fot. Riot Games

Nie żyją królowie, niech żyją królowie

W zeszłym roku emocje sięgały zenitu, kiedy świat przygotowywał się do finału Mistrzostw Świata League of Legends. Po jednej stronie barykady stawiło się FunPlus Phoenix. Chiński zespół posiadał skład złożony z najlepszych zawodników na swoich pozycjach w całym turnieju. Co więcej, ich synergia była niesamowita, co sprawiało, że wielu ekspertów jeszcze przed zdobyciem pucharu nazywało FPX najlepszą formacją w historii. Po drugiej stronie znalazło się G2 Esports, które wygrało do tamtej pory dosłownie wszystko, co w 2019 roku mogło. Organizacja Carlosa „ocelote’a” Rodrígueza Santiago posiadała już na swoim koncie dwa tytuły mistrza League of Legends European Championship oraz złoty medal zdobyty na Mid-Season Invitational. Na swojej drodze do serii w Paryżu pokonała ona między innymi DAMWON Gaming oraz SK Telecom T1.

Finał we Francji zapowiadał się niezwykle emocjonująco. Niestety, Europejczyków zjadła presja i dzisiaj wspominamy go głównie w kontekście memów na Twitterze. Niemniej, oba zespoły zapisały się w kartach historii jako potęgi, które za szybko nie powinny zostać zdetronizowane. Dzisiaj jednak, oceniając tegoroczne fazy zasadnicze Spring i Summer Splitu, można śmiało powiedzieć, że szybko zostały one obalone. Dlatego można zadać sobie pytanie – czy finaliści ubiegłorocznych Worldsów wrócą jeszcze na szczyt?

Miałeś, chamie, złoty medal

Większość z was zapewne śledzi poczynania Marcina „Jankosa” Jankowskiego i spółki na scenie LEC, stąd też nie muszę tłumaczyć, że dominujące G2, które mogliśmy oglądać jeszcze tej wiosny, przestało istnieć. Oczywiście, można wysunąć tezę, że Samuraje powoli wracają do swoich czasów świetności, jednakże z finalnym werdyktem poczekałbym do rozstrzygnięcia fazy pucharowej europejskich rozgrywek. W niedzielę wieczorem w pomeczowym wywiadzie polski leśnik przyjął standardową taktykę, mówiąc, że niezależnie od tego, z kim gra jego drużyna, wszystkich zmiażdży tak czy siak. Nadmierna pewność siebie rzadko zawodziła mistrzów MSI, jednakże mecz z Lwami może być kolejnym z niewielu, który pozostawi G2 z goryczą porażki.

fot. Riot Games

Jeszcze gorzej potoczyły się losy reprezentantów FunPlus Phoenix. Chiński zespół dosłownie ledwo dostał się do play-offów swojego regionu, plasując się na ósmej pozycji. Tej wiosny FPX nie zdołało powtórzyć sukcesu z zeszłego lata, wszak zajęło trzecie miejsce i nie obroniło tytułu. Nikt nie obstawiał jednak, że w drugiej części sezonu będzie aż tak źle. Kim „Doinb” Tae-sang i spółka musieli dosłownie walczyć o przetrwanie z formacjami pokroju wypalonego Royal Never Give Up.

Kiedy mogę jeszcze uwierzyć w ponowny występ G2 Esports na Worldsach, to wiarę w FunPlus Phoenix i szansę na obronę tytułu przez tę ekipę już straciłem. Przed Chińczykami długa i kręta droga, której przejście na obecną chwilę graniczy z cudem. Natomiast jeżeli chodzi o Europejczyków, to jestem w stanie wyobrazić sobie ich w Szanghaju, jednakże raczej nie jako najwyżej rozstawiona drużyna. Na Starym Kontynencie koronę przymierzają dwie inne ekipy i aż za bardzo do nich pasuje.

W pogoni za niedoścignionym samochodem

Skoro już o Europie mowa, to nie sposób nie wspomnieć o Fnatic, o ile ktoś jeszcze pamięta o zawodnikach w pomarańczowo-czarnych trykotach. Jeżeli G2 to lekki zjazd, a FPX to równia pochyła, to dyspozycję ekipy Martina „Rekklesa” Larssona można porównywać do wodospadów Wiktorii. Nie dość, że nachylona pod kątem 90 stopni w dół, to dna nie widać. No, może odrobinę przesadzam, ale jeśli spojrzymy na ten zespół z szerszej perspektywy, to moje porównanie będzie miało odrobinę więcej sensu.

fot. Riot Games

W 2018 roku Fnatic oddało wynikiem 0:3 Puchar Przywoływacza w ręce Invictus Gaming. Kolejny sezon był w porządku: ćwierćfinał Worldsów, wyrównane finały LEC przeciwko G2, w których zobaczyliśmy pełne pięć map. Biorąc pod uwagę utratę najlepszego gracza, były to akceptowalne rezultaty. A co mamy w 2020? Prędka klęska 0:3 w finale Spring Splitu i rekord 9-9 w fazie zasadniczej lata. Pozwolę sobie dodać, że trudno ogląda się ostatnio podopiecznych brytyjskiej organizacji w LEC, zwłaszcza w tych wygranych spotkaniach. Często odnoszę wrażenie, że to nie Fnatic zwycięża, a raczej to rywale na własne życzenie przegrywają. Najwyraźniej brak efektów pogoni za G2 zaczyna męczyć zawodników, więc może najwyższy czas na zmiany? Wstrzymam się na chwilę obecną z werdyktem, jednakże nie widzę formacji Szweda w samolocie do Chin tej jesieni.

Czy T1 wytrzyma presję play-offów bez swojego Michaela Jordana?

Kiedy oglądałem, jak pokonany Lee „Faker” Sang-hyeok schodzi ze sceny w Madrycie, po głowie chodziła mi jedna myśl: czy w kolejnym sezonie zobaczymy T1, które ponownie z legendarnym midlanerem na czele zdemoluje koreańską scenę i wróci na Worldsy po swój czwarty tytuł mistrzów świata, czy może dostanie jeszcze większe baty i zobaczymy Fakera na międzynarodowym gruncie dopiero w 2021?

Po wiosennym finale byłem święcie przekonany, że spełni się pierwszy scenariusz i już przygotowywałem popcorn na październik, a także spisywałem pomysły na kreatywne tweety, które miały mówić, że Bóg wrócił i nie bierze jeńców. Niespełna kilka tygodni później zostałem przebudzony z koreańskiego snu, wszak T1 dosyć zadziwiająco znalazło się w świetle problemów, a jednym z większych była właśnie forma Sang-hyeoka.

Faker
fot. Riot Games

Sztab szkoleniowy zdecydował się na posadzenie najbardziej utytułowanego zawodnika w historii na ławce, a w jego miejsce wprowadził Lee „Clozera” Ju-hyeona. Niedoświadczony młodzik radzi sobie wbrew pozorom wyśmienicie. To między innymi on zapewnił T1 miejsce w play-offach i cztery wygrane serie. Mecze te były jednak przeciwko słabszym oponentom, a presja nie była tak ogromna, jak w zbliżającej się walce o mistrzostwa świata. Nie zapominajmy, że usterki na środkowej alejce były tylko jednym z kilku problemów, a sam zastępca Fakera może nie poradzić sobie w decydujących momentach.

Przypominam też, że Korea wystawia na Worldsy trzech, nie czterech reprezentantów, a obecnie trzy ekipy nad T1, czyli Gen.G, DragonX oraz DAMWON wyglądają o wiele lepiej. Czy Król wróci do gry, a legendarna organizacja na mistrzostwa? Przed nią ostatnia prosta, na której może sobie nie poradzić bez doświadczenia swojego Jordana.

Konie powracają na tron zbudowany z piasku

Wyobraźcie sobie, że można upaść mocniej i szybciej od Fnatic. Można, ale skala jest nieco inna, bowiem Team Liquid z czterokrotnych mistrzów LCS z rzędu stał się pachołkiem, który na wiosnę nawet nie wszedł do play-offów LCS. Chociaż, trzeba przyznać, że tak jak szybko upadł, to jeszcze prędzej wstał z kolan, gdyż w zakończonej w nocy z niedzieli na poniedziałek fazie zasadniczej to Nicolaj „Jensen” Jensen i spółka zajęli pierwszą lokatę. Ostatnie dwa lata stały w Ameryce pod znakiem dominacji Liquid, które jeżeli zaprezentuje się na dniach zgodnie z oczekiwaniami, ponownie przejedzie się po oponentach i zdobędzie piąte trofeum LCS. Przypadek tego zespołu jest jednak odrobinę inny, niż pozostałe, no bo jak można stracić tron, skoro prawie w ogóle nie ma pretendentów? Cloud9 jest jedynym wyróżniającym się wyjątkiem, który dodatkowo ma po swojej stronie regularne, dobre występy poza LCS.

fot. Riot Games/Oshin Tudayanot

Warto wspomnieć o powodzie sukcesów zarówno TL jak i C9. Są nimi młodzi, utalentowani gracze, w tym wypadku Tactical i Blaber. Drugi z nich został między innymi MVP Spring Splitu. Inwestycja w lokalny talent, do tej pory niedoceniany, pokroju wspomnianej dwójki, staje się powoli sposobem na udaną przyszłość po drugiej stronie oceanu, co zaczynają doceniać włodarze organizacji. Może, zamiast wydawać miliony na wypalone, koreańskie nazwiska, warto wpompować trochę pieniędzy w swoją akademię? Odpowiedź brzmi “tak”, a zespoły z LCS zaczynają to doceniać. Niestety, na chwilę obecną amerykańska liga pozostanie co najwyżej wspomnianym zamkiem z piasku, który na Worldsach będzie znaczył tyle, co nic. Za rok może być jednak zupełnie inaczej.

W głębi serca nadal wierzę, że prawie każdy z wymienionych zespołów, z wyjątkiem FPX, zawita w tym roku w Państwie Środka, żeby w zamkniętej dla publiki hali powalczyć o Puchar Przywoływacza. Czy rezultaty będą jednak przypominać te z 2019 roku? Czy Fnatic, T1 i Cloud9 ponownie pojawią się w fazie pucharowej, tak jak to mają w zwyczaju, a G2 Esports dojdzie do finałowego starcia? Śmiem w to wątpić. Oceniając sytuację w każdym z danych regionów, coraz bardziej zaczynam uważać, że nadchodzi nowa dynastia, zbudowana z młodych, utalentowanych graczy, o których świat (jeszcze) nie słyszał. 

Tagi: , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Czy Astralis B to już Astralis A? es3tag i Bubzkji w składzie na ESL One Cologne

Od kilku dni wiadomo było, iż podczas ESL One Cologne 2020 nie zobaczymy wyjściowego garnituru Astralis. Lukas „gla1ve” Rossander zapowiedział w zeszł...