STS
fot. GG League/Maciej Kołek

Przybyli, zobaczyli, odpadli

Trudno powiedzieć, by V4 Future Sports Festival było na scenie CS:GO jakimś specjalnie znaczącym turniejem. Impreza ta nie ma zbyt dużego prestiżu ani długiej historii, ale w tym roku była ważna. Bo była lanem z udziałem aż dwóch polskich drużyn. A to coś, czego naprawdę dawno nie było nam dane oglądać. I nie wiadomo kiedy […]

Trudno powiedzieć, by V4 Future Sports Festival było na scenie CS:GO jakimś specjalnie znaczącym turniejem. Impreza ta nie ma zbyt dużego prestiżu ani długiej historii, ale w tym roku była ważna. Bo była lanem z udziałem aż dwóch polskich drużyn. A to coś, czego naprawdę dawno nie było nam dane oglądać. I nie wiadomo kiedy znowu nadarzy się taka okazja. Patrząc na wynik obu formacji z naszego kraju – raczej nieprędko.

Inny rodzaj emocji

I szczerze mówiąc: jestem zły. Zły i rozczarowany. Ostatnie tygodnie były przecież naprawdę wspaniałe. Najpierw Major, podczas którego po raz pierwszy od dawna nie tylko oglądaliśmy zawodników rywalizujących w warunkach lanowych, ale przede wszystkim słyszeliśmy doping! I mówcie, co chcecie, ale to doznania zupełnie innego typu. Możliwość przeżywania emocji wspólnie z osobami zgromadzonymi na arenie, nawet jeżeli my sami siedzimy tylko przed streamem, to coś zdecydowanie nie do podrobienia, co podnosi jakość widowiska o sto procent. Wszystkie te piękne akcje, ace’y i inne zagrania nie miałyby takiego ładunku, gdyby nie towarzysząca im wrzawa. To było naprawdę piękne. A w międzyczasie odbyły się też finały ESL Mistrzostw Polski. Tam co prawda kibiców zabrakło, ale to były przeżycia innego rodzaju. Człowiek po raz pierwszy od dawna mógł namacalnie spotkać się z wieloma znajomymi, porozmawiać twarzą w twarz, widzieć to, co czują na ich twarzach, nawet jeżeli głos tego nie zdradzał. I nie będę ukrywał – to wszystko potwornie zaostrzyło mój apetyt na Counter-Strike’a, który w pandemicznym okresie CS-a online wyraźnie przygasł.

Na fali tych uniesień pojawiło się więc też V4. Jak wspomniałem, impreza z jednej strony nieszczególnie prestiżowa, ale też ważna dla nas, Polaków. Wszyscy przecież pamiętamy, jak kilka lat temu Virtus.pro otarło się o sukces na węgierskiej ziemi, a adwokacik stawiał swoje pierwsze lanowe kroki. Chociaż bez happy endu, to były mimo wszystko miłe wspomnienia, które teraz powróciły. A ja i pewnie też wielu z was chcieliśmy więcej. Tym bardziej że do Budapesztu wysłaliśmy teoretycznie najlepszych z najlepszych. Nie żadne przypadkowe drużyny, a takie, które na sportowej drodze wywalczyły sobie miejsce w samolocie lecącym w kierunku Węgrzech. Z jednej strony x-kom AGO, zwycięzca Pucharu Narodowej Drużyny Esportu, a z drugiej Wisła All iN! Games Kraków, świeżo koronowany mistrz Polski. I nie chodzi nawet o to, że liczyliśmy tutaj na polski finał, bo biorąc pod uwagę klasę zespołów, które miały dołączyć do gry później, byłoby o to niemożebnie trudno. Nie, my liczyliśmy na kolejne emocje i przeżycia. I oczywiście, emocje były – ale ograniczały się one do smutku, rozczarowania i złości.

Ciężar oczekiwań

Pytanie, czy my faktycznie mamy prawo być rozczarowani? Czy nasze oczekiwania były uzasadnione w momencie, w którym obecnie znajduj się polski CS? A na pewno nie jest to moment dobry, bo przecież w ogólnym rozrachunku od czasu rozpadu legendarnych Virtusów znaczymy na światowej arenie niewiele i tylko okazjonalnie uda nam się zaznaczyć na niej swoją obecność. Czy więc w tym wypadku mogliśmy liczyć na więcej?

Sprawa jest prosta – jak najbardziej. Problemem nie są bowiem porażki z Teamem Fiend i Sinners Esports, które wyrzuciły oba polskie zespoły za burtę. Te wyniki można przyjąć z pewnym zrozumieniem, bo realia są takie, że obie te ekipy to jest obecnie poziom krajowej czołówki i nie ma w tym niczego urągającego. Przecież Fiend jeszcze kilka miesięcy temu grało na DreamHacku Masters, a Sinners rywalizowali w ESL Pro League. Są to więc przyzwoite europejskie drużyny, które z pewnością nie są łatwym rywalem. Kłopot polega na tym, że AGO i Wisła nie musiałyby mierzyć się z nimi, gdyby nie potknęły się wcześniej. I na nic tutaj wytłumaczenia o losowym BO1, bo eSuba i ENTERPRISE esports na papierze były obiektywnie słabsze od rodzimych składów. Ta pierwsza ekipa większą część 2021 roku spędziła w drugiej setce rankingu HLTV i dopiero niedawno udało jej się przebić w okolice 80. miejsca. ENTERPRISE natomiast nie było w stanie utrzymać się nawet w ESEA Premier  i obecnie gra na poziomie Advanced.

I to ciężar zasadny

Z kolei AGO nigdy nie kryło się ze swoimi mocarstwowymi ambicjami. AGO ma świetne zaplecze, jedno z najlepszych, o ile nie najlepsze w Polsce. AGO dobrze płaci, posiada wielu sponsorów, a kilka tygodni temu mogło świętować powrót do elitarnej ESL Pro League. A Wisła – Wisła też nie wypadła sroce spod ogona. Triumf w ESL MP dał przecież Białej Gwieździe miejsce w EPL Conference, gdzie za kilka dni przystąpi do gry o Pro Ligę. Co więcej, to właśnie Wiślacy w przyszłym roku będą reprezentować nasz kraj podczas niezwykle prestiżowego Intel Extreme Masters Katowice 2022. Różnica poziomów jest więc widoczna gołym okiem i mieliśmy prawo oczekiwać, że przełoży się ona na końcowy wynik. Ale się nie przełożyła i to boli najbardziej.

Boli, bo oba polskie zespoły wydawały się faworytami fazy play-in. Owa łatka nie wynikała z typowego dla krajowych kibiców zaślepienia swoją drużyną, ale z czystych faktów. Faktów, które lanowa rzeczywistość Budapesztu boleśnie zweryfikowała, zostawiając nas wszystkich z poczuciem niespełnionej nadziei. Znowu.

Śledź autora na Twitterze – Maciej Petryszyn

Tagi: , , , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Zmiany w G2 przed sezonem 2022? Odejść może m.in. trener *

AKTUALIZACJA: Damien "maLeK" Marcel oficjalnie potwierdził za pośrednictwem mediów społecznościowych, iż po trzech latach żegna się z G2 Esports. Tym...