fot. Daniel Ranki (https://twitter.com/daniranki)

Polski CS zdziesiątkowany wirusem przeciętności

W pierwszych tygodniach 2020 roku polski Counter-Strike udowodnił, że nadal choruje. Mimo zmyślnych lekarstw, kuracji, lewoskrętnej witaminy C i innych cudów na kiju cały czas toczy go choroba. Wirus przeciętności daje się we znaki i z każdym kolejnym Majorem nabiera na sile, fundując nam kolejne przykre niespodzianki.

Stwierdzenie to oczywiście w żadnym stopniu nie jest odkrywcze, bo o tym, że jest źle, wiemy już od dłuższego czasu. Zresztą, na łamach Cybersportu ukazał się już dziś tekst mojego redakcyjnego kolegi, który ukazuje swoje spojrzenie na sprawę, nie będę więc dublować tego, co zostało już napisane – tym bardziej że z tekstem Mr Gabrena się zgadzam. Zamiast tego podrzucę jednak liczby, które przynajmniej częściowo pozwolą ustalić, w którym momencie coś poszło nie tak. Kiedy tak naprawdę zeszliśmy z drogi, która może nie była drogą do sukcesu, ale pozwalała nam myśleć o samych sobie jako o członkach ścisłego grona czołowych nacji w Counter-Strike’u. Tym bardziej że wbrew obiegowej opinii nie było tak, że mieliśmy tylko Virtus.pro, a potem długo, długo nikogo.

Przecież podczas trzech z siedmiu pierwszych Majorów mogliśmy pochwalić się aż dziesięcioma naszymi rodakami, którzy stawali do walki o najwyższy na scenie CS-a laur. Regularnie też Polacy walczyli o awans przy okazji zamkniętych eliminacji i chociaż nie zawsze udawało się osiągnąć celu, to i tak nie było powodów do narzekań, bo coś się na naszym podwórku jednak kształtowało i było to niezłe. Problemy zaczęły się wraz ze zmianą systemu kwalifikacyjnego i wprowadzeniem Minorów, które wydłużyły drogę do Majora. Zbiegło się to też w czasie z kolejnymi roszadami w innych niż VP czołowych polskich składach, przez co w tamtym okresie faktycznie mogliśmy liczyć tylko na TaZa, NEO, pashę i spółkę.

Ale i to trwało do czasu, bo gdy Virtusi zaczęli mieszać w składzie i wyciągać ręce po bardziej wyróżniających się graczy, problemy zaczęły się na całego. Nie pomogło nawet zwiększenie liczby uczestników Majora wynikające z włączenia zamkniętych eliminacji do turnieju głównego w formie Fazy Nowych Pretendentów. Siła biało-czerwonego Counter-Strike’a spadała, chociaż przez jakiś czas nasze ekipy szły jeszcze w ilość – dzięki temu w zamkniętym etapie kwalifikacji do Minorów przed imprezami w Bostonie, Londynie i Katowicach mogliśmy oglądać od 11 do 21 Polaków. Kłopot w tym, że za tą ilością nie szła jakość i z każdym kolejnym turniejem liczba naszych rodaków, którzy dostali się na Minora, sukcesywnie spadała.

Wszystko to widać zresztą na poniższej tabeli:

Turniej Zamknięte el. do Minora Minor Zamknięte el. do Majora Major
Jönköping 2013 5
Katowice 2014 10 5
Kolonia 2014 5 5
Jönköping 2014 5 10
Katowice 2015 10 5
Kolonia 2015 10 10
Kluż-Napoka 2015 10 10
Columbus 2016 0 7 5
Kolonia 2016 5 0 5
Atlanta 2017 0 0 5
Kraków 2017 6 6 1 6
Boston 2018 15 10 6
Londyn 2018 11 5 6
Katowice 2019 21 0 0
Berlin 2019 5 0 1
Rio de Janeiro 2020 4 TBD TBD

Dziś nie walczymy już o to, by zagrać na Majorze. To są zdecydowanie za wysokie progi na te krótkie nogi. My walczymy, by w ogóle wystąpić na Minorze, co i tak z każdą kolejną próbą wychodzi nam coraz gorzej. W Berlinie podczas ostatniego przystanku eliminacyjnego nie było już żadnego Polaka, teraz przed Rio de Janeiro szansę ma teoretycznie czterech – każdy z nich spróbuje swoich sił jednak w zespole międzynarodowym, bo sami nie potrafimy stworzyć pięcioosobowego zespołu zdolnego do rywalizacji na takim poziomie. I na nic tłumaczenia o morderczym systemie z ogromną liczbą spotkań BO1. Inni przecież dają radę awansować, prawda?

Śledź autora na Twitterze – Maciej Petryszyn

Tagi: , , , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Pozamykane drzwi

Nie minął nawet tydzień od spektakularnego sukcesu Complexity Gaming w fazie grupowej BLAST Premier Spring Series, a na międzynarodową formację zdążył...