Magia kina i bas, który łamie żebra
Ci z was, którzy trochę głębiej siedzą w plotkach lokalnej społeczności, z pewnością wiedzą, że Rift Legends Winter 2026 LAN nie obyło się bez... potknięć. Swoje podsumowanie chciałabym jednak zacząć od tego, co zdecydowanie wyszło. Przeniesienie rozgrywek do sali kinowej to strzał w dziesiątkę. Każdy, kto doświadczył kiedykolwiek oglądania League of Legends na wielkim ekranie, wie, jak takie otoczenie wpływa na naszą percepcję. Ogromny ekran kinowy w połączeniu z potężnym nagłośnieniem sprawiły, że każdy rzucony czar, zdobyty smok czy udany teamfight dosłownie wgniatały w fotel.
Siedząc gdzieś pośrodku tego ponad półtysięcznego tłumu, z zawodnikami na wyciągnięcie ręki, można było chłonąć każdy element wydarzenia całym sobą. Na przekór logice i wszelkim zgryźliwym komentarzom, weekendy takie jak ten dają ten promyk nadziei, że polski esport jednak jeszcze nie umiera.
Potęga dopingu i niezrównana moc fanów podczas Rift Legends
To jednak nie tylko miejsce i organizatorzy czynią lany udanymi. W wielu wręcz wypadkach niewiele zwraca się bowiem uwagi na wszystkie detale dziejące się poza sceną. W miejscach takich jak to, wszystko opiera się głównie o publikę. I uwierzcie mi, Panowie i Panie, we Wrocławiu ta dała z siebie absolutnie wszystko. Trybuny Rift Legends Winter 2026 LAN nie cichły nawet na ułamek sekundy. Na sam początek ukłon należy się kibicom Onion Teamu, którzy rozgrzewali tłum już od samego otwarcia sali.
Co jednak działo się potem, sprawiło, że momentami zastanawiałam się, czy nie pomyliłam turnieju LoL-a z trybunami piłkarskiej Ekstraklasy. Tutaj, ponownie, na pokłon zasługują w szczególności wielbiciele dwóch formacji. Kiedy zawodnicy Barczącej wychodzili na swój inauguracyjny mecz, sala dosłownie eksplodowała. Fani tej ekipy zgotowali graczom ogłuszający, zorganizowany doping, z każdą minutą udowadniając, że stara gwardia polskiego League of Legends wciąż budzi wiele emocji.
Z drugiej strony barykady nie było wcale ciszej. Kibice Forsaken postanowili nie dać się zagłuszyć. Ich starcia z devils.one oraz Bomba Teamem elektryzowały całą salę, a riposty, śpiewy i czysta, niespożyta energia sprawiały, że ściany Kina Nowe Horyzonty autentycznie drżały. Dawno nie widziałam tak nakręconej publiki. W moich uszach do teraz trochę dzwoni, ale było warto.
Co jest jeszcze bardziej imponujące, w momencie, gdy losy dalszych rund stały pod znakiem zapytania, znaczna część widowni pozostała niewzruszona. Trybuny, wbrew wszelkim obawom, nie opustoszały, dając szansę ostatnim zespołom na pojedynek przed publiką.
Tradycji musiało stać się zadość
Dobra, po takiej fali zachwytów już pewnie zaczynacie zakładać, że "redaktorka biased, na pewno jej za to zapłacili". Przejdźmy więc do tego, co jednak skonfrontowało wszystkich z szarą rzeczywistością takich przedsięwzięć na lokalnej scenie. Nie oszukujmy się – to by nie był prawdziwy polski LAN, gdyby wszystko poszło gładko i zgodnie z harmonogramem. Hasło "Absolute Cinema", towarzyszące eventowi jeszcze pewnie przez bardzo długo, nie niesie ze sobą przecież pozytywnych konotacji.
Na samym początku naszego wyjazdu na Rift Legends Winter 2026 LAN na naszych mediach społecznościowych pojawiło się bingo. Odważnie umieściliśmy w nim okienko z przerwą techniczną trwającą ponad 15 minut. Był to niemal pewniak. Chyba jeszcze żaden LAN w historii polskiego LoLa nie odbył się bez takowych. Nikt się jednak nie spodziewał tego, co rzeczywiście nas spotka.
Złośliwość rzeczy martwych uderzyła już pierwszego dnia. Kłopoty z siecią? Obecne. Brak synchronizacji dźwięku? Jak najbardziej. Crashe klienta gry w najmniej odpowiednich momentach? Klasyk. W pewnym momencie już nawet biurko okazało się u kogoś problemem.
Chronobreak, wszędzie chronobreak
Sobota dla widzów Rift Legends była jednak pełna przewrotów. Na koniec dnia podsumowałam, ile czasu nabiło się na moim stoperze, odpalanym przy każdej przerwie technicznej. Musiałam w końcu zweryfikować bingo. Było dużo momentów, w których pauzy trwały raptem po kilka sekund. Już nawet powolutku traciłam nadzieję na zaliczenie tego oczka.
Aż nagle na scenę weszli panowie z Orbit Anonymo oraz LODIS. Walka wrze, drużyny przepychają się w niesamowicie wyrównanym pojedynku. Wyskakuje szary ekran. Na sali cisza. Pierwsze przejawy niepewności zaczęły pojawiać się dopiero przy około 5. minucie. W końcu to nie było nasze pierwsze rodeo. Poprzednie problemy rozwiązywane były w mgnieniu oka.
Po 27 minutach zadecydowano o pierwszym chronobreaku. Reszta spotkania rozegrana była bez większych potknięć. I wtedy wydarzyło się niesławne starcie Barcząca kontra Docisk. Mecz niczym walka w pingponga. Co teamfight, to inne perspektywy. I bam, w połowie jednej z potencjalnie decydujących walk – przerwa. Na scenie widać niezadowolenie graczy. Po twarzy Pawła "Woolite'a" Pruskiego przechodzi fala zdenerwowania. On wstaje z fotela. My siedzimy. Czekamy. Ponoć problemy z pingiem.
Po nastu minutach ogłoszono drugi chronobreak wydarzenia. Powrót do gry na kilka sekund. Problem powraca. W tym momencie nie jestem już pewna, czy przy następnej przerwie chronobreak był ogłoszony raz jeszcze, czy to już skandowania publiki rozmyły moje poczucie rzeczywistości. Po 1,5 godziny rozbijanych pauz i trzymania nas w niepewności przyszła decyzja o zgodzie na remake.
Nie ukrywam, ja do ostatniego meczu w sobotę nie wytrwałam. Dzień był długi, zmęczenie wygrało z moją cierpliwością, więc starcie Forsaken z LODIS oglądałam już z hotelowego pokoju. Ogromny szacunek dla zawodników, którzy dokonali odważnego wyboru grania o tak późnej porze, ponieważ mecz rozpoczął się dopiero po północy. Część spotkań została zaś przełożona na niedzielę lub do dalszych ustaleń.
Nowe chanty publiczności
Kiedy siedziałam w półmroku kinowej sali, za każdym razem, gdy szary ekran pojawiał się nad naszymi głowami sygnalizując przerwę, zaczynałam z ciekawości przeglądać reakcje fanów na X. To, co tam się działo, to było czyste złoto. Hashtag wydarzenia płonął od ironicznych wpisów i memów o powrocie do korzeni polskiego esportu (czyli oglądania ekranu pauzy). Czat na YouTube przypominał rynsztok pełen narzekań, wylewania żali i spamowania klasycznymi copypastami. W internecie trwał festiwal frustracji.
A co działo się w tym czasie na samej sali? Coś niesamowitego. Chyba każdy przy zdrowych zmysłach spodziewał się gwizdów i buczenia. Zamiast tego jednak zastałam... niesamowitą integrację publiczności. Zamiast linczować organizatorów, wygłodniali esportu kibice zaczęli puszczać po sali meksykańskie fale i intonować kolejne przyśpiewki. To był ten moment, kiedy pomyślałam: "Cholera, syndrom sztokholmski czy po prostu miłość do tej gry?". Publika we Wrocławiu zdała egzamin z cierpliwości na szóstkę z plusem.
"Chronobreak" stało się jednak oficjalnie najczęściej powtarzanym chantem na widowni do samego końca eventu. Okrzyki przy każdej pauzie, niezależnie od tego, czy była ona spowodowana mikrofonem, glitchem czy krzywym krzesłem, słychać było nie tylko w odbiornikach, ale pewnie też na drugim końcu galaktyki.
Walentynkowy cringe, czyli co działo się w kuluarach
Gdy akurat nie trzeba było śpiewać o kolejnym restarcie pojedynku, działo się sporo w samym foyer. Organizatorzy Rift Legends upchnęli tam bowiem kilka atrakcji. Mieliśmy stoiska drużyn, gdzie można było przybić piątkę z graczami i zgarnąć merch, oraz obowiązkowy punkt programu – Legends Academy z Fryderykiem "Veggim" Kozłem, który dbało o to, by było co robić w przerwach pomiędzy meczami. Lokalne kawiarenki robiły też wszystko, by graczom i publiczności poziom kofeiny we krwi nie spadł poniżej poziomu krytycznego.
A ponieważ wydarzenie wypadło na 14 lutego, nie mogło zabraknąć wątków miłosnych. Organizatorzy zafundowali nam Kiss Cam, co – jak możecie się domyślić w środowisku graczy – wywołało zdrową dawkę śmiechu zmieszanego z lekkim "cringem". Widok par (i przypadkowych kumpli) na wielkim ekranie w sercu Wrocławia dodawał temu wszystkiemu ludzkiej twarzy. Nie ukrywam, że mi osobiście ten wątek do gustu niekoniecznie przypasował. Zwłaszcza że był tam ze mną mój partner, więc narażona byłam na niechcianą uwagę. Chowaliśmy się za każdym razem, gdy Pan Operator jakkolwiek wkraczał w naszą strefę komfortu. Niemniej nie będę tej inicjatywy mierzyć własną miarą. Jestem kanapowym gremlinem, który nie do końca odnajduje się w takim sytuacjach. I choć podejrzewam, że wiele osób na sali mogło podzielać mój punkt widzenia, reakcje publiczności pozwalają mi wierzyć, że znacznej części tam obecnych pomysł przypadł do gustu. Zwłaszcza że wielu odważnych samców zdecydowało się przyprowadzić tam swoje towarzyszki.
Całość dopełniały świetnie zrealizowane wstawki wideo prezentujące zawodników – w końcu mogliśmy zobaczyć ich w „filmowym” wydaniu na wielkim ekranie, co budowało klimat godny największych światowych turniejów. No i wisienka na torcie: humorystyczny panel walentynkowy transmitowany w przerwach. Słuchanie pro-playerów próbujących doradzać w sprawach sercowych było dokładnie tak absurdalne i zabawne, jak brzmi. Jeszcze bardziej komiczne były zaś ich zaloty względem siebie nawzajem. Kto przeoczył – polecamy nadrobić.
Słodko-gorzki, ale obiecujący start Rift Legends Winter 2026
Czy był to event idealny? Absolutnie nie. Problemy techniczne mocno wybijały z rytmu i dla widza przed monitorem mogły być wręcz nie do zniesienia. Ale z perspektywy kogoś, kto tam był, krzyczał razem z fanami, przeżywał wszystkie emocjonalne wzloty i upadki z każdym wygranym lub przegranym pojedynkiem na scenie – to było wciąż wydarzenie warte przeżycia. Czy był to event zorganizowany z wielkim rozmachem? Nie. Było skromnie, z raptem jednym stoiskiem sponsorowanym i dwoma lub trzema stolikami przygotowanymi przez same drużyny. Niemniej ten kameralny format pozwolił fanom rzeczywiście się zintegrować. Ludzie zagadywali do siebie w kinowym holu, zbierali się w grupy, łapiąc się po teamowych koszulkach. Rozmowy nie miały końca, sala wrzała od wrażeń. I z mojej osobistej perspektywy to są właśnie te momenty, które sprawiają, że praca w tym biznesie jest warta wielu poświęceń. Tam skumulowana jest esencja esportu. Wzloty, upadki, fani, wspólna pasja.
Jeżeli jesteście ciekawi relacji na żywo z Rift Legends podobnych wydarzeń, koniecznie śledźcie nasze media społecznościowe:
Na bieżąco możecie też oglądać wywiady, zarówno z graczami, jak i osobami pracującymi na zapleczu esportu, na naszym kanale YouTube.