STS
fot. StarLadder

16-0, które nie miało znaczenia

Zwykło się mawiać, że wygrywa lepszy. Nie jest to jednak prawdą, bo przecież znamy wiele przykładów z historii sportu, gdy to ci słabi byli górą, bo np. dopisało im szczęście lub, jak kto woli, mieli mniej pecha. Także w świecie esportu takie historie się zdarzają, bo elektroniczna rywalizacja wcale nie jest bardziej sprawiedliwa od tej toczącej się na prawdziwych boiskach czy parkietach. Możesz prezentować się fantastycznie, kosić wszystkich przeciwników jak leci i kontynuować swój fantastyczny miracle run, a potem nagle bum – potykasz się na jednej przeszkodzie i cały wcześniejszy trud idzie na marne, a ty tracisz szanse na upragniony sukces.

Dokładnie tak wyglądała historia CR4ZY, które w kwietniu 2019 roku, wtedy jeszcze jako Valiance & Co, przystąpiło do zmagań w 31. sezonie ESEA Mountain Dew League. Przystąpiło ze sporymi nadziejami, bo sezon wcześniej zespół po raz pierwszy w swojej historii awansował do play-offów MDL-a. Co prawda wtedy odpadł z nich już w pierwszej rundzie, ale ziarno zostało zasiane, a nadzieje znacznie wzrosły, zwłaszcza że międzynarodowy skład przystępował do gry jako świeżo upieczony mistrz United Masters League Season 1. – Nie ciąży na nas żadna presja. Tak naprawdę chcemy po prostu pokazać, na co nas stać i stawać się lepszymi każdego dnia. Obecnie jesteśmy w top 15 na świecie i to dla nas wszystkich pierwsza taka sytuacja. To ogromny sukces, bo w listopadzie zaczynaliśmy od zera. Jest więc dobrze, ale niewystarczająco, bo my zawsze chcemy więcej – mówił w połowie kwietnia jeden z liderów drużyny, Nemanja „huNter-” Kovač, w rozmowie z serwisem HLTV.

Nie było więc wymówek, tym bardziej że Kovač i spółka do nowej edycji MDL-a przystępowali jako faworyci. I jak na faworytów przystało, zaczęli od mocnego uderzenia, gromiąc dopiero co uhonorowanych wicemistrzów Copenhagen Games 2019 ze Sprout aż 16:2. Potem bywało różnie, bo zdarzały się też mecze trudne, jak te z HAVU Gaming czy też Virtus.pro, w gruncie rzeczy jednak nie będzie przesadą stwierdzenie, że międzynarodowy skład, który w fazie zasadniczej został przemianowany z Valiance na CR4ZY, całkowicie zdominował sezon i z jednego z głównych kandydatów do awansu stał się kandydatem murowanym. Ostatecznie podopieczni chorwackiej organizacji nie doznali ani jednej porażki, zgarniając aż szesnaście zwycięstw z rzędu i stając się pierwszym w historii Mountain Dew League zespołem, który dokonał czegoś takiego. Upragniony awans do ESL Pro League wydawał się być wobec tego tylko kwestią czasu, zwłaszcza że pierwszym rywalem ekipy miał być Team Spirit, który huNter- wraz z kolegami zaledwie dwa tygodnie wcześniej roznieśli 16:2.

I wtedy zdarzyło się coś, co do dziś trudno zrozumieć. Potężne CR4ZY na serwerze nie przypominało samego siebie. Co prawda już słaby występ na DreamHack Open Summer 2019 mógł być pewnym sygnałem alarmowym, ale mimo to i tak nikt nie spodziewał się, że międzynarodowy skład polegnie ze Spirit i to wynikiem 0:2! – Przed play-offami MDL-a mieliśmy 15-dniowy bootcamp, z którego pojechaliśmy od razu na DH Summer. Dzień po tym, jak wróciliśmy z turnieju, musieliśmy grać BO3 ze Spirit. Każdy z nas był niesamowicie zmęczony, wyczerpany, na naszym TeamSpeaku nie było żadnej energii – tłumaczył później prowadzący formacji, Nemanja „nexa” Isaković. Serb nie krył przy tym frustracji i trudno mu się dziwić, bo fantastyczna seria 16-0 w tamtym momencie nie miała już znaczenia. Z uwagi na ówczesne przepisy CR4ZY mimo spektakularnego sukcesu w fazie zasadniczej nie miało żadnego wentylu bezpieczeństwa i jedna pechowa porażka wystarczyła, by marzenia o EPL-u prysły niczym bańka mydlana. Ogromnym chichotem losu jest fakt, że do Pro Ligi dostało się wówczas wspomniane już Spirit, które przecież do ostatniej chwili musiało drżeć o awans do play-offów.

W głowie mi się nie mieści, że CR4ZY najpierw robi w MDL-u 16-0, by potem mieć jeden gorszy dzień i przez to traci całkowicie szanse na awans do ESL Pro League. Wydaje mi się, że 1. i 2. miejsce powinno dawać co najmniej 2. rundę drabinki tak, żeby nawet w przypadku porażki nadal mieć w zanadrzu mecz o 3. miejsce. Jeszcze lepszym wyjściem byłaby drabinka podwójnej eliminacji. To szalone, że nadal czegoś takiego nie ma, zwłaszcza że liga w Europie jest wyrównana jak cholera – pomstował wówczas w mediach społecznościowych Paweł „innocent” Mocek i nie był w swojej opinii osamotniony. Absurd stosowanego wówczas rozwiązania zauważyli chyba również sami organizatorzy, bo już w sezonie 32. wprowadzili w fazie pucharowej drabinkę podwójnej eliminacji, dzięki czemu każda z ekip z czołowej ósemki mogła sobie pozwolić na jeden słabszy dzień i mimo niego nadal liczyła się w grze o bilet do CS-owej elity.

Niemniej nigdy później CR4ZY nie zdołało już się do owej elity dostać. Zresztą, kilka miesięcy później nikt w zespole już raczej o Mountain Dew League o kompletnie niemającym znaczenia bilansie 16-0 nie myślał, bo huNter- i spółka mieli na głowie inne rzeczy takie, jak np. historyczny występ na berlińskim Majorze. Występ udany, który dla części członów ówczesnego składu był trampoliną do regularnej rywalizacji z najlepszymi, aczkolwiek już w zupełnie innych barwach.

Śledź autora na Twitterze – Maciej Petryszyn

Tagi: , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Waleczne Illuminar czy rozpędzone K1CK - kto dołączy do AGO ROGUE w finale Ultraligi?

Nic nie może przecież wiecznie trwać, a już z pewnością nie piąty sezon Alior Bank Ultraligi, który w tym tygodniu się zakończy. Już jutrzejszego wiec...