Jedni mogą, drudzy muszą

Jeżeli na świecie znajdzie się chociaż jedna osoba, która nieco ponad dwa tygodnie temu obstawiała, że w finale StarLadder Major Berlin 2019 zmierzą się ze sobą Astralis i AVANGAR, to mamy do niej jedną wiadomość. Człowieku, czym prędzej pędź do najbliższej kolektury i puszczaj kupon – z takim fartem na pewno trafisz szóstkę! No bo co tu kryć, finał to nieoczywisty, zaskakujący, niespodziewany i… moglibyśmy tak dopisywać kolejne przymiotniki wyrażające nasze zdziwienie, ale nie o to tutaj chodzi. Teraz chodzi już tylko o czek o wartości 500 tysięcy dolarów i ogromny wykonany z tworzywa sztucznego puchar, który w niedzielę w godzinach wieczornych wzniesie jedna z drużyn.

Może będzie to Astralis, które podnoszenie trofeów ma już we krwi, chociaż dawno tego nie robiło. A może AVANGAR, które jeszcze nie miało okazji podnieść nagrody o takiej wartości i dopiero czeka na swój pierwszy raz? Tak czy inaczej, ewidentnie widać, że w przypadku jednych triumf to obowiązek, zaś w przypadku drugich tylko słodka ewentualność, będąca perfekcyjnym zwieńczeniem niemal idealnego snu.

Ci, którzy mogą

Trudno mi uwierzyć, że tego dokonaliśmy. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. To ogromne osiągnięcie i targają mną niesamowite emocje – przyznał w wywiadzie Dauren „AdreN” Kystaubayev kilka minut po tym, jak jego Gambit Esports zagrało wszystkim na nosie i sięgnęło po triumf podczas PGL Major Kraków 2017. Był to niebywały sukces, chociaż już w tamtym momencie wielu uważało, że osiągnięte ponad stan. Kolejne miesiące udowodniły, że faktycznie tak było i sam AdreN także zapewne zwątpił, że jeszcze kiedykolwiek dane mu będzie poczuć emocje związane z występem w finale Majora. Los bywa jednak przewrotny – po nieudanym pobycie w FaZe Clanie Kazach powrócił do ojczyzny, by związać się tam z AVANGAR. Drużyna ta w dniu startu zawodów w Berlinie zajmowała odległe 27. miejsce w rankingu HLTV i dla wielu miała być typowym dostarczycielem punktów, który w hotelu nie powinien nawet rozpakowywać bagaży, bo za chwilę będzie czarterować lot powrotny. Nie ma co udawać – były powody, by tak sądzić. Chociażby takie, że rok 2019 nie obfitował w lanowe dokonania formacji z Europy Wschodniej, która poza IEM Katowice 2019 obijała się po mało cenionych imprezach z cyklu DreamHack Open.

fot. StarLadder/Igor Bezborodov

Miało być więc szybkie pożegnanie z Berlinem, a wyszła długa i fantastyczna przygoda! Dodajmy, że przygoda, która wcale nie musiała się wydarzyć, bo chociaż w Fazie Nowych Pretendentów AVANGAR pokonało HellRaisers i jak równy z równym rywalizowało z mousesports, to do ostatniej chwili musiało drżeć o awans do kolejnego etapu. A i ten osiągnięty został dopiero po wyczerpującym pojedynku z Syman Gaming, które uznało wyższość AdreNa i spółki dopiero po trzech mapach. – Czuliśmy, że nie mamy nic do stracenia. Często zdarzało nam się przegrywać tego typu potyczki, ale nie denerwowaliśmy się, nie byliśmy przerażeni. Graliśmy swoje i to nam pomogło. Nie wiem, czy oni się bali, ale to był ich pierwszy raz, gdy brali udział w tak ważnym spotkaniu. Z kolei nasz zespół grał wiele istotnych meczów, co moim zdaniem pozwoliło nam wygrać. Nigdy nie przegrywamy ważnych pojedynków – już po zwycięstwie epatował pewnością siebie Alexey „qikert” Golubev. Wtedy można było uznać, że to zaklinanie rzeczywistości, bo przecież przed piątką z regionu CIS była kolejna faza, gdzie do gry miała przystąpić cała światowa czołówka. Nie było więc bata – AVANGAR nie miało tam szans.

A jednak miało! Zaczęło się co prawda fatalnie, bo od bolesnej porażki z ENCE, która potraktowana została jako zwiastun rychłej eliminacji, ale potem przyszły mecze z Renegades, Teamem Liquid oraz G2 Esports. Co łączy tę trójkę? Cóż, wszystkie te ekipy są znane, mają na swoim koncie sukcesy międzynarodowe i… wszystkie one poległy w starciu z podopiecznymi Dastana „dastana” Akbaeva! W play-offach los ten podzieliły też Team Vitality oraz (ponownie) Renegades. Tak, tak – wschodnioeuropejski zespół nie przegrał od 28 sierpnia i pozostawił w pokonanym polu drużyny, które w teorii powinny pobić go tak mocno, że ten z płaczem poleciałby do mamy. – Presja na nas nie ciąży i wyjdziemy przed publikę z dobrym nastawieniem. Owszem, według rankingów nie jesteśmy drużyną z pierwszego tieru i nieczęsto zdarzało nam się grywać w play-offach, ale byliśmy na prawie trzydziestu lanach. Przez ostatnie dwa lata nabyliśmy lanowego obycia i presja nie jest wcale tak duża. To właśnie nasi rywale w play-offach będą odczuwać tę presję – zapowiadał jeszcze przed spotkaniem z Vitality dastan. I nie kłamał, bo w kolejnych dniach dało się zauważyć, że AVANGAR przystępuje do kolejnych starć na ogromnym luzie. I właśnie to było mocną stroną tego składu.

Ci, którzy muszą

O żadnym luzie nie ma natomiast mowy w przypadku Astralis. Oczekiwania w stosunku do Duńczyków od zawsze były duże i to duże na tyle, że nawet miejsca 3-4. uznawane są w wypadku tej formacji za rozczarowanie. Ale nie może być inaczej, skoro mówimy o formacji, która potraktowała 2018 niczym czwartoklasista gromadkę pierwszaków – wpadła, porozstawiała wszystkich po kątach, jednym zabrała kanapki, innym sprzedała łokcia pod żebro, po czym obładowana torbami z drugim śniadaniem wyszła sobie spokojnie, by świętować swój sukces. Tak, torby z drugim śniadaniem to sztabki złota za wygranie Intel Grand Slam. Tak czy inaczej, osądu względem podopiecznych Danny’ego „zonica” Sørensena nie zmienia nawet fakt, że tym razem miało ich przecież w finale nie być. Biorąc pod uwagę ostatnie miesiące w ich wykonaniu, mieli widowiskowo wyłożyć się już w Fazie Nowych Legend albo tuż po niej. A tu jak na złość twardo parli przed siebie i mają szansę, by dokonać coś, co nie udało się jeszcze nikomu – trzeci raz z rzędu sięgnąć po triumf na Majorze. Nawet Ninjas in Pyjamas, Fnatic czy też Luminosity Gaming/SK Gaming nie były zdolne do czegoś takiego, a przecież uważane są za najlepsze zespoły swoich czasów.

fot. StarLadder/Igor Bezborodov

Niemniej jeszcze w ubiegłym tygodniu wydawało się, że skandynawska nawałnica faktycznie jest już tylko lekką wiosenną bryzą. Problemy z DreamEaters, a potem bolesna porażka z NRG wskazywały, że jeżeli mamy gdzieś szukać nowego mistrza, to na pewno nie w obozie Astralis. Nawet sami gracze zdawali sobie sprawę, że niełatwo będzie im powtórzyć wyczyn z Londynu czy Katowic. – Przed nami długa droga i wyczerpujący turniej. Musimy być pewni, że robimy, co tylko się da i realizujemy nasz plan. Nie możemy nikogo z lekceważyć, bo już we wcześniejszych fazach wiele się działo i nawet Vitality miało problem z awansem. Nigdy nie wiadomo jak dobre są inne zespoły. Takie DreamEaters na papierze nie powinno grać dobrze. Wielokrotnie ćwiczyliśmy z nimi i podczas treningów nie prezentowali się szczególnie, tutaj jednak wyglądało to o wiele lepiej w ich wykonaniu. Musisz być przygotowanym na wszystko i po prostu trafiać strzałami w głowę – mówił tuż po inauguracyjnym spotkaniu Emil „Magisk” Reif. Trudno było doszukiwać się tej dawnej pewności siebie, którą piątka spod znaku krzyża nordyckiego epatowała, gdy skakała sobie po głowach rywali w 2018 roku.

Być może właśnie to pomogło Duńczykom, bo teraz przez pewien czas nie doszukiwano się ich kolejnych pogromów, a czekano, kiedy w końcu zostaną wyeliminowani. No i jak na złość nie tylko nie zostali wyrzuceni za burtę przez Vitality i Renegades, ale nawet dostali się aż do wielkiego finału. Tutaj nie ma już żadnych wymówek i chcąc nie chcąc musimy uznać ich za faworytów. A to oznacza, że po raz pierwszy od startu berlińskiego Majora gracze zonica będą musieli mierzyć się z prawdziwą presją oczekiwań. Wcześniej ich porażkę zbyto by „meh, można się było tego spodziewać”, bo tak kazały wierzyć ostatnie „osiągnięcia” skandynawskiej formacji. W decydującym pojedynku już tak nie będzie – to Astralis ma rozdawać karty. – Astralis przypomina mi San Antonio Spurs. Talent, doskonałe opanowanie podstaw i mistrzowska mentalność – komplementował duński skład tuż po awansie do finału argentyński dziennikarz TyC Sports, Pablo M. Monti. Z jednej strony to komplement, wszak Spurs to jedna z legend NBA. Należy jednak pamiętać, że ekipa z Teksasu nigdy nie wygrała ligi więcej niż dwa razy z rzędu. Gdy w sezonie 2012/13 mogła ustrzelić hat-tricka, w ostatnim spotkaniu powinęła jej się noga. Pod tym względem Nicolai „dev1ce” Reedtz i spółka raczej nie będą się więc wzorować na drużynie z Teksasu.

Ci, którzy wygrają

Kto więc w niedzielę w godzinach wieczornych wzniesie puchar do góry? Zdrowy rozsądek podpowiadałby nam, że będzie to Astralis. Problem w tym, że podczas Majora w Berlinie zdrowy rozsądek już dawno temu poszedł w diabły – w przeciwnym wypadku nie oglądalibyśmy przecież w finale AVANGAR. Ale oglądamy i gracze z regionu CIS bynajmniej nie znaleźli się w nim przypadkowo. To wspaniała historia w myśl amerykańskiego „od pucybuta do milionera”, którą już teraz zestawia z tym, czego dwa lata temu dokonało Gambit Esports. Szkoda więc by było, gdyby ostatnie spotkanie okazało się jednostronną siekaniną w wykonaniu Duńczyków. Ale wiele wskazuje, że nam to nie grozi. Mamy co najmniej dwa argumenty, które pozwalają wierzyć, że niedziela dostarczy nam emocji – pierwszy to Dzhami „Jame” Ali, drugi zaś Timur „buster” Tulepov. Obaj gracze to w ostatnich dwóch fazach niemieckiego turnieju zdecydowanie najmocniejsze elementy wschodnioeuropejskiej ekipy. Szczególnie Rosjanin w minionych dniach spotkał się z taką liczbą pochwał, jakiej nie doświadczył chyba przez całą swoją dotychczasową karierę. – To pieprzony pociąg pełen bólu, który nazywa się Jame. Ode mnie słowa podziwu. Ten gość to absolutny talent – przyznał kilka dni temu Owen „smooya” Butterfield.

fot. StarLadder/Igor Bezborodov

A Astralis, jak to Astralis – kolektyw postaci, z których każda zdolna jest do odwrócenia losów pojedynku. Niemniej najbardziej bryluje wspomniany wcześniej dev1ce, który nawet w minionych miesiącach, mimo znacznej zniżki formy swojej drużyny, utrzymywał wysoki poziom. 24-latek robi wszystko, by po raz drugi w swojej karierze zgarnąć nagrodę MVP Majora i stawiam dolary przeciwko orzechom, że jeśli Duńczycy wygrają wielki finał, to właśnie Reedtz otrzyma od serwisu HLTV prestiżowe odznaczenie. Chociaż oczywiste jest, że spora w tym zasługa jego kolegów. – dev1ce, dupreeh i Xyp9x ustanowili rekord w postaci dziewięciu półfinałów Majora, w których grali. To niesamowity wyczyn, bo było przecież tylko piętnaście Majorów! Rywalizowali oni więc o tytuł dosłownie w 60 procentach turniejów tego typu na przestrzeni ostatnich sześciu lat – opisywał z ekscytacją znany dziennikarz, Duncan „Thorin” Shields. I chyba właśnie to stanowi o sile Astralis. O ile w wypadku AVANGAR możemy mówić o luzie i braku oczekiwań, tak w wypadku ekipy ze Skandynawii głównym źródłem sił jest doświadczony i przede wszystkim zgrany, znający się praktycznie na wylot rdzeń składu. Rdzeń, który wspólnie gra już od niemal sześciu lat.

Wielki finał StarLadder Major Berlin 2019 będzie więc zderzeniem dwóch odmiennych światów. Po jednej stronie AVANGAR – kopciuszek (w każdym tego słowa znaczeniu), który nieoczekiwanie dostał się na salony. Zespół polegający na błysku indywidualności, ale jednocześnie zdolny do sprawnej gry taktycznej. Brak presji, ale też i brak doświadczenia, tak potrzebnego w spotkaniach na tak wysokim poziomie, gdy presja dosłownie spływa po ścianach. Po drugiej stronie Astralis – mimo młodego wieku weterani sceny, którzy na dobrą sprawę osiągnęli w CS-ie już wszystko. Przez wielu określani najlepszym składem w historii edycji Global Offensive i wznoszeni nawet wyżej niż legendarne Ninjas in Pyjamas. Główni faworyci każdej imprezy, którzy zostawili za sobą ostatnie rozczarowujące miesiące. – Moje oczekiwania? Nie wiem, co się wydarzy. Przed każdym dotychczasowym meczem siadaliśmy wspólnie i mówiliśmy to samo: „Nie wiemy, co się wydarzy”. [..] Naprawdę chcemy jednak zmierzyć się z Astralis, bo to jedna z najlepszych na świecie drużyn pod względem gry zespołowej – komplementował rywali Alexey „qikert” Golubev. – Wygrana z NRG to świetne zespołowe osiągnięcie. Pora wygrać trzeciego Majora z rzędu i czwartego w ogóle – zagrzewał z kolei swoich kolegów Andreas „Xyp9x” Højsleth. Próżne jednak słowa, czy to pełne kurtuazji, czy też pewności siebie, bo ostatecznie wszystko i tak wyjaśni się na serwerze. Rozpoczynamy odliczanie do ostatniego starcia.


Mecz finałowy pomiędzy AVANGAR a Astralis zaplanowano na niedzielę 8 września na godzinę 17:00. Spotkanie to wraz z angielskim komentarzem obejrzeć będzie można na oficjalnym kanale StarLaddera na Twitchu, podczas gdy polska transmisja prowadzona będzie na kanale Piotra „izaka” Skowyrskiego. Po więcej informacji na temat StarLadder Major Berlin 2019 zapraszamy do naszej relacji, do której przejść można po naciśnięciu na poniższy baner:

Tagi: , , , , , ,
Przeczytaj poprzedni wpis: close

qikert odrzucił ofertę Na`Vi. "Cieszę się, że tam nie przeszedłem"

Kilka miesięcy temu Natus Vincere przeprowadziło pierwszą od półtora roku zmianę w składzie. W jej wyniku na ławce wylądował Ioann "Edward" Sukhariev,...