STS
fot. Riot Games/Colin Young-Wolff

Organizacje z LCS pragną zniesienia restrykcji importowych. Krok w tył czy sposób na lepszą przyszłość?

Od kilku lat League of Legends Championship Series boryka się z wieloma problemami. Jednym z nich jest nieumiejętność sięgnięcia po międzynarodowe trofea czy nawet dojścia do dalszych etapów międzykontynentalnych turniejów. Wystarczy się przyjrzeć ostatnim latom. Reprezentanci LCS, którzy wyszli z grup na Mistrzostwach Świata czy Mid-Season Invitational są wyjątkami (i zazwyczaj ograniczają się do Cloud9 i Teamu Liquid). Co jest powodem tak miernego poziomu? Cóż, ich jest kilka, a największe z nich leżą u podwalin ligi.

Nie bez powodu przez praktycznie cały dotychczasowy żywot amerykańskich rozgrywek ich twarzami byli Yilliang „Doublelift” Peng oraz Søren „Bjergsen” Bjerg. LCS przez długie lata nie posiadało odpowiedniego systemu, który pozwoliłby utalentowanym młodzikom z drabinki rankingowej wejść do ligi. Włodarze organizacji woleli sprowadzać zawodników z innych regionów, niżeli robić długoterminowe inwestycje we własnych wychowanków. W końcu ich portfele były o wiele grubsze od drużyn z Europy i Korei. Było to szybsze, bardziej opłacalne pod względem PR-u, wszak sprowadzało się nazwiska, które były już poniekąd rozpoznawalne. Były one jako tako doświadczone, gdyż najczęściej obijały się o dolne części tabeli w Korei czy Europie. Najlepszym tego przykładem jest przecież sam Bjergsen.

CZYTAJ TEŻ:
Kierunek – Islandia. Tegoroczne MSI i VCT Masters 2 odbędą się w Reykjaviku

W pewnym momencie pojawił się jednak problem. Skoro tak łatwo można przejść do LCS, to czemu by nie sprowadzić tam zespołu z zaplecza Chin czy innej ligi, który szybko się rozwinie, sporo zarobi i do tego będzie miał realne szanse dostać się na Worldsy? Na taki pomysł wpadli włodarze LMQ pod koniec 2013 roku, sprowadzając swoją formację (która była siostrzaną drużyną Royal Clubu, dzisiejszego RNG) do Ameryki. Ta posiadała w pełni chiński skład, którego członkowie ledwo co rozmawiali po angielsku. I tak, dobrze myślicie, LMQ dostało się na Mistrzostwa Świata jako trzecia reprezentacja NA.

Z jednej strony było to czymś nowym, ciekawym do śledzenia doświadczeniem. Nie ukrywam, że z intrygą obserwowałem poczynania outsiderów i otaczającą ich narrację „zespół kontra cała liga”. Z drugiej strony, skoro można po prostu założyć chińską drużynę w Ameryce Północnej, to jaki w ogóle jest sens regionalnych podziałów i międzynarodowych turniejów? Nie trzeba było długo czekać na reakcję Riot Games. W ten sposób powstała „zasada importowania”, bądź też „wymagania dotyczące rezydencji”. Zwał jak zwał.

Życie jak w Madrycie

Założenia były proste i nie zostały zbytnio zmienione na przestrzeni lat. Żadna drużyna nie może wystawić w aktywnym składzie więcej niż dwóch graczy, którzy nie są rezydentami danego regionu. Aby się takim stać, trzeba rozegrać więcej niż 50% spotkań fazy zasadniczej przez 8 z 12 ostatnich splitów. Sprawiło to, że liczba tzw. „importów” nie zwiększała się w tak szalonym tempie, jak wcześniej. LCS rozpoczęło więc pewnego rodzaju budowę od zera. Jednak włodarze organizacji, zamiast rozpocząć poważne inwestycje w akademie, półprofesjonalną scenę i odpowiednie narzędzia do skautingu, woleli przebierać w wypalonych nazwiskach, które najlepsze lata miały dawno za sobą. To zmieniło się dopiero niedawno, kiedy to na scenie pojawiły się młode osobistości pokroju Edwarda „Tacticala” Ra, Mingyi „Spicy” Lu czy Iana Victora „FBI” Huanga.

Co więcej, w tym roku zespoły z  LCS dokonały naprawdę mądrych transferów, sprowadzając w swoje szeregi graczy, którzy mogą wziąć wspomnianych młodzików pod swoje skrzydła. Najlepszym tego przykładem będą Luka „Perkz” Perković czy Hu „SwordArt” Shuo-Chieh. Prognoza na najbliższe lata była więc wyśmienita i znowuż można było oczekiwać Ameryki Północnej, która będzie reprezentować solidny poziom.

CZYTAJ TEŻ:
Perkz: Wymagam od zespołu umiejętności grania w każdym stylu

Ale nie do końca. Dlaczego? A dlatego, że włodarze organizacji w LCS zwrócili się do Riotu o zniesienie wcześniej wymienionych restrykcji co do zawodników spoza Ameryki Północnej. Doniesienia te początkowo wyszły ze strony renomowanego amerykańskiego dziennikarza, Travisa Gafforda, który od kilku tygodni zajmuje się sprawą. Zdążył on już potwierdzić te plotki, rozmawiając z osobami wyżej postawionymi w poszczególnych zespołach. Jakie argumenty przedstawiali za swoją sprawą? Niezbyt przekonujące.

Nie mów mi, jakie są twoje priorytety. Pokaż mi, na co wydajesz pieniądze, a sam ci powiem, gdzie one są

Jak stwierdził dla przykładu Parth „Parth” Naidu z TSM-u, jego organizacja ma globalne zasięgi i pole działania, a swoją grą chce reprezentować światowy poziom, co przy obecnych ograniczeniach nie jest możliwe. Zniesienie wymagań dotyczących rezydencji pozwoliłoby drużynie ściągnąć najlepszych zawodników z całego świata. Co więcej, powiedział on, że inne regiony mają lepsze fundamenty i możliwości do rozwijania talentu. Faktycznie, może Ameryka Północna nie jest tak liczna, ale jak pokazuje np. obecny leśnik formacji Partha, potrafi ona wyprodukować naprawdę solidnych, rodzimych graczy. Istnieje przecież NA Academy League oraz Proving Grounds. Ale co z tego, jak np. akademię TSM-u reprezentują wypaleni Kevin „Hauntzer” Yarnell i Liyu „Cody Sun” Sun. Zawodnicy tacy jak oni przedłużają sobie karierę, marnując jednocześnie miejsca, które stworzone zostały z myślą o młodych.

Oliwy do ognia dodał w miniony weekend właściciel TSM-u, czyli Andy „Reginald” Dinh, dzieląc się swoimi przemyśleniami na temat LCS. Załączony post zamieścił swoją drogą po dosyć kontrowersyjnym wpisie na Twitterze, odpowiadając Philippe „Vulcanowi” Laflamme. To zostawię bez komentarza i pozwolę każdemu ocenić samemu. Warto za to dodać, że według Gafforda Riot ukarał go za komentarz pięcioma tysiącami dolarów grzywny.

Merytoryczna dyskusja. W LCS na to chyba nie ma miejsca. Wracając do meritum – Reginald wskazał za główny powód słabości LCS ogromny ping oraz bardzo niską liczbę graczy w porównaniu do innych trzech głównych regionów. Według jego artykułu, amerykański serwer posiada prawie trzy razy mniej graczy od koreańskiego i obu europejskich wziętych razem (kolejno 2,82 i 2,97 mln). W samych Chinach ma za to grać 70 milinów zawodników. Jeżeli natomiast chodzi o ping, to amerykańscy profesjonaliści mają według niego grać na poziomie 60+, gdzie w EU, CN i KR wynosi on kolejno 20-25, 10-20 i 5-15.

W wyniku tego jego zdaniem nie można równo rozwijać młodych zawodników w Ameryce, bo po prostu jest ich mniej i mają gorsze warunki do rywalizacji, dlatego też pragnie zniesienia zasad importowania, żeby NA lepiej radziło sobie międzynarodowo. Bo taki jest jego główny cel – sukces TSM-u i innych północnoamerykańskich zespołów na MSI i Worldsach. Gwoli ścisłości, wszystkie organizacje pragną tego co Reginald i przedstawiają powyższe argumenty, bądź też bardzo podobne do nich. Szczegóły można znaleźć na kanale Gafforda i Reddicie LoL-a.

Wracając do meritum. Niby niegłupie, ale spójrzmy na to z szerszej perspektywy. W piłkarskiej Ekstraklasie od 2018 roku nie obowiązuje limit sprowadzania cudzoziemców. Czy to podniosło prestiż ligi i sprawiło, że nadwiślańskie zespoły nagle rządzą w Europie? W żadnym wypadku. Takie ruchy mogą jednak ograniczyć liczbę Polaków, którzy przebiją się ze szkółek do głównego składu. Dlaczego? Bo kluby mogłyby po prostu sprowadzać w przyszłości graczy z zagranicy, którzy zawsze będą mile widziani. Co prawda polskie formacje nie posiadają takiego budżetu, przez co jest to zaledwie gdybanie. Inaczej sprawa by wyglądała w przypadku amerykańskich organizacji z LCS, które funduszy mają co niemiara.

Idąc w stronę esportową: czy w Chinach, pomimo bazy graczy kilkadziesiąt razy większej od Ameryki Północnej, zastosowano większe restrykcje co do importowania? Nie, są dokładnie takie same. A jednak, posiłkując się danymi wymienionymi przez Reginalda, LEC i LCK posiadają również bazy graczy kilkadziesiąt razy mniejsze, a i tak są w stanie rywalizować z Państwem Środka na międzynarodowym gruncie. DAMWON Gaming i Worlds 2020, mówi wam to coś?

Druga strona barykady

Co nieco mieli też do powiedzenia sami zawodnicy. – W najdzikszych swoich snach nie myślałbym o usunięciu tej zasady. Obecnie musisz pograć kilka lat w NA, żeby być uważanym za rezydenta. Samemu czułbym się o wiele lepiej, gdyby zawodnicy, których kojarzę od lat ze swojej sceny, reprezentowali mój region – pisze Lucas „Santorin” Tao Kilmer Larsen. Ale hola hola, przecież sam Duńczyk był kiedyś importowany, więc co on ma tu do powiedzenia? A to, że do Ameryki przybył w 2014 roku i to w niej zbudował swoje imię i karierę. – Oczywiście, dochodzimy do miejsca, gdzie rezydenci NA są właściwie importami oryginalnie, ale są już na scenie od jakiegoś czasu i znasz ich intencje – dodał. Podobne zdanie ma szereg reprezentantów LCS, zwłaszcza ci, którzy od paru dobrych lat siedzą w Kalifornii tak jak Nicolaj „Jensen” Jensen czy Vulcan.

Żeby szerzej poznać perspektywę graczy, warto przyjrzeć się temu co miał do powiedzenia sam wspierający Cloud9 i nie mówię tutaj o wcześniejszym wpisie na Twitterze. Kanadyjczyk był ostatnio gościem Gafforda, u którego opowiedział o swoim podejściu do tematu. – Kiedy wypuszczałem tego tweeta, miałem wrażenie, że właściciele organizacji mają złe priorytety. Chcą importować więcej ludzi, usprawiedliwiając się tym, że nie mają żadnych utalentowanych graczy u siebie i z tego powodu nie możemy rywalizować międzynarodowo. Moim zdaniem istnieją inne, ważniejsze sprawy, nad którymi powinniśmy się skupić. Właściciele nie powinni domagać się więcej importów, a na przykład lepszego środowiska w drabince rankingowej i mniejszego pingu przez cały rok – mówił Vulcan, poniekąd wtórując Reginaldowi w kontekście słabo zlokalizowanych serwerów.

To jeden z powodów, przez który importowani zawodnicy wyglądają marniej w porównaniu do tego, jaką formę pokazywali w swoim regionie. W takim systemie treningi są po prostu o wiele gorsze – dodał 21-latek. Puścił on także wodze wyobraźni i skomentował to, jak czułby się w lidze, która nie ma na sobie żadnych importowych restrykcji. – To dosyć niepokojące dla graczy z NA. Jeżeli osobiście znajdowałbym się w akademii w świecie, w którym nie ma limitów co do ściągania ludzi zza granicy, nigdy nie miałbym szansy, żeby udowodnić swoją wartość – przyznał w rozmowie z dziennikarzem.

Jak więc widać, zarówno importowane lata temu nazwiska, które już stały się rezydentami Ameryki Północnej, jak i osobistości z USA czy też z Kanady są przeciwnikami zniesienia owych wymagań. Sugerują żeby właściciele we współpracy z Riotem znaleźli rozwiązania ważniejszych problemów, które ich zdaniem usprawnią działanie ligi i wywindują jej poziom. A niczyja opinia w tej dyskusji nie powinna wnosić więcej, niż ta zawodników.

Znamy więc perspektywę właścicieli, znamy perspektywę graczy (którzy są w większości wspierani w tym temacie przez widzów), jakie zdanie ma więc sam Riot? To on koniec końców będzie podejmował decyzje. Niestety, pomimo wielu próśb Gafforda o komentarz, taki jeszcze się nie pojawił.

Jakie jest w takim razie idealne wyjście z problemu? Gdyby na każdą usterkę na świecie istniało idealne rozwiązanie, byłby on zapewne o wiele lepszym miejscem. W tym wypadku również nie ma idei, która odpowiadałaby każdemu. Najbardziej rozsądny wydaje się jednak pomysł obecnych zawodników LCS, takich jak Vulcan. Riot powinien popracować nad wewnętrznymi problemami LCS, takimi jak wspominany ping czy duża liczba wypalonych weteranów w akademiach, zajmujących bezsensownie miejsce.

Próba ratowania rozgrywek poprzez ściągnięcie zagranicznych osobistości wydaje się być ostatnią deską ratunku. Tym bardziej, że organizacje najprawdopodobniej nie zdołają ściągnąć takiego DWG KIA czy FPX. Najlepsi w swoich regionach pozostaną, bo będą mieli lepsze warunki do rywalizacji, a i zdobycie trofeów na MSI czy Worldsach też będzie bardziej prawdopodobne. No chyba, że naprawdę nie będą mieli lepszych opcji (Perkz). W takim wypadku ucierpiałaby np. Europa, która i tak już jest okradana z masy osobistości, które w LEC bezapelacyjnie mogłyby jeszcze namieszać i wybić się do czołówki, jak np. Barney „Alphari” Morris.

Śledź autora na Twitterze – Mateusz Miter

Tagi: , , , , , , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

HONORIS z Illuminar, PACT z TPT. Rozlosowano grupy Esport Tour PRO Spring 2021

Po trzech miesiącach przerwy Cyberwolves powraca do nas z kolejnym turniejem spod szyldu Esport Tour PRO. Tym razem na imprezie zobaczymy osiem ekip r...