dycha: devils.one wolało zarabiać na EPC zamiast wpuszczać do niego swoich zawodników

Trwający rok rozpoczął się od głośnej roszady personalnej w składzie najlepszej polskiej drużyny CS:GO reprezentującej wówczas Team Kinguin. Ekipę Wiktora „TaZa” Wojtasa niespodziewanie wzmocnił Paweł „dycha” Dycha, zawodnik o ogromnych umiejętnościach, którego rozwój spowolnił ban na platformie FACEIT oraz rzucane w jego stronę liczne oskarżenia kwestionujące jego uczciwość. 21-latek wykorzystał swoją szansę wyśmienicie, z miejsca wkraczając na salony rodzimej sceny i w pewnym stopniu uciszając wymierzone w jego osobę ataki. W rozmowie z naszym portalem gracz Aristocracy prześledził ostatnie kilka miesięcy swojej kariery, rozjaśnił nieco zamieszanie związane z opuszczeniem przez jego zespół szeregów devils.one, a także odniósł się do przyszłości swojej i swoich kompanów. Zapraszamy!


Marcin Gabren: Jak zaczęła się twoja przygoda z CS-em? Kiedy uznałeś, że jest to coś, na czym chcesz się skupić, oprzeć swoje życie?

Paweł „dycha” Dycha: W sumie nigdy o tym w ten sposób nie myślałem. Grałem po prostu, bo ludzie mieli o mnie taką i owaką opinię. Wierzyłem w to, że pojawi się kiedyś szansa, żeby się pokazać, ale nie sądziłem, że przyjdzie tak szybko i nie sądziłem, że z takiej drużyny.

W pewnym momencie przypięta została ci łatka oszusta na podstawie manualnego bana od administratorów FACEITA. Ty utrzymujesz, że była to niesłusznie przyznana kara.

Zgadza się, admini do tej pory nie potrafią wyjaśnić, za co właściwie zostałem zbanowany.

Jak bardzo bolało, że przez długi czas nie mogłeś udowodnić swojej niewinności, w opinii pewnej części społeczności po prostu pozostając cheaterem?

Było ciężko, ale starałem się o tym po prostu nie myśleć.

Z drugiej strony obawy kibiców mogły być w pewnym stopniu uzasadnione – w końcu gracz o tak wysokich umiejętnościach prędzej czy później powinien pojawić się na jakimś lanie, co w twoim przypadku nie miało miejsca. Dlaczego?

Nie miałem nigdy nic przeciwko jeżdżeniu na jakieś lany, ale ludzie bali się brać mnie do jakiegokolwiek zespołu, także… Ja nie nalegałem, ludzie nie prosili.

A czułeś, że mogłeś zrobić coś więcej, by rozwiązać swoją trudną sytuację?

Czy mogłem zrobić coś więcej? Trudno powiedzieć. Wierzyłem po prostu, że pojawi się szansa, jeżeli mnie odbanują. Wierzyłem, że coś się pojawi, po tym jak ban wygaśnie, ale nie przypuszczałem, że stanie się to tak szybko.

Przed ofertą od ekipy TaZa próbowałeś swoich sił w Piaście Gliwice i Invizy, z którym udało się pokonać AGO i Izako Boars w PLE. Dlaczego nie udało się wtedy zbudować czegoś trwalszego?

Tutaj już bardziej zadziałała psychologia ekipy. Niektórzy gracze po prostu nie chcieli wystarczająco dużo trenować, olewali sprawę. Na krótką metę było w porządku, ale na dłuższą już raczej średnio.

Jak dowiedziałeś się, że ówczesny Team Kinguin jest zainteresowany twoimi usługami?

Napisał do mnie Mariusz [Loord – przyp. red.], to było jeszcze w grudniu przed świętami. Nie napisał jeszcze wtedy, że chodzi o ich skład, tylko tworzą pewien projekt i czy chcę w nim wziąć udział. Napisałem, że spoko, żeby odezwali się po prostu po tych świętach.

A jak dowiedziałeś się już, że chodzi o testy w najlepszej drużynie w Polsce, to jaka była twoja pierwsza reakcja? Dotarło do ciebie od razu, że to jest ta szansa?

Czy do mnie dotarło? Na początku stwierdziłem, że daję sobie ostatnią szansę, że jeżeli teraz mi się nie uda z takimi ludźmi, to odpuszczam sobie całkowicie grę. Nie mogę powiedzieć, że to był stracony czas, ale poświęciłem tej grze mnóstwo czasu, a dostawałem tylko biczem w plecy. Nigdy nic się nie udawało, ludzie zawsze tylko widzieli jakiś problem. Czy pokazywałem się z dobrej czy złej strony, ludzie zawsze znajdowali jakieś minusy. Odkąd chłopaki dali mi szansę, wszystko odwróciło się do góry nogami.

Pierwsze wspólne treningi były szokiem ze względu na nieporównywalnie wyższy poziom jeśli chodzi o kwestie drużynowe?

Nie. Poziom jest wyższy, ale szybciej się do niego przystosowałem niż do tych gorszych przeciwników. Wolę grać na lepsze drużyny, wolę grać też na lanie niż z domu.

Z wypowiedzi Loorda czy TaZa wynika, że bardzo szybko zespół zdecydował się postawić na ciebie, nie testując już nawet Sobola czy Vegiego. Był jakiś moment, w którym poczułeś, że to rzeczywiście może się udać; że staniesz się częścią tej drużyny?

Nie, nie odczułem czegoś takiego. W trakcie moich testów nigdy nie miałem takiego uczucia, że już mnie wybiorą. Codziennie grałem najlepiej jak mogłem, starałem się i to tyle. Więcej filozofii w tym nie było.

Na początku roku nie graliście zbyt wielu oficjalnych gier, skupiając się raczej na treningach. Potrzebowaliście czasu, by na dobre wprowadzić cię do drużyny, wypracować pewne schematy?

Chodziło o ustawienia na wszystkich mapach, wytłumaczenie jakichś podstawowych taktyk. Nie da się od razu dołączyć do drużyny i grać wszystkiego. Wtedy chłopaki mieli jeszcze przerwę od oficjalnych spotkań, także jeżeli graliśmy jakiś oficjalny mecz, to nie tylko ja byłem troszeczkę zestresowany, ale było widać też po nich, że bardzo im zależy, że po prostu chcą wygrać. A że graliśmy wtedy w nowym składzie, to nakładało to jeszcze dodatkowy stres, że trzeba się jeszcze lepiej pokazać.

Jak wiele wiedzy zdołałeś wyciągnąć od swoich znacznie bardziej doświadczonych kolegów w trakcie tych pierwszych wspólnych tygodni?

Na pewno gram jeszcze troszeczkę za szybko, ale nauczyłem się tego, by być po prostu spokojnym w grze, jakoś za bardzo się nie tiltować czy podczas jakieś akcji nie świrować, bo to nic nie daje. Chłopaki powiedzieli mi, że lepiej być spokojnym, a ja też należę do takich graczy. Nie lubię podejmować szybko decyzji, wolę rozegrać coś wolniej i mieć więcej czasu zamiast grać na wariata. Przy chłopakach czuje się pewnie w grze i poza nią.

A jak z twojej perspektywy twój transfer do ekipy TaZa odebrała społeczność? Mam wrażenie, że nawet jeśli z początku niektórzy mieli jakieś wątpliwości, to z każdym kolejnym meczem i turniejem było ich coraz mniej.

Są i fani, i hejterzy. Powiem, że zaraz po moim dołączeniu do drużyny większość ludzi cały czas była na minus. Teraz, po pierwszym i drugim etapie Pro Ligi, myślę, że takich osób jest już mniej. Widzę też, że gdy wrzucam jakieś posty po meczach, to ludzie piszą do mnie w prywatnych wiadomościach, komentarzach, gdzie tylko mogą i kibicują mi. Jeżeli mam zły humor, to kibice go poprawiają.

W końcu nadszedł twój pierwszy lan w karierze, eliminacje do GG League w Warszawie. Czułeś, że w przypadku słabszego występu znów mogą odżyć oskarżenia w twoim kierunku? Siedziało ci to gdzieś z tyłu głowy?

Nie, totalnie się tym nie przejmowałem. Bardziej miałem w głowie to, jak ja zagram sam dla siebie. Przejmowałem się jako ja, czy zagram dobrze, a nie tym, że ludzie będą mnie osądzać. Czy zagram mega dobrze czy mega źle, to oni zawsze i tak coś sobie znajdą.

Koniec końców twój zespół wygrał, ty zagrałeś naprawdę dobre zawody. Ten turniej zapamiętasz chyba na całe życie?

Może na całe to nie, to tylko jeden z polskich turniejów bez jakichś bardzo dobrych drużyn. Mieliśmy kilka trudniejszych spotkań, w których musieliśmy wracać do gry, ale bardziej będę wspominał ESL Pro League niż GG League.

Właśnie, kilka tygodni później nadszedł czas na ESL Pro League, do której przygotowywaliście się praktycznie od początku roku. Pierwszy mecz z FaZe, czyli de facto twoje pierwsze lanowe starcie ze światową czołówką, nie poszedł po waszej myśli. Z czego wynikała tak duża dysproporcja – wy zagraliście tak słabo czy rywal tak dobrze?

O ile dobrze pamiętam, to FaZe wcześniej wygrało BLASTA, także wrócili z niego po prostu będąc w ogniu. Wiedzieli, że nie jesteśmy dla nich zbyt mocną drużyną, pewnie się nami za bardzo nie przejmowali, zagrali po prostu swoje. My też byliśmy trochę przygaszeni tym, że oni właśnie wygrali turniej. Za bardzo się skupiliśmy, żeby zagrać pod nich i niestety nie wyszło.

Dzień później doszło do pamiętnego meczu z NiP-em, w którym na decydującym Nuke’u razem z mouzem byliście kluczowymi postaciami dla triumfu. To był taki mecz, który udowodnił ci, że „Tak, jestem w stanie walczyć z każdym na lanie, jesteśmy w stanie wygrywać z najlepszymi”, czy już wcześniej byłeś tego pewien?

Jeszcze przed startem meczu z NiP-em wiedzieliśmy, że wygramy ten mecz. Nie wiem dlaczego, ale od początku dnia miałem przeczucie, że uda nam się wygrać. Szwedzi nie byli wtedy w jakiejś bardzo dobrej formie, ale strzelali naprawdę dobrze. Nie byłem jakoś skupiony na tym, by być w tym meczu topfraggerem, wszyscy po prostu robiliśmy swoje.

Następnym turniejem był LOTTO Puchar Zdobywców Pucharów, na którym po raz pierwszy w tym roku pojawiła się cała ścisła krajowa czołówka oprócz Virtus.pro. Jak możesz porównać rywalizację na rodzimej scenie z tą na międzynarodowej? Wielu graczy sugeruje, że trudniej im się gra przeciwko rodakom, a jak to wygląda u ciebie?

To prawda, z polskimi ekipami gra się trudniej niż tymi z europejskiej sceny. Pewnie dlatego, że rywalizujemy między sobą i każdy się jeszcze bardziej stara. Wolę grać z NiP-em niż z polskimi drużynami.

Zaraz po triumfie w Warszawie gruchnęła wieść, że opuszczacie devils.one. Czy ty w ogóle miałeś podpisany pełnoprawny kontrakt z organizacją? Bo jeszcze w Kinguin zostałeś zaprezentowany jako “zawodnik na testach”, a potem nie pojawiło się żadne oficjalne oświadczenie zmieniające ten stan rzeczy?

Od początku testów byłem zakontraktowany aż do momentu rozwiązania z umowy z devils.one.

Wypowiedzi TaZa czy sawika wskazują, że kości niezgody były dwie: kwestie wynagrodzenia oraz treningów w EPC. Ze strony organizacji czuć było pewien żal, że nie korzystaliście zbyt często z gotowej bazy w stolicy. Dlaczego nie spędzaliście w niej zbyt wiele czasu?

Nie chcę o tym zbyt wiele mówić. Powiem tylko tyle, że kiedy my chcieliśmy trenować, EPC było zajęte. Organizacja wolała zarabiać na nim zamiast wpuszczać do niego swoich zawodników.

Wśród strat jakie ponieśliście rozstając się z DV1 znalazły się właśnie dostęp do własnego centrum treningowego czy też sporego jak na polskie warunki zaplecza w postaci np. pani psycholog. Czy ty jako najmniej doświadczony zawodnik korzystałeś z pomocy pani Koperskiej? Pytam dlatego, że po twojej grze nie widać, by ciążyła na tobie jakaś ogromna presja.

Korzystałem, korzystałem. Miałem jakieś dwie rozmowy. To były takie pogadanki w stylu: „Co mogę zrobić między rundami, żeby po prostu nie odczuwać presji”. Bardziej złożonych rozmów jednak nie prowadziliśmy.

„My z kolei może trafimy do organizacji lub zbudujemy własny projekt na wartościach, które są nam najbliższe” – TaZ tak wypowiedział się w wywiadzie dla Weszło Esport, a jakiś czas później odrodziliście wspólnie Aristrocracy – brzmi to tak jakbyście w przypadku nieznalezienia nowej organizacji rozważali pójście w kierunku Astralis i stworzenie czegoś na własnych warunkach. Istnieje taka możliwość?

Istnieje taka możliwość, chociaż prowadzimy pewne negocjacje z pewnymi organizacjami. Czekamy na to, jak to się potoczy, a jeśli nie wypali, to pewnie zrobimy coś swojego.

Po sieci krążyły też doniesienia twierdzące, iż waszymi usługami zainteresowane jest Virtus.pro. Możesz je w jakikolwiek sposób skomentować?

Nic nie wiem o tych plotkach, lecz od siebie powiem tyle, że nigdy nie dołączyłbym do składu Virtus.pro, w którym grają teraz. Myślę, że gdybyśmy w piątkę dołączyli do VP, to też nie byłaby to zbyt dobra decyzja.

Skupmy się teraz na drugiej fazie grupowej EPL-a, którą już jako Arcy rozpoczęliście od wyboru Vertigo przeciwko HellRaisers, który się ostatecznie nie opłacił. To była zagrywka przygotowywana na wcześniejszym bootcampie?

Na bootcampie przygotowywaliśmy większość map, które chcieliśmy grać. Czemu wzięliśmy Vertigo? Stwierdziliśmy, że będzie to dla nas dobry ruch. Mieliśmy dobry start, prowadziliśmy bodajże 6:1 czy nawet 7:1. Gdy przegraliśmy force’a rywali, coś w nas po prostu pękło i nie było już tej samej komunikacji, tak jakbyśmy się pokłócili w grze.

A jak w ogóle oceniasz najnowszą arenę w puli map? Sporo ekspertów krytykuje ją, wskazując na monotonność rozgrywki.

Mapa jest troszkę niezbalansowana. Valve musiałoby coś jeszcze zmienić, dodać może inne wejścia na bombsite’y. Na razie wygląda to tak, że się podchodzi po prostu pod jeden BS, rzuca wszystkie granaty, jakie się ma i skanuje przez ściany.

Ostatecznie po wygranej z OpTic i porażce z Fnatic nie udało się dostać na finały światowe. Traktujecie ten wynik jako niepowodzenie czy może samo utrzymanie na kolejny sezon jest już sukcesem?

Od początku naszym celem było obronienie slota, drugi etap ligi był dla nas szansą, by awansować na finały. Oczywiście, jestem rozczarowany, bo mogliśmy ukąsić wszystkie trzy drużyny, jakbyśmy każdego dnia grali tak jak podczas drugiego czy trzeciego. Nikt nie jest jednak robotem, mecz meczowi nierówny, nie wygra się każdego. Gdyby się udało, byłoby super. Nie udało się, trudno, jest z czego wyciągać wnioski.

Tylko kiedy będziecie mogli to zrobić? Teraz czeka was wiele gier w ESL Mistrzostwach Polski, w weekend ruszają otwarte eliminacje do Minora. Czasu na treningi nie będzie zbyt wiele.

Rzeczywiście, musimy nadrobić troszeczkę meczów w ESL MP, ale na wyciąganie wniosków zawsze jest czas. Nawet jeśli nie teamowo, to indywidualnie.

A jak oceniasz szanse swojej drużyny, ale też pozostałych polskich ekip na awans do zamkniętych eliminacji do Minora? To pierwsza od dłuższego czasu sytuacja, gdy żaden polski skład nie otrzymał do nich zaproszenia.

Chciałbym oczywiście awansować, jest to dla mnie jeden z najważniejszych turniejów. Chciałbym zagrać nie tylko na Minorze, ale potem też na Majorze, ale jak to się potoczy, to nie wiadomo. Na pewno będziemy grać na 100 procent.

Twoja przygoda z rodzimą czołówką zaczęła się takim momencie historii polskiej sceny, gdy istnieje kilka ekip z szeroko rozumianej europejskiej czołówki, które od dłuższego czasu nie mogą jednak przekroczyć tej niewidzialnej granicy i na stałe wskoczyć poziom wyżej tak jak udało się to ENCE czy choćby Windigo. Z czego to twoim zdaniem wynika?

Nie wiem, trudno odpowiedzieć na to pytanie. Większość drużyn, gdy tylko zacznie im coś nie wychodzić, to robi zmiany. Gracze nie potrafią dłużej pograć w jednym składzie, jeśli coś im nie wychodzi, to od razu się kłócą. Na pewno brakuje cierpliwości, gdy chodzi o grę. Oczywiście nie jestem żadnym ekspertem, ale jeśli ktoś się dokładniej sprawie przyjrzy, to jest to od razu widoczne.

Powoli podsumowując już naszą rozmowę – jesteś częścią swojej ekipy już od prawie czterech miesięcy. Nad czym musicie dalej pracować, by wciąż się rozwijać?

U nas najwięcej pracy trzeba włożyć w komunikację. Jeśli między rundami będzie ona na wystarczająco dobrym poziomie, to będziemy wygrywać tak jak miało to miejsce choćby na początku meczu z Fnatic na Nuke’u czy z HR na Vertigo. Jeżeli będziemy kończyć mecze tak jak je zaczynamy, to myślę, że staniemy się jedną z najlepszych ekip w Europie.

Wybiegając w przyszłość i teoretyzując – czy gdyby na polskiej scenie z jakichś powodów zabrakło dla ciebie miejsca, dopuszczasz do siebie myśl o występach w składach międzynarodowych?

Teoretycznie… Gdyby nasze Aristocracy się teraz rozpadło, to myślę, że nie byłoby żadnego problemu ze zmianą regionu np. na Amerykę czy też z grą w jakimś europejskim miksie. Nie stanowiłoby to dla mnie żadnej różnicy.

Jakie cele – indywidualne i drużynowe – stawiasz sobie na resztę tego roku?

Na pewno chcielibyśmy zagrać na Minorze, Majorze, wygrywać jak najwięcej turniejów, na pewno podskoczyć trochę w rankingu HLTV. Indywidualne? Chciałbym być jednym z najlepszych zawodników w Europie. Mogę rywalizować z graczami takimi jak NiKo i s1mple, przekonałem się już o tym.


Śledź zawodnika na Twitterze – Paweł „dycha” Dycha
Śledź autora na Twitterze – Marcin Gabren
Tagi: , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

KubiK o Arcy vs VP: W końcu mecz, na który czekałem bardzo, bardzo długo

Starcie Wiktora "TaZa" Wojtasa przeciwko jego byłej drużynie, Virtus.pro, elektryzuje kibiców Counter-Strike'a w całej Polsce. Doświadczony gracz z pe...