STS
fot. Gabriela Kopij

firingirl: Dzięki wsparciu Riotu rozwój kobiecej sceny VALORANTA idzie do przodu

Przez blisko dwa lata była związana z Izako Boars. W barwach tej organizacji jako prowadząca pomogła stworzyć skład, który w pewnym momencie był jedną z najlepszych kobiecy ekip CS:GO w Europie. Obecnie zaś, śladem wielu innych zawodników i zawodniczek, próbuje swoich sił w VALORANCIE, występując od niedawna pod banderą devils.one. Z Kamilą „firingirl” Kopij spotkaliśmy […]

Przez blisko dwa lata była związana z Izako Boars. W barwach tej organizacji jako prowadząca pomogła stworzyć skład, który w pewnym momencie był jedną z najlepszych kobiecy ekip CS:GO w Europie. Obecnie zaś, śladem wielu innych zawodników i zawodniczek, próbuje swoich sił w VALORANCIE, występując od niedawna pod banderą devils.one. Z Kamilą „firingirl” Kopij spotkaliśmy się przy okazji Poznań Game Arena, by jednocześnie podsumować okres w IB, opowiedzieć co nieco o drużynie DV1, ale też porozmawiać o żeńskiej scenie. Dlaczego kobiecy CS w Polsce wrócił do punktu wyjścia? Dlaczego ona i jej koleżanki po odejściu z Izako Boars nie związały się z nową organizacją? Jak wyglądały tryouty w devils.one? I czy w VALORANTA gra się trudniej niż w Counter-Strike’a? O tym, ale nie tylko w poniższym wywiadzie. Zapraszamy!


Maciej Petryszyn: Naszą rozmowę zaczniemy, a jakże by inaczej, Izako Boars. Jakbyś oceniła swój prawie dwuletni pobyt w drużynie i w organizacji?

Kamila „firingirl” Kopij: To jednak prawie dwa lata, 21 miesięcy. Nie sądziłam, że będzie to trwało aż tyle czasu – szczególnie że mówimy tutaj o żeńskiej dywizji. Nie przypominam sobie, żeby w Polsce jakakolwiek inna kobieca drużyna miała tak długi staż. Ogólnie w drużynie było naprawdę w porządku, chociaż wiadomo, początki były trudne. Na początku trochę do mnie nie docierało, że w ogóle dostałam taką propozycję. Nigdy jednak nie spodziewałam się, że w ogóle w Izako Boars będę. A potem było trochę zmian, dużo różnych etapów, w których uzupełniliśmy skład o inne osoby. W ostateczności jednak końcówka naszego pobytu w organizacji była, wydaje mi się, najbardziej dla nas przełomowa. Może nie wygrywałyśmy turniejów, ale praktycznie raz za razem byłyśmy w finałach. Będę bardzo dobrze wspominać ten czas, bo spełniłam podczas niego swoje marzenia. Zawsze chciałam być w profesjonalnej organizacji i to mi się udało.

A jak ci się współpracowało z osobami z organizacji?

Z osobami, które zarządzają organizacją, trochę się już znałam. Poznaliśmy się wcześniej, więc wszystko przyszło na luzie. Ogólnie samą współpracę oceniam na plus, bo zawsze, gdy potrzebowałyśmy wsparcia, to je dostawałyśmy. To było fajne przeżycie – bycie częścią takiej marki, jak Izako Boars, która ma swój wydźwięk na scenie. Reprezentowanie tych barw był też dla mnie prywatnym przeżyciem. Dostałam ogromnego powera, bo od samego początku istnienia Izako Boars gdzieś się tam przewijałam w tle. To w roli eventowej, to wtedy, gdy adminowałam w PLE. Izako Boars zawsze gdzieś tam w tle było. Gdy więc okazało się, że organizacja otwiera żeńską dywizję i będę jej częścią, jej kapitanem… Że w ogóle to wszystko się tak potoczy. To wszystko było dla mnie takim “wow”.

Wasz skład powstał w okresie, gdy formowały się też ESL Sprite Mistrzostwa Kobiet. Coś mi mówi, że pewnie liczyłyście wówczas, że ta impreza to będzie przełom dla całej kobiecej sceny i że od teraz dziać się będzie na niej znacznie więcej.

Gdy pod koniec września trafiłyśmy do Izako, to docierały do nas sygnały, że ma być liga od ESL i Sprite’a. Słyszałyśmy też, że mamy dostać zaproszenie. Zresztą, rok 2019 ogólnie był taki dość przełomowy jeżeli chodzi o kobiecą scenę i trochę żałowałam, że przez pierwsze pół roku w ogóle mnie na niej nie było, nie uczestniczyłam w żadnych rozgrywkach. Dopiero po jakimś czasie udało mi się wraz z dziewczynami, które wtedy grały jeszcze jako Invicta, zagrać na mistrzostwach Polski w Białce Tatrzańskiej. Potem to wszystko potoczyło się tak, że dziewczyny potrzebowały piątej osoby, szukały prowadzącej. A trudno było znaleźć w tamtym okresie kogoś, kto stara się rozwijać w tym aspekcie. Ostatecznie więc postawiły na mnie. Wracając, ten okres był przełomowy dla sceny, bo wtedy faktycznie dużo się działo i żałuję, że przyszła pandemia i to wszystko zastopowała. Naprawdę żałowałam, że skończyło się tylko na jednej edycji ligi od ESL i Sprite’a, bo wydaje mi się, że to był właśnie taki przełom. Widać było duży przypływ dziewczyn, które chcą wyjść i się pokazać. Ale pandemia sprawiła, że na dobrą sprawę wróciliśmy do punktu wyjścia. Znowu mamy 2-3 zespoły, które starają się wejść trochę wyżej, na europejską scenę, a reszta po prostu sobie odpuściła, bo zwyczajnie nic się przed pandemię nie działo.

Sądzisz, że to kwestia wyłącznie COVID-u? To znaczy, gdyby nie pandemia to według ciebie kobieca scena faktycznie by się znacząco rozwinęła?

Myślę, że wina leży po dwóch stronach. Z jednej strony chodzi o nas, o dziewczyny. Dziewczyny nie starały się tego wszystkiego kontynuować, nie chciały próbować iść pod względem poziomu trochę wyżej, tylko zatrzymywały się na granicy polskiego podwórka. A druga sprawa to właśnie COVID, bo gdy przyszedł koronawirus, to nasze plany zostały pokrzyżowane, a i turniejów było coraz mniej. Tak naprawdę został tylko jeden Ambush Cup raz na 2-3 miesiące. W porządku, w pewnym momencie był też DreamHack, ale w tym roku też już się nie odbył. Myślę więc, że faktycznie COVID miał na to wszystko wpływ i to nie tylko w Polsce. Szkoda, że stanęło na tym 2019, bo ja naprawdę dobrze wspominam tamten rok pod względem turniejów. Praktycznie na każdym wydarzeniu w Polsce były zawody dla kobiet, chociażby padre zorganizował coś takiego na PGA i wyszła z tego fajna inicjatywa. Widać było zaangażowanie. A potem, gdy przyszedł COVID, zostały tylko rozgrywki europejskie i z każdym miesiącem nie dość, że zaczęło się robić coraz mniej drużyn nie tylko w Polsce, ale i zagranicą, to dodatkowo też turnieje przestały się pojawiać. Od dawna nie śledzę już tej kwestii tak bardzo, ale widzę, że coś się raz na jakiś czas pojawia. Uważam jednak, że to nadal za mało. Fajnie, że w ogóle coś jest, ale jeżeli chcemy pokazywać nasze zespoły, to coś się musi dziać. Tymczasem w Europie z lepszych drużyn, które nadal grają w CS-a, zostały tylko Galaxy i GODSENT, a reszta albo się rozpadła, albo przeszła na VALORANTA.

Wróćmy jednak do Izako Boars, bo wspomniałaś, że zdarzało wam się grywać w finałach międzynarodowych imprez. A to o tyle ciekawe, że wasz skład powstał dość nagle. Nagłe, przynajmniej z zewnątrz, wydawało się też zainteresowanie samej organizacji. Biorąc to wszystko pod uwagę, jesteś zadowolona z sukcesów, które udało wam się ostatecznie osiągnąć?

Myślę, że tak. Wiadomo, jest pewien niedosyt, szczególnie w kwestii DreamHacka, bo w tamtym czasie miałyśmy świetny okres, byłyśmy w ogniu. Widać było, że ten skład stać na to, by pokazać się w tych rozgrywkach, a jednak nie udało się nam tam dostać. Ponadto w końcowym okresie Izako, gdy praktycznie wszędzie docierałyśmy do finału, miałyśmy też dość bliskie wyniki z Galaxy i naprawdę niewiele nam brakowało, żeby się w końcu przełamać. O ile mnie pamięć nie myli, to w tamtym momencie byłyśmy chyba jedyną drużyną w Europie, która potrafiła im zabrać mapę, a nam się to udało chociażby podczas Ambush Cup. To pokazywało, że wtedy naprawdę byłyśmy bliżej niż dalej. Naprawdę dobrze to wspominam. Być może nie działo się zbyt dużo, ale mimo wszystko starałyśmy się trzymać wysoki poziom.

Na dobrą sprawę można powiedzieć, że w waszym najlepszym okresie, w takim peaku, byłyście w ścisłej czołówce europejskiej sceny CS:GO.

Zdecydowanie i dla mnie to też jest sukces, zarówno drużynowy, jak i indywidualny. W pewnym momencie byłyśmy dziesiątą drużyną na świecie i trzecią czy czwartą w Europie, chociaż wiadomo, że w przypadku kobiecej sceny ten system rankingowy nie działa tak dobrze, jak na scenie męskiej i było w nim dużo roszad. Przez to ten ranking mógł być nieco niewiarygodny. Nadal jednak jest to czołówka i nasz zespół ciągle się tam pojawiał. Fajnie było pokazać się z tej strony. Pokazać, że mamy pewne inspiracje, żeby prezentować się z jak najlepszej strony. Bardzo dobrze wspominam np. finały z dziewczynami z Galaxy, bo wtedy zawsze po meczach wymieniałam się z Vilgą uwagami. Często powtarzała, że trudno jej się przeciwko nam gra i że widzi ona w nas potencjał. Że jeżeli będziemy trenować jeszcze więcej, to mogą się nas obawiać. Nasze pojedynki zawsze były bardzo wyrównane.

Niemniej pod koniec waszego pobytu w Izako Boars pojawiły się problemy kadrowe. Najpierw odeszła Młoda, a potem, już po rozstaniu z organizacją, okazało się, że nie gra z wami też Olczix. Z czego wynikały te zawirowania?

Na pewno jedną z kwestii był brak turniejów, bo spowodował on, że brakowało motywacji i zmniejszyła się chęć do gry. I szczerze mówiąc im więcej było tych zmian, tym bardziej ja traciłam motywację. Trudno było wtedy znaleźć dwie zmotywowane dziewczyny, które naprawdę chciałby grać i to mimo braku pewności, że coś się w końcu pojawi. To było tak, że albo się uda, albo nie. Dodatkowo po odejściu Oli wraz z dziewczynami stwierdziłyśmy, że będziemy mniej trenować. Dlatego też ostatnią edycję Ambush Cup zagrałyśmy totalnie miksowym składem, w którym były m.in. Angelka, Wiktoria i LettyS

W międzyczasie w waszym zespole znalazła się też JuLKaa.

Julia grała z nami po odejściu Młodej, a wcześniej wystąpiła też w jednych kwalifikacjach, bo wtedy nie mogła grać Haniaa. Ale ten okres, gdy odbyły się kwalifikacje do GIRLGAMER, to był dla nas bardzo trudny okres. Przed turniejem dużo trenowałyśmy i wiedziałyśmy, że jesteśmy dobrze przygotowane. Mocno się starałyśmy, ale w pewnym momencie u Hani pojawiły się problemy zdrowotne i musiałyśmy znaleźć zastępstwo. Dlatego grała wtedy z nami Julia, ale w efekcie zabrakło nam pewnych detali. Rozgrywałyśmy naprawdę wyrównany pojedynek o wejście do turnieju, było bardzo blisko i po tych kwalifikacjach czułam ogromny niedosyt. Serio zabrakło nam niewiele i jestem przekonana, że gdybyśmy wtedy zagrały naszym pełnym składem z Hanią, to po prostu udałoby się nam to domknąć. A tak pojawiły się jakieś drobne błędy, bo nie miałyśmy zbyt dużo czasu, żeby się z Julią przygotować. Wszystko było w pewnym sensie robione na szybko, co potem trochę wpłynęło na końcowy wynik.

W jakimkolwiek momencie pojawił się w ogóle temat, by JuLKaa na stałe dołączyła do waszego składu?

Tak, był taki temat. Zresztą, Julia ogólnie w pewnym momencie była u nas na testach, ale ostatecznie do niczego nie doszło. JuLKaa wtedy też miała pewne problemy, ale nie będę się w to zagłębiać. Nie było to jednak tak, że ona nie chciała, bo widziała w naszej drużynie spory potencjał. Ogólnie chciała wtedy postawić na scenę międzynarodową, pójść w Europę, ale mówiła, że jeżeli miałaby wrócić i jeszcze raz spróbować na polskiej scenie, to pewnie dołączyłaby do nas.

fot. Izako Boars

Jak w ogóle wyglądało wasze rozstanie z Izako Boars? Chodzi mi o moment, gdy dowiedziałyście się, że organizacja ostatecznie zamyka kobiecą dywizję CS:GO.

Kończyły nam się kontrakty i czekałyśmy na informacje, czy nasza współpraca będzie przedłużona. Wtedy miałyśmy rozmowę z naszym menadżerem i dowiedziałyśmy się, że nasze umowy nie zostaną przedłużone, a organizacja zamyka dywizję. To był czas, w którym u chłopaków też były zmiany, wtedy doszedł chyba byali, więc możliwe, że to też miało jakiś wpływ. Głównym powodem było jednak to, że nic się na scenie nie dzieje. Bo organizacji przecież zależało na tym, by coś się kręciło, by pojawiały się jakieś duże turnieje.

Gdy wsparcie organizacji zniknęło, to od razu zamierzałyście rozwiązać skład i podążyć każda w swoim kierunku? Czy też może jednak planowałyście początkowo kontynuować wspólną grę?

Na pewno istniał trzon drużyny, w którym byłam ja, Angelka i Haniaa. Wtedy, już po odejściu Młodej, testowałyśmy Wiktorię, która miała ogromny potencjał i uznałyśmy, że mimo wszystko chcemy ją mieć jako czwartą zawodniczkę. Dlatego też szukałyśmy piątej. Ale wtedy zaczęły się wakacje i tak naprawdę nie było czasu, by organizować treningi. Nie było ich więc przez dobre półtora miesiąca. A potem był Ambush Cup, ostatnia edycja, która poświęcona była Grumpy’emu. W tamtym czasie Haniaa przebywała na wakacjach i wszystko to nam kolidowało. Ale uznałyśmy, że zagramy miksowo, bo już wcześniej dostałyśmy zaproszenie, a poza tym wypadało zagrać na tym turnieju z uwagi na szczytną akcję itd. Po turnieju okazało się zresztą, że to była już ostatnia edycja. No więc zagrałyśmy miksem i byłam zaskoczona, bo dostałyśmy się do finału. Praktycznie w ogóle nie trenowałyśmy, chyba dzień przed zawodami pograłyśmy kilka FACEITÓW, a jednak mierzyłyśmy się z dziewczynami, które trenują dzień w dzień. Byłam pod wrażeniem, tym bardziej że w drabince trafiłyśmy na GODSENT i udało nam się z nimi wygrać. A grałyśmy po prostu standardowe rzeczy i po prostu się dogadywałyśmy. Wiedziałyśmy jednak, że w finale znowu będziemy grać z Galaxy, które było dużo bardziej doświadczoną ekipą i było pewne, że będzie trudniej. Niemniej sam fakt pojawienia się znowu w finale, był świetnym podsumowaniem naszej gry. Jeżeli jednak mam być z tobą szczera, to po zakończeniu turnieju zrobiła się cisza. W ogóle nie wróciłyśmy do tematu wspólnej gry, chociaż wcześniej ustaliłyśmy, że mamy pogadać o tym, co dalej. Ja też miałam z tyłu głowy, że tydzień po Ambush Cup będzie turniej VALORANTA i mówiłam dziewczynom, że dostałam propozycję i idę tam zagrać miksowo.

W tak krótkim okresie była w ogóle okazja, by pojawiły się jakiekolwiek oferty od organizacji, które może chciałyby was przejąć po odejściu z Izako Boars?

Były dwie oferty od dwóch polskich organizacji, ale trudno było je sfinalizować. Po pierwsze nie trenowałyśmy, a po drugie miałyśmy problem z piątą. A nie chodzi o to, by szukać kogoś i dogadywać wszystko na szybko. Ja tak nie lubię, bo wolę mieć pewność, że to będzie miało ręce i nogi. Że nagle ktoś nie powie “dobra, nic się nie dzieje, to nie chce mi się grać”. Razem z dziewczynami podchodziłyśmy do tego tak, że wolimy pograć miksem i nie wchodzić w coś, przez co będziemy się męczyć i przez co będziemy mieć obowiązki wobec organizacji. Chciałyśmy po prostu pograć na luzie, bez żadnej spiny. Być może dopiero, gdy wszystko wróciłoby na właściwe tory, pojawiłoby się więcej turniejów, wzrosłaby motywacja, to zaczęłybyśmy na poważnie myśleć o wejściu do jakiejś organizacji. A w tamtym momencie nawet same dziewczyny mówiły mi, że nie chcą w nic wchodzić, bo to zobowiązanie, a one mają swoje życie. Angelika np. wtedy streamowała. Szanowałam więc zdanie każdej z dziewczyn i tak już zostało.

Zaczęłaś więc grać miksowo w VALORANTA. Od razu poczułaś, że to jest to, czym chciałabyś się teraz zajmować? Czy to bardziej była taka odskocznia, bo nie wiedziałaś, co ze sobą zrobić i po prostu szukałaś opcji?

To inna gra, a wiadomo, jaki mam staż w CS-ie, a jaki w VALORANCIE. To duża różnica i większość osób kojarzy mnie właśnie z CS-a. Ale po Ambush Cup zaczęłam grać VALORANTA, chociaż początkowo jeszcze tego nie czułam. Gadałam jednak z dziewczynami i wszystkie mi mówiły, niezależnie od tego, z kim bym grała, “Kamila, nawet nie myśl o tym, by wracać do CS-a”. A taka była moja pierwsza myśl. Ale stwierdziłam, że zobaczę, jak będzie na turnieju, czy to poczuję, czy to będą takie same emocje. Chciałam też przekonać się, jak będzie wyglądać atmosfera i jak ogólnie będę się w tym wszystkim odnajdować. W tamtym momencie myślałam też o tym, by w ogóle trochę zluzować z graniem zespołowym i żeby się trochę od tego odciąć, skupić się na streamingu, trochę też na studiach. Ogólnie na życiu prywatnym. Ale przyszła oferta zagrania miksem, spróbowania tego, więc dopiero później zastanawiałam się nad tym, co będzie po turnieju.

I co było po turnieju?

Byłam pewna, że nasz zespół ma duże szanse na zwycięstwo, bo wiedziałam, kogo mam w składzie. Tym bardziej że dziewczyny dość sporo grały w VALORANTA już od bety, więc wiedziałam, że mogę na nich polegać. Nie trenowałyśmy prawie w ogóle. Miałyśmy może dwa treningi na luzie, by sobie pograć i wiedziałam, że mamy super atmosferę. I że właśnie tą atmosferą możemy wygrać turniej. Widać było też, że dziewczyny są ze sobą zagrane, a ja już wcześniej też miałam już okazję z nimi grać. Z kolei reszta dziewczyn, przeciwko którym grałyśmy, to były sklejki. A co po turnieju? Byłam ogromnie podjarana naszym zwycięstwem. Zobaczyłam coś nowego i to była dla mnie bardzo duża motywacja. Wcześniej zawsze, gdy wchodziłam do domu, to pierwszą myślą była gra w CS-a-, a po turnieju czy nawet w jego trakcie w ogóle nie przyszło mi do głowy, by np. zagrać FACEITA. W ogóle mi się nie chciało. Po tych wszystkich zmianach w Izako Boars i ogólnie po odejściu z organizacji byłam bardzo zdemotywowana w kwestii CS-a, czy nawet w ogóle w kwestii gry teamowej. A gdy weszłam do VALORANTA, to na nowo poczułam ogień, bo coś się dzieje, bo jest dla mnie to coś nowego. Znowu nabrałam zapału i czułam, że chce mi się coś robić. Poczułam frajdę do gry. Do gry innej niż CS. Początkowo nie umiałam się odnaleźć w VALORANCIE, ale po turnieju zmieniłam zdanie o 180 stopni. Bardzo mi się to spodobało. Ten klimat, sama otoczka całego turnieju, wywiady, to zainteresowanie. Fajnie się to wszystko zaczęło.

Sądzisz, że gdybyście jednak nie wygrały tych zawodów, to też byś się tak zajarała VALORANTEM?

Na pewno to zwycięstwo miało duże znaczenie, nie powiem, że nie. Jeżeli mam być z tobą szczera, to nawet gdybyśmy zajęły drugie miejsce, to i tak rozważałabym tę opcję, bo bardzo mi się spodobało. Znowu miałam ogromną zajawkę do tego, żeby coś po prostu zmienić. Wiesz, grałam w Izako Boars przez prawie dwa lata i w ogóle od dawna byłam na kobiecej scenie CS-a. Nie idzie od tego uciec. Ale to było kilka lat w CS-ie, jest więc to dla mnie nowy rozdział, nowy etap. Tutaj mam czystą kartę, nie mam żadnej historii, nikt mnie nie zna. Być może niektórzy kojarzą mój nick z Counter-Strike’a, ale ogólnie jestem dla wszystkich nowym, świeżym zawodnikiem, który chce po prostu iść w VALORANCIE coraz wyżej i rozwijać się na tej scenie.

Kiedy pojawił się temat twojego angażu w devils.one?

Nasza obecna menadżerka, Justyna, napisała do mnie kilka dni po turnieju z propozycją tryoutów do projektu devils.one. Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Oczywiście bardzo tego chciałam, bo wiedziałam, że ten zespół, z którym wygrałam, to nie będzie nic na dłuższą metę, tylko po prostu miks. Miałam więc z tyłu głowy, że jeżeli naprawdę będę chciała zostać na scenie VALORANTA, to już nie w tej samej drużynie. Uznałam więc, że pójdę spróbować w DV1, bo była to kolejna szansa na rozwój. Zresztą sam fakt, że organizacja chciała otworzyć taką dywizję, to był odważny krok. Minął przecież niecały tydzień od turnieju, a tutaj już ktoś chciał stworzyć skład kobiet. Ale to był jednocześnie fajny sygnał, że ktoś chce rozwijać żeńską scenę VALORANTA w Polsce, więc poszłam na testy.

Już wtedy z DV1 współpracowała już twoja siostra bliźniaczka, Gabi. Jej obecność w organizacji miała jakieś znaczenie, gdy podejmowałaś decyzję?

Nie, chociaż wiadomo, że jest to fajna rzecz, gdy ma się takie dodatkowe wsparcie, bo twoja bliźniaczka jest w tej samej organizacji. Do dziś śmiejemy się, że chyba nigdzie indziej, szczególnie w Polsce, nie było takiej sytuacji, by dwie bliźniaczki były w jednej organizacji. Był to więc miły aspekt, ale generalnie na to nie patrzyłam. Fajnie, że już tam była i miała swego rodzaju wgląd od środka. Wiedziała też, że idę na tryouty, ale nie patrzyłam na to z tej strony. Oczywiście ona zawsze będzie dla mnie dużym wsparciem i bardzo się cieszę, że jest w środku tej organizacji, bo to też nas trochę na nowo zbliżyło. Ja chciałam jednak spróbować, bo dla mnie to było coś nowego, a nie chcę się ograniczać.

Pytałaś ją chociaż o samą organizację? Skoro była wewnątrz, współpracowała z nią, to mogła podzielić się wrażeniami.

Nie, w ogóle rzadko poruszaliśmy temat devils.one. To wszystko wyszło po prostu spontanicznie. To nie było tak, że ona zapytała mnie “Ej, Kamila, co myślisz o organizacji i w ogóle”. Propozycja wyszła bezpośrednio od naszej obecnej menadżerki.

Pod kątem swojej kariery nie myślałaś jednak o tym, by nie ograniczać się do polski i spróbować swoich sił w zespole międzynarodowym?

Powiem tak – gdybym chciała grać w Europie, to na pewno nie w VALORANCIE. Na to byłoby za szybko, zwłaszcza że ja nadal uczę się tej gry pod kątem m.in. strzelania, umiejętności postaci itd. Myślę więc, że to byłoby za wcześniej, by rzucać się na tak głęboką wodę. Ale jeżeli VALORANT by mi nie przypasował, to jest cień szansy, że spróbowałabym gry w Europie w CS-ie. Zresztą w okresie, gdy w wakacje nie grałyśmy za wiele z dziewczynami, grałam z zawodniczkami z zagranicy. Tak bardziej for fun, jakieś FACEIT itd.

fot. Gabriela Kopij

Wspomniałaś o tryoutach do devils.one. Jak to wszystko w ogóle wyglądało jeżeli chodzi o długość czy też liczbę uczestniczek?

Jeżeli mnie pamięć nie myli, to było chyba około dwudziestu dziewczyn. Same tryouty trwały stosunkowo niedługo, z półtora czy dwa tygodnie. Podczas nich było dwóch trenerów, którzy sprawdzali naszą komunikację, podstawowe teamplayowe rzeczy. Całość podzielona była na trzy etapy. W ich trakcie mieszali zawodniczkami, tu wymieniali, tam łączyli w pary itd. A potem była finałowa ósemka, po której wybrano ostateczny skład. Tryouty jak tryouty. Z perspektywy czasu myślę jednak, że mogły one potrwać nieco dłużej, można było się jeszcze trochę wstrzymać z tym wszystkim. Ale nie było to zależne ode mnie i nie miałam na to wpływu.

Podczas tryoutów miałaś poczucie, że pokazujesz swoją najlepszą formę? Czy może raczej towarzyszyło ci poczucie, że mogło być lepiej?

Na pewno mogło być lepiej. Niestety nie jestem w VALORANCIE zbyt długo, ale byłam pewna, wiedziałam, że na plus przemawia moje doświadczenie drużynowe i to, jak się komunikuję. No i doświadczenie w roli in game leadera, bo chociaż VALORANT graficznie jest trochę inny niż CS, to nadal ma te same zasady. Nadal masz dwie drużyny 5 na 5, nadal masz bombę, rundy itd, więc pod tym względem nic się nie zmienia, po prostu masz postacie i umiejętności. Ale cały ten schemat jest podobny, więc myślę, że w tej kwestii miałam przewagę nad większością dziewczyn. Moja komunikacja, rola prowadzącego – sądzę, że to ostatecznie pomogło mi znaleźć się w tym składzie.

Były na testach jakieś dziewczyny, w przypadku których byłaś przekonana, że też się dostaną, a jednak im się nie udało?

Szczerze mówiąc, chyba nie. Jakby tak spojrzeć na wszystkie dni, na wszystkie dziewczyny, z którymi miałam okazję grać itd., to przeczuwałam, kto znajdzie się w finałowej ósemce.

Po tym, jak ostatecznie wybrano wasz skład, dostałyście jakieś konkretne cele do zrealizowania? Czy może na razie po prostu łapiecie ogranie?

Nie, na razie był luz, bo chodziło o to, by się ze sobą zapoznać itd. Chodziło o to, by nie wywierać na nas od razu nie wiadomo jakiej presji, bo w grę wchodzą też inne aspekty. Doświadczenie drużynowe, ogólne doświadczenie itd. Dla większości tych dziewczyn to był pierwszy turniej w życiu, podczas gdy dla mnie to były po prostu kolejne zawody, nie przeżywałam ich tak, jak to wyglądało na początku. Na pewno miałam dzięki temu więcej pewności siebie. Więc tak – ludzie z organizacji starali się podejść do tematu na luzie, chociaż wiadomo, że my chcemy pokazać się z fajnej strony.

Z uwagi na to twoje doświadczenie pełnił w zespole rolę mentorki, która pomaga pozostałym dziewczynom?

Na pewno. Jeżeli mają jakieś pytania, to staram się im pomóc. Daję wskazówki z CS-a, bo jednak tam się uczyłam. Wiadomo, czasami pojawiają się trochę inne aspekty, które niekoniecznie by się sprawdziły w Counter-Strike’u, ale daję im porady pod względem komunikacji czy też pod względem tego, na co patrzeć. Staram się im dawać wskazówki, by miały po prostu świadomość pewnych rzeczy.

Aczkolwiek ostatnia edycja eLadies Cup w waszym wykonaniu nie wypadła najlepiej. Komplet porażek, ostatnie miejsce w grupie.

Jak można było zauważyć, na eLadies Cup nie było z nami Aleksandry, bo grała w innym zespole. Tutaj po prostu chodziło o to, że Ola nie miała czasu na grę teamową, chociaż według mnie ta decyzja została podjęta trochę za szybko. Wydaje mi się, że nie była ona przygotowana na to, że będziemy chciały trenować aż tyle, bo miała też inne obowiązki. Rozumiem to i szanuję, bo nie każdy jest w stanie poświęcić się na tyle, bo przecież to wszystko wymaga czasu, przygotowań itd. Tak więc my byłyśmy w fazie testowania piątej zawodniczki, a to wymaga dużego researchu, testowania i przede wszystkim czasu.

Pojawił się więc ten sam problem, co wcześniej w Izako Boars – znowu nie macie piątej.

Scena dopiero się rozwija, do końca nie zna się jeszcze wszystkich osób, więc jest to problematyczne, bo trzeba wszystko poznawać na nowo. Poza tym trzeba jednak spojrzeć na to, że w drugiej edycji eLadies grały cztery zespoły europejskie, które pokazały się z dobrej strony. Było widać ten poziom. Było widać, że na treningach trzeba po prostu zapierdzielać i ćwiczyć aspekty indywidualne i drużynowe. Jestem jednak dobrej myśli jeżeli chodzi o przyszłość. Po tym turnieju odbyłyśmy rozmowę. Może nie ciężką, ale po prostu dużo rozmawiałyśmy i wydaje mi się, że my po prostu źle weszłyśmy w ten turniej. Wiadomo, nie chcę tutaj rzucać wymówkami na prawo i lewo, ale wydaje mi się, że to był główny powód. Zmiany, tryouty i fakt, że nie miałyśmy czasu, by skupić się na sferze taktycznej, bo bardziej zastanawiałyśmy się nad tym, kogo wziąć, na co zwrócić uwagę. Ale na pewno wzrósł też ogólny poziom, widać było jak bardzo druga edycja różniła się od pierwszej. W drugiej były zespoły, które trenują po 5-6 godzin dziennie. To już nie miksy, tylko drużyny, które mają coś przygotowane i to było widać. Nawet ja to odczułam. Może nie byłam w szoku, bo wiedziałam czego się spodziewać i że będzie trudno, ale nie sądziłam, że zobaczę taki poziom. Chociaż wcześniej miałyśmy okazję grać z dziewczynami eliminacje do VCT i tam poziom też był już widoczny. Na scenie europejskiej widać ogólnie bardzo duże zaangażowanie, chociażby po przypływie organizacji, które wchodzą na żeńską scenę. A to motywacja dla dziewczyn, bo dzięki temu one po prostu chcą. Jest też wsparcie od Riotu i wysyp turniejów, co daje ogromną motywację do działania. To jest właśnie to, czego zabrakło CS-owi na przestrzeni ostatniego roku, bo myślę, że gdyby coś takiego pojawiło się w CS-ie, to kto wie, może część dziewczyn wróciłaby z VALORANTA?

Z drugiej strony w przypadku CS-a często padał zarzut, że zespoły kobiece nie próbują swoich sił w ogólnodostępnych turniejach i grają tylko między sobą. A teraz, gdy w VALORANCIE tych imprez dla kobiet jest sporo, to motywacja do próbowania swoich sił w mieszanym gronie może być w przypadku dziewczyn jeszcze niższa.

Na pewno. Zresztą, niedawno była pewna drama, bo druga edycja VCT miała być miksowa. Dziewczyny z europejskiej sceny miały o to jednak pretensje. Robiłam research i w poście od Riotu było wcześniej czarno na białym napisane, że w drugiej edycji składy będą mieszane, ale mimo to poszła ogromna negatywna fala komentarzy. Oczywiście nie chcę tutaj obrażać sceny męskiej, ale w oczy rzucały się komentarze na Twitterze, w których chłopaki robiły sobie z tego jaja i być może dziewczyny z europejskiej czołówki poczuły się trochę urażone. Ja nie jestem za żadną ze stron, bo według mnie to byłoby coś ciekawego, innego. Nie przypominam sobie, by był jakiś turniej, na którym np. dwóch facetów mogło grać w jednym zespole z trzema dziewczynami, byłabym więc ciekawa. Chciałabym coś takiego zobaczyć, sprawdzić, jakby się to różniło, gdyby taki mieszany zespół zagrał przeciwko ekipie samych dziewczyn. Ale ostatecznie doszło do zmian i druga edycja też była stricte kobieca. Nie chcę tego bronić, ale wydaje mi się, że to jeszcze nie jest ten czas. Dziewczyny chyba po prostu się boją i najwyraźniej dobrze się czują w swoim gronie.

To taka trochę strefa komfortu. Ale może właśnie dobrze byłoby spróbować z niej wyjść?

Tak, przełamać się i zobaczyć wszystko także z innej perspektywy. Zobaczyć te mieszane składy, bo wydaje mi się, że to byłoby ciekawe doświadczenie i być może w niedalekiej przyszłości byłoby więcej takich turniejów. I być może poziom kobiecej sceny też by dzięki temu rósł. To jest takie gdybanie, ale kto wie, może by tak było?

Nie wiem, czy kojarzysz, ale na scenie VALORANTA była już taka próba stworzenia mieszanego składu. Evil Geniuses kombinowali z czymś takim, w zespole była m.in. potter, ale ostatecznie ten projekt w takiej formie nie przetrwał zbyt długo.

Myślę, że to była próba, by zobaczyć, jakby to wyglądało. Być może było za wcześnie, a może po prostu za krótko to wszystko trwało, nie było podjęcia próby, by to przetrwało. Wiadomo, w zespole musi być chemia, wszyscy muszą chcieć wspólnie grać. Jest dużo aspektów, ale też kwestia samozaparcia, by nie poddawać się po pierwszej, drugiej czy trzeciej przegranej. Bo jeżeli poddasz się po pierwszej porażce, to równie dobrze możesz powiedzieć, że to wszystko nie miało sensu. My z dziewczynami z Izako Boars też miewałyśmy lepsze i gorsze momenty, ale pod koniec miałyśmy takiego powera, że za każdym razem, gdy wchodziłyśmy na serwer, to byłyśmy pewne, że jesteśmy w stanie wygrać. I to nie przyszło nagle. Tak samo jest, gdy spojrzy się na moją osobę i na moją obecną drużynę. Wiadomo, że na początku są słabsze momenty, ale nie od razu Rzym zbudowano. Wszystko potrzebuje czasu. Nie znajdziesz od razu pięciu dziewczyn, które będą miały super umiejętności, tym bardziej że, jak mówiłam, scena raczkuje. Tutaj wszystko jest budowane od zera i potrzeba czasu, by znaleźć talenty czy też osoby, które rzeczywiście chcą pracować nad sobą i nad grą drużynową.

Czy twoim zdaniem kobieca scena w CS:GO jest obecnie martwa? Chodzi mi o ciągły odpływ zawodniczek do VALORANTA, coraz mniejszą liczbę turniejów itd.

Bardzo smutno mi się na to wszystko patrzyło. Samej też trudno było mi podjąć decyzję o zmianie, bo to jednak w CS spędziłam większość swojej esportowej kariery i dla mnie osobiście nie było to łatwe. Wiele dziewczyn jednak też odeszło od CS-a i znalazło się w VALORANCIE. I to są znane nicki, np. skład Juliano zakontraktowany w G2. Trudno grać ciągle przeciwko tym samym ludziom, a w VALORANCIE jest duża różnorodność, każdy może zaskoczyć. Odkąd śledzę scenę, to widać, że nawet ten zespół Juliano i zAAz nie wygrywał wszystkiego, więc one muszą mieć tę świadomość, że tutaj nie będzie już tak łatwo, jak w CS-ie, gdzie one wygrywały wszystko. Tam mogły mieć pewność, że będą top 1 i się nie bały. Tutaj to dla nich też nowy rozdział i muszą się bardziej przygotować. Ogólnie znajdą się może trzy czy cztery organizacje, po których widać, że trenują od jakiegoś czasu i w ich wypadku ten poziom jest większy. Ale to wszystko nie jest jeszcze stabilne, wiele się może zmienić na przestrzeni najbliższych turniejów. I to jest fajne. Sam fakt, że na pierwsze VCT zapisało się 50 drużyn kobiecych, wiele mówi. W CS-ie nigdy czegoś takiego nie było, nawet w przypadku DreamHacka nie było takiej liczby. To pokazuje, że dzięki wsparciu Riotu itd. rozwój kobiecej sceny VALORANTA naprawdę idzie do przodu i jestem ciekawa, ile będzie tych zespołów w kolejnych edycjach.

fot. Gabriela Kopij

A może to jest taki trochę miesiąc miodowy? VALORANT w wydaniu kobiecym to nadal młoda rzecz i teraz tych składów jest dużo, zawodniczek też. Pytanie, czy ta tendencja się utrzyma i np. za pół roku tych drużyn nadal będzie 50, a może 100, a może 20?

Na pewno trzeba zwrócić uwagę na to, że każdy zespół zaczyna od zera. Nie było czegoś takiego, że pojawiła się beta VALORANTA i od razu pojawiła się drużyna kobiet, która grała na serio. Tutaj dla wszystkich to jest coś nowego, ale jednocześnie istotnego. Ja mam nadzieję, że na tym się nie skończy. Że to nie będzie tak, że skończy się ten rok, skończymy VCT i więcej tego nie będzie. Niemniej w Ameryce było już chyba z sześć edycji VCT i słyszałam, że w nowym roku ma też coś być w Europie. Jeżeli więc będzie się to utrzymywać i Riot nadal będzie dawać swoje wsparcie, to myślę, że dziewczyn będzie jeszcze więcej. Pojawią się nowe twarze.

Pytam o to, bo jakiś czas temu miałem okazję rozmawiać z jedną osobą, która była zaangażowana w kobiecą scenę. I podczas tej rozmowy z jej strony padł zarzut, że dziewczyny w esporcie w dłuższym okresie miewają problem z motywacją.

Motywacja to jedno, a drugie to np. wsparcie drużynowe, ale też i rodzinne, bo często są też praca, studia. Teraz jednak na scenę weszły G2, Guild i jeżeli kolejne organizacje będą się otwierać na kobiece zespoły, to dziewczyny będą mieć więcej motywacji, bo np. pojawią się pensje, pojawią się jakieś możliwości. Wiesz, jeżeli dziewczyny grają i nic z tego nie mają, nie łamią np. jakiegoś schematu i nie przechodzą dalej, to wiadomo, że z czasem motywacja maleje. Ważny jest też team spirit, bo bez chemii drużynowej trudno o sukces. To też istotne, by mieć wsparcie w drużynie. A w Polsce trudno znaleźć dziewczynę, która ma pasję do tego i kocha to tak bardzo. Trudno znaleźć takiego klona jak ja, który tym żyje. I nie mówię tylko o aspekcie bycia graczką, tylko ogólnie o życiu tym światem.

Klona? No to może twoja bliźniaczka?

Moja siostra próbowała grać drużynowo w League of Legends, ale nie poszła w esport.. Trudno o osobę z taką zajawką i zaangażowaniem, a myślę, że to też jest istotne. Musisz po prostu to kochać i musisz chcieć to robić, bo nie zawsze same treningi pomogą.

Wydaje się jednak, że jeżeli chodzi o taką miłość, zaangażowanie i chęć poświęcenia dla kariery esportowej, to w większości decydują się na to mężczyźni. Czy to efekt tego, jak nadal typowy gracz jest postrzegany społecznie? Przecież stereotypowo gracz to nadal facet, natomiast dziewczyna-gracz wciąż wydaje się czymś wyjątkowym.

Tak, ale wydaje mi się, że to wszystkie idzie w dobrym kierunku. Gdy spojrzysz na turnieje, na komentatorów, analityków, hostów itp. to widać, że tych kobiet jest coraz więcej. Widzę zresztą, że gdy zaczęłam stawiać swoje pierwsze kroki jako gracz i jako osoba, która robiła eventy, to byłam wtedy w gronie samych chłopaków. A teraz widzę polską scenę, ale nawet europejską czy amerykańską, to kobiety tam dominują. I to jest fajne, że dziewczyny dostają szansę, że wychodzą ze swojej strefy komfortu i chcą pokazać swoje umiejętności. Chcą pokazać, że także są w stanie to robić. Chodzi tylko o chęć spróbowania, bo jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Ja też nie wiedziałam, że będę robić eventy, że będę pracować przy jednej z dwóch najlepszych lig w Polsce i będę koordynatorem, adminem. Nie wiedziałam, że mi się to uda, ale spróbowałam, bo chciałam, bo kochałam to robić i nadal kocham. To jest po prostu pasja i poświęcenie. Mnie to jara. Chociaż jak byłam niedawno na panelu w Krakowie, to były tam dziewczyny z różnych branż. Z którą by się nie rozmawiało, to czuć było zamiłowanie i pasję do tego, co robią na co dzień. To było nie do pomyślenia, jak bardzo kochają to, co robią.

Na razie na polskiej scenie jesteście wy jako devils.one. A masz może jakieś sygnały, słyszałaś może o tym, by jakieś kolejne polskie organizacje także zamierzały zaangażować się w kobiecą scenę?

Już teraz jest na scenie Aspect Esport. Dziewczyny stamtąd miały zresztą brać udział w drugiej edycji turnieju od Sandry, ale, o ile wiem, jedna zawodniczka od nich nie mogła wtedy wystąpić i ostatecznie grały miksowo. Ale pewnie do kolejnej edycji przystąpią już pod swoją nazwą. A co do kolejnych organizacji, to nie mam na ten moment żadnych sygnałów. Orientuje się bardziej, że coś się dzieje na scenie europejskiej, a nie w samej Polsce.

Tak czy inaczej, grasz już w VALORANTA od pewnego czasu i ciekawią mnie twoje przemyślenia. Z jednej strony gra jest faktycznie bardzo podobna do CS-a, ale z drugiej też bardzo się od niego różni jeżeli chodzi o pewne aspekty. Trudno się było przestawić?

Początki nie były kolorowe. Nawet teraz jest jeszcze wiele problematycznych aspektów, na które trzeba zwracać uwagę, np. na umiejętności i ich kontrowanie. To nadal jest dla mnie coś, czego się muszę uczyć i wiem, że jeszcze trochę czasu minie nim będę to robić instynktownie. Ale tak jak mówiłam wcześniej, dla mnie to nowy rozdział, czysta karta. A ja naprawdę jaram się, że mogę nad tym wszystkim pracować, że mam do tego zajawkę i chcę stawać się w tym lepsza. I nie poddaję się, tylko pracuje dalej. Staram się, by to, co było w CS-ie, zostało w CS-ie i skupiam się na tym, co jest teraz.

Ale z taktycznego punktu widzenia pewnie jest trudniej? Z uwagi na sporą liczbę umiejętności postaci także możliwości rozegrania rund jest więcej niż w CS-ie.

Na pewno i mówię to mając doświadczenie jako prowadzący, którym teraz zresztą też jestem. Trzeba zwracać uwagę na ulty, na orby, na umiejętności. I trzeba umieć to dobrze wykorzystać. Cały plan taktyczny jest trochę inny. Trzeba też patrzeć na to, że jest innych schemat rundowy, bo jednak masz tych rund mniej, przez co musisz popełniać jeszcze mniej błędów. To są niby tylko detale, ale mają bardzo duże znaczenie.

Z drugiej strony w VALORANCIE macie jako kobieca scena przynajmniej wsparcie producenta gry. W przypadku Valve wiadomo jak z tym bywało.

To na pewno. W ogóle cała otoczka i to, jak zorganizowany był ten turniej, robiły wrażenie. Nie było praktycznie żadnych problemów technicznych, wszystko było dopięte na ostatni guzik, cały czas stała komunikacja i nie musiałeś się o nic martwić. Jeżeli tylko miałeś problem, to bardzo szybko dostawałeś odpowiedź. Dla wielu może to być tylko głupi dodatek, ale po pierwszych kwalifikacjach do VCT dostałyśmy do naszych profili obramówkę VCT Game Changers. Niby nic, ale to miłe z ich strony, że chcieli nam coś podarować w ramach tego eventu. To fajne i daje nam poczucie, że wiedzą, że jesteśmy i chcą, by przybyło nas jeszcze więcej.

Wracając na koniec do devils.one – gdzie będziemy mogli was w najbliższym czasie zobaczyć?

Są pewne plany, ale aktualnie skupiamy się na tym, by dopiąć ten skład i w końcu móc nad nim popracować. Skupić się na nim, by już na kolejnej edycji eLadies u Sandry pokazać się z lepszej strony. Myślę więc, że najbliższa okazja, by zobaczyć nas w akcji, to kolejna, trzecia edycja VCT, która odbędzie się pod koniec listopada, a ponadto także turniej fridy. Prawdopodobnie też nie będziemy się zamykać tylko na żeńskie turnieje i w wolnej chwili w ramach treningu będziemy grać eliminacje na polskim podwórku. Miałyśmy w planach, by wziąć udział w kwalifikacjach do BeChampions, ale wtedy jednej z zawodniczek u nas nie było i nie miałyśmy jak.

A macie w planach coś w kwestii sztabu szkoleniowego?

Od samego początku mamy trenera i na pewno jest to dla mnie wsparcie, bo pokazuje mi on rzeczy bardziej od strony gry i daje wskazówki na temat tego, na co zwracać uwagę. Mamy też psychologa i nawet odbyłyśmy z nim już jedną rozmowę. Wiemy też, że na jednym spotkaniu się nie skończy. I to jest akurat fajne, bo też skupiamy się na sferze mentalnej, co na pewno poprawi jakość gry na nadchodzących turniejach. No i mamy też Justynę, naszą menadżerkę, która również jest dla mnie odciążeniem. Nie muszę przejmować się np. kwestią zapisów na turnieje. Z kolei research robimy wspólnie, bo ja bardziej to śledzę, chociaż Justyna, która przyszła do VALORANTA z LoL-a, też wdraża się w temat. Tak więc działamy sobie wspólnie. Ona robi swoje, my robimy swoje, ale gdy jest jakiś temat do obgadania, to robimy to razem.

Widzisz jakąś różnicę jeżeli chodzi o społeczność w CS-ie w VALORANCIE pod względem np. odbioru zawodniczek? Wiadomo, że w Counter-Strike’u sporo było uszczypliwości względem kobiecej sceny.

Na pierwszym turnieju byłam naprawdę zaskoczona, bo wiele osób fajnie to odebrało i było to widoczne. Było to widać i miło to oddziaływało. Z kolei przy okazji drugiej edycji eLadies Cup w ogóle nie przeglądałam komentarzy. Starałam się bardziej skupiać na drużynie i jeżeli mam być szczera, to do dziś w ogóle nie przejrzałam VOD-ów. Nie chciałam. Ale patrząc na community widać, że się tym interesują. Zresztą, europejskie turnieje VCT są transmitowane na głównym kanale VALORANTA i to też pokazuje, że świadomość, iż istnieje scena kobieca, rośnie. W Ameryce też jest w tej kwestii naprawdę pozytywny vibe. Ale wiadomo, że toksyczność zawsze będzie. Zawsze będą komentarze o tym, że dlaczego mamy oddzielne turnieje itd. Te same rzeczy, które były w CS-ie i raczej od tego nie uciekniemy. Ale ja na razie nie przeżyłam jakiegoś wielkiego hejtu, nawet w samej grze, gdy grałam np. rankedy. Nie było żadnych wyzwisk, a powiedziałabym, że czasami ludzie byli nawet zaskoczeni, że to dziewczyna gra. Oczywiście znalazł się też jakiś osobnik, ale tego było naprawdę mało i nigdy np. nie dostałam tekstu typu “idź do kuchni”. Było raczej w miarę neutralnie, bez żadnych pocisków, więc na ten moment jest bardzo pozytywnie.

Jak myślisz, ile czasu minie nim z firin z CS-a staniesz się firin z VALORANTA?

Trudno powiedzieć, ale na pewno samo bycie w organizacji w jakimś stopniu tę sprawę przyspiesza. Na pewno potrzebne jest też pojawianie się na turniejach, bo to zmieni świadomość ludzi. A jeżeli uda się dostać na jakąś większą imprezę w Europie albo przynajmniej pojawić się na mniejszych zawodach i osiągnąć tam dobry wynik, to już w ogóle powinno pójść szybciej. Chociaż ostatnio gramy przeciwko dziewczynom, które kojarzą mnie z CS-a i które ja też z CS-a kojarzę i zawsze pojawiają się wtedy miłe powitania. To miłe uczucie, że jednak nie zapominamy o sobie nawzajem. Tak więc od tego się nie ucieknie. Ale jakaś część ludzi wie już, że gram w VALORANTA. I wszyscy się cieszą, że chciałam spróbować czegoś nowego i postawiłam na siebie.

Obserwuj rozmówcę na Facebooku – Kamila „firingirl” Kopij
Śledź autora na Twitterze – Maciej Petryszyn
Tagi: , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Naklejki z autografami finalistów Majora już w CS:GO!

Od zakończenia PGL Major Stockholm 2021 minęły już trzy dni, Valve uznało więc, że jest to idealny moment na aktualizację. Wraz z nią w Counter-Strike...