fot. AVEZ Esport/Kamil Zieliński

Cieszmy się AVEZ, bo ostatnio nie było wiele powodów do radości

O tym, jak fatalnie 2020 rok zaczął się dla polskiego Counter-Strike’a, napisano już wiele. Wiele słów przelaliśmy na ekrany monitorów my, przelały je inne serwisy, zrobili to także kibice w mediach społecznościowych. Generalnie szkoda strzępić ryja, bo po co psuć sobie nerwy? Zwłaszcza w obliczu tego, że w końcu po raz pierwszy od dawna mamy się z czego cieszyć. Ową radość zagwarantowało nam AVEZ Esport – nie x-kom AGO, nie Illuminar Gaming, nie śp. robin hoodzi, ale właśnie AVEZ, które w nocy z niedzieli na poniedziałek zapewniło sobie bilet na lanowe eliminacje do FLASHPOINT w Los Angeles.

Ktoś mógłby powiedzieć, że radość z „takiego” sukcesu dobitnie obrazuje, w jak głębokiej dupie znalazł się nasz rodzimy CS. I pewnie będzie miał rację, nie zmienia to jednak faktu, że radość jest w pełni uzasadniona, bo na AVEZ nikt w tych kwalifikacjach nie liczył. Na AVEZ nikt nie stawiał ani też nikt nie spodziewał się, że młody zespół, którego średnia wieku ledwo przekracza 20 lat, postawi się o wiele wyżej notowanym od siebie drużynom. HellRaisers, które jeszcze do niedawna grało w ESL Pro League? Łatwiutko. HAVU Gaming, które ostatni sezon ESEA Mountain Dew League zakończyło w czołówce? No prośba. Winstrike Team złożony w części z niezwykle doświadczonych graczy? Nope. Polacy nic sobie z tego nie robili, ale może to była kwestia właśnie tego braku presji, bo i Ośmiornice nie miały nic do stracenia. Przecież gdyby przegrały one z którymkolwiek z wyżej wymienionych rywali, to spotkałyby się co najwyżej ze stwierdzeniami „No tak, to było do przewidzenia, ale brawo za walkę”.

A jest to o tyle ciekawe, że przecież AVEZ w tym roku odniosło już pewne małe sukcesy. Sukcesy oczywiście mierzone własną miarą, ale nadal sukcesy. Przecież dla zespołu, który jeszcze kilka miesięcy temu w ogóle nie istniał, a niedawno awaryjnie musiał łatać lukę po odejściu jednego z graczy, awans do zamkniętych eliminacji do DreamHacka Open w Anaheim czy też miejsce w czołowej ósemce otwartych kwalifikacji do europejskiego Minora to są spore rzeczy. I co najważniejsze – rzeczy, które dla innych polskich zespołów były na dobrą sprawę nieosiągalne. Tutaj nikt nie pompował pieniędzy w uznane nazwiska, nikt nie prowadził wielomiesięcznych obserwacji. Po prostu skrzyknięto skład, a ten odpalił, z czego oczywiście cieszyć się trzeba, bo i ostatnio powodów do radości zbyt wiele nie ma.

Żeby nikt źle mnie nie zrozumiał – nie mam zamiaru pompować balonika i tworzyć z AVEZ potencjalnego kandydata do miejsca w top 15 rankingu HLTV, bo do tego daleka droga. Mniej więcej tak daleka, jak z mojego domu pod Szczecinem do Białegostoku i z powrotem. A przecież po drodze może pojawić się jeszcze ściana, której przeskoczyć się nie da. Ale tu nie o to chodzi, że MOLSI wraz z kolegami muszą zaraz jechać na Majora. Ba, nie chodzi nawet o to, że teraz mają jechać do USA i tam awansować do FLASHPOINT, bo jak nie to rozczarowanko. To, co jest najpiękniejsze w tym wszystkim, to fakt, że Ośmiornice się nie poddają. Nawet jeśli idzie im gorzej i mają po swojej stronie mniej argumentów, to starają się walczyć, by nie przegrać 2:16 albo 3:16, ale np. 11:16. Porażka to oczywiście nadal porażka, ale styl, w jaki się ją ponosi, wiele zmienia. I właśnie z tą myślą podejdę do udziału AVEZ w zawodach Los Angeles – oczekując zaangażowania i stylu.

Jeśli przy tym ponownie pojawią się wyniki, to cholera – jeszcze lepiej!

Śledź autora na Twitterze – Maciej Petryszyn

Tagi: , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Ranking polskich drużyn CS:GO by Cybersport.pl – 17 lutego 2020

– 1. Illuminar Gaming 3592 pkt mono – innocent – reatz – imd (t) 3 2. AVEZ Esport 3393 pkt MOLSI – KEi – kylar –...