fot. Ultraliga/Radosław Makuch

Behave: Formatu EU Masters nie powinno się określać jako brutalny, tylko jako głupi

W minionym tygodniu wszyscy fani polskiego League of Legends emocjonowali się finałami drugiego sezonu Ultraligi. Faworytem rozgrywek spod szyldu Polsat Games od początku sezonu wydawało się Rogue Esports Club, czyli jedyna akademia zespołu uczestniczącego w League of Legends European Championship w naszym kraju. Mimo że ekipa zdołała awansować do wielkiego finału Ultraligi, to w decydującym starciu musiała uznać wyższość występującego ze zmiennikami devils.one, tracąc tym samym status mistrza. O zakończonym sezonie, początkowych problemach z aklimatyzacją w nowej drużynie, porażce z devils.one oraz nadchodzącym wielkimi krokami European Masters porozmawialiśmy z dżunglerem Rogue, Marcinem „Behavem” Pawlakiem.


Daniel Kasprzycki: W poprzednich etapach twojej kariery zdarzały się niewypały, często się zniechęcałeś i niejednokrotnie pisałeś o ogólnej frustracji wynikającej z tych niepowodzeń. Możesz powiedzieć co zmieniło się w twoim nastawieniu do profesjonalnego grania od momentu dołączenia do akademii Rogue?

Marcin „Behave” Pawlak: Gdy dołączałem do Rogue, miałem niemałe problemy z pewnością siebie oraz ze swoim ego. Miałem straszne trudności z odnalezieniem się w nowym zespole. Zostałem otoczony osobami, które na swoim koncie miały już sporo osiągnięć i występów w najwyższych klasach rozgrywkowych. HeaQ rywalizował w EU LCS przez dwa lata, Selfie również grał w EU LCS oraz zdobywał doświadczenie w Ameryce. I chociaż ostatni split Marcina w akademii FlyQuest nie był najlepszy, to i tak jest on naprawdę poważaną personą w esportowym światku. Dlatego też grając u boku tak doświadczonych zawodników, każdy popełniony błąd był dla mnie bardziej przytłaczający. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że wszyscy mają na mnie oko, że muszę pokazywać się z jak najlepszej strony, bo tego się ode mnie wymaga. Czułem tę presję kolegów z drużyny. Zupełnie inaczej sytuacja wyglądałaby, gdybym w zespole miał mniej uznanych graczy. 

Przed rozpoczęciem splitu zadawałem sobie mnóstwo pytań i zastanawiałem się, czy w ogóle zasługuję na to, żeby trafić do akademii Rogue. Na początku nie potrafiłem się odnaleźć i z pewnością nie grałem najlepszych meczów w mojej karierze. Mimo wszystko w końcu udało mi się poprawić moje nastawienie, bo sporo nad tym pracowałem z psychologiem naszej ekipy. Teraz nareszcie wiem, na czym stoję i mam świadomość tego, jaki jest mój poziom, jeśli mówimy o dżunglerach. W końcu zdaję sobie sprawę, że rzeczywiście zasługiwałem na miejsce w Rogue, nabrałem pewności siebie i czuję się lepiej jako osoba.

Skoro wspomniałeś o tym, że wiesz już, na jakim jesteś poziomie… Mógłbyś jasno określić gdzie widzisz się na tle innych dżunglerów w Polsce? Myślisz, że LEC jest w twoim zasięgu, czy to jeszcze nie jest ten moment?

Uważam, że do poziomu Inspireda jeszcze trochę mi brakuje, bo Kacper jest naprawdę mocnym zawodnikiem. W tym splicie w Rogue pokazał się z bardzo dobrej strony i byłem pełen podziwu dla jego dyspozycji, mimo że zespół nie dał sobie rady w play-offach z Schalke 04. Inspired ma zaledwie siedemnaście lat, więc jeśli będzie się rozwijał w takim tempie, jak dotychczas, to może stać się następcą Jankosa. Jeżeli jednak miałbym określić siebie, to uważam, że jestem najlepszym dżunglerem w Ultralidze. I oczywiście chcę zaznaczyć, że chodzi mi wyłącznie o naszą półprofesjonalną scenę, bo ligi regionalne zdecydowanie nie są w pełni profesjonalne. Wracając jednak do meritum, nigdy nie miałem problemów z grą przeciwko Cinkrofowi i myślę, że zagrałem lepiej od niego w większości spotkań z DV1. Ogólnie rzecz biorąc mamy wielu solidnych dżunglerów w ligach regionalnych, bo jest chociażby Shadow z mousesports, Razork z GIANTS czy też Zanzarah z Origen.BCN. Grając przeciwko nim zdałem sobie sprawę z tego, że jestem na wysokim poziomie i jeśli będę nadal rozwijać się tak, jak udało mi się to zrobić w Rogue, to może za rok będę w LEC. Staram się wykorzystać daną mi szansę najlepiej, jak tylko mogę, aby osiągnąć upragniony cel. 

Tylko trzeba chyba teraz się zastanowić, czy będąc w akademii Rogue masz realne szanse na wskoczenie do pierwszego składu. W poprzednim splicie główna piątka organizacji nie popisywała się, więc zmiany nadeszły wręcz naturalnie. Teraz Rogue radzi sobie o wiele lepiej w LEC, więc gracze z akademii raczej nie są brani pod uwagę. Jak zatem widzisz swoją drogę do LEC? Będziesz musiał zmienić barwy klubowe?

Zgadza się, absolutnie nie ma mowy, żeby któryś z nas dostał się teraz do LEC i to nawet biorąc pod uwagę Selfiego czy HeaQ. Larssen okazał się świetny i zaprezentował się jako topowy midlaner pod względem indywidualnych umiejętności i mechaniki gry. Ponadto fantastycznie współgra z Inspiredem, który również wydaje się teraz nie do wygryzienia. Dlatego też awans do wyjściowej piątki w przypadku Selfiego graniczy z cudem. Natomiast jeśli chodzi o HeaQ, to też raczej Vander woli już grać z Woolitem po takim czasie. Zresztą sam Woolite pokazał się rewelacyjnie w play-offach, więc nie ma mowy o jego odsunięciu od składu. Patrząc na to wszystko jestem pewny, że jedyną opcją na znalezienie się w LEC jest podpisanie kontraktu z inną organizacją. 

Wróćmy zatem do samej akademii i letniego splitu Ultraligi w twoim wykonaniu. Jak wpłynęła na ciebie gra u boku Selfiego, który bez wątpienia jest jednym z najbardziej doświadczonych polskich graczy?

Na początku mieliśmy bardzo specyficzne relacje, bo naprawdę ciężko nam się grało. Niemniej nauczyłem się od niego sporo rzeczy, gdyż jest niesamowicie doświadczonym zawodnikiem. Selfie miał do czynienia z legendarnymi dżunglerami z Europy, kiedy ci byli w swojej najlepszej formie. Dzięki temu, że Marcin jest już tyle lat na scenie, od razu dał mi cenne wskazówki, abym poprawił moją indywidualną grę, ale także pomógł mi zrozumieć jak wygląda praca i rola midlanera. Jeśli dżungler lepiej pojmuje grę na środku, to łatwiej jest mu kooperować z midlanerem. A przecież trzeba zaznaczyć, że dżungler i mid to najważniejsze duo, przynajmniej w początkowej fazie meczu. Jeżeli ten duet jest ze sobą zgrany i dobrze czyta grę, to każdy przeciwnik będzie dostawać bęcki w early. 

Z drugiej strony myślę też, że to nie Selfie był główną przyczyną mojego postępu. Zdecydowanie więcej nauczyłem się od HeaQ, który nie tylko powiedział mi co robię źle jako dżungler, ale także znacząco przyczynił się do tego, że moja pewność siebie w końcu się poprawiła. I to jest śmieszne, bo przed dołączeniem do Rogue naprawdę bałem się grać z HeaQ. Sporo osób z LEC ma duże ego. Gdyby tacy gracze spadli nagle do akademii, to mogliby zniszczyć tę drużynę od środka przez swoje wybujałe mniemanie o sobie. HeaQ na szczęście taki nie jest i okazał się bardzo dobrą osobą, świetnym kumplem. Muszę przyznać, że pomógł mi odnaleźć się w tej drużynie, bo na początku splitu ciągle zastanawiałem się, czy ja naprawdę do niej pasuję. Wyciągnął do mnie pomocną dłoń nie tylko w aspekcie LoL-a, ale też w życiu prywatnym. 

Co w takim razie było początkowym problemem między tobą a Selfiem? To miało jakiś związek z opinią, która ciągnie się za tobą od paru dobrych lat?

Selfie to bardzo specyficzna osoba i najzwyczajniej w świecie ciężko było nam się dogadać na początku, bo nie zgrywaliśmy się charakterami. Trudno było nawiązać jakiś wspólny język i odnaleźć w grze kompromisy, które zadowalałyby nas obu. Jednakże z biegiem czasu wypracowaliśmy dobre nawyki, dzięki którym gra nam się o wiele przyjemniej i myślę, że jest teraz jak najbardziej w porządku.

fot. Ultraliga/Radosław Makuch

W tym sezonie błyszczałeś najbardziej pod względem kontroli wizji, a kojarzono cię głównie z występów takimi postaciami jak Sejuani czy Olaf. Czy taki styl gry naprawdę ci odpowiada? 

Prawdę mówiąc, Sejuani miała swój moment, gdy była po prostu bardzo mocnym czempionem, bo świetnie zgrywała się chociażby z Irelią. Właśnie dlatego często wybieraliśmy Sejuani, nawet jeśli moje „erki” były na początku splitu totalnie fatalne (śmiech). Ta postać była zwyczajnie zbyt dobra w porównaniu do innych i to dlatego wyciągałem ją zarówno na scrimach, jak i w oficjalnych spotkaniach. To nie jest też tak, że taki styl gry mi w pełni odpowiada, bo chodzi wyłącznie o to, że jeśli dany czempion jest mocniejszy od pozostałych, to błyskawicznie go wybieram. Jeśli postać pasuje do naszych kompozycji, to ja muszę być w stanie zagrać na wysokim poziomie każdym bohaterem. 

Sporo topowych drużyn na Starym Kontynencie co chwila podejmuje Sejuani w oficjalnych meczach, a na dodatek każdy polski dżungler, nawet w LEC, lubi nią grać. Sejuani jest trochę „polskim” pickiem w dżungli. Niejednokrotnie wybieraliśmy też właśnie Olafa, z którego znany jest Inspired, ale w przypadku tego bohatera trzeba powiedzieć, że mimo wszystko jest to postać, która sporo walczy. 

Natomiast jeśli chodzi o postacie, którymi naprawdę lubię grać, to wskazałbym Elise. W każdej grze w Ultralidze pokazałem, że umiem wykorzystać walory tej bohaterki i zawsze pokazywałem się z dobrej strony, znacząco przyczyniając się do wygranych, a przynajmniej ja tak sądzę. Być może miałem jakieś słabsze momenty grając Elise, ale uważam, że pokazałem wszystkim, jak powinno się korzystać z tej postaci. 

Patrząc na poprzednie oraz trwający split, odnoszę wrażenie, że twój champion pool znacząco się poprawił. W tym sezonie Ultraligi pokazałeś mnóstwo postaci, podczas gdy w zerowej odsłonie byłeś kojarzony głównie z Gragasa i twoich bohaterów można było wyliczyć na palcach jednej ręki. W poprzednich drużynach byłeś jakoś ograniczany, czy coś innego sprawiło, że teraz nagle pokazujesz więcej postaci?

Chyba sam z siebie zacząłem grać większą liczbą czempionów. Oczywiście powiększenie wachlarza postaci nie jest wyłącznie moją zasługą, bo najzwyczajniej w świecie drużyna tego ode mnie wymagała. Im większą liczbą bohaterów dany zawodnik jest w stanie zagrać na dobrym poziomie, tym łatwiej jest draftować naszemu trenerowi, bo jesteśmy wówczas o wiele bardziej elastyczni. Poza tym uważam, że dżungler jest rolą, która zawsze cierpi w fazie picków i banów. Od zawsze dżunglerowi wybiera się bohatera w ciemno, bo trzeba pozwolić pozostałym graczom na zdobycie wygrywających matchupów w drafcie. I właśnie dlatego często grałem Sejuani, Jarvanem, Sylasem, Skarnerem czy też Olafem, bo to są czempioni, których można podjąć w ciemno. W większości gier w Rogue wybieraliśmy dżunglera już w pierwszej rotacji fazy wyborów.

Na polskiej scenie League of Legends mamy kilka solidnych organizacji, które ciągle informują fanów o tym, co aktualnie robią ich zawodnicy. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, gdzie znajdują się gracze DV1, jak często bootcampuje iHG czy też piratesports. Jednakże o akademii Rogue wiemy tyle, co nic. Czym jest spowodowany ten brak informacji na wasz temat i co tak naprawdę zapewnia wam Rogue?

Rogue postanowiło szczególnie skupić się na swoim głównym składzie, co raczej nie powinno nikogo dziwić, bo przecież w pierwszym splicie w LEC zespół zaliczył fatalny wynik. W wiosennej rundzie faktycznie organizacja mówiła nieco więcej na temat akademii, ale teraz absolutnie musiała postawić wszystko na podstawowy zespół i to jest jak najbardziej zrozumiałe. Mimo wszystko Rogue daje nam dobre warunki na to, żeby się rozwijać i myślę, że jest w porządku jako organizacja.

W tym splicie zmieniła się także jeszcze jedna bardzo ważna rzecz w akademii Rogue, a mianowicie chodzi o waszego trenera. Z drugim zespołem nie pracuje już Blumigan, a nRated, czyli weteran europejskiej sceny. Jak wygląda współpraca z byłym wspierającym SK Gaming? Jakim jest człowiekiem i przede wszystkim jakim jest trenerem?

Szczerze mówiąc nRated wbrew pozorom jest bardzo dobrym ziomeczkiem. Christoph jest świetną osobą i chociaż z twarzy wydaje się strasznie poważnym człowiekiem, to w rzeczywistości jest niesamowicie zabawny i powiedziałbym, że nie jest naszym trenerem, a dobrym kumplem. Oczywiście poprawia aspekty naszej gry, ale nie określiłbym go jako szkoleniowca, który wyłącznie nas ciśnie i chce wyników za wszelką cenę. Gdybym miał opisać go w paru słowach, to chyba najlepiej pasować będzie: „kumpel, który przy okazji jest też trenerem”. Jeśli chodzi o jego wiedzę, to jest o wiele lepiej niż myślałem. Zdecydowanie nie mam powodów do bycia niezadowolonym z tego, że organizacja dała nam takiego, a nie innego szkoleniowca. Myślałem, że nRated nie będzie miał szczególnie dużej wiedzy, zwłaszcza po trzech latach przerwy od profesjonalnego LoL-a. Gra zmienia się z miesiąca na miesiąc, a co dopiero po takim czasie. W momencie, gdy  rywalizował on na Rifcie, LoL nie był zbytnio dynamiczną grą, a teraz wszystko zmieniło się praktycznie o 180 stopni. To już jest zupełnie inna produkcja, ale nRated jakoś się w tym wszystkim odnalazł i znacząco nam pomógł w tym splicie. Nie mogę powiedzieć nic złego na jego temat.

W jednym z wywiadów dla naszego serwisu przed rozpoczęciem bieżącego splitu mówiłeś, że jako Rogue Esports Club jesteście głównymi faworytami Ultraligi. Ta pewność siebie raczej nie brała się znikąd. Możesz wyjaśnić mi co sprawiało, że z góry założyłeś, iż ta drużyna może z łatwością sięgnąć po trofeum?

devils.one od początku było dla nas jedynym przeciwnikiem jeśli chodzi o Ultraligę. Tylko od razu trzeba sobie powiedzieć jasno, że w tej drużynie nie ma ani jednej osoby, która występowała w LEC. Oczywiście nie wliczam Cinkrofa, bo jego przygoda z Origen w EU LCS nie trwała długo. Granie dla podupadającej drużyny, która w zasadzie walczyła już tylko z przymusu, raczej nie pozwoliło mu na nabranie doświadczenia z najwyższej klasy rozgrywkowej. To się nie liczy. Z drugiej strony my mieliśmy HeaQ, który długo grał w EU LCS, a Selfie również przez długi czas tam występował. Poza tym porównując składy na papierze oraz biorąc pod uwagę naszą wiedzę na temat gry, wiedziałem, że wszystko wypada na naszą korzyść. 

Dodatkowo uważałem wtedy, że na każdej pozycji mieliśmy graczy lepszych od pozostałych uczestników Ultraligi. HeaQ był o wiele silniejszy od reszty stawki. Raxxo jest porównywalnie utalentowany, co Erdote. Na midzie oczywiście Selfie, do którego nikt nie miał podjazdu zarówno pod względem umiejętności indywidualnych, jak i wiedzy o grze. Finn z kolei zagrał już kilka gier w LEC i według mnie był lepszy od Agresivoo. Zresztą widzieliśmy jego występy w tym splicie LEC, gdzie pokazał, że jest niepodważalnie mocniejszy od Tobiasza. Podsumowując, gdy przed startem Ultraligi przyjrzałem się wszystkim aspektom, to wiedziałem, że jesteśmy po prostu lepsi od przeciwników.

Z jednej strony mamy przykład Luckera, na którego wylano wiadro pomyj za powiedzenie, że jest najlepszym ad carry, z drugiej natomiast niemalże każdy przyklaskuje Piratom za agresywne sociale. Czy w Polsce opłaca się budować image przesadnie pewnego siebie zawodnika? Uważasz, że polska społeczność League of Legends już do tego dorosła, czy może wręcz przeciwnie?

Myślę, że my mimo wszystko nie przesadzaliśmy z pewnością siebie. Zdarzyło się oczywiście, że Selfie wyskoczył z jakimś ostrzejszym tekstem względem Kashtelana, ale wydaje mi się, że nigdy nie rzucaliśmy zbyt pochopnymi komentarzami i nie pokazywaliśmy wybujałego ego. Zawsze wiedzieliśmy, że drużyną, która jest naszym jedynym konkurentem, jest devils.one. I chyba każdy fan LoL-a w Polsce zdawał sobie z tego sprawę. Nasza pewność siebie była uzasadniona i nie była wyssana z palca.

Gracze w Polsce ograniczają się do napisania wyłącznie o tym, o której godzinie rozpoczynają spotkanie oraz o tym, jaki był końcowy wynik tego meczu. Esport w Polsce nie jest nudny, ale sami zawodnicy są straszliwie nudni. I o ile o mediach społecznościowych samych organizacji możemy powiedzieć, że są w porządku, tak kanały graczy są absolutnie przeciętne i niczym nie wyróżniające się. Widzimy przecież memy Piratów, filmiki Illuminar Gaming czy devils.one, ale trzeba postawić sprawę jasno. To jest content organizacji, a nie graczy. Zawodnicy nie robią nic, bo polscy fani często linczują ich za to, co napisali w postach. Polska społeczność LoL-a powinna przestać wykorzystywać wszystko to, co powiedzieli gracze, przeciwko nim. Niemniej jednak rozumiem, że po przegranej grze można napisać konstruktywną krytykę, która jest poprawna.

Sam podałeś przykład Luckera, który powiedział parę słów za dużo, a potem nie dał rady poprzeć tego wynikami w fazie zasadniczej i od razu był wyzywany przy każdej okazji lub wyśmiewany. To jest za mocne. Takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. I nawet jeśli powiedział, że jest naljepszy, to czy naprawdę zasługiwał na taką falę hejtu przez cały split? Właśnie przez takie sytuacje rodzimi gracze są strasznie nudni w mediach społecznościowych, bo najzwyczajniej w świecie boją się, że zostaną zlinczowani przez fanów. 

A te braki interesujących treści na profilach graczy prowadzą przecież do tego, że żadna osoba zainteresowaną ligą nie zacznie obserwować zawodnika, bo i po co miałaby to robić? Jeśli obserwujesz profil organizacji, to nie musisz dodatkowo patrzeć na pięć kont graczy, którzy napiszą ci dokładnie to samo: „cześć, gramy o 18:00”. Po co miałbym zaśmiecać sobie Twittera czy Facebooka, dlaczego mam dać im lajka, jeśli to nie jest ani trochę ciekawe? Gracze nie potrafią pokazać swoich emocji, nieczęsto prezentują pasję do gry, ani nic z tych rzeczy. 

Tydzień temu wbrew wszelkim oczekiwaniom ulegliście w finale Ultraligi. Co tak naprawdę stało się w tej serii z waszej perspektywy, że ostatecznie musieliście uznać wyższość devils.one?

Porównam tę sytuację do tegorocznego Mid-Season Invitational i pojedynku Invictus Gaming przeciwko Team Liquid. Doublelift i spółka wygrali 3:1 przeciwko iG, które dzierżyło tytuł mistrzów świata. Czy zawodnicy Invictus myśleli o sobie w kategorii gorszych graczy po tej porażce? No nie. Myślę, że tak samo jest w naszym przypadku, bo nie jesteśmy słabszą drużyną od devils.one. Mieliśmy tragiczny dzień, jeśli chodzi o naszą dyspozycję na finałach Ultraligi. DV1 oczywiście też miało problemy, bo musiało występować ze zmiennikami i rotować Agresivoo i Sinmivakiem na pozycjach. Jednakże uważam, że to całe zamieszanie jak najbardziej wyszło im na dobre. devils.one było w tym finale o wiele bardziej agresywne niż wcześniej z Matislawem. Tym razem podejmowali więcej walk w początkowej fazie rozgrywki, grali lepsze early niż w poprzednim BO5. Wykorzystali swój defekt na swoją korzyść, bo trudno było ograć ich w fazie wyborów. Musieliśmy przygotować zupełnie inny draft, a wszystkie analizy przeciwników, które otrzymaliśmy od naszego sztabu na kilka dni przed meczem, były absolutnie bezużyteczne. Dowiedzieliśmy się o tych zmianach dopiero na kilkanaście godzin przed rozpoczęciem małego finału, co zrujnowało nasze przygotowania. Mimo wszystko gdybym miał jasno określić to, co zawiodło, to raczej powiedziałbym, że po prostu mieliśmy gorszy dzień. I nie chcę tutaj w żaden sposób podważać ich triumfu. devils.one zasługiwało na wygraną w tamten dzień i słusznie zdobyło mistrzostwo. To jest fakt. Takie były realia i gratuluję im z całego serca.

Z perspektywy czasu mogę jednak powiedzieć, że devils.one ograło nas swoimi własnymi siłami tylko w piątej mapie, bo w poprzednich czterech starciach to my głównie kontrolowaliśmy sytuację. Przegrywaliśmy przez to, że popełnialiśmy wtedy niewyobrażalną liczbę błędów. Liga Legend to gra błędów, ale trzeba pamiętać, że należy być w niej również aktywnym, a devils.one w tych czterech mapach było pasywne oraz grało głównie reaktywnie. Oni sami byli zaskoczeni, że wygrali. Cinkrof w czwartej grze wyciągnął przecież Malphite’a, gdzie sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział jaki podjąć pathing w dżungli oraz jakie przedmioty kupić. Oni sami zdziwili się, że wygrali czwartą mapę i wydawało mi się, że przed jej rozpoczęciem podświadomie się poddali. Czułem, że grali tak, jakby już nic nie mieli do stracenia, dlatego wybrali tak dziwne rzeczy, jak Malphite. Wszyscy obstawiali, że to my zejdziemy ze sceny z uśmiechami na twarzach i sądzę, że gracze devils.one przed tą serią podświadomie również tak myśleli. Widząc ich ogromną radość po zwycięstwie wiedziałem, że oni sami się tego nie spodziewali. My też nie braliśmy tego pod uwagę, ale mieliśmy fatalny dzień i popełniliśmy masę tragicznych błędów. Nie zasługiwaliśmy tego dnia na wygraną, ale nie mogę powiedzieć, że jesteśmy od nich gorsi. 

Kiedy usłyszeliśmy o niedyspozycji Matislawa, wszyscy fani od razu założyli, że z łatwością ogracie DV1. Okazuje się jednak, że brak podstawowego midlanera rywali bardziej wam przeszkodził niż pomógł. 

devils.one z Matislawem w składzie stara się rozegrać początkową fazę meczu bardzo spokojnie, bez podejmowania większego ryzyka. Ta zmiana na Sinmivaka oraz Czajka na midzie była dla nich idealnym momentem, żeby nas w końcu zaskoczyć. Nie mieli nic do stracenia, więc starali się rzucić na głęboką wodę i atakować dużo częściej niż zwykle. Poza tym w drafcie musieliśmy banować takie postacie, które zarówno Agresivoo, jak i Sinmivak mogliby wyciągnąć na Summoner’s Rift. Wykluczaliśmy Sylasa, który ewidentnie był komfortowym wyborem Agresivoo na środkową alejkę, co widzieliśmy przecież w meczu z iHG. Nigdy w życiu nie zbanowalibyśmy Sylasa, gdyby na środku grał Matislaw, bo on po prostu nie gra często tą postacią. Te zmiany wyszły na ich korzyść i znakomicie wykorzystali swoje „osłabienie”. 

Grałeś już na wielu lanach, w tym także na finałach Polskiej Ligi Esportowej, gdzie widzieliśmy publiczność i sporo fanów obu walczących zespołów. W studiu Polsat Games mamy ograniczoną liczbę miejsc. Ciekawi mnie jednak kwestia tego, jakie odczucia w takiej sytuacji ma sam zawodnik walczący o wysoką stawkę. Jak wyglądał doping na miejscu, jak wszystko zostało zorganizowane i jakie odczuwałeś emocje podczas starcia?

Myślę, że to jest spory problem Ultraligi. Polsat Games na ten moment nie posiada areny przygotowanej do kibicowania, a ewentualna publiczność znajduje się dosłownie w samym środku studia, bo fani są oddaleni parę metrów od komentatorów. Sądzę też, że Ultraliga powinna ograniczyć liczbę zapraszanych przez daną organizację osób, bo podczas finałów wymknęło się to spod kontroli. Nie mam za złe włodarzom devils.one tego, że na finały Ultraligi wysłali całe zaplecze szkoleniowe oraz osoby związane z mediami społecznościowymi i tworzeniem treści. Jednakże przyprowadzanie na miejsce uczestników Esports Skills Camp było totalnie niepotrzebne, bo te dzieci zwyczajnie przeszkadzały. To mimo wszystko były dzieci, które przyjechały do EPC głównie ze względu na zainteresowanie Fortnitem, a i tak zabrano je na finały Ultraligi. Z jednej strony mieliśmy profesjonalne studio i w pełni poważne finały Ultraligi, a z drugiej masę dzieci. 

To ilu fanów DV1 niezwiązanych bezpośrednio z organizacją lub z Esports Skills Camp mogłeś zauważyć na miejscu w studiu Polsatu? 

devils.one kibicowała tylko organizacja. To nie byli fani, tylko członkowie organizacji lub uczestnicy obozu Fortnite. Zresztą trudno powiedzieć, że byli tam jacykolwiek fani, którzy przyszli oglądać League of Legends samo w sobie, bo na miejscu znajdowały się głównie osoby związane z Rogue lub DV1. Szczerze mówiąc nie miałbym z tym żadnego problemu, gdyby te dzieciaki były zainteresowane League of Legends, a to jednak były osoby mające zajawkę na Fortnite’a. Ultraliga powinna przykładać większą uwagę do takich spraw i przydzielać równą liczbę wejściówek dla każdej z uczestniczących w rozgrywkach organizacji, bo jeśli w studiu jest tak dużo osób, to jest to również przeszkoda dla graczy. Dodatkowo wydaje mi się, że jeśli wchodzisz do studia i widzisz trzydzieści czy czterdzieści osób z devils.one, to jednak podświadomie działa to niekorzystnie na psychikę. To po prostu nieprzyjemne i myślę, że miejsca przydzielane dla organizacji powinny w końcu zostać unormowane. Nigdy nie widziałem, żeby Illuminar Gaming czy inne organizacje przyprowadziły ze sobą aż tyle osób. 

Wróćmy jednak do samego spotkania. Jakie uczucia towarzyszyły ci po tej porażce? Miało być mistrzostwo, a jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

Wyszedłem ze studia wcześniej, co oczywiście było nieprofesjonalne, ale pod wpływem emocji zszedłem ze sceny i poszedłem do łazienki przemyć twarz. Nie wierzyłem w to, że przegraliśmy ten finał. A jeśli chodzi o pierwsze uczucia po porażce, to na pewno był to zawód. Ogromny, cholerny zawód. Większość osób stawiała na to, że wygramy Ultraligę, że ogramy devils.one, dlatego było mi nieprawdopodobnie smutno, że zawiedliśmy. Taki rezultat nie powinien mieć miejsca i byłem z tego powodu strasznie zażenowany. W pierwszej grze serii za bardzo się stresowałem, co jest dość normalne na lanach, ale gdybym lepiej panował wtedy nad emocjami, to być może cały mecz wyglądałby inaczej. Wydaje mi się, że teraz każdy z nas obwinia samego siebie, mówiąc sobie, że mógł zagrać o wiele lepiej. I to nie tak, że te emocje w magiczny sposób zniknęły i już zapomnieliśmy o przegranej, bo to nadal świeża rzecz. Jesteśmy zawiedzeni i jest nam cholernie przykro, bo nastawialiśmy się na zwycięstwo. Popłakaliśmy chwilę, ale teraz trzeba przygotować się do EU Masters, bo to jest turniej, który liczy się najbardziej, jeśli chodzi o scenę półprofesjonalną. 

Przed wami European Masters, ale o awans do głównej części turnieju będziecie musieli powalczyć w fazie play-in. A o miejsce w kolejnym etapie nie będzie łatwo, bo przecież oprócz was znalazło się tam kilka mocnych formacji. Mamy Vitality.Bee, EXCEL UK, Origen BCN czy też BIG. Jak oceniasz wasze szanse, biorąc pod uwagę te zespoły oraz sam format zawodów?

Szczerze mówiąc wcześniej nawet nie zastanawiałem się nad tym, jak wygląda format fazy play-in, bo nigdy nie wyobrażałem sobie, że będę musiał w tym uczestniczyć. Mimo wszystko naszym rywalem będzie m.in. bardzo dobre Vitality.Bee, gdzie na co dzień gra Saken, który subował już w głównym składzie, gdy Jiizuke nie mógł wystąpić. Sam Saken pokazał się wtedy naprawdę dobrze, przez co na pewno należy się go obawiać. Poza tym jest jeszcze BIG, które bez przerwy melduje się w finałach najważniejszych turniejów w Niemczech. Origen BCN oraz EXCEL UK to również dwa świetne zespoły, a reprezentanci Anglii mają zawodników z LEC, więc jest parę mocnych przeciwników. Jedynie FALKN i ASUS ROG ELITE nie będą się raczej liczyć w walce o awans. Niemniej jednak uważam, że jeśli dobrze się przygotujemy, będziemy w pełni skupieni na grze i zagramy na naszym poziomie, to łatwo przebijemy się do głównego etapu. W weekend mieliśmy jeszcze wolne, ale od poniedziałku ostro trenujemy i musimy dać z siebie wszystko. Wydaje mi się jednak, że nawet jeśli każda z drużyn uczestniczących w fazie play-in, włącznie z nami, zagra na 100% swoich możliwości, to będziemy lepsi od reszty stawki. Jesteśmy faworytem fazy play-in i chcemy pokazać wszystkim, że porażka z devils.one była tylko wpadką.

A co sądzisz o formacie European Masters? Wiele razy słyszeliśmy już o tym, że jest to absolutnie brutalny turniej.

Brutalni to byli kiedyś gladiatorzy na arenach w starożytnym Rzymie. Tego formatu nie powinno się określać jako brutalny, tylko jako głupi. Ten system jest kompletnie nieprzemyślany i bardzo nieprofesjonalny. Taki format nie powinien mieć miejsca, bo granie losowych BO1 w grupach to jest jakiś nieśmieszny żart. Rogue w ubiegłym splicie nie wyszło z fazy grupowej EU Masters, co jest nie do pomyślenia. Ówczesne Rogue było nieprawdopodobnie mocną formacją, a mimo wszystko nie dało sobie rady, bo zostało zaskoczone w BO1. Ten format jest po prostu słaby i wydaje mi się, że rozgrywki grupowe nie pokazują realnego potencjału drużyn z poszczególnych regionów. Jeśli nie pójdzie ci w jeden dzień, to nagle może okazać się, że musisz rozgrywać tie-break o wyjście z grupy, który również jest pojedynczą grą. Forma dnia jest tutaj niesamowicie ważna, a zwykły ból głowy czy nawet katar może sprawić, że nie awansujesz do play-offów. 

Mając na uwadze wszystko to, co powiedziałeś przed chwilą, zapytam wprost. Czy gracze nadal patrzą na EU Masters w kontekście trampoliny do LEC? 

Oczywiście, że tak. Nawet jeśli EU Masters ma bardzo niepoprawny format zarówno w etapie play-in, jak i w fazie grupowej, to nadal jest to turniej, na który patrzy każdy w Europie. Mamy przykład Misfits Premier, którego gracze wskoczyli do głównego składu w LEC, gdy pierwszy zespół zaczął notować słabe wyniki. Wszystko dlatego, że sztab szkoleniowy wiedział, jak radzą sobie na scenie oraz do czego są zdolni w grze. Gracze jak najbardziej myślą o EU Masters w perspektywie magicznego portalu do LEC oraz lepszych ofert z lig regionalnych. Jeśli uda nam się dobrze pokazać na tych zawodach, to będzie to kluczowe dla naszych karier.


Faza play-in European Masters rozpoczyna się już w najbliższy poniedziałek, 9 września. Do kolejnego etapu zmagań, w którym czeka już między innymi devils.one, awansują tylko trzy z siedmiu formacji, dlatego też każde zwycięstwo będzie na wagę złota.

Obserwuj zawodnika na Facebooku – Marcin „Behave” Pawlak
 Śledź autora na Twitterze – Daniel Kasprzycki
Tagi: , , , , , , , , , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Nadciąga OMEN Turniej Akademicki. Studenci powalczą o nagrody w Teamfight Tactics

Kolejna inicjatywa akademicka pojawiła się na horyzoncie. Organizator rozgrywek T-Mobile Liga Akademicka, Marcin Rausch poinformował dziś, że w najbli...