fot. StarLadder/Igor Bezborodov

Trzy rzeczy, których dowiedzieliśmy się po Fazie Nowych Mistrzów

Jak szybko mija ten czas – jeszcze całkiem niedawno gorączkowo odliczaliśmy pozostałe do startu Majora dni, tymczasem impreza w Berlinie jest już częścią bogatej Counter-Strike’owej historii. W stolicy Niemiec działy się bez wątpienia rzeczy niezwykłe. Piękny sen kopciuszka w postaci AVANGAR zakończył się dopiero w finale zawodów, w którym na drodze składu z Europy Wschodniej stanął najlepszy zespół, jaki widziała ta gra. Były też łzy po dotkliwych porażkach i niespełnionych oczekiwaniach – są i będą liczne zmiany kadrowe.

Pora więc na trzy wnioski po Fazie Nowych Mistrzów.

Goście, którzy mają patent na wygrywanie Majorów

Atlanta, Londyn, Katowice, Berlin. Każdy kibic CS-a doskonale wie, co łączy te cztery miasta. To właśnie w nich triumfy na majorowych salonach święcili gracze Astralis. Ci dokonali czegoś, czego nie udało się nikomu innemu przez prawie 6 lat – zdobyli czwarty tytuł mistrzowski, obejmując w tej klasyfikacji samodzielne prowadzenie, a co nie mniej ważne, podnieśli puchar po raz trzeci z rzędu. Co więcej, od września 2018 giganci strzelanki od Valve nie stracili w play-offach Majora choćby jednej mapy, a w wielkim finale imprezy w Berlinie załatwili sprawę w zaledwie 43 rundach – a to złożyło się na najszybszy mecz w historii finałowych starć na zawodach tej rangi.

Wygrana ekipy ze Skandynawii jest o tyle istotna, że tym razem ma zupełnie inną narrację. Do Berlina podopieczni Danny’ego „zonica” Sørensena bez dwóch zdań nie przyjeżdżali jako główny faworyt. Wszyscy, w tym sami gracze, mieli świadomość, że zespół jest na swój sposób w kryzysie. Na swój sposób, bo przecież pewnie 99 procent ekip w stawce jedynie marzy, by dotykający ich kryzys wyglądał właśnie tak. Ale bez wątpienia coś było na rzeczy – Astralis nie potrafiło wrócić na zwycięską ścieżkę, a to odbiło się przecież na zajmowanym przez formację z Danii miejscu w rankingu HLTV. Okazało się jednak, że obrońcy tytułu doskonale przepracowali okres przygotowawczy przed najważniejszymi zawodami półrocza, a ostatnie niepowodzenia tylko napełniły ich esportową złością i chęcią rewanżu. W Berlinie wszystko funkcjonowało jak dobrze naoliwiona maszyna, a odesłanie do domu już po ćwierćfinale swoich największych konkurentów pozwoliło odzyskać utraconą pewności siebie i otworzyło autostradę do końcowego triumfu.

Flashbacki z Krakowa

W jednym z wywiadów przed meczami w Fazie Nowych Mistrzów Dauren „AdreN” Kystaubayev mówił, że scena w Mercedes-Benz Arenie do złudzenia przypomina mu tę z Tauron Areny w Krakowie. A jak dobrze wiemy Kazach z pewnością ma z tym obiektem naprawdę dobre wspomnienia. No i cóż, okazało się, że na wspomnieniach się nie skończyło, bo doświadczony gracz ze swoją ekipą znów dokonał czegoś spektakularnego. Wprawdzie w przeciwieństwie do PGL Majora pucharu nie udało się podnieść, ale bez wątpienia sama obecność zespołu 29-latka w finale jest osiągnięciem wybitnym.

AVANGAR to kolejny świetny przykład, że formacji z regionu CIS na Majorach najzwyczajniej w świecie lekceważyć nie wolno. A ja ponownie muszę uderzyć się w pierś i przyznać do błędnej oceny ich możliwości. Bo nie dość, że AdreN i spółka w starciu przeciwko Teamowi Vitality stworzyli znakomite widowisko, to jeszcze zdołali wyrzucić ekipę znad Sekwany poza burtę turnieju, a później to samo zrobić z Renegades. Tutaj jednak niemal z automatu pojawia się myśl dotycząca przyszłości tego składu. Zapowiedziano wprawdzie, że w drużynie nie dojdzie do żadnych zmian personalnych, ale obawy są jak najbardziej uzasadnione. Zwłaszcza że historie Gambit Esports czy Quantum Bellator Fire mogą posłużyć jako solidny argument na potwierdzenie tezy mówiącej o jednorazowym wystrzale AVANAGR. Ale mogą także posłużyć dla finalistów berlińskiego Majora jako wzór tego, jak nie należy postępować.

Za grosz cierpliwości…

O tym, że w esporcie bardzo często dokonuje się pochopnych decyzji, napisano już wiele. Zdaje się jednak, że nieszczególnie przejmują się tym włodarze Teamu Vitality, dla których ćwierćfinał Majora był osiągnięciem dalekim od zaspokojenia ich ambicji. W efekcie jeszcze przed oficjalnym zakończeniem zawodów świat obiegła informacja o odsunięciu od składu francusko-brytyjskiej formacji Nathana „NBK-” Schmitta. Informacja ta spadła na fanów drużyny znad Sekwany niczym grom z jasnego nieba – czytając komentarze na różnych portalach, utwierdziłem się w przekonaniu, że nie tylko ja uważam tę decyzję za kompletnie niezrozumiałą.

Vitality w ciągu kilku miesięcy z nowego tworu na scenie CS:GO stało się jedną z najsilniejszych formacji w stawce. Jeszcze w lipcu NBK- i jego partnerzy zameldowali się przecież w finale ESL One Cologne, a także na dobre zadomowili się na podium rankingu HLTV. Weryfikacja formy miała nastąpić na berlińskim Majorze i zasadniczo nastąpiła. Nie da się przecież ukryć, że 5-8. miejsce nie jest w przypadku Pszczół osiągnięciem zadowalającym, szczególnie gdy w walce o półfinał przegrywa się z dużo niżej notowanym rywalem. Ale czy faktycznie było tak tragicznie? Dobra, dwie pierwsze fazy nie były w wykonaniu graczy z Europy Zachodniej przebojowe, ale tragedii przecież nie było. No i przede wszystkim – Major to tylko jeden turniej – bez wątpienia ten najbardziej prestiżowy, ale przy tak napiętym kalendarzu CS:GO już nie o takiej renomie, co jeszcze kilka lat wcześniej. Czy nie warto dać swoim graczom jeszcze jedną szansę?

W tekście wykorzystano zdjęcia należące do StarLaddera.


Wszelkie informacje na temat zakończonego już StarLadder Major Berlin 2019 znajdziecie w naszej relacji, do której przejść można po kliknięciu w poniższy baner:

Tagi: , , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Nieoficjalnie: pashaBiceps nie znajdzie się w składzie x-kom AGO

Do startu Games Clash Masters 2019 pozostało już tylko kilkanaście dni, a zatem coraz bliżej moment, w którym swój nowy skład ogłosi x-kom AGO. Polska...