fot. ESL/Bart Oerbekke

Zaskoczenia i rozczarowania IEM Katowice 2020

Intel Extreme Masters Katowice 2020 był bez wątpienia jedną z najciekawszych imprez CS:GO ostatnich miesięcy, a może nawet ostatnich lat. Do stolicy Górnego Śląska przyjechało przecież 12 z 15 najlepszych zespołów na świecie, w tym cała pierwsza dziesiątka rankingu HLTV. W rozmowie z naszym portalem Danny „zonic” Sørensen, szkoleniowiec Astralis, przyznał nawet, że nie przypomina sobie tak silnie obsadzonych zawodów z udziałem jego podopiecznych. Finalnie okazało się, że uchodzący za faworytów Duńczycy skończyli swoją katowicką przygodę na półfinale, a pierwsze skrzypce w turnieju zagrały Natus Vincere i G2 Esports. Niemniej drużyn, które pozytywnie zaskoczyły w Katowicach, było zdecydowanie więcej. Tych, które zawiodły też sporo.

Rozczarowania

Team Liquid
fot. ESL/Helena Kristiansson

Choć pierwsza połowa 2019 roku bezsprzecznie należała do Teamu Liquid, tak w miarę upływu czasu gracze z Ameryki zaczęli oddawać inicjatywę swoim bezpośrednim rywalom. Jakkolwiek trudno w przypadku drużyny regularnie meldującej się w play-offach największych imprez mówić o kryzysie, to bez wątpienia wyniki osiągane od przerwy wakacyjnej przez Nicholasa „nitr0” Cannellę i spółkę nie były imponujące. Niemniej wraz z nadejściem nowego roku karuzela rozkręciła się na nowo, a wszystkie formacje przystąpiły do rywalizacji właściwie z czystą kartą. Po rozgrzewce w postaci BLAST Premier, czy ICE Challenge przyszedł czas na pierwszy poważny sprawdzian w postaci IEM Katowice. Sprawdzian, którego Liquid może nie oblało, ale zasłużyło co najwyżej na słabą tróję za swój występ. Najpierw przyszła porażka w finale grupy z G2 Esports, a później, w meczu o zdecydowanie większą stawkę, klęska w ćwierćfinale z Natus Vincere. To wszystko złożyło się na kolejny niezadowalający występ i jest jednoznacznym dowodem, że po drużynie, która wygrywała turniej za turniejem, nie ma już śladu. Dużo pracy czeka sztab szkoleniowy TL w najbliższych tygodniach.

mouesports
fot. ESL/Helena Kristiansson

Gdy przyjeżdżasz na turniej jako druga siła świata, presja jest rzecz jasna ogromna. Trudno jednak brać to jako tłumaczenie słabego występu, bo przecież to nierozerwalny aspekt gry na najwyższym poziomie. Tym bardziej że popularne Myszy nie przedostały się nawet do fazy pucharowej, w decydującym pojedynku grupowym ulegając przeciętnemu do tej pory 100 Thieves. Nieobecność mouz w Spodku musiała być więc odebrana jako sensacja, bo międzynarodowy skład miał w Katowicach walczyć o puchar. Wskazywały na to jego ostatnie wyniki, w tym odniesiony kilka tygodni temu triumf na ICE Challenge. Niemniej na polskiej ziemi czar prysł – zamiast rozdającej heady piątki niezwykle zmotywowanych graczy zobaczyliśmy niemrawą formację, pokonującą w Katowicach jedynie TYLOO i MAD Lions. Czy to weryfikacja gloryfikujących słów na temat wielonarodowościowej drużyny? Okazja do rehabilitacji już niebawem – zaraz startuje przecież ESL Pro League.

Zaskoczenia

100 Thieves
fot. ESL/Bart Oerbekke

Docierając do ćwierćfinału IEM Katowice 100 Thieves zamknęło usta niejednemu krytykowi. Choć jakby nie patrzeć, trudno było chwalić popularnych Złodziei za występ na BLAST Premier, podczas którego ci przegrali oba mecze i zajęli ostatnie miejsce w grupie. Niemniej do Katowic Justin „jks” Savage i kompani dotarli całkowicie odmienieni, stąd też jakiekolwiek negatywne słowa na temat ich występu byłyby mocno przesadzone. Choć początkowo zapowiadało się na kolejny blamaż, wszakże 100T na start turnieju przegrało z G2, zdobywając w całym spotkaniu jedynie pięć punktów na dwóch mapach, to koniec końców kosztem mouz czy Evil Geniuses międzynarodowy skład zgarnął miejsce w play-offach. Wygranie wszystkich trzech spotkań w dolnej drabince grupy B musiało smakować doskonale, bo udowodniło, że warto wierzyć do końca i nawet w obliczu tak koszmarnego startu imprezy nie tracić nadziei na sukces. A miejsce w top 6 tak silnie obsadzonego turnieju jest doskonałą nagrodą za ciężką pracę.

G2 Esports
fot. ESL/Helena Kristiansson

Jeśli obserwowaliście światową scenę Counter-Strike’a na pewno zauważyliście spory progres w grze G2 po dołączeniu Nemanji „nexy” Isakovicia i Nemanji „huNtera-” Kovača. Niemniej wytypowanie uczestnictwa wielonarodowościowej piątki w wielkim finale IEM-a było gwarantem solidnego zastrzyku gotówki. O podopiecznych Damiena „MaLeka” Marcela mówiło się wprawdzie jako o drużynie solidnej, ale chyba nie na tyle mocnej, by ograć w dwóch mapach Team Liquid, czy oprawić z kwitkiem mocne ostatnimi czasy Fnatic w półfinale zawodów. Występ w niedzielnym meczu trzeba wprawdzie przemilczeć, ale niech nie obniża on oceny pracy zespołu na przestrzeni całego tygodnia spędzonego na Śląsku. O sile Natus Vincere przekonali się przecież wszyscy, nawet urzędujący liderzy rankingu HLTV, czyli gracze Astralis. Po tak bolesnej porażce w finale G2 ma sporo materiału do analizy, a jeśli go wykorzysta, w kolejnych tygodniach bez wątpienia będzie ekipą walczącą o najwyższe laury.

Tagi: , , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Izak: VALORANT zagrozi przede wszystkim CS-owi

W ostatnim czasie wiele znanych na esportowej scenie osobistości otrzymało możliwość przetestowania wersji alpha VALORANT – najnowszej gry FPS ze staj...