fot. Blizzard

Największym problemem Overwatcha jest… Blizzard

Był taki czas, gdy Overwatch był naprawdę popularną grą. Naprawdę, nie bujam was, chociaż wiem, że dziś słowa te mogą wydawać się żartem albo nawet kłamstwem. Ale na serio, gdy gra Blizzarda się ukazała, ludzie z miejsca rzucili się na nią, wygłodniali nowej formuły na skostniałym rynku pierwszoosobowych strzelanek. A Blizzard… Jak to Blizzard – wylał dziecko z kąpielą.

Overwatch był jedną z tych gier, które elektryzowały społeczność. Fakt faktem koncepcja hero shootera była czymś świeżym. Dziś mamy na rynku Quake Champions, VALORANTA czy Rainbow Six: Siege, które w większym lub mniejszym stopniu także posiadają cechy bohaterskich strzelanek, ale wtedy na przełomie 2015 i 2016 roku efekt wow był. Przeniosło się to też na esportowe poletko, bo scena OW powstała jeszcze w czasach bety. Coraz bardziej znane organizacje waliły drzwiami i oknami, a część z nich zostawała na dłużej, bo Overwatch był nośny i każdy chciał móc się z nim powiązać. Także gracze, którzy wcześniej rywalizowali w Counter-Strike’u czy Quake’u, skrzętnie się przebranżawiali, by próbować swoich sił na nowym poletku. Ale tak było do czasu.

Bo potem Blizzard uznał, że dość tej esportowej samowolki. Zapowiedziano projekt franczyzowej globalnej ligi, po czym… na wiele miesięcy włodarze firmy nabrali wody w usta. A organizacje nie wiedziały za bardzo, co mają robić. Czekać? Odejść? Wiele z nich z uwagi na niepewne jutro  wybrało tę drugą opcję i tak ze sceny zniknęły tak uznane marki, jak Fnatic, Complexity Gaming czy też Team Liquid, nigdy już potem na nią nie wracając. Oczywiście inne formacje wykupiły potem miejsce w nowo powstałej Overwatch League, ale chyba nikt nie powie, że stagnacja, w jaką esportowy Overwatch wpadł między zapowiedzią OWL a jej oficjalnymi narodzinami, była czymś zdrowym.

Ale Blizzard nie uczy się na błędach i skrzętnie je powiela. Dowód? Zimą 2019 roku otrzymujemy oficjalną zapowiedź Overwatch 2. Dostajemy świetny cinematic, do których Zamieć zawsze miała rękę, i… tyle. Żadnej daty premiery, żadnego konkretnego i jednoznacznego wyjaśnienia jak w ogóle dwójka będzie mieć się do jedynki. Wiemy natomiast, że do czasu premiery drugiej części liczba nowej zawartości w części pierwszej zmniejszy się drastycznie. I tak ostatnia postać w OW ukazała się w marcu 2020 roku, czyli już pięć miesięcy temu. Z kolei ostatnia nowa mapa datowana jest na kwiecień, ale… 2019. Co gorsza, nie wiemy jak długo przyjdzie nam czekać na ponowne rozruszanie tej machiny, bo na ten moment data premiery OW 2 pozostaje nieznana. Tak jak cena czy też ewentualna obniżka dla posiadany OW 1.

Do tego wszystkiego dochodzi też nadmierne dostosowywanie gry pod zawodowców kosztem casualowych graczy. Blokada 2-2-2 wydawała się ciekawym pomysłem, ale w praktyce odebrała grze nutkę kreatywności. Co prawda mamy pewność, że nasz skład nie będzie się już składać z sześciu DPS-ów, bo przecież każdy musi grać jako Hanzo albo Wdowa, ale z drugiej strony nigdy też już nie powstanie nic na wzór mety GOATS. Czasowe banowanie postaci w ogóle było już pomysłem kompletnie chybionym, bo trudno, by ktoś, kto poświęcił wiele godzin na mainowanie postaci, czuł zadowolenie z faktu, że ktoś mu tę postać (nawet czasowo) odbiera. Doliczyć można też przeniesienie transmisji z Twitcha na YouTube’a bez przygotowanej wcześniej opcji dropienia specjalnej waluty, która z pewnością przyciągała widownię i wiele innych dziwnych, nietypowych i trudnych do wyjaśnienia decyzji.

W efekcie dziś Overwatch może „pochwalić się” (o ile to odpowiednie słowo) już tylko ułamkiem dawnej chwały. Dziś ludzie grają w CS:GO, grają w VALORANTA albo w Fortnite’a. Overwatch nie ma natomiast nic do zaoferowania, bo przez nieprzemyślane zmiany oraz trwający obecnie stan zawieszenia stał się zwyczajnie mało atrakcyjny. W grze nie ma obecnie nic, co mogłoby przyciągnąć nowych graczy, a i starzy raczej nie mają powodów, by przy niej pozostać.

Ale cóż, w obliczu tego, czym dziś jest Blizzard, trudno byś zaskoczonym. Firma, która kiedyś wyznaczała standardy jakości, dziś jest na dobrą sprawę tylko pustą nazwą. Premiery kolejnych produkcji Zamieci to już nie jest święto, bo studio zatraciło czynnik ludzki i stało się typową korporacją nastawioną na czysty zysk, która bardziej od opinii i nastrojów środowiska patrzy na słupki. Oczywiście wszyscy patrzą na słupki, ale w niektórych firmach podejmuje się próby balansu między zyskiem a zadowoleniem fanów. W tym wypadku już tak nie jest.

Nie macie telefonów? – zapytał jeden z przedstawicieli firmy, gdy fani podczas prezentacji Diablo Immortal wybuczeli nową grę mobilną, o którą wcale nie prosili. Ale ja zapytam inaczej: – Blizzard, nie macie przyzwoitości?

Śledź autora na Twitterze – Maciej Petryszyn

Tagi: ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Było trudniej niż zwykle, ale cel osiągnięty – paTiTek i spółka w play-offach Allied Esports Odyssey

Po czterech seriach starć G2 Esport może być już pewne awansu do play-offów Allied Esports Odyssey. Trudno jednak nie zauważyć, że tym razem Patryk "p...