STS
fot. Turner Sports/ELEAGUE

Jedyne takie Cloud9

To najbardziej szalony sposób, by wygrać Majora. Nie mogło być trudniej. Nie byli faworytami, byli underdogami, zdecydowanie byli underdogami, ale zrobili to dla całej Ameryki Północnej. Skadoodle wygrał Majora! To jedna z najbardziej niesamowitych historii, jakich byliśmy świadkami. Północnoamerykański zespół wygrywa Majora w Ameryce Północnej. To naprawdę niesamowite. W ten sposób komentatorzy emocjonowali się w […]

To najbardziej szalony sposób, by wygrać Majora. Nie mogło być trudniej. Nie byli faworytami, byli underdogami, zdecydowanie byli underdogami, ale zrobili to dla całej Ameryki Północnej. Skadoodle wygrał Majora! To jedna z najbardziej niesamowitych historii, jakich byliśmy świadkami. Północnoamerykański zespół wygrywa Majora w Ameryce Północnej. To naprawdę niesamowite.

W ten sposób komentatorzy emocjonowali się w nocy z 28 stycznia na 29 stycznia. To właśnie tego dnia miał miejsce uważany przez wielu za najpiękniejszy w historii wszystkich Majorów mecz finałowy. Mecz, w którym naprzeciwko siebie stanęły murowany faworyt, FaZe Clan, a także reprezentujące gospodarzy Cloud9, które wcześniej wielokrotnie uciekało spod katowskiego topora. A jednak po czterogodzinnym boju to podopieczni valensa wznieśli w górę cenny puchar. To był najlepszy skład C9 w historii – nigdy przedtem ani też nigdy później ekipa nie potrafiła choćby zbliżyć się do szczytu, nie mówiąc nawet o wejściu na niego.

Przez lata Cloud9 było zespołem, który generalnie się lubiło. Przez kadrę przewijali się przecież powszechnie darzeni sympatią Hiko, shroud czy też n0thing, brakowało jednak sukcesów. To znaczy, jakieś tam były, ale raczej pojedyncze, przez co można było odnieść słuszne wrażenie, że w najważniejszych momentach gracze zza oceanu zawodzą. Tak przez lata było także na zawodach o randze Majora. Dość powiedzieć, że w trakcie pierwszych siedmiu występów drużyny na turniejach o takim statusie tylko raz udało jej się wywalczyć status legendy. Miało to miejsce w 2014 roku w Kolonii, gdy C9 dopiero na Majorze debiutowało. Ba, zdarzyło się nawet, że zawodnicy nie byli w stanie w ogóle na tak ważną imprezę się dostać, czego świadkami byliśmy pod koniec 2016 roku w Atlancie. Co ciekawe, zaledwie półtora miesiąca wcześniej n0thing i spółka mogli świętować sensacyjne mistrzostwo czwartego sezonu ESL Pro League.

I tak to przez lata wyglądało, że Cloud9 zdecydowanie nie było z Majorami po drodze. Nadzieją na zmianę tego stanu rzeczy był rozgrywany w ojczyźnie organizacji ELEAGUE Major Boston 2018. Zresztą, owe nadzieje wzmogły się jeszcze, gdy gracze valensa przeszli przez fazę nowych pretendentów niepokonani, ogrywając po drodze m.in. Team Envy i mousesports. Bardzo szybko jednak można było dojść do wniosku, że C9 gra jak nigdy, a kończy jak zawsze. W fazie nowych legend reprezentanci gospodarzy zaczęli fatalnie, uznając wyższość nie tylko G2 Esports, ale i Space Soldiers. – Po prostu przygotowywaliśmy się tak bardzo, że aż za bardzo. To wpłynęło na nasze flow, przez co nie graliśmy tego, co gramy zwykle. Zawsze próbowaliśmy kontrować, staraliśmy się myśleć nad tym, co oni mogą zrobić, zamiast skupić się na tym, co mamy robić my – tłumaczył później ten słaby start autimatic. Ale nie było miejsca na rozpamiętywanie przeszłości, bo na gardłach zawodników C9 znalazł się nóż eliminacji. Fakt ten musiał podziałać na skład niezwykle motywująco, bo ten już nie przegrywał. Zamiast tego ekipa gładko rozprawiła się kolejno z Virtus.pro, Astralis i Vega Squadron, dzięki czemu dopiero po raz drugi w swojej historii znalazła się w gronie legend.

Wówczas można było podejrzewać, że to szczyt jej możliwości. W top 8 zostali przecież już tylko najlepsi, którzy bezlitośnie wykorzystają każdy błąd, a Cloud9 wcześniej od błędów tych nie stroniło. A tu niespodzianka – G2 rozgromione w ćwierćfinale, SK Gaming zaskakująco łatwo ograne w półfinale! Nadszedł więc wielki finał. Finał, przed którym sceptycy mówili „no dobra, ale teraz w końcu muszą przegrać”. Nieprawda, Cloud9 niczego nie musiało – co najwyżej mogło. To na FaZe spoczywała znacznie większa presja. Zbudowany za ogromne pieniądze i naszpikowany gwiazdami skład czekał na triumf na Majorze jak na zbawienie. Wydawało się, że jest na niego skazany. – Sądzę, że mają naprawdę dobrych graczy. Brakuje im po prostu nieco zgrania jeżeli chodzi o grę drużynową. Jestem pewny, że 0-2, od którego zaczęli, nie pokazuje w pełni, na co ich stać. Wiem, że stać ich na o wiele więcej i teraz to udowadniają – komplementował swoich rywali lider FC, rain. Mimo to nikt nie spodziewał się tego, co później oba zespoły nam zafundowały.

Już pierwsza mapa, Mirage, zaczęła się od mocnego uderzenia w wykonaniu gospodarzy. Ci mimo gry w ataku prowadzili już 8:2, ale bynajmniej nie był to jeszcze koniec, bo FaZe tuż przed przerwą zdążyło nieco zmniejszyć swoją stratę, by w drugiej połowie przejąć inicjatywę. Mimo to losy wygranej ważyły się do samego końca, a my oglądaliśmy fantastyczny pojedynek dwóch snajperów. Po jednej stronie GuardiaN z 26 fragami na koncie, po drugiej zaś Skadoodle z jedną eliminacją więcej. Koniec końców jednak to Słowak miał więcej powodów do radości, bo jego zespół rzutem na taśmę zatriumfował 16:14. Niemniej wbrew temu, czego można się było spodziewać, nie dało to Europejczykom dostatecznego kopa, bo na Overpassie lepszy start znowu zanotowało C9. Co więcej, tym razem gracze valensa zachowali koncentrację aż do końca, chociaż FaZe robiło wszystko, by jeszcze powalczyć o comeback. Ale do żadnego comebacku nie doszło, a Cloud9 dzięki zwycięstwu 16:10 wyrównało stan meczu. Potrzebna była więc decydująca mapa.

Mapą tą było Inferno, na którym oba zespoły wyglądały wcześniej nieźle i zanosiło się, że może nas czekać naprawdę wyrównany pojedynek. Tak zresztą było, bo żadna z piątek nie potrafiła na dłużej zdominować rywala. Zamiast tego oglądaliśmy jak to jedna, to druga ekipa na chwilę przejmowała inicjatywę, niemniej ostatecznie wydawało się, że to FaZe będzie górą. Europejczycy mieli przed sobą cztery rundy meczowe, byli w gazie, a NiKo z GuardiaNem grali świetnie. Co mogło pójść nie tak? Ano wiele rzeczy. Np. C9 mogło się niespodziewanie przebudzić, by w dramatycznych okolicznościach doprowadzić do dogrywki. A w tej było jeszcze bardziej dramatycznie i potrzebne było aż jedenaście dodatkowych potyczek. Potyczek, po których cała Agganis Arena wybuchła, przepełniona ekstazą. Cieszyli się kibice, cieszyli się gracze, nawet komentatorzy byli uradowani, bo na naszych oczach pisała się fantastyczna historia. Kilka tygodni pełne zarówno wzlotów, jak i bolesnych upadków, a wszystko po to, by ostatecznie móc spijać szampana z pucharów dla mistrzów.

To było najlepsze Cloud9 w historii i nie ma nawet co z tym dyskutować. Tamtego dnia północnoamerykańska scena esportowa na pewno nie poszła wcześnie spać, bo zdecydowanie było co świętować. Zanosiło się, że przed nami teraz fantastyczny czas dla całego NA, które w końcu doczekało się ekipy zdolnej do wygrywania z największymi. Piątka valensa miała na stałe wejść do grona drużyn traktowanych jako te najpotężniejsze. Nie sprawdziło się z tego nic. Ba, już dwa miesiące później mistrzowski skład zaczął się powoli kruszyć – jako pierwsi wypadli Skadoodle, który ogłosił zakończenie kariery, oraz Stewie2K, którego skusiła oferta z SK. Później tą samą drogą podążył też tarik, a C9 jak szybko rozbłysło, tak szybko zgasło. Zespół nie potrafił udźwignąć ciężaru oczekiwań, jaki spadł na niego po wygraniu Majora i poniekąd stał się ofiarą własnego sukcesu. Stała się nią także sama organizacja, która od tego czasu próbuje powrocić chociażby w okolice szczytu. Stosowano już różne filozofie – ściągano doświadczonych graczy, zaangażowano obiecujący skład z regionu, a ostatnio powierzono zadanie budowy ekipy w ręce Henry’egoG. Wydaje się jednak, że takie Cloud9, jak wtedy w styczniu 2018 roku już nie będzie. Bo było to Cloud9 jedyne w swoim rodzaju.

Śledź autora na Twitterze – Maciej Petryszyn

Tagi: , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Trener Snax czeka na uczniów. Przed nami czwarty tydzień projektu SkillFactor

Po Pawle "Saju" Pawelczaku, Grzegorzu "SZPERZE" Dziamałku i Pawle "innocencie" Mocku przyszła pora na Janusza "Snaxa" Pogorzelskiego. To właśnie trium...