fot. ESL/Helena Kristiansson

Biało-czerwone Virtus.pro

16 marca 2014 roku. Dzień ten już na stałe zapisał się w historii polskiego esportu, na wiele lat stając się wyznacznikiem nadziei i oczekiwań. To właśnie wtedy polski skład Virtus.pro sięgnął po triumf w ESL Major Series One Katowice 2014, zapewniając sobie tym samym tytuł najlepszej drużyny na świecie. TaZ, NEO, pashaBiceps, Snax, byali – to właśnie ta piątka stworzyła wówczas prawdziwy archetyp sukcesu i, nie bójmy się tego powiedzieć, tchnęła nowe życie w polskiego Counter-Strike’a, który po tym sukcesie ponownie znalazł się w centrum zainteresowania. Ale wszystko zaczęło się kilka tygodni wcześniej i w przypadku innego obrotu spraw mogło mieć o wiele mniej pozytywny finał. Cofnijmy się więc do końcówki 2013 roku, a potem prześledźmy kolejne sześć lat. Sześć lat biało-czerwonego Virtus.pro.

Złe miłego początki

2013 rok był dla TaZa i spółki ogromnym rozczarowaniem. Zaczęli go co prawda bardzo dobrze, bo od zwycięstwa podczas Intel Extreme Masters Katowice 2013, ale był to jeden z niewielu przyjemnych dla Polaków momentów. W większości przypadków rodzimy skład raczej zawodził, co widoczne było także podczas pierwszego w historii Majora CS:GO, DreamHack Winter 2013, gdy nie udało mu się nawet awansować z grupy. Jakby tego było mało, w ekipie doszło do rozłamu, w wyniku którego najpierw odszedł Mariusz „Loord” Cybulski, a półtora miesiąca później także Jakub „kuben” Gurczyński. – Trudno jest grać z ludźmi, którzy uważają, że ciągniesz zespół w dół. Prawda jest jednak taka, że po prostu graliśmy ze sobą zbyt długo i po prostu nie potrafiliśmy znaleźć sposobu, by nadal wspólnie żyć i grać – pisał w swoim oświadczeniu Loord, który od razu postanowił zakończyć zawodową karierę. Wyglądało to więc bardzo źle, a dodanie dwóch młodych-gniewnych w postaci Pawła „byaliego” Bielińskiego i Janusza „Snaxa” Pogorzelskiego niewiele w tej materii zmieniło.

Przejście z ery 1.6 w erę Global Offensive było nazbyt bolesne i nie dziwi fakt, że momentami polscy gracze zastanawiali się nad swoją przyszłością, biorąc nawet pod uwagę pożegnanie z Counter-Strikiem. W tamtym okresie NEO i TaZ rozważali spróbowanie swoich sił w zdobywającym coraz większą popularność League of Legends. – W ciągu trzech miesięcy TaZ wbił challengera, NEO radził sobie słabiej. Jestem jednak przekonany, że gdyby TaZ chciał, to mógłby grać w LCS – zachwalał Wojtasa kilka lat później Fryderyk „Veggie” Kozioł w programie Misja Esport. Z kolei pashaBiceps miał całkowicie porzucić esport i trudno się temu dziwić. Jarząbkowski nie mógł być pewny swojej przyszłości, a przecież wraz z żoną spodziewali się pierwszego dziecka, co też skłoniło samego zawodnika do rozpoczęcia poszukiwań zwykłej pracy, dzięki której mógłby on utrzymać swoich bliskich. W tamtym momencie elektroniczna rywalizacja, zwłaszcza w swoim niestabilnym i niepewnym stanie z końcówki 2013 roku, nie mogła mu tego zapewnić. Ale mimo wszystko Polacy dotrwali razem i w grudniu zostali nagrodzeni, zajmując pierwsze miejsce podczas prestiżowego StarLadder StarSeries VIII. A potem zgłosiło się Virtus.pro.

fot. ESL

Rosyjska organizacja powstała w 2003 roku i przez pierwsze lata swojej obecności na scenie Counter-Strikea współpracowała z drużynami z regionu Wspólnoty Niepodległych Państwa. Ona, w przeciwieństwie do wspomnianej wyżej polskiej drużyny, miała za sobą całkiem niezły 2013 rok, ale potem otrzymała niespodziewany cios, gdy czterech jej dotychczasowych reprezentantów zdecydowało się złamać ustne porozumienie i przenieść się do Astana Dragons. Pozostał tylko 22-letni wówczas snajper ze Słowacji, GuardiaN, który miał znaleźć się w nowo sformowanym zespole. Poza nim włodarze VP chcieli zaangażować również TaZa, NEO oraz pashę i dokooptować do tak powstałej czwórki piątego gracza. Plan wydawał się sensowny i Kovács przystał na niego bez problemu, tak swojej zgody nie wyraził Wojtas. – Anton, sam byłeś zawodowym graczem, ale ja przez te wszystkie lata nie tylko grałem. Ja wygrywałem. Zaufaj mi, wiem, jak wygrywać i zrobię to, jeśli mi zaufasz. Potrzebuje krajowego składu, który będzie mówić w tym samym języku i za który będę w stanie poręczyć – tymi słowami TaZ miał przekonywać właściciela VP, Antona Cherepennikova, do zachowania pełnego polskiego zespołu. I udało mu się, chociaż chęć powrotu zaczęli już wyrażać byli członkowie VP, mający problemu z uzyskaniem wypłat od Astana Dragons. Klamka zapadła, a 25 stycznia 2014 roku Virtus.pro oficjalnie zaczęło występować pod biało-czerwoną flagą.

Najpierw było trzęsienie ziemi, a potem napięcie zaczęło narastać

Jestem niezwykle zadowolony z faktu, że po wielu tygodniach nasze poszukiwania nowego domu dobiegły końca. […] Cieszymy się, że dołączamy do Virtus.pro. i jesteśmy chętni, by spełnić wszystkie oczekiwania, jakie ma wobec nas organizacja, ale co ważniejsze chcemy powrócić do miejsca, do którego naszym zdaniem należymy, czyli do czołówki – tymi słowami Polacy ustami TaZa przywitali się z nowym pracodawcą. Nie było jednak zbyt wiele czasu na to, by dokładnie się przedstawić, bo zaczęła się walka o awans na kolejnego Majora, który dla nowych podopiecznych VP miał wymiar szczególny, wszak rozgrywany był w Polsce. I to chyba właśnie ten fakt uskrzydlił graczy znad Wisły, którzy zarówno przez krajowe, jak i główne eliminacje przeszli nie tracąc choćby mapy! Co znaczące, tej nie oddali także podczas fazy grupowej i w ćwierćfinale ESL Major Series One Katowice 2014. Dopiero półfinałowy rywal Virtusów, LGB eSports ze Szwecji, zdołał nieco wyhamować rozpędzoną polską maszynę, ale bardzo szybko został przez nią staranowany, nie mając większych szans na końcowy sukces. I wreszcie stało się – ekipa, która kilka miesięcy wcześniej kompletnie zawiodła w Jönköping, tym razem dotarła do wielkiego finału, w którym czekało na nią mocarne Ninjas in Pyjamas.

Faworytem była oczywiście skandynawska piątka, ale to Virtus.pro miało po swojej stronie cały katowicki Spodek, który zdzierając gardła, dopingował swoich ulubieńców, zachęcając ich do coraz lepszej gry. A zawodnikom VP nie trzeba było tego dwa razy powtarzać – bezlitośnie przejechali się oni bowiem po Szwedach, niemal nie pozwalając im dojść do głosu. Porażka 9:16 na Mirage’u i 10:16 na Inferno to raczej nie było coś, czego spodziewalibyśmy się po uważanej ówcześnie za najlepszą na świecie formacji. A jednak NiP był bezradny w obliczu fantastycznie prezentujących się Virtusów. Szczególnie we znaki rywalom dawał się pashaBiceps, który później został nagrodzony tytułem MVP całej imprezy. Ale wcześniej mógł wraz z kolegami wznieść mistrzowski puchar, zapewniając nam obrazek, który na zawsze wrył się w naszej pamięci i chyba do końca świata kojarzony będzie właśnie z tamtą drużyną – pasha energicznie podnoszący puchar, jakby chciał zrzucić z siebie cały ciężar minionych miesięcy, gdy przyszłość zarówno jego, jak i jego kolegów w esporcie stała pod ogromnym znakiem zapytania. To odeszło w niepamięć, bo wtedy zespół triumfował. Triumfował tak, jak już nigdy miał nie triumfować.

fot. ESL

– Ciężka praca popłaca. Wielu graczy posiada talent, ale tylko naprawdę wytężone treningi mogą wydobyć z ciebie to, co najlepsze. Wydaje mi się, że zyskaliśmy pewność siebie po wygranej z Titan w fazie grupowej i od tego momentu wszystko było już znacznie prostsze. Oczywiście publika bardzo nam pomogła, niezależnie od tego czy wygrywaliśmy, czy przegrywaliśmy, była z nami. To było coś specjalnego – przyznał już po meczu TaZ w wywiadzie z HLTV. I chociaż kolejnych lanowych triumfów nie było wcale tak dużo, to Polacy robili to, co niemal nie udawało im się w 2013 roku, czyli utrzymywali się w czołówce, regularnie rywalizując z najlepszymi. A przy okazji dołożyli do swojego dorobku zwycięstwo podczas Gfinity G3 czy też półfinał ostatniego w 2014 roku Majora, DreamHack Winter 2014. Klasę strzelców znad Wisły docenił także wspomniany serwis HLTV, który w corocznym rankingu najlepszych graczy świata nie zapomniał o nich. Ba, uwzględnił on aż trzech naszych reprezentantów – na trzynastym miejscu znalazł się byali, tuż za podium ulokowano Snaxa, natomiast trzecia pozycja przypadła pashy. Ten ostatni ustąpił tylko GeT_RiGhTowi oraz flushy, ale i tak zajął lokatę, na której nigdy już w dotychczasowej erze CS:GO nie umieszczono żadnego z Polaków.

Sukcesy w kratkę

Warto w tym miejscu jednak wspomnieć, że w tamtym okresie wyniki w okolicach top 3 nie zadowalały Virtusów. Ponadto potrzebowali oni pomocy kogoś, kto zdjąłby z nich część obowiązków i pomógłby im w lepszym przygotowaniu do turniejów. Innymi słowy – potrzebowali oni trenera. I w tym miejscu niespodziewanie pojawia się postać kubena, którego drogi z byłymi klubowymi kolegami zeszły się ponownie, chociaż na krótko przed oficjalnym ogłoszeniem tej informacji wielu w to nie wierzyło. Gurczyński jednak powrócił i został nowym szkoleniowcem VP, który miał przyczynić się do poprawy oraz przede wszystkim ustabilizowania osiąganych rezultatów. – Jak pewnie większość z was już wie, po półtorarocznej przerwie do profesjonalnego gamingu powracam jako trener/menadżer mojej byłej drużyny. Wierzę, że moje doświadczenie jako gracz oraz przede wszystkim jako prowadzący pomogą zespołowi w osiągnięciu większej liczby celów – nie krył zadowolenia sam zainteresowany. Niemniej poprawa nie przyszła od razu, bo podczas IOS Pantamera w Sztokholmie jego podopieczni znaleźli się tuż za podium. Ale już miesiąc później polska piątka dotarła do półfinału rozgrywanego w Katowicach Majora, ESL One Katowice 2015, a na początku kwietnia sięgnęła po pierwszy lanowy triumf pod wodzą kubena, zajmując pierwsze miejsce na Copenhagen Games 2015.

Tak czy inaczej, oczekiwanej rewolucji nie było, bo Virtus.pro nadal było zespołem nieobliczalnym. Polacy z jednej strony byli zdolni do walki z najlepszymi i nikogo nie trzeba było do tego przekonywać, z drugiej zaś potrafili wyłożyć się na teoretycznie najprostszym nawet rywalu, tak jak podczas finałów FACEIT 2015 Stage 2, gdy odpadli już w fazie grupowej po uwłaczającej porażce z Teamem Kinguin, który na Cache’u rozgromił VP 16:0. – Pytacie mnie o Team Kinguin, przyjaciele? O czym my mówimy? Nie mają żadnych szans – przyznał nieco wcześniej na jednym ze swoich streamów pasha, komentując narodziny nowego wówczas składu. Później słowa te były mu wielokrotnie wypominane, zwłaszcza przy okazji wspomnianej przegranej do zera. Tak czy inaczej, jedno pozostało niezmienne, bo niezależnie od tego, w którym aktualnie momencie znajdowałby się polski zespół, to zawsze udawało mu się na Majorze wywalczyć miejsce w czołowej ósemce, zapewniające status legendy. Tak było podczas ESL One Cologne 2015, tak było też na DreamHack Open Cluj⁠-⁠Napoca 2015. A to ponownie spotkało się z uznaniem serwisu HLTV, który umieścił NEO na siedemnastym miejscu listy najlepszych zawodników 2015 roku, jednocześnie ponownie przyznając Snaxowi czwartą lokatę.

fot. DreamHack

Rok 2016 początkowo także nie wyglądał do końca tak, jak wszyscy by tego oczekiwali. – Start roku mamy bardzo słabyDla nas to jest wyzwanie. Niejednokrotnie byliśmy w sytuacjach, kiedy nam nie szło i mieliśmy wyniki o wiele poniżej oczekiwań. Zawsze znajdowaliśmy drogę, jak to poprawić – przyznawał wówczas bez ogródek TaZ. Ale na pierwszy lanowy triumf przyszło nam czekać do maja, bo to właśnie wtedy Virtusi wznieśli trofeum mistrzowskie StarLadder i-League Invitational, pokonując po drodze m.in. HellRaisers i Natus Vincere. Potem przyszły też kolejne sukcesy – pierwsze miejsce podczas prestiżowego ELEAGUE Season 1 i DreamHack Open Bucharest 2016 oraz wicemistrzostwo ESL One New York 2016 i EPICENTER 2016. A w międzyczasie Polacy po raz pierwszy w swojej historii wskoczyli też na pierwsze miejsce w rankingu HLTV, w końcu wyprzedzając swoje nemezis, czyli Brazylijczyków z SK Gaming. Na fali tych wszystkich osiągnięć nie dziwi więc fakt, że organizacja chciała zrobić wszystko, by na dłużej zatrzymać gwarantujący czołowe lokaty skład. Pod koniec grudnia potwierdzono więc podpisanie nowych kontraktów, które miały związać graczy z dotychczasowym pracodawcą aż do 2020 roku. Mało kto wówczas spodziewał się, że żaden z członków ekip nie wypełni tej umowy.

Tąpnięcie

Przyszły nowe umowy, przyszła stabilizacja – mogło być tylko lepiej. I początkowo faktycznie było zachęcająco, bo Virtus.pro zaczęło 2017 rok od trzech podiów – najpierw trzecie miejsce na World Electronic Sports Games 2016, potem przegrany w dramatycznych okolicznościach finał ELEAGUE Major Atlanta 2017. Wówczas lepsze od VP okazało się Astralis, a jeden z członków tej ekipy, Kjaerbye, po meczu przyznał, że udało im się zająć pierwsze miejsce, chociaż tak naprawdę nie byli w szczycie swojej formy. Tak aroganckie zachowanie nie spodobało się TaZowi, na którego odpowiedź nie trzeba było długo czekać. – To była trudna do przełknięcia porażka. Kjaerbye stwierdził, że jego drużyna zagrała poniżej swoich możliwości. Z tego miejsca obiecuję ci – na kolejnych zawodach was zmiażdżymy. Proszę, zagrajcie wtedy na odpowiednim poziomie – stwierdził Polak. Niemniej raczej nie spodziewał się wtedy, że okazja, by przekuć te słowa w czyn, nadarzy się tak szybko. A stało się to trzy tygodnie później podczas półfinału DreamHack Masters Las Vegas 2017 i wtedy górą byli podopieczni kubena, którzy przegrali co prawda na Overpassie, ale na Nuke’u i Trainie oddali swoim oponentom w sumie tylko siedem rund. A potem nadeszła pora na trudny, pełen zwrotów akcji pojedynek finałowy z SK. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie i w pewnym momencie wydawało się, że Virtusi mogą to przegrać. Ale tak się nie stało – po porażce na Cobblestonie przyszły wygrane na Trainie i Mirage’u, a trofeum wylądowało w rękach Polaków. Jak się później okazało, był to ostatni tak znaczący sukces w polskiej historii organizacji.

Kryzys bowiem nadszedł znienacka i zaatakował z potworną siłą. Zaczęło się od bardzo słabego występu na IEM-ie w Katowicach, gdzie polska piątka nie wyszła nawet z grupy, po raz pierwszy w historii ery CS:GO omijając katowicki Spodek. Wówczas można było uznać to jeszcze za wypadek przy pracy, ale problem w tym, że na kolejnych imprezach VP także odpadało jedno z pierwszych, przedłużając fatalną serię do niewyobrażalnych kiedyś rozmiarów. Wszyscy byli zszokowani, nawet sami zawodnicy. – Trzeci turniej kompletnie nic! W ciągu mojej 8-letniej kariery tak słabych wyników jeszcze nie było! […] Co zrobić, żeby nie zwariować? Co zrobić, żeby wrócić tam, gdzie się było? Jest ciężko, będzie jeszcze ciężej. Jak to przetrwamy razem i się nie rozpadniemy, będzie „cud nad Wisłą” – pisał w lipcu pasha. I trudno się dziwić, bo wewnątrz składu, który przez lata uchodził za wzorcowy przykład synergii, coś zaczęło się psuć i narastały wewnętrzne konflikty. – Starsza część naszego zespołu nie potrafiła aż tak dopasować się do stylu, do którego ja zawsze dążyłem. Więc szukali problemów na każdym kroku. Myślę, że decyzja jest odpowiednia, gdyż brakuje u niektórych siły (tzw. skilla), który pociągnąłby drużynę – tymi słowami dwa miesiące później Snax pożegnał się z rolą prowadzącego, sugerując, że to nie w jego dowodzeniu tkwił problem. Co prawda lekką poprawę nastroju przyniosły półfinał PGL Major Kraków 2017 oraz wicemistrzostwo EPICENTER 2017, ale sukcesy te nie zmieniały faktu, że Virtusi popadli w prawdopodobnie największy dołek od momentu rozpoczęcia współpracy z dotychczasowym pracodawcą. A miało być jeszcze gorzej, bo na ELEAGUE Major Boston 2018 gracze znad Wisły nie wygrali ani jednego meczu i po raz pierwszy w historii stracili status legendy Majora.

fot. ESL/Adela Sznajder

Wtedy zmiany, o których plotkowano od dłuższego czasu, były już praktycznie przesądzone – pozostawało tylko pytanie, kto odłupie się od tego, nienaruszalnego zdawałoby się, monolitu, który przetrwał razem ponad cztery lata? – Jeśli rzeczy będą toczyły się naprawdę źle i skończą nam się pomysły, jak to zmienić, będę pierwszym, który wyjdzie i powie „Ok, chłopaki, zróbmy to” – zapewniał jeszcze w lipcu 2017 roku TaZ, ale raczej nie wiedział wtedy, że faktycznie to właśnie on jako pierwszy padnie ofiarą roszad personalnych. A tak się właśnie stało w lutym 2018 roku, gdy oficjalnie poinformowano o przesunięciu weterana na ławkę rezerwowych. – Mogę szczerze powiedzieć, że rozmowa z Wiktorem podczas styczniowego Majora w Bostonie była jednym z najtrudniejszych dni w moim życiu, a na pewno w mojej karierze w VP. Ludzie naprawdę płakali, prawie wszyscy będący wtedy przy stole – wyznał ówczesny menadżer organizacji, Roman Dvoryankin. Wtedy też miejsce Wojtasa zajął Michał „MICHU” Müller, którego transferu oczekiwano już od dawna. Miesiąc później młodzian na stałe zasilił szeregi VP, a TaZ powędrował do Teamu Kinguin, budując tam zupełnie nowy zespół. – Myślę, że zrobiliśmy w drużynie złą zmianę. Że poleciała nie ta osoba, która powinna. […] Moim zdaniem powinniśmy zrobić zmianę, ale zrobiliśmy ją na złej osobie. […] Były próby [zbudowania fundamentów od nowa – red.], ale niektórzy ludzie po prostu nie chcieli. Każdy był z nas ambitny, ale niestety jedna rzecz popsuła całą naszą drużynę. O tej rzeczy dowiedzieliśmy się dopiero po pół roku czasu, o tym, że jest jakiś problem – przyznał rok później Snax podczas rozmowy na streamie izaka.

W stronę nicości

Wprowadzenie świeżej krwi miało być impulsem, który przywróci Virtus.pro na właściwe tory. Wszyscy na to liczyli, liczył na to też sam Müller: – Spełniłem swoje marzenie! Będę reprezentował barwy Virtus.pro. To dla mnie duże wyróżnienie i podsumowanie ciężkiej pracy. Dojście do tego etapu wymagało wielu godzin pracy nad sobą, treningów i przede wszystkim wiary w sukces. To zdecydowanie jedno z największych osiągnieć w mojej esportowej karierze, a zarazem możliwość dalszego rozwoju i kop motywacyjny. O ile jednak sam młody gracz prezentował się nieźle, tak jego koledzy nie zawsze przychodzili mu w sukurs. I o ile wystarczyło to, by sięgnąć po wicemistrzostwo V4 Future Sports Festival Budapest 2018, tak w pozostałych przypadkach nie pomagał już myśleć o niczym poważnym. VP po prostu brakowało na największych turniejach. Skończyły się bezpośrednie zaproszenia, a sam skład nie potrafił poradzić sobie z koniecznością walki w turniejach eliminacyjnych. Jakby tego było mało, w czerwcu na zespół spadł kolejny cios, bo na rozpoczęcie międzynarodowej przygody zdecydował się Janusz „Snax” Pogorzelski, przyjmując wówczas zaskakującą ofertę z mousesports. – Jestem naprawdę szczęśliwy, bo dołączyłem do nowej drużyny, sądzę, że każdy z nas potrzebował świeżego startu. Oczywiście jestem też nieco smutny, bo opuszczam mój drugi dom, jakim było Virtus.pro, ale czasami dobrze jest pójść naprzód i przestać oglądać się za siebie. Mam nadzieję, że to będzie dobra zmiana dla obu stron i że moi byli już koledzy z VP będą życzyć mi szczęścia tak, jak ja życzę im powrotu na szczyt – zapewniał wówczas Pogorzelski.

Wtedy też zdecydowano się na kolejny zaskakujący krok i tymczasowo zaangażowano pozostającego bez stałego zatrudnienia Piotra „morelza” Taterkę. Ten był co prawda tylko zmiennikiem, ale zdążył wspomóc drużynę na IEM Shanghai 2018, docierając z nią do półfinału. Docelowo jednak postawiono na pierwszego od dawna pełnoprawnego snajpera, snatchiego, który został wykupiony z AGO Esports i to za sumę raczej niemałą. – Nie mogę podać dokładnej kwoty ani warunków kontraktu, ale to o czym mogę powiedzieć to to, że kontraktowa kwota wykupu zawodnika AGO Esports wynosi 200 pensji miesięcznych, co daje może jakieś wyobrażenie o kwotach, w jakich się poruszamy – mówił później Jakub Szumielewicz, prezes AGO, w rozmowie z Weszło Esport. Sam Rudzki musiał mierzyć się z naprawdę trudną sytuacją, bo chwilę po jego przyjściu poinformowano, iż ekipę opuści byali. Ale najpierw odbył się FACEIT Major London 2018, podczas którego VP, tak jak kilka miesięcy wcześniej w Bostonie, poniosło komplet porażek. I potem faktycznie Bieliński odszedł. – Naprawdę trudno to wyjaśnić, bo jest tyle punktów widzenia, ilu jest graczy. Ale byali chciał pewnych zmian, zanim jeszcze Snax odszedł. Powiedział nam, że chce odejść, a potem dodał, że odejdzie jeśli nie dokonamy żadnych zmian, więc od jakiegoś czasu byliśmy w sytuacji, w której wiedzieliśmy, że stanie się to prędzej czy później. […] Wokół tego wszystkiego wynikło dużo zamieszania – wyjaśnił całą sytuację NEO. Niemniej odejście byaliego sprawiło, że kolejną szansę otrzymał morelz, który tym razem nie miał być tylko zmiennikiem, a pełnoprawnym członkiem zespołu.

fot. ESL/Bart Oerbekke

Niemniej z kolejną zmianą w składzie Virtusi coraz bardziej wędrowali w stronę przeciętności, tym bardziej że dwaj weterani, NEO i pasha, nie potrafili dać już ekipie tyle, ile dawali w przeszłości. A to z kolei sprawiło, że do końca 2018 roku podopieczni kubena niczym nas już nie zachwycili, a raczej rozczarowywali. Nawet dwa lany, na których dane im było wystąpić po Majorze, czyli SuperNova Malta 2018 i ESEA Season 29 Global Challenge, były tylko smutnym podsumowaniem przeciętności, w jaką popadło Virtus.pro. Już wtedy można było podejrzewać, że na tym zmiany się nie skończą, a niektórzy podejrzewali nawet, że organizacja może porzucić kierunek polski z uwagi na niemożność rywalizacji na najwyższym poziomie. – Nasz ostatni skład miał potencjał i dawał pewne skłaniające do optymizmu sygnały, ale w miarę upływu czasu wszyscy zdaliśmy sobie sprawę z jednej prostej rzeczy – ci gracze będą mogli coś osiągnąć tylko wtedy, gdy przestaną grać ze sobą. EPICENTER, turniej na Malcie i MDL w Dallas tylko to potwierdziły. To był koniec. […] Wielu ludzi za kryzys, w który wpadliśmy, obwiniało kubena i, szczerze mówiąc, sam miałem wątpliwości. Jednakże ponosi on dokładnie taką samą odpowiedzialność, jak pozostali gracze. Żałuję jednak, że nie dokonałem zmian wcześniej, gdyż próbowałem trzymać się przeszłości. Gdybym zareagował szybciej, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Zawodnicy mogli z tego wyjść. Nie należy winić tylko kubena – wyjaśnił pod koniec grudnia 2018 roku Dvoryankin. Wtedy wiedzieliśmy już, że do Virtus.pro nadchodzi nowe.

Powtórne rozdanie bez happy endu

– To była trudna, ale wykalkulowana decyzja. Ufamy tym młodym graczom, którzy, mamy nadzieję, będą przyszłością naszej drużyny CS:GO. Jestem szczęśliwy, gdyż mogę ponownie powitać Snaxa i byaliego. Te chłopaki wiedzą jak zdobywać tytuły pod banderą Virtus.pro.  Ponadto liczymy, że nasz nowy nabytek, TOAO, szybko się zaadaptuje i wprowadzi do drużyny świeże pomysły. Decyzja o pozostawieniu Jakuba na stanowisku trenera została podjęta wspólnie. Zapewnimy mu pełne wsparcie. Mimo że otrzymał on atrakcyjną ofertę od innego zespołu, Jakub pozostaje z nami, by przywrócić polskie CS:GO na należne mu miejsce – na szczyt – w ten sposób 24 grudnia 2018 roku Virtus.pro zaprezentowało swój nowy skład. Nie było w nim morelza, nie było też dwóch legend, NEO oraz pashy. Zostali za to MICHU i snatchie, powrócili byali oraz Snax, zaś całość jako prowadzący miał nomen omen doprowadzić do sukcesu pozyskany z AGO TOAO. Na papierze zespół prezentował się naprawdę obiecująco, toteż nic dziwnego, że oczekiwania były spore. Młodzi gracze połączeni z nadal niezbyt wiekowymi, ale już doświadczonymi Pogorzelskim i Bielińskim? Zanosiło się na naprawdę ciekawy projekt, który mógł wypalić! Ale niestety nie wypalił.

Wszystko dlatego, że kolejny rok przynosił nam tylko pojedyncze przebłyski, przeplatane licznymi upokorzeniami. Szczególnie pierwsze miesiące 2019 roku były dla fanów polskiej formacji testem na cierpliwość, bo Snax i spółka wyglądali zwyczajnie słabo i niewiele wskazywało na to, by ten stan rzeczy miał się zmienić, tym bardziej że Polacy nie byli w stanie dostać się na jakiegokolwiek lana. W międzyczasie też doszło do niespodziewanych roszad – TOAO nie okazał się zbawieniem na problemy z dowodzeniem i po zaledwie czterech miesiącach podziękowano mu za współpracę, angażując wówczas kolejnego młodego-gniewnego, Vegiego z PACTU. Dwa miesiące później po raz drugi poza VP znalazł się byali, który nie mógł porozumieć się z klubowymi kolegami. – Nic złego się nie stało. Po prostu nie mogliśmy się dogadać, co do zasad panujących w drużynie, dlatego postanowiłem odejść, nie robiąc nikomu problemu – wyjaśnił sam zainteresowany. W związku z tym po raz kolejny sięgnięto po posiłki, tym razem w postaci kojarzonego dotychczas raczej przez fanów niemieckiej sceny OKOLICIOUZA. Ten jednak dał ekipie pewien impuls, bo przy jego pomocy ta zajęła drugie miejsce w ESL Mistrzostwach Polski oraz dotarła do półfinału Moche XL Esports 2019. Ale nadal były to tylko pojedyncze wyskoki, będące niczym bezludna wyspa na ogromnym morzu przeciętności. Wobec tego dwa miesiące później Głowatego w zespole już nie było.

fot. fb.com/www.virtus.pro

Pojawił się za to kolejny nabytek związany w przeszłości z AGO, phr.– Wydaje mi się, że w końcu znaleźliśmy odpowiednią piątkę. Gracze, których mamy teraz, są naprawdę dobrzy. Świetnie się nawzajem rozumiemy, pasujemy do siebie pod względem ról i każdy z nas dodaje coś od siebie do tego zespołu, do jego stylu. Mamy obecnie naprawdę dobry skład, przed którym naprawdę dobra przyszłość – zapewnił jeszcze we wrześniu Snax. Problem w tym, że poza triumfem w Polskiej Lidze Esporowej i wicemistrzostwem V4 Future Sports Festival Budapest 2019 trudno było o optymizm. To nadal było bowiem to samo Virtus.pro, które raz na jakiś czas zaskakiwało pozytywnie, by potem zafundować nam ogromne zaskoczenie negatywne. Wystarczy tylko wspomnieć o wyczynach Polaków w ESEA Mountain Dew League, które o mały włos nie zakończyły się bezpośrednim spadkiem. Albo o bardzo słabej postawie w jesiennej edycji ESL MP, przez którą VP zajęło przedostatnie miejsce i nie awansowało na lanowe finały. Wydaje się więc, że decyzja co do przyszłości Polaków w Virtus.pro mogła zapaść już wtedy, a cs_summit 5, w ramach którego gracze kubena rywalizowali w drugim tygodniu grudnia, miało być swoistym pożegnaniem. I było pożegnaniem całkiem niezłym, bo pomimo wielu słabych momentów piątka znad Wisły awansowała ostatecznie do półfinału, gdzie stoczyła zacięty bój z o wiele wyżej notowanym G2 Esports. Bój zakończony porażką, ale jeśli mielibyśmy wskazać jakikolwiek moment z ostatnich miesięcy, gdy polscy zawodnicy mogli opuszczać serwer z podniesionym czołem, to było to właśnie wtedy.

Epilog

Kilkanaście godzin po zakończeniu spotkania z G2 Virtus.pro oficjalnie poinformowało o zakończeniu polskiej historii organizacji. Historii sześcioletniej, która zwłaszcza w początkowym okresie wypełniona była wieloma chwilami radości i triumfu. Która przyniosła rosyjskiej formacji ponad piętnaście lanowych zwycięstw oraz o wiele większą liczbę medali za miejsca drugie oraz trzecie. Która pod każdym względem zbudowała potęgę VP na międzynarodowej scenie CS:GO, wynosząc ekipę spod znaku białego niedźwiedzia na sam szczyt. Trudno jednak pośród tego wszystkiego nie odczuć nutki niedosytu, trudno nie mieć poczucia, że z tego wszystkiego można było wycisnąć jeszcze więcej. I pewnie można było, ale to już przeszłość. Tak samo jak Virtus.pro występujące pod biało-czerwoną banderą.

Śledź autora na Twitterze – Maciej Petryszyn

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

Polski Związek Sportów Elektronicznych 50. członkiem Polskiego Komitetu Sportów Nieolimpijskich

To historyczny dzień dla milionów fanów esportu w Polsce. Podczas Kongresu Polskiego Komitetu Sportów Nieolimpijskich (PKSN), Polski Związek Sportów E...