jest tak zbalansowany, jak być powinien.

Jeśli jednak chodzi o kwestie czysto sprzedażowe, to Activision i tak ugrało swoje.

Jak co roku. (śmiech)

Skupmy się więc już na kwestiach czysto esportowych. Wspominałeś o pewnych problemach, dlatego ciekawi mnie, jak scena CoD-a wygląda w ogólnym ujęciu, w jakiej jest kondycji. Naprawdę tylko USA i te pojedyncze kraje z Europy, które wymieniłeś, są tym zainteresowane, czy też w innych zakątkach globu też coś się dzieje?

Na pewno całe środowisko nie jest aż tak otwarte, jak ma to miejsce choćby w Counter-Strike’u, gdzie nawet Chińczycy są w stanie rywalizować. Niemniej i tutaj mamy swój wyjątek, bo Sony mocno inwestuje w Japonię i tamtejsze turnieje. Jednakże poziom tam jest naprawdę bardzo niski i jest to tak naprawdę jedyny bardziej „orientalny” kraj. Poza tym wszystko ogranicza się raczej do wymienionych już przeze mnie USA, Włoch, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. W Polsce nie ma ukształtowanej sceny ze względów wiadomych – gra się na konsolach, a nie komputerach. Sytuacja wyglądałaby pewnie zupełnie inaczej, gdyby skupiono się jednak na rywalizacji na PC.

Co do systemu franczyzowego, o którym już co nieco porozmawialiśmy – nie przeraża cię to, co działo się wcześniej w Overwatchu czy League of Legends po wprowadzeniu franczyzy? Chodzi o to, że niemal zupełnie zabiło to inne międzynarodowe rozgrywki, a w takim Overwatchu scena nie podniosła się do dziś. Podobnie może stać się w CoD-zie. Będzie tylko Call of Duty League i nic więcej.

O tym akurat Activision pomyślało, co cieszy. Stworzono rozgrywki Challengers w ramach programu Path to Pro. Ma to polegać na tym, że każda drużyna, która będzie organizować u siebie turniej, może zadecydować, czy chce zrobić zawody tylko dla czołówki, czy też chce mieć przy okazji lana Challengers. Pierwszy będzie w Minnesocie, a i do wygrania będzie tam w sumie 250 tysięcy dolarów do rozdania pomiędzy poszczególne drużyny, a tych zapisało się sporo – w tym momencie widzę, że jest ich ponad 100. Zapewniono też dwa kolejne wydarzenia w Londynie i Toronto. Pytanie tylko, ilu właścicieli drużyn będzie decydować się na uczestniczenie w tym Path to Pro. Wszystko w ich rękach, ale, tak czy inaczej, cieszy mnie, że pomyślano o tym. Jeszcze kilka miesięcy temu nikt nie wiedział zupełnie nic na temat tej franczyzy – jaki będzie format, czy to będzie liga, czy zadba się o amatorów? Na szczęście Acti wyciągnęło wnioski i cieszy mnie to. Ale czy to wszystko pociągnie przez dłuższy okres? Nie mam pojęcia.

Niemniej franczyza i brak spadków oraz awansów oznacza, że w grze będą ciągle te same drużyny. Coś takiego może doprowadzić do znużenia, o którym wspominałeś w kontekście systemu ligowego.

To jest problem całego systemu franczyzowego. Niemniej, zanim jeszcze ruszyły zapisy do inauguracyjnej edycji Call of Duty League, pojawiły się plotki, że w pierwszym sezonie ma grać dwanaście drużyn, ale w sezonie drugim ma ich już być dwadzieścia. Liga ma być stale rozszerzana. Jak mówię, to były tylko plotki, ale pochodzące z bardzo dobrego źródła i nie chcę w żaden sposób podważać wiarygodności tej informacji. Na pewno Activision będzie chciało cały czas rozwijać te rozgrywki.

Tak czy inaczej, sam nie jestem wielkim zwolennikiem franczyzy, zdecydowanie wolałbym otwarte środowisko, ale ze zorganizowanym terminarzem. Konkretni organizatorzy mogliby spotkać się przed sezonem i ustalić, czym kto się zajmie z uwagi na to, co ma do zaoferowania pod kątem puli nagród czy sponsorów. Wiem, że w teorii wydaje się to proste, ale w praktyce takie nie jest. A na tym mocno cierpi np. CS, bo brakuje tam zorganizowania i twardej ręki Valve. Dlatego też w CoD-zie, na który nie ma tak dużego popytu, franczyza może faktycznie przynieść korzyści jeśli chodzi o oglądalność. Moglibyśmy tutaj podeprzeć się wynikami z Overwatch League, ale wiemy, że tamte wyniki nie są zbyt dokładne ze względu na embedowanie streamów na różnych stronach, które są po części powiązane z Acti albo partnerami. Przez to liczby te są trochę zakłamane.

Dałbym jednak szansę franczyzie chociaż na dwa czy trzy lata – to maksymalny okres, by sprawdzić, czy nowy system faktycznie przyniesie jakieś korzyści. Dużo mogą na tym wszystkim stracić drużyny, które wydały niebotyczne kwoty za slota. Mówi się o co najmniej 25 milionach dolarów, a w Los Angeles ceny miały sięgać nawet 40 milionów. A mówimy tutaj przecież o Call of Duty, które nie jest wcale najważniejszym esportem. Dla porównania, od pewnego czasu mówi się o zamkniętej lidze w CS:GO i tam cena za miejsce miała wynieść 2 miliony dolarów. Dysproporcja między ceną a rozmiarem tytułu esportowego jest więc naprawdę olbrzymia.

Czyli te 25 milionów dolarów czy tam wyżej, ten koszt wykupu slota we franczyzie, po prostu może się inwestorom nie zwrócić?

Obawiam się, że się nie zwróci.

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę pulę nagród pierwszego sezonu? Ta ma wynieść 6 milionów dolarów, czyli jak na esportowe standardy bardzo dużo. A to przecież pewnie tylko część potencjalnych przychodów dzięki występom w lidze.

Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że samo wykupienie miejsca to już spory koszt, a do tego wszystkiego trzeba też doliczyć minimum siedmioosobowy skład, trenera głównego, trenera strategicznego. Ich wynagrodzenia to spora suma, która nie jest nam znana, chociaż wzorem League of Legends ustalono pewien salary cap. Ponadto trzeba też zorganizować co najmniej jedno wydarzenie na swojej arenie, zatrudnić firmę, która wykona całą pracę, wybuduje scenę, zajmie się produkcją, a to pewnie też nie są małe kwoty. Im dłużej więc pomyślimy, tym bardziej te koszta rosną.

Co prawda Twitch zapłacił kilka lat temu 90 milionów dolarów za wyłączne prawa do transmitowani Overwatch League. Ale czy teraz, gdy Overwatch manipulował tymi statystykami, Twitch, Mixer albo ktoś inny zdecydują się na wykupienie takich praw w przypadku Call of Duty League? Jaki będzie podział finansowy pomiędzy wszystkie dwanaście ekip? Tych wszystkich rzeczy nie wiemy, ale nawet jeśli franczyza miałaby potrwać kolejne 3-4 lata, to jestem przekonany, że w tym okresie drużyny nie będą w stanie wyrównać kosztów, jakie poniosły z tytułu samego wejścia do ligi oraz utrzymania drużyny.

Teraz rzuciłem szybko okiem, bo nie pamiętałem tych liczb, i wygląda na to, że ceny za slot w Overwatch League były porównywalne. Po pierwszym sezonie mówiło się o koszcie pomiędzy 30 a 60 milionów dolarów. Do czego dążę – chodzi o to, że zarówno w OWL, jak i Call of Duty League znajdziemy kilka tych samych organizacji. Mamy m.in. OverActive Media, Immortals czy też Misfits. To pozwala domniemywać, że skoro formacje te w przeszłości rzuciły spore pieniądze na OWL i teraz zrobiły to ponownie w przypadku CoD League, to najwyraźniej uznały, że im się to zwróci. Przecież gdyby wcześniej utopiły pieniądze, to prawdopodobnie nie pchałyby się ponownie do franczyzy Activision Blizzard, prawda?

Z jednej strony masz rację. Tutaj nie ma co dyskutować. Nie zapominajmy jednak o tym, że Activision jest w stanie sprzedać wszystko. Są oni podmiotem, który jak na razie zarobił najwięcej spośród wszystkich franczyz, które pojawiły się na rynku esportowym, a i pod kątem sprzedaży samych gier, czyli m.in. corocznego wydawania kolejnych odsłon Call of Duty, zgarnia horrendalne pieniądze. To firma, która jest w stanie sprzedać wszystko. Opakować to w papierze prezentowym w taki sposób, że będzie ci się wydawać, iż to dla ciebie interes życia. Może drużyny, takie jak OverActive czy Immortals, dostały np. jakieś zniżki? Nie wiadomo. A może mają po prostu na tyle duże zaufanie do Activision, że mimo wszystko sięgają po dodatkowe pieniądze, by zapłacić za slot. Tak czy inaczej, to kolejna kwestia, na którą trudno odpowiedzieć, bo wszystko zweryfikuje czas.

Pozostaje trzymać kciuki, by to wypaliło i by gra skorzystała na wprowadzeniu franczyzy. By na streamach pojawiała się większa liczba widzów i przede wszystkim by więcej ludzi zainteresowało się esportem w Call of Duty. Biorąc pod uwagę, ilu mamy casualowych graczy, a ilu profesjonalnych, to różnica ta jest ogromna. Niewielu ludzi, którzy są niedzielnymi graczami, wie w ogóle, że w Call of Duty funkcjonuje esport i jest stale rozwijany. To wszystko w rękach Activision i deweloperów – od nich zależy, czy wrzucą do gry w miarę dobrą promocję dla zielonego gracza, aby przynajmniej wszedł na transmisję, sprawdził, o co chodzi, a może nawet pozostał na dłużej. Na przestrzeni ostatnich 3-4 lat Acti dawało na CoD-a spore pieniądze, ale promocji w samej grze nie było. To jest chyba ten czas i miejsce, aby wyciągnąć wnioski i do klienta gry wrzucić jak najwięcej esportu.

Jak nie teraz, to kiedy?

Właśnie. Pamiętam, że wszyscy martwili się, iż Activision będzie mieć olbrzymie problemy, aby znaleźć przed pierwszym sezonem 12 drużyn, a tymczasem potencjalnych chętnych było znacznie więcej. Weźmy na przykład Heretics, drużynę, która w ubiegłym sezonie Black Ops 4 osiągnęła ogromny sukces. Po raz pierwszy w historii zobaczyliśmy w pełni hiszpański zespół w Pro Lidze. Organizacja była w stanie wydać naprawdę spore pieniądze, byleby tylko pojawić się w Call of Duty League, ale ostatecznie przetarg wygrał Paris Legion.

Skoro już o tym mówisz – są jakieś organizacje, których brakuje ci w Call of Duty League np. z uwagi na kontekst historyczny?

Zdecydowanie brakuje mi 100 Thieves, drużyny Nadeshota, który jest legendą Call of Duty. To człowiek, który tak naprawdę ukształtował tę scenę pod kątem tworzenia contentu. Swego czasu był jednym z najpopularniejszych streamerów i jako pierwszy zarabiał największe pieniądze dzięki kontraktom na wyłączność z serwisami streamingowymi. Jako pierwszy otrzymał niesamowite pieniądze, by przenieść się z Twitcha na MGL. Z tego, co pamiętam, to dostał wtedy półtora milionów dolarów, a to przecież było bardzo dawno temu, z 7-8 lat. Na tamte czasy to olbrzymie pieniądze. Dziś mamy shrouda czy Ninję, ale to on jako pierwszy stworzył ten system biznesowy. Założył też własną organizację, która jest na rynku esportowym dość krótko, ale mimo to będzie mi jej w CoD League brakować. Zresztą sam Nadeshot był bardzo sceptycznie nastawiony do prowadzenia franczyzy i dlatego jego ekipy nie ma.

100 Thieves podjęło w ogóle próbę dostania się do ligi?

Jakieś dyskusje były, ale… Nie za takie pieniądze. Nadeshot powiedział, że jest to po prostu nieopłacalne i on nie widzi szans na zwrot finansowy w perspektywie kilku lat, czyli ma zdanie bardzo podobne do mojego. Można mieć nadzieje, że i ja, i on się mylimy. Niemniej byłoby go stać na wykupienie slota. Wspiera go Cleveland Cavaliers z NBA, czyli mowa tutaj o naprawdę niesamowitych pieniądzach, a mimo to jego doradcy i on sam uznali, iż jest to nieopłacalny biznes. Według nich za kilka lat powróci się do klasycznego sposobu prowadzenia esportu.

Jeśli chodzi o te 12 drużyn, które ostatecznie wystartuje w rozgrywkach, to komu będziesz kibicował?

Na pewno Chicago Huntsmen, które z uwagi na osoby zarządzające możemy nazwać ex-OpTic Gaming. Chodzi głównie o osobę H3CZA, byłego właściciela OpTic, który przez kilka ostatnich lat miał problemy z powodu pakietu większościowego w organizacji. W pewnym momencie w Stanach Zjednoczonych zrobił się boom, sporo organizacji sprzedawało pakiety większościowe do różnych inwestorów, którzy nie mieli pojęcia, jak zarządzać w esporcie. I tak właśnie stało się z H3CZEM – nie był w stanie przebić oferty wystosowanej do założyciela OpTic, a potem zraził się do inwestorów i opuścił organizację. Potem dołączył do NRG, czyli nie byle jakiej organizacji, bo to przecież też spora firma, która ma doświadczenie, ma różne zespoły.

Z pewnością będzie to więc Chicago Huntsmen. A poza tym? Dallas Empire, czyli Team Envy – jeden z protoplastów sceny Call of Duty, który z CoD-a się zresztą wywodzi. To są dwie drużyny, na które w największym stopniu będę zwracać uwagę. Ponadto jeszcze element bardziej europejski, tzn. London Royal Ravens, drużyna złożona w pełni z graczy z Wysp Brytyjskich.

Europa nie ma jednak zbyt bogatej reprezentacji w CoD League jeśli chodzi o zespoły – tylko dwie ekipy. Gdyby było ich więcej, to być może fakt ten w jakimś stopniu przyczyniłby się do wzrostu popularności Call of Duty na Starym Kontynencie. Na pewno byłoby łatwiej przekonać kibiców, by w ogóle się tą grą zainteresowali.

Oczywiście, ale nie można zapomnieć, że w poszczególnych drużynach znajdziemy europejskie pierwiastki – m.in. w Minnesota RØKKR jest Alexx, w Toronto Ultra duet z Hiszpanii. Te pojedyncze elementy europejskie są, ale tylko częściowo. Wiadomo, że łatwiej byłoby kibicować składowi złożonemu z zawodników o jednej, konkretnej narodowości, ale na Starym Kontynencie nie ma aż tak dużej bazy solidnych graczy, by móc stworzyć więcej niż jeden dobry zespół złożony w pełni z zawodników z Europy.

To pytanie może będzie nieco szalone, ale co mi tam – zapytam. Sądzisz, że w ciągu kilku najbliższych sezonów jest jakakolwiek szansa, byśmy doczekali się gracza z Polski, czy raczej szanse w tej kwestii są dość marne?

W ciągu minionych 2-3 lat pojawił się Francuz o polskich korzeniach, który przebijał się w otwartej drabince. Nigdy nie trafił jednak do Pro Ligi ani nawet do ścisłej czołówki Call of Duty. Był raczej gdzieś mniej więcej w top 15-20 drużyn z otwartej drabinki, czyli ok. top 40 całej sceny. Jeśli zaś chodzi o to, czy na najwyższym poziomie w CoD-a zagra jakiś Polak, to nie widzę tutaj zbyt dużych perspektyw. Nie ma obecnie zawodnika z Polski, który potrafiłby gdzieś się dostać. A teraz będzie jeszcze trudniej, bo w systemie franczyzowym rozwijanie talentów jest mocno ograniczone. Odpowiadając więc na twoje pytanie – przykro mi to mówić, ale obawiam się, że nie.

W przyszłości też się to raczej nie zmieni?

Jeśli nastawienie nas, Polaków, do grania w FPS-y na konsolach nadal będzie takie, jak dotychczas, to nie sądzę.

W ogóle obecnie, gdy gra esportowo związana jest tylko z konsolami, istnieje jakakolwiek polska scena Call of Duty? Można w ogóle mówić o czymś takim?

Jeżeli liczysz pulę 30-40 graczy, którzy czasami grają sobie dla zabawy albo pojadą bez ciśnienia na jakiegoś małego lana, to tak. Jeśli jednak chodzi ci o jakieś poważniejsze, cykliczne imprezy z fajnymi pulami nagród, to nie. Ostatni raz coś takiego działo się jeszcze w czasach Black Ops 3. Wtedy Activision dało 10 tysięcy euro w puli i podczas Warsaw Games Week 2016 zorganizowano naprawdę solidny turniej. Niemniej brakowało i komentatorów, i transmisji. Taki turniej z niezbyt dobrze rozdysponowanymi finansami.

Chałupniczo robiony.

Dokładnie (śmiech). Tak czy inaczej, sprawę mocno ogranicza fakt, że Activision nie ma polskiego oddziału i powierza obowiązki agencjom niższego pokroju, które nie mają za bardzo pojęcia o esporcie. Nie ma tam żadnego specjalisty, który faktycznie byłby w stanie rozdysponować dany budżet, a i samo Acti daje dość ograniczoną pulę pieniędzy na dany region Europy. W efekcie o ile w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej wygląda to lepiej, o tyle w Europie Wschodniej już tych funduszy nie ma zbyt wiele.

Jak mówiłem, była próba zorganizowania czegoś w 2016 roku, ale to za mało. Ja i moi znajomi, z którymi pogrywam i którzy też uwielbiają CoD-a, próbowaliśmy coś stworzyć, wykładaliśmy pieniądze z własnej kieszeni i organizowaliśmy turnieje. Oglądało się i komentowało to fajnie, oglądalność też była całkiem niezła, ale trudno zbudować jakąś naprawdę solidną przyszłość Call of Duty w Polsce, gdy gra się tylko na konsolach.

Ale czy tylko konsole są problemem, czy może coś jeszcze przekłada się na fakt, że Call of Duty w Polsce praktycznie umarło pod względem esportowym? Wspomniałeś o czasach CoD-a 4 – dziś jesteśmy od tego daleko i niewiele wskazuje, by ten złoty okres miał powrócić.

Powrót to naprawdę odległe marzenia i na pewno konsole są tutaj bardzo istotnym czynnikiem, ale nie można też zapominać o wsparciu finansowym. Z drugiej strony w czasach Call of Duty 4 też go nie było. Wszystko tworzono wówczas na własną rękę.

Ostatnio rozmawiałem z moim znajomym komentatorem Rainbow Six, Kiksem, którego pozdrawiam, i zastanawialiśmy się, jakby to wszystko mogło całkowicie inaczej wyglądać, gdyby CoD był grany na PC. Nadal można byłoby korzystać z padów, ale na komputerach dałoby się też tworzyć modyfikacje. No bo jak powstał promod? Stworzyła go społeczność i tym samym ukształtowała to, w jaki sposób dziś gra się w esport. Pod tym względem konsole są mocno ograniczone, bo nie ma otwartego oprogramowania, nie da się z nim niczego zrobić. Wszystko jest w rękach deweloperów i to oni decydują, w jakim kierunku rozwija się gra, a niekoniecznie muszą to być dobre decyzje.

Ale czy w związku z tym zamkniętym, jak mówisz, oprogramowaniem, na konsolach występuje w ogóle zjawisko cheaterów?

Szczerze mówiąc cheaterów korzystających np. z aimbota albo wallhacka nie ma. Coś takiego na konsolach nie występuje. Jest rapid fire, czyli modyfikacja pada, ale akurat to jest bardzo kosztowne i da się to w lepszy lub gorszy sposób zweryfikować, gdy ktoś pojedzie na lana. Niemniej w CoD-zie nie ma zbyt szerokiego spektrum cheatów właśnie z uwagi na zamknięte środowisko konsol. Ten problem nie jest tak znaczący, jak na PC.

Czyli jednak ta sytuacja ma swoje plusy.

Na pewno. Gdybyśmy kiedyś stworzyli na komputerach specjalny system operacyjny, który nie pozwalałby instalować żadnych innych rzeczy, gdybyśmy odeszli do Windowsa… Ale to już jest takie trochę uciekanie do świata wyobraźni.

Kończąc – przed nami ponad pół roku zmagań. Gdybyś miał typować, kto koniec końców wygra Call of Duty League, to na kogo postawiłbyś swoje pieniądze?

Bardzo trudne pytanie, bo przed nami świeży start. Nie ma już stworzonych przez ostatnie lata rdzeni drużyn, wszystko bardzo mocno się wymieszało. Ale gdybym miał obstawiać swoje pieniądze, to wybrałbym którąś z trzech ekip. Mogłyby to być młodziaki z Atlanta FaZe, chociaż tam może brakować prawdziwego prowadzącego z krwi i kości, z doświadczeniem. W składzie jest czterech graczy, dla których będzie to dopiero drugi sezon na najwyższym poziomie. Chociaż jeśli uda im się odnaleźć wspólny język i u któryś z nich przeobrazi się w lidera, to mogą naprawdę sporo namieszać. I mają przede wszystkim świetnego trenera, Crowdera, który w przeszłości potrafił całkowicie odmienić oblicza dwóch drużyn, które pod jego wodzą wygrywały turnieje.

Poza tym wspomniałbym Chicago Huntsmen – znajdziemy tam Scumpa, legendę, FormaLa, bardzo solidnego zawodnika, Arcitysa, mistrza świata z ubiegłego roku oraz Envoya. Ten ostatni w ubiegłym sezonie miał spore szanse na tytuł nowicjusza roku i ostatecznie zabrakło mu naprawdę niewiele. Jest też Gunless, który podczas ostatnich rozgrywek mnie zawiódł, ale w poprzednich dwóch sezonach grał dosłownie jak bóg, robił po 60-70 fragów na hardpointach, po prostu nie zostawiał na rywalach suchej nitki. Trzeci zespół, na który bym wskazał, to Dallas Empire, chociaż mam też sporo wątpliwości. W tym składzie znajdziemy dwie legendy, jednego zawodnika, dla którego będzie to pierwszy sezon, ale wcześniej pokazywał się ze świetnej strony online. Jest też Shotzzy, który przeszedł ze sceny Halo i był tam w czołówce. Huke to z kolei ukryty talent, który na razie się nie objawił, ale w rękach dwóch tak doświadczonych graczy, jak Crimsix oraz Clayster, może okrzepnąć.

Zamierzasz zarywać noce, żeby oglądać mecze?

Oj, na pewno. Tym bardziej że niedługo kończę inżynierkę, więc będę mógł trochę bardziej skupić się na relaksie.

Śledź rozmówcę na Twitterze – Kamil „Dziukens” Dziuk
Śledź autora na Twitterze – Maciej Petryszyn
Tagi: , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close
delord

delord: Na koniec w Illuminar byliśmy już strasznie styrani emocjonalnie

Fani Illuminar Gaming bez dwóch zdań przyzwyczaili się do tego, że ich ulubieńcy dominowali polską scenę League of Legends. W ubiegłym roku odświeżony...